Rozdział ósmy
Pani Bolton bacznym okiem spoglądała na Connie, czuła bowiem, że musi rozciągnąć swoją kobiecą i zawodową opiekę także i na nią. Nalegała zawsze, aby jaśnie pani wychodziła na spacer, wyjeżdżała do Uthwaite, przebywała na świeżym powietrzu, gdyż Connie nabrała przyzwyczajenia przesiadywania cicho przy kominku albo udawania, że czyta lub szyje, i nie wychodziła już prawie zupełnie.
Pewnego wietrznego dnia, wkrótce po wyjeździe Hildy, pani Bolton rzekła:
— Dlaczego nie przespaceruje się pani po lesie i nie pójdzie się przyjrzeć żółtym narcyzom za leśniczówką? Najpiękniejsza to rzecz, jaką można widzieć w te dni marcowe. Mogłaby pani przynieść kilka z nich do swego pokoju. Dzikie narcyzy mają zawsze tak rozweselający wygląd, prawda?
Connie wysłuchała tego łagodnie. Dzikie narcyzy! Ostatecznie nie można było ciągle przetrawiać własnych myśli. Nadeszła znowu wiosna... „Pory roku powracają, ale dla mnie nie powraca dzień ani słodkie zbliżanie się wieczora i ranka42”.
A leśniczy, jego wysmukłe, białe ciało niby samotny słupek niewidzialnego kwiatu! Zapomniała o nim w tym niewysłowionym przygnębieniu. Ale teraz zbudziło się coś... „Blady za drzwiami i wrotami”...43 Trzeba było tylko przekroczyć te drzwi i wrota.
Czuła się silniejsza, łatwiej jej było chodzić, a w lesie wiatr nie będzie tak nużący, jak w drodze przez park, gdzie bił w nią z całą mocą. Chciała zapomnieć, zapomnieć o świecie i wszystkich tych na wpół zapowietrzonych ludziach. „Musicie się na nowo narodzić! Wierzę w zmartwychwstanie ciała! Jeśli ziarno zboża pada na ziemię i nie umiera, powinno rodzić dalej44. Jeśli kwiecie szafranu wschodzi, chcę i ja wzejść i ujrzeć słońce!” Na wietrze marcowym przewijały się takie zdania bez ustanku przez jej świadomość.
Małe kępki światła słonecznego przemykały dziwnie jasno i rozświetlały jaskółcze ziele na skraju lasu albo połyskiwały lśniąco i żółto pod krzami leszczyny. Las był cichy, zupełnie cichy, a jednak przesiąknięty wpadającym weń słońcem. Wychyliły się już pierwsze sasanki, i cały las wydawał się blady od bladości niezliczonych małych przylaszczek, którymi usiany był wstrząśnięty grunt. „Świat pobladł od twego oddechu”45. Ale tym razem był to oddech Persefony, która pewnego chłodnego poranku wymknęła się z podziemi. Zimne tchnienia oddechu przemykały dołem, a wyżej szalał gniew wichru, który uplątał się w gałęziach. I on, wicher, uplątał się w gałęziach i starał się wyrwać i uwolnić niby Absalom46. Jak zziębnięte wyglądały sasanki, których nagie, białe ramionka drżały nad zielonymi krynolinkami. Ale wytrzymały chłód. Podobnie jak kilka pierwszych, pobladłych pierwiosnków na skraju drogi i żółte pąki, które się dopiero rozwijały.
Poświst i poszum był w górze, a tylko zimny ciąg powietrza docierał na dół. Connie była w lesie dziwnie podniecona, krew napłynęła na jej policzki i żarzyła się niebiesko w jej oczach. Szła naprzód chwiejnym krokiem, zrywając pierwiosnki i pierwsze bratki, pachnące słodko i chłodno, słodko i chłodno. I szła naprzód, nie wiedząc, gdzie była.
Aż przybyła na polanę na drugim krańcu lasu i ujrzała upstrzony zielenią domek ceglany, prawie różowy, jak miąższ na dolnej stronie grzyba; cegły domu rozgrzane były nawałą słońca. A przy drzwiach było migotanie żółtego jaśminu — przy zamkniętych drzwiach. Nie słychać jednak było ani dźwięku; nie unosił się dym z komina; nie rozlegało się szczekanie psa.
Cicho okrążyła dom, wyszła na tył, gdzie grunt się wznosił. Miała pretekst, chciała obejrzeć narcyzy.
I ujrzała je, kwiaty na krótkich łodygach, szeleszczące i powiewające, i drgające, takie jasne i żywe, lecz niemające miejsca, gdzie mogłyby ukryć twarze, kiedy się odwracały od wiatru.
W trosce i rozpaczy potrząsały swymi jasnymi, słonecznymi chorągiewkami. Ale może im się to naprawdę podobało; może im się naprawdę podobało, że wiatr tak nimi wstrząsał.
Constance usiadła, oparłszy plecy o młodą jodłę, która skinęła jej, przeniknięta dziwnym życiem, wznosząca się elastycznie i potężnie. Wyprostowana, żywa istota, z głową zanurzoną w słońcu! Ujrzała, jak narcyzy rozzłociły się nagle w przebijającym się świetle słonecznym, które leżało ciepło na jej rękach i na jej łonie. Nawet ona podchwyciła słaby, smolny zapach kwiatów. A potem, kiedy siedziała tak cicha i sama, zdało się jej, że przedostała się w prąd własnego, prawdziwego losu. Była uwiązana na postronku i szarpała się i jęczała jak łódź na łańcuchu; a teraz była wolna i płynęła w dal.
Słońce ustąpiło nagłemu chłodowi; narcyzy stały w cieniu i chybotały się w milczeniu. Będą się tak chybotały przez cały dzień i przez długą, zimną noc. Takie silne, chociaż tak wątłe!
Podniosła się trochę sztywno, zerwała kilka narcyzów i zeszła po zboczu. Niechętnie zrywała kwiaty, ale pragnęła teraz móc zabrać ze sobą kilka z nich. Musiała powrócić do Wragby i do jego murów, a teraz nienawidziła Wragby, a zwłaszcza jego grubych murów. Mury! Zawsze mury! Ale potrzebne były na takim wietrze.
Kiedy powróciła do domu, Clifford zapytał:
— Gdzie byłaś?
— Chodziłam po lesie! Patrz, czy te małe narcyzy nie są cudowne? Pomyśleć, że coś podobnego powstaje z ziemi!
— Tak samo z powietrza i słońca — rzekł Clifford.
— Ale ukształtowało się w ziemi — zaoponowała tak rezolutnie, że aż sama się temu zdziwiła.
Następnego popołudnia poszła znowu do lasu. Szła szeroką drogą wijącą się łukiem pod górę, między modrzewiami, ku źródłu, zwanemu „Świętojańskim”. Chłodno tu było na zboczu, a w mroku modrzewi nie rósł ani jeden kwiatek. Ale lodowate małe źródło wytryskało łagodnie ze swego maleńkiego łożyska czystego, czerwonawo białego żwiru. Jakie ono było lodowato zimne i przejrzyste! Jakie migoczące! Nowy leśniczy na pewno powrzucał do niego świeżego żwiru. Słyszała cichy plusk, z jakim przejrzysty nadmiar wody wylewał się poza skraj i w dół stoku. Nawet poprzez syczący szum modrzewiowego lasu, rozciągającego swój sterczący, bezlistny, wilczy mrok ponad zboczem, słyszała dźwięk jak gdyby maleńkich dzwoneczków wodnych.
Było to miejsce nieco posępne, chłodne i wilgotne. Ale źródło musiało być od setek lat wodopojem. Teraz jednak nie było już nim. Mała polana była wilgotna, chłodna i opustoszała.
Connie podniosła się i skierowała ku domowi. Idąc, usłyszała z daleka po prawej stronie ciche stukanie i zatrzymała się, nadsłuchując. Czy to uderzenie młotka, czy może dzięcioł? Na pewno uderzenia młotka.
Nadsłuchując, szła dalej. A potem ujrzała między młodymi jodłami wąską ścieżkę, która na pozór nigdzie nie prowadziła. Connie miała jednak wrażenie, że ta ścieżka jest używana. W żądzy przygód ruszyła tą dróżką, między grubymi, młodymi jodłami, które niebawem ustąpiły miejsca staremu lasowi dębowemu. Szła ścieżką, a stukanie rozbrzmiewało coraz bliżej w ciszy lasu, gdyż drzewa nawet we wrzawie wichru stwarzały ciszę.
Ujrzała ukrytą, małą polanę i ukryty, mały szałas z prostych belek. A ona tu jeszcze nigdy nie była! Domyśliła się, że było to owo spokojne miejsce, w którym hodowano młode bażanty; leśniczy klęczał bez marynarki i walił młotkiem. Pies wybiegł naprzeciw niej z krótkim, głośnym ujadaniem, a leśniczy podniósł nagle głowę i ujrzał ją. W oczach jego zamigotał wyraz zdumienia.
Wyprostował się i pozdrowił ją, patrząc w milczeniu, jak zbliżała się do niego ze słabnącymi członkami. Niezadowolony był z tego wtargnięcia. Cenił swoją samotność jako jedyną i ostatnią wolność w życiu.
— Zastanawiałam się, co to za stukanie — rzekła Connie; kiedy tak patrzał jej prosto w oczy, czuła się słaba, bez tchu, nieco zalękniona.
— Robia chlywik do wylengania lo małych fazanów — rzekł leśniczy najwyrazistszym dialektem.
Connie nie wiedziała, co odpowiedzieć, i czuła się słaba.
— Chciałabym trochę usiąść — rzekła.
— Niech żys panuchna wlyzom i siednom se w szopie — odpowiedział leśniczy, wszedł przed nią do szałasu, odsunął na bok kilka kawałków drzewa i narzędzi i podał jej wielki stołek z leszczynowych patyków.
— Cy mom zrobić łogień? — zapytał z dziwną naiwnością dialektu.
— O, niech się pan nie trudzi — odpowiedziała Connie.
Ale leśniczy spojrzał na jej ręce: były prawie sine. Chwycił więc szybko kilka gałęzi modrzewiowych i rzucił je na mały kominek ceglany w kącie, a za chwilę buchnął ku kominowi żółty płomień. Mellors zrobił jej miejsce przy ognisku.
— Siednom se sam, panuchno, i łogrzejom sie — rzekł.
Connie usłuchała. Leśniczy posiadał ów dziwny rodzaj opiekuńczego autorytetu, któremu musiała być posłuszna. Siedziała więc i grzała ręce przy ogniu, dokładając raz po raz polano, podczas gdy on stukał dalej młotkiem przed szałasem. Nie chciało się jej siedzieć tak wciśniętej w kącik przy ogniu. Wolałaby przyglądać mu się ode drzwi, ale opiekowano się nią, musiała więc być posłuszna.
Chatka była bardzo miła, wykładana niepokostowanym drzewem, a prócz jej stołka był jeszcze drugi oraz wiejski stół, ława ciesielska i wielka skrzynia, narzędzia, nowe deski, gwoździe; na ścianach wisiało wiele przedmiotów: siekiera, toporek, potrzaski, narzędzia w workach, jego marynarka. Okna nie było, światło wpadało przez otwarte drzwi. Była to gmatwanina, ale było też coś w rodzaju małego sanktuarium.
Nadsłuchiwała uderzeń jego młotka; nie brzmiały już tak szczęśliwie. Był przygnębiony. W dziedzinę jego wdarł się intruz, i to niebezpieczny! Kobieta! Doszedł już do punktu, gdy wszelkie jego pragnienia na ziemi wyrażały się w tym jednym: być samotnym. A jednak nie posiadał mocy obronienia swojej samotności. Był najemnym człowiekiem, a ci ludzie byli jego panami.
Zwłaszcza z kobietą nie chciał się zetknąć. Lękał się tego; doznał bowiem głębokiej rany przy poprzednich zetknięciach. Czuł, że umrze, jeżeli nie będzie mógł być sam, jeżeli go się nie pozostawi samego. Unikał świata zewnętrznego bez zastrzeżeń; ostatnią jego ucieczką był ten las; tutaj się chronił!
Connie było ciepło przy ogniu, który Mellors zbyt hojnie rozpalił; potem zrobiło się jej gorąco. Wstała i usiadła na stołku w drzwiach, przyglądając się leśniczemu i jego pracy. Zdawało się, że jej nie spostrzega, ale wiedział, że ona jest. Mimo to pracował dalej, jakby był zupełnie zatopiony w swoim zajęciu, a brunatny jego pies siedział obok niego i badawczo rozglądał się po świecie, któremu nie można było ufać.
Wysmukły, cichy i zręczny mężczyzna zakończył pracę nad kojcem, który robił, wypróbował zasuwane drzwiczki, potem odstawił go. Wstał, wziął drugą klatkę i zaniósł ją do pnia, przy którym pracował. Schylił się i obejrzał pręty; kilka złamało się w jego ręku; zaczął wyciągać gwoździe. Potem odwrócił klatkę i zastanowił się, nie zdradzając ani znakiem, że uświadamia sobie w ogóle obecność pani.
Connie obserwowała go nieustannie. To samo samotne odosobnienie, jakie dostrzegła w nim, kiedy był nagi, widziała i teraz, gdy był ubrany: samotny i pełen zapału, jak zwierzę, które pracuje samo, ale też zadumany, jak dusza, która się cofa precz, precz od zetknięcia z ludźmi. Milczący, cierpliwy, cofał się nawet teraz przed nią. Ów spokój, owa pozaczasowa cierpliwość niecierpliwego i namiętnego człowieka najbardziej wzruszała Connie. Dostrzegała ją w jego schylonej głowie, w zręcznych, pewnych dłoniach, w pochyleniu jego zgrabnych, wrażliwych bioder; coś cierpliwego i odwróconego. Czuła, że jego przeżycia były głębsze i rozleglejsze niż jej. Daleko głębsze i rozleglejsze, może nawet bardziej śmiertelne. Było to dla niej ulgą; czuła się niemal nieodpowiedzialna.
Siedziała więc tak w drzwiach szałasu w rozmarzeniu, zupełnie nieświadoma czasu i szczególnych okoliczności. Zadumała się tak bardzo, że leśniczy podniósł szybko wzrok i dojrzał cichy i wyczekujący wyraz jej twarzy. Dla niego był to wyraz oczekiwania. I mały, wąski języczek ognisty wybuchnął nagle w jego lędźwiach, u korzenia grzbietu, aż jęknął w duchu. Niemal ze wstrętem obawiał się wszelkiego bliższego zetknięcia z ludźmi, obawiał się jak śmierci. Pragnął nade wszystko, aby odeszła i pozostawiła go w jego odosobnieniu. Lękał się jej woli, jej kobiecej woli i jej współcześnie kobiecego uporu. A przede wszystkim lękał się jej chłodnego bezwstydu, właściwego wyższym klasom, pragnącym zawsze wszystkiego wedle własnych zachcianek. Ostatecznie bowiem był najemnym człowiekiem. Nienawidził jej obecności.
Connie ocknęła się nagle i poczuła się dziwnie nieswojo. Wstała. Popołudnie miało się ku końcowi, a ona nie mogła odejść. Podeszła do mężczyzny, który stanął w służbowej postawie; twarz jego, wyniszczona troskami, była nieruchoma i pusta, oczy skierowane na nią badawczo.
— Pięknie tu jest, tak spokojnie — rzekła Connie. — Nigdy tu jeszcze nie byłam.
— Nie?
— Myślę, że będę przychodziła czasami posiedzieć tutaj trochę.
— Tak!
— Czy pan zamyka szałas, gdy pana nie ma?
— Tak, proszę jaśnie pani.
— Czy nie mogłabym mieć także klucza, aby tu czasem posiedzieć? Czy są dwa klucze?
— Nie wia, cy bydzie jeszce jedyn.
Znowu zaczął mówić dialektem. Connie zawahała się; sprzeciwiał się jej. Może to był jego szałas?
— Czy nie moglibyśmy dostać drugiego klucza? — zapytała miękkim głosem, w którym drgał ton kobiety zdecydowanej postawić na swoim.
— Drugiego? — powtórzył i rzucił na nią nagle spojrzenie pełne gniewu, w którym był też jakiś nalot szyderstwa.
— Tak, duplikatu — powiedziała Connie, rumieniąc się.
— Może jasny panoczek wiedzom — odparł leśniczy.
— Tak! — rzekła Connie. — Może on ma drugi klucz. A jeżeli nie, moglibyśmy kazać zrobić duplikat według pańskiego. Trwałoby to chyba nie dłużej jak dzień lub dwa. Czy może się pan przez taki czas obyć bez klucza?
— Tego im nie moga pedzieć. Jo sam nie znóm żodnygo, kieryby robiół kluce.
Connie poczerwieniała nagle z gniewu.
— No, dobrze! — rzekła. — Pomyślę już o tym.
— Dobrze, jasno panuchno, niech robiom jak chcom.
Oczy ich spotkały się. W jego oczach było brzydkie spojrzenie niechęci i pogardy, i obojętności na wszystko, co mogło się stać. Jej oczy płonęły z oburzenia.
Ale serce jej zatrwożyło się, ujrzała, jak bardzo był jej niechętny, gdy szła przeciwko niemu. I dostrzegła w nim coś w rodzaju desperacji.
— Do widzenia!
— Dowidzynio, panuchno!
Ukłonił się i odwrócił szorstko. Zbudziła w nim drzemiące psy dawnego, zajadłego gniewu, gniewu przeciwko niej, upartej samiczce. I był bezsilny, bezsilny. Wiedział o tym!
I ona czuła gniew przeciwko upartemu samczykowi. Na domiar jeszcze sługa. Odeszła zła.
Pod wielkimi bukami na wzgórzu spotkała panią Bolton, która rozglądała się za nią.
— Zastanawiałam się właśnie, czy jaśnie pani przyjdzie — rzekła pielęgniarka z ożywieniem.
— Spóźniłam się? — zapytała Connie.
— Nnie... tylko Sir Clifford czekał, żeby mu pani nalała herbatę.
— Dlaczego pani mu nie nalała?
— O, zdaje się, że to mi nie przystoi. Zdaje się, że Sir Clifford nie byłby z tego zadowolony, proszę jaśnie pani.
— Nie rozumiem dlaczego — odpowiedziała Connie.
Weszła do gabinetu Clifforda, gdzie na stoliku szumiał stary imbryk mosiężny.
— Spóźniłam się, Cliffordzie! — powiedziała; odłożyła kwiaty i stojąc w kapeluszu i szalu przed stolikiem, zdjęła ogrzewacz herbaty. — Przykro mi bardzo. Dlaczego nie kazałeś pani Bolton podać herbaty?
— Nie przyszło mi to na myśl — odpowiedział Clifford ironicznie. — Trudno mi wyobrazić ją sobie prezydującą przy stoliku z herbatą.
— O, w srebrnym czajniku nie ma przecież nic świętego — rzekła Connie.
Clifford spojrzał na nią z zaciekawieniem.
— Co robiłaś całe popołudnie?
— Spacerowałam i siedziałam trochę w osłoniętym miejscu. Czy wiesz, że na wielkim ostrokrzewiu są jeszcze ciągle jagody?
Zdjęła szal i w kapeluszu usiadła, aby przygotować herbatę. Tosty będą na pewno jak podeszwa. Nałożyła ogrzewacz na imbryk i wstała, aby przynieść wazonik na fiołki. Biedne kwiaty zwiesiły główki.
— Ożyją znowu — powiedziała i postawiła je przed nim w wazoniku, aby je powąchał.
— Słodsze niż powieki Junony47 — zacytował Clilford.
— Nie widzę najmniejszego związku z prawdziwymi fiołkami — rzekła Connie. — Poeci okresu elżbietańskiego są jednak dość napuszeni.
Nalała mu herbaty.
— Jak ci się zdaje, czy istnieje drugi klucz do małego szałasu w pobliżu Źródła Świętojańskiego, gdzie się hoduje bażanty? — zapytała.
— Możliwe. Dlaczego?
— Odkryłam dzisiaj to miejsce, nigdy go przedtem nie widziałam. Uważam, że to czarujący zakątek. Mogłabym tam czasem posiedzieć, prawda?
— Czy Mellors tam był?
— Tak! Dzięki temu znalazłam szałas: dzięki stukowi jego młotka. Wydawał się niezbyt zadowolony, że tam wtargnęłam. Tak, był prawie brutalny, kiedy go zapytałam o drugi klucz.
— Co powiedział?
— O, nic. Tak się tylko zachowywał; i powiedział, że nie wie, czy istnieje drugi klucz.
— Może w pracowni ojca będzie. Betts zna wszystkie klucze; wszystkie tam są. Każę mu zobaczyć.
— O, proszę cię! — rzekła Connie.
— Tak, więc Mellors był prawie brutalny?
— O, naprawdę, to nic wielkiego! Ale zdaje mi się, że byłby nierad, gdybym przychodziła do jego twierdzy.
— Prawdopodobnie.
— A jednak nie wiem, co mógłby mieć przeciwko temu. Ostatecznie nie mieszka tam przecież. To nie jego prywatny dom. Nie rozumiem, dlaczego nie miałabym tam siadywać, kiedy mam ochotę.
— Oczywiście! — rzekł Clifford. — Mellors jest zbyt wielkiego zdania o sobie.
— Sądzisz?
— O, stanowczo. Zdaje mu się, że jest czymś nadzwyczajnym. Miał żonę, wiesz, z którą nie żył dobrze. Więc zgłosił się w roku 1915 jako ochotnik do wojska i został wysłany do Indii, zdaje się. W każdym razie był przez dłuższy czas kowalem kawalerii w Egipcie. Zawsze miał do czynienia z końmi. Umiał się z nimi obchodzić. Potem jakiś pułkownik hinduski ogłupiał na jego punkcie i zrobił go porucznikiem. Tak, dano mu szarżę oficerską. Mam wrażenie, że potem po wojnie powrócił ze swoim pułkownikiem do Indii, na północno-zachodnią granicę. Zachorował; teraz ma emeryturę. Dopiero zeszłego roku, zdaje się, powrócił ze służby wojskowej, a potem oczywiście niełatwo było takiemu człowiekowi zająć znowu dawne stanowisko. Dopuszcza się więc na każdym kroku nietaktów. Ale spełnia swoje obowiązki bardzo sumiennie, o ile to mnie dotyczy. Nie chcę tylko słyszeć o jego porucznikostwie.
— Jak mogli go zrobić porucznikiem, kiedy mówi najordynarniejszą gwarą?
— Wcale tak nie mówi... czasami tylko, wyjątkowo. Potrafi mówić bez zarzutu jak na takiego człowieka. Przypuszczam, iż wyobraża sobie, że jeżeli powrócił między zwyczajnych ludzi, musi też mówić jak zwyczajni ludzie.
— Dlaczego nie opowiedziałeś mi o nim wcześniej?
— O, nie jestem zwolennikiem takich romantycznych losów. Są one ruiną wszelkiego ładu. Wielka szkoda, że wojna przyniosła je ze sobą.
Connie skłaniała się do jego zdania. Cóż za korzyść, że się miało niezadowolonych ludzi, którzy się nigdzie nie nadawali?
Podczas tych pięknych dni zdecydował się i Clifford na przejażdżkę po lesie. Wiatr był zimny, ale nie uciążliwy, a słońce, gorące i pełne, było samym życiem.
— Zdumiewająca rzecz — rzekła Connie — jak innym czuje się człowiek w piękny, świeży dzień. Zazwyczaj ma się uczucie, że nawet powietrze jest na wpół martwe. Ludzie zabijają nawet powietrze.
— Sądzisz, że to ludzie robią? — zapytał Clifford.
— Tak, jestem tego zdania. Wyziewy takiego mnóstwa nudy, niezadowolenia i złości wszystkich ludzi po prostu zabijają siłę życiową powietrza. Jestem przekonana, że tak jest.
— Może pewien stan atmosfery zmniejsza siłę życiową ludzi? — zapytał Clifford.
— Nie, to człowiek zatruwa wszechświat — oznajmiła Connie.
— Bruka własne gniazdo?
Ruchomy fotel posuwał się naprzód. W gęstwinie leszczynowej zwisały bladozłote bazie, a w miejscach słonecznych przylaszczki leśne były szeroko otwarte, jakby tryskały radością życia, zupełnie jak za minionych czasów, gdy ludzie potrafili radować się nimi. Pachniały z lekka wonią kwiecia jabłoni, Connie zerwała kilka dla Clifforda.
Wziął je do ręki i obserwował uważnie.
— Niepokalana, cicha oblubienico pokoju48 — zacytował. — To zdanie wydaje się o wiele odpowiedniejsze w zastosowaniu do kwiatów niż do urn greckich!
— Kalać: to takie wstrętne słowo! — rzekła Connie. — Tylko ludzie mogą coś skalać.
— O, nie wiem... ślimaki i inne takie rzeczy — rzekł Clifford.
— Nawet ślimaki tylko zjadają co najwyżej, a takie pszczoły nie kalają niczego.
Zła była na niego, że wszystko obracał w słowa. Fiołki były powiekami Junony, a sasanki niepokalanymi oblubienicami. Jakże nienawidziła słów — zawsze wciskały się pomiędzy nią a życie: jeśli coś kalało rzeczy, to tylko słowa; gotowe słowa i zdania, wysysające sok żywotny ze wszystkiego, co żyje.
Przechadzka z Cliffordem nie minęła zupełnie szczęśliwie. Pomiędzy Cliffordem a Connie panowało naprężenie, a choć każde z nich udawało, że tego nie spostrzega, naprężenie to istniało. Nagle, całą siłą swego instynktu kobiecego, odpychała go Connie w myślach od siebie. Chciała się od niego uwolnić, zwłaszcza uwolnić się od jego świadomości, jego słów, jego opętania własnym „ja”, jego bezgranicznego, kieratowego opętania sobą, własnymi słowami.
Pogoda stała się znowu dżdżysta. Ale po kilku dniach Connie wyszła mimo deszczu i skierowała się do lasu. A raz już tu będąc, poszła do szałasu. Padało, ale nie było zbyt zimno, i las wydawał się tak cichy i daleki, niedosiężony w pomroce deszczu.
Wyszła na polanę. Nikogo nie ma! Szałas był zamknięty. Usiadła jednak na progu pod wiejskim okapem i skuliła się, aby się rozgrzać własnym ciepłem. Siedziała tak, spoglądając w deszcz, nadsłuchując jego niezliczonych odgłosów i dziwnych westchnień wiatru na najwyższych gałęziach, kiedy na pozór nie powiewał najsłabszy wiaterek. Stare dęby stały dokoła, siwe, potężne pnie, poczerniałe od deszczu, okrągłe i pełne życia, przeciągając swoje niezatroskane członki. Grunt był prawie zupełnie pozbawiony poszycia, nakrapiany jedynie przylaszczkami; gdzieniegdzie tylko kilka krzaków, olch czy kalin, i fioletowa gmatwanina gałęzi jeżyn. Stara, rudawa czerwień paproci znikała niemal pod zielonymi kryzami sasanek. Może to było jedno z niepokalanych miejsc. Niepokalane! Cały świat był skalany.
Niektóre rzeczy nie mogły być skalane. Nie można było skalać pudełka od sardynek. I tyle kobiet było takich. I mężczyzn. Ale ziemia...!
Deszcz ustawał. Tworzył jeszcze tylko szarą zasłonę pomiędzy dębami. Connie chciała odejść; a jednak siedziała. Ale zrobiło się jej zimno; a jednak przemożne lenistwo wewnętrznej niechęci trzymało ją na miejscu jak sparaliżowaną.
Skalanie! Jak skalanym można być, nie będąc nigdy dotkniętym! Skalanym przez słowa, które się stały plugawe, i przez martwe idee, które się stały opętaniem.
Mokry, brunatny pies nadbiegł, nie szczekając, uniósłszy tylko mokry pióropusz ogona. Mężczyzna w mokrej, czarnej kurtce skórzanej jak szofer nadszedł za nim, a twarz jego zarumieniła się trochę. Connie czuła, jak wzdrygnął się w szybkim chodzie, kiedy ją zobaczył. Wstała w wąskim, suchym miejscu pod wiejskim okapem. Leśniczy ukłonił się bez słowa i podszedł bliżej. Connie zaczęła się oddalać.
— Chciałam właśnie odejść — rzekła.
— Czekali, panuchno, aż bydom mógli wlyźć? — zapytał leśniczy, patrząc nie na nią, lecz na szałas.
— Nie, posiedziałam tylko kilka minut pod okapem — odpowiedziała Connie ze spokojną godnością.
Leśniczy spojrzał na nią. Connie patrzała zimnym wzrokiem.
— Tóż jasny panoczek jednak nie mieli kluca? — zapytał Mellors.
— Nie, ale to nic nie szkodzi. Mogę siedzieć pod okapem, jest tu zupełnie sucho. Do widzenia!
Nienawidziła pychy, z jaką używał w mowie dialektu.
Kiedy się oddalała, leśniczy obserwował ją bystro. Potem uniósł kurtkę, sięgnął ręką do tylnej kieszeni spodni i wydobył klucz od szałasu.
— No, to może jasno panuchna weznom se mój kluc, a jo se zaś wyszukom jakieś inksze miejsce na chlywik lo fazanów.
Connie spojrzała na niego.
— Jak pan to rozumie? — zapytała.
— No, rozumia tak, że se przeca moga wyszukać kej indziej jaki plac do hodówanio maluśkich fazanów. Jak se panuchna bydom sam chcieli przichodzić, to przeca z tym nie bydzie utropy.
Connie spojrzała na niego i poprzez mgłę dialektu zrozumiała, co miał na myśli.
— Dlaczego pan nie mówi zwyczajnie? — zapytała chłodno.
— Jo? Myśla, że przeca godom zwycajnie.
Connie milczała przez chwilę zagniewana.
— Tóż jak już jasno panuchna chcom mieć koniecnie kluc, to weznom se sam tyn. Abo dom im jutro, a do tego casu powynosza sam stąd te cołkie klamory. Cy się panuchna godzom na to?
Connie stała się jeszcze bardziej zła.
— Nie żądałam pańskiego klucza — rzekła. — Nie chcę wcale, aby się pan stąd wynosił ze swoimi rzeczami. Nie mam najmniejszego zamiaru wypędzać pana z pańskiego szałasu. Dziękuję! Chciałam tylko móc sobie tutaj posiedzieć czasami, jak dzisiaj. Ale mogę tak samo siedzieć pod okapem, więc proszę o tym więcej nie mówić.
Leśniczy spojrzał na nią znowu złymi, niebieskimi oczyma.
— No, ja, ja... — zaczął przeciągłym, powolnym dialektem — ale jasno panuchna majom przeca prawo i do tej szopy, i do kluca, i do wszystkiego, co hań jest. Jeno że w tym casie kożdego roku to jo sam móm kupa roboty, musza sam porząd doglondać i kręcić sie i tak porząd... Bez zima to sem przichodzić nie musza. Ale terozki, kiej wiosna za pasem, a jasny panoczek chcom chować fazany... A panuchnie nie bydzie przeca miło, jak sem fórt byda prziłaził i gospodarowoł.
Connie przysłuchiwała mu się z niemym zdumieniem.
— Dlaczego miałabym mieć coś przeciwko temu, aby pan był tutaj?
Spojrzał na nią dziwnie.
— No, bo lo mnie to jest kłopotliwe! — rzekł krótko, ale znacząco.
Connie poczerwieniała.
— Dobrze więc! — rzekła stanowczo. — Nie będę panu sprawiała kłopotu. Nie miałabym jednak na pewno nic przeciwko temu, aby tu siedzieć i przyglądać się, jak pan pielęgnuje młode bażanty. Patrzałabym na to bardzo chętnie. Jeżeli pan jednak sądzi, że panu przeszkadzam, nie będę przychodziła, niech się pan nie obawia. Jest pan leśniczym Sir Clifforda, nie moim.
Zdanie to brzmiało dziwnie, Connie nie wiedziała, dlaczego. Ale nie zważała już na to.
— Ale kaj tam, proszę jasny panuchny. To je przeca jeich szopa. Musi być wdycki tak, jak se to jasno panuchna uwożom i tak jak łozkożom. Mogom mie panuchna sam wyciepnąć, jak im sie tak spodobo. Mie sie jeno łozchodziło ło to...
— O co? — zapytała Connie stropiona.
Leśniczy w dziwny, komiczny sposób zsunął kapelusz z czoła.
— Dyć ło to jeny, że wierza jasno panuchna chcieli mieć to miejsce jeny lo nich samych, jak sam przichodzom, wierza jasno panuchna chcieli, żebych jo se sam nie gospodarowoł.
— Ależ dlaczego? — zapytała Connie z gniewem. — Czyż pan nie jest człowiekiem cywilizowanym? Czy sądzi pan, że musiałabym się pana bać? Dlaczego miałoby mnie obchodzić, czy pan tu jest, czy nie? Dlaczego to ma mieć jakieś znaczenie?
Mellors spojrzał na nią, a cała jego twarz migotała złośliwym śmiechem.
— Nie ło to idzie, panuchno, nie ło to, sprawiedliwie nie.
— Więc o co? — zapytała Connie.
— Mom sie dla jasny panuchny wystarać ło drugi kluc?
— Nie, dziękuję! Nie potrzebuję go.
— Wystarom sie panuchnie ło kluc. Dyć nojlepiej bydzie, żebychmy kożdy mieli swój kluc łod szopy.
— A ja uważam, że pan jest bezczelny — rzekła Connie; rumieniec uderzył jej na twarz, oddychała w przyśpieszonym tempie.
— Ale kiej tam! Nie! Niech żys tego panuchna nie godajom! Sprawiedliwie! Nic ech se przeca przi tym nie myśloł złego. Miołech jedynie na myśli, że jak sam panuchna bydom przichodzili, jo byda musioł iść fórt, a z tym bydzie wiela komedia i byda se musioł zność jakieś inksze miejsce. Ale dyć jak jasny panuchnie nie byda na zawadzie, no to... Dyć to jest przeca szopa łod jasnygo pana, i wszystko musi być tak, jak to panuchna łozkażom i zarzondzom, jeśli sie panuchna mojom łosobom nie bydom kłopocić, kiej sam byda robił swoja robota i wszystko, co sam bydzie do zrobienio.
Connie odeszła zupełnie stropiona. Nie była pewna, czy ma się czuć śmiertelnie urażona i obrażona czy nie. Może ten człowiek miał rzeczywiście tylko to na myśli, co mówił; może sądził naprawdę, że ona będzie chciała, aby się oddalił z tego miejsca. Jak gdyby jej to kiedykolwiek na myśl przyszło! I jak gdyby on mógł w ogóle być tak ważny dla niej, on i jego głupia obecność!
W gniewnej rozterce poszła do domu, nie wiedząc sama dobrze, co myślała i czuła.