Rozdział siódmy
Powróciwszy do swojej sypialni, Connie zrobiła rzecz, której już od dawna nie robiła: rozebrała się zupełnie i stanęła naga przed wielkim lustrem. Nie wiedziała, co chciała zobaczyć, nie wiedziała nawet dokładnie, co widziała, przesunęła jednak lampę, aż światło padło pełnym blaskiem na jej postać.
I pomyślała, o czym myślała tak często, jak ułomną, jak kruchą, jak wzruszającą rzeczą jest nagie ciało ludzkie; poniekąd rzeczą niewykończoną, niedoskonałą!
Uważała zawsze, że ma dość dobrą figurę, teraz jednak była niemodna: trochę za kobieca, nie dość podobna do chłopięcego młodzieńca. Była niezbyt wysoka, raczej nieco barczysta, o wiejskiej postawie; posiadała jednak jakąś płynną grację, która stanowiła trwałą ostoję jej urody. Skóra jej była nieco brunatna, członki odznaczały się spokojem, ciało jej miałoby jakąś bujną pełnię, ale brakło mu czegoś.
Zamiast rozwijać swoje mocne, spadające krzywizny, ciało jej zaczynało się stawać płaskie i trochę kanciaste. Miało się wrażenie, jakby nie posiadało ono dość słońca i ciepła; było trochę szare, bez soków.
Ciału temu, oszukanemu w jego prawdziwej kobiecości, nie udało się stać chłopięcym i bezcielesnym i przeźroczystym; przeciwnie, stało się nieprzejrzyste.
Piersi miała dość małe, w kształcie gruszek. Były jednak niedojrzałe, nieco cierpkie, i zwisały bez znaczenia. Zaś brzuch jej utracił ów świeży, okrągły blask, jaki posiadał, gdy Connie była młoda, za czasów jej niemieckiego chłopca, który naprawdę kochał ją fizycznie. Wówczas ciało jej było młode i wyczekujące, posiadało istotnie swój własny wygląd. Teraz stało się wątłe i płaskie, wprawdzie wysmuklejsze, ale była to wątła wysmukłość. Nawet uda jej, które połyskiwały tak zgrabnie i lśniąco w swojej kobiecej krągłości, nawet uda jej stały się jakby płaskie, wiotkie, bez znaczenia.
Ciało jej straciło znaczenie, stało się niepołyskliwe, nieprzejrzyste, niby kawałek bezużytecznej materii. Napawało ją to uczuciem bezgranicznego przygnębienia i beznadziejności. Jakaż istniała nadzieja? Była stara, stara mimo dwudziestu siedmiu lat, bez połysku, bez iskry w ciele. Stara wskutek zaniedbania i wyrzeczenia, tak, wyrzeczenia. Modne kobiety z największą troskliwością zachowywały swoje ciała w migotliwym blasku, niby delikatną porcelanę. W porcelanie nie było nic; ale ona nie połyskiwała nawet w ten sposób. Życie duchowe! Znienawidziła je nagle w rosnącej wściekłości, znienawidziła to oszustwo!
Spojrzała w drugie lustro, na odbicie swoich pleców, talii i bioder. Była szczuplejsza, ale nie było jej z tym dobrze. Kiedy się przechylała w tył, aby obserwować swoje ciało, fałda biodrowa na jej plecach miała w sobie coś znużonego; a niegdyś wyglądała tak wesoło! Podługowaty spad jej bioder i pośladka zatracił swój blask i wyrazistość. Minęło! Tylko chłopiec niemiecki kochał to wszystko, ale on nie żył od dziesięciu lat, prawie od dziesięciu. Jak ten czas mijał! Nie żył od dziesięciu lat, a ona miała teraz dwadzieścia siedem. Ów zdrowy chłopak o rześkiej, niezręcznej zmysłowości, która jej wydawała się tak godna pogardy! Gdzież znalazłaby dzisiaj taką zmysłowość? Mężczyźni utracili ją. Mężczyźni posiadali tylko wzruszające dwusekundowe spazmy, jak Michaelis; ale nie mieli już zdrowej, ludzkiej zmysłowości, która rozgrzewała krew i orzeźwiała całe jestestwo.
Ciągle jeszcze — myślała — najpiękniejszy był w niej podługowaty spad bioder od punktu wgłębienia pleców i drzemiąca, cicha krągłość pośladka. Niby pagórki piaskowe, powiadali Arabowie, tak miękko i podługowato opadające. Tutaj życie czekało jeszcze z nadzieją. Ale i tutaj stała się chudsza, zatraciła dojrzałość, skurczyła się.
Przednia jednak część ciała doprowadzała ją do rozpaczy. Zaczynała się już stawać wiotka, w jakiejś wiotkiej szczupłości, niemal zwiędła, starzała się, zanim naprawdę zdążyła żyć. Pomyślała o dziecku, które może jednak będzie jeszcze kiedyś nosiła w łonie. Czy nadawała się w ogóle do tego?
Narzuciła koszulę nocną, a w łóżku łkała potem gorzko. W goryczy tej płonęło jakieś zimne oburzenie na Clifforda i jego pisaninę, i jego gadaninę, na wszystkich tych mężczyzn jego pokroju, którzy oszukiwali kobietę, pozbawiając ją nawet jej ciała.
Niesprawiedliwość! Niesprawiedliwość! Poczucie głębokiej, fizycznej niesprawiedliwości paliło jej duszę.
Rano wstała jednak o siódmej i zeszła do Clifforda. Musiała mu pomagać we wszystkich intymnych sprawach, gdyż nie miał służącego i nie chciał kobiecej obsługi. Mąż gospodyni, który znał go jeszcze jako chłopca, pomagał mu niekiedy i podnosił go, gdy zachodziła potrzeba; Connie jednak spełniała wszystkie posługi osobiste, i spełniała je chętnie. Żądano od niej wiele, ale ona chciała czynić wszystko, co tylko mogła.
Nie opuszczała więc Wragby prawie nigdy, i nigdy na dłużej niż kilka dni, podczas których Cliffordem opiekował się mąż pani Betts, gospodyni. Jak się można było spodziewać, z biegiem czasu począł Clifford uważać wszystkie te posługi z jej strony za rzecz naturalną. Nie było w tym nic dziwnego.
A jednak w Connie, w samej głębi jej duszy, płonąć poczęło uczucie, że dzieje się jej krzywda, że została pod jakimś względem oszukana. Fizyczne uczucie doznawanej niesprawiedliwości jest uczuciem niebezpiecznym, kiedy się raz zbudzi. Musi ono znaleźć sobie ujście, w przeciwnym razie trawi człowieka, w którym się zbudziło. Nie można było ganić biednego Clifforda. Jego nieszczęście było większe. Wszystko to było częścią powszechnej katastrofy.
Ale czy jednak nie można go było pod pewnym względem ganić? Ten brak ciepła, ten brak prostego, ciepłego, fizycznego kontaktu... czy za to nie można go było ganić? Nigdy nie był naprawdę ciepły ani nawet życzliwy, zawsze tylko uprzejmy i wyrozumiały, w sposób taktowny i chłodny. Ale nigdy ciepły, jak ciepły mógł być mężczyzna w stosunku do kobiety, jak nawet ojciec Connie potrafił być wobec niej ciepły, ciepłem człowieka, który zawsze myślał tylko o sobie, i to zupełnie świadomie, ale mimo to potrafił jeszcze pocieszyć kobietę odrobiną swego męskiego żaru.
Clifford nie był taki. Cała jego rasa nie była taka. Wszyscy oni byli wewnętrznie twardzi i zamknięci, a ciepło było dla nich po prostu brakiem smaku. Należało przebijać się przez życie bez niego, bez niego bronić swego stanowiska; wszystko to było dobre, jeśli się należało do tej samej klasy i rasy. Wtedy można było zachowywać się chłodno, być poważnym, bronić swego stanowiska i mieć z tego satysfakcję. Ale jeśli się należało do innej klasy i do innej rasy, nie zdało się to na nic; nie było w tym nic miłego, aby tylko bronić swego stanowiska i czuć, że się należy do klasy panującej. Jakiż to miało sens, jeśli nawet najwytworniejsi arystokraci nie mieli do bronienia nic pozytywnie własnego, a panowanie ich było w rzeczywistości farsą, a nie panowaniem? Gdzież tu był sens? Był to zimny absurd.
Uczucie buntu żarzyło się w Connie. Jakiż cel miało to wszystko? Jaki cel miała jej ofiara? Jaki cel miało poświęcać życie Cliffordowi? Komuż tym ostatecznie służyła? Zimnemu duchowi próżności, nieznającemu gorących, ludzkich punktów styczności i tak zepsutemu w swoim pragnieniu prostytuowania się z psią boginią Powodzenia, jak pierwszy lepszy nisko urodzony Żyd. Nawet chłodna i powściągliwa pewność Clifforda, iż należy do klasy panującej, nie zapobiegała temu, że język zwisał mu z gęby, gdy pędził dysząc za psią boginią. Ostatecznie Michaelis miał pod tym względem naprawdę więcej godności i daleko, daleko więcej powodzenia. Rzeczywiście, jeśli spojrzeć dobrze na Clifforda, był błaznem, a być błaznem to daleko bardziej poniżające niż być karierowiczem.
Z tych dwóch mężczyzn mogła się naprawdę daleko bardziej przydać Michaelisowi niż Cliffordowi. Była mu nawet o wiele bardziej potrzebna. Każda dobra pielęgniarka mogła się opiekować nogami kaleki! A jeśli szło o heroiczny wysiłek, to Michaelis był wprawdzie bohaterskim szczurem, ale Clifford był raczej produkującym się pudlem.
W domu byli goście, między innymi ciotka Ewa, Lady Bennerley. Była to chuda pani lat sześćdziesięciu, z czerwonym nosem, wdowa, ciągle jeszcze coś w rodzaju „grande dame”. Należała do jednej z najlepszych rodzin i posiadała dość charakteru, aby sobie nadać znaczenie. Connie lubiła ją, gdyż była idealnie prosta i otwarta (na tyle, ile chciała być otwarta), i w powierzchowny sposób poczciwa. W istocie była prawdziwą mistrzynią w bronieniu swojego stanowiska i utrzymywaniu innych ludzi nieco niżej od siebie. Nie była bynajmniej snobką: na to była o wiele za pewna siebie. Posiadała idealną wprawę w sporcie towarzyskim, polegającym na tym, aby zachowywać się chłodno i zmuszać innych ludzi do poddawania się.
Wobec Connie była uprzejma i usiłowała przeniknąć ostrym świdrem swoich zręcznych obserwacji jej duszę kobiecą.
— Moim zdaniem jesteś cudowna — rzekła do Connie. — Uczyniłaś cuda dla Clifforda. Nigdy nie potrafiłam w nim dostrzec drzemiącego geniuszu, a oto nagle stał się przedmiotem powszechnego zachwytu.
Ciotka Ewa była zarozumiale dumna z powodzenia Clifforda. Znowu listek wawrzynu dla rodziny! A przy tym książki jego zupełnie jej nie obchodziły, bo i dlaczego?
— O, nie sądzę, abym się do tego przyczyniła — odpowiedziała Connie.
— Owszem! Nikt inny nie mógł tego sprawić. A mnie się zdaje, że ty sama niewiele masz z tego.
— Pod jakim względem?
— Zastanów się tylko, jak ty jesteś zamknięta. Powiedziałam Cliffordowi: Jeżeli to dziecko zbuntuje się, będziesz mógł podziękować sobie samemu!
— Ależ Clifford niczego mi nigdy nie broni — rzekła Connie.
— Spójrz na mnie, moje dziecko... — I Lady Bennerley położyła rękę na ramieniu Connie. — Kobieta musi przeżyć swoje życie albo pokutować, że go nie przeżyła. Wierz mi!
I popiła znowu brandy, która była może jej formą pokuty.
— Przecież ja przeżywam swoje życie!
— Nie tak, jak ja to rozumiem. Clifford powinien cię zabrać do Londynu i pozwolić ci bywać w towarzystwie. Jego rodzaj przyjaciół jest zupełnie dobry dla niego. Ale czym oni mogą być dla ciebie? Na twoim miejscu nie pogodziłabym się z tym wszystkim. Przejdziesz obok młodości, a starość i nawet wiek średni minie ci na żalu po niej.
Ukojona przez brandy stara pani zapadła w milczenie zadumy.
Ale Connie nie miała ochoty jechać do Londynu, aby pod kierunkiem Lady Bennerley wejść do towarzystwa. Czuła się nie dość szykowna, nie było to dla niej zajmujące. Wyczuwała pod tym wszystkim charakterystyczny chłód, wysuszający wszystko; jak grunt Labradoru, który nosi na powierzchni wesołe, małe kwiatki, a o stopę niżej jest zamarznięty.
Tommy Dukes był we Wragby, a prócz niego jeszcze jakiś pan, nazwiskiem Harry Winterslow, dalej Jack Strangeways z żoną Olive. Rozmowa była daleko bardziej niejednolita, niż kiedy byli tylko „koleżkowie”, wszyscy czuli się trochę znużeni, gdyż pogoda była brzydka i za rozrywkę mógł służyć tylko bilard i pianola do tańca.
Olive czytała książkę o przyszłości, gdy dzieci będą hodowane w butelkach, a kobiety „wyjaławiane”.
— Byłoby to bardzo dobre — rzekła. — Wtedy kobieta mogłaby żyć własnym życiem.
Strangeways chciał mieć dzieci, a ona nie chciała.
— Czy chciałaby pani być wyjałowiona? — zapytał Winterslow z brzydkim uśmiechem.
— Mam wrażenie, że jestem nią; z natury — odpowiedziała Olive. — W każdym razie przyszłość będzie rozumniejsza i kobieta nie będzie potrzebowała się wyniszczać swoimi funkcjami.
— Może uleci zupełnie w przestworza — wtrącił Dukes.
— Uważam, że dostateczna cywilizacja usunęłaby mnóstwo niedomagań fizycznych — rzekł Clifford. — Wszystkie te na przykład sprawy miłosne mogłyby zupełnie odpaść. Prawdopodobnie stałoby się też tak, gdybyśmy mogli hodować dzieci w butelkach.
— Nie! — zawołała Olive. — Toby ludziom tym bardziej dało wolną rękę do tej zabawy.
— Przypuszczam — rzekła Lady Bennerley w zamyśleniu — że gdyby odpadły sprawy miłosne, zjawiłoby się zamiast nich coś innego. Może morfina. Trochę morfiny wszędzie w powietrzu. Byłoby to dla wszystkich niezwykle orzeźwiające.
— Rząd musiałby w sobotę wieczorem dodawać do powietrza trochę eteru dla uprzyjemnienia niedzieli! — zaproponował Jack. — Brzmi to bardzo ładnie, ale do czego doszlibyśmy w środę?
— Póki można zapomnieć o swoim ciele, jest się szczęśliwym — rzekła Lady Bennerley. — A w chwili, gdy zaczynamy sobie uświadamiać swoje ciało, stajemy się nieszczęśni. Jeśli więc cywilizacja ma się na co zdać, musi nam dopomóc zapomnieć o ciele. A wówczas bez naszej wiedzy czas będzie mijał szczęśliwie.
— Dopomóc nam wyzbyć się zupełnie ciała — rzekł Winterslow. — Najwyższy już czas, aby człowiek zaczął poprawiać swoją naturę, zwłaszcza jej stronę fizyczną.
— Wyobraźcie sobie, że unosilibyśmy się wszyscy jak dym z papierosa — rzekła Connie.
— To się nie stanie — odparł Dukes. — Cała nasza stara buda zbankrutuje; nasza cywilizacja załamie się. Zleci na łeb i szyję w bezdenny szyb, w przepaść. I wierzcie mi, ostatnim mostem ponad tą przepaścią będzie phallus!
— O, proszę, proszę, niech pan będzie nieznośny, generale! — zawołała Olive.
— I ja sądzę, że nasza cywilizacja załamie się — rzekła ciotka Ewa.
— A co będzie potem? — zapytał Clifford.
— Nie mam najmniejszego pojęcia, ale przypuszczam, że nic — odparła stara pani.
— Connie mówi, że ludzie niby obłoki dymu, Olive twierdzi, że wyjałowione kobiety i niemowlęta w butelkach, Dukes zaś powiada, że phallus będzie mostem do tego, co nastąpi. Rad bym wiedzieć, co to będzie naprawdę — rzekł Clifford.
— O, nie łamcie sobie głowy. Zastanówmy się lepiej, jak sobie radzić z życiem dzisiejszym — zawołała Olive. — Pośpieszcie się tylko z butelkami do wylęgania i uwolnijcie nas biedne kobiety.
— Może w następnej fazie będą nawet istnieli prawdziwi mężczyźni — rzekł Tommy. — Prawdziwi, inteligentni, zdrowi mężczyźni i zdrowe, piękne kobiety! Czy nie byłaby to odmiana? Olbrzymia zmiana w porównaniu z nami? My nie jesteśmy mężczyznami, a kobiety nie są kobietami. Jesteśmy tylko pracującymi mózgowo figurantami, mechanicznymi i intelektualnymi eksperymentami. Może nastąpi nawet cywilizacja prawdziwych mężczyzn i kobiet po nas, zadzierającej nosa hałastrze o inteligencji siedmiolatków. Byłoby to jeszcze bardziej zdumiewające niż ludzie z dymu i niemowlęta w butelkach.
— O, kiedy ludzie zaczynają mówić o prawdziwych kobietach, ja ustępuję — rzekła Olive.
— Bez wątpienia nic poza duchem nie jest w nas godne posiadania — rzekł Winterslow.
— Duch! — zawołał Jack i wypił whisky z wodą sodową.
— Sądzisz? Daj mi zmartwychwstanie ciała! — rzekł Dukes. — Ale przyjdzie ono z czasem, gdy odsuniemy trochę na bok kamień mózgowy i pieniądz, i resztę. Wówczas dożyjemy demokracji ludzkiego kontaktu zamiast demokracji kieszeni.
Jakieś echo wołało w Connie: „Daj mi demokrację kontaktu, daj mi odrodzenie ciała!” Nie rozumiała zupełnie, co to znaczyło, ale pocieszało ją to, jak niekiedy pocieszają rzeczy niezrozumiałe.
W każdym razie wszystko było przeraźliwie niedorzeczne, a ona czuła się rozpaczliwie znużona, znużona Cliffordem, ciotką Ewą, Jackiem i Olive, i Winterslowem, i nawet Dukes’em. Gadanina, gadanina, gadanina! Jakimż piekłem było to nieustanne trajkotanie!
Gdy wszyscy ci ludzie rozjechali się potem, nie było wcale lepiej. Connie wlekła się dalej, ale przesyt i rozdrażnienie owładnęły jej ciałem, nie mogła przed nimi uciec. Dni zdawały się dziwnie boleśnie rozciągać i nic się nie działo. Chudła tylko. Nawet gospodyni zauważyła to i zapytała, co to znaczy. Nawet Tommy Dukes twierdził, że Connie nie jest zdrowa, chociaż ona powiadała, że czuje się zupełnie dobrze. Poczęła tylko lękać się przeraźliwych, białych nagrobków, które w dziwnie ohydnej białości karraryjskiego marmuru, wstrętne niby sztuczne zęby, sterczały na zboczu poniżej kościoła tevershallskiego i które z tak okropną wyrazistością widziała z parku. Kolczasta nieruchomość tych obmierzłych sztucznych zębów na pagórku budziła w niej przerażenie grozy. Czuła, że niedaleki jest już czas, gdy i ona zostanie tam pogrzebana jako jeszcze jedna pośród tej przeraźliwej gromady nagrobków i pomników w tej strasznej Anglii Środkowej.
Potrzebowała pomocy i wiedziała o tym. Napisała więc mały ,,cri de coeur”40 do swojej siostry Hildy. „Czuję się ostatnimi czasy niezbyt dobrze i nie wiem, co mi dolega”.
Hilda przyjechała natychmiast ze Szkocji, gdzie się osiedliła. Przybyła w marcu, sama, kierując sama zgrabnym dwuosobowym autem. Zajechała główną drogą, zatrąbiła na stoku, potem zatoczyła łuk dokoła owalnego trawnika, gdzie na płaszczyźnie przed domem stały dwa wielkie, dzikie buki.
Connie wybiegła na schodki. Hilda zatrzymała auto, wysiadła i ucałowała siostrę.
— Ależ Connie! — zawołała. — Co się stało?
— Nic! — odpowiedziała Connie nieco zawstydzona; wiedziała jednak, jak bardzo, w przeciwieństwie do Hildy, cierpiała. Obie siostry posiadały taką samą, niemal złotą, ciepło połyskującą skórę, miękkie, brunatne włosy i z przyrodzenia silną i gorącą strukturę fizyczną. Ale Connie była teraz szczupła i miała ziemistą cerę przy chudej, żółtej szyi, wychylającej się ze swetra.
— Przecież ty jesteś chora, moje dziecko! — rzekła Hilda miękkim, nieco zadyszanym głosem, właściwym obu siostrom.
Hilda była prawie o dwa lata starsza od Connie.
— Nie, chora nie jestem. Może jestem znudzona — odpowiedziała Connie nieco patetycznie.
Na twarzy Hildy widniała wojowniczość. Mimo łagodnego i spokojnego wyglądu była ona kobietą z gatunku dawnych Amazonek, kobietą niestworzoną do dostosowywania się do mężczyzny.
— Co za okropna miejscowość! — powiedziała cicho i z istotną nienawiścią spojrzała na stare, zrujnowane Wragby. Ona sama wyglądała miękko i ciepło, niby dojrzała gruszka, i była Amazonką prawdziwego, dawnego pokroju.
Poszła do Clifforda. Pomyślał, jak ona ładnie wygląda, ale i on cofał się przed nią. Rodzina jego żony nie posiadała jego gatunku manier ani jego gatunku etykiety. Uważał ich za outsiderów.
Siedział w swoim fotelu bezwładny i wypielęgnowany, z gładko przyczesanymi blond włosami, ze świeżą twarzą, z bladymi, nieco wypukłymi, niebieskimi oczyma, z wyrazem twarzy nieprzeniknionym, ale ugrzecznionym. Hilda uważała, że ma minę zgorzkniałą i głupkowatą, a on czekał. Było w nim trochę patosu, ale Hilda nie troszczyła się o to. Była pod bronią i choćby Clifford był papieżem albo cesarzem, jej by to nie obchodziło.
— Connie wygląda okropnie niezdrowo — rzekła miękkim głosem, skierowując na niego stanowczo swoje piękne, ciemno połyskujące, szare oczy. Wyglądała tak dziewczęco, zupełnie jak i Connie. Ale Clifford znał doskonale kryjącą się poza tym skałę szkockiej nieugiętości.
— Schudła trochę — odpowiedział.
— Nie staraliście się temu zaradzić?
— Czy sądzisz, że to konieczne? — zapytał Clifford z najuprzejmiejszą sztywnością angielską, gdyż dwie te właściwości idą w parze.
Hilda nie odpowiedziała, spojrzała tylko na niego groźnie. Bystrość odpowiedzi nie była mocną stroną ani jej, ani Connie. Spoglądała więc tylko posępnie przed siebie, a Clifford czuł się bardziej nieswojo, niż gdyby mu powiedziała najnieprzyjemniejsze rzeczy.
— Pójdę z nią do lekarza — oznajmiła wreszcie Hilda. — Czy znasz tu dobrego doktora w okolicy?
— Niestety nie.
— W takim razie zabiorę ją do Londynu, gdzie znam lekarza, któremu można zaufać.
Clifford wrzał z gniewu, ale nie odpowiedział.
— Sądzę, że mogę pozostać tutaj przez noc — rzekła Hilda, wciągając rękawiczki. — A jutro zawiozę ją do miasta.
Clifford pożółkł jeszcze bardziej z wściekłości, a wieczorem nawet białka jego oczu były żółtawe. Żółć jego została zaatakowana. Ale Hilda była niezmiennie skromna i dziewczęca.
— Powinieneś mieć pielęgniarkę albo kogoś, kto troszczyłby się o twoją osobę. Właściwie potrzebny ci jest służący — rzekła Hilda, gdy niezmiernie spokojnie siedzieli wszyscy po kolacji przy kawie. Mówiła cicho, na pozór łagodnie, ale Clifford miał wrażenie, jakby go waliła maczugą po głowie.
— Sądzisz? — odpowiedział chłodno.
— Jestem przekonana! To rzecz konieczna. Albo to, albo ojciec i ja musimy zabrać stąd Connie na kilka miesięcy. Tak dłużej być nie może.
— Co nie może być dłużej?
— Czy nie przyjrzałeś się temu dziecku? — zapytała Hilda, spoglądając mu pełnym wzrokiem w twarz.
Był w tej chwili niezmiernie podobny do olbrzymiego, gotowanego raka; tak jej się przynajmniej zdawało.
— Omówię to z Connie — rzekł.
— Już z nią to omówiłam — odpowiedziała Hilda.
Clifford był przez dość długi czas w rękach pielęgniarek. Nienawidził ich, gdyż nie pozostawiały go dostatecznie w spokoju. A na domiar służący!... Nie mógł znieść myśli, że mężczyzna kręciłby się koło niego. Jakakolwiek kobieta była już lepsza. Ale dlaczego nie Connie?
Siostry wyjechały rano. Connie wyglądała niemal jak owieczka wielkanocna, skulona obok Hildy, która siedziała przy kierownicy. Sir Malcolma nie było, ale dom w Kensington był otwarty.
Lekarz zbadał Connie starannie, wypytując o szczegóły jej życia.
— Widywałem nieraz portrety pani i Sir Clifforda w pismach ilustrowanych. Jesteście państwo niemal sławami, prawda? Tak to podrastają spokojne, małe dziewczęta, chociaż i teraz jest pani jeszcze tylko małą, spokojną dziewczynką, mimo pism ilustrowanych. Nie, nie! Organicznie wszystko w porządku, ale tak być nie może! Tak dłużej być nie może! Niech pani powie Sir Cliffordowi, że musi z panią przyjechać do miasta, albo zabrać panią zagranicę dla rozrywki. Musi pani mieć rozrywkę, musi pani! Ochota do życia jest w pani za słaba; brak rezerw, brak rezerw. Nerwy sercowe już teraz trochę dziwne, o, tak! To tylko nerwy; uzdrowiłbym panią natychmiast miesiącem spędzonym w Cannes albo w Biarritz. Obecny stan musi się jednak skończyć, musi się skończyć, powiadam, albo nie ręczę za skutki. Trwoni pani życie, nie odnawiając go. Musi pani mieć rozrywkę, prawdziwą, zdrową rozrywkę. Zużywa pani energię życiową, nie tworząc sobie nowej. Tak być dalej nie może, rozumie pani. Depresje! Niech pani unika depresji!
Hilda zrobiła stanowczą minę, a to coś znaczyło.
Michaelis dowiedział się, że Connie jest w mieście, i pośpieszył z różami.
— Co to ma znaczyć? — zawołał. — Jesteś przecież cieniem siebie samej. Nigdy nie widziałem takiej zmiany! Dlaczego mi o niczym nie dałaś znać? Pojedź ze mną do Nizzy! Jedźmy na Sycylię! Zgódź się, jedź ze mną na Sycylię, teraz jest tam właśnie najpiękniej. Potrzeba ci słońca! Potrzeba ci życia! Usychasz przecież zupełnie! Pojedź ze mną! Jedźmy do Afryki! O, do licha z Sir Cliffordem! Rzuć go i jedź ze mną. Ożenię się z tobą w chwili, gdy on ci da rozwód. Zgódź się i spróbuj nowego życia! Wielki Boże! To Wragby zdolne jest przecież każdego zabić. Ohydna miejscowość! Zapowietrzona miejscowość! Zabija każdego! Jedź ze mną do słońca! Potrzeba ci słońca, naprawdę, tylko słońca i trochę normalnego życia!
Ale serce Connie zamarło po prostu na myśl o natychmiastowym opuszczeniu Clifforda. Nie mogła tego zrobić. Nie... nie! Po prostu nie mogła. Musiała powrócić do Wragby.
Michaelis był oburzony. Hilda nie lubiła Michaelisa, ale niemal wolała go od Clifforda. Siostry powróciły więc do Anglii Środkowej.
Hilda pomówiła z Cliffordem, który za ich powrotem ciągle jeszcze miał żółtawe białka. I on był na swój sposób przeczulony, ale musiał wysłuchać wszystkiego, co Hilda mówiła, wszystkiego, co powiedział lekarz, oczywiście nie tego, co powiedział Michaelis — a podczas tego ultimatum siedział niemy jak ryba.
— Oto adres dobrego służącego, który był u zmarłego przed miesiącem kaleki, pacjenta naszego doktora. Jest to naprawdę dzielny człowiek i przyjechałby na pewno.
— Nie jestem kaleką i nie chcę mieć służącego — oponował nieszczęsny Clifford.
— A tutaj są adresy dwóch kobiet. Z jedną już rozmawiałam. Byłaby bardzo dobrą pielęgniarką. Kobieta lat około pięćdziesięciu, spokojna, silna, uprzejma i w swoim zakresie inteligentna...
Clifford sprzeciwiał się i nie odpowiadał.
— Więc dobrze, Cliffordzie. Jeżeli do jutra nie dojdziemy do porozumienia, zatelegrafuję do ojca i zabierzemy Connie.
— Czy Connie pojedzie? — zapytał Clifford.
— Nie chce, ale wie, że musi. Matka umarła na raka, którego się nabawiła z nadmiaru utrapień. Wolimy nie ryzykować.
Nazajutrz więc Clifford zaproponował panią Bolton, pielęgniarkę gminną z Tevershall. Widocznie pani Betts przypomniała sobie o niej. Pani Bolton zamierzała zrezygnować niebawem ze swojej posady, aby zostać pielęgniarką prywatną. Clifford czuł dziwny lęk przed oddaniem się w ręce obcej osoby, ale ta pani Bolton pielęgnowała go niegdyś, kiedy miał szkarlatynę, więc znał ją.
Siostry odwiedziły natychmiast panią Bolton, która mieszkała w nowym, jak na Tevershall niemal wytwornym domu. Zastały ładną kobietę lat około czterdziestu, w stroju pielęgniarki z białym kołnierzem i białym fartuchem; przyrządzała sobie właśnie herbatę w przeładowanym małym saloniku.
Pani Bolton była niezmiernie uprzejma i ujmująca, wydawała się bardzo miła, mówiła z lekkim zabarwieniem gwarowym, ociężałą, ale czystą angielszczyzną, a ponieważ przez wiele lat wydawała rozkazy chorym górnikom, była o sobie wielkiego zdania i posiadała sporą dozę zarozumiałości. Słowem, w swoim małym zakresie kobieta z klasy panującej i bardzo we wsi poważana.
— Tak, Lady Chatterley wygląda nieszczególnie! Zawsze przecież była taka silna, prawda? Ale przez całą zimę chudła coraz bardziej. O, to trudna sprawa, to trudna sprawa! Biedny Sir Clifford! Ach, ta wojna, ile ona szkody wyrządziła!
I pani Bolton zgodziła się natychmiast jechać do Wragby, jeśli ją doktor Shardlow zwolni. Prawnie powinna jeszcze pozostać na swoim stanowisku pielęgniarki gminnej przez dwa tygodnie, ale może lekarz znajdzie dla niej zastępczynię.
Hilda pośpieszyła natychmiast do doktora Shardlowa i następnej niedzieli pani Bolton zjechała z dwoma kuframi do Wragby. Hilda rozmawiała z nią; panią Bolton można było każdej chwili nakłonić do rozmowy. I wydawała się taka młoda! Jak namiętnie potrafiły się barwić jej tak blade zwykle policzki! Miała czterdzieści siedem lat.
Mąż jej, Ted Bolton, zszedł do grobu przed dwudziestu dwoma laty (dwadzieścia dwa lata było na Boże Narodzenie) i pozostawił ją z dwojgiem dzieci, z których jedno było jeszcze przy piersi. O, to niemowlę, Edyta, wyszła teraz za młodzieńca z firmy Boots Cash Chemists w Sheffield. Druga była nauczycielką w Chesterfield i na niedziele przyjeżdżała do domu, jeżeli nie była zaproszona gdzie indziej. Młodzież bawiła się dzisiaj, miała inne życie niż wówczas, kiedy ona, Ivy Bolton, była młoda.
Ted Bolton miał dwadzieścia osiem lat, kiedy zginął podczas wybuchu w kopalni. Nadsztygar, idący na przodzie, krzyknął na nich, żeby padli na ziemię. Wszyscy padli na czas, tylko Ted nie i jego tylko zabiło. A potem, przy śledztwie, nadsztygar twierdził, że Ted zląkł się i próbował uciekać, nie słuchając rozkazu, że więc w istocie wszystko to było jego własną winą. Odszkodowanie wyniosło więc zaledwie trzysta funtów i jeszcze na domiar dano jej to raczej jako prezent, niż jako prawne odszkodowanie, bo przecież w istocie była to wina jej męża. Nie chcieli jej wypłacić tych pieniędzy w gotówce; chętnie byłaby sobie założyła mały sklepik. Ale oni powiadali, że na pewno roztrwoni pieniądze, może nawet przepije! Musiała je więc odbierać ratami po trzydzieści szylingów tygodniowo. Tak, co poniedziałek musiała chodzić do kancelarii i stać tam przez dwie godziny, czekając swojej kolei; tak, blisko dwa lata chodziła tam co poniedziałek. I cóż mogła począć z dwojgiem małych dzieci na karku? Ale matka Teda była dla niej bardzo dobra. Gdy mała nauczyła się biegać, zatrzymywała u siebie dzieci przez cały dzień, podczas gdy ona, Ivy Bolton, jeździła do Sheffield i uczyła się pielęgniarstwa. Później, w czwartym roku, uczęszczała nawet na kurs pielęgniarek i otrzymała dyplom. Postanowiła zostać samodzielna i zatrzymać dzieci przy sobie. Przez pewien więc czas pełniła funkcje młodszej pielęgniarki w szpitalu w Uthwaite, bardzo małej miejscowości. Ale gdy Towarzystwo, Thevershallskie Towarzystwo Górnicze, a właściwie gdy Sir Geoffrey przekonał się, że potrafiła sobie sama radzić, okazano jej wielką przychylność, przyjęto ją na pielęgniarkę gminną i popierano ją, to musiała przyznać. Tak sobie radziła od owego czasu, aż teraz było jej już tego wszystkiego za wiele. Potrzeba jej było pracy trochę lżejszej. Jako pielęgniarka gminna miała za dużo bieganiny.
— Tak, Towarzystwo było dla mnie bardzo dobre. Powtarzam to zawsze. Ale nie zapomnę nigdy tego, co powiedzieli o Tedzie, gdyż on był naprawdę nieustraszony, takich górników, jak on, mało zjeżdża do szybu. A oni go napiętnowali jako tchórza. Ale on nie żył i nie mógł im nic odpowiedzieć.
Kiedy kobieta ta mówiła, w słowach jej wyrażała się dziwna mieszanina uczuć. Lubiła górników, których pielęgnowała przez tak wiele lat, ale czuła się wyższa od nich. Czuła się niemal przynależna do wyższej klasy. A zarazem tlił się w niej gniew przeciwko klasie panującej. Panowie! W sporze między panami a robotnikami stawała stale po stronie robotników. Jeżeli jednak nie szło o walkę, łaknęła zawsze wyższego stanowiska, przynależności do wyższych klas. Wyższe klasy fascynowały ją, budziły w niej charakterystyczną angielską namiętność dla przewagi towarzyskiej. Była zachwycona sposobnością przeniesienia się do Wragby; zachwycona możliwością rozmawiania z Lady Chatterley, która naprawdę była czymś innym niż żony zwykłych górników! Mówiła to też zupełnie otwarcie. Ale w słowach jej można było mimo to wyczuć jakąś niechęć do Chatterleyów; niechęć do panów.
— Naturalnie, naturalnie, toby zupełnie zrujnowało Lady Chatterley! Szczęście, że ma siostrę, która mogła przyjechać i dopomóc jej. Mężczyźni nigdy nie myślą: czy to ci na górze, czy na dole; wszystko, co kobieta robi dla nich, uważają za rzecz naturalną. O, górnikom nieraz już mówiłam otwarcie swoje zdanie o tym. Ale wie pani, ciężki to los dla Sir Clifforda, być tak na całe życie sparaliżowanym. Chatterleyowie byli zawsze bardzo dumną rodziną, byli o sobie wielkiego zdania i mieli prawo po temu. A potem doznać takiego upadku! Bardzo to wielki cios dla Lady Chatterley, może dla niej najcięższy. Iluż rzeczy musi się wyrzec! Ja miałam Teda tylko przez trzy lata. Ale daję słowo, przez ten czas, co go miałam, miałam w nim męża, którego nie potrafię zapomnieć. Wesoły był jak słoneczny dzień, tacy to się rodzą jeden na tysiąc. Któż by kiedy pomyślał, że on w ten sposób zginie! Jeszcze dzisiaj nie mogę w to naprawdę uwierzyć, nigdy w to naprawdę nie wierzyłam, chociaż obmywałam go własnymi rękoma. Ale dla mnie on nigdy nie był martwy, nigdy! Nigdy się z tym zupełnie nie pogodziłam.
Był to nowy głos we Wragby, zupełnie nowy głos dla Connie; budził w niej nowe ucho.
Podczas pierwszego miesiąca pani Bolton zachowywała się we Wragby bardzo cicho; opuściła ją zwykła pewność siebie i żądza rozkazywania, stała się bardzo nerwowa. W stosunku do Clifforda była wprost lękliwa, niemal zastraszona, i milcząca. Podobało mu się to, a niebawem odzyskał zupełnie równowagę i pozwalał sobie usługiwać, jej samej prawie nie dostrzegając.
— Jest to użyteczne zero — mawiał.
Connie otwierała szeroko oczy ze zdziwienia, ale nie przeczyła mu. Tak odmienne było wrażenie na dwoje różnych ludzi!
Wkrótce począł się Clifford odnosić do pielęgniarki wyniośle, niemal z lordowskim dostojeństwem. Pani Bolton bodajże się tego spodziewała, a on nieświadomie starał się spełnić jej oczekiwania. Jak wrażliwi jesteśmy na to, czego się po nas ludzie spodziewają! Górnicy tak często podobni byli do dzieci, gdy w czasie opatrunków lub pielęgnacji rozmawiali z nią, opowiadając, co im dolega. Napawało ją to zawsze przy usługach, jakie im oddawała, poczuciem wielkości, prawie nadczłowieczeństwa. Clifford budził w niej uczucie, że jest bardzo mała, jak posługaczka, a ona przyjmowała to bez słowa i dostosowywała się do wyższej klasy.
Kiedy mu miała usługiwać, wchodziła zawsze bardzo cicho, z podługowatą, ładną twarzą i opuszczonymi oczyma. I mówiła bardzo pokornie:
— Czy mam teraz zrobić to lub owo, Sir Cliffordzie?
— Nie, niech pani chwilę zaczeka. Powiem pani później, co robić.
— Jak pan rozkaże, Sir Cliffordzie.
— Niech pani przyjdzie znowu za pół godziny.
— Jak pan rozkaże, Sir Cliffordzie.
— I niech pani zaraz zabierze ze sobą te gazety.
— Jak pan rozkaże, Sir Cliffordzie.
Wychodziła bardzo cicho i bardzo cicho powracała po pół godzinie. Była zalękniona, ale nie przejmowała się tym. Robiła doświadczenia z wyższą klasą. Wobec Clifforda nie czuła ani sympatii, ani antypatii. Był on po prostu częścią składową pewnego fenomenu, fenomenu ludzi z wyższej klasy, dotąd nieznanego jej, a teraz rozwierającego się przed jej oczyma. Lady Chatterley rozumiała nieco lepiej, a ostatecznie pani domu jest osobą najważniejszą.
Pani Bolton pomagała Cliffordowi wieczorem kłaść się do łóżka i sypiała w pokoju położonym po przeciwległej stronie korytarza; kiedy zadzwonił w nocy, przychodziła. Pomagała mu także rano, a niebawem poczęła go zupełnie obsługiwać, goliła go nawet łagodną, drżącą, kobiecą ręką. Była bardzo dobrą i dzielną pielęgniarką, a rychło zrozumiała, w jaki sposób osiągać nad nim władzę. Ostatecznie gdy mu się namydliło podbródek i łagodnie goliło zarost, nie różnił się tak bardzo od górników. Nie troszczyła się o jego pychę i brak szczerości, było to dla niej nowe doświadczenie.
Clifford nie wybaczył jednak Connie nigdy, że zrezygnowała z osobistego pielęgnowania go i powierzyła tę czynność obcej, najemnej kobiecie. Powiadał sobie, że zabiło to prawdziwe kwiecie zażyłości pomiędzy nim a nią. Ale Connie nic sobie z tego nie robiła. Piękne kwiecie tej zażyłości wydawało się jej raczej niby orchidea, niby pasożytniczy guz na drzewie jej życia, wypuszczający według jej zdania bardzo nędzne pąki.
Mając teraz więcej czasu dla siebie, mogła przesiadywać w swoim pokoju, grać cicho na fortepianie i śpiewać:
„Nie igrajcie z ogniem... bo trudno jest zerwać więzy miłości41”.
Do niedawna nie uświadamiała sobie, jak trudno jest zerwać te więzy miłości. Ale zerwała je, dzięki Bogu! Cieszyła się, że była sama, że nie musiała z nim ciągle rozmawiać. Kiedy on był sam, stuk-stuk-stukał nieustannie na maszynie, do nieskończoności. Gdy jednak nie „pracował”, a ona była w pokoju, mówił, ciągle tylko mówił. Bezgraniczne rozszczepianie ludzi i motywów, i wydarzeń, charakterów i cech indywidualnych, aż ją wreszcie przesyt ogarnął. Przez lata całe lubiła to, aż teraz nagle miała tego dość, nagle było jej tego za wiele. Była wdzięczna, że mogła być sama.
Było to coś podobnego, jakby tysiące tysięcy maleńkich korzonków i nitek świadomości w niej i w nim zrosły się w jedną skłębioną masę, aż nie mogły się już dalej tłoczyć razem i roślina obumierała. A teraz Connie spokojnie rozwikłała gmatwaninę swojej i jego świadomości, rozrywając łagodnie jedną po drugiej te subtelne nici, cierpliwie i niecierpliwie dążąc do wyzwolenia. Lecz więzy takiej miłości trudniej jest zerwać niż jakiekolwiek inne więzy; chociaż przybycie pani Bolton stanowiło wielką pomoc.
Ale Clifford ciągle jeszcze pragnął tych poufałych wieczorów spędzanych na rozmowach z Connie: na rozmowach i czytaniu. Connie mogła jednak teraz polecić pani Bolton, aby przyszła o dziesiątej i przeszkodziła. O dziesiątej mogła wejść do swego pokoju i być sama. Clifford znajdował się w dobrych rękach pani Bolton.
Pani Bolton jadała z panią Betts w pokoju gospodyni, gdyż lubiły się one bardzo. Dziwne było w ogóle, o ile bardziej przybliżyło się teraz skrzydło służbowe; aż do samych drzwi pokoju Clifforda, podczas gdy dawniej znajdowało się tak daleko. Pani Betts siedziała bowiem czasami w pokoju pani Bolton, a Connie słyszała ich stłumione głosy i czuła niejako, jak tak zupełnie odmienne tętna ludzi pracujących przenikały niemal do salonu, gdy ona i Clifford byli sami. Tak dalece zmieniło się Wragby już dzięki samemu przybyciu pani Bolton.
I Connie czuła się wyzwolona, czuła się w innym świecie, miała wrażenie, że oddycha inaczej. Ciągle jeszcze doznawała jednak lęku na myśl, ile z jej korzeni, może najważniejszych dla życia, splątanych było z korzeniami Clifforda. A jednak oddychała swobodniej, w życiu jej zaczynał się nowy okres.