Rozdział piąty
Pewnego mroźnego poranka rozjaśnionego słabym słońcem lutowym Clifford i Connie udali się na przechadzkę przez park do lasu. Clifford jechał w swoim fotelu motorowym, a Connie szła obok niego.
Ostre powietrze ciągle jeszcze przesiąknięte było siarką, ale oni przywykli już do tego. Nad niedalekim horyzontem unosiły się opary, opalizując od mrozu i dymu, zaś w górze leżało małe, błękitne niebo; miało się wrażenie, jakby się było wewnątrz ogrodzenia, zawsze wewnątrz. Życie było zawsze snem albo szaleństwem wewnątrz ogrodzenia.
Owce pasły się na grubej, suchej trawie parku, gdzie szron pokrywał niebieskawą warstwą źdźbła i kępki trawy. Przez park biegła ścieżka do furtki lasu, wąska, różowa wstęga. Clifford kazał ją świeżo wysypać przesiewanym gruzem z hałd kopalni. Kiedy kamienie i odpadki świata podziemnego wypaliły się i oddały swoją siarkę, przybierały barwę jasnoróżową, barwę krewetek w dni suche, ciemną barwę krabów w dni dżdżyste. Dzisiaj żwir miał blady kolor krewetek z niebieskawobiałą powłoką szronu. Connie podobał się zawsze ten kobierzec przesiewanych, jasnoróżowych kamyków. Zły to wiatr, który nikomu nie przynosi nic dobrego.
Clifford kierował ostrożnie po stoku wiodącym od domu; ręka Connie spoczywała na poręczy fotela. Przed nimi leżał las, najpierw leszczynowy zagajnik, za nim fioletowa masa dębów. Przed lasem skakały, skubiąc coś, króliki. Wrony uniosły się nagle czarną chmurą i odfrunęły.
Connie otworzyła furtkę wiodącą do lasu, a CIifford wyjechał powoli na szeroką drogę, biegnącą wzwyż pagórka między gęstwą leszczyny. Las we Wragby był pozostałością wielkiego boru, w którym polował jeszcze Robin Hood28, ta zaś ścieżka była prastarą drogą, przecinającą okolicę. Teraz jednak była tylko ścieżką, wiodącą przez prywatny las. Droga z Mansfield obiegała łukiem bardziej na północ.
W lesie wszystko było nieruchome. Stare listowie na ziemi zachowało jeszcze szron na dolnej stronie. Kraska29 krzyknęła przenikliwie. Mnóstwo małych ptaków trzepotało się dokoła. Ale nie widać było zwierzyny ani bażantów. Podczas wojny bażanty i zwierzyna zostały wytrzebione, a las pozostawał bez opieki, aż dopiero Clifford sprowadził teraz leśniczego.
Clifford kochał las; kochał stare dęby. Czuł, że należały do niego od pokoleń. Pragnął się nimi opiekować. Pragnął zachować to miejsce w stanie nieuszkodzonym, w odosobnieniu od świata.
Ruchomy fotel wspinał się powoli po stoku, kołysząc się i tańcząc po zmarzłych grudach. I nagle z lewej strony ukazała się polana, na której nie było nic poza gmatwaniną martwych paproci, i tylko tu i ówdzie cienkie, ostre, nachylone ukośnie, młode drzewo albo wielki pień, ukazujący powierzchnię cięcia i rozłożyste korzenie — martwy. I czarne plamy w miejscach, gdzie drwale palili chrust i odpadki.
Było to jedno z owych miejsc, w których Sir Geoffrey w czasie wojny kazał rąbać drzewa dla okopów. Cały pagórek, wznoszący się łagodnie z prawej strony drogi, był ogołocony i wyglądał dziwnie nago i bezradnie. Na szczycie wzgórza, gdzie stały niegdyś dęby, teraz była pustka; ponad drzewami rozciągał się stąd widok na kolejkę kopalnianą i nowe zakłady pod Stacks Gate. Connie zatrzymała się, patrząc dokoła. Była to wyrwa w zamkniętym wszędzie lesie. Wpuszczała ona świat. Ale tego Connie nie powiedziała Cliffordowi.
To wyrąbane miejsce zawsze budziło w Cliffordzie dziwny gniew. Brał udział w wojnie i widział, co ona znaczyła. Ale prawdziwy gniew nie ogarnął go, póki nie ujrzał tego nagiego wzgórza. Kazał je zalesić. Budziło w nim jednak nadal nienawiść do Sir Geoffreya.
Clifford siedział z nieruchomą twarzą, podczas gdy fotel posuwał się z wolna pod górę. Kiedy przybyli na wierzchołek wzgórza, Clifford zatrzymał swój pojazd. Nie mógł się zdecydować na zjazd po długim i bardzo wyboistym zboczu z drugiej strony. Siedział, spoglądając na opadającą, zielonawą ścieżkę, wolną drogę między paprociami i dębami. U stóp pagórka opisywała ona łuk i znikała; ale miała taki wdzięczny, nieprzymuszony bieg, przypominała jezdnych rycerzy i damy na koniach.
— Mam wrażenie, że to naprawdę serce Anglii — rzekł Clifford do Connie, siedząc w słabym świetle lutowym.
— Tak sądzisz? — odpowiedziała Connie, siadając na pniu drzewa u skraju ścieżki.
— Tak, to stara Anglia, jej serce; i pragnę je zachować w nieuszkodzonym stanie.
— O, tak! — rzekła Connie.
W chwili, gdy to mówiła, usłyszała syreny południowe na dole, w kopalni koło Stacks Gate. Clifford był zbyt przyzwyczajony do tego dźwięku, aby zwrócić na niego uwagę.
— Chcę zachować ten las w doskonałym stanie... nietknięty. Nie ścierpię w nim intruzów — rzekł Clifford.
W słowach tych był jakiś patos. Las krył jeszcze ciągle coś z tajemnic dawnej, dzikiej Anglii; ale wyręby Sir Geoffreya w czasie wojny zadały mu cios. Jak ciche były te drzewa o niezliczonych, skłębionych gałęziach, sterczących ku niebu, i szarych, upartych pniach, wznoszących się spomiędzy brunatnych paproci! Jak bezpiecznie latały między nimi ptaki! A niegdyś były tu jelenie, i łucznicy, i mnisi na osłach. To miejsce pamiętało, pamiętało ciągle.
Clifford siedział w bladym słońcu, którego światło padało na jego gładkie, bardzo jasne włosy, na jego rumianą, pełną, nieodgadnioną twarz.
— Kiedy tu jestem, bardziej mi zależy na synu niż kiedykolwiek indziej — powiedział.
— Ale las jest starszy niż twój ród — rzekła Connie łagodnie.
— Oczywiście! — odpowiedział Clifford. — Myśmy go jednak zachowali. Gdyby nas nie było, zniknąłby... zniknąłby tak samo, jak reszta boru. Trzeba zachować coś ze starej Anglii!
— Trzeba? — zapytała Connie. — Czy to musi być zachowane, zachowane nawet wbrew nowej Anglii? To smutne, rozumiem.
— Jeżeli coś ze starej Anglii nie zostanie zachowane, to Anglia w ogóle trwać nie będzie — odpowiedział Clifford. — A my, którzy posiadamy ten rodzaj własności i jej poczucie, musimy to zachować.
Nastąpiła posępna pauza.
— Tak, na krótką chwilę — rzekła Connie.
— Na krótką chwilę! To wszystko, co możemy uczynić. Możemy spełnić tylko swoją część. Mam wrażenie, że każdy mężczyzna w moim rodzie spełnił swoją część, odkąd ta posiadłość należy do nas. Można się zwracać przeciwko konwencjom, ale trzeba utrzymywać tradycję.
Znowu nastąpiła pauza.
— Jaką tradycję? — zapytała Connie.
— Tradycję Anglii! Tego wszystkiego!
— Tak — rzekła Connie przeciągle.
— Dlatego dobrze jest mieć syna; jest się wtedy tylko ogniwem łańcucha — dodał Clifford.
Connie nie żywiła zbyt wielkiego nabożeństwa dla łańcuchów, ale nie powiedziała nic. Zastanawiała się nad dziwną nieosobowością jego pragnienia syna.
— Ubolewam, że nie możemy mieć syna — rzekła.
Clifford spoglądał na nią nieustannie okrągłymi, bladoniebieskimi oczyma.
— Byłoby niemal dobrze, gdybyś miała dziecko z jakimś innym mężczyzną — rzekł. — Gdybyśmy je wychowali we Wragby, należałoby do nas i do naszej posiadłości. Niezbyt wierzę w ojcostwo. Gdybyśmy to dziecko wychowywali u siebie, byłoby nasze własne i kontynuowałoby nasze dzieło. Czy nie sądzisz, że warto się nad tą myślą zastanowić?
Connie spojrzała wreszcie na niego. Dziecko, jej dziecko, to było dla niego po prostu „ono”. Ono... ono... ono!
— A ten drugi mężczyzna? — zapytała.
— Czy to ma tak wielkie znaczenie? Czy takie sprawy istotnie tak głęboko nas obchodzą?... Miałaś tego kochanka w Niemczech... co to dzisiaj znaczy? Prawie nic. Mam wrażenie, że nie te drobne postępki i te drobne stosunki mają w życiu wielkie znaczenie. One przemijają. Gdzież one pozostają? Gdzie?... Gdzie jest zeszłoroczny śnieg?...30 To tylko, co trwa w naszym własnym życiu, posiada znaczenie; moje własne życie w jego trwaniu i rozwoju posiada dla mnie znaczenie. Ale cóż znaczą przelotne stosunki? A zwłaszcza przelotne stosunki płciowe! Jeśli ludzie nie doprowadzają ich do śmiesznej przesady, mijają one, jak parzenie się ptaków. I tak być powinno. Cóż to ma za znaczenie? Jedynie związek na całe życie znaczy coś. Współżycie z dnia na dzień, a nie tylko wspólne przespanie się raz czy dwa razy. Ty i ja jesteśmy poślubieni, cokolwiek by nas spotkało. Staliśmy się jedno dla drugiego przyzwyczajeniem, a przyzwyczajenie posiada moim zdaniem daleko większą doniosłość życiową niżeli jakiekolwiek chwilowe podniecenie. To, co długotrwałe, powolne, ciągłe, tym żyjemy... a nie przypadkowym skurczem jakiegokolwiek rodzaju. Z wolna, z wolna dwoje ludzi, żyjących razem, popada w pewnego rodzaju unisono31, drgania ich stają się nieuchronnie zestrojone. To jest prawdziwa tajemnica małżeństwa, nie strona seksualna; a w każdym razie nie zwykła funkcja seksualna. Ty i ja jesteśmy wpleceni w małżeństwo. Jeśli w nim trwamy, musimy być zdolni w ten sposób urządzić sprawy płciowe, jakbyśmy się wybierali z wizytą do dentysty; ponieważ los dał nam tutaj fizycznie mata.
Connie siedziała, słuchając w jakimś zadziwieniu, w jakiejś trwodze. Nie wiedziała, czy miał rację, czy nie. Oto był Michaelis, którego kochała; tak sobie powiadała. Ale miłość ta była poniekąd tylko wycieczką z jej małżeństwa z Cliffordem; z tego długiego, powolnego nawyku zażyłości, ukształtowanego w ciągu długich lat cierpienia i cierpliwości. Może dusza ludzka potrzebuje takich wycieczek, może nie trzeba jej tego odmawiać. Ale istota wycieczki polega na tym, że się znowu powraca do domu.
— I nie obchodziłoby cię, z którym mężczyzną miałabym dziecko? — zapytała.
— Ależ Connie, zaufałbym twemu naturalnemu instynktowi przyzwoitości i twemu smakowi. Nie dopuściłabyś po prostu, aby cię dotknął mężczyzna niewłaściwego gatunku.
Pomyślała o Michaelisie! Ucieleśniał on idealnie to, co Clifford rozumiał pod mężczyzną niewłaściwego gatunku.
— Ale mężczyźni i kobiety mogą mieć zupełnie odmienne pojęcia o mężczyźnie niewłaściwego gatunku — powiedziała.
— Nie — odparł Clifford. — Żywiłaś dla mnie skłonność. Nie sądzę więc, abyś ją mogła kiedykolwiek powziąć dla mężczyzny, który by mi był zupełnie antypatyczny. Rytm twego życia nie dopuściłby do tego.
Connie milczała. Na tę logikę mogło nie być odpowiedzi, ponieważ była zupełnie fałszywa.
— I spodziewałbyś się po mnie, że ci o tym powiem? — zapytała, spoglądając na niego niemal ukradkiem.
— Bynajmniej. Powinienem tego raczej nie wiedzieć... Ale zgadzasz się przecież ze mną, że przypadkowy stosunek płciowy jest niczym w porównaniu z długim, wspólnie przeżytym życiem? Czy nie uważasz, że można po prostu podporządkować sprawy seksualne koniecznościom długiego życia? Po prostu wykorzystać je, jeśli nas do tego pcha popęd? Ostatecznie, czyż te chwilowe podniety posiadają jakieś znaczenie? Czyż całe zagadnienie życia nie polega na tym, aby z biegiem lat z wolna stworzyć integralną osobowość? Żyć nierozszczepionym życiem? Rozszczepione życie nie ma sensu. Jeżeli brak zadowolenia płciowego grozi ci rozszczepieniem, nawiąż lepiej stosunek miłosny. Jeżeli brak dziecka grozi ci rozszczepieniem, miej dziecko, w jakikolwiek sposób zdołasz. Ale rób te rzeczy tak, abyś miała nierozszczepione życie, tworzące długą, harmonijną całość. Zaś ty i ja potrafimy mieć razem takie życie... czy nie sądzisz?... jeżeli dostosujemy się do konieczności, a zarazem spleciemy to dostosowanie się z naszym życiem, przeżywanym w sposób ciągły. Czy nie jesteś tego zdania?
Connie była nieco oszołomiona jego słowami. Wiedziała, że teoretycznie miał rację. Ale jeśli istotnie dotykała owego życia przeżywanego z nim w sposób ciągły... wzdrygała się. Czy naprawdę przeznaczeniem jej było na resztę życia wpleść się w jego życie? Tylko to?
I czy właśnie to? Miała się zadowolić przeżywaniem z nim w sposób ciągły wspólnego życia, jednej tkaniny, przetykanej może przypadkowym kwieciem jakiejś przygody. Ale skąd mogła wiedzieć, co będzie czuła w przyszłym roku? Skąd to można było w ogóle wiedzieć? Jak można było powiedzieć „tak” na całe lata naprzód? Owo maleńkie „tak”, rozwiewające się w jednym tchnieniu! Dlaczego pozwolić się przygwoździć przez to motyle słowo? Musiało ono przecież ulecieć i zniknąć, aby mogły po nim nastąpić inne „tak” i „nie”! Niby wir motyli.
— Sądzę, że masz rację, Cliffordzie. I jak daleko sięga mój wzrok, zgadzam się z tobą. Tylko że życie nada może wszystkiemu inne oblicze.
— Zanim jednak życie nada wszystkiemu nowe oblicze, zgadzasz się ze mną?
— O, tak! Sądzę, że tak, naprawdę.
Przyglądała się brunatnemu ogarowi, który wybiegł z bocznej ścieżki, patrzał na nią z podniesionym nosem i wydawał miękkie, urywane szczekanie. Mężczyzna z fuzją nadszedł szybko i cicho za psem i zwrócił się ku nim, jakby chciał ich oboje zaatakować; potem zatrzymał się jednak, przyłożył na powitanie rękę do kapelusza i skierował się w dół zbocza. Był to nowy leśniczy, ale przestraszył Connie, kiedy wynurzył się tak nagle z lasu, na pozór groźnie. Tak go przynajmniej ona widziała, niby nagłą falę groźby, wyłaniającą się z nicości.
Był to mężczyzna w ciemnozielonym, aksamitnym ubraniu i getrach... według dawnej mody, o twarzy opalonej i rudawo-blond wąsach, o dalekim wzroku. Szybko schodził po stoku.
— Mellors! — zawołał Clifford.
Leśniczy odwrócił się i zasalutował szybkim, skąpym ruchem. Żołnierz!
— Odwróćcie fotel i pchnijcie go. Będzie mi potem łatwiej — rzekł Clifford.
Leśniczy natychmiast przewiesił fuzję przez ramię i zbliżył się równymi, dziwnie szybkimi, a jednak miękkimi ruchami, jakby pozostawał niewidzialny. Był średniego wzrostu, szczupły i milczący. Nie patrzał zupełnie na Connie, tylko na ruchomy fotel.
— Connie, to nasz nowy leśniczy Mellors. Nie znacie jeszcze Lady Chatterley, Mellors?
— Nie, Sir! — brzmiała szybka, obojętna odpowiedź.
Nie ruszając się z miejsca, leśniczy uchylił kapelusza, ukazując gęste, prawie jasne włosy. Spoglądał Connie prosto w oczy, pełnym, nieustraszonym, bezosobowym wzrokiem, jakby się chciał przekonać, jak wyglądała; pod wpływem tego wzroku Connie stała się lękliwa. Skinęła mu nieśmiało głową, a on przełożył kapelusz z prawej ręki do lewej i wykonał przed nią lekki ukłon, jak gentleman; ale nie powiedział ani słowa. Przez chwilę stał nieruchomo, z kapeluszem w ręku.
— Ale jest pan tu już od niejakiego czasu, prawda? — zapytała go Connie.
— Od ośmiu miesięcy, proszę pani... jaśnie pani! — poprawił się spokojnie.
— I podoba się tu panu?
Spojrzała mu w oczy. Jego oczy zmrużyły się lekko, niejako ironicznie, może trochę zuchwale.
— No toć, dzieńkuja im pieknie, panuchno. Wychowałech się tukej32
Ukłonił się jeszcze lekko, odwrócił się, włożył kapelusz i podszedł, aby pchnąć fotel. Przy ostatnich słowach głos jego przeszedł w szeroką, przeciągłą wymowę gwarową... może z pewną dozą ironii, gdyż przedtem mówił bez śladu dialektu. Mógł uchodzić niemal za gentlemana. W każdym razie był dziwnym, zręcznym człowiekiem, odludkiem, samotnym, ale bardzo pewnym siebie.
Clifford puścił motor w ruch, leśniczy ostrożnie odwrócił fotel i skierował go ku stokowi, opadającemu łagodnie w stronę ciemnej gęstwy leszczyny.
— Czy to wszystko, Sir Cliffordzie? — zapytał Mellors.
— Nie, niech pan lepiej pójdzie z nami, na wypadek, gdyby się motor zaciął. Maszyna nie jest zbyt dobra do jazdy po pagórkach.
Leśniczy obejrzał się za swoim psem... było to rozważne spojrzenie. Ogar spojrzał na niego i machnął ogonem. Lekki uśmiech, drwiący czy też wabiący psa, ale łagodny, zjawił się na chwilę w oczach leśnika i zniknął zaraz. Twarz pozostała jednak bez wyrazu. Dość szybko zeszli ze stoku, przy czym leśniczy trzymał rękę na poręczy fotela, aby go ustrzec przed chybotaniem się. Wyglądał raczej na wolnego żołnierza niż na sługę. Coś w jego zachowaniu przypominało Connie osobę Tommy’ego Dukesa.
Kiedy przybyli do lasku leszczynowego, Connie pobiegła nagle naprzód i otworzyła furtkę do parku. Gdy tak stała przy otwartej furtce, dwaj mężczyźni spojrzeli na nią, przejeżdżając, Clifford krytycznie, leśnik z osobliwym, chłodnym podziwem, jak gdyby zupełnie bezosobowo pragnął wiedzieć, jak ona wygląda. A Connie dostrzegła w jego niebieskich, bezosobowych oczach wyraz jakiegoś cierpienia i obojętności, ale także jakiegoś ciepła. Dlaczego jednak był takim odludkiem, takim samotnikiem?
Clifford zatrzymał maszynę zaraz za bramą, a leśniczy podszedł szybko i uprzejmie, aby ją zamknąć.
— Dlaczego wybiegłaś naprzód otworzyć furtkę? — zapytał Clifford niewzruszenie spokojnym głosem, który świadczył u niego zawsze, że mu się coś nie podobało. — Mellors mógł to zrobić.
— Myślałam, że pojedziesz zaraz dalej — odpowiedziała Connie.
— A tobie każę biec z tyłu? — rzekł Clifford.
— O, co tam, ja bardzo lubię czasami pobiegać!
Mellors podszedł znowu do fotela; wzrok miał zupełnie obojętny, ale Connie czuła, że zauważył wszystko. Popychając fotel pod górę po dość stromym stoku wzgórza parkowego, oddychał szybko, z rozchylonymi wargami. Właściwie był dość wątły. Dziwnie pełen siły żywotnej, ale nieco wątły i przytłoczony. Kobiecy jej instynkt wyczuwał to.
Connie pozostała w tyle. Dzień poszarzał; błękitny skrawek nieba, który rozpościerał się przedtem nad okrągłymi skrajami mgły, zawarł się znowu, pokrywa była zamknięta, w powietrzu czuło się przenikliwy chłód. Zanosiło się na śnieg. Wszystko szare, wszystko szare! Świat miał wygląd zmęczony i wyczerpany.
Ruchomy fotel czekał na górnym krańcu różowej ścieżki. Clifford obejrzał się za żoną.
— Nie jesteś zmęczona? — zapytał.
— O, nie! — odpowiedziała Connie.
A jednak była zmęczona. Zbudziła się w niej jakaś dziwna, znużona tęsknota, jakieś niezadowolenie. Clifford nie spostrzegał tego: nie były to rzeczy, które zwykł spostrzegać. Ale obcy człowiek zauważył to. Wszystko w świecie i życiu Connie wydawało się jej znużone, a niezadowolenie jej było starsze niż góry.
Zbliżyli się do domu i do tylnych drzwi, przy których nie było stopni. Clifford zdołał się przenieść do niskiego domowego fotela ruchomego; miał bardzo silne i ruchliwe ramiona. Potem Connie przeniosła za nim brzemię jego martwych nóg.
Leśniczy, który czekał w służbowej postawie, aż zostanie zwolniony, dostrzegał wszystko dokładnie, nic nie uchodziło jego wzrokowi. Pobladł z przerażenia, gdy Connie uniosła w ramionach nieruchome nogi męża i przesunęła je na drugi fotel, a Clifford przenosił jednocześnie swój tułów. Był oszołomiony.
— Dziękuję za pomoc, Mellorsie — rzekł CIlifford niedbale, skierowując fotel przez korytarz skrzydła służbowego.
— Czy życzy pan sobie jeszcze czegoś, sir? — zabrzmiał obojętny głos, jak głos we śnie.
— Nie, do widzenia!
— Do widzenia, sir!
— Do widzenia! To bardzo ładnie, że pan wtoczył fotel po wzgórzu... Mam nadzieję, że nie zmęczyło to pana bardzo — rzekła Connie, odwracając się do leśnika, który stał za drzwiami.
Oczy jego na chwilę zetknęły się z jej oczyma, jakby się budził. Dostrzegł ją.
— O, nie, zupełnie — rzekł szybko.
Potem głos jego przeszedł znowu w rozlewne brzmienie dialektu.
— Dowidzynio, panuchno.
— Kim jest twój leśniczy? — zapytała Connie przy lunchu.
— No, Mellors, widziałaś go przecież — odpowiedział Clifford.
— Tak, ale skąd on przybył?
— Znikąd! To chłopak z Tevershall... zdaje się, że syn górnika.
— A on sam był także górnikiem?
— Jeżeli się nie mylę, kowalem w warsztacie kopalnianym, starszym kowalem. Ale przed wojną był tu przez dwa lata leśniczym, zanim poszedł do wojska. Ojciec mój był o nim zawsze dobrego zdania, więc kiedy wrócił i chciał wstąpić znowu do kopalni jako kowal, zatrzymałem go po prostu tutaj jako leśniczego. Ucieszyłem się naprawdę, że go dostałem... tu w okolicy niepodobna wprost znaleźć odpowiedniego człowieka jako dozorcę zwierzyny... A trzeba na to kogoś, kto zna tutejszych ludzi.
— Nie jest żonaty?
— Był. Ale żona uciekła mu z... z rozmaitymi ludźmi... ale ostatecznie z jakimś górnikiem ze Stacks Gate, i zdaje się, że jeszcze tam mieszka.
— Więc on jest samotny?
— Mniej więcej! Ma we wsi matkę... i zdaje się, dziecko.
Clifford spojrzał na Connie bladymi, nieco wypukłymi oczyma, w których była jakaś rozlewność. Na przednim planie wydawał się ożywiony i czujny, ale na tylnym planie panowała atmosfera Anglii Środkowej, opary, zakopcona mgła. I mgła ta zdawała się wypełzać ku przodowi. Takie miała wrażenie, kiedy patrzał na nią w swój osobliwy sposób i w swój osobliwy sposób dawał jej dokładnie do zrozumienia, że tylny plan jego ducha zapełnia się mgłą, nicością. Budziło to w niej trwogę. Wydawał się jej przez to bezosobowy, aż do idiotyzmu.
Niejasno pojęła jedno z wielkich praw duszy ludzkiej: jeżeli dozna ona miażdżącego udaru, który nie zabija ciała, dusza zdaje się wraz z ciałem powracać do zdrowia. Ale jest to tylko pozorne. W istocie jest to jedynie mechanizm powracających nawyknień. Z wolna, z wolna, poczyna się rana duszy dawać we znaki, jak uraz zewnętrzny, który stopniowo przenika straszliwym bólem coraz głębiej, aż wreszcie ta rana duszy wypełnia całą psychę. A gdy nam się zdaje, żeśmy się uleczyli i zapomnieli, nadchodzi chwila, gdy trzeba zwalczać okropne skutki zranienia w ich najzłośliwszej formie.
Tak się działo z Cliffordem. Gdy tylko powrócił do zdrowia, gdy tylko znalazł się we Wragby i zaczął pisać swoje nowele i mimo wszystko poczuł się pewien życia — zapomniał na pozór o wszystkim i odzyskał równowagę umysłu. Ale teraz, gdy lata mijały wolno, wolno, Connie czuła, jak rana, zadana mu przez przez przerażenie i zgrozę, poczynała wychodzić na jaw i rozprzestrzeniać się w nim. Przez pewien czas znajdowała się tak głęboko, że niepodobna było ją wyczuć, że niejako nie istniała wcale. Teraz poczynała się z wolna przejawiać, a towarzyszyło jej przerażenie i niemal obezwładnienie. Duchowo ciągle jeszcze był rześki. Ale paraliż, spowodowany wielkim udarem, rozciągał się z wolna na jego życie uczuciowe.
I podobnie, jak się ten paraliż rozprzestrzeniał w Cliffordzie, tak czuła też Connie, że wkradał się i do niej. Jakiś lęk wewnętrzny, jakaś pustka, jakaś obojętność na wszystko rozpościerała się z wolna w jej duszy. Gdy potrząsano Cliffordem, potrafił jeszcze ciągle wspaniale przemawiać i niejako panować nad przyszłością, jak na przykład dzisiaj w lesie, kiedy mówił o tym, że chciałby mieć dziecko i dać swojej posiadłości dziedzica. Ale następnego dnia najwspanialsze słowa wydawały się skurczone jak uschłe liście, rozsypywały się w proch, nie znaczyły w istocie nic, rozwiewał je lada wiatr. Nie było to świeże listowie słów aktywnego życia, młode i pełne siły, przynależne do drzewa. Były to chmary opadłych liści życia, które stało się już nieczynne.
Wydawało się jej, że tak jest wszędzie. Górnicy z Tevershall mówili znowu o strajku, a Connie i tu wydawało się, że nie jest to przejaw energii, lecz rana, zadana przez wojnę, rana, która przez długi czas pozostawała niewidoczna, teraz zaś z wolna wypłynęła na powierzchnię, stwarzając wielki ból nieukoju i paraliżujące otępienie niezadowolenia. Była to rana głęboka, głęboka, głęboka... rana zadana przez fałszywą, nieludzką wojnę. Trzeba będzie żywej krwi pokoleń, aby rozpuścić gruby, czarny skrzep utraconej krwi, głęboko w ich duszach i ciałach. I trzeba będzie nowej nadziei.
Biedna Connie! Kiedy tak lata mijały, ogarniał ją lęk przed nicością jej życia. Życie duchowe CIifforda i własne napawały ją z wolna uczuciem nicości. Małżeństwo ich, ich życie, uzupełniające się nawzajem, ugruntowane na nawykowej poufałości, o której Clifford tyle mówił: bywały dni, kiedy wszystko to wydawało się zupełnie puste, wydawało się nicością. Były to słowa, tylko słowa. Jedyną rzeczywistością była ta nicość, a ponad nią tylko obłuda słów.
Było jeszcze powodzenie Clifforda: psia bogini! Prawda, stał się niemal sławny, a książki jego przynosiły mu tysiące funtów. Jego fotografie zjawiały się wszędzie. W pewnej galerii sztuk stało jego popiersie, w dwóch innych wisiały jego portrety. Wydawał się najnowocześniejszym ze wszystkich nowoczesnych głosów. Przy swoim niesamowitym, bezwładnym instynkcie reklamy stał się w ciągu czterech czy pięciu lat jednym z najpopularniejszych młodych „intelektualistów”. Gdzie tkwił ten intelekt, nie mogła Connie stwierdzić. Clifford był istotnie rozumny, jeżeli szło o z lekka humorystyczną analizę ludzi i motywów, która ostatecznie rozszczepia wszystko do ostateczności. Ale sprawiało to niemal takie wrażenie, jakby młode psiaki rozszarpywały poduszkę na sztuki; tylko że to nie miało cech młodości i swawoli, ale dziwnego zestarzenia i dość upartej zarozumiałości. Było to niesamowite i było jałowe. Takie było uczucie, które bez końca odzywało się echem w głębinach duszy Connie: wszystko to było nicością, cudownym widowiskiem nicości. I tylko widowiskiem. Widowiskiem! Widowiskiem! Widowiskiem!
Michaelis obrał Clifforda za główną osobę jednej ze swoich sztuk; ułożył już akcję i napisał pierwszy akt. Michaelis potrafił bowiem jeszcze lepiej niż Clifford dawać widowisko nicości. Była to ostatnia resztka namiętności w tych ludziach: namiętność dawania z siebie widowiska. Płciowo byli oni pozbawieni namiętności, wręcz martwi. I nie o pieniądze szło Michaelisowi. Clifford także nigdy nie myślał w pierwszym rzędzie o pieniądzach, chociaż zgarniał je, gdzie to było możliwe, gdyż pieniądze są oznaką i przypieczętowaniem powodzenia. A celem ich było powodzenie. Obaj oni pragnęli dać prawdziwe widowisko... prawdziwe widowisko, przy którym mężczyzna wystawia siebie samego na widok, aby na chwilę ujarzmić olbrzymie rzesze publiczności.
Dziwne to było... prostytuowanie się z psią boginią. Dla Connie, odkąd stała w istocie na uboczu, a zwłaszcza, odkąd przestała odczuwać podniecenie w tej grze, i to było tylko nicością. Nawet prostytuowanie się z psią boginią było nicością, chociaż mężczyźni prostytuowali się niezliczone razy. I to jest nicością.
Michaelis napisał do Clifforda o swojej sztuce. Connie oczywiście dawno już wiedziała o niej. Clifford był zachwycony. Znowu zostanie wystawiony na widok publiczny, tym razem przez kogoś innego, i to w korzystnym świetle. Zaprosił Michaelisa i jego pierwszy akt do Wragby.
Michaelis przyjechał: latem, w jasnym ubraniu i białych rękawiczkach zamszowych, z fiołkowymi orchideami dla Connie (były przepiękne), zaś akt pierwszy okazał się wielkim sukcesem. Nawet Connie była zachwycona... zachwycona poza odrobiną trzeźwości, jaka jej pozostała... Michaelis, zachwycony swoją mocą zachwycania, był naprawdę cudowny... w oczach Connie nawet piękny. Widziała go w owej prastarej nieruchomości rasy, która nie mogła już być pozbawiona złudzeń, może z nadmiaru nieczystości, która stała się już znowu czystością. Na przeciwległym krańcu swego zewnętrznego prostytuowania się z psią boginią wydawał się znowu czysty. Czysty jak afrykańska maska z kości słoniowej, która marzeniami przemienia nieczystość w czystość, w swoich kościanych liniach i płaszczyznach.
Chwila prawdziwego zachwycenia w towarzystwie dwojga Chatterleyostwa, kiedy po prostu porwał Connie i Clifforda, była jedną z najwyższych chwil w życiu Michaelisa. Udało mu się: porwał ich. Nawet Clifford był w nim przez niejaki czas zakochany... jeżeli można to tak wyrazić.
Następnego ranka Mick był bardziej niż kiedykolwiek niepewny w zachowaniu: niespokojny, strapiony, z rękoma nerwowo ukrytymi w kieszeniach spodni. Connie nie przyszła do niego tej nocy... a on nie wiedział, gdzie jej szukać. Kokieteria!... w takiej chwili triumfu.
Przed południem poszedł do jej saloniku. Wiedziała, że przyjdzie. A niepokój jego był nieukrywany. Pytał ją o swoją sztukę: czy sądzi, że jest dobra? Musiał słyszeć pochwały — dawało mu to ostatni, słaby dreszcz namiętności, przewyższający znacznie wszelki orgazm seksualny. Connie chwaliła sztukę z zapałem. A jednak w głębi duszy wiedziała z pewnością, że sztuka ta była niczym.
— Słuchaj! — wybuchnął wreszcie Michaelis. — Dlaczego nie postępujemy otwarcie? Dlaczego się nie pobieramy?
— Przecież ja jestem zamężna — odpowiedziała Connie stropiona, nie czując jednak nic.
— Ach tak!... On się na pewno zgodzi na rozwód... Dlaczego się nie pobieramy? Chcę się ożenić. Wiem, że to byłoby dla mnie najlepsze... ożenić się i prowadzić regularne życie. Prowadzę piekielne życie i szarpię się przy tym na kawały. Widzisz, my dwoje jesteśmy dla siebie stworzeni... nadajemy się dla siebie. Więc dlaczego nie mielibyśmy się pobrać? Czy widzisz jakikolwiek powód, dla którego nie mielibyśmy tego zrobić?
Connie patrzała na niego zdumiona. A jednak nie czuła nic. Mężczyźni byli wszyscy jednakowi, nie myśleli o niczym. Pędzili tylko na oślep, jakby byli rakietami33, i spodziewali się po każdym, że się da porwać w niebo razem z ich cienkimi patyczkami.
— Ale ja jestem już przecież zamężna — rzekła. — Nie mogę opuścić Clifforda. Wiesz przecież.
— Dlaczego? Dlaczego nie możesz? — zawołał Michaelis. — Po sześciu miesiącach nie będzie wcale wiedział, że cię nie ma. On nie wie, że istnieje jeszcze ktoś prócz niego. Ten człowiek, o ile widzę, nie wie w ogóle, co z tobą począć; jest zupełnie zaabsorbowany sobą samym.
Connie czuła, że w słowach tych była prawda. Ale czuła też, że to, co robił Mick, bynajmniej nie mogło uchodzić za przejaw bezinteresowności.
— Czyż nie wszyscy mężczyźni są zaabsorbowani sobą? — zapytała.
— O, mniej więcej, przyznaję. Dla mężczyzny to rzecz konieczna, żeby się przebić przez życie. Ale nie o to idzie. Idzie o to, co mężczyzna może zaofiarować kobiecie. Czy może jej dać dobre życie czy nie? Jeżeli nie, nie ma do kobiety prawa... — Urwał i spojrzał na nią niemal hipnotycznie okrągłymi, brunatnymi oczyma. — Otóż, jestem zdania — dodał — że potrafię zaofiarować kobiecie najlepsze życie, jakiego może zapragnąć. Sądzę, że mogę za siebie ręczyć.
— A jaki to rodzaj dobrego życia? — zapytała Connie, patrząc na niego ciągle z jakimś zdziwieniem, które sprawiało wrażenie zachwytu; a przy tym ciągle jeszcze nie czuła nic.
— Wszelki rodzaj dobrego życia, do licha, wszelki rodzaj! Stroje, klejnoty do pewnych granic, nocne lokale, ile zapragniesz, poznawanie każdego człowieka, którego poznać zechcesz, udział we wszystkim... podróże, odgrywanie jakiejś roli, gdziekolwiek przyjdziesz... Do licha, wszelki rodzaj dobrego życia.
Mówił z błyskotliwym triumfem, a Connie spoglądała na niego zmieszana i naprawdę nie czuła nic. Zaledwie powierzchnia jej duszy została podrażniona pociągającymi widokami, jakie jej ofiarowywał. Zaledwie jej najzewnętrzniejsze „ja”, które kiedykolwiek indziej byłoby zadrżało z zachwytu, odpowiadało na to. Nie budziło się w niej najmniejsze uczucie, nie mogła „szaleć”. Siedziała po prostu na miejscu, utkwiwszy wzrok przed siebie, patrzała i nie czuła nic, jedynie dochodziła ją skądsiś niezwykle niemiła woń psiej bogini.
Mick siedział jak na szpilkach, przechylony na krześle, wlepiając w nią wzrok niemal histerycznie: trudno było zadecydować, czy z próżności oczekiwał jej „tak”, czy też przejęty był lękiem, obawą, że ona mogłaby powiedzieć „tak”!
— Muszę się nad tym zastanowić — rzekła Connie. — Teraz nie mogę ci nic powiedzieć. Może wydaje się, jakoby Clifford nie wchodził w rachubę, ale on wchodzi w rachubę. Jeżeli się zastanowisz, jaki on jest bezradny...
— A, do licha! Jeżeli człowiek ma ciągnąć korzyści ze swojej bezradności, mógłbym ci zacząć opowiadać, jaki ja jestem samotny, i zawsze byłem, i te wszystkie inne brednie o męczarniach duchowych! Do licha! Jeżeli mężczyzna działa pociągająco tylko przez swoją ułomność...
Odwrócił się, a ręce jego, ukryte w kieszeniach spodni, drżały z wściekłości. Tego wieczora powiedział do niej:
— Przyjdziesz do mnie dzisiaj w nocy, prawda? Nie wiem przecież nawet, gdzie jest twój pokój.
— Dobrze — odpowiedziała Connie.
Tej nocy był jako kochanek bardziej podekscytowany, ze swą dziwną, kruchą nagością małego chłopca. Connie nie mogła osiągnąć szczytowania, zanim on nie skończył swojego. I wzbudził w niej pewną pożądliwą namiętność przez tę chłopięcą nagość i kruchość; gdy już skończył, musiała kontynuować, jej lędźwie unosiły się w dzikiej galopadzie, podczas gdy on bohatersko podtrzymywał się, obecny w niej, z całą wolą i ofiarnością, aż sama doprowadziła do swojego orgazmu, wydając dziwne, drobne okrzyki.
Kiedy w końcu odsunął się od niej, powiedział gorzkim, niemal szyderczym głosikiem:
— Nie mogłaś dojść w tym samym czasie, co mężczyzna, prawda? Musiałaś się wyrwać! Musiałaś przejąć show!
Ta krótka przemowa, w takiej chwili, była jednym z szoków jej życia. Ponieważ ów bierny rodzaj oddawania siebie był ewidentnie jego jedynym prawdziwym sposobem obcowania.
— O co ci chodzi? — spytała.
— Wiesz, o co mi chodzi. Ty kontynuujesz godzinami, kiedy ja już skończyłem... a ja muszę trzymać się zębami, dopóki nie dojdziesz dzięki własnym wysiłkom.
Była oszołomiona tą niespodziewaną brutalnością właśnie w chwili, gdy ona promieniała przyjemnością wykraczającej poza słowa i rodzajem miłości do niego. Bo przecież, jak wielu współczesnych mężczyzn, skończył, niemal zanim zaczął. I to zmusiło kobietę do działania.
— Ale chcesz chyba, żebym kontynuowała, żeby też osiągnąć satysfakcję? — zapytała.
Zaśmiał się ponuro:
— Czy chcę tego! — powiedział. — To dobre! Chcę trzymać się z zaciśniętymi zębami, podczas gdy ty będziesz mnie atakować!
— Więc nie chcesz?
Pominął to pytanie.
— Wszystkie cholerne kobiety są takie — powiedział. — Albo wcale nie odchodzą, jakby były tam martwe... albo czekają, aż facet już skończy, i dopiero potem zaczyna je naprawdę brać, a facet musi się trzymać. Nigdy jeszcze nie miałem kobiety, która doszła dokładnie w tym samym momencie co ja.
Connie tylko w połowie usłyszała ten kawałek opowieści, męskie wyznanie. Była oszołomiona tylko jego wrogim nastawieniem wobec niej... jego niepojętą brutalnością. Czuła się zupełnie niewinna.
— Ale chcesz przecież, żebym i ja miała swoje zaspokojenie? — zapytała.
— O, owszem! Nie mam nic przeciwko temu. Ale niech mnie licho porwie, jeżeli to przyjemność dla mężczyzny, trwać tak i czekać, aż kobieta...
Słowa te były decydującym ciosem dla życia Connie. Zabiły w niej coś. Nie zależało jej wcale tak bardzo na Michaelisie. Zanim się zaczął ich stosunek, nie pragnęła go wcale. Miała wrażenie, jakby go nigdy zdecydowanie nie pragnęła. Ale z chwilą, gdy ją do tego doprowadził, uważała za naturalne, że i ona powinna z nim przeżywać własny orgazm. Niemal kochała go za to... tej nocy niemal kochała Michaelisa i chciała za niego wyjść.
Może on wiedział o tym instynktownie i dlatego musiał to wszystko zburzyć jak domek z kart gwałtowną sceną. Całe jej uczucie płciowe dla niego czy dla jakiegokolwiek mężczyzny załamało się tej nocy. Życie jej tak zupełnie oderwało się od jego życia, jakby Michaelis nigdy nie istniał.
Posępnie mijały jej dni. Teraz nie miała już nic poza pustym kieratem tego, co Clifford nazywał uzupełniającym się wzajemnie życiem, poza owym długim współżyciem dwojga ludzi, którzy nabrali przyzwyczajenia przebywania w tym samym domu.
Nicość! Pogodzić się z wielką nicością życia — to wydawało się jedynym celem życia. Tyle absorbujących i ważnych, drobnych spraw, które dawały wielką łączną sumę nicości!