Rozdział dziewiąty

Connie była zdumiona swoim uczuciem niechęci do Clifforda. Co więcej, czuła, że nigdy go prawdziwie nie lubiła. Nie była to nienawiść: w uczuciu tym nie było namiętności; ale była to głęboka niechęć fizyczna. Miała niemal wrażenie, jakby go poślubiła dlatego, że w jakiś tajemniczy, fizyczny sposób nie mogła go znieść. W istocie jednak poślubiła go oczywiście dlatego, że ją duchowo pociągał i podniecał. Wydawał się jej poniekąd mistrzem, człowiekiem wyższym od niej.

Teraz podniecenie duchowe wyczerpało się i załamało, a Connie uświadamiała sobie tylko odrazę fizyczną. Wypływała ona z jej najgłębszej istoty, i Connie zdawała sobie z niej sprawę; pojmowała także, jak wielkie szkody wyrządzała ta odraza jej życiu.

Czuła się słaba i zupełnie bezradna. Pragnęła jakiejś pomocy z zewnątrz. Ale na całym świecie nie było pomocy. Społeczeństwo było okropne, ponieważ było obłąkane. Cywilizowane społeczeństwo było obłąkane. Pieniądz i tak zwana miłość — to były jego dwie wielkie manie; na pierwszym miejscu pieniądz. Jednostka mogła się utrzymać w tym bezskładnym obłędzie tylko przez te dwie moce: pieniądz i miłość. Na przykład Michaelis! Jego życie i działalność były po prostu obłędem. Miłość jego była rodzajem obłędu.

Z Cliffordem było tak samo. Cała ta gadanina! Cała ta pisanina! I to dzikie zmaganie się, aby się wysunąć na czoło! Był to po prostu obłęd i obłęd ten stawał się coraz groźniejszy, naprawdę maniacki.

Connie czuła w sobie pustkę przerażenia. Ale Clifford przełożył przynajmniej ciężar swego istnienia z niej na panią Bolton. Nie wiedział o tym. Jak u wielu obłąkanych, można było zmierzyć jego obłęd rozmiarami tego, czego sobie nie uświadamiał; olbrzymimi wyrwami w jego świadomości.

Pani Bolton była pod wieloma względami godna podziwu. Posiadała jednak ów dziwny gatunek żądzy władzy, owo bezgraniczne wysuwanie na pierwszy plan własnej woli, stanowiące u dzisiejszych kobiet cechę charakterystyczną obłędu. Sądziła, że jest zupełnie oddana służbie i żyje dla innych. Clifford fascynował ją, ponieważ stale lub bardzo często paraliżował jej wolę przez subtelniejsze narzędzie. Jego wola była subtelniejsza, zręczniejsza niż jej. Na tym polegał dla niej jego urok.

Może było to także urokiem dla Connie.

— Piękny dziś mamy dzień! — mówiła na przykład pani Bolton pochlebczym głosem namowy. — Myślę, że mała przejażdżka w fotelu sprawiłaby panu przyjemność; słońce jest wprost cudowne.

— Tak? Niech mi pani da książkę: tam leży, tę żółtą. Myślę, że trzeba będzie wyrzucić hiacynty z pokoju.

— Przecież one są piękne! — Kładła szczególny nacisk na ten wyraz. — A zapach ich jest po prostu wspaniały.

— Właśnie ich zapachu nie mogę znieść — odpowiedział Clifford. — Zanadto mi przypomina pogrzeb.

— Mówi pan to poważnie? — zawołała pani Bolton zaskoczona i nieco urażona, ale stropiona.

I wyniosła hiacynty z pokoju, przytłoczona jego subtelniejszą wrażliwością.

— Mam pana dzisiaj ogolić czy też woli pan to sam zrobić?

Zawsze ten sam pochlebczy, poddańczy, a jednak rozkazujący głos.

— Nie wiem. Może pani jeszcze zaczeka. Zadzwonię, kiedy będę gotów.

— Słucham pana, Sir Cliffordzie — odpowiedziała pani Bolton łagodnie i posłusznie, wychodząc cicho z pokoju.

Ale każda odmowa budziła w niej nową siłę woli.

Gdy Clifford zadzwonił po pewnym czasie, przyszła natychmiast. A potem Clifford rzekł:

— Zdaje się, że będzie lepiej, jeżeli pani mnie dzisiaj ogoli.

Lekki dreszcz radości przeniknął jej serce; odpowiedziała ze szczególną wyrozumiałością:

— Słucham pana, Sir Cliffordzie.

Była bardzo zręczna, miała miękkie, wahające się, nieco powolne ręce. Początkowo odczuwał Clifford niechęć wobec nieskończenie lekkiego dotknięcia jej dłoni na twarzy. Ale teraz lubił to, budziło w nim to coraz większą rozkosz. Kazał się teraz prawie co rano golić przez panią Bolton; twarz jej była blisko jego twarzy, w oczach jej było baczne spojrzenie, czuwające, czy spełnia swoją czynność należycie. Niebawem palce jej znały doskonale jego policzki i wargi, jego szczęki i podbródek, jego gardło. Był dobrze odżywiony, wyglądał doskonale, twarz jego i szyja były dość ładne, był gentlemanem.

I ona była ładna, blada, o twarzy raczej podługowatej i zupełnie spokojnej, o połyskliwych oczach, nieodsłaniających niczego. Wolno, z bezgraniczną łagodnością, niemal z miłością, dotykała jego gardła, a on poddawał się jej.

Spełniała teraz dla niego prawie wszystko, a Clifford czuł się wobec niej mniej skrępowany niż wobec Connie, mniej się wstydził przyjmować jej posługi. Pani Bolton powiedziała kiedyś do Connie:

— Wszyscy mężczyźni są w istocie małymi dziećmi, jeśli ich poznać do gruntu. Ach, pielęgnowałam niejednego z największych zuchów w Tevershall, ale niech ich tylko coś zaboli, tak że trzeba się nimi opiekować, a stają się natychmiast małymi dziećmi, po prostu małymi dziećmi. O, niewielkie bywają różnice między mężczyznami!

Początkowo pani Bolton sądziła, że istnieje naprawdę różnica, jeśli idzie o gentlemana, o prawdziwego gentlemana, jak Sir Clifford. I stąd wyższość Clifforda nad nią. Ale potem, kiedy go poznała do gruntu, aby użyć jej własnego wyrażenia, przekonała się, że był taki sam, jak inni, że był małym dzieckiem, które wyrosło do rozmiarów mężczyzny, małym dzieckiem o cudownym temperamencie i subtelnych manierach, o mocy panowania nad sobą i rozmaitych dziwnych umiejętnościach, o jakich jej nigdy się nie śniło, umiejętnościach, którymi dziś jeszcze potrafił ją wprawić w zalęknienie.

Connie czuła nieraz pokusę, aby mu powiedzieć:

— Na Boga, nie poddawajże się tak zupełnie tej kobiecie!

Przekonała się jednak, że z biegiem czasu przestała do tego przywiązywać wagę tak dalece, aby mu to miała powiedzieć.

Ciągle jeszcze miała zwyczaj spędzać z nim wieczór do godziny dziesiątej. Rozmawiali albo czytali razem, niekiedy przeglądali jego rękopisy. Ale zapał ich znikł. Manuskrypty Clifforda nudziły Connie. Przepisywała je jednak nadal obowiązkowo na maszynie. Z czasem jednak pani Bolton obejmie i tę funkcję. Zaproponowała pani Bolton, aby się uczyła pisać na maszynie. A pani Bolton, zawsze do wszystkiego gotowa, rozpoczęła naukę i ćwiczyła się pilnie. Clifford dyktował jej więc niekiedy list, a ona pisała wprawdzie wolno, ale poprawnie. Zaś Clifford okazywał wiele cierpliwości, gdy musiał jej dyktować po literce trudniejsze wyrazy albo przytrafiające się zdania francuskie. Miała tyle zapału, że niemal przyjemnością było uczyć ją.

Connie udawała teraz niekiedy migrenę, aby móc zaraz po kolacji odejść do swego pokoju.

— Może pani Bolton zagra z tobą w pikietę — proponowała Cliffordowi.

— O, nie troszcz się o mnie. Idź do swojego pokoju i wypocznij, kochanie.

Zaledwie jednak wyszła, dzwonił na panią Bolton i prosił, aby z nim zagrała w pikietę, w bezika, a nawet w szachy. Nauczył ją wszystkich tych gier. Connie uważała to za dziwnie wstrętny widok, gdy pani Bolton lękliwie jak mała dziewczynka dotykała niepewnymi palcami damy albo waleta, a potem szybko cofała rękę. I gdy Clifford z na wpół szyderczą przewagą mówił z uśmiechem:

— Powinna pani powiedzieć j’adoube!49

Pani Bolton spoglądała na niego połyskującymi, zdumionymi oczyma i pomrukiwała lękliwie i posłusznie:

J’adoube!

Tak, wychowywał ją. I sprawiało mu to przyjemność, a jej dawało poczucie mocy. Była zachwycona. Krok za krokiem zdobywała to wszystko, co wiedział wytworny świat, to wszystko, co stanowiło o przynależności do wyższej klasy: oczywiście poza pieniędzmi. Wprawiało ją to w zachwyt. A jednocześnie wzbudzało w Cliffordzie pragnienie ciągłego obcowania z nią. Ten jej szczery zachwyt był przebiegle subtelnym, głęboko ukrytym pochlebstwem dla niego.

Connie miała wrażenie, jakoby Clifford teraz dopiero ukazywał się w swojej właściwej postaci: nieco wulgarny, nieco powszedni i nieduchowy; dość otyły. Fortele i pokorne tyraństwo Ivy Bolton były także aż nazbyt przejrzyste. Ale Connie dziwiła się naprawdę szczeremu zapałowi, jaki kobieta ta potrafiła wydobyć z Clifforda. Powiedzieć, że była w nim zakochana, znaczyłoby źle się wyrazić. Była zachwycona wejściem w kontakt z mężczyzną należącym do wyższej klasy, z arystokratą i gentlemanem, z tym pisarzem, który umiał tworzyć opowiadania i poezje, którego fotografie ukazywały się w ilustrowanych pismach. Zachwyt jej dochodził aż do jakiejś niesamowitej namiętności. A okoliczność, że on ją wychowywał, budziła w niej namiętne podniecenie i odzew w stopniu daleko silniejszym, niżby to uczyniła przygoda miłosna. Tak, właśnie fakt, że nie mogło tu być przygody miłosnej, umożliwiał jej przejęcie się aż do szpiku kości tą namiętnością, namiętnością posiadania wiedzy, wiedzy tego samego rodzaju, jaką on posiadał.

Trudno było nie dostrzec, że osoba ta była w nim poniekąd zakochana: bez względu na to, jaką siłę przypisywałoby się wyrazowi miłość. Wyglądała tak ładnie i tak młodo, a szare jej oczy były niekiedy cudowne. Zarazem jednak otaczało ją jakieś ukryte, łagodne zadośćuczynienie, nawet coś w rodzaju triumfu i potajemnego zadowolenia. Ach, to potajemne zadowolenie! Jakiż wstręt czuła przed nim Connie!

Nic dziwnego jednak, że Clifford dał się opętać przez tę kobietę! Spowijała go po prostu swoim uporem i oddawała się bezwarunkowo na jego usługi, aby z niej korzystał, ile zapragnie. Nic dziwnego, że mu to pochlebiało!

Connie przysłuchiwała się długim rozmowom między nimi. A raczej przeważnie mówiła pani Bolton. Rozpętała przed nim potok plotek na temat wsi Tevershall. Było to coś więcej niż plotki. Były to Mrs Gaskell i George Eliot, i Miss Mitford50, złączone razem, ale o znacznie większej wydajności niż te kobiety. Raz rozkręcona, pani Bolton była lepsza od wszelkiej książki o życiu ludu. Znała go tak dokładnie i żywiła tak silne, tak gorące zainteresowanie dla jego spraw, że było rzeczą cudowną, ale i nieco poniżającą przysłuchiwać się jej. Początkowo nie miała odwagi „mówić o Tevershall”, jak to nazywała. Ale gdy raz zaczęła, szło już dobrze. Clifford starał się podchwytywać materiał i znajdował go mnóstwo. Connie rozumiała, że jego tak zwany talent na tym właśnie polegał: na wybitnym uzdolnieniu do osobistych plotek, rozumnym i najwidoczniej obiektywnym. Pani Bolton zapalała się oczywiście bardzo, „mówiąc o Tevershall”. Tak, była naprawdę przejęta. Dziwne to, ile rzeczy się działo i o ilu ona wiedziała. Mogłaby nagadać dziesiątki tomów.

Connie, przysłuchując się, była zainteresowana, ale potem doznawała zawsze lekkiego zawstydzenia. Nie powinna była przysłuchiwać się z takim dziwnym, porywczym zaciekawieniem. Ostatecznie można słuchać najtajemniejszych spraw innych ludzi, ale tylko w sensie szacunku dla owego zmagającego się, uciśnionego przez los tworu, jakim jest każda dusza człowiecza, w sensie szlachetnego, rozumnego współczucia. Gdyż i satyra jest rodzajem współczucia. Tym, co naprawdę charakteryzuje nasze życie, jest sposób, w jaki współczucie nasze ujawnia się i cofa. I na tym polega olbrzymie znaczenie powieści, jeśli się ją we właściwy sposób uprawia. Może ona dawać nową wiedzę i kierować prąd naszego współczucia w nowe miejsca, może odwracać nasze współczucie ze wstrętem od rzeczy, które są obumarłe. Dlatego powieść, gdy się ją we właściwy sposób uprawia, może odsłaniać najtajniejsze źródła życia, gdyż przede wszystkim w namiętnych, tajemnych miejscach życia winny się wznosić i opadać fale zdolnej do odczuwania świadomości, zawsze działając oczyszczająco i orzeźwiająco.

Ale powieść, podobnie jak plotka, może też wzbudzać przejściowe sympatie i antypatie, mechaniczne, śmiertelne dla duszy. Powieść może upiększać najgorsze uczucia, póki są konwencjonalnie „czyste”. I wówczas powieść, podobnie jak plotka, staje się wreszcie występna i — podobnie jak plotka — tym bardziej występna, że zawsze staje ostentacyjnie po stronie aniołów. Plotka pani Bolton stawała zawsze po stronie aniołów. „A on był takim podłym mężczyzną, a ona była taką piękną kobietą”. Podczas gdy Connie nawet z samej plotki pani Bolton mogła się przekonać, że kobieta była tylko obdarzona niejaką elokwencją, zaś mężczyzna odznaczał się popędliwą uczciwością. Ale przy występnym, konwencjonalnym skanalizowaniu sympatii przez panią Bolton popędliwa uczciwość dawała w rezultacie „podłego mężczyznę”, a gadulstwo „piękną kobietę”.

Dlatego to plotka jej była poniżająca. I z tego samego powodu powieści, zwłaszcza popularne, są także poniżające. Publiczność odpowiada dziś tylko na apel do własnych występków.

Tym niemniej można było z opowiadań pani Bolton powziąć wyobrażenie o Tevershall. Wieś wydawała się straszliwym, pieniącym się kłębowiskiem szpetnego życia, bynajmniej nie płytka i monotonna, jak wyglądała na pozór. Clifford znał oczywiście z widzenia większość ludzi, o których mówiła pani Bolton, Connie tylko nielicznych. Ale przypominało to naprawdę raczej dżunglę Afryki Środkowej niżeli wieś angielską51.

Clifford począł z jej opowiadań nabierać nowego pojęcia o swojej wsi. Budziła w nim ona zawsze lęk, uważał go jednak za mniej lub bardziej uzasadniony. Ale teraz —?

— Czy wiele jest wśród ludu socjalizmu, bolszewizmu? — zapytał.

— O! — odpowiedziała Pani Bolton. — Jest kilku krzykaczy. Ale przeważnie są to kobiety, które popadły w długi. Mężczyźni nie troszczą się o to. Nie sądzę, żeby z naszych tevershallczyków można było zrobić komunistów. Za przyzwoici są na to. Młodzi wierzgają co prawda czasami. Nie znaczy to jednak, żeby im na tym naprawdę zależało. Chcą mieć tylko trochę pieniędzy w kieszeni, żeby je przepuszczać w Domu Ludowym albo w Sheffield. To jedyna rzecz, na której im zależy. Tylko wtedy, gdy nie mają pieniędzy, słuchają podszeptów czerwonych. W rzeczywistości jednak nikt w to nie wierzy.

— Więc sądzi pani, że nie ma niebezpieczeństwa?

— O nie! Póki dosyć zarabiają, na pewno nie. Ale gdyby jeszcze przez długi czas szło źle, chłopcy mogliby się stać nierozważni. Powiadam panu, że to egoistyczna, chciwa banda. Nie sądzę jednak, żeby kiedykolwiek coś przedsięwzięli. Nie traktują niczego poważnie, poza rozbijaniem się na motocyklach i poza Palais de Dance w Sheffield. Nie można ich namówić do niczego poważnego. Poważniejsi stroją się i chodzą do Palais, aby się pysznić przed jak największą ilością dziewczyn i tańczyć tego nowego charlestona czy Bóg wie co. Jestem pewna, że czasami autobus jest pełen młodzieńców w wieczorowych ubraniach, samych chłopaków z kopalni, jadących do Palais; nie mówiąc już o tych, którzy jadą tam ze swoimi dziewczętami autem albo motocyklem. Nie poświęcają oni ani jednej poważnej myśli niczemu poza wyścigami w Doncaster i Derby: gdyż wszyscy jak jeden mąż robią zakłady przy każdych wyścigach. I piłka nożna! Ale i piłka nożna nie jest już tym samym co dawniej, bynajmniej. Powiadają, że to o wiele za duży wysiłek. Nie, wolą jeździć w sobotę po południu motocyklami do Sheffield albo Nottingham.

— A co robią, kiedy tam są?

— O, wałęsają się dokoła.. wypijają herbatę w jakiejś eleganckiej kawiarni, jak Mikado... i chodzą ze swymi dziewczętami do Palais albo do Pictures albo do Empire. Dziewczęta zachowują się zupełnie tak samo swobodnie, jak chłopcy. Robią po prostu, co im się podoba.

— A co robią, jeżeli nie mają na te rzeczy pieniędzy?

— Zawsze je skądsiś wydostaną. A potem zaczynają brzydko mówić. Ale nie rozumiem, jak może tu powstać bolszewizm, jeżeli chłopcy nie pragną niczego, tylko pieniędzy na rozrywki, a dziewczęta tak samo i na dodatek jeszcze na ładne suknie, a o nic innego się nie troszczą. Nie mają dosyć rozumu, żeby zostać socjalistami. Nie mają dosyć powagi, żeby cokolwiek traktować naprawdę poważnie, i nigdy jej mieć nie będą.

Connie pomyślała, jak niezwykle podobne są klasy niższe do wszystkich innych klas, wedle tego, co tu słyszała. Było to po prostu to samo w innej odmianie, Tevershall, Mayfair czy Kensington. Jedna istniała dzisiaj klasa: ludzie łaknący pieniędzy. Mężczyźni łaknący pieniędzy i kobiety łaknące pieniędzy. Jedyna różnica polegała na tym, ile się posiadało i ile chciało się posiadać.

Pod wpływem pani Bolton Clifford począł okazywać nowe zainteresowanie kopalniami. Zaczął odczuwać, że należy do nich. Rozwinął się w nim nowy rodzaj pewności siebie. Ostatecznie był prawdziwym panem Tevershall, był naprawdę kopalnią. Było to nowe poczucie mocy, coś, przed czym dotąd cofał się lękliwie.

Pokłady tevershallskie stawały się coraz mniej wydajne. Istniały jeszcze tylko dwie kopalnie: samo Tevershall i Nowy Londyn. Tevershall było niegdyś słynną kopalnią i przynosiło słynną sumę pieniędzy. Ale najlepsze jego dni przeminęły. Nowy Londyn nigdy nie był zbyt bogaty i w normalnych czasach rozwijał się tylko jako tako. Ale teraz czasy były złe i szyby Nowego Londynu zostały zarzucone.

Głównie dzięki rozmowom z panią Bolton poczęła się w Cliffordzie budzić nowa energia. Pani Bolton dała mu do zrozumienia, że dochód jego ze spuścizny po ojcu był pewny, chociaż niewielki. Na kopalniach w istocie niewiele mu zależało. Pragnął on zdobyć inny świat, świat literatury i sławy; świat popularności, nie świat pracy.

Teraz uświadomił sobie różnicę między powodzeniem w zdobywaniu popularności, a powodzeniem w pracy, między ludnością używającą a pracującą. On sam wspierał swymi opowiadaniami ludność używającą. I nieźle się na tym obławiał. Ale pod warstwą ludności używającej była gniewna, zasmolona, straszliwa ludność robotników. I ona musiała mieć swoich opiekunów, a znacznie mniej miłym zajęciem było opiekować się ludnością pracującą niż ludnością poszukującą rozrywek. Podczas gdy on pisał swoje opowiadania i „doszedł do czegoś” na świecie, Tevershall znalazło się na ślepym torze.

Pojął teraz, że psia bogini Powodzenia miała dwa apetyty: jeden na pochlebstwa, przymilanie się, głaskanie i łaskotanie, co dawali jej artyści i pisarze, i drugi, gwałtowny — na mięso i kości. A mięso i kości dostarczali psiej bogini ludzie, którzy robili pieniądze w przemyśle.

Tak, istniały dwie wielkie grupy psów walczących o psią boginię: grupa pochlebców, tych, którzy ofiarowali jej rozrywki, opowiadania, filmy, sztuki teatralne; i druga grupa, bardziej niepozorna, znacznie dzikszego chowu, grupa tych, co dawali jej mięso, prawdziwą strawę pieniądza. Wypielęgnowane, rzucające się w oczy luksusowe psy rozrywek warcząc rywalizowały między sobą o łaski psiej bogini. Ale było to niczym wobec niemych aż do ostatniego tchnienia walk, jakie toczyły się między nieodzownymi psami użytkowymi, przynoszącymi kości.

Pod wpływem pani Bolton doznał Clifford pokusy wzięcia udziału w tej drugiej walce i zawładnięcia psią boginią przez brutalne środki produkcji przemysłowej. Ogarnęła go żądza walki. Pod jednym względem pani Bolton zrobiła z niego mężczyznę, jakim Connie nigdy by go nie zrobiła. Connie trzymała go w odosobnieniu, czyniła go wrażliwym, świadomym siebie samego i swego stanu. Pani Bolton uczyniła go teraz świadomym rzeczy zewnętrznych. Wewnętrznie począł się stawać miękki jak galareta. Ale zewnętrznie zaczął nabierać energii.

Zdobył się nawet na to, że zwiedził kiedyś kopalnię: a gdy już tam raz był, zjechał do szybu i kazał się ciągnąć w wózku wyciągowym po chodnikach. Rzeczy, których się uczył przed wojną, a potem zupełnie zapomniał, odżyły znowu w jego umyśle. Siedział, kaleka, w wózku górniczym, a sztolnik oświetlał mu silną latarnią pokłady. Clifford mówił mało. Ale duch jego począł pracować.

Zaczął znowu czytać swoje dzieła techniczne o górnictwie, studiował sprawozdania rządowe i czytał starannie najnowsze niemieckie książki o wydobywaniu i chemii węgla i łupku. Najważniejsze odkrycia były oczywiście w miarę możności trzymane w tajemnicy. A gdy się raz rozpoczęło jakiś rodzaj badań w dziedzinie górnictwa węglowego, jakieś studium metod i środków, badanie produktów ubocznych i możliwości chemicznych węgla, trzeba się było dziwić wynalazczości i niemal niesamowitej przenikliwości nowoczesnego ducha technicznego, jak gdyby naprawdę sam diabeł udzielił technicznym naukom przemysłowym piekielnego rozumu. Było to daleko bardziej zajmujące niż sztuka i literatura; daleko bardziej emocjonująca, niż owe nędzne, uczuciowe, pógłówkowate brednie, była techniczna wiedza przemysłowa. Na tym polu ludzie byli podobni bogom lub demonom, byli natchnieni do odkryć i walczyli, aby ich dokonywać. W tej działalności ludzie wyprzedzali wszelki dający się wyliczyć wiek duchowy. Ale Clifford wiedział, że jeśli szło o stronę uczuciową i ludzką, ci self-made-meni byli mniej więcej w wieku lat trzynastu, byli słabymi chłopcami. Niezgodność była olbrzymia i przerażająca.

Ale niech tam. Niechaj człowiek pod względem uczuciowym i „ludzkim” stacza się do zupełnego zidiocenia, Cliffordowi zupełnie na tym nie zależało. Niech to wszystko diabli porwą. Interesowała go tylko technika współczesnego górnictwa i interesowało go wyciągnięcie Tevershall z opałów.

Dzień po dniu jeździł teraz do kopalni, studiował, konferował z naczelnym dyrektorem, z dyrektorem technicznym, ze sztolnikiem, z inżynierami, którym by się o tym nigdy nie śniło. Władza! Czuł się przeniknięty nowym poczuciem władzy. Władza nad tymi wszystkimi ludźmi, nad setkami a setkami górników. Począł się orientować; począł ujmować sprawy w swoje ręce.

I zdawało się, że się naprawdę odrodził. Teraz wstąpiło w niego życie! Żyjąc z Connie i w osobistej izolacji z artystami oraz świadomymi istotami, Clifford powoli obumierał. Teraz rzucił to wszystko. Precz z tym! Czuł niejako, jak z węgla, z szybu płynęło ku niemu nieposkromione życie. Nawet mdłe powietrze podziemne wydawało mu się milsze niż tlen. Dawało mu poczucie potęgi, potęgi. Robił coś: i był na drodze do czegoś. Był na drodze do zwycięstwa, zwycięstwa: nie, jak to było z jego opowiadaniami, na drodze do samej tylko popularności, którą trzeba było zdobywać największym wysiłkiem energii i złośliwości. Ale na drodze do męskiego zwycięstwa.

Początkowo zdawało mu się, że rozwiązaniem jest elektryczność, przekształcenie węgla w siłę elektryczną. Potem przyszła mu nowa myśl. Niemcy wynaleźli nową lokomotywę samoczynną, która nie potrzebowała palacza i popędzana była nowym paliwem, spalającym się w niewielkich ilościach w szczególnych warunkach i wydającym olbrzymie ciepło.

Idea nowego, skoncentrowanego paliwa, które by się spalało z wielką powolnością przy olbrzymiej wydajności ciepła, była pierwszą, która przykuła Clifforda. Przy spalaniu takiego paliwa musiał być jeszcze jakiś inny rodzaj wpływu, nie tylko dopływ powietrza. Począł robić doświadczenia i sprowadził sobie do pomocy dzielnego młodzieńca, który okazał się wspaniałym chemikiem.

I czuł swój triumf. Wyszedł wreszcie poza siebie samego, spełnił tęsknotę całego swego życia, tęsknotę, aby wyjść poza siebie. Sztuka nie dała mu tego, sztuka zaostrzyła tylko żądzę. Ale teraz, teraz dopiął swego.

Nie uświadamiał sobie, jak bardzo wspierała go w tym pani Bolton. Nie wiedział, jak dalece zależny był od niej. Mimo to jasne było, że kiedy był z nią, głos jego opadał do niedbałego tonu poufałości, który stawał się nawet nieco wulgarny.

Wobec Connie zachowywał się trochę sztywno. Czuł, że zawdzięcza jej wszystko, i okazywał jej wielki szacunek i względy, póki i ona okazywała mu przynajmniej zewnętrzny szacunek. Jasne jednak było, że czuł przed nią potajemny lęk. Nowy Achilles, który się w nim narodził, miał piętę. A w tę piętę mogła go kobieta, taka kobieta jak Connie, jego żona, fatalnie zranić. Żył w jakiejś na wpół poddańczej trwodze przed nią i zachowywał się wobec niej niezwykle uprzejmie. Ale głos jego był trochę naprężony, kiedy z nią mówił, i zaczął się w jej obecności stawać milczący.

Tylko gdy był sam z panią Bolton, czuł się naprawdę panem i mistrzem, a w rozmowie z nią głos jego brzmiał niemal tak swobodnie i gadatliwie, jak jej głos. Pozwalał się przez nią golić albo obmywać sobie całe ciało gąbką, jak gdyby był dzieckiem, zaprawdę, jak gdyby był dzieckiem.