Rozdział szósty
— Dlaczego mężczyźni i kobiety nie lubią się dzisiaj prawdziwie? — zapytała Connie Tommy’ego Dukes’a, który był mniej lub więcej jej wyrocznią.
— O, przecież się lubią! Sądzę, że odkąd wynaleziony został gatunek człowieka, nie było nigdy okresu, w którym kobiety i mężczyźni lubiliby się tak bardzo, jak obecnie. Prawdziwa sympatia! Ja sam chociażby... Naprawdę lubię kobiety bardziej niż mężczyzn. Są odważniejsze, można być z nimi szczerym.
Connie zastanowiła się nad jego słowami.
— Ach, tak, ale pan nigdy z nimi nie ma do czynienia! — rzekła.
— Ja? A cóż teraz robię? Przecież właśnie rozmawiam niezmiernie poważnie z kobietą!
— Tak, rozmawia pan...
— A cóż więcej mógłbym robić, gdyby pani była mężczyzną, jak tylko rozmawiać z panią zupełnie uczciwie?
— Może nic. Ale kobieta...
— Kobieta chce, aby ją lubić i rozmawiać z nią, a zarazem, aby ją kochać i pożądać jej. Mnie zaś wydaje się, że dwie te rzeczy wyłączają się nawzajem.
— Ale nie powinny się wyłączać!
— Bez wątpienia, woda nie powinna być tak mokra, jak jest; przesadza w swojej wilgoci. Ale tak już jest. Lubię kobiety i chętnie z nimi rozmawiam. I dlatego nie kocham ich ani nie pożądam. Te dwie rzeczy nie dzieją się we mnie jednocześnie.
— Uważam, że powinny się dziać jednocześnie.
— Doskonale. Fakt, że rzeczy powinny być inne, niż są, nie należy do mojej specjalności.
Connie zastanowiła się nad tym.
— To nieprawda — rzekła. — Mężczyźni mogą kochać kobiety i rozmawiać z nimi. Nie pojmuję, jak mogą je kochać i nie rozmawiać z nimi po przyjacielsku i poufnie.
— Ba — odpowiedział Tommy. — Nie wiem. Jaki cel ma moje uogólnianie? Znam tylko swój własny przypadek. Ja kobiety lubię, ale ich nie pożądam. Chętnie z nimi rozmawiam, a rozmawianie z nimi powoduje co prawda między nami zażyłość, ale przenosi mnie na inny biegun, niżeli dziedzina całowania. Oto wszystko! Ale niechaj mnie pani nie traktuje jako przykładu ogólnego. Prawdopodobnie jestem przypadkiem specjalnym. Jednym z owych mężczyzn, którzy lubią kobiety, ale ich nie kochają, którzy ich wręcz nienawidzą, gdy ich zmuszają do udawania miłości albo przybierania wyglądu zdobytych.
— Ale czy to pana nie martwi?
— Dlaczego miałbym się tym martwić? Bynajmniej! Przyglądam się Charliemu Mayowi i innym mężczyznom, którzy miewają miłostki... Nie, nie zazdroszczę im wcale! Gdyby los zesłał mi kobietę, którą bym pragnął posiadać: doskonale, ale że nie znam kobiety, którą bym chciał posiadać, i nie widzę takiej nigdzie... Ba, prawdopodobnie jestem zimny, ale naprawdę niektóre kobiety lubię szczerze.
— Czy mnie pan lubi?
— Nawet bardzo! I widzi pani, między nami nie istnieje w ogóle kwestia pocałunków, prawda?
— Nie, zupełnie — odpowiedziała Connie. — Ale czy nie powinna istnieć?
— Dlaczego, na Boga! Bardzo lubię Clifforda, ale coby pani powiedziała, gdybym podszedł do niego i pocałował go?
— Czy tu nie ma żadnej różnicy?
— Na czym ona polega w naszym przypadku? Wszyscy jesteśmy ludźmi inteligentnymi, a męskość i kobiecość jest na uboczu. Po prostu na uboczu. Czy byłaby pani zadowolona, gdybym zaczął w tej chwili zachowywać się jak kontynentalny samczyk i stosować swój seksualizm?
— Uważałabym to za wstrętne.
— No więc! Powiadam pani, że jeżeli w ogóle jestem samcem, to nie spotykam nigdy samiczki mego gatunku. I nie odczuwam jej braku. Po prostu tylko lubię kobiety. Kto może mnie zmusić, żeby je kochać lub udawać, jakobym je kochał, kto może mnie zmusić do stosowania mego seksualizmu?
— Nie, ja na pewno nie. Ale coś tu jeszcze jest nie w porządku.
— Pani to tak odczuwa. Ja nie.
— Tak, czuję, że między mężczyznami a kobietami coś jeszcze jest nie w porządku. Kobieta nie posiada już dla mężczyzny uroku.
— A czy posiada go mężczyzna dla kobiety?
Connie zastanowiła się nad drugą stroną kwestii.
— Niewiele — odpowiedziała szczerze.
— W takim razie pozostawmy sprawy ich biegowi i obcujmy lepiej z sobą przyzwoicie i z prostotą, jak prawdziwi ludzie. Diabli niech porwą sztuczny przymus płciowy! Wyrzekam się go!
Connie wiedziała, że właściwie miał rację. Ale budziło w niej to uczucie takiego osamotnienia, takiego osamotnienia i zbłąkania. Czuła się jak kawałek drzewa na mętnym stawie. Jaki sens miała ona albo cokolwiek na świecie?
To młodość jej tak się burzyła. Ci mężczyźni wydawali się tak starzy i zimni. Wszystko wydawało się stare i zimne. A Michaelis zawiódł ją; był do niczego. Mężczyźni nie pragnęli kobiety; po prostu nie chcieli naprawdę posiadać kobiety. Nawet Michaelis.
A fircykowie, którzy udawali tylko i rozpoczynali grę płciową, byli najgorsi.
Było to smutne, ale trzeba się z tym było pogodzić. To prawda: mężczyźni nie posiadali dla kobiet istotnego uroku. Kiedy sobie kobieta zdołała wmówić, że go posiadają, jak to ona uczyniła w stosunku do Michaelisa, to robiła jeszcze rzecz najrozsądniejszą, jaką zrobić mogła. Tymczasem żyło się po prostu i niepodobna było tego zmienić. Connie rozumiała doskonale, dlaczego ludzie pili cocktail, słuchali jazzu i do upadłego tańczyli charlestona. Młodość musiała się na tej czy na innej drodze wyszumieć, inaczej pożarłaby człowieka. Ale jakże ohydną rzeczą była ta młodość! Człowiek czuł się stary jak Matuzalem, a ta młodość świerzbiła go tymczasem i nie pozwalała mu żyć w spokojnych wygodach. Wstrętne życie! I bez żadnych widoków! Pragnęła już niemal uciec z Mickiem i uczynić ze swego życia jedną długą zabawę wieczorową z cocktailem i jazzem. Byłoby to w każdym razie lepsze, niż po prostu wpędzać się do grobu głupimi, tęsknymi marzeniami.
Podczas jednego ze swoich niedobrych dni wyszła sama i przechadzała się po lesie zamyślona, nie zwracając na nic uwagi, nie wiedząc nawet, gdzie się znajduje. Odgłos wystrzału w niewielkiej odległości przeraził ją i rozgniewał.
Po chwili, idąc dalej, usłyszała głosy i cofnęła się. Ludzie! Nie chciała widzieć ludzi. Ale bystry jej słuch pochwycił jeszcze inny dźwięk, który zbudził jej ciekawość; był to płacz dziecka. Natychmiast ogarnęła ją troska; ktoś obchodził się źle z dzieckiem. Szybko ruszyła przez wilgotną ścieżkę leśną; budziła się w niej głucha niechęć. Czuła się właśnie w odpowiednim nastroju, aby urządzić scenę.
Minąwszy zakręt, ujrzała przed sobą dwie postacie stojące na drodze: leśniczego i małą dziewczynkę w czerwonym płaszczyku i kreciej czapeczce. Dziewczynka płakała.
— Przestaniesz buceć, ty diosecki skrzocie! — usłyszała gniewny głos mężczyzny, a dziecko poczęło płakać głośniej.
Constance zbliżyła się z płonącymi oczyma. Leśniczy odwrócił się i spojrzał na nią, ukłonił się chłodno, ale był blady z gniewu.
— Co się stało? Dlaczego ona płacze? — zapytała Constance tonem rozkazującym, ale prawie bez tchu.
Lekki uśmiech, niby szydercze skrzywienie, zjawił się na twarzy mężczyzny.
— No, to się już jom samom niech zapytajom, panuchno — odpowiedział gruboskórnie, posługując się dialektem.
Connie miała wrażenie, jakby ją uderzył w twarz. Poczerwieniała. Potem skupiła siły i spojrzała na niego ciemnoniebieskimi oczyma, płonącymi trochę niepewnie.
— Ale ja pana pytałam — odparła.
Leśniczy wykonał dziwny, lekki ukłon i zdjął kapelusz.
— Tak jest, proszę jaśnie pani — rzekł, a potem, powracając do dialektu. — Jo im tego, panuchno, pedzieć nie moga.
I stał się cały żołnierzem, niezbadanym i tylko trochę bladym z gniewu.
Connie zwróciła się do dziecka, krępej, ciemnowłosej dziewczynki w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat.
— Co ci się stało, maleńka? Powiedz mi, dlaczego płaczesz! — zapytała z konwencjonalną słodyczą w głosie.
Jeszcze gwałtowniejszy, świadomy celu płacz. Jeszcze więcej słodyczy ze strony Connie.
— Ależ, ależ, nie płaczże już. Powiedz mi, co ci uczyniono!...
Podkreślona czułość w głosie. Jednocześnie sięgnęła do kieszeni żakietu i na szczęście znalazła sześciopensową monetę.
— Nie płacz już! — powiedziała i pochyliła się nad dzieckiem. — Patrz, co dla ciebie mam!
Jeszcze kilka łkań, krótki szloch, piąstka odrywa się od twarzy, czarne, przebiegłe oczko rzuca szybkie spojrzenie na monetę. Potem znowu szloch, ale już słabszy.
— No, no, powiedz mi, co ci się stało, powiedz!
Connie wcisnęła monetę do brudnej rączki dziecka, która zacisnęła się natychmiast dookoła sześciopensówki.
— To bez... bez... kocika.
Dreszcz przemijającego łkania.
— Jakiego kocika, moje dziecko?
Po chwili milczenia lękliwa rączka, zaciśnięta wokół monety, wskazuje w stronę krzaków jeżyny.
— Hań!
Connie spojrzała w tym kierunku i rzeczywiście leżał tam wielki, czarny kot, ohydnie rozciągnięty, z odrobiną krwi na futrze.
— O! — zawołała Connie z odrazą.
— Robsik34, jasno panuchno — rzekł leśniczy drwiąco.
Connie rzuciła na niego gniewne spojrzenie.
— Nic dziwnego, że mała płacze — powiedziała — jeżeli zastrzelił go pan w jej obecności. Nic dziwnego, że płacze!
Leśniczy spojrzał w oczy Connie lakonicznie, pogarliwie, nie ukrywając swoich uczuć. Connie zaczerwieniła się znowu; czuła, że urządziła scenę, dla której ten człowiek nie żywił szacunku.
— Jak się nazywasz, mała? — zapytała dziecka czule. — Powiesz mi swoje nazwisko?
Znowu szloch; potem ostentacyjnie, piskliwym głosikiem:
— Connie Mellors.
— Connie Mellors! Ach, co za piękne nazwisko! I przyszłaś tutaj z tatusiem, a on zastrzelił kotka? Ale to był zły kot!
Dziecko spojrzało na nią odważnymi, ciemnymi, badawczymi oczyma, szacując ją i jej współczucie.
— Chciałach zostać u starki35 — rzekła dziewczynka.
— Tak? A gdzie jest twoja babcia?
Dziecko uniosło ramię i wskazało wzdłuż drogi.
— Hań, w doma.
— W domu! A chciałabyś wrócić do niej?
Znowu nagłe drganie, niby wspomnienie poprzedniego płaczu.
— Dyć!
— Więc chodź! Zaprowadzić cię? Mam cię zaprowadzić do babci? A tatuś niech tu sobie robi, co chce. — Zwróciła się do leśniczego. — To pańska córeczka, prawda?
Leśniczy uniósł rękę do kapelusza i wykonał lekki, potakujący ruch głowy.
— Mogę ją chyba odprowadzić do domu? — zapytała Connie.
— Jak sobie jaśnie pani życzy.
Znowu spojrzał jej w oczy owym spokojnym, badawczym, chłodnym wzrokiem. Człowiek, który był bardzo samotny i zupełnie zdany na siebie.
— Chcesz pójść ze mną do domu, do babci?
Dziecko podniosło znowu wzrok.
— Dyć! — zapiszczało.
Connie nie podobała się ta skrzywiona, fałszywa kobietka. Otarła jej jednak twarzyczkę i ujęła ją za rękę. Leśniczy ukłonił się w milczeniu.
— Do widzenia — rzekła Connie.
Do domu była prawie mila i Connie starsza była już dość znudzona Connie młodszą, gdy ukazało się wreszcie niewielkie, malownicze osiedle leśniczego. Dziecko było rozkapryszone jak mała małpka i niezmiernie zarozumiałe.
Drzwi leśniczówki stały otworem, z izby dochodziło stukanie. Connie zatrzymała się przed domem, dziecko wyrwało jej rączkę i wbiegło do środka.
— Starko! Starko!
— Cego to? Zaś eś sam?
Babka uczerniła właśnie świeżo kotlinę36, gdyż było to sobotnie przedpołudnie. Podeszła do drzwi w zwisającym luźno fartuchu, ze szczotką w ręku, z czarnym pasmem sadzy koło nosa. Była to maleńka, chuda jak deska kobieta.
— No, co to zaś takiego? — zawołała, widząc Connie za drzwiami, i szybko otarła twarz rękawem.
— Dzień dobry! — rzekła Connie. — Mała płakała, więc przyprowadziłam ją do domu.
Babka spojrzała szybko na dziecko.
— A kaj tatulek?
Mała uczepiła się spódnicy babci i zalewała się łzami.
— Był w lesie — wyjaśniła Connie — ale zastrzelił kłusującego kota, co bardzo wystraszyło małą.
— Maryjko święta, a to zaś co? Nie gańba cie tropić jasno panuchne, co? Dyć to doprowdy bardzo pieknie z jeich strony, jasno panuchno, ale nie potrzebowali sie przeca sami tropić. Ludkowie złoci, cy to wto coś takiego widzioł?
I staruszka zwróciła się znowu do wnuczki:
— Dziwej sie, wiela utropy narobili se panuchna lo ciebie! Wierza sie bardzo umęcyli, jasno panuchno?
— To nic męczącego, to tylko spacer — rzekła Connie z uśmiechem.
— Doprowdy, to za mocno łaski z jeich strony, jasno panuchno. A podziękowałaś to aby? Joch razym wiedziała, iże sie cosik zrobi, jak z śnim pódzie. Łona sie go boi, ło to jeny chodzi. Łon jes lo niej jak cudzy, blank jak cudzy. Joch se tyż myśla, że łoni łoba nieprendko sie ze sobom zżyjom. Łon ma takie jakieś dziwne maniery.
Connie nie wiedziała, co powiedzieć.
— Dziwejcie sie, starko! — zaszczebiotało dziecko.
Staruszka spojrzała na sześciopensówkę w lewej ręce dziewczynki.
— Sześć pientoków! Nie, jasno panuchno, tego przeca nie muszom robić, tego przeca nie muszom robić. Panuchna Chatterley som lo ciebie za dobrzi! Sprawiedliwie, to dziołszysko mo scęście!
Wymawiała to nazwisko, jak wszyscy ludzie we wsi: Czatli. „Panuchna Czatli som lo ciebie za dobrzi!” — Connie nie mogła się powstrzymać, musiała spojrzeć znowu na nos staruszki, która raz po raz przejeżdżała ręką po twarzy, ale nie trafiała na smugę sadzy.
Connie skierowala się do odejścia.
— Dzieńkuja im pieknie, panuchno Czatli, bardzo pieknie im dzieńkuja. Podzieńkuj żys jasnej panuchnie! — rozkazała staruszka dziecku.
— Dzieńkuja... — pisnęła mała.
— Ślicznie! — uśmiechnęła się Connie i rzuciwszy jeszcze „do widzenia”, oddaliła się, rada szczerze, że jest znowu wolna. „To dziwne — pomyślała — że ten wysmukły, dumny mężczyzna miał za matkę tę małą, szorstką kobietę!”
Zaś stara kobieta, gdy tylko Connie odeszła, pobiegła szybko do lusterka w kuchni i obejrzała sobie twarz. Kiedy ujrzała swój obraz, tupnęła nogą ze złości.
— Prawie w tej usmolonej zapasce i z tom cornom gembom musiała mie zastać. Co se terozki ło mnie bydzie myśleć!
Connie powracała powoli do domu, do Wragby. „Dom!”... to było zbyt ciepłe słowo dla tej wielkiej, niesympatycznej budowli. Ale było to ostatecznie słowo, którego chwila już minęła. Było ono niejako wymazane. Wszystkie te wielkie słowa, tak się Connie wydawało, wymazane były dla jej pokolenia: miłość, radość, szczęście, dom, matka, ojciec, mąż, wszystkie te wielkie, dynamiczne słowa były teraz na wpół umarłe i z dnia na dzień zamierały coraz bardziej. Dom był miejscem, w którym się mieszkało, miłość — rzeczą, dla której nie warto było wystawiać się na śmieszność, radość — wyrazem, który się stosowało do dobrego charlestona, szczęście — obłudnym wyrażeniem, aby zamydlić oczy innym ludziom, ojciec — odrębną istotą, która wiodła własny żywot, mąż — mężczyzną, z którym się żyło i którego utrzymywało się w dobrym humorze. A płeć, ostatnie z wielkich słów, to był po prostu cocktail, wyraz oznaczający podnietę, która na chwilę pobudzała człowieka; a potem pozostawiała go jeszcze bardziej zużytym. Zużyty! Miało się wrażenie, jakby nawet materia, z jakiej się było stworzonym, była tanią materią, która się strzępiła i z której w końcu nic nie pozostawało.
I istotnie nie pozostawało nic poza zalęknionym stoicyzmem; była w tym jakaś przyjemność. W samym przeżywaniu nicości życia, szczebel po szczeblu, stopień po stopniu było jakieś okrutne zadośćuczynienie. Więc to było to! Zawsze to było ostatnie słowo: dom, miłość, małżeństwo. Michaelis: Więc to było to! A gdy się będzie umierało, ostatnie słowa, skierowane do życia, będą: Więc to było to!...
Pieniądze? O nich nie można było może powiedzieć tego samego. Pieniędzy potrzebowało się stale. Pieniądze, powodzenie, psia bogini, jak Tommy Dukes nazywał ją uporczywie za przykładem Henry’ego Jamesa37 — to były trwałe konieczności. Nie można było wydać ostatniego grosza, a w końcu powiedzieć sobie: Więc to było to! Nie, jeśli się miało żyć jeszcze chociażby tylko dziesięć minut, trzeba było mieć pieniądze na to i na owo. Już dla samego wprawienia mechanizmu w ruch potrzebowało się pieniędzy. Trzeba je było mieć. Pieniądze trzeba było mieć. Niczego innego w istocie się nie potrzebowało. Więc to było to!
Oczywiście nie jest twoim błędem, że żyjesz. Ale jeżeli żyjesz, pieniądze są ci konieczne, jest to jedyna nieodzowna konieczność. Bez wszelkich innych rzeczy można się w razie potrzeby obyć. Ale nie bez pieniędzy. Istotnie: Więc to jest to!
Pomyślała o Michaelisie i o pieniądzach, jakie by z nim miała; ale i tego nie chciała. Wolała skromną sumę, jaką Clifford zarabiał przy jej pomocy pisarstwem. Rzeczywiście przy jej pomocy. „Clifford i ja zarabiamy swoim pisaniem tysiąc dwieście funtów rocznie”; tak to w duchu wyrażała. Zarabiać pieniądze! Zarabiać! Z niczego! Łapać je z powietrza! Jedyny czyn, z którego mógł być człowiek dumny! Reszta to przesada.
Z takimi myślami szła naprzód, do domu, do Clifforda, aby znowu usiąść z nim razem i stworzyć jeszcze jedną nowelę z niczego: a nowela to były pieniądze. Cliffordowi najwidoczniej zależało bardzo na tym, czy się uważało jego opowiadania za pierwszorzędną literaturę czy nie. Jej było to, ściśle biorąc, obojętne. „Nic w tym nie ma!” — mówił jej ojciec. „Tysiąc dwieście funtów rocznie!” — brzmiała prosta i rozstrzygająca odpowiedź.
Jeśli człowiek był młody — zagryzał zęby, brał się do roboty i dopinał tego, że pieniądze zaczynały płynąć z niewidzialnego źródła; była to kwestia siły. Była to kwestia woli; subtelne, subtelne, ale silne promieniowanie woli z własnej jaźni przynosiło człowiekowi tajemniczą nicość pieniądza: słowo na kawałku papieru. Był to rodzaj magii i bez wątpienia było to triumfem. Psia bogini! Dobrze, jeśli już trzeba się było prostytuować, to niechaj to będzie psia bogini; można nią było zawsze gardzić, nawet prostytuując sie z nią, i tak było dobrze.
Clifford posiadał oczywiście jeszcze wiele innych dziecięcych tabu i fetyszów. Chciał uchodzić za pisarza „naprawdę dobrego”, a to były bzdury. Naprawdę dobre było to, co się udawało. Na nic się nie zda pisać naprawdę dobrze i siedzieć z tym na lodzie. Ludzie, którzy byli czymś „naprawdę dobrym”, właśnie nie potrafili złapać w porę autobusu. Ostatecznie żyło się tylko raz, a kto spóźnił się do autobusu, pozostawał po prostu na chodniku, razem z innymi ludźmi, którzy nie potrafili niczego dopiąć.
Connie myślała o tym, aby spędzić zimę z Cliffordem w Londynie, najbliższą zimę. Oni oboje zdążyli w samą porę na autobus, mogli więc jechać przez pewien czas na pomoście i pokazać się.
Najgorsze było, że Clifford skłaniał się do tego, aby być niewyraźnym i nieprzytomnym, a chwilami popadał w puste przygnębienie. Były to przejawy owej rany w jego psyche. Ale na Connie oddziaływało to w ten sposób, że niekiedy miała ochotę krzyczeć. O Boże, jeśli sam mechanizm świadomości doznawał zakłóceń, cóż człowiekowi pozostawało! Do licha, robiło się swoje! Czyż było się zupełnie bezsilnym?
Niekiedy płakała gorzko, ale płacząc powiadała sobie: „Głuptasie, moczysz tylko chusteczki, jakby ci to mogło pomóc!”
Od czasów Michaelisa postanowiła nie pragnąć niczego więcej. Wydawało się to jej najprostszym rozwiązaniem nierozwiązalnej sytuacji. Nie pragnęła niczego więcej, niżeli posiadała. Chciała tylko ułożyć sobie życie z tym, co posiadała. Clifford, nowele, Wragby, żywot Lady Chatterley, pieniądze i sława, tyle tego było... z tym wszystkim chciała sobie ułożyć życie. Miłość, płeć, wszystkie te głupstwa — to po prostu lodowaty cukier! Poliż go i zapomnij o nim! Jeśli się nie przywiązywało do tego w duchu wagi, było to niczym. Zwłaszcza płeć... była niczym! Wystarczy się na to raz zdecydować, a zagadnienie będzie rozwiązane. Rozkosz płciowa i cocktail: obydwa trwały mniej więcej jednakowo długo, wywierały taki sam skutek i mniej więcej sprowadzały się do tego samego.
Ale dziecko, bobasek! To jednak dawało jakieś uczucia. Postanowiła traktować tę sprawę bardzo ostrożnie. Trzeba się było przede wszystkim zastanowić co do mężczyzny. I rzecz dziwna: na całym świecie nie było mężczyzny, z którym pragnęłaby mieć dzieci. Dzieci Micka! Obrzydliwa myśl! Z równą przyjemnością mogłaby mieć dzieci z królikiem. Tommy Dukes?... Był bardzo miły, a jednak niepodobna było wyobrazić go sobie w związku z noworodkiem, z innym pokoleniem. Kończył się na sobie. A wśród wszystkich pozostałych, tak rozległych znajomości Clifforda nie było ani jednego mężczyzny, który by nie budził jej odrazy na myśl, że mogłaby z nim mieć dziecko. Wielu było, którzy doskonale nadawaliby się na kochanków, nawet Mick. Ale mieć z nimi dziecko! Brrr! Poniżające i ohydne!
Więc to było to!
Tym niemniej Connie nie przestawała myśleć o dziecku. Cierpliwości! Cierpliwości! Przesieje całe pokolenie mężczyzn i przekona się, czy nie znajdzie się wśród nich choćby jeden, który by się nadawał. „Idźcie na ulice i w zaułki Jerozolimy i patrzcie, czy znajdziecie męża38”. Niemożliwością było znaleźć męża w Jerozolimie proroka, chociaż były tam tysiące mieszkańców płci męskiej. Ale mężczyzna! C’est une autre chose!39
Miała wrażenie, że musi to być cudzoziemiec. Nie Anglik, a tym mniej Irlandczyk. Prawdziwy cudzoziemiec.
Ale cierpliwości! cierpliwości! Najbliższej zimy zawiezie Clifforda do Londynu; następnej nakłoni go do wyjazdu zagranicę, do południowej Francji, do Włoch. Cierpliwości! Nie śpieszyło się jej z dzieckiem. Była to jej własna sprawa i jedyna sprawa, którą traktowała niezmiernie poważnie, w jakiś sobie tylko właściwy, dziwnie kobiecy sposób. Nie zaryzykuje tego z jakimś przypadkowo spotkanym człowiekiem, ona nie! Kochanka można sobie było wziąć każdej chwili, ale mężczyznę, z którym się chciało mieć dziecko... cierpliwości! cierpliwości! to zupełnie inna sprawa. „Idźcie na ulice i w zaułki Jerozolimy...” Nie była to kwestia miłości; szło tylko o mężczyznę. Ba, można by go nawet osobiście niemal nienawidzić. Ale jeśliby był prawdziwy, cóż znaczyła osobista nienawiść? Szło tutaj o drugą część własnego „ja”.
Padało jak zwykle i drogi były zbyt rozmokłe, aby Clifford mógł wyjeżdżać w swoim fotelu. Connie chciała jednak spacerować. Wychodziła teraz codziennie sama, przeważnie do lasu, gdzie była naprawdę samotna. Tam nie widział jej nikt.
Tego jednak dnia Clifford chciał przesłać leśniczemu jakieś zlecenie, a że chłopiec stajenny zachorował na grypę — we Wragby zawsze ktoś chorował na grypę — Connie oznajmiła, że wstąpi do leśniczówki.
Powietrze było miękkie i martwe, jakby powoli obumierał cały świat. Wszystko szare, wilgotne i ciche, nikt nawet nie krzątał się przy kopalni, gdyż szyby pracowały teraz niepełny tydzień, a dzisiaj zupełnie nie pracowały. Kres wszystkiego!
W lesie panowała bezgraniczna nieruchomość, tylko wielkie krople spadały z nagich gałęzi, z głuchym, stłumionym dźwiękiem. Poza tym pośród szarych drzew była tylko szarzyzna, beznadziejne rozleniwienie, milczenie, pustka.
Connie szła naprzód nieświadomie. Ze starego lasu płynęła ku niej prastara melancholia, jakaś ulga, milsza niż brutalna bezuczuciowość zewnętrznego świata. Lubiła to ucieleśnienie resztek dawnego boru, to bezsłowne milczenie starych drzew. Wydawały się one prawdziwą potęgą milczenia, a zarazem żywą obecnością. I one czekały: czekały uparcie, stoicko, rozsiewając potęgę milczenia. Może czekały tylko na kres: na ścięcie i wywiezienie, kres lasu, dla nich kres wszystkiego. Ale może ich surowe i arystokratyczne milczenie, milczenie silnych drzew, oznaczało coś innego.
Kiedy wyszła z lasu od północnej strony, leśniczówka, dość ciemny budynek ceglany ze szczytowym dachem i zgrabnym kominem, wydała się jej niezamieszkała, taka była cicha i samotna. Ale z komina unosiła się smuga dymu, a mały, ogrodzony ogródek przed domem był okopany i bardzo starannie utrzymany. Drzwi wejściowe były zamknięte.
Kiedy już tu była, uczuła lekką obawę przed tym mężczyzną o dziwnych, spoglądających w dal oczach. Nie było jej miło przynosić mu rozkazy, miała ochotę zawrócić. Zapukała cicho, nikt się nie zjawił. Zapukała ponownie, ale ciągle jeszcze nie głośno. Nie otrzymała odpowiedzi. Zajrzała przez okno i zobaczyła ciemny, niewielki pokój w ponurym niemal zamknięciu, jakby nie dopuszczał do siebie niczego.
Stała, nasłuchując, i wydało się jej, że słyszy szmery za domem. Ponieważ nie udało się jej zwrócić na siebie uwagi, uczuła się podrażniona i nie chciała się dać zwyciężyć.
Obeszła więc dom dokoła. Z tyłu grunt opadał stromo, tak że podwórze leżało niżej i otoczone było niskim murem. Wyszła zza węgła domu i zatrzymała się. Na małym dziedzińcu, kilka kroków przed nią, stał nieświadomy jej obecności leśniczy i mył się. Był nagi do pasa, a aksamitne spodnie osunęły się nieco z jego smukłych bioder. Jego biały, wąski grzbiet pochylony był nad wielką miską mydlin, w których zanurzał głowę, potrząsając nią dziwnie drobnymi ruchami, unosił białe, szczupłe ramiona i wyciskał mydliny z uszu, zręczny, gibki jak łasica i zupełnie sam. Connie cofnęła się za węgieł domu i pobiegła w stronę lasu. Walczyła z sobą po doznanym wstrząsie. Ale ostatecznie był to tylko myjący się mężczyzna; rzecz zupełnie zwyczajna. Niebo świadkiem!
A jednak w jakimś dziwnym znaczeniu było to wizjonerskie przeżycie: przejęło ją do głębi. Widziała niezgrabne, krótkie spodnie zsuwające się po czystych, delikatnych, białych biodrach, na których trochę wystawały kości, a wrażenie samotności, wrażenie czystej i samotnej istoty przeniknęło ją na wskroś. Idealna biel samotnej nagości istoty, która żyła sama, wewnętrznie także sama. A poza tym pewnego rodzaju piękność czystego stworzenia. Nie istota piękności, nawet nie ciało piękności, tylko jakieś promieniowanie, gorący, biały płomień jednego jedynego życia, odsłaniający się w zarysach, których można było dotknąć: ciało!
Nagła przeraźliwość tej wizji przejęła Connie do głębi; wiedziała o tym; i teraz było to w niej. Ale w duchu miała ochotę ośmieszania. Mężczyzna myjący się na tylnym podwórzu! I na domiar na pewno żółtym mydłem o złym zapachu! Była zła; dlaczego jej się przytrafiło, że natknęła się na tę wulgarną czynność.
Szła więc naprzód, ale po pewnym czasie usiadła na pniu. Była zbyt oszołomiona, aby myśleć. Ale mimo tej gmatwaniny oszołomienia była zdecydowana oznajmić temu człowiekowi o poleceniu, jakie dla niego miała. Nie pozwoli, aby jej coś przeszkodziło. Musi mu dać czas na ubranie się, ale nie dość czasu na wyjście z domu. Widocznie szykował się do wyjścia.
Zawróciła powoli, nadsłuchując. Kiedy się zbliżyła, domek wyglądał zupełnie tak samo, jak przedtem. Pies zaszczekał, Connie zapukała do drzwi i nie mogła zapobiec temu, że serce jej biło mocno.
Usłyszała, jak mężczyzna schodził lekkimi krokami ze schodów. Szybko otworzył drzwi i przestraszył ją. On sam był trochę zakłopotany, ale natychmiast ukazał się na jego twarzy uśmiech.
— Lady Chatterley! — rzekł. — Może pani wejdzie?
Zachowanie jego było zupełnie swobodne i dobre. Connie przekroczyła próg i znalazła się w dość ponurym, małym pokoju.
— Wstąpiłam tylko z polecenia sir Clifforda — rzekła miękkim, trochę zadyszanym głosem.
Leśniczy spojrzał na nią niebieskimi, wszystko widzącymi oczyma, co ją skłoniło do odwrócenia twarzy. Wydała mu się ładna, niemal piękna w tym zalęknieniu, natychmiast więc opanował sam sytuację.
— Może pani usiądzie? — zapytał w przypuszczeniu, że tego nie zrobi. Drzwi były otwarte.
— Nie, dziękuję. Sir Clifford chciał wiedzieć, czy pan... — i powtórzyła polecenie męża, patrząc mu nieświadomie w oczy. Teraz oczy jego spoglądały ciepło i łagodnie, zwłaszcza jak dla kobiety, cudownie ciepło i łagodnie, i swobodnie.
— Dobrze, proszę jaśnie pani. Zaraz to załatwię.
Z chwilą przyjęcia rozkazu całe jego zachowanie zmieniło się zupełnie, przybrało odcień oschłości i oddalenia. Connie zawahała się, powinna była odejść. Rozglądała się jednak po małym, czystym, ale dość ponurym pokoiku z pewnego rodzaju zalęknieniem.
— Mieszka pan tu zupełnie sam? — zapytała.
— Zupełnie sam, proszę jaśnie pani.
— A przecież matka pańska...?
— Matka mieszka we własnym domu we wsi.
— Z dzieckiem? — zapytała Connie.
— Z dzieckiem!
Jego prosta, wyniszczona twarz przybrała nieokreślony, uśmiechnięty wyraz. Była to twarz, która zawsze zmieniała się w oszołamiający sposób.
— Nie — powiedział, widząc, że Connie stała, nie rozumiejąc nic. — Matka moja przychodzi co sobotę i sprząta mi; resztę robię sam.
Connie spojrzała na niego znowu. Oczy jego znów się uśmiechały, nieco drwiąco, ale ciepło i niebiesko, i łagodnie zarazem. Dziwiła mu się. Był teraz ubrany w długie spodnie, flanelową koszulę i szary krawat, włosy miał miękkie i wilgotne, twarz bladą i wyniszczoną. Gdy oczy przestawały się uśmiechać, wyglądały, jakby wycierpiały wiele, nie utraciwszy jednak swego ciepła. Ale otaczał go jakiś nalot odosobnienia; Connie nie istniała dla niego realnie.
Chciała powiedzieć wiele rzeczy, ale nie powiedziała nic. Spojrzała tylko na niego i rzekła:
— Mam nadzieję, że panu nie przeszkodziłam?
Lekki, drwiący uśmiech zwęził jego oczy.
— Czesałem się tylko, za pozwoleniem jaśnie pani. Przepraszam, że jestem bez marynarki, ale nie wiedziałem, kto puka. Tutaj nikt nigdy nie puka. A to, co nieoczekiwane, brzmi zwykle złowieszczo.
Wyszedł przed nią na ścieżkę ogródka, aby jej otworzyć furtkę. Widząc go w koszuli, bez niezgrabnej marynarki aksamitnej, Connie zauważyła znowu, jaki był szczupły, jaki chudy i trochę zgarbiony. A jednak kiedy przechodził teraz obok niej, coś młodego i jasnego było w jego włosach i żywych oczach. Mógł mieć trzydzieści siedem lub osiem lat.
Skierowała się w stronę lasu, wiedząc, że on spogląda za nią; wbrew woli czuła się przez to stropiona.
A on, powróciwszy do pokoju, pomyślał: „Miła jest, prawdziwa jest! Milsza jest, niż sobie sama uświadamia”.
Connie była bardzo zdziwiona jego osobą. Wydawał się tak różny od zwykłego leśniczego, w każdym razie był zupełnie inny, niż bywają robotnicy, chociaż miał coś wspólnego z miejscowymi ludźmi. Ale było w nim też coś niezwykłego.
— Leśniczy Mellors jest dziwnym człowiekiem — rzekła do Clifforda. — Mógłby być niemal gentlemanem.
— Tak? — odpowiedział Clifford. — Nie zauważyłem.
— Czyż on nie ma w sobie czegoś osobliwego? — nastawała Connie.
— Zdaje się, że to przyzwoity chłopak, ale wiem o nim bardzo mało. Powrócił dopiero w zeszłym roku z wojska, nie ma jeszcze roku. Jeżeli się nie mylę, z Indii. Może podchwycił tam trochę manier, może był ordynansem oficerskim i poduczył się na swoim stanowisku. Z niektórymi tak bywało. Ale to dla nich niedobrze; kiedy wracają do domu, muszą też wracać na swoje miejsce.
Connie spojrzała na Clifforda w zamyśleniu. Wyczuwała w nim jakąś osobliwą niechęć do każdego człowieka z niższej sfery, który mógłby się wybić, niechęć, którą znała jako charakterystyczną dla ludzi jego typu.
— Nie sądzisz jednak, że jest w nim coś szczególnego? — zapytała.
— Szczerze mówiąc, nie! Przynajmniej ja nic nie zauważyłem.
Spojrzał na nią z zaciekawieniem, nieswojo, na wpół podejrzliwie, a Connie czuła, że nie mówił prawdy; sam sobie prawdy nie mówił, o to właśnie szło. Nie mógł znieść napomknienia o rzeczywistej niezwykłości jakiegoś człowieka. Ludzie powinni stać w przybliżeniu na jego szczeblu albo niżej od niego.
Connie odczuła znowu, jak zaskorupiali, jak nieżyczliwi byli mężczyźni jej pokolenia, tacy byli zaskorupiali, tacy zastraszeni przez życie!