Rozdział jedenasty
Connie robiła porządki w jednym z lamusów Wragby. Było ich wiele: dom pełen był gratów, a rodzina nigdy nic nie sprzedawała. Ojciec Sir Geoffreya zbierał obrazy, a matka meble z cinquecento59. Sir Geoffrey sam miał zamiłowanie do starych, rzeźbionych skrzyń dębowych na garderobę. Tak było z pokolenia na pokolenie. Clifford zbierał bardzo nowoczesne obrazy po bardzo niskich cenach.
W lamusie były więc liche malowidła Sir Edwina Landseera60 i patetyczne gniazda ptasie Williama Henry’ego Hunta61 i inne partactwa akademickie, które wystarczały, aby wzbudzić grozę w córce członka Akademii Królewskiej. Postanowiła przejrzeć to kiedyś i powyrzucać. Ale groteskowe meble interesowały ją.
Starannie owinięta dla ustrzeżenia przed uszkodzeniem i butwieniem stała tam stara kołyska rodzinna z różanego drzewa. Connie musiała ją rozpakować, aby się jej przyjrzeć. Mebel ten posiadał jakiś urok: przyglądała mu się długo.
— Wielka szkoda, że ta kołyska nie będzie nigdy używana — westchnęła pani Bolton, która pomagała Connie. — Chociaż kołyski należą dzisiaj do rzeczy przestarzałych.
— Może będzie jeszcze użyta. Może będę jeszcze miała dziecko — rzekła Connie swobodnie, jakby mówiła, że może pozwoli sobie jeszcze na kupno nowego kapelusza.
— Sądzi pani... gdyby się Sir Cliffordowi coś stało! — wyjąkała pani Bolton.
— Nie, mówię to tak, jak się rzeczy mają. Choroba Sir Clifforda polega tylko na paraliżu mięśni, nie ma ona nic wspólnego z nim samym — odpowiedziała Connie, kłamiąc w sposób równie naturalny, jak oddychała.
Clifford wbił jej tę myśl w głowę. Powiedział:
— Naturalnie może się zdarzyć, że będę jeszcze miał dziecko. Nie jestem wcale okaleczony naprawdę. Potencja może łatwo powrócić, nawet jeżeli mięśnie bioder i ud są sparaliżowane. A wtedy może uda się przenieść nasienie.
Podczas swego energicznego okresu, kiedy tak gorliwie pracował nad zagadnieniami górnictwa, miał istotnie wrażenie, jakby powracała mu potencja płciowa. Connie wlepiła w niego wzrok z przerażeniem. Była jednak dość rozsądna, aby zużytkować jego myśli do własnych celów. Chciała bowiem mieć dziecko, gdyby mogła: ale nie jego dziecko.
Pani Bolton na chwilę utraciła mowę, jak rażona gromem. Potem nie chciała uwierzyć: dopatrywała się w tym tylko podstępu. Ale lekarze dokonywali dzisiaj takich cudów. Może przeprowadzą też sztuczne zapłodnienie.
— Tak, proszę jaśnie pani, mam nadzieję i modlę się tylko, aby to pani było dane. Jakby to było wspaniale dla pani i dla nas wszystkich! Naprawdę, dziecko we Wragby, jakżeby się wtedy wszystko zmieniło!
— Prawda? — rzekła Connie.
I wybrała trzy kicze akademickie, liczące sobie już po sześćdziesiąt lat, aby je posłać księżnie Shortland na najbliższy kiermasz dobroczynny. Nazywano ją „bazarową księżną”, ponieważ stale prosiła całe hrabstwo o nadsyłanie jej różnych przedmiotów do sprzedaży. Będzie zachwycona tymi trzema malowidłami. Może nawet skłoni ją to do złożenia wizyty. Jak wściekły był Clifford zawsze, kiedy ona przyjeżdżała.
„Ależ moja kochana! — myślała pani Bolton w duchu. — Więc przygotowujesz nas na dziecko Olivera Mellorsa? O Boże wielki, tożby dopiero było coś! Dziecko tevershallowskie w kołysce rodowej z Wragby! Naprawdę, nie przyniosłoby jej ujmy!”
Pośród innych potworności stała w tym lamusie także dość duża szkatułka z japońskiej laki, sprzed sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu lat, niezwykle zręcznej i starannej roboty, wyposażona w najbardziej pomysłowe urządzenia. Na górze był skoncentrowany garnitur toaletowy: szczotki, flakoniki, lustro, grzebienie, puderniczki, nawet trzy niezwykle małe brzytwy w pochewkach, mydelniczka i tak dalej. Poniżej następowały przybory piśmienne: suszki, pióra, kałamarze, papier, koperty, notesy. Następnie komplet przyborów do szycia: trzy pary różnej wielkości nożyczek, naparstki, igły, jedwab do szycia, nici i szydełka, wszystko w najlepszym gatunku i cudownie wykonane. Dalej była tam mała apteczka z butelkami, na których widniały napisy: Laudanum, Tinctura myrrhea, Ess. Clovis i tak dalej, ale wszystkie były puste.
Wszystko zupełnie nowiutkie, a całość była po zamknięciu wielkości małej, ale grubej walizeczki, wewnątrz zaś składała się jak łamigłówka. Z buteleczek nic się wylać nie mogło, bo nie było miejsca.
Szkatułka była cudownie pomyślana i cudownie wykonana. Była to doskonała robota w solidnym stylu wiktoriańskim. Ale w pewnym sensie było to monstrualne. Nawet jakiś Chatterley musiał sobie z tego zdawać sprawę, gdyż szkatułka nie była nigdy w użyciu. Odznaczała się ona szczególną bezdusznością.
Ale pani Bolton była zachwycona.
— Niech pani spojrzy, co za cudowne szczoteczki! I jakie to wszystko luksusowe! Nawet pędzelki do golenia, trzy doskonałe pędzelki! Nie! I co za nożyczki! Naprawdę, najlepsze, jakie można dostać! O, to jest coś zachwycającego!
— Tak pani sądzi? — rzekła Connie. — Więc niech ją sobie pani weźmie.
— Ach, nie, proszę jaśnie pani!
— Naprawdę! Tutaj ta szkatułka będzie leżała do końca świata. Jeżeli jej pani nie chce, poślę ją księżnej razem z obrazami. A nie zasługuje ona w istocie, żeby jej tyle dać. Niechże pani weźmie!
— O, proszę jaśnie pani! Nie wiem, jak mam pani za to dziękować.
— Nie potrzebuje pani wcale dziękować — zaśmiała się Connie.
I pani Bolton zbiegła triumfalnie na dół, trzymając w ramionach dużą, czarną szkatułkę, czerwona zupełnie z podniecenia.
Pani Betts zawiozła ją jednokonką razem ze szkatułką do jej domu we wsi.
A pani Bolton po prostu musiała zaprosić kilka przyjaciółek, aby im pokazać podarunek: żonę nauczyciela, aptekarzową, panią Weedon, żonę drugiego kasjera. Wszystkie były zdania, że szkatułka jest istnym cudem. A potem zaczęły się szepty o dziecku Lady Chatterley.
— Cuda ciągle się jeszcze zdarzają! — rzekła pani Weedon.
Ale pani Bolton była przekonana, że gdyby dziecko przyszło na świat, byłoby dzieckiem Sir Clifforda. Tak jest!
W niejaki czas potem proboszcz rzekł łagodnie do Clifforda:
— Czy naprawdę możemy się spodziewać dziedzica Wragby? Ach, byłaby to rzeczywiście ręka boża!
— Ba! Spodziewajmy się — odpowiedział Clifford z lekką ironią, a zarazem z niejakim przekonaniem. Zaczął już sam uważać za możliwe, że będzie jeszcze miał swoje dziecko.
Potem pewnego popołudnia przyjechał Leslie Winter, Squire62 Winter, jak go wszyscy nazywali: chudy jak zapałka, siedemdziesięcioletni i w każdym calu gentleman, jak pani Bolton powiedziała do pani Betts. Naprawdę w każdym milimetrze! Dzięki swojej staromodnej, silnie nosowej wymowie, wydawał się bardziej jeszcze niewspółczesny, niż peruka z warkoczem. Czas odrzuca w swoim biegu takie wytworne, stare pióra.
Rozmawiali o kopalniach. Idea Clifforda polegała na tym, że węgiel jego, nawet lichszy gatunek, mógłby być przerabiany na twarde, skoncentrowane paliwo, które spalałoby się z wielką wydajnością ciepła, gdyby się do niego doprowadzało pod silnym ciśnieniem wilgotne powietrze, przesycone kwasami. Zauważono od dawna, że przy szczególnie silnym, wilgotnym wietrze hałdy płonęły niezmiernie silnie, nie wydając prawie zupełnie dymu i pozostawiając bardzo drobny, sproszkowany popiół zamiast twardego, różowego żużlu.
— Ale gdzie znajdziesz odpowiednie zakłady do zużywania swego paliwa? — zapytał Winter.
— Sam je pobuduję. Będę sam zużywał swoje paliwo. I będę sprzedawał siłę elektryczną. Jestem przekonany, że zdołałbym to zrobić.
— Gdybyś tego dokonał, byłaby to rzecz wspaniała, wspaniała, mój chłopcze! Hm! Wspaniała! Byłbym niezmiernie rad, gdybym ci w tym mógł dopomóc. Obawiam się, że jestem już może trochę staroświecki i moje kopalnie także. Ale kto wie, gdy mnie już nie będzie, może będą sami tacy ludzie, jak ty. Wspaniały pomysł! Da znowu zatrudnienie ludziom i nie będzie się zmuszonym sprzedawać swego węgla albo nie mieć możności sprzedania go. Wspaniały pomysł i mam nadzieję, że będzie miał powodzenie. Gdybym ja miał synów, niewątpliwie wpadliby oni na jakiś nowoczesny pomysł co do Shipley, niewątpliwie! Nawiasem mówiąc, drogi chłopcze, czy uzasadnione są pogłoski, jakobyśmy mogli spodziewać się potomka dla Wragby?
— Czy istnieją takie pogłoski? — zapytał Clifford.
— Owszem, mój chłopcze. Pytał mnie o to Marshall z Fillingwood. To wszystko, co mogę powiedzieć o tej pogłosce. Oczywiście nie będę jej rozpowszechniał dalej, jeżeli nie jest uzasadniona.
— Tak — odpowiedział Clifford nieswój, ale z oczyma dziwnie połyskującymi. — Nadzieja istnieje. Nadzieja istnieje.
Winter podszedł do Clifforda i uścisnął mu rękę.
— Kochany chłopcze, kochany chłopcze, czy możesz sobie wyobrazić, co znaczą dla mnie twoje słowa? Co znaczy dla mnie usłyszeć, że przy swojej pracy masz nadzieję na syna? I że będziesz mógł znowu zatrudnić wszystkich ludzi z Tevershall? Ach, mój chłopcze! zachować swój ród i mieć pracę dla każdego, kto chce pracować!...
Stary pan był szczerze wzruszony.
Następnego dnia Connie ustawiała żółte tulipany o długich łodygach w szklanym wazonie.
— Connie — rzekł Clifford — czy słyszałaś o krążącej pogłosce, że obdarzysz Wragby synem i dziedzicem?
Connie doznała zawrotu głowy z przerażenia, ale stała zupełnie spokojnie, z ręką na kwiatach.
— Nie! — odpowiedziała. — Czy to żart? Czy złośliwość?
Clifford nie odpowiedział od razu.
— Mam nadzieję, że ani jedno, ani drugie. Mam nadzieję, że to proroctwo.
Connie zajęła się znowu kwiatami.
— Miałam dziś rano list od ojca — rzekła. — Zapytuje, czy pamiętam o tym, że przyjął w moim imieniu zaproszenie Sir Aleksandra Coopera do willi Esmeraldy w Wenecji na lipiec i sierpień.
— Na lipiec i sierpień? — powtórzył Clifford.
— O, nie pozostałabym tam przez ten cały czas. Czy nie zabrałbyś się także?
— Nie wyjadę zagranicę — odpowiedział Clifford szybko.
Connie postawiła kwiaty na oknie.
— A czy masz coś przeciwko temu, żebym ja pojechała? — zapytała. — Wiesz przecież, że sprawa była na to lato umówiona.
— Na jak długo pojechałabyś?
— Może na trzy tygodnie.
Przez chwilę panowało milczenie.
— Dobrze — rzekł Clifford z wahaniem i trochę posępnie — myślę, że trzy tygodnie zdołałbym wytrzymać: gdybym był absolutnie pewien, że powrócisz.
— Powrócę na pewno — odpowiedziała Connie ze spokojną prostotą i przekonaniem. Myślała o tamtym mężczyźnie.
Clifford wyczuł jej przekonanie i uwierzył w nie. Sądził, że odnosi się do niego. Doznał niezmiernej ulgi i natychmiast odzyskał humor.
— W takim razie — rzekł — wszystko byłoby, jak sądzę, w porządku. Czyż nie tak?
— I ja tak sądzę — odpowiedziała Connie.
— Zmiana sprawi ci przyjemność?
Connie spojrzała na niego dziwnie niebieskimi oczyma.
— Bardzo bym chciała zobaczyć znowu Wenecję — rzekła — i kąpać się na jednej z wysp przy lagunie. Wiesz przecież, że nie znoszę Lido! Nie sądzę, żeby Sir Aleksander Cooper i Lady Cooper okazali się dla mnie bardzo sympatyczni. Ale jeżeli jest tam Hilda i jeżeli będziemy miały własną gondolę: tak, będzie mi na pewno bardzo miło. Chciałabym, abyś i ty pojechał.
Mówiła to szczerze. Chętnie by go w ten sposób uczyniła szczęśliwym.
— Ach, wyobraź sobie mnie na Gare du Nord albo w przystani Calais.
— Dlaczego nie? Widuje się przecież i innych mężczyzn, rannych na wojnie, na noszach. Zresztą odbędziemy całą podróż autem.
— Musielibyśmy zabrać dwóch służących.
— O, nie! Dalibyśmy sobie rady z Fieldem. Drugiego człowieka znalazłoby się zawsze na miejscu.
Ale Clifford potrząsnął głową.
— Nie, nie w tym roku, moja kochana! Nie w tym roku. Na przyszły rok prawdopodobnie spróbuję.
Connie opuściła go w ponurym nastroju. Na przyszły rok! Co przyniesie przyszły rok? Ona sama nie miała właściwie ochoty jechać do Wenecji: nie teraz, teraz, kiedy miała tamtego mężczyznę. Postanowiła jednak przedsięwziąć tę podróż jako pewnego rodzaju dyscyplinę: a także dlatego, że gdyby miała dziecko, Clifford pomyślałby, iż miała w Wenecji kochanka.
Był już maj, a w czerwcu miała wyjechać. Zawsze te podziały. Życie było stale podzielone! Koła, które wprawiały człowieka w ruch i popędzały, a nad którymi nie miało się prawdziwej kontroli!
Był maj, ale pogoda była jeszcze chłodna i wilgotna. Chłodny, wilgotny maj, dobry dla zboża i siana! Bardzo ważną rzeczą było teraz zboże i siano! Connie musiała pojechać do Uthwaite, było to okoliczne miasteczko, a Chatterleyowie byli tam jeszcze Chatterleyami. Pojechała sama, Field prowadził auto.
Mimo maja i świeżej zieleni okolica miała wygląd posępny. Było dość mroźno, a deszcz przesiąknięty był chmurami dymu, zaś w powietrzu unosiła się jakby płynąca strumieniami para. Trzeba było po prostu żyć wytrwałością. Nic dziwnego, że ludzie byli tu brzydcy i twardzi.
Auto posuwało się pod górę przez długie, brudne, rozciągnięte Tevershall, obok poczerniałych murowanych domów o czarnych dachach łupkowych, których ostre kanty połyskiwały. Błoto na jezdni było czarne od pyłu węglowego, chodniki mokre i czarne. Miało się wrażenie, jakby wszystko przepojone było jednakową posępnością. Przeraźliwe było to absolutne zaprzeczenie naturalnego piękna, to absolutne zaprzeczenie radości życia, ten zupełny brak zmysłu wdzięku, jaki cechuje każdego ptaka i każde zwierzę, ta zupełna śmierć wszelkiej intuicyjnej zdolności ludzkiej. Wieżyczki z mydła w sklepikach, rumbarbarum i cytryny w składach spożywczych! okropne kapelusze w oknach modystek! Wszystko to przewijało się przed okiem, brzydkie, brzydkie, brzydkie, w otoczeniu ohydnych gipsowo-złotych fasad kinowych z mokrymi plakatami: „Miłość mężatki!”, a potem wielki kościół Primitive Chapel63, dość prymitywny w szacie surowych cegieł z szybkami z zielonkawego i fioletowego szkła. Dalej Wesleyan Chapel64 z poczerniałych cegieł za żelaznymi kratami i sczerniałymi krzakami. Congregational Chapel, kościół, który uchodził za dostojny, zbudowany był z fugowanego piaskowca i miał dzwonnicę, ale niezbyt wysoką. Tuż za nim znajdowały się nowe budynki szkolne, kosztowne, różowe budowle ceglane i wysypane żwirem place zabawowe za żelaznymi kratami parkanów, wszystko bardzo imponujące i noszące cechy połączenia kościoła z więzieniem. Uczennice piątej klasy miały lekcję śpiewu, skończyły właśnie ćwiczenia w gamach i rozpoczęły „piosenkę grzecznego dziecka”. Trudno było wyobrazić sobie coś bardziej niepodobnego do spontanicznego śpiewu: było to jakieś dziwne, krzykliwe wycie, wtłoczone w zarysy melodii. Nie jak u dzikich: dzicy mają pewien subtelny rytm. Nie jak u zwierząt: zwierzęta, wyjąc, mają coś na myśli. Było to niepodobne do niczego na świecie, a nazywało się śpiewem. Connie siedziała, słuchając, a serce uciekało jej w pięty, podczas gdy Field dolewał benzyny. Cóż mogło powstać z takiego ludu, z takiego ludu, w którym żywe, intuicyjne zdolności były martwe jak ćwieki, w którym nie było nic poza dziwnie mechanicznym wyciem i niesamowitą siłą woli?
Wóz z węglem zjechał ze zbocza, turkocząc wśród deszczu. Field ruszył znowu, minął wielkie, lecz o niechlujnym wyglądzie składy materiałów i sklepy z ubraniami, potem pocztę na małym rynku o nieokreślonych konturach, gdzie Sam Black wyjrzał z drzwi „Słońca”, które mieniło się hotelem, nie zajazdem, i gdzie zatrzymywali się komiwojażerowie; Sam skłonił się nisko przed autem Lady Chatterley.
Kościół stał nieco na lewo, między czarnymi drzewami. Auto zjechało z góry, obok „Zacisza Górników”. Minęło już przedtem „Wellingtona”, „Nelsona”, „Trzy beczki” i „Słońce”, teraz przejechało obok „Zacisza Górników”, potem obok „Zajazdu Mechaników” i nowego, niemal hałaśliwego „Domu Górniczego”, a minąwszy jeszcze kilka nowych „willi”, wjechało między ciemne żywopłoty i ciemnozielone pola na poczerniałą drogę, wiodącą do Stacks Gate.
Tevershall! To było Tevershall! Wesoła Anglia! Anglia Szekspira! Nie, to była Anglia dzisiejsza, z czego Connie zdawała sobie sprawę, odkąd tu przybyła i odkąd żyła w tej okolicy. Ta Anglia wydawała na świat nową rasę ludzką, arcyuświadomioną w sprawach pieniężnych, społecznych i politycznych, ale martwą, jeśli szło o rzeczy spontaniczne, intuicyjne. Wszyscy oni byli w połowie trupami: ale z okropną, uporczywą świadomością drugiej połowy. We wszystkim tym było coś niesamowitego, podziemnego. Był to świat podziemny. I to zupełnie nieobliczalny. Jakże można było zrozumieć odruchy nawiedzające półtrupy?
Gdy Connie ujrzała wielkie auta ciężarowe, pełne robotników z hut żelaznych Sheffield, niesamowitych, drobnych istot na podobieństwo mężczyzn, robotników, odbywających wycieczkę do Matlock — zrobiło się jej zupełnie niedobrze i pomyślała:
„Ach, Boże, co człowiek uczynił człowiekowi? Co uczynili przywódcy ludzkości swoim bliźnim? Doprowadzili ich do stanu istot na poziomie niższym niż ludzki; a teraz nie istnieje już wspólne poczucie człowieczeństwa! To wszystko po prostu koszmar!”
Znowu odczuła w przystępie grozy szarą, piaszczystą beznadziejność życia. Jeśli masy robotników przemysłu składały się z takich istot, a wyższe klasy były takie, jakimi je ona znała, to nie mogło już być nadziei, nie mogło już być nadziei. A ona chciała dziecka, chciała dziedzica dla Wragby! Dziedzica dla Wragby! Zadrżała ze zgrozy.
A jednak Mellors wyszedł z tego życia! — Tak, ale on stał na uboczu, jak i ona. I w nim nie było już poczucia wspólnoty. Było ono martwe. Poczucie wspólnoty było martwe. Było w nim tylko odosobnienie i beznadziejność, jeżeli szło o te sprawy. A to była Anglia, olbrzymie masy angielskie: Connie wiedziała o tym, gdyż jechała autem z jej centrum.
Auto pędziło ku Stacks Gate. Deszcz ustał, a powietrze przeniknięte było dziwnie przejrzystymi promieniami majowymi. Okolica staczała się długimi falami na południe ku Peak, na wschód ku Mansfield i Nottingham. Connie jechała na południe. Gdy się znalazła na płaskowzgórzu, widziała po lewej stronie na wyżynie ponad falistą okolicą cienistą, olbrzymią masę zamku Warsop Castle: ciemnoszara budowla, a poniżej czerwonawe plamy domków robotniczych, jasne, nowo wzniesione domy i poniżej nich sztandary ciemnego dymu i białej pary z wielkiej kopalni, z której co roku płynęło tyle tysięcy funtów do kieszeni księcia i innych akcjonariuszy. Potężny, stary zamek był ruiną, ale ciągle jeszcze wisiał ciemną masą na niskim horyzoncie ponad czarnymi i białymi sztandarami, powiewającymi w wilgotnym powietrzu.
Jeszcze jeden zakręt i wyjechali na wyżej położoną drogę ku Stacks Gate. Stacks Gate, widziane z szosy, było tylko jednym olbrzymim i pysznym nowym hotelem, zwanym „Coningsby Arms”, stojącym w czerwieni, bieli i złocie, w barbarzyńskim odosobnieniu przy drodze. Ale gdy się bliżej przyjrzeć, dostrzegało się po lewej całe szeregi ładnych, „nowoczesnych” domów, ustawionych jak kostki domina, z odstępami i ogródkami; była to dziwna partia domina, grana przez jakichś tajemniczych „panów” na przerażonej ziemi. A poza tymi szeregami domów wznosiły się zdumiewające i budzące grozę, olbrzymie konstrukcje prawdziwie nowoczesnej kopalni, zakłady chemiczne i długie galerie, potworne i nieznane dotąd człowiekowi kształty. Same wieże wyciągowe i hałdy kopalni były niepozorne pośród olbrzymich nowych budowli. A przed tym wszystkim stała partia domina, przerwana w jakimś zdumieniu i czekająca, aby ją rozegrano.
To było Stacks Gate, od czasu wojny coś nowego na powierzchni ziemi. W istocie zaś, chociaż Connie nie wiedziała o tym, o pół mili poza hotelem znajdowało się stare Stacks Gate z małą, starą kopalnią i czarniawymi starymi domami, z kilkoma kościółkami i kilkoma sklepikami, z jedną czy dwiema małymi karczmami.
Ale ono już nie wchodziło w rachubę. Potworne chmury dymu i pary wznosiły się z nowej kopalni na wzgórzu, i to było teraz Stacks Gate: bez kościołów, bez karczm, nawet bez sklepów. Tylko olbrzymie „zakłady”, które są nowoczesnym Olimpem ze świątyniami dla wszystkich bogów, tylko wzorowe kolonie robotnicze i hotel. Hotel był w istocie zwykłym szynkiem górniczym, chociaż wyglądał wspaniale.
Nawet od czasu przybycia Connie miejscowość ta rozrosła się jeszcze bardziej, a wzorowa kolonia wypełniła się szumowinami, które napływały zewsząd, aby obok innych zatrudnień czyhać także na króliki Clifforda.
Auto jechało dalej po wzgórzach, i Connie widziała przed sobą rozpostarte faliste hrabstwo. Hrabstwo! Było to niegdyś dumne i piękne hrabstwo. Na wprost, tak samo groźna i zawieszona na skraju nieba, widniała olbrzymia, wspaniała masa Chadwick Hall, składająca się raczej z okien niż murów, jednego z najsłynniejszych domów z czasów elżbietańskich. Szlachetny dom wznosił się samotnie ponad wielkim parkiem — przestarzały, miniony. Konserwowano go jeszcze, ale tylko na pokaz. „Patrzcie, jak po pańsku umieli żyć nasi przodkowie!”
To była przeszłość. Teraźniejszość leżała w dole. Bóg tylko wiedział, gdzie będzie leżała przyszłość. Auto przemykało się już pomiędzy małymi, poczerniałymi domkami robotniczymi, zmierzając ku Uthwaite. Zaś Uthwaite słało w wilgotne dni całe gromady chmur, dymu i pary do nie wiadomo jakich bogów. Uthwaite, położone w dolinie, wywierało zawsze na Connie jakieś dziwne wrażenie swymi poprzeciąganymi po ziemi nitkami stalowymi szyn do Sheffield, swymi kopalniami węgla i hutami żelaza, które słały z długich rur dym i żar, i swoją ciągle jeszcze przebijającą się poprzez opary iglastą wieżycą kościoła, bliską zawalenia się. Było to stare miasteczko targowe, punkt centralny otaczających dolin. Jedna z pierwszych gospód nosiła nazwę „Zajazd Chatterley”. Tutaj w Uthwaite Wragby znane było jako Wragby, jakby było odrębną miejscowością, a nie tylko domem, jak uważali obcy: Wragby Hall koło Tevershall; Wragby, „siedziba rodowa”.
Domki górników stały zakopcone tuż przy chodniku, w owej skromności i niepozorności sadyb górniczych liczących ponad sto lat. Obrzeżały one całą drogę. Szosa stała się ulicą, a gdy się zniżała, zapominało się od razu o otwartej, rozciągającej się falisto okolicy, gdzie ciągle jeszcze panowały zamki i wielkie pałace pańskie, ale już niby zjawy z zaświata. Tutaj znajdował się człowiek wprost ponad kłębowiskiem szyn kolejowych, a odlewnie i inne „zakłady” wznosiły się obok, tak wielkie, że miało się tylko świadomość nieskończonych murów. Żelazo szczękało, budząc hałaśliwe echo, olbrzymie lory wstrząsały ziemią, gwizdki brzmiały ogłuszająco.
Ale później, kiedy się zjeżdżało na dół, do samego serca miasteczka, w zagmatwane rojowisko za kościołem, było się znowu w świecie sprzed dwustu lat, na krzywych uliczkach, gdzie stał „Zajazd Chatterley” i stara apteka, na drogach, które wiodły niegdyś w dziki, otwarty świat zamków i wspaniałych siedzib pańskich.
Na rogu policjant podniósł jednak rękę, gdy przejechały trzy naładowane żelazem lory, wprawiające biedny kościółek w drżenie. I nie wcześniej mógł pozdrowić jaśnie panią, aż lory przejechały.
Tak było. Na stare, krzywe uliczki miejskie tłoczyły się hordy zestarzałych, sczerniałych domków górniczych, obrzeżając wiodące w świat drogi. A bezpośrednio po nich następowały nowsze, bardziej czerwonawe szeregi większych domów, którymi usiana była dolina: siedziby nowoczesnych robotników. A poza nimi znowu, na rozległych, falistych połaciach zamkowych, ciągnęły się w dal smugi dymu i pary, a plama za plamą surowej czerwonawej cegły wskazywała nowe osiedla górnicze, niekiedy w dolinach, niekiedy ohydnie rozlokowane wzdłuż zboczy pagórków. A pomiędzy tym wszystkim, w samym środku, były postrzępione resztki starej Anglii, Anglii dyliżansów i chłopskich chat, nawet Anglii Robin Hooda — gdzie górnicy wałęsali się w posępności tłumionych popędów myśliwskich, kiedy nie mieli pracy.
Anglio, moja Anglio! Ale któraż to była moja Anglia? Wspaniałe domy Anglii prezentowały się dobrze na fotografiach i stwarzały złudzenie kontaktu z ludźmi z epoki elżbietańskiej. Piękne, stare dwory z czasów poczciwej królowej Anny i Toma Jonesa. Ale kawałki sadzy opadały na nie, czerniąc stare sztukaterie, które dawno już utraciły pozłotę. Lecz i one, podobnie jak wspaniałe domy, ulegały jeden po drugim opuszczeniu. A teraz rozwalano je. Zaś wiejskie siedziby Anglii — oto one — wielkie plamy murowanych budynków w beznadziejnej okolicy.
Burzono wspaniałe domy, dwory z okresu georgiańskiego znikały z powierzchni ziemi. Fritchley, wzór starogeorgiańskiej budowli, burzono właśnie teraz, gdy Connie przejeżdżała autem. Dwór był w doskonałym stanie: aż do wojny Weatherleyowie rezydowali w nim, jak należało. Ale teraz był za wielki, za kosztowny, a okolica stała się zbyt obca. Ziemianie chronili się do milszych miejscowości, gdzie mogli wydawać pieniądze, nie patrząc, jak się je zarabiało.
Był to bieg historii. Jedna Anglia niweczyła drugą. Kopalnie wzbogaciły dwory. Teraz niweczyły je, jak zniweczyły już chaty wiejskie. Anglia przemysłowa niweczyła Anglię rolniczą. Jeden światopogląd wypierał drugi. Nowa Anglia niweczyła starą Anglię. A ciągłość była natury nie organicznej, lecz mechanicznej.
Connie, która należała do klasy posiadającej, czepiała się resztek starej Anglii. Trzeba było lat, aż zrozumiała, że stara Anglia istotnie niweczona była przez tę przeraźliwą, nową, okropną Anglię, i że to niweczenie posuwać się będzie dalej, aż do końca. Fritchley znikło, Eastwood znikło, Shipley także niebawem zniknie: ukochane Shipley Squire’a Wintera.
Connie wstąpiła na chwilę do Shipley. Tylna brama parku otwierała się tuż koło nasypu kolejki kopalnianej; kopalnia Shipley znajdowała się zaraz za drzewami. Brama była otwarta, gdyż przez park prowadziła stara droga publiczna, z której korzystali górnicy. Wałęsali się po parku.
Auto minęło sadzawki, do których górnicy wrzucali gazety, i skręciło na prywatny dojazd do dworu. Dom stał nieco wyżej i na uboczu; był to bardzo ładny, ozdobiony sztukateriami budynek z połowy osiemnastego wieku. Posiadał piękną aleję cisową, która stanowiła niegdyś dojazd do starszego domu, a całość rozciągała się wesoło i połyskiwała wprost radośnie swymi georgiańskimi szybami. Za domem ciągnęły się naprawdę wspaniałe ogrody.
Wnętrze domu podobało się Connie znacznie bardziej niż Wragby. Było znacznie jaśniejsze, żywsze, kształtniejsze i elegantsze. Pokoje wykładane były kremowymi, lakierowanymi boazeriami, sufity z lekka pozłacane, a wszystko utrzymane we wzorowym porządku, komfort był zupełny, bez względu na koszta. Nawet korytarze były obszerne i powabne, o wdzięcznych zakrętach, pełne życia.
Ale Leslie Winter był samotny. Kochał swój dom bałwochwalczo, lecz park był z trzech stron otoczony jego własnymi kopalniami. Winter był człowiekiem o wspaniałomyślnych ideach. Z radością niemal przyjmował swoich górników w parku. Czyż górnicy nie uczynili go bogatym? A kiedy widział grupy niezgrabnych mężczyzn wałęsających się wokół sadzawek i fontann — nie w prywatnej części parku, nie, tam była granica — mawiał:
— Górnicy nie są może taką ozdobą, jak zwierzyna, ale są o wiele użyteczniejsi.
Ale to było w owych — pod względem pieniężnym — złotych czasach drugiej połowy okresu wiktoriańskiego. Górnicy uchodzili wówczas za „dobrych robotników”.
Winter wygłosił to zdanie, które było na wpół usprawiedliwieniem, wobec księcia Walii. A książę odpowiedział swoją gardlaną angielszczyzną:
— Ma pan zupełną słuszność. Gdyby pod Sandringham był węgiel, otworzyłbym szyb na murawie i urządziłbym tam pierwszorzędny ogród. O, za tę cenę gotów bym zamienić zwierzynę na górników. Słyszałem, że ludzie pańscy są bardzo dobrymi robotnikami.
Ale książę miał może zbyt wysokie mniemanie o piękności pieniądza i błogosławieństwach przemysłu. W każdym razie książę został królem, król umarł, a teraz był drugi król, którego głównym zajęciem było otwieranie kuchni dla ubogich.
A dobrzy robotnicy jakoś przytłaczali Shipley. Nowe wsie robotnicze napierały na park, a dziedzic miał nieokreślone wrażenie, że jest to obca ludność. Czuł się on zwykle w sposób zupełnie dobroduszny, ale wielkopański władcą swoich gruntów i swoich górników. A teraz jakieś niedostrzegalne przenikanie nowego ducha wypierało go stąd. To on był teraz nieodpowiedni dla tej okolicy. Niepodobna było nie dostrzec tego. Kopalnie, przemysł, wszystko to miało swoją własną wolę, a wola ta skierowana była przeciwko wytwornemu właścicielowi. Górnicy zaś brali udział w tej woli i trudno było oprzeć się temu. Wola ta wypierała człowieka z tego miejsca, może w ogóle z życia.
Squire Winter, żołnierz, bronił się przed tym. Ale nie miał już ochoty wyjść po kolacji do parku. Krył się niemal w domu. Raz wyszedł z Connie, z gołą głową, w lakierkach i fioletowych skarpetkach, aż do bramy parku, rozmawiając z nią w swój wytworny, nieco afektowany sposób. Ale gdy mijali potem małe grupki robotników, którzy patrzyli na nich, nie kłaniając się i nie robiąc nic innego, Connie spostrzegła, jak chudy, wytworny stary pan wzdrygnął się, wzdrygnął się niby szlachetny samiec antylopy w klatce pod brutalnymi oczyma tłumu. Górnicy nie byli osobistymi wrogami, bynajmniej. Ale duch, który ich przenikał, był zimny i wypierał go stąd. A w głębi ich dusz tliła się ukryta zawiść. Oni „pracowali na niego”. I w brzydocie swojej brali mu za złe jego elegancką, wypielęgnowaną, wytworną egzystencję. „Kimże on jest!” Tę różnicę właśnie brali mu za złe.
A Winter, który miał w sobie wiele z żołnierza, uważał w jakimś najtajniejszym zakątku swego angielskiego serca, że mieli rację, biorąc mu za złe tę różnicę. Czuł, że właściwie niesłuszne jest, aby cała przewaga była po jego stronie. Ale reprezentował określony porządek społeczny i nie chciał się dać wyprzeć.
Chyba przez śmierć. Zaskoczyła go ona nagle, niebawem po wizycie Connie. A w testamencie okazał się dość szczodry dla Clifforda.
Spadkobiercy przystąpili natychmiast do rozbiórki dworu Shipley. Utrzymanie budynku za wiele kosztowało. Nikt nie chciał w nim mieszkać. Został więc zdemolowany. Aleję cisową zrąbano. Park ogołocono z drzew i podzielono na place budowlane. Znajdował się on dość blisko Uthwaite. W dziwnej, nagiej pustelni tej bezpańskiej okolicy powstały małe uliczki na wpół odosobnionych, bardzo wartościowych jednorodzinnych domków! Miasto-ogród Shipley!
Stało się to w ciągu roku od ostatniej wizyty Connie. Oto stało miasto-ogród Shipley, gromada na wpół odosobnionych will z surowych cegieł na nowych ulicach. Nikomu nie przyszłoby na myśl, że przed dwunastu miesiącami znajdował się tu dworek ze sztukateriami.
Ale to było właśnie późniejsze stadium ogrodnictwa krajobrazowego króla Edwarda, w stylu urządzania ozdobnych szybów na murawach.
Jedna Anglia wypierała drugą. Anglia Squire’a Wintera i Wragby Hall przeminęła, umarła. Tylko że to wypieranie nie było jeszcze zupełnie dokonane.
Co nastąpi potem? Connie nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Widziała tylko, jak nowe szeregi domów wysuwały się ku polom, jak nowe zakłady wyrastały przy kopalniach, jak nowe dziewczęta w jedwabnych pończochach chodziły z nowymi chłopakami do Palais albo do Domu Ludowego. Młode pokolenie nie wiedziało już nic o starej Anglii. Była to przerwa w ciągłości świadomości. Było w tym niemal coś amerykańskiego. Co nastąpi potem?
Connie miała stale uczucie, że potem już nic nie nastąpi. Najchętniej byłaby ukryła głowę w piasku, a przynajmniej na piersi żywego mężczyzny.
Świat był tak zawikłany, tak niesamowity i przeraźliwy! Masy ludu były tak liczne i naprawdę tak okropne! Tak rozmyślała, jadąc do domu; widziała górników powracających z szychty, szaro-czarnych, zmordowanych, z jedną łopatką wyższą od drugiej, włóczących po ziemi ciężkie, okute żelazem buty. Podziemne, szare twarze, w których błyskało tylko nieruchomo białko oka, szyje zgarbione od stania w niskich sztolniach, ramiona wygięte. Mężczyźni! Mężczyźni! Tak, pod tym względem cierpliwi i dzielni mężczyźni. Pod innym względem — nieistniejący. Coś, co mężczyźni powinni posiadać, było z nich wytrzebione, było w nich zabite. A jednak byli mężczyznami. Płodzili dzieci. Można im było rodzić dzieci. Okropna, okropna myśl! Byli dobrzy i uprzejmi. Ale byli tylko połową, byli tylko szarą połową istoty ludzkiej. Dotychczas byli „dobrzy”. Ale i to była dobroć ich połowiczności. Co się stanie, gdy martwa połowa zapragnie w nich życia? Ale nie, zbyt strasznym było myśleć o tym. Connie czuła bezgraniczny lęk przed masami przemysłowymi. Wydawały się jej wprost piekielne. Życie, które tak zupełnie nie posiadało piękna, tak zupełnie pozbawione było intuicji, wiecznie „na szychcie”.
Dzieci takich mężczyzn! O Boże, o Boże!
A jednak Mellors pochodził z takiego ojca. Niezupełnie. Czterdzieści lat stanowiło różnicę, zdumiewającą różnicę męskości. Żelazo i węgiel wżarły się głęboko w ciała i dusze tych innych mężczyzn.
Wcielona brzydota, a jednak żyli. Co się z nimi wszystkimi stanie? Może ze zniknięciem węgla znikną oni znowu z powierzchni ziemi. Wynurzyli się tysiącami znikąd, gdy węgiel zawołał ich. Może byli jakąś niesamowitą fauną pokładów węgla. Byli stworzeniami z innej rzeczywistości, elementarnymi istotami służącymi elementowi węgla, jak hutnicy byli elementarnymi istotami służącymi elementowi żelaza. Mężczyźni, którzy nie byli mężczyznami, lecz zwierzętami węgla, żelaza i gliny. Fauna pierwiastków węgla, żelaza, krzemu: istoty elementarne. Miały one może coś z owej niesamowitej, nieludzkiej piękności minerałów, coś z połysku węgla, z ciężkości i błękitu i wytrzymałości żelaza, z przejrzystości kwarcu. Elementarne istoty, niesamowite i bezkształtne, istoty ze świata minerałów! Istoty przynależne do węgla, żelaza, gliny, jak ryby przynależą do wody, a czerwie do butwiejącego drzewa. Wyziewy mineralnego rozkładu!
Connie była rada, że znalazła się znowu w domu, że ukryła głowę w piasku. Rada była nawet, że może znowu pogawędzić z Cliffordem. Bowiem lęk przed Anglią Środkową węgla i żelaza przejął ją dziwnym uczuciem, które przeniknęło ją na wskroś, jak grypa.
— Musiałam oczywiście wypić herbatę w sklepie panny Bentley — rzekła.
— Naprawdę! Winter chciał cię chyba zatrzymać na herbacie?
— O, tak, ale nie mogłam zrobić zawodu pannie Bentley.
Panna Bentley była serowatą starą panną, posiadającą niezmiernie wielki nos i romantyczne usposobienie; częstowała ona swoich gości herbatą z zapałem godnym udzielania sakramentu.
— Pytała o mnie? — rzekł Clifford.
— Naturalnie! „Czy mogę zapytać jaśnie panią, jak się czuje Sir Clifford?” Zdaje się, że stawia cię jeszcze wyżej niż Edytę Cavell65!
— Powiedziałaś jej pewnie, że wyglądam doskonale.
— Tak! A ona miała tak zachwyconą minę, jakbym jej powiedziała, że niebo rozwarło się przed tobą. Powiedziałam jej, że jeśli przyjedzie kiedy do Tevershall, musi cię odwiedzić.
— Mnie! Po co? Mnie odwiedzić!
— Ależ tak, Cliffordzie. Nie możesz przecież być przedmiotem takiego uwielbienia, nie okazując się także troszeczkę łaskawym. Święty Jerzy z Kapadocji był w jej oczach niczym wobec ciebie.
— I sądzisz, że ona przyjedzie?
— O, zarumieniła się! I wyglądała naprawdę ładnie przez chwilę, biedactwo! Dlaczego mężczyźni nie żenią się z kobietami, które ich naprawdę uwielbiają?
— Kobiety za późno zaczynają uwielbiać. Ale czy ci powiedziała, że przyjedzie?
— Ach! — Connie poczęła naśladować zadyszaną pannę Bentley. — „Proszę jaśnie pani, gdybym ja śmiała pozwolić sobie kiedyś na to!”
— Gdybym śmiała pozwolić sobie! Co za absurd! Ale mam w Bogu nadzieję, że nie zjawi się tu kiedyś. A jak ci smakowała jej herbata?
— O, bardzo mocna! Ale Cliffordzie, czy zdajesz sobie sprawę, że stanowisz Roman de la rose66 panny Bentley i wielu podobnych jej?
— I toby mi nawet nie schlebiało.
— Przechowują każdy twój portret z ilustrowanych pism jak skarb i prawdopodobnie co wieczór modlą się za ciebie. To przecież cudowne!
Poszła na górę przebrać się.
Wieczorem Clifford rzekł do niej:
— Czy wierzysz, że w małżeństwie jest coś wiecznego?
Connie spojrzała na męża.
— Ależ Cliffordzie, mówisz to tak, jakby wieczność była pokrywą zamykającą się nad człowiekiem albo długim, długim łańcuchem wlokącym się za nami, dokądkolwiek byśmy poszli.
Clifford rzucił jej gniewne spojrzenie.
— Myślę tylko o tym — rzekł — że jeśli pojedziesz do Wenecji, to nie pojedziesz z nadzieją wielkiej przygody miłosnej, którą mogłabyś traktować au grand sérieux67, prawda?
— Przygoda miłosna w Wenecji au grand sérieux? Nie, zapewniam cię! Nie, nigdy bym nie traktowała przygody miłosnej w Wenecji inaczej, jak au très petit sérieux68.
Mówiła tonem dziwnie pogardliwym. Clifford patrzał na nią ze ściągniętymi brwiami.
Kiedy zeszła rano, na korytarzu przed pokojem Clifforda siedziała suka leśniczego, Flossie, skomląc cicho.
— Flossie! — rzekła Connie łagodnie. — Co ty tu robisz?
I cicho otworzyła drzwi. Clifford siedział na łóżku, odsunąwszy na bok stolik z maszyną do pisania, a leśniczy stał przed nim w służbowej postawie w nogach łóżka. Flossie wbiegła do pokoju. Lekkim ruchem głowy i skinieniem oka Mellors wyprawił ją znowu za drzwi. Suka wymknęła się z pokoju.
— Dzień dobry, Cliffordzie — rzekła Connie. — Nie wiedziałam, że jesteś zajęty.
Potem spojrzała na leśniczego i powiedziała mu dzień dobry. Mellors mruknął odpowiedź, spoglądając na nią z ukosa. Ale Connie uczuła, jak musnął ją wiew namiętności, przez samą jego obecność.
— Przeszkodziłam ci, Cliffordzie? Przykro mi bardzo.
— Nie, to nic ważnego.
Connie wyszła z pokoju i pobiegła do niebieskiego saloniku na pierwszym piętrze. Siedziała w niszy okiennej i widziała, jak odchodził drogą dojazdową; szedł swoim dziwnym, cichym krokiem, jakby się chciał uczynić niewidzialny. Odznaczał się on naturalną, spokojną wytwornością, nieprzystępną dumą, a w wyglądzie jego było zarazem coś delikatnego. Podwładny! Jeden z podwładnych Clifforda! „Nie z winy gwiazd, drogi Brutusie, lecz z własnej winy jesteśmy poddanymi”69.
Czy on był poddanym? Czy był nim? A za co uważał ją?
Był słoneczny dzień, Connie pracowała w ogrodzie, a pani Bolton pomagała jej. Z niewiadomego powodu dwie kobiety zbliżyły się do siebie w jednym z owych niewyjaśnionych odruchów przypływu i odpływu sympatii pomiędzy ludźmi. Zajęte były sadzeniem goździków i małych kwiatków letnich. Była to praca, którą obie lubiły. Szczególną przyjemność sprawiało Connie wsadzanie miękkich korzonków młodych roślin w miękką, czarną masę ziemi. Tego poranka wiosennego czuła w łonie drganie, jakby blask słońca dotknął jej ciała i uczynił je szczęśliwym.
— Wiele to już pewnie lat, odkąd pani straciła męża? — zapytała panią Bolton, wsadzając znowu roślinkę do przygotowanego otworu w ziemi.
— Dwadzieścia trzy! — odpowiedziała pani Bolton, rozdzielając młode orliki. — Dwadzieścia trzy lata, odkąd go przynieśli do domu.
Connie uczuła ukłucie w sercu przy tym nieodwołalnym „przynieśli go do domu!”
— Dlaczego właśnie on postradał życie, jak pani sądzi? — zapytała. — Był z panią szczęśliwy?
Było to pytanie kobiety do kobiety. Pani Bolton grzbietem dłoni odgarnęła kosmyk włosów z czoła.
— Nie wiem, proszę jaśnie pani! Tak wyglądało, jakby się nie chciał poddawać biegowi rzeczy: prawdę mówiąc, nie chciał chodzić zawsze razem z innymi. A przy tym nienawidził uginania grzbietu, jak niczego na świecie. Przekora, która pędzi w objęcia śmierci. Widzi pani, właściwie niewiele mu na tym zależało. Zdaje się, że kopalnia zrobiła go takim. Nigdy nie powinien był schodzić do szybu. Ale ojciec zmuszał go do zjeżdżania, kiedy jeszcze był chłopcem; a potem, kiedy się już przekroczy dwudziestkę, niełatwo jest wydostać się stamtąd.
— Czy mówił, że tego nie cierpi?
— O, nie! Nigdy! Nigdy nie mówił, że czegoś nie cierpi. Robił tylko taką śmieszną minę. Należał do tych, co po prostu nie chcą uważać. Jak ci chłopcy, którzy pierwsi i tacy uszczęśliwieni ruszyli w pole i których zaraz złapało. Właściwie nie był zuchwale odważny. Ale po prostu nie chciał uważać. Mówiłam mu nieraz: „Na niczym i na nikim ci nie zależy!” Ale tak nie było! Pamiętam, jak siedział, kiedy miałam pierwsze dziecko, nieruchomo, pamiętam jego zrezygnowane oczy, kiedy patrzał na mnie, gdy wszystko już minęło! Było mi ciężko, ale musiałam jego pocieszać. „Już dobrze, mój kochany, już dobrze!” mówiłam do niego. A on rzucił na mnie takie dziwne spojrzenie i przyglądał mi się z takim komicznym uśmiechem. Nigdy nic o tym nie mówił. Ale myślę, że od tej nocy nie miał już ze mnie prawdziwej przyjemności; nie chciał sobie nigdy popuścić cugli. Mówiłam do niego często: „Nie trop sie chłopecku, a ulżyj se!” Mówiłam z nim czasami tak, jak tu ludzie mówią. A on nic na to nie odpowiadał. Ale nigdy nie chciał sobie popuścić cugli; albo nie mógł. Nie chciał, żebym miała jeszcze dzieci. Przypisywałam zawsze winę jego matce, bo pozwoliła mu wtedy zostać w pokoju. Nie miał tam czego szukać. Mężczyźni zawsze robią z igły widły, kiedy zaczynają sobie nad czymś suszyć głowę.
— Czy tak bardzo się tym przejął? — zapytała Connie zdziwiona.
— Tak. Nie mógł zrozumieć, że te wszystkie bóle były rzeczą naturalną. I zepsuło mu to tę odrobinę przyjemności, jaką miał dawniej z miłości małżeńskiej. Mówiłam mu: „Jeżeli ja sobie z tego nic nie robię, po co ty się tym przejmujesz? Przecież to moja szkoda!” Ale on odpowiadał mi na to tylko: „To nieprawda!”
— Może był zbyt wrażliwy — rzekła Connie.
— Tak, to prawda! Kiedy się mężczyzn bliżej poznaje, okazuje się, że tacy właśnie są: zbyt wrażliwi w niewłaściwym miejscu. A ja myślę, że nie wiedząc o tym, nienawidził kopalni, po prostu nienawidził. Tak spokojnie wyglądał, kiedy był martwy, jak gdyby się stał wolny. Był takim ładnym chłopcem. Serce mi po prostu pękało, kiedy go takim widziałam, takim cichym i czystym, jak gdyby chciał umrzeć. O, to mi naprawdę złamało serce, naprawdę. Ale to była wina kopalni.
Zapłakała gorzkimi łzami, a Connie płakała jeszcze boleśniej. Był gorący dzień wiosenny z zapachem ziemi i żółtymi kwiatami i mnóstwem roślin, puszczających pąki; ogród był wprost przepojony sokiem słonecznego światła.
— To musiało być straszne dla pani! — rzekła Connie.
— O, proszę jaśnie pani! Początkowo nic nie rozumiałam. Powtarzałam tylko: „O, mój chłopcze, dlaczego mnie chciałeś opuścić!” To było wszystko, co mogłam z siebie wydobyć. Ale gdzieś w głębi duszy czułam, że on powróci.
— Przecież on nie chciał pani opuścić — rzekła Connie.
— O, nie, jaśnie pani! To były tylko moje głupie krzyki. I czekałam ciągle, aż on wróci. Szczególnie w nocy. Budziłam się ciągle i myślałam: „Co to znaczy, nie ma go przecież przy mnie!” Jak gdyby moje uczucie nie mogło uwierzyć, że jego już nie było. Miałam po prostu wrażenie, że on musi wrócić i leżeć przy mnie, że będę go mogła czuć przy sobie. To było wszystko, czego pragnęłam, czuć go przy sobie, gorąco, czuć jego dotknięcie. I wiele bólu mnie to kosztowało, zanim zrozumiałam, że on nie wróci, kosztowało mnie to lata.
— Jego dotknięcie — rzekła Connie.
— O to właśnie idzie, jaśnie pani! Jego dotknięcie! Do dzisiejszego dnia nie pogodziłam się z tym i nigdy się nie pogodzę. A jeżeli istnieje niebo, to i on tam będzie i będzie leżał przy mnie, żebym mogła zasnąć.
Connie rzuciła lękliwe spojrzenie z ukosa na jej ładną, zasępioną twarz. Jeszcze jeden namiętny człowiek z Tevershall! Jego dotknięcie! Gdyż trudno jest zerwać więzy miłości!
— Straszna to rzecz, gdy mężczyzna przeniknął komu w krew! — rzekła.
— O, jaśnie pani! I to człowieka najbardziej rozgorycza. Czuje się, że ludzie chcieli go zabić. Czuje się, że kopalnia chciała go zabić. O, ja czułam, że gdyby nie kopalnia i ci, co kopalnią rządzą, on by mnie nie opuścił. Ale oni wszyscy chcą za wszelką cenę rozłączyć kobietę i mężczyznę, którzy są razem.
— Którzy są fizycznie razem — rzekła Connie.
— To prawda, proszę jaśnie pani! Dużo jest na świecie ludzi o twardych sercach. I co rano, kiedy on wstawał i szedł na szychtę, czułam, że to jest niesłuszne, niesłuszne. Lecz cóż miał robić? Co może człowiek robić?
Dziwna nienawiść rozgorzała w niej.
— Ale czyż uczucie dotknięcia może tak długo trwać? — zapytała nagle Connie. — Że może go pani czuć tak długo?
— O, proszę jaśnie pani, cóż innego może trwać tak długo? Dzieci wyrastają i odsuwają się od człowieka. Ale mąż, ach...! Lecz nawet to chcieliby ludzie w człowieku zabić, nawet wspomnienie jego dotknięcia. Nawet własne dzieci tego pragną! Ach, tak! Może byśmy się i tak rozeszli, kto wie? Ale to jest wtedy inne uczucie. Lepiej może, gdy się człowiek niczym nie przejmuje. Lecz kiedy patrzę na kobiety, które nigdy nie były prawdziwie rozgrzane przez mężczyznę, tak, wydają mi się wszystkie takie nędzne, choćby się nie wiedzieć jak pięknie stroiły i robiły wyniosłe miny. Nie, wolę już mój los. Nie mam wielkiego szacunku dla ludzi.