ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Connie bywała teraz dość często sama, gdyż do Wragby przyjeżdżało mniej ludzi. Clifford nie potrzebował ich już. Zwrócił się nawet przeciwko „koleżkom”. Stał się dziwakiem. Wolał radio, które kazał sobie urządzić poważnym kosztem, ale i z poważnym sukcesem. Mógł słuchać niekiedy Madrytu lub Frankfurtu, nawet tutaj, w tej niespokojnej Anglii Środkowej.
Przesiadywał więc godzinami samotny i nadsłuchiwał gadających z dala bez przerwy speakerów. Connie nie mogła się temu nadziwić. A on siedział ciągle, z nieruchomą, nieprzytomną twarzą, jak człowiek, który stracił rozum, i słuchał tych bzdur, a przynajmniej zdawało się, że słuchał.
Czy słuchał rzeczywiście? Czy też był to rodzaj środka oszołamiającego, jaki przyjmował, aby coś innego w nim mogło swobodnie pracować? Connie nie wiedziała. Chroniła się do swego pokoju albo uciekała z domu do lasu. Ogarniało ją niekiedy jakieś przerażenie, jakaś trwoga przed rozpoczynającym się obłędem całego cywilizowanego gatunku ludzkiego.
Ale teraz, gdy Clitford wdał się w tę inną niesamowitość działalności przemysłowej i stał się niemal stworzeniem o twardej, dzielnej skorupie i lepkim wnętrzu, okazem owych zdumiewających krabów i homarów nowoczesnego świata przemysłowego i finansowego, bezkręgowców z gatunku skorupiaków, ze skorupami ze stali jak maszyny i z wnętrzem z miękkiego iłu — teraz Connie naprawdę osiadła na mieliźnie.
Nie była nawet wolna, gdyż Clifford musiał ją mieć ciągle w pobliżu siebie. Żywił snać52 nerwowy lęk, że go opuści. Owa dziwna, mulista część jego istoty, owa część emocjonalna i ludzko-indywidualna uzależniona była od niej w jakiejś trwodze, niby dziecko, bez mała niby półgłówek. Musiała być, być we Wragby, jako Lady Chatterley, jako jego żona. Inaczej zginąłby jak półgłówek w bagnie.
Connie uświadamiała sobie tę zdumiewającą zależność z pewnego rodzaju przerażeniem. Słyszała, jak Clifford rozmawiał ze swoimi dyrektorami, ze współpracownikami zarządu, z młodymi uczonymi, i była zdumiona jego mądrym poglądem na rzeczy, jego władzą, niesamowitą władzą nad tymi, których nazywano ludźmi czynu. I on sam stał się człowiekiem czynu, i to zdumiewająco przebiegłym i potężnym, mistrzem. Connie przypisywała to wpływowi pani Bolton, która zjawiła się właśnie w decydującej chwili jego życia.
Ale ten przebiegły i praktyczny mężczyzna był niemal półgłówkiem, gdy pozostawiano go wyłącznie jego życiu uczuciowemu. Uwielbiał Connie, była jego żoną, istotą wyższą, uwielbiał ją z osobliwym, tchórzliwym bałwochwalstwem, jak dziki; uwielbienie to opierało się na olbrzymim lęku, a nawet na nienawiści wobec potęgi bożka, bożka, którego się bał. Jedynym, czego pragnął, było, aby Connie poprzysięgła na wszystko, że go nie opuści, że go nie pozostawi na łasce losu.
— Cliffordzie — powiedziała do niego (ale było to już wtedy, kiedy miała klucz od szałasu) — czy naprawdę byłbyś zadowolony, gdybym miała dziecko?
Clifford spojrzał na nią z wyrazem ukrytego zaniepokojenia w wypukłych, bladych oczach.
— Nie miałbym nic przeciwko temu, jeśliby to niczego nie zmieniło między nami — odpowiedział.
— Pod jakim względem nie zmieniło? — zapytała Connie.
— Co do ciebie i mnie. Co do naszej wzajemnej miłości. Gdyby to miało jej dotknąć, byłbym stanowczo przeciwny. Ostatecznie może i ja będę mógł mieć kiedyś dziecko.
Connie spojrzała na niego zdumiona.
— Chcę przez to powiedzieć, że zdolność ta może mi kiedyś powrócić.
Wlepiła w niego wzrok, ciągle jeszcze zdumiona, a Clifford zmieszał się.
— Nie byłbyś więc zadowolony, gdybym miała dziecko? — zapytała Connie.
— Powiadam ci przecież — odpowiedział Clifford szybko, jak zaszczuty pies — zgadzam się w zupełności, pod warunkiem, że to nie dotknie twojej miłości do mnie. Gdyby to miało jej dotknąć, byłbym stanowczo przeciwny.
Connie mogła tylko milczeć, milczeć w zimnym lęku i pogardzie. Takie słowa były naprawdę bełkotem półgłówka. Nie wiedział już, co mówi.
— O, moich uczuć do ciebie to zupełnie nie zmieni — rzekła z niejakim szyderstwem.
— Widzisz! — zawołał Clifford. — O to przecież idzie! W takim razie nie mam nic przeciwko temu. Zdaje mi się, że byłaby to niezmiernie miła rzecz mieć w domu biegające po pokojach dziecko i czuć, że się dla niego tworzy przyszłość. Miałbym wówczas coś, co stanowiłoby cel moich wysiłków, i wiedziałbym, że to twoje dziecko, prawda, kochanie? I byłoby to zupełnie tak, jakby ono było moim dzieckiem. Gdyż o ciebie tu idzie. Wiesz o tym przecież, prawda, kochanie? Ja w tym nie odgrywam roli, ja nie wchodzę w rachubę. Jeżeli idzie o życie, ty jesteś owym wielkim „Jam jest!”. Wiesz przecież o tym, prawda? To znaczy, o ile to mnie dotyczy. To znaczy, że bez ciebie jestem absolutnym zerem. Żyję dla ciebie i dla twej przyszłości. Dla siebie samego jestem niczym.
Connie słuchała tego wszystkiego z głęboką odrazą i niechęcią. Była to jedna z owych przeraźliwych półprawd, jakie zatruwały byt ludzki. Który mężczyzna o zdrowym rozumie mówiłby takie rzeczy swojej żonie! Ale mężczyźni nie posiadają zdrowego rozumu. Który mężczyzna, posiadający iskierkę honoru, narzuciłby kobiecie to przeraźliwe brzemię odpowiedzialności życiowej, a potem pozostawiłby ją samą, w olbrzymiej pustce?
Na domiar w pół godziny później usłyszała Connie, jak Clifford rozmawiał ochrypłym, podnieconym głosem z panią Bolton i wywnętrzał się przy tym przed tą kobietą z pewnego rodzaju beznamiętną namiętnością, jak gdyby była na wpół jego kochanką, na wpół piastunką. A pani Bolton ubrała go starannie we frak, gdyż w domu bawili ważni goście.
W owym czasie Connie miewała niekiedy naprawdę wrażenie, że umrze. Czuła, że niesamowite kłamstwa i zdumiewające okrucieństwo idiotyzmu pchało ją w objęcia śmierci. Dziwne zainteresowanie Clifforda dla kwestii przemysłowych budziło w niej jakieś obawy, a wyznanie jego uwielbienia napawało ją paniczną grozą. Nie było między nimi nic. Nie miała już z nim nawet kontaktu, ani on z nią. W owych dniach nie ujął nawet nigdy jej dłoni i nie potrzymał jej serdecznie. Nie, a że byli oboje tak zupełnie bez kontaktu, tym bardziej dręczyło ją to wyznanie bałwochwalstwa. Było to okrucieństwo zupełnej impotencji, a Connie miała wrażenie, że musi stracić rozum albo umrzeć.
W miarę możności chroniła się do lasu. Pewnego popołudnia, kiedy siedziała w zadumie i przyglądała się tryskającej chłodno wodzie Źródła Świętojańskiego, podszedł do niej leśniczy.
— Kazałem zrobić dla jaśnie pani klucz! — rzekł, salutując i podając go jej.
— Dziękuję panu bardzo! — odpowiedziała Connie, ocknąwszy się z zamyślenia.
— Szałas nie jest zupełnie w porządku, ale mam nadzieję, że to pani nie będzie raziło — rzekł leśniczy. — Posprzątałem, co mogłem.
— Nie chciałam pana przecież fatygować!
— O, to nie fatyga. Mniej więcej za tydzień będę sadzał kokoszki na jajach. Nie przestraszy się ich pani. Będę musiał zaglądać rano i wieczorem, ale nie będę pani przeszkadzał bardziej, niż to konieczne.
— Nie będzie mi pan wcale przeszkadzał — zaoponowała Connie. — Wolałabym w ogóle nie chodzić do szałasu, gdybym pana miała krępować.
Leśniczy spojrzał na nią bystrymi, niebieskimi oczyma. Wydawał się uprzejmy, ale daleki. Był jednak przynajmniej przytomny i zdrowy, chociaż wyglądał źle i wychudł. Dręczył go kaszel.
— Kaszle pan — rzekła Connie.
— To nic: przeziębienie! Od ostatniego zapalenia płuc kaszlę stale trochę, ale to nic ważnego.
Trzymał się od niej z daleka i nie chciał się zbliżyć.
Chodziła dość często do szałasu, przed południem albo i po południu, ale jego tam nigdy nie było. Niewątpliwie rozmyślnie schodził jej z drogi. Chciał zachować swoje odosobnienie.
Uprzątnął szałas, podsunął mały stół i krzesło do kominka, naszykował niewielką kupkę wiórów i małych polan, a narzędzia i potrzaski odstawił możliwie najdalej: niejako zatarł swoje ślady. Poza szałasem, na skraju polany, ustawił niski daszek z gałęzi i słomy, schronisko dla ptaków, pod którym stało pięć kojców. A pewnego dnia, gdy Connie przyszła na to miejsce, ujrzała dwie kokoszki, siedzące czujnie i gniewnie w kojcach. Wysiadywały bażancie jaja, pyszniły się dumnie i rozpalone były żarem krwi samic w okresie wylęgania. Widok ten zranił serce Connie. Ona sama była tak bezradna i tak bezużyteczna, tak zupełnie niekobieca, po prostu jak przedmiot o przeraźliwych odruchach.
Później wszystkie pięć kojców zapełniło się kokoszkami, trzy były brunatne, jedna szara i jedna czarna. Wszystkie siedziały w jednakowy sposób skulone na jajach, z miękką, delikatną powagą samiczego popędu, samiczej natury, z nastroszonymi piórami. Błyszczącymi oczyma obserwowały Connie, jak przykucała przed nimi; kokoszki wydawały donośne gulgotanie podniecenia, a szczególnie samiczego gniewu, że się do nich zbliżano.
Connie znalazła ziarno w skrzynce, stojącej w szałasie. Podała kurom na dłoni. Nie chciały jeść. Jedna tylko kokoszka dziobnęła gniewnym, krótkim ruchem jej dłoń, aż się Connie przelękła. Ale pragnęła dać im coś, dać coś tym wylęgającym matkom, które same ani nie jadły, ani nie piły. Przyniosła im wody w małym naczyniu blaszanym i była szczęśliwa, że jedna z kur piła.
Przychodziła teraz do kokoszek codziennie, były one jedyną rzeczą na świecie, która rozpalała jej serce. Wobec zapewnień Clifforda pozostawała absolutnie zimna. Chłodem też odpowiadała na słowa pani Bolton oraz gości przybywających za interesami do domu. Przypadkowy list Michaelisa tchnął w nią to samo uczucie chłodu. Czuła, że jeśli to dłużej potrwa, umrze na pewno.
Ale była wiosna i dzikie hiacynty zakwitały w lesie, a na krzewach leszczynowych liściaste pąki rozwierały się niby tryskający zielony deszcz. Jakie to było straszne, że miała nadejść wiosna, a wszystko było w sercu tak zimne, tak zimne! Tylko kokoszki, tak cudownie nastroszone na jajach, były gorące, gorące były ich ciała wylęgających samiczek! Connie czuła przez cały czas, że żyje na skraju omdlenia.
A potem, pewnego dnia, wspaniałego, słonecznego dnia z wielkimi pękami pierwiosnków pod leszczyną i mnóstwem fiołków na skrajach dróg, przyszła po południu do wylęgarni i ujrzała maleńkie, zuchwałe pisklę, skaczące dokoła jednego z kojców, zaś matka-kokosz gdakała z przerażenia. Chude pisklę było szarawo-brunatne z ciemnymi plamami; w tej chwili było ono spośród wszystkich istot siedmiu królestw najżywszą iskierką. Connie przykucnęła w zachwycie, obserwując je. Życie, życie! Czyste, iskrzące się, nieustraszone, nowe życie! Nowe życie! Takie maleństwo, a takie doskonałe, tak zupełnie bez lęku. Nawet gdy, potykając się nieco, powróciło do kojca i znikło pod skrzydłami kokoszki, posłuszne dzikim okrzykom alarmowym matki, nie było naprawdę przerażone; traktowało to wszystko jako zabawę, zabawę życia. Gdyż w chwilę później czarna główka wychyliła się znowu spomiędzy złocisto-brunatnych piór kokoszki, przyglądając się Kosmosowi.
Connie była oczarowana, a przy tym nigdy nie odczuwała tak dotkliwie swojej kobiecej bezradności. Uczucie to było nie do zniesienia.
Czuła odtąd tylko jedno pragnienie: pójść na polanę w lesie. Wszystko inne było bolesnym snem. Niekiedy jednak obowiązki gospodyni zatrzymywały ją przez cały dzień we Wragby. W takie dni miała wrażenie, jakby i ona miała się stać pusta, po prostu pusta i obłąkana.
Pewnego wieczora, nie zważając na gości, wymknęła się po podwieczorku. Było późno, i Connie pędziła przez park jak człowiek, który się boi, aby go nie zawołano z powrotem. Kiedy wchodziła do lasu, słońce zachodziło czerwono, ale ona śpieszyła dalej między kwiatami. Na pagórku będzie jeszcze przez długi czas jasno. Zgrzana i na wpół przytomna dobiegła do polany. Leśniczy stał bez marynarki i zamykał właśnie kojce na noc, aby mieszkanki ich były bezpieczne. Pod słomianym daszkiem dreptało jednak ciągle jeszcze maleńkie trio zgrabnych, szarych istotek, nie zważając na wołanie zalęknionych matek.
— Musiałam przyjść obejrzeć pisklęta! — rzekła Connie bez tchu, rzucając na leśniczego lękliwe spojrzenie z ukosa i zaledwie uświadamiając sobie jego obecność. — Czy przybyły nowe?
— Wszystkich jest teraz trzydzieści sześć! — rzekł leśniczy. — To nieźle.
I on z dziwną przyjemnością przyglądał się pisklętom.
Connie przykucnęła przed ostatnim kojcem. Troje piskląt wbiegło do środka. Ale zuchwałe główki ciągle jeszcze wyglądały spod żółtego pierza matek, potem cofnęły się, potem jeszcze jedna główka o perłowych oczach wynurzyła się spod olbrzymiego ciała matki.
— Bardzo bym chciała dotknąć ich — rzekła Connie i lękliwie wsadziła palec przez pręty klatki.
Ale kokosz gniewnie dziobnęła w stronę jej ręki, i Connie cofnęła ją zaskoczona i wystraszona.
— Jak ona mnie dziobie! Nienawidzi mnie! — rzekła zdziwiona. — A ja bym im przecież nic złego nie zrobiła.
Mężczyzna, który stał pochylony nad nią, przykucnął obok niej na piętach i ze spokojną pewnością siebie wsadził rękę do klatki. Stara kokosz dziobnęła w jego stronę, ale nie tak gwałtownie. Powoli, delikatnie, pewnymi, ostrożnymi palcami pomacał między piórami starego ptaka i wyciągnął w zamkniętej dłoni piszczące cicho pisklę.
— Proszę! — rzekł i podsunął jej swoją rękę.
Connie ujęła w dłonie żółto-brunatne maleństwo; stało na niewiarogodnie maleńkich nóżkach, jak na patyczkach, atom tego chwiejnego życia drżał poprzez nieważkie niemal nóżki aż do rąk Connie. Ale uniosło odważnie śliczną, kształtną główkę, rozejrzało się bystro dokoła i zapiszczało cicho.
— Jakie słodkie! Jakie dzielne! — rzekła Connie cicho.
Leśniczy, który przykucnął obok niej, również z wesołą miną obserwował dzielnego ptaszka w jej rękach. Nagle ujrzał, jak na przegub jej dłoni spadła łza.
Wstał szybko i odszedł na bok, zbliżając się do drugiego kojca. Uświadomił sobie bowiem nagle, że dawny płomień wybuchnął w jego lędźwiach i pomknął ku górze, ów płomień, o którym sądził, że uspokoił się na zawsze. Walczył z tym, odwracał się od kobiety. Ale płomień posuwał się dalej, posuwał się ku dołowi i krążył w jego kolanach.
Odwrócił się znowu do niej, aby na nią spojrzeć. Klęczała, wyciągając powoli ręce ku przodowi, na oślep, byle pisklątko mogło wrócić do matki. I było w niej coś tak niemego i bezradnego, że w trzewiach jego zapłonęła litość.
Nie zdając sobie z tego sprawy, podszedł do niej szybko, i przykucnąwszy znowu obok niej, wziął pisklę z jej rąk, gdyż Connie bała się kury, i wsadził je z powrotem do kojca. W lędźwiach jego płomień wybuchnął nagle ze zwiększoną siłą.
Spojrzał na nią podejrzliwie. Twarz miała odwróconą i płakała bez pohamowania w trwożliwej męce bezradności całego swego pokolenia. Serce jego stopniało nagle jak kropla w ogniu, wyciągnął rękę i położył palce na jej kolanie.
— Niech pani nie płacze — rzekł łagodnie.
Ale ona zakryła nagle twarz rękoma i uczuła, że serce jej naprawdę było złamane i że na niczym już jej nie zależało.
Mellors dotknął jej ramienia, potem ręka jego poczęła powoli i łagodnie posuwać się w dół ku zgięciu jej grzbietu, po omacku, ruchem ślepo głaszczącym, ku zgięciu jej przykucniętych bioder. I łagodnie, łagodnie głaskała jego dłoń krzywiznę jej boku, w ślepej, instynktownej pieszczocie.
Znalazła wreszcie maleńką chusteczkę do nosa i niezręcznie starała się wytrzeć twarz.
— Może pani wejdzie do szałasu? — zapytał leśniczy spokojnym głosem bez wyrazu.
I lekko ujmując dłonią jej przedramię, uniósł ją w górę i poprowadził wolno do szałasu, nie wypuszczając jej, aż się znaleźli w środku. Potem odsunął na bok stół i krzesło, wyjął ze skrzynki z narzędziami koc wojskowy i rozłożył go wolno na podłodze. Connie spoglądała na jego twarz, stojąc w miejscu nieruchomo.
Twarz jego była blada i bez wyrazu, jak twarz człowieka, który poddaje się swemu losowi.
— Połóż się — powiedział cicho i zamknął drzwi, tak że zrobiło się ciemno, całkiem ciemno.
Z dziwnym posłuszeństwem położyła się na kocu. Wtedy poczuła miękką dłoń, po omacku, z bezradną pożądliwością dotykającą jej ciała, szukającą jej twarzy. Dłoń głaskała jej twarz delikatnie, delikatnie, nieskończenie kojąco, upewniająco, a w końcu na policzku poczuła lekki dotyk pocałunku.
Leżała nieruchomo, pogrążona w czymś w rodzaju snu. Potem zadrżała, gdy poczuła, jak jego dłoń delikatnie, acz z dziwną niezdarnością szpera wśród jej ubrań. Dłoń wiedziała jednak też, jak rozebrać ją tam, gdzie chciała. Powoli, ostrożnie zsunął z niej cienką jedwabną materię aż do stóp. Potem z drżeniem wykwintnej przyjemności dotknął ciepłego, miękkiego ciała i przez chwilę całował jej pępek. Musiał natychmiast w nią wejść, by poczuć spokój jej miękkiego, spokojnego ciała. To był dla niego moment czystego spokoju, wejście w ciało kobiety.
Leżała nieruchomo, w pewnego rodzaju śnie, ciągle jak we śnie. Aktywność, orgazm należały do niego, były tylko jego; nie mogła już więcej zadbać o siebie. Nawet ciasny uścisk jego ramion wokół niej, nawet intensywny ruch jego ciała i wytrysk jego nasienia w niej były rodzajem snu, z którego nie zaczęła się budzić, dopóki nie skończył i nie położył się, dysząc cicho, przy jej piersi.
Potem zastanawiała się, tylko mgliście zastanawiała się: dlaczego? Dlaczego było to konieczne? Dlaczego zdjęło to z niej wielką chmurę i dało jej spokój? Czy to było prawdziwe? Czy było prawdziwe?
Jej udręczony mózg nowoczesnej kobiety wciąż nie dawał jej spokoju. Czy to było prawdziwe? Wiedziała, że jeśli odda się mężczyźnie, będzie to realne. Ale jeśli zatrzymała siebie dla siebie, to było nic. Była stara; czuła, że ma miliony lat. W końcu nie mogła już dłużej dźwigać ciężaru samej siebie. Można ją było wziąć. Była do wzięcia.
Mężczyzna leżał w tajemniczym bezruchu. Co czuł? O czym myślał? Nie wiedziała. Był dla niej obcym człowiekiem, nie znała go. Musiała tylko czekać, bo nie odważyła się przerwać jego tajemniczego bezruchu. Leżał tam, obejmując ją ramionami, jego ciało na jej, jego mokre ciało dotykało jej, tak blisko. Zupełnie nieznany. Ale nie niespokojny. Jego bezruch był spokojny.
Wiedziała o tym, gdy w końcu obudził się i odsunął od niej. To było jak porzucenie. W ciemności ściągnął jej sukienkę przez kolana i stał kilka chwil, najwyraźniej poprawiając swoje ubranie. Potem cicho otworzył drzwi i wyszedł.
Connie ujrzała bardzo jasny księżyc, połyskujący ponad zorzą wieczorną za wierzchołkami dębów. Wstała szybko i doprowadziła się do porządku. Potem podeszła do drzwi szałasu.
Las w dole leżał zupełnie w cieniu, niemal w mroku. Ale niebo w górze było kryształowe. Nie promieniowało jednak prawie wcale światła.
Mężczyzna zbliżył się do niej poprzez cienie w dole, z twarzą wzniesioną niby blada plama.
— Pójdziemy teraz? — zapytał.
— Dokąd?
— Odprowadzę panią do bramy.
Załatwiał wszystko na swój sposób. Zamknął drzwi szałasu i podszedł do niej.
— Nie żałuje pani, prawda? — zapytał, idąc obok niej.
— Nie! Nie! A pan?
— Ja? Nie! — odpowiedział. Po chwili dodał: — Ale wszystko poza tym...
— Co wszystko? — zapytała Connie.
— Sir Clifford. Inni ludzie. Wszystkie zawikłania...
— Dlaczego zawikłania? — zapytała Connie rozczarowana.
— Zawsze tak jest. Zarówno dla pani, jak i dla mnie. Zawsze bywają zawikłania.
Niewzruszenie kroczył w ciemności naprzód.
— I żałuje pan? — powtórzyła Connie.
— W pewnym sensie — odpowiedział Mellors, spoglądając w niebo. — Myślałem, że mam już to wszystko poza sobą. Teraz zacząłem na nowo.
— Co pan zaczął?
— Życie.
— Życie! — powtórzyła Connie z dziwnym dreszczem.
— To jest życie — rzekł Mellors. — Niepodobna uciec od niego. A gdy się od niego ucieka, lepiej od razu umrzeć. Jeżeli więc muszę zacząć znowu, to znaczy, że muszę.
Connie niezupełnie tak na to patrzyła, a jednak...
— To jest po prostu miłość — rzekła odważnie.
— Cokolwiek by to było — odpowiedział Mellors.
Szli w milczeniu dalej, przez ciemniejący las, aż się zbliżyli do furtki parku.
— Ale pan mnie nie nienawidzi? — zapytała Connie w zadumie.
— Nie, nie — odpowiedział leśniczy i nagle przycisnął ją znowu do piersi z poprzednią namiętnością. — Nie, dla mnie to było dobre, to było dobre. A dla pani?
— Tak, dla mnie także — odpowiedziała Connie trochę nieszczerze, gdyż niewiele z tego uświadamiała sobie wówczas.
Całował ją łagodnie, łagodnie, ciepłymi pocałunkami.
— Gdybyż nie było tylu innych ludzi na świecie — rzekł posępnie.
Roześmiała się. Stali przy furtce ogrodowej. Otworzył ją dla niej.
— Nie pójdę dalej — rzekł.
— Nie!
I wyciągnęła dłoń, jakby mu chciała podać rękę. Ale on uchwycił ją obydwiema dłońmi.
— Mam przyjść znowu? — zapytała Connie tęsknie.
— Tak! Tak!
Opuściła go i ruszyła przez park.
Mellors cofnął się i spoglądał, jak wchodziła w mrok, odcinając się od bladego horyzontu. Niemal z goryczą spoglądał za nią. Związała go znowu, jego, który chciał być przecież sam. Pozbawiła go owego gorzkiego odosobnienia mężczyzny, który pragnie wreszcie, aby go pozostawiono sobie samemu.
Skierował się w mrok lasu. Wszystko było ciche, księżyc zaszedł. Ale do uszu jego dochodziły szmery nocy, maszyny parowe w Stacks Gate, ruch na szosie. Wolno zbliżał się do ogołoconego wierzchołka wzgórza. Z góry mógł widzieć okolicę, szerokie szeregi świateł w Stacks Gate, mniejsze światła wokół kopalni Tevershall, żółte światła wsi Tevershall, wszędzie światła, tu i tam w ciemnej okolicy i — jako że noc była jasna — dalekie ognie wielkich pieców hutniczych, mdłe i czerwonawe od czerwieni wypływającego, rozżarzonego do białości metalu. Ostre, złośliwe światła elektryczne w Stacks Gate! Tkwiące w nich nieokreślone życie zła! I cały ten wieczny niepokój nocy przemysłowej Środkowej Anglii. Słyszał dźwigi wyciągowe ze Stacks Gate, spuszczano właśnie zmianę na siódmą. Kopalnia pracowała na trzy zmiany.
Zszedł znowu w mrok i odosobnienie lasu. Ale wiedział, że odosobnienie lasu było złudą; szmery przemysłowe przerywały samotność, ostre światła, choć niewidzialne, szydziły z niej. Człowiek nie mógł długo żyć w ciszy, dla siebie, samotnie. Świat nie znosił pustelników. A oto teraz wziął tę kobietę i ściągnął na siebie korowód bólu i przeznaczenia. Wiedział bowiem z doświadczenia, co to znaczyło.
Nie była to wina tej kobiety, nawet nie wina miłości ani płci. Wina leżała tam, tam, w tych złych światłach elektrycznych i szatańskim warkocie maszyn. Tam, w świecie pożądliwego mechanizmu i zmechanizowanej pożądliwości, migoczącym światłami i wypluwającym gorący metal i wyjącym środkami komunikacji, tam, w tym świecie leżała zła potworność, gotowa zburzyć wszystko, co się do niej nie chciało dostosować. Niebawem zniszczy i las, a hiacynty nie będą już tutaj rozkwitać. Wszystkie cudowne rzeczy muszą sczeznąć pod kołami i szaleństwem żelaza.
Z bezgraniczną czułością myślał o tej kobiecie. Biedna, zbłąkana istota, nie wiedziała, jaka była miła i ach! o wiele za dobra dla tej gruboskórnej hałastry, z którą się stykała. Biedna istota, i ona miała w sobie coś z wrażliwości hiacyntów leśnych, nie składała się tylko z wyrobów gumowych i platyny, jak współczesne dziewczęta. A oni ją zniszczą! To było pewne, zniszczą ją, jak niszczą stale wszelkie, z natury delikatne, życie. Delikatność! Ta kobieta była delikatna ową delikatnością hiacyntów leśnych, ową delikatnością, której nie posiadały już dzisiejsze celuloidowe kobiety. Ale on ją na chwilę ochroni swoim sercem. Na krótką chwilę, zanim nieczuły, lodowaty świat i Mammon zmechanizowanej chciwości powalą ich oboje. Zarówno ją, jak i jego.
Poszedł do domu z fuzją i psem, do ciemnej leśniczówki, zapalił lampę, rozniecił ogień i zjadł wieczerzę: chleb z serem, młodą cebulkę i piwo. Był sam, sam w owej ciszy, którą kochał. Pokój jego był czysty i porządny, lecz dość goły. Ale ogień był jasny, palenisko wybielone, lampa naftowa oświetlała stół, nakryty ceratą. Spróbował czytać książkę o Indiach, ale dzisiejszego wieczora nie mógł czytać. Siedział bez marynarki przy ogniu, nie paląc, z kuflem piwa pod ręką. I myślał o Connie.
Prawdę mówiąc, smuciło go to, co się stało, może najbardziej ze względu na nią. Doznawał uczucia proroczego ostrzeżenia. Nie uczucia niesłuszności albo grzechu; pod tym względem nie trapiły go wyrzuty sumienia. Wiedział, że sumienie jest przede wszystkim lękiem przed społeczeństwem albo przed sobą samym. Nie lękał się siebie. Ale zupełnie świadomie lękał się społeczeństwa, które znał instynktownie jako złośliwe, poniekąd obłąkane zwierzę.
Ta kobieta! Gdybyż ona mogła być przy nim, a poza tym nie byłoby nikogo na świecie! Pożądanie zbudziło się znowu. A zarazem na barkach Mellorsa leżało jakieś brzemię, jakiś lęk przed wydaniem siebie i jej na łup owemu światu zewnętrznemu, który występnie migotał w lampach elektrycznych. Ona, biedna, młoda istota, była dla niego po prostu młodą kobietą, ale młodą kobietą, którą posiadał i której znowu pożądał.
Przeciągnął się z dziwnym ziewnięciem pożądania, gdyż od czterech lat był samotny, nie stykał się z mężczyznami ani kobietami. Potem wstał, wziął znowu kurtkę i fuzję, przykręcił knot w lampie i wyszedł z psem w gwiaździstą noc. Gnany pożądaniem i lękiem przed złośliwym światem zewnętrznym, szedł wolno i cicho po lesie. Lubił mrok i wtulił się w niego. Odpowiadał on jego wezbranej żądzy, która mimo wszystko była bogatym skarbem; odpowiadał podniecającemu niepokojowi jego męskości, podniecającemu ogniowi jego lędźwi! O, gdybyż byli i inni mężczyźni, z którymi można by społem zwalczać ten iskrzący się w dali świat lamp elektrycznych, aby chronić delikatność życia! Delikatność kobiet i przyrodzone skarby pożądania. Gdybyż byli mężczyźni, z którymi można by ramię w ramię walczyć! Ale mężczyźni byli wszyscy po tamtej stronie i szczycili się tamtym światem, triumfowali lub pozwalali się deptać pod naporem zmechanizowanej żądzy lub pożądliwego mechanizmu.
Tymczasem Constance, bez myśli niemal, pobiegła przez park do domu. Dotychczas nie trapiła się skrupułami. Na kolację jeszcze zdąży. Ale ku swemu wielkiemu gniewowi zastała drzwi zamknięte, tak że musiała dzwonić. Otworzyła jej pani Bolton.
— Jest pani nareszcie! Myślałam już, że jaśnie pani zbłądziła — rzekła nieco żartobliwie. — Ale Sir Clifford nie pytał o panią. Jest u niego pan Linley, omawiają jakieś sprawy. Mam wrażenie, jakby chciał zostać na kolacji, prawda, proszę jaśnie pani?
— Tak, i mnie się tak wydaje — odpowiedziała Connie.
— Czy podać kolację o kwadrans później? Miałaby pani czas przebrać się spokojnie.
— Tak, tak może będzie lepiej.
Pan Linley był naczelnym dyrektorem kopalni; był to starszy mężczyzna z północnych okolic kraju, nieposiadający dość energii, aby być odpowiednim towarzyszem dla Clifforda. Nie dorósł on do stosunków powojennych ani do powojennych górników, których hasłem było: „Bierz, co możesz!”. Ale Connie lubiła pana Linleya, choć rada była, gdy mogła uniknąć jego ślimaczej żony.
Linley został na kolacji, a Connie była tego dnia gospodynią, jaka się mężczyznom podoba, skromną, a jednak czujną, dostrzegającą wszystko, o szeroko otwartych niebieskich oczach i łagodnym spokoju, który ukrywał dostatecznie to, co myślała naprawdę. Connie tak często grała rolę takiej kobiety, że stało się to niemal jej drugą naturą. W każdym jednak razie stanowczo tylko drugą. Mimo to dziwne było, jak wszystko znikało z jej świadomości, kiedy grała tę rolę.
Czekała cierpliwie, aż będzie mogła pójść do siebie i oddać się swoim myślom. Czekała zawsze na to, było to widocznie jej forte.
Ale gdy się wreszcie znalazła w swoim pokoju, czuła się ciągle jeszcze niepewna i zmieszana. Nie wiedziała, co miała myśleć. Jakiego rodzaju mężczyzną był on w rzeczywistości? Czy ją naprawdę lubił? Nie bardzo, czuła to. A jednak był dobry. Było w nim coś, jakiś rodzaj gorącej, naiwnej dobroci, dziwnej i nagłej, która niemal rozwarła mu jej ciało, lecz Connie miała wrażenie, że mógłby być wobec każdej kobiety w ten sposób dobry. Ale i to było dziwnie uspokajające i krzepiące. I był namiętnym mężczyzną, niezepsutym i namiętnym. Może był jednak niezupełnie indywidualny; może był wobec każdej kobiety taki, jakim był wobec niej. Naprawdę, nie było w tym nic osobistego. Była dla niego naprawdę tylko jakąkolwiek kobietą.
A może tak było lepiej. I ostatecznie, był dobry dla niej jako dla kobiety, a takim nie był nigdy żaden mężczyzna. Mężczyźni byli bardzo łaskawi dla osoby, którą była, ale dość okrutni dla kobiety, kobietą gardzili albo ignorowali ją zupełnie. Mężczyźni byli niezmiernie dobrzy dla Constance Reid albo dla Lady Chatterley, ale dla jej łona nie byli dobrzy. Jego nie obchodziła Constace ani Lady Chatterley; on po prostu głaskał czule jej uda i piersi.
Następnego dnia poszła do lasu. Było szare, ciche popołudnie, ciemnozielony szczyr53 ścielił się pod krzakami leszczyny, a wszystkie drzewa czyniły nieme wysiłki, aby rozewrzeć swoje pąki. Dzisiaj wyczuwała niemal we własnym ciele to olbrzymie parcie soków w grubych drzewach, na zewnątrz, w górę, w górę ku koniuszkom pąków, aby wytrysnąć tam małymi, płomiennymi listeczkami dębowymi, brunatnymi jak krew. Był to przypływ, wzbierający z mocą ku górze i rozlewający się po niebie.
Przybyła na polanę, ale jego nie było. Na wpół tylko się go spodziewała. Pisklęta bażantów na lekkich nóżkach, lekkie jak owady wybiegły z kojców, gdzie żółte kokoszki gdakały lękliwie. Connie siedziała, przyglądając się im, i czekała. Czekała tylko. Nawet na pisklęta ledwo spojrzała. Czekała.
Czas mijał z senną powolnością, a on nie nadchodził. Na wpół się tylko spodziewała, że przyjdzie. Po południu nigdy nie przychodził. Musiała wrócić do domu na podwieczorek. Ale musiała się zmusić, żeby opuścić polanę.
Kiedy szła do domu, mżył drobny deszcz.
— Pada znowu? — zapytał Clifford, widząc, jak Connie otrząsa kapelusz.
— Mży tylko.
W milczeniu nalała herbatę, osnuta własnymi myślami. Za wszelką cenę chciała się dziś spotkać z leśniczym, aby się przekonać, czy to jest naprawdę rzeczywistość. Czy to jest naprawdę rzeczywistość.
— Poczytać ci trochę potem? — zapytał Clifford.
Connie spojrzała na niego. Musiał coś zauważyć.
— Wiosna czyni mnie tak dziwnie znużoną, chciałabym trochę odpocząć.
— Jak chcesz. Ale nie czujesz się chyba rzeczywiście chora, prawda?
— Nie! Tylko bardzo zmęczona, to przez wiosnę. Czy chcesz, żeby pani Bolton zagrała z tobą w coś?
— Nie! Posłucham trochę radia.
Wyczuwała w jego głosie dziwną satysfakcję. Weszła do swojej sypialni. Słyszała stamtąd, jak głośnik zaczął bełkotać idiotycznym, aksamitnie eleganckim głosem, coś w rodzaju serii ulicznych okrzyków, przy czym ideał afektowanej układności przedrzeźniał dawnych nawoływaczy. Connie narzuciła stary, fioletowy płaszcz przeciwdeszczowy i bocznymi drzwiami wymknęła się z domu.
Delikatny deszcz był niby zasłona narzucona na świat, tajemniczy, stłumiony, niezbyt zimny. Gdy biegła przez park, zrobiło się jej zupełnie ciepło. Musiała odpiąć lekki płaszcz nieprzemakalny.
Las milczał cicho i tajemniczo w mżącym deszczu wieczornym, pełen tajemnic wylęganych jaj, na wpół rozwartych pąków, na wpół rozwiniętych kwiatów. W zmierzchu tego wszystkiego drzewa połyskiwały nagie i ciemne, jakby się rozebrały, a zieleń na ziemi zdała się szumieć zielonością.
Ciągle jeszcze nikogo nie było na polanie. Pisklęta prawie wszystkie ukryły się pod kokoszkami, tylko jeden czy dwóch zbłąkanych awanturników dziobało w suchym miejscu pod słomianym dachem, niezupełnie zdając sobie sprawę ze swego położenia.
Tak! Więc ciągle jeszcze nie było go. Rozmyślnie nie przychodził, czy też może coś się stało? Może powinna pójść do leśniczówki i dowiedzieć się.
Ale była zrodzona do czekania. Otworzyła szałas swoim kluczem. Wszystko było uporządkowane, ziarno leżało w skrzyni, koce złożone były na ławce pod ścianą, słoma wymieciona czysto do kąta. Latarnia wisiała na gwoździu. Stół i krzesło były odsunięte z powrotem na to miejsce, gdzie z nim leżała.
Usiadła na krześle w drzwiach. Jak cicho było! Delikatny deszcz mżył bardzo łagodnie, niby zasłona, a wiatr nie sprawiał hałasu. Nic nie wydawało dźwięku. Drzewa stały niby tryskające mocą istoty, ledwo rozpoznawalne w półmroku, milczące i żywe. Jak żywe było wszystko!
Noc zapadała znowu z wolna; trzeba będzie wracać. On jej unikał.
Ale nagle wszedł na polanę w swojej czarnej kurtce skórzanej, jak szofer, połyskujący od wilgoci. Rzucił szybkie spojrzenie w stronę szałasu, ukłonił się na wpół, potem zawrócił w bok i podszedł do kojców. Przykucnął tam w milczeniu, obejrzał wszystko dokładnie, potem pozamykał kury i pisklęta na noc.
Nareszcie wolno podszedł do niej. Siedziała cicho na swoim miejscu. Stanął przed nią pod okapem.
— Przyśli panuchno — rzekł, używając znowu dialektu.
— Tak — odpowiedziała Connie, podnosząc ku niemu wzrok — ale pan przychodzi późno.
— Dyć — odpowiedział i spojrzał w las.
Connie wstała wolno i odsunęła krzesło.
— Chciał pan wejść? — zapytała.
Spojrzał na nią przebiegle.
— Cy ludzie nie bydom sobie roztomaitych rzecy myśleć, jak sam panuchna bydom w kożdy wiecór przichodzić?
— Dlaczego? — Spojrzała na niego, nie rozumiejąc nic. — Powiedziałam przecież, że przyjdę. Nikt o tym nie wie.
— O niezadługo bydom ludzie wiedzieli — odpowiedział. — A jakóż potem?
Connie nie znalazła odpowiedzi.
— Dlaczego mają wiedzieć? — zapytała wreszcie.
— Ludzie bardzo wartko dowiadujom sie ło wszystkim — odpowiedział.
Wargi jej zadrżały lekko.
— Na to ja nic zaradzić nie mogę — wybełkotała.
— No — rzekł leśniczy — dyć mogliby panuchna na to zaradzić, kieby sam nie przichodzili, to jest, jakby panuchna chcieli — dodał ciszej.
— Ale ja tego nie chcę — mruknęła Connie.
On spojrzał znowu w las i milczał.
— A co bydzie, jak sie ludzie dowiedzom? — zapytał wreszcie. — Niech żys se panuchna ino pomyślom. Niech se ino panuchna łozwożom jakom sie to poniżonom bydom wydować: sługa jeich chłopa!
Connie spojrzała na jego odwróconą twarz.
— Czy to — wybełkotała — czy to dlatego, że pan mnie nie chce?
— Niech panuchna pomyślom — rzekł. — Niech se ino pomyślom, co bydzie, jak sie ło tym ludzie dowiedzom: panoczek Clifford i... i kiej wszyscy ludzie zacnom ło tym godać...
— No, mogę przecież wtedy odejść stąd.
— Kaj to?
— Dokądkolwiek. Mam sama dość pieniędzy. Moja matka pozostawiła mi dwadzieścia tysięcy funtów, których Clifford nie może tknąć. Mogę wyjechać.
— Ale wierza panuchna nie bydom chcieli wyjechać?
— Owszem, tak! Nic sobie z tego nie robię, nie obchodzi mnie, co się ze mną stanie.
— No, to sie panuchnie ino tak zdo. Już ich to tam bydzie łobchodziło. Jeszce ich bydzie łobchodziło, tak jest ze wszystkimi. Nie śmiom zapomnieć, panuchna zadowajom się z prostym gojnym, to nie to samo, co z fajnym panoczkiem. Ło, zycher to panuchna bydzie łobchodzić. Ja, ja, pewnikiem. Bydzie to panuchna łobchodzić.
— Nie, mnie nie. Ja sobie nic nie robię z „jaśnie pani”! Właściwie nienawidzę tego. Mam wrażenie, że ludzie szydzą ze mnie, kiedy to mówią. I tak też jest. Tak jest na pewno. Nawet pan drwi sobie ze mnie, kiedy pan to mówi.
— Jo?
Po raz pierwszy spojrzał na nią pełnym wzrokiem, spojrzał jej prosto w oczy.
— Jo z panuchny doprowdy nie błoznuja — rzekł.
I kiedy patrzał jej w oczy, ujrzała, jak jego oczy ciemnieją, ciemnieją zupełnie, a źrenice rozszerzają się.
— Tóż łoni, panuchno, nic sobie z tego wszystkiego nie robiom? — zapytał ochrypłym głosem. — Niech żys sie zastanowiom, na co sie łoni narożajom. Powinni, panuchno... o, powinni, panuchno, nim bydzie nieskoro.
Dziwne, błagalne ostrzeżenie brzmiało w jego głosie.
— Nie mam nic do stracenia — odpowiedziała Connie niecierpliwie. — Gdyby pan wiedział, co to znaczy, uwierzyłby mi pan, że cieszyłabym się, gdybym to wszystko straciła. Ale czy boi się pan o siebie?
— No dyć! — odpowiedział krótko. — To prowda. Boja sie. Boja sie tyj całkiej historie.
— Czego? — zapytała Connie
Dziwnym ruchem przechylił w tył głowę, ruchem tym wskazywał cały świat.
— Wszystkigo. Kożdygo. Wszystkich.
Potem schylił się i pocałował nagle jej nieszczęśliwą twarz.
— Ano, mie tam wszystko jedno. Jo se tam z tego nic nie robia. Byle sie cłek mocno trzimoł w gorści, to łostatek niech djosi porwiom! Ale jakbyś nieskorzyj żałówała, żeś to zrobieła...
— Nie odtrącaj mnie — błagała Connie.
Położył rękę na jej policzku i szybko pocałował ją znowu.
— Tóż wlyźmy — rzekł. — A zciepnij ten mantel.
Odwiesił fuzję, zrzucił mokrą kurtkę skórzaną i chwycił wełniane koce.
— Prziniosech jeszce jedno deka — rzekł. — Cobychmy sie mogli przikryć, jak bydymy chcieć.
— Nie mogę zostać długo — powiedziała Connie. — Kolacja jest o pół do ósmej.
Spojrzał na nią szybko, potem rzucił okiem na zegarek.
— Już dobrze — rzekł.
Zamknął drzwi i zapalił małe światełko w wiszącej na ścianie latarni.
— Pewnego dnia będziemy mieli dużo czasu — powiedział
Ostrożnie rozłożył koce, jeden podłożył jej pod głowę. Potem usiadł na chwilę na stołku i przyciągnął ją do siebie, trzymając ją blisko jednym ramieniem, a wolną ręką szukając jej ciała. Usłyszała, jak wciąga powietrze, gdy ją znalazł. Pod cienką halką była naga.
— Ech! Cóż to jest dotykać cię! — powiedział, gdy jego palec pieścił delikatną, ciepłą, tajemniczą skórę jej talii i bioder.
Położył na niej twarz i raz po raz ocierał się policzkiem o jej brzuch i uda. I znów zastanawiała się trochę nad tym, jaki to był dla niego rodzaj uniesienia. Nie rozumiała piękna, które w niej odnalazł, dotykając jej żywego, tajemniczego ciała, niemal ekstazy piękna. Bo tylko namiętność jest tego świadoma. A kiedy namiętność jest martwa lub nieobecna, wtedy wspaniały puls piękna jest niezrozumiały, a nawet trochę godny pogardy; ciepłe, żywe piękno kontaktu, o wiele głębsze niż piękno mądrości. Poczuła, jak jego policzek przesuwa się po jej udach, brzuchu i pośladkach, bliskie muśnięcie jego wąsów i jego miękkich, gęstych włosów, a jej kolana zaczęły drżeć. Daleko w głębi siebie poczuła nowe poruszenie, wyłaniającą się nową nagość. Na wpół się bała. W połowie chciała, żeby jej tak nie pieścił. Obejmował ją całą w jakiś sposób. A jednak czekała, czekała.
A kiedy wszedł w nią, z nasileniem ulgi i spełnienia, co było dla niego czystym spokojem, wciąż czekała. Czuła się trochę pominięta. I wiedziała, że częściowo była to jej własna wina. Zmusiła się do tej separacji. Teraz być może była na nią skazana. Leżała nieruchomo, czując jego ruch w sobie, jego głęboko zatopioną intencjonalność, nagłe drżenie, gdy jego nasienie wypłynęło, a potem powolne, ustępujące pchnięcie. To pchnięcie pośladkami z pewnością było trochę śmieszne. Gdy jest się kobietą, w dodatku oddzieloną od całej tej sprawy, z pewnością to pchnięcie pośladkami mężczyzny jest wyjątkowo śmieszne. Z pewnością mężczyzna był bardzo śmieszny w tej pozie i tym akcie!
Ale ona leżała nieruchomo, nie cofając się. Nawet gdy skończył, nie spróbowała sięgnąć po własną satysfakcję, jak to zrobiła z Michaelisem; leżała nieruchomo, a łzy powoli wypełniały jej powieki i spływały z oczu.
On również leżał nieruchomo. Ale trzymał ją blisko i próbował objąć jej biedne, nagie nogi swoimi nogami, aby je ogrzać. Leżał na niej z bliskim, niewątpliwym ciepłem.
— Je ci zimno? — zapytał miękkim, cichym głosem, jakby była blisko, tak blisko. Podczas gdy ona była na uboczu, odległa.
— Nie! Ale muszę iść — powiedziała łagodnie.
Westchnął, przytulił ją mocniej, po czym znów odprężył się, by odpocząć.
— Muszę iść — powtórzyła.
Podniósł się, klęknął obok niej na chwilę, pocałował wewnętrzną stronę jej ud, po czym obciągnął jej spódnicę, bez zastanowienia zapinając swoje ubranie, nie odwracając się nawet, w słabym, słabym świetle latarni.
— Musisz kejś przijść do tyj chatki — powiedział, patrząc na nią z ciepłym, pewnym, spokojnym obliczem.
Leżała nieruchomo i w zamyśleniu patrzała na niego. Obcy! Obcy! Czuła nawet do niego lekką niechęć.
Włożył kurtkę i obejrzał się za kapeluszem, który spadł na podłogę; potem przerzucił fuzję przez ramię.
— Tóż pójdź — rzekł i spojrzał na nią tymi gorącymi, spokojnymi oczyma.
Connie wstała powoli. Nie chciało jej się odchodzić, ale czuła też silną niechęć do pozostania. Mellors pomógł jej włożyć cienki płaszcz deszczowy, zwracając przy tym uwagę, aby wyglądała porządnie.
Potem otworzył drzwi. Na dworze było zupełnie ciemno. Wierna suka, leżąca pod okapem, zerwała się z radością, kiedy ujrzała swego pana. Drobny deszcz szaro przemykał przed mrokiem. Było zupełnie ciemno.
— Musza zabrać latarka — rzekł Mellors. — Nie spotkomy żodnego.
Szedł wąską ścieżką tuż przed nią, trzymając nisko kołyszącą się latarnię, aby oświetlała mokrą trawę, połyskujące czarno, podobne do żmij korzenie drzew i bezwładne kwiaty. Poza tym wszystko było szarą mgłą deszczu i absolutną ciemnością.
— Musisz przijść kiejś do fosztówki! — rzekł. — Dobrze? Przijdziesz?
Zagadką było dla niej to dziwne, uporczywe pragnienie jej, gdy przecież nic między nimi nie było, nigdy naprawdę do niej nie mówił. I wbrew woli brała mu za złe tę gwarę. Owo „musisz kiejś przijść” wydawało jej się skierowane nie do niej, ale do jakiejś zwyczajnej kobiety. Poznała na ścieżce listki naparstnicy i wiedziała mniej więcej, gdzie się znajdowali.
— Jest kwadrans na ósmą — rzekł Mellors. — Przyjdzie pani na czas.
Zmienił ton głosu, jak gdyby dostrzegł oddalenie Connie. Gdy przy ostatnim zakręcie ścieżki zbliżyli się do leszczynowego lasku i furtki parkowej, zgasił latarnię.
— Tutaj widzimy już — rzekł i łagodnie ujął ją pod ramię.
Trudno było chodzić, ziemia pod ich stopami była tajemnicą, ale on stopą namacywał drogę, był przecież przyzwyczajony do tego. Przy furtce podał jej swoją kieszonkową latarkę elektryczną.
— W parku jest trochę jaśniej — rzekł — ale niech ją pani weźmie, żeby nie zboczyć z drogi.
Connie odwróciła się, ale natychmiast zwróciła się znowu do niego i rzekła:
— Pocałuj mnie.
Pochylił się nad nią niewidzialny i pocałował ją w lewe oko. Nadstawiła mu usta, a on pocałował je delikatnie, ale cofnął się natychmiast. Nie znosił pocałunków w usta.
— Jutro przyjdę znowu — rzekła Connie, oddalając się. — Jeżeli będę mogła — dodała.
— No ja, dobrze, ale nie tak nieskoro — odpowiedział Mellors z mroku.
Nie mogła go już prawie dostrzec.
— Dobranoc — rzekła.
— Dobranoc jaśnie pani — zabrzmiał jego głos.
Connie zatrzymała się i spojrzała w wilgotny mrok. Rozpoznawała jeszcze zaledwie tylko zarysy jego postaci.
— Dlaczego to powiedziałeś?
— No — odpowiedział Mellors — tóż dobra noc, wyrywej terozki.
Ruszyła szybko w ciemnoszarą, niemal namacalną noc. Boczne drzwi były otwarte i Connie wślizgnęła się niedostrzeżona do swego pokoju. Gdy zamykała drzwi, zabrzmiał gong, ale ona chciała się jeszcze wykąpać — musiała się wykąpać.
— Więcej nie będę się już spóźniać — powiedziała do siebie — to zbyt niemiłe.
Następnego dnia nie poszła do lasu. Natomiast pojechała z Cliffordem do Uthwaite. Mógł teraz wyjeżdżać niekiedy autem i przyjął silnego, młodego szofera, który w razie potrzeby mógł go wynieść z auta. Chciał się przede wszystkim zobaczyć ze swoim chrzestnym ojcem Leslie Winterem, który mieszkał w Shipley Hall, niedaleko Uthwaite. Winter był teraz starszym już panem, bardzo bogatym, jednym z owych bogatych właścicieli kopalń, których najświetniejszy okres przypadał na czasy panowania króla Edwarda. Król Edward nieraz przyjeżdżał na polowanie do Shipley. Była to piękna, stara budowla, ozdobiona sztukateriami, niezmiernie elegancko urządzona, gdyż Winter był kawalerem i szczycił się swoim stylem; ale posiadłość otoczona była kopalniami. Leslie Winter był oddany Cliffordowi, ale osobiście, ze względu na portrety w ilustrowanych pismach i na literaturę, żywił dla niego mało szacunku. Stary pan był bywalcem ze szkoły króla Edwarda i uważał, że życie to życie, a skryby to coś zupełnie innego. W stosunku do Connie był stary szlachcic zawsze niezmiernie szarmancki, uważał ją za pociągającą, stateczną dziewczynę, która marnuje się dla Clifforda, i ubolewał niezmiernie, że nie może ona wydać na świat potomka Wragby. On sam nie miał potomka.
Connie zadawała sobie pytanie, coby powiedział Winter, gdyby wiedział, że leśniczy Clifforda miał z nią stosunek płciowy i powiedział do niej: „Musisz kiejś przijść do mnie do fosztówki”. Brzydziłby się nią i gardził, gdyż doszedł on do tego, że nienawidził niemal wyzwoleńczych dążeń klasy robotniczej. Mężczyzny z własnej klasy nie wziąłby jej za złe, gdyż Connie była z natury uposażona w ów pozór skromnej, posłusznej dziewczęcości, i może było to częścią składową jej charakteru. Winter mówił do niej „moje dziecko” i prawie wbrew jej woli podarował jej czarującą miniaturę damy z osiemnastego wieku.
Ale myśli Connie były zaabsorbowane leśniczym. Ostatecznie pan Winter, który był naprawdę gentlemanem i światowcem, traktował ją jako indywidualność i jako wyodrębnioną jednostkę; nie wrzucał jej do jednego worka z całą resztą świata kobiecego przez jakieś „wdycki” i „terozki”.
Nie poszła owego dnia do lasu, nie poszła też następnego, ani trzeciego dnia. Nie szła tak długo, jak długo czuła lub sądziła iż czuje, że mężczyzna czeka na nią, że jej pożąda. Ale czwartego dnia ogarnął ją straszliwy niepokój, który wytrącił ją z równowagi. Ciągle jeszcze wzbraniała się iść do lasu i rozewrzeć znowu uda przed tym człowiekiem. Myślała o wszystkim, co mogła uczynić — pojechać do Sheffield, składać wizyty — ale myśl o tym wszystkim była jej wstrętna. Wreszcie zdecydowała się pójść na spacer, ale nie do lasu, lecz w przeciwnym kierunku. Postanowiła pójść do Marehay, przez małą, żelazną furtkę po drugiej stronie parku.
Był cichy, szary poranek wiosenny, prawie ciepły. Szła nieuważnie, zatopiona w myślach, których sobie nawet nie uświadamiała. Nie uświadamiała sobie niczego poza sobą, aż wyrwało ją z zadumy głośne szczekanie psa w Marehay Farm. Marehay! Łąki folwarku ciągnęły się aż do wrót parku Wragby, byli więc sąsiadami. Ale Connie już od długiego czasu nie była tutaj z wizytą.
— Bella! — zawołała na wielkiego, białego bulteriera. — Bella, zapomniałaś mnie już? Nie poznajesz mnie?
Bała się psów, Bella stała przed nią bez ruchu i szczekała, a Connie chciała przejść przez dziedziniec i iść dalej ścieżką przez zagajnik.
Pani Flint ukazała się w drzwiach. Była to kobieta w wieku Constance, kiedyś była nauczycielką wiejską. Connie podejrzewała ją, że jest dość fałszywą istotą.
— Ach, ależ to Lady Chatterley! Ach! — I oczy pani Flint zajaśniały, zarumieniła się jak młoda panienka. — Bella, Bella! Co to? Szczekasz na Lady Chatterley? Cicho, Bella! Będziesz ty cicho!
Skoczyła do psa i zaczęła go okładać białą chustką, którą właśnie miała w ręku. Potem podeszła do Connie.
— Zawsze mnie poznawała — rzekła Connie, podając jej rękę.
Flintowie byli dzierżawcami Chatterleyów.
— Naturalnie, że poznaje jaśnie panią! Jest tylko zbyt gorliwa — rzekła pani Flint rozpalona i spojrzała na Connie z rumieńcem zakłopotania. — Ale tak dawno już pani nie widziała. Mam nadzieję, że dobrze się pani wiedzie.
— Tak, dziękuję, bardzo dobrze.
— Przez całą zimę prawie pani nie widzieliśmy. Może pani wejdzie i zobaczy nasze maleństwo?
— Chętnie! — Connie zawahała się. — Ale tylko na chwilkę.
Pani Flint wbiegła pędem do domu, aby posprzątać w pokoju, a Connie weszła za nią powoli i zaczekała w dość ciemnej kuchni, gdzie w kociołku gotowała się woda. Pani Flint powróciła.
— Niech mi pani wybaczy — rzekła. — Może pani wejdzie tutaj.
Przeszły do pokoju, w którym dziecko siedziało na dywanie przed kominkiem, a stół nakryty był po wiejsku do herbaty. Młoda służąca wycofała się lękliwie i niezręcznie przez sień.
Dziecko było ślicznym maleństwem w wieku mniej więcej dwunastu miesięcy, z rudymi włosami jak ojciec i bystrymi, bladoniebieskimi oczyma. Była to dziewczynka. Nie przestraszyła się wcale. Siedziała wśród poduszek, otoczona olbrzymią ilością lalek i innych zabawek.
— Jaka ona słodka! — rzekła Connie. — A jak urosła! Duża dziewczynka! Duża dziewczynka!
Kiedy się dziecko urodziło, przysłała mu wełnianą chustkę, a na Boże Narodzenie celuloidowe kaczki.
— Patrz, Józiu! Patrz, kto cię odwiedził! Kto to jest, Józiu? Lady Chatterley, znasz przecież Lady Chatterley, prawda?
Dziwna, odważna mała osóbka patrzała na Connie niewzruszona. Dla niej Lady czy inna kobieta to było zupełnie to samo.
— Chodź! Pójdziesz do mnie? — zawołała Connie do dziecka.
Mała nie zareagowała, więc Connie podniosła ją i posadziła sobie na kolanach. Jak to było cudownie i ciepło mieć dziecko na kolanach, te miękkie, małe ramionka, te nieświadome, odważne nóżki.
— Wypiłam właśnie sama filiżankę herbaty. Luke pojechał na jarmark, mogę więc pić herbatę, kiedy mi się spodoba. Może i pani się napije, Lady Chatterley? Nie jest to zapewne taka herbata, do jakiej pani jest przyzwyczajona, ale gdyby pani raczyła...
Connie raczyła, chociaż nie chciała, aby jej przypominano, do czego była przyzwyczajona. Stół nakryto starannie na nowo, przyniesiono najlepsze talerze.
— Niech pani sobie nie zadaje trudu — rzekła Connie.
Ale gdyby pani Flint nie zadawała sobie trudu, gdzież byłaby przyjemność? Connie trzymała więc dziecko, ubawiona nieustraszonością małej kobietki; miękkie, młode ciepło maleństwa napawało ją silną rozkoszą. Młode życie! I takie nieustraszone! Takie nieustraszone, gdyż takie bezbronne. Wszyscy starsi ludzie żyli stale pod brzemieniem lęku!
Wypiła filiżankę herbaty, dość mocnej, i zjadła doskonały kawałek chleba z masłem i powidłami. Pani Flint czerwieniła się co chwila, mieszała się i płonęła z podniecenia, jakby Connie była jakimś wytwornym rycerzem. Gawędziły prawdziwie po kobiecemu i obie miały z tego przyjemność.
— To bardzo licha herbata — rzekła pani Flint.
— O wiele lepsza niż u mnie w domu — odpowiedziała Connie zgodnie z prawdą.
— Och! — zawołała pani Fiint, nie wierząc jej oczywiście.
Ale po pewnym czasie Connie wstała wreszcie.
— Muszę już pójść — rzekła. — Mąż mój nie wie, gdzie jestem. Będzie sobie Bóg wie co wyobrażał.
— Nie przyjdzie mu nawet na myśl, że pani mogłaby być tutaj — zawołała pani Flint podniecona. — Każe trąbić na alarm.
— Do widzenia, Józiu — rzekła Connie, całując dziecko i głaszcząc jego rude, kudłate włoski.
Pani Flint z całą gorliwością otworzyła zamknięte i zaryglowane drzwi frontowe. Connie wyszła do małego ogródka przed domem, otoczonego żywopłotem.
Na lewo i prawo była ścieżka ogrodowa, obramowana aksamitnymi, wielkimi pierwiosnkami.
— Jakie cudowne pierwiosnki! — rzekła Connie.
— Niech pani weźmie kilka — rzekła pani Flint.
I gorliwie poczęła zrywać fioletowe i żółte kwiaty.
— Dość! Dość! — zawołała Connie.
Podeszły do małej furtki ogrodowej.
— Którędy pani idzie? — zapytała pani Flint.
— Przez zagajnik.
— Niech pani zaczeka! O, tak, krowy są jeszcze na jałowcowej łące. Powinny już być w domu. Ale furtka w płocie będzie zamknięta. Będzie pani musiała przejść przez płot.
— To potrafię — rzekła Connie.
— Odprowadzę panią przez łąkę.
Szły przez ubogą, objedzoną przez króliki łąkę. Ptaki śpiewały w lesie dziką, wieczorną pieśń triumfalną. Jakiś człowiek zwoływał ostatnie krowy, które powoli nadchodziły przez usianą ścieżkami zwierzęcymi łąkę.
— Ludzie późno dzisiaj wracają do udoju — rzekła pani Flint surowo. — Wiedzą, że Luke nie powróci przed zmrokiem.
Doszły do płotu, za którym rozciągał się młody lasek jodłowy, gęsty i kolczasty. Była tam mała furtka, ale zamknięta. Po wewnętrznej stronie stała w trawie pusta flaszka.
— To pusta flaszka leśniczego na mleko — wyjaśniła pani Flint. — Przynosimy mu je tutaj, a on je sobie potem zabiera.
— Kiedy? — zapytała Connie.
— O, kiedy jest akurat w pobliżu. Najczęściej rano. Więc do widzenia, Lady Chatterley! I niech pani do nas znowu wstąpi. To taka radość widzieć panią u nas!
Connie przelazła przez płot i wyszła na wąską ścieżkę pomiędzy gęstymi, usianymi igliwiem, młodymi jodłami. Pani Flint pobiegła przez łąkę z powrotem do domu, w słomkowym kapeluszu, gdyż była ona naprawdę kiedyś nauczycielką. Constance nie lubiła tej gęstej, nowej części lasu. Wydawała się jej taka przeraźliwa i dławiąca. Szła szybko naprzód z pochyloną głową i myślała o dziecku Flintów. Było to słodkie maleństwo, ale będzie miało trochę krzywe nogi, jak jego ojciec. Widać to było już teraz. Może jednak wyrośnie z tego. Jakaż to była gorąca rozkosz mieć dziecko i jak bardzo pyszniła się tym pani Flint! W każdym razie posiadała coś, czego Connie najprawdopodobniej nigdy posiadać nie będzie. Tak, pani Flint była dumna ze swego macierzyństwa. A Connie była trochę, troszeczkę zazdrosna. Nie mogła się temu oprzeć.
Ocknęła się z zamyślenia i wydała krótki okrzyk przerażenia. Przed nią stał mężczyzna.
Był to leśniczy. Stał na ścieżce jak osioł Balaama54 i zagradzał drogę.
— Co to znaczy? — zapytał zdziwiony.
— Skąd pan się tu wziął? — szepnęła Connie.
— A pani? Czy była pani koło szałasu?
— Nie! Nie! Byłam w Marehay.
Spojrzał na nią badawczo, z zaciekawieniem, a ona w poczuciu winy spuściła głowę.
— A teraz chciała pani pójść do szałasu? — zapytał prawie surowo.
— Nie! Teraz nie mogę. Zasiedziałam się w Marehay. Nikt nie wie, gdzie jestem. Spóźniłam się. Muszę się śpieszyć.
— Może żeby puścić mnie kantem? — rzekł Mellors z lekkim, ironicznym uśmiechem.
— Nie! Nie! To nie. Tylko...
— Tak, więc co? — zapytał Mellors, podchodząc do niej i otaczając ją ramieniem. Czuła jego ciało przeraźliwie blisko i żywo.
— O, nie teraz, nie teraz! — zawołała, usiłując go odepchnąć.
— Dlaczego nie? Jest dopiero szósta. Masz jeszcze pół godziny czasu.
— Nie! Nie! Nie chcę!
Trzymał ją mocno, czuła jego pożądanie. Był to w niej dawny popęd walczenia o swoją wolność. Ale coś innego w niej było dziwne i leniwe, i ociężałe. Ciało jego napierało na nią, nie miała serca walczyć dłużej.
Rozejrzał się dokoła.
— Chodź — chodź tutaj! Tędy — rzekł, rzuciwszy bystro okiem między gęste jodły, młode i sięgające wierzchołkami niewiele więcej niż na pół wzrostu mężczyzny.
Obejrzał się za nią. Dostrzegła jego oczy, które były czujne i połyskujące, dzikie, nie rozkochane. Ale wola opuściła ją. Dziwne brzemię ciążyło jej członkom. Ustąpiła. Zrezygnowała.
Poprowadził ją przez ścianę kolczastych drzew, przez które trudno było przejść, do miejsca, gdzie było trochę przestrzeni i stos martwych konarów. Rzucił jeden lub dwa suche na ziemię, położył na nich swój płaszcz i kamizelkę, a ona musiała położyć się tam pod konarami drzewa, jak zwierzę, podczas gdy on czekał, stojąc tam w koszuli i spodniach, obserwując ją nawiedzonym wzrokiem. Ale mimo to był przewidujący — kazał jej leżeć odpowiednio. Zerwał jednak pasek jej bielizny, bo nie pomogła mu, tylko leżała bez ruchu.
On również obnażył przednią część ciała i poczuła jego nagie ciało przy sobie, gdy w nią wchodził. Przez chwilę był nadal w niej, nabrzmiały i drżący. Potem, gdy zaczął się poruszać, w nagłym, bezradnym orgazmie, obudziły się w niej nowe dziwne dreszcze falujące w jej wnętrzu. Falujące, falujące, falujące, jak trzepoczące nakładanie się miękkich płomieni, miękkich jak pióra, biegnące do punktów blasku, wykwintne, wykwintne i roztapiające ją całą roztopioną w środku. To było jak dzwonki falujące w górę i w górę, do kulminacji. Leżała nieświadoma dzikich, drobnych krzyków, które wydała na końcu. Ale to skończyło się zbyt wcześnie, zbyt wcześnie i nie mogła już wymusić swego zakończenia własną aktywnością. To było inne, inne. Nie mogła nic zrobić. Nie mogła już stwardnieć i chwycić go dla własnej satysfakcji. Mogła tylko czekać, czekać i jęczeć w duchu, gdy czuła, jak się wycofuje, wycofuje i kurczy, zbliżając się do strasznego momentu, gdy wyślizgnie się z niej i zniknie. Podczas gdy całe jej łono było otwarte i miękkie, i cicho jęczało, jak ukwiał morski pod przypływem, domagając się, by wszedł ponownie i spełnił jej życzenie. Przylgnęła do niego nieprzytomna z namiętności, a on wcale się z niej nie wyślizgnął całkiem, lecz czuła, jak miękki jego pączek porusza się w niej, a dziwne rytmy napływają do niej dziwnym rytmicznym ruchem narastającym, pęczniejąc i pęczniejąc, aż wypełniły całą jej rozszczepiającą się świadomość, a potem znów zaczął się niewypowiedziany ruch, który nie był prawdziwym ruchem, ale czystymi, pogłębiającymi się wirami wrażeń wirującymi coraz głębiej i głębiej przez wszystkie jej tkanki i jej świadomość, aż stała się jednym doskonałym, koncentrycznym płynem uczuć i leżała tam, płacząc nieświadomymi, niewyraźnymi krzykami. Głos z najdalszej nocy, życie! Mężczyzna słyszał go pod sobą z rodzajem podziwu, gdy jego życie wytrysnęło w nią. A gdy opadło, on również opadł i leżał zupełnie nieruchomo, nieświadomy, podczas gdy jej uścisk na nim powoli się rozluźnił, a ona leżała bezwładnie. Leżeli i nic nie wiedzieli, nawet o sobie nawzajem, oboje zagubieni. Aż w końcu zaczął się budzić i zdawać sobie sprawę ze swojej bezbronnej nagości, a ona zdawała sobie sprawę, że jego ciało rozluźnia swój uścisk na niej. Rozluźniał uścisk, ale w piersi czuła, że nie może znieść, aby zostawił ją odkrytą. Musi ją teraz przykryć na zawsze.
W końcu jednak odsunął się, pocałował ją, przykrył i sam zaczął się okrywać. Leżała wpatrzona w konary drzewa, nie mogąc się jeszcze poruszyć. On wstał i zapiął spodnie, rozglądając się dookoła. Wszystko było zgęstniałe i ciche, z wyjątkiem przerażonego psa, który leżał z łapami przy nosie. Ponownie usiadł na chruście i w milczeniu wziął Connie za rękę.
Odwróciła się i spojrzała na niego.
— Tym razem doszliśmy razem — powiedział.
Nie odpowiedziała.
— To dobrze, kiedy tak jest. Większość ludzi przeżywa swoje życie i nawet o tym nie wie — powiedział raczej marzycielsko.
Spojrzała w jego zamyśloną twarz.
— Naprawdę? — powiedziała. — Cieszysz się?
Spojrzał jej w oczy.
— Cieszę się — powiedział. — Aj, ale nieważne.
Nie chciał, żeby mówiła. Pochylił się nad nią i pocałował ją, a ona poczuła, że musi ją całować zawsze.
W końcu usiadła.
— Ludzie często nie dochodzą razem? — zapytała z naiwną ciekawością.
— Dużo z nich nigdy. Widać to po ich surowym wyglądzie. — Mówił nieświadomie, żałując, że zaczął.
— Czy z innymi kobietami też tak miałeś?
— Nie wiem — powiedział. — Nie wiem.
I wiedziała, że nigdy nie powie jej niczego, czego nie chciałby jej powiedzieć. Obserwowała jego twarz i namiętność do niego budziła się w głębi jej istoty. Broniła się przed tym uczuciem, póki mogła, gdyż oznaczało ono, że wyzbywała się siebie samej.
Mellors włożył kamizelkę i kurtkę i utorował z powrotem drogę na ścieżkę. Ostatnie, poziome niemal promienie słońca padały na las.
— Nie pójdę z tobą — rzekł leśniczy — lepiej nie.
Spojrzała na niego w zadumie, zanim się odwróciła. Pies jego czekał tak lękliwie, aby leśniczy poszedł, a on jakby nie miał nic do powiedzenia. Nic nie pozostało.
Connie poszła wolno do domu, uświadamiając sobie głębie tego nowego uczucia w sobie. Zrodziło się w niej drugie „ja”, płonęło miękko w jej łonie i w jej trzewiach, i tym nowym „ja” uwielbiała go. Uwielbiała go, aż kolana poczęły pod nią drżeć w chodzie. Stapiała się teraz w swoim łonie i w swoich trzewiach i była żywa i wrażliwa, i bezradna w uwielbieniu dla niego, jak najnaiwniejsza kobieta.
„Mam takie wrażenie, jakbym czuła dziecko — powiadała sobie — jakbym czuła w sobie dziecko”.
I tak też było. Jak gdyby łono jej, które było mocno zamknięte, rozwarło się i napełniło nowym życiem, niemal brzemieniem, a jednak rozkoszą.
„Gdybymż miała dziecko — myślała. — Gdybym miała w sobie jego jako dziecko!”
I członki jej jakby stopniały pod tą myślą, i uświadomiła sobie olbrzymią różnicę między darowaniem dziecka sobie samej, a darowaniem dziecka mężczyźnie, za którym tęskniło jej łono. Pierwsza rzecz wydawała się w pewnym sensie normalna. Ale urodzić dziecko mężczyźnie, którego się w głębi duszy i w łonie uwielbiało, to napawało ją uczuciem, że stałaby się zupełnie odmienna od dawnego swego „ja” i niejako zstąpiłaby głęboko, głęboko ku centralnemu punktowi wszelkiej kobiecości, w sen tworzenia.
Nie namiętność była tu dla niej nowa, ale owo tęskne uwielbienie. Wiedziała, że zawsze się tego obawiała, gdyż uczucie to czyniło ją bezradną; obawiała się ciągle jeszcze, bo gdyby go zanadto uwielbiała, zatraciłaby siebie samą, zgasłaby, a zgasnąć nie chciała, nie chciała się stać niewolnicą, jak dzika kobieta. Nie wolno jej było stać się niewolnicą. Lękała się swego uwielbienia, a jednak nie chciała zacząć z nim zaraz walki. Wiedziała, że potrafiłaby je zmóc. Miała w piersi diabelski upór, który potrafiłby zmóc nieograniczone, pełne, wezbrane uwielbienie w jej łonie, potrafiłby je zdusić; mogłaby — tak przynajmniej sądziła — uczynić to nawet teraz jeszcze. I mogłaby wówczas z własnej woli poddać się znowu swojej namiętności.
Ach, tak, być namiętną jak bachantka, jak szalejąca po lasach menada, wzywać Iakchosa55, wspaniałego Phallusa, który nie miał poza sobą niezależnej osobowości, lecz był czystym bogiem-sługą kobiety! Mężczyzna, indywiduum, nie śmiał się do tego mieszać! On był tylko sługą świątyni, nosicielem i strażnikiem wspaniałego Phallusa, jej własności.
W ten sposób w potokach nowego przebudzenia płonęła w niej przez pewien czas dawna namiętność, a mężczyzna skurczył się do rozmiarów niepozornego przedmiotu, do roli nosiciela Phallusa, którego się rozrywało na sztuki, gdy tylko spełnił swoją służbę. Czuła w członkach i w ciele siłę bachantki, kobiety, która była niby nagła błyskawica, zabijająca mężczyznę. Ale kiedy to czuła, doznała ciężaru na sercu. Nie chciała tego, było jej to za dobrze znane, było to bezpłodne, bezdzietne; uwielbienie było jej skarbem. Było ono tak niezgłębione, tak miękkie, tak głębokie i tak nieznane! Nie, nie, wolała zrezygnować ze swej surowej, jasnej, kobiecej mocy; przesyciła się nią, zaskorupiła się w niej; chciała się zanurzyć w tej nowej kąpieli życia, w głębinach swego łona i swoich trzewi, śpiewających bezgłośną pieśń uwielbienia. Za wcześnie jeszcze było, aby zacząć się lękać mężczyzny.
— Doszłam aż do Marehay i wypiłam herbatę u pani Flint — powiedziała do Clifforda. — Chciałam sobie obejrzeć ich dziecko. Takie jest czarujące, włoski ma niby czerwona pajęczyna. Co za słodkie maleństwo! Pan Flint wyjechał na jarmark, wypiłyśmy więc herbatę razem, ona i ja, i dziecko. Dziwiłeś się pewnie, że mnie tak długo nie ma?
— Tak, zastanawiałem się nad tym, ale domyśliłem się, że zostałaś gdzieś na herbacie — odpowiedział Clifford zazdrośnie.
Pewnego rodzaju drugim wzrokiem wyczuwał w niej coś nowego, coś zupełnie dla niego niezrozumiałego, ale przypisywał to dziecku. Pomyślał, że Connie cierpi jedynie nad tym, iż nie ma dziecka, iż nie potrafi niejako stworzyć go sobie automatycznie.
— Widziałam jaśnie panią, jak szła przez park do żelaznej furtki — rzekła pani Bolton — myślałam więc, że była pani z wizytą na plebanii.
— Miałam też ten zamiar, ale potem poszłam do Marehay.
Oczy dwóch kobiet spotkały się: oczy pani Bolton — szare, błyszczące i badawcze; oczy Connie — niebieskie, przesłonięte i dziwnie piękne. Pani Bolton była niemal pewna, że Connie ma kochanka, ale jakże to mogło być i kto nim mógł być? Gdzież tu był mężczyzna?
— To bardzo dobrze dla pani, jeżeli pani trochę wychodzi i przebywa w towarzystwie — rzekła pani Bolton. — Jak to powiedziałam przedtem do Sir Clifforda: dla jaśnie pani byłoby niezmiernie dobrze, gdyby się znalazła trochę między ludźmi.
— Tak, cieszę się, że tam poszłam, to takie dziwne, słodkie, śmiałe dzieciątko, Cliffordzie — rzekła Connie. — Włoski ma zupełnie jak pajęczyna, koloru jasnopomarańczowego. I ma najdziwniejsze, najodważniejsze, bladoniebieskie, porcelanowe oczęta. Naturalnie, że to dziewczynka, inaczej nie byłaby taka nieustraszona, bardziej nieustraszona niż jakiś mały Sir Francis Drake56.
— Jaśnie pani ma rację, prawdziwe małe Flinciątko. Oni wszyscy byli zawsze zuchwali, zapaleńcy — rzekła pani Bolton.
— Nie chciałbyś jej zobaczyć, Cliffordzie? Zaprosiłam panią Flint na herbatę, żebyś mógł zobaczyć jej małą.
— Kogo? — zapytał Clifford, spoglądając na Connie w najwyższym zakłopotaniu.
— Panią Flint i jej dziecko, na najbliższy poniedziałek.
— Możesz im podać herbatę na górze, w swoim pokoju — odpowiedział Clifford.
— Więc nie chcesz zobaczyć dziecka? — zawołała Connie.
— O, owszem, chcę je zobaczyć, ale nie chcę siedzieć z nimi przez godzinę przy stole.
— Ach, tak — rzekła Connie i spojrzała na niego wielkimi, przesłoniętymi oczyma.
W istocie nie widziała jego, był to ktoś inny.
— Jaśnie pani może urządzić u siebie bardzo miłą herbatkę, a pani Flint nie będzie się czuła tak skrępowana, jak w obecności Sir Clifforda — wtrąciła pani Bolton.
Była pewna, że Connie ma kochanka, i jakiś głos w niej triumfował. Ale kto to był? Kto to był? Może pani Flint udzieli jej jakiejś wskazówki.
Tego wieczora Connie nie chciała się kąpać. Uczucie dotknięcia jego ciała, nawet jego potu, było jej drogie i w pewnym sensie święte.
Clifford był bardzo zaniepokojony. Nie chciał jej puścić po kolacji, a ona tak bardzo pragnęła być sama. Rzuciła na niego okiem, ale była dziwnie posłuszna.
— Zagramy w coś czy mam ci coś przeczytać, albo też będziemy robili coś innego? — zapytał Clifford niepewnym głosem.
— Przeczytaj mi coś — rzekła Connie.
— Co ci mam czytać: wiersze czy prozę? Albo jakiś dramat?
— Czytaj mi Racine’a.
Czytanie Racine’a w prawdziwym, wielkim stylu francuskim było dawniej jedną z jego popisowych sztuk. Teraz jednak był nieco zaskorupiały, nieco zakłopotany; wolał tak naprawdę głośnik radiowy. Ale Connie szyła, szyła małą sukienkę barwy sasanek, przykrojoną dla dziecka pani Flint z jakiejś starej sukni. Przykroiła ją przed kolacją, a teraz siedziała w łagodnym, uspokojonym zachwyceniu, słuchając czytania.
W głębi swego jestestwa słyszała poszum namiętności, niby echo głębokich dzwonów.
Clifford powiedział do niej coś o Racine’ie. Zrozumiała sens dopiero, gdy słowa już przebrzmiały.
— Tak! Tak! — rzekła, podnosząc ku niemu wzrok. — To naprawdę wspaniałe.
Znowu uczuł lęk przed głębokim, błękitnym płomieniem w jej oczach i przed jej łagodną ciszą, kiedy tak siedziała nad robótką. Nigdy nie była tak absolutnie łagodna i cicha. Fascynowała go, czyniła go bezradnym, jakby go oszołamiała jakaś otaczająca ją atmosfera. Czytał więc bezradnie dalej, a gardlany ton jego francuszczyzny był dla niej niby wiatr w kominie. Z Racine’a nie słyszała ani słowa.
Zatopiona była we własnym, łagodnym zachwyceniu, jak las, który pod słabym, radosnym westchnieniem wiosny poczyna jęcząc puszczać pąki. Czuła, że w tym samym świecie był z nią mężczyzna, ów bezimienny mężczyzna, który kroczył na pięknych nogach, piękny w fallicznej tajemnicy. A w sobie samej, we wszystkich swoich żyłach, czuła jego i jego dziecko. Dziecko jego było we wszystkich jej żyłach niby łagodny zmierzch.
„Gdyż nie ma ona dłoni, ani oczu, ani stóp, ani złotego skarbu włosów...”57.
Była niby las, niby ciemny gąszcz gałęzi dębowego lasu, brzęczących niedosłyszalnie miliardami rozwijających się pąków. A tymczasem ptaki pożądania drzemały w bezgranicznie splątanej gęstwie gałęzi jej ciała.
Ale głos Clifforda brzmiał ciągle, trzaskał i bulgotał niecodziennymi dźwiękami. Jakie to było niezwykłe! I jaki niezwykły był on, kiedy się tak pochylał nad książką, dziwaczny i pożądliwy, i kulturalny, z szerokimi barami i w istocie bez nóg! Co za dziwny stwór o surowej, zimnej, nieugiętej woli drapieżnego ptaka, a bez ciepła! Zupełnie bez ciepła! Jakiś z owych stworów dalekiej przyszłości, które nie będą miały duszy, tylko żywą, zimną wolę. Drżała nieco z trwogi przed nim. Ale łagodny, gorący płomień życia był jednak silniejszy od niego, a rzeczy prawdziwe były przed nim ukryte.
Czytanie skończyło się. Connie wzdrygnęła się. Podniosła wzrok i przeraziła się jeszcze bardziej, widząc, że Clifford obserwował ją bladymi, niesamowitymi oczyma, jakby z nienawiścią.
— Dziękuję ci bardzo! Czytasz Racine’a naprawdę cudownie! — rzekła cicho.
— Prawie tak cudownie, jak ty go słuchasz — odpowiedział Clifford okrutnie.
— Robię sukienkę dla dziecka pani Flint.
Clifford odwrócił się. Dziecko! Dziecko! Tym była zupełnie opętana.
— Ostatecznie — rzekł głosem deklamatorskim — można z Racine’a czerpać wszystko, czego człowiekowi potrzeba. Uczucia, które są uporządkowane i ukształtowane, są ważniejsze niż nieuporządkowane uczucia.
Connie przyglądała mu się rozwartymi, niepewnymi, przesłoniętymi oczyma.
— Tak. Jestem tego pewna — rzekła.
— Nowoczesny świat zwulgaryzował tylko uczucia, puściwszy je luzem. Brak nam właśnie klasycznej kontroli.
— Tak — odpowiedziała Connie i pomyślała o nim, jak z pozbawioną wyrazu twarzą uczuciowego idioty słuchał radia. — Ludzie udają, że posiadają uczucia, a w rzeczywistości nie czują nic. Zdaje się, że to się nazywa romantyzmem.
— Właśnie! — rzekł Clifford.
W istocie był zmęczony. Wieczór ten męczył go. Wolałby spędzić go nad swoimi technicznymi książkami albo z dyrektorem kopalni, albo słuchając radia.
Pani Bolton weszła z dwiema szklankami słodu. Dla Clifforda, żeby lepiej spał, i dla Connie, żeby znowu przytyła. Był to regularny napój nocny, który wprowadziła.
Connie była rada, że może wejść do swego pokoju po wypiciu słodu, i wdzięczna, że nie potrzebowała pomagać Cliffordowi w rozbieraniu. Wzięła jego szklankę i postawiła na tacy, potem zabrała tacę, żeby ją wynieść.
— Dobranoc, Cliffordzie! Mam nadzieję, że będziesz dobrze spał. Racine przenika człowieka jak sen. Dobranoc!
Doszła już do drzwi. Odchodziła więc bez pożegnalnego pocałunku. Clifford obserwował ją bacznym, zimnym wzrokiem. Tak! Nie pocałowała go nawet na dobranoc, gdy on poświęcił cały wieczór na czytanie jej. Więc były w niej takie przepaści oschłości! Chociaż pocałunek ten był tylko formalnością, jednakże życie zależało od takich formalności. Była bolszewiczką, naprawdę. Uczucia jej były bolszewickie! Spoglądał zimno i gniewnie na drzwi, przez które wyszła. Ze złością.
I znowu ogarnął go lęk przed nocą. Był cały siecią nerwów, a jeśli nie był usposobiony do pracy i pełen energii, albo jeśli nie słuchał radia i nie był w ten sposób zupełnie zobojętniały, przejmował go lęk i uczucie czekającej go niebezpiecznej pustki. Bał się. A Connie mogła go ochronić przed tą trwogą, gdyby chciała. Ale jasne było, że nie chciała, nie chciała. Była niewrażliwa, zimna i niewrażliwa na wszystko, co on dla niej robił. Oddawał jej życie, a ona nie miała dla niego żadnego uczucia. Chciała tylko kroczyć własną drogą. „Lady ceni swoją wolę”.
Teraz była opętana dzieckiem. Ale żeby było jej własne, zupełnie własne, nie jego!
Ściśle biorąc, Clifford był absolutnie zdrów. Wyglądał tak dobrze i świeżo, ramiona miał szerokie i silne, klatkę piersiową potężną, przytył nawet. A jednak lękał się śmierci. Zdawało mu się, że gdzieś grozi mu w jakiś sposób straszliwa przepaść, próżnia, a w tej próżni załamałaby się jego energia. Zaś bez energii — czuł to niekiedy — byłby trupem, naprawdę trupem.
Jego wypukłe, blade oczy miały więc dziwne spojrzenie, ukradkowe, a jednak zarazem okrutne, a takie były zimne i przy tym niemal zuchwałe. Bardzo dziwne było to zuchwałe spojrzenie: jak gdyby wbrew życiu triumfował nad życiem. „Kto zna tajemnice woli, ten może nawet wbrew aniołom triumfować...”58.
Szczególnym jednak lękiem napawały go noce, kiedy nie mógł spać. To było naprawdę przeraźliwe, kiedy zniszczenie osaczało go ze wszystkich stron. Wtedy przejmowała go grozą egzystencja bez posiadania jakiegokolwiek życia. Egzystencja bez życia pośród nocy.
Ale teraz mógł zadzwonić na panią Bolton. Ona przyjdzie każdej chwili. To była wielka pociecha. Przyjdzie w szlafroku, z włosami zwisającymi w warkoczu na plecach, dziwnie dziewczęca i zakłopotana, chociaż brunatne warkocze przeplatane były siwizną. I zagotuje mu kawy albo rumianku i będzie z nim grała w szachy albo w pikietę. Posiadała dziwną, kobiecą właściwość, że choćby nawet w trzech czwartych spała, potrafiła jeszcze grać w szachy dość dobrze, aby się opłaciło wygrać od niej. Siedzieli więc tak w milczącej poufałości nocy albo ona siedziała przy nim, a on leżał na łóżku, lampka nocna rzucała samotne światło na nią, niemal zupełnie ogarniętą przez sen, i na niego, niemal zupełnie ogarniętego przez jakiś lęk, i grali, grali oboje — potem wypijali razem filiżankę kawy, dojadając biszkopty, i prawie nie mówili w ciszy nocy, ale byli dla siebie nawzajem ubezpieczeniem.
A dzisiejszej nocy pani Bolton zadawała sobie pytanie, kto jest kochankiem Lady Chatterley. I myślała o swoim Tedzie, który już od tak dawna nie żył, ale dla niej nigdy nie umarł zupełnie. A kiedy myślała o nim, zbudziła się w niej dawna, dawna nienawiść do świata, a szczególnie do panów, ponieważ oni zabili jej Teda. Nie zabili go naprawdę, ale w jej oczach, w jej uczuciu, oni to zrobili. I w jakimś zakątku duszy była właśnie dlatego nihilistką, prawdziwą anarchistką.
W półśnie mieszały się jej myśli o Tedzie i o nieznanym kochanku Lady Chatterley, a potem czuła, że dzieliła z tamtą kobietą głęboką nienawiść do Sir Clifforda i do wszystkiego, co on uosabiał. Ale jednocześnie grała z nim w pikietę o sześć pensów. I było dla niej źródłem wielkiego zadowolenia grać w pikietę z baronetem i nawet przegrywać do niego sześciopensówki.
Grali w karty zawsze o pieniądze. Dawało to Cliffordowi zapomnienie. I zazwyczaj on wygrywał. I dzisiejszej nocy wygrywał. Nie zasnął więc wcześniej, aż zajaśniał pierwszy brzask. Na szczęście stało się to o pół do piątej czy około tej godziny.
Connie leżała w łóżku w głębokim śnie. Ale leśniczy nie mógł także zaznać spokoju. Pozamykał kojce i odbył przegląd lasu, potem wrócił do domu i zjadł kolację. Ale nie kładł się. Siedział przy ogniu i myślał.
Myślał o swoich chłopięcych czasach w Tevershall i o pięciu czy sześciu latach swego małżeństwa. Myślał o swojej żonie, myślał o niej zawsze z goryczą. Wydawała mu się taka brutalna! Ale oto nie widział jej od roku 1915, od owej wiosny, kiedy poszedł do wojska. A ona była tutaj, o niespełna trzy mile od niego, jeszcze brutalniejsza, niż dawniej. Spodziewał się, że do końca życia już jej nie zobaczy.
Myślał o swoim życiu żołnierskim na obczyźnie. Indie, Egipt i znowu Indie: ślepe, bezmyślne życie z końmi; pułkownik, który go lubił i którego on lubił; lata, kiedy był oficerem, porucznikiem z bardzo dobrymi widokami awansu na kapitana. Potem śmierć pułkownika na zapalenie płuc, i jak on sam ledwo uniknął śmierci; jego zmarnowane zdrowie; jego głęboki niepokój; wystąpienie z wojska i powrót do Anglii, aby znowu zostać robotnikiem.
Wlókł życie. Sądził, że w tym lesie będzie przynajmniej przez pewien czas bezpieczny. Dotąd nie było jeszcze końca: musiał najpierw wyhodować bażanty. Nie chciał obsługiwać dział. Chciał żyć sam i z dala od ludzi, to było wszystko, czego pragnął. Musiał mieć jakąś podstawę, a to było jego miejsce urodzenia. Nawet matka jego mieszkała tutaj. Co prawda nie miała ona dla niego wielkiego znaczenia. I mógł wieść dalej życie i istnieć dnia na dzień, bez związku i bez nadziei. Gdyż nie wiedział, co z sobą począć.
Nie wiedział, co z sobą począć. Odkąd był przez kilka lat oficerem i wraz z innymi oficerami i urzędnikami państwowymi obracał się w towarzystwie ich żon i rodzin, zatracił ambicję „wybicia się”. Poznał średnią i wyższą klasę: była w nich jakaś nieugiętość, jakaś dziwna, gruboskórna nieugiętość, która po prostu napawała go uczuciem chłodu i obcości.
Powrócił więc do własnej klasy, aby znaleźć tam to, o czym podczas tylu lat swojej nieobecności zapomniał: małostkowość i wulgarność zachowania, które mu były wstrętne. Zrozumiał dopiero teraz, jak ważne było dobre wychowanie. I zrozumiał, jak ważne było udawać choćby, że człowiekowi nie zależało na pół pensie albo na jakimś drobiazgu życia. Ale ludzie z ludu nie umieli tego udawać. Grosz mniej czy więcej na słoninie był rzeczą ważniejszą niż zmiana w Ewangelii. Nie mógł tego znieść.
A potem te wieczne spory o wynagrodzenie. Ponieważ żył pośród klasy posiadającej, wiedział, jak zupełnie beznadziejnym było spodziewać się rozwiązania kwestii płacy. Nie było innego rozwiązania, prócz chyba śmierci. Jedyna mądrość, to nic sobie z tego nie robić, nic sobie nie robić z wynagrodzenia.
Ale jeżeli się było biedakiem, nędzarzem, trzeba sobie było coś z tego robić. W każdym razie stało się to jedyną rzeczą, z której sobie ludzie coś robili. Troska o pieniądze była niby olbrzymi rak, który toczył jednostki wszystkich klas. On sam wzbraniał się przed przejmowaniem się kwestią pieniężną.
A cóż pozostawało poza tym? Co dawało życie, poza troskami pieniężnymi? Nic.
W każdym razie mógł żyć sam, z niewielkim zadośćuczynieniem, że jest sam; mógł hodować bażanty, aby je w końcu nażarci panowie zastrzelili po śniadaniu. Wszystko było bezcelowe, bezcelowe w entej potędze.
Lecz po co się martwić, po co się troszczyć? I dotychczas nie martwił się, nie troszczył. Aż ta kobieta wkroczyła w jego życie. Był prawie o dziesięć lat starszy od niej. A pod względem doświadczenia był od niej tysiąc razy starszy, ponieważ zaczął od dołu. Łączące ich więzy stawały się coraz ciaśniejsze. Mógł już przewidzieć dzień, gdy wszystko zazębi się zupełnie i wtedy będą musieli stworzyć z tego wspólne życie. „Gdyż trudno jest zerwać więzy miłości!”
I co wtedy? Co wtedy? Czy musiał znowu zaczynać bez niczego, z czym można by zacząć? Czy musiał wciągać w to tę kobietę? Czy musiał toczyć przeraźliwą walkę z jej mężem? I także pewnego rodzaju przeraźliwą walkę ze swoją brutalną żoną, która go nienawidziła? Co za okropność! Co za straszliwa okropność! I nie był już młody, a tylko zgłodniały życia. Nie posiadał też beztroskiego, obojętnego usposobienia. Każda gorycz i każda szpetota zraniłaby go: jego i ją!
Ale gdyby się nawet oboje wyzwolili od Sir Clifforda i od jego żony, nawet gdyby się wyzwolili, co mieli począć? Co począłby on sam? Co miał zrobić ze swoim życiem? Bo coś przecież zrobić musiał. Nie mógł być tylko darmozjadem, żyć z jej pieniędzy i swojej małej emerytury.
Zadanie było nierozwiązalne. Nie przychodziło mu na myśl nic innego, jak tylko, że mógłby pojechać do Ameryki, aby zakosztować nowego powietrza. Nie pokładał najmniejszej wiary w dolarze. Ale może, może było tam coś innego jeszcze.
Nie mógł znaleźć spokoju albo przynajmniej położyć się do łóżka. Przesiedziawszy do północy w wichurze gorzkich myśli, wstał nagle i sięgnął po kurtkę i fuzję.
— Chodź, stara — rzekł do suki. — Nam jest najlepiej w lesie.
Noc była gwiaździsta, ale bezksiężycowa. Rozpoczął powolny, sumienny, cichy i potajemny obchód. Jedyne, z czym musiał walczyć, były to potrzaski na króliki, jakie zastawiali górnicy, zwłaszcza ze Stacks Gate, niedaleko Marehay. Był to okres pomiotu, ale górnicy nawet na to nie zważali. Tym niemniej potajemny obchód w poszukiwaniu kłusowników uspokoił jego nerwy i odciągnął jego myśli od poprzedniego przedmiotu.
Ale kiedy zbliżał się ku końcowi powolnego, ostrożnego obchodu — była to przestrzeń blisko pięciu mil — uczuł się zmęczony. Wszedł na wierzchołek wzgórza i rozejrzał się. Ani dźwięku nie było słychać poza słabo rozbrzemiwającym warkotem kopalni Stacks Gate, która nigdy nie przerywała pracy. I prawie nie widać było świateł, poza szeregami elektrycznych lamp przy kopalniach. Świat leżał we śnie, ciemny i dyszący. Było pół do trzeciej. Ale nawet we śnie był to świat niespokojny, okrutny, poruszał się on we wrzawie pociągu albo wielkiego auta ciężarowego na szosie i drgał w czerwonawej błyskawicy wielkiego pieca hutniczego. Był to świat żelaza i węgla, okrucieństwa żelaza i wyziewów węgla, i bezgranicznej, bezgranicznej chciwości, która była bodźcem tego wszystkiego. Tylko chciwość, chciwość, poruszająca się we śnie.
Było zimno, leśniczy kaszlał. Delikatny, zimny wiatr powiewał nad szczytem. Pomyślał o owej kobiecie. Teraz oddałby wszystko, co posiadał albo miał kiedykolwiek posiadać, za to, aby ją trzymać gorąco w swoich ramionach, aby otuleni w jedną kołdrę mogli spać razem. Wszystkie nadzieje wieczności i wszystkie zdobycze przeszłości oddałby za to, aby ją mieć przy sobie, być z nią spowitym ciepło w jedną kołdrę i spać, tylko spać. Sen z tą kobietą w jego ramionach wydawał mu się jedyną koniecznością.
Poszedł do szałasu, owinął się w wełniany koc i położył się na ziemi, żeby zasnąć. Ale nie mógł spać, było mu zimno. A przy tym odczuwał okrutnie swoją niedoskonałość. Gorzko odczuwał swoje osamotnienie. Pragnął jej, aby ją móc dotykać, aby ją przycisnąć mocno do siebie w chwili upojenia i snu.
Wstał znowu i opuścił szałas, tym razem w kierunku furtki parkowej, potem ruszył wolno ścieżką ku jej domowi. Była godzina blisko czwarta, ciągle jeszcze panował zmrok i chłód, ani śladu brzasku porannego. Był tak przyzwyczajony do ciemności, że widział doskonale.
Powoli, powoli przyciągał go wielki dom jak magnes. Chciał być blisko niej. Nie było to pożądanie, nie, nie to. Było to okrutne uczucie samotności, które pragnęło ułożonej cicho w jego ramionach kobiety. Gdzie mógł ją odszukać? Może zdołałby ją nawet zawołać albo znaleźć do niej drogę, gdyż niedola jego była przemożna.
Powoli i cicho wchodził po zboczu ku domowi. Potem znalazł się pod wielkimi drzewami na dojazdowej drodze, zataczającej olbrzymi łuk wokół murawy przed wejściem. Mógł już odróżnić dwa wielkie buki stojące na tej dużej płaszczyźnie przed domem i wznoszące się ciemno w ciemnym powietrzu.
Oto był dom, niski i wielki, i ciemny, tylko na parterze paliło się samotne światło w pokoju Sir Clifforda. Ale w którym pokoju była ona, kobieta trzymająca drugi koniec słabej nici pociągającej go tak bezlitośnie — tego nie wiedział.
Zbliżył się jeszcze bardziej, z fuzją w ręku, i stanął nieruchomo pośrodku drogi, przyglądając się domowi. Może zdołałby ją nawet teraz znaleźć i dostać się do niej w jakiś sposób. Dom nie był nieprzystępny, a on posiadał przebiegłość i zręczność włamywacza. Czemu nie wejść do niej? Stał nieruchomo, wyczekująco, podczas gdy ranek poczynał świtać za nim słabo i niedostrzegalnie. Widział, jak światło w domu zgasło, ale nie widział, jak pani Bolton podeszła do okna, rozsunęła stare firanki z granatowego jedwabiu i stojąc w ciemnym pokoju, wyjrzała ku upragnionemu brzaskowi, czekając, czekając, aż Clifford przekona się naprawdę, że to świt. Bo gdy był pewien, że dzień się budzi, zasypiał prawie natychmiast.
Stała przy oknie, oślepiona sennością, i czekała. A gdy tak stała, wzdrygnęła się nagle i omal nie krzyknęła. Gdyż przy drodze ujrzała człowieka, ciemną postać w półmroku. Otrzeźwiała zupełnie i patrzała bacznie, ale bez dźwięku, który zbudziłby Sir Clifforda.
Światło dzienne poczęło się sączyć na świat, a ciemna postać stała się mniejsza i wyraźniejsza. Pani Bolton poznała fuzję i skórzane sztylpy i fałdzistą kurtkę — to musiał być leśniczy Oliver Mellors. Tak, dojrzała nawet psa, węszącego jak cień i czekającego na swego pana.
Ale czego ten człowiek tu chciał? Czy chciał zbudzić dom ze snu? Po co stał tam jak nieprzytomny i spoglądał w okna, jak zakochany pies przed domem, w którym jest suka?
Miły Boże! Jak błyskawica przeniknęło panią Bolton nagłe zrozumienie. On był kochankiem Lady Chatterley! On! On!
Któż by to pomyślał? Ba, czyż i ona sama, Ivy Bolton, nie była w nim kiedyś trochę zadurzona? Kiedy on był chłopcem szesnastoletnim, a ona dwudziestosześcioletnią kobietą! Było to w czasie, kiedy się przygotowywała do egzaminu pielęgniarskiego. A on pomagał jej wiele przy anatomii i w innych sprawach, których się musiała uczyć. Mądry to był chłopak, dostał stypendium do gimnazjum w Sheffield, uczył się francuskiego i innych rzeczy, a potem został ostatecznie kowalem i okuwał konie, ponieważ lubił konie, jak powiadał: w istocie zaś, ponieważ bał się ruszyć w świat i stawić mu czoła; tylko że do tego nigdy się nie chciał przyznać.
Ale ładny był z niego chłopak, ładny chłopak, i bardzo jej dopomógł; potrafił doskonale tłumaczyć człowiekowi trudne rzeczy. Był zupełnie taki mądry, jak Sir Clifford; a do kobiet zawsze miał szczęście. Raczej do kobiet niż do mężczyzn, powiadano.
Aż wreszcie ożenił się z Bertą Coutts, jakby to zrobił sobie na przekór. Niektórzy ludzie żenią się naprawdę sobie na przekór, ponieważ rozczarowali się czymś. I nic dziwnego, że mu się nie powiodło. Lata całe go nie było, przez cały czas wojny: i porucznikiem został, i w ogóle; prawdziwy gentleman, rzeczywiście prawdziwy gentleman! — A potem wrócić do Tevershall i zostać leśniczym! Naprawdę, niektórzy ludzie nie umieją wykorzystać nadarzających się im sposobności. I mówić najordynarniejszą gwarą jak najgorsi ludzie, gdy ona, Ivy Bolton, wiedziała przecież, że on rzeczywiście potrafi mówić jak elegancki człowiek.
Tak, tak! Więc jaśnie pani zapatrzyła się w niego! Hm — jaśnie pani nie była pierwsza: w tym człowieku coś było. Ale pomyśleć tylko! Chłopak urodzony w Tevershall, wychowany tutaj i ona, jaśnie pani na Wragby Hall! Daję słowo, to dopiero policzek dla wielmożnych państwa Chatterleyów!
Tymczasem leśniczy, w miarę jak budził się dzień, począł pojmować, że to było bezcelowe! Bezcelowe były próby wyrwania się z osamotnienia. Trzeba było wytrwać w tym całe życie. Niekiedy tylko, niekiedy, luka wypełniała się. Niekiedy tylko! Ale trzeba było czekać na to. Trzeba było trwać w samotności i znosić ją przez całe życie. A chwile, gdy się luka wypełniała, przyjmować, kiedy się zdarzały. Ale musiały przyjść same. Niepodobna ich było zmusić do tego.
Za jednym zamachem opadły fale pożądania, które ciągnęły go do niej. Zdławił je, gdyż tak być musiało. Z obu stron musiało być pragnienie. A jeśli ona nie przychodziła do niego, on nie będzie biegał za nią. Nie wolno mu. Musiał odejść, aż ona przyjdzie.
Odwrócił się powoli, w zadumie i wchłonął znowu swoją samotność. Wiedział, że tak jest lepiej. Ona musiała przyjść do niego: bezcelowe byłoby gonić za nią. Bezcelowe!
Pani Bolton zobaczyła, jak leśniczy odchodził, zobaczyła, jak pies biegł za nim.
„Tak, tak! — powiedziała sobie. — Jest to jedyny mężczyzna, o którym nigdy w związku z tym nie pomyślałam, a przecież jedyny, o którym naprawdę mogłam pomyśleć! Jako młody chłopiec był dla mnie poczciwy, kiedy straciłam Teda. Tak, tak! Cóż by on na to powiedział, gdyby wiedział o tym!”
I rzuciła triumfujące spojrzenie na śpiącego już Clifforda, po czym cicho wyszła z pokoju.