Rozdział czwarty

Connie miała stale uczucie, że jej afera z Mickiem, jak go nazywano, jest beznadziejna. A jednak inni mężczyźni nic dla niej nie znaczyli. Była oddana Cliffordowi. Potrzebował sporej części jej życia, a Connie dawała mu ją. Ale ona potrzebowała sporej części życia mężczyzny, a tego jej Clifford nie dawał, nie mógł dawać. Od czasu do czasu nadchodziły okresy Michaelisowskie. Ale Connie przeczuwała, że skończą się one rychło. Mick nie potrafił po prostu w niczym wytrwać przez czas dłuższy. Było to cechą jego prawdziwego charakteru, że musiał zrywać wszelki stosunek i stawać się znowu odosobnionym, osamotnionym, zbłąkanym psem. Była to w nim wyższa konieczność, aczkolwiek twierdził zawsze: ona dała mi kosza!

Powiada się, że świat pełen jest możliwości, ale w osobistych przeżyciach większości ludzi możliwości te ograniczają się do dość małej liczby. Mnóstwo dobrych ryb jest w morzu... zapewne... ale największe masy to makrele i śledzie, a jeżeli sam nie jesteś makrelą lub śledziem, niewiele znajdziesz dobrych ryb w morzu.

Clifford począł zdobywać sławę, a nawet pieniądze. Ludzie odwiedzali go. Connie miała stale gości we Wragby. Ale jeżeli to nie były makrele, były to śledzie, a z rzadka tylko okoń morski lub węgorz.

Było kilku mężczyzn powracających regularnie, stałych bywalców; mężczyzn, którzy studiowali z Cliffordem w Cambridge. Należał do nich Tommy Dukes, który pozostał w wojsku i awansował na generała brygady.

— Służba wojskowa pozostawia mi czas do myślenia i chroni mnie przed koniecznością brania udziału w walce życiowej — mawiał.

Dalej był Charles May, Irlandczyk, który pisywał naukowe rozprawy o gwiazdach. Był Hammond, również pisarz. Wszyscy byli mniej więcej rówieśnikami Clifforda; byli to młodzi intelektualiści nowocześni. Wszyscy wierzyli w życie duchowe. Co czyniłeś poza tym, było twoją sprawą osobistą i nie posiadało znaczenia. Nikomu nie przychodzi na myśl informować się, kiedy kto inny chadza do toalety. Nie zaciekawia to nikogo prócz zainteresowanego.

Tak samo jest z większością spraw zwykłego życia... w jaki sposób zarabiasz pieniądze, czy kochasz żonę, czy też miewasz „stosunki”. Wszystkie te sprawy obchodzą tylko osobę, której dotyczą, i podobnie jak odwiedzanie toalety nie interesują nikogo poza tym.

— Cała pointa problemu seksualnego — rzekł Hammond, wysoki, chudy mężczyzna, który miał żonę i dwoje dzieci, ale pozostawał w znacznie bliższym stosunku ze swoją maszyną do pisania — polega na tym, że nie ma on w ogóle pointy. Ściśle biorąc, nie jest to w ogóle problem. Nie zdradzamy ochoty towarzyszenia człowiekowi do WC, dlaczegóż więc mamy mu towarzyszyć, gdy idzie z kobietą do łóżka? I na tym właśnie polega problem. Gdybyśmy nie poświęcali jednemu więcej uwagi niż drugiemu, nie byłoby w ogóle problemu. Wszystko to nie posiada ani sensu, ani pointy; jest to kwestia źle zastosowanej ciekawości.

— Oczywiście, Hammond, oczywiście! Ale jeżeli ktoś zbyt gorliwie emabluje Julię, wpadasz we wściekłość; a jeżeli to trwa dłużej, gotów jesteś wybuchnąć.

Julia była to żona Hammonda.

— Tak, bezwarunkowo! Tak samo wściekły byłbym, gdyby ktoś zaczął w kącie mego salonu oddawać urynę. Wszystko na swoim miejscu.

— To znaczy, że nie miałbyś nic przeciwko temu, gdybym kochał Julię w dyskretnej alkowie?

Charlie May mówił nieco sarkastycznie, gdyż flirtował troszeczkę z Julią, a Hammond patrzał na to bardzo krzywo.

— Oczywista, że miałbym wiele przeciwko temu. Rzeczy płciowe są prywatną sprawą pomiędzy mną a Julią. I miałbym oczywiście wiele przeciwko temu, gdyby się ktoś chciał do tej sprawy mieszać.

— Faktem jest — wtrącił chudy, piegowaty Tommy Dukes, który wyglądał daleko bardziej po irlandzku niż dość tęgi May — faktem jest, Hammond, że masz silny instynkt posiadania oraz silny popęd samozachowawczy, i że chcesz mieć powodzenie. Odkąd pozostałem na stałe w wojsku, odsunąłem się od zamętu świata, i teraz widzę, jak nieproporcjonalnie wielki jest w człowieku popęd samozachowawczy i żądza powodzenia. Instynkty te rozwinięte są nadmiernie. Cała nasza indywidualność płynie tym korytem. I oczywiście mężczyźni tacy jak ty sądzą, że wspierani przez kobietę łatwiej dadzą sobie radę. Dlatego jesteś tak zazdrosny. Tym właśnie jest dla ciebie sprawa płciowa... małą witalną dynamomaszyną pomiędzy Julią a tobą, mającą ci przynieść powodzenie. Gdybyś przestał mieć powodzenie, zacząłbyś flirtować jak Charlie, który nie ma powodzenia. Ludzie żonaci i zamężni, jak ty i Julia, mają na sobie kartki, niby walizy podróżne. Julia nosi napis Mrs. Arnold B. Hammond... zupełnie jak waliza na kolei, należąca do kogoś. A ty nosisz napis Arnold B. Hammond, pod opieką Mrs. Arnold B. Hammond. O, masz zupełną słuszność, zupełną słuszność! Życie duchowe wymaga miłego domu i dobrej kuchni. Masz zupełną słuszność. Wymaga nawet potomstwa. Ale wszystko zależy od instynktu powodzenia. On jest osią, dokoła której wszystko się kręci.

Hammond był rozgniewany. Czuł się przecież dumny z nieskazitelności swego ducha i z tego, że nie był niewolnikiem epoki. Tym niemniej pragnął powodzenia.

— To zupełna prawda, niepodobna żyć bez pieniędzy — rzekł May. — Trzeba mieć pewną kwotę, żeby móc żyć i radzić sobie... nawet żeby mieć konieczną swobodę myślenia, trzeba posiadać pewną ilość pieniędzy, w przeciwnym razie żołądek przeszkadza w myśleniu. Sądzę jednak, że mógłbyś zrezygnować z tych seksualnych kartek z napisami. Mamy wolność mówienia z każdym człowiekiem; dlaczegóż więc nie mielibyśmy mieć wolności spania z każdą kobietą, z którą mamy ochotę spać?

— To mówi lubieżny Celt — rzekł Clifford.

— Lubieżny! Dobrze, dlaczego nie? Nie rozumiem, dlaczego wyrządzam kobiecie większą krzywdę, śpiąc z nią niżeli tańcząc z nią... albo rozmawiając z nią o pogodzie. Jest to po prostu wymiana wrażeń zmysłowych zamiast słów. Więc dlaczego nie?

— Aby się parzyć jak króliki — rzekł Hammond.

— Dlaczego nie? Co ci się nie podoba w królikach? Czy one są gorsze niż zrewolucjonizowana ludzkość, pełna nienawiści?

— Ale my nie jesteśmy królikami — odpowiedział Hammond.

— To racja! Posiadam duszę: mam dokonać pewnych wyliczeń w pewnych sprawach astronomicznych, które są mi ważniejsze, niż śmierć i życie. Niekiedy przeszkadza mi złe trawienie. Głód przeszkadzałby mi w tym katastrofalnie. W ten sam sposób przeszkadza mi wygłodzony popęd płciowy. Więc cóż?

— Sądzę, że płciowe zaburzenia w trawieniu wskutek przejedzenia szkodziłyby ci bardziej — rzekł Hammond ironicznie.

— Bynajmniej! Nie jem nad miarę i nie obłapiam nad miarę. Człowiek posiada swobodę jedzenia za dużo. Ale ty chcesz mnie koniecznie zagłodzić.

— Wcale nie! Możesz się ożenić.

— Skąd wiesz, że mogę? Może byłoby to niezdrowe dla moich procesów duchowych. Małżeństwo mogłoby ogłupić moje czynności umysłowe... i ogłupiłoby je na pewno. Po prostu to nie moja droga. Więc mam się kazać zamknąć w celi jak mnich? To wszystko brednie, mój kochany. Muszę żyć i dokonywać swoich obliczeń. Czasami potrzebuję kobiet. Ale nie chcę tej sprawy wyolbrzymiać. I odrzucam czyjkolwiek moralny wyrok potępiający i czyjkolwiek zakaz. Wstydziłbym się, gdyby kobieta chodziła z kartką noszącą moje nazwisko, adres i stację kolejową, niby waliza.

Obaj mężczyźni nie wybaczyli sobie wzajemnie flirtu z Julią.

— To ciekawa idea, Charlie — rzekł Dukes — że seksualizm jest tylko inną formą rozmawiania, przy której się słowa czyni, zamiast je mówić. Sądzę, że to prawda. Przypuszczam, iż moglibyśmy wymieniać z kobietami tyleż wrażeń zmysłowych i uczuć, co myśli o pogodzie i tak dalej. Seksualizm mógłby być rodzajem normalnej konwersacji fizycznej między mężczyzną a kobietą. Nie prowadzisz rozmów z kobietą, jeżeli nie macie wspólnych idei, to znaczy nie mówisz wtedy z zainteresowaniem. Podobnież nie spałbyś z kobietą, gdybyś nie posiadał z nią jakichś wspólnych uczuć lub sympatii. A gdybyś je posiadał...

— Jeżeli posiada się z kobietą właściwy rodzaj wspólnych uczuć lub sympatii, powinno się z nią spać — rzekł May. — Jedyna przyzwoita rzecz, jaką można uczynić, to iść z nią do łóżka. Podobnie jak kiedy się ma zainteresowanie do wspólnej rozmowy z kimś, jedyną przyzwoitą rzeczą jest doprowadzić rozmowę do końca. Nie chowa się wstydliwie języka za zębami i nie przygryza się go. Po prostu mówi się, co się ma do powiedzenia. Zupełnie tak samo jest z tamtą sprawą.

— Nie — odpowiedział Hammond — to nieprawda. Na przykład ty, May, trwonisz połowę swoich sił z kobietami. Nigdy nie dokonasz tego, czego mógłbyś dokonać przy tak subtelnym umyśle, jaki posiadasz. Za wiele tracisz z siebie w tamtych sprawach.

— Może... a ty za mało się tamtym sprawom oddajesz, mój Hammondzie, czy jesteś żonaty, czy nie. Możesz zachować czystość i nieskazitelność swego ducha, ale zasycha on diabelnie szybko. Twój czysty rozum staje się suchy jak smyczek skrzypiec. Po prostu zabijasz go mówieniem.

Tommy Dukes wybuchnął śmiechem.

— Dajcie pokój, wzniosłe duchy! — zawołał — Spójrzcie na mnie... Nie spełniam wielkiej i czystej pracy duchowej, notuję tylko parę nędznych myśli. A jednak ani się nie żenię, ani nie latam za kobietami. Uważam, że Charlie ma w zupełności rację; jeżeli chce latać za kobietami, wolno mu to robić. Nie zbyt często, ale samego latania nie zabroniłbym mu. Natomiast Hammond ma instynkt posiadacza, więc prosta droga i ciasna brama są dla niego najodpowiedniejsze. Przekonacie się, że zanim zginie, zostanie wielkim angielskim mistrzem pióra, A. B. C. od stóp do głowy. A teraz ja. Jestem niczym. Po prostu rakieta. A jakże jest z tobą, Cliffordzie? Czy uważasz, że seksualizm jest dynamomaszyną, dopomagającą mężczyźnie do osiągnięcia w życiu powodzenia?

Clifford rzadko odzywał się w takich okolicznościach. Nie zabierał głosu; myśli jego nie były na to dość żywe, był zbyt oszołomiony i pobudliwy. Teraz zarumienił się i zmieszał:

— Widzicie — rzekł — ponieważ ja sam jestem hors de combat24, uważam, że nie mogę w tej sprawie wiele powiedzieć.

— Bynajmniej — odpowiedział Dukes — górna część twego ciała wcale nie jest hors de combat. Życie duchowe jest u ciebie zdrowe i nieuszkodzone. Wyłóż nam więc swoje zapatrywanie.

— No — wyjąkał Clifford — zresztą... zdaje mi się, że nie posiadam w tej sprawie specjalnego poglądu... Sądzę, że dewiza „ożeń się, żeby to mieć poza sobą” wyraża mniej więcej to, co o tym myślę. Chociaż między mężczyzną a kobietą, którzy się wzajemnie lubią, może to być wielką sprawą.

— Jaką wielką sprawą? — zapytał Tommy.

— O... to udoskonala zażyłość — rzekł Clifford, zmieszany jak kobieta przy takiej rozmowie.

— Doskonale, Charlie i ja uważamy, że seksualizm jest pewnego rodzaju środkiem porozumiewania się, jak mowa. Jeżeli jakakolwiek kobieta rozpoczęła ze mną porozumienie płciowe, jest dla mnie rzeczą naturalną iść z nią do łóżka, aby tę całą rzecz zakończyć. Oczywiście wszystko o właściwym czasie. Niestety żadna kobieta nie robi ze mną szczególnego początku, sypiam więc sam i wcale na tym gorzej nie wychodzę... Tak się przynajmniej spodziewam, bo skądże bym to mógł wiedzieć? W każdym razie nie muszę dokonywać obliczeń gwiezdnych, w których by mi to mogło przeszkodzić, ani pisać nieśmiertelnych dzieł. Jestem po prostu człowiekiem, który się para rzemiosłem wojennym...

Zapadło milczenie. Czterej mężczyźni palili. A Connie siedziała i wykonała znowu ścieg w swojej robótce... Tak, siedziała przy tym! Musiała siedzieć niemo. Musiała być cicha jak myszka, aby nie przeszkadzać tak niezmiernie ważnym debatom tych wielce uduchowionych panów. Ale musiała siedzieć przy tym. Czwórka przyjaciół bez niej nie uporałaby się tak łatwo z tematem; myśli ich nie płynęłyby tak gładko. W nieobecności Connie, Clifford był daleko bardziej skryty i nerwowy, a rozmowa nie posuwała się naprzód. Tommy Dukes wyróżniał się najkorzystniej; obecność jej dodawała mu trochę natchnienia. Hammonda rzeczywiście nie lubiła; był on na sposób duchowy takim egoistą! Zaś Charles May, chociaż lubiła w nim niektóre cechy, wydawał się jej trochę niemiły i niesympatyczny, mimo swoich gwiazd.

Ileż wieczorów siedziała tak Connie, słuchając wynurzeń tych czterech mężczyzn! Tych czterech i jeszcze jednego lub dwóch. Że nigdy nie dochodzili do żadnego rezultatu, to jej zbytnio nie niepokoiło. Słuchała chętnie tego, co mieli do powiedzenia, zwłaszcza, jeżeli był i Tommy. Była to dla niej zabawa. Mężczyźni, zamiast całować kobietę i dotykać jej swoim ciałem, spowijali ją swoim duchem. To była doskonała zabawa! Ale jakież zimne duchy!

I trochę to było denerwujące. Miała więcej szacunku dla Michaelisa, którego imię oni wszyscy wymawiali z druzgoczącą pogardą, imię tego nędznego obojnaka i nieokrzesanego karierowicza w najgorszym gatunku. Czy był obojnakiem i karierowiczem czy nie, wyciągał jednak własne wnioski. Nie obnosił tylko milionów snów, nie paradował z życiem duchowym.

Connie lubiła życie duchowe i znajdowała w nim wielkie emocje, była jednakże zdania, że przywiązuje się do niego zbyt wielką wagę. Lubiła siedzieć przy tych rozmowach, spowita w dym papierosów tych koleżków, jak ich w duchu nazywała. Bawiło ją niezmiernie i czuła się dumna, że bez jej milczącej obecności nie potrafili wygłaszać swoich przemówień. Miała olbrzymi szacunek przed myślą... a ci mężczyźni czynili przynajmniej uczciwe próby myślenia. Jednakże, jeśli tak można powiedzieć, zając był, ale nie chciał biegać. Wszyscy oni mówili o czymś, ale co to było, tego Connie nie potrafiłaby żadną miarą wyjaśnić. Było to coś, czego nawet Mick nie umiałby wytłumaczyć.

Mick nie próbował jednak w ogóle czynić czegokolwiek innego, jak tylko przebijać się przez życie i wyrządzać innym ludziom tyle zła, ile oni usiłowali jemu wyrządzić. W istocie rzeczy był on człowiekiem antyspołecznym, i to właśnie brali mu za złe Clifford i jego koleżkowie. Clifford i jego koleżkowie nie byli antyspołeczni; starali się oni w mniejszym lub większym stopniu ratować ludzkość lub skromniej mówiąc — pouczać ją.

W niedzielę wieczór odbyła się wielka rozmowa skierowana na temat miłości.

Błogosławione niechaj będą więzy, które łączą w jednakim serca nasze...25 czy coś podobnego — rzekł Tommy Dukes. — Ciekaw jestem, co to za więzy... Więzy, które nas teraz łączą, to wzajemne duchowe ocieranie się. Poza tym diabelnie mało jest między nami więzów. Lubimy się wzajemnie i mówimy jedni o drugich bardzo zjadliwe rzeczy, jak wszyscy inni przeklęci intelektualiści na świecie. Przeklęci „wszyscy”, jeżeli o to idzie, gdyż wszyscy ludzie tak postępują. Zmierzamy więc każdy w inną stronę, a nienawiść, jaką do siebie wzajemnie odczuwamy, pokrywamy fałszywymi, ocukrzonymi słowami. Dziwna to rzecz, że życie duchowe zdaje się kwitnąć najlepiej, kiedy korzenie jego tkwią w nienawiści, w niewysłowionej, bezdennej nienawiści. Zawsze tak było! Pomyślcie o Sokratesie i Platonie, i o potoku słów Platona na temat Sokratesa! Zwyczajna nienawiść we wszystkim, po prostu zwyczajna radość z rozrywania kogoś innego na kawały... Protagoras, czy kto to był! I Alcybiades, i te wszystkie inne drobne psiny-uczniowie, które brały udział w nagonce! Muszę przyznać, że zniewala to człowieka do oddania pierwszeństwa Buddzie, który spokojnie siedział pod drzewem „bo”, albo Jezusowi, który opowiadał swoim uczniom drobne przypowieści niedzielne, łagodnie i bez rakiet duchowych. Nie, w życiu duchowym jest coś zgniłego, w samym rdzeniu. Korzenie jego tkwią w nienawiści i zazdrości, w zazdrości i złośliwości. Po owocach jego poznacie drzewo.

— Nie sądzę, abyśmy byli tak zupełnie złośliwi — zaoponował Clifford.

— Drogi Cliffordzie, zastanów się tylko nad tym, jacy my wszyscy jesteśmy nawzajem wobec siebie obłudni. Ja jestem pod tym względem gorszy może od innych, wolę bowiem spontaniczną złośliwość od smacznie przyrządzonych cukierków; to jest naprawdę trucizna; kiedy zaczynam mówić o tym, jakim to pysznym chłopem jest Clifford i tak dalej, wówczas biedny Clifford zasługuje na współczucie. Na miłość boską, mówcie o mnie wszyscy rzeczy naprawdę złośliwe, a będę wiedział, że rzeczywiście coś dla was znaczę. Nie obdarzajcie mnie cukierkami, bo wtedy koniec ze mną.

— O, ale ja sądzę, że my się naprawdę nawzajem lubimy — rzekł Hammond.

— Powiadam ci przecież, że musimy się wzajemnie lubić... bo za plecami mówimy jeden o drugim takie złośliwe rzeczy! Ja jestem pod tym względem najgorszy.

— A ja sądzę, że pomieszałeś życie duchowe z działalnością krytyczną. Zgadzam się z tobą, że Sokrates w najwspanialszy sposób zapoczątkował działalność krytyczną, ale uczynił coś więcej jeszcze, niżeli tylko to — rzekł Charlie May tonem pouczającym.

Koleżkowie odznaczali się tak dziwną pompatycznością pod przybranym skromnym tonem. Wszystko to było tak bardzo ex cathedra, a chciało uchodzić za tak pokorne!

Tommy Dukes nie dał się podrażnić Sokratesem.

— Zupełnie słusznie. Krytyka i wiedza to nie to samo — rzekł Hammond.

— Naturalnie, że nie — zgodził się Berry, lękliwy młodzieniec, który przyjechał, aby się zobaczyć z Dukesem, i został na noc.

Wszyscy spojrzeli na niego, jakby osioł zaczął mówić.

— Nie mówiłem o wiedzy... mówiłem o życiu duchowym — zaśmiał się Dukes. — Prawdziwa wiedza pochodzi z całokształtu świadomości; zarówno z twego brzucha i twego prącia, jak z twego mózgu i duszy. Duch potrafi tylko analizować i racjonalizować. Oddajcie przewagę duchowi i rozumowi, a wszystko, co potrafią uczynić, to krytykować i płodzić obumarłość. Powiadam, wszystko, co potrafią uczynić. Jest to niezmiernie doniosłe. Boże wielki, światu trzeba dzisiaj, aby go krytykowano... aby go skrytykowano na śmierć. Dlatego żyjmy życiem duchowym i pysznijmy się swoją złośliwością, i zrywajmy łachmany z tego złudnego omamienia. Ale zrozumcie mnie, idzie o to: póki przeżywacie swoje życie, stanowicie poniekąd organiczną całość ze wszelkim życiem. Gdy jednak rozpoczynacie życie duchowe, zrywacie jabłka. Zerwaliście związek między jabłkiem a drzewem: związek organiczny. A gdy nie macie w życiu nic poza życiem duchowym, wówczas sami jesteście zerwanym jabłkiem... sami spadliście z drzewa. A wtedy logiczną koniecznością jest stać się złośliwym, zupełnie tak samo, jak dla zerwanego jabłka logiczną koniecznością jest zacząć gnić.

Clifford otworzył szeroko oczy: wszystko to było dla niego niezrozumiałe. Connie uśmiechnęła się potajemnie.

— W takim razie jesteśmy zerwanymi jabłkami — rzekł Hammond dość szorstko i niecierpliwie.

— Więc zróbmy z siebie moszcz26 — dodał Charlie.

— Ale co sądzicie o bolszewizmie? — wtrącił brunatny Berry, jakby wszystko zmierzało do tego pytania.

— Brawo! — ryknął Charlie — Co sądzicie o bolszewizmie?

— Naprzód! Zabierajmy się do bolszewizmu! — zawołał Dukes.

— Obawiam się, że bolszewizm to rozległe zagadnienie — rzekł Hammond, potrząsając poważnie głową.

— Moim zdaniem — oznajmił Charlie — bolszewizm jest superlatywną nienawiścią wobec tego, co oni nazywają bourgeois; zaś co jest tym bourgeois, to nie zostało zdefiniowane. Między innymi jest nim kapitalizm. Uczucia i wrażenia są również tak bardzo bourgeois, że trzeba by wynaleźć człowieka, który by ich nie posiadał. Dalej bourgeois jest człowiek posiadający indywidualność, a zwłaszcza osobowość: dlatego trzeba go zgnębić. Musisz się pogrążyć w największej rzeczy, w tworze sowiecko-socjalnym. Nawet organizm jest bourgeois: ideał musi więc być mechanizmem. Jedyną rzeczą, która stanowi jedność, złożoną z wielu rozmaitych, a przecież jednakowo ważnych części, jest maszyna. Każdy człowiek stanowi cząstkę maszyny, zaś siłą popędową tej maszyny jest nienawiść. Nienawiść wobec tego, co jest bourgeois. Oto, czym jest dla mnie bolszewizm.

— Bezwarunkowo! — rzekł Tommy. — Ale wydaje mi się to zarazem doskonałym opisem ideału przemysłowego. Jest to pod obsłonką ideał fabrykanta; tylko że on zaprzeczyłby, jakoby siłą popędową była nienawiść. A mimo to jest nią nienawiść: nienawiść do samego życia. Spójrzcie tylko na tę Anglię Środkową, czy nie jest to napisane w poprzek niej... Wszystko to jednak jest cząstką życia duchowego, jest logicznym rozwojem.

— Zaprzeczam, jakoby bolszewizm był czymś logicznym, odrzuca on przeważną część przesłanek — odpowiedział Hammond.

— Mój kochany, pozostawia przesłankę materii; tak samo postępuje czysty duch... wyłączając ją.

— W każdym razie bolszewizm dotarł na samo dno — rzekł Charlie.

— Samo dno! Dno nieposiadające dna! Bolszewicy będą niezadługo mieli najlepszą armię na świecie z najlepszym wyposażeniem technicznym.

— Ale to tak dłużej trwać nie może... mam na myśli nienawiść. Musi nastąpić reakcja... — rzekł Hammond.

— Czekaliśmy lata... poczekamy i dłużej. Nienawiść rośnie, jak wszystko inne. Jest ona nieuniknionym skutkiem, kiedy się życiu narzuca idee, kiedy się najniższym instynktom zadaje gwałt; naginamy swoje najgłębsze uczucia do pewnych idei. Popędzamy się sami jakąś formułą, niby maszynę. Myślenie logiczne udaje, jakoby panowało nad wszystkim, zaś wszystko zmienia się w nienawiść. Wszyscy jesteśmy bolszewikami, ale wszyscy jesteśmy obłudni. Rosjanie są bolszewikami bez obłudy.

— Istnieje jednak jeszcze wiele innych dróg — wtrącił Hammond — poza drogą sowiecką. Bolszewicy nie są zbyt mądrzy.

— Naprawdę nie. Niekiedy jednak mądrze jest być na wpół głupcem: kiedy się chce osiągnąć cel. Co do mnie osobiście, to uważam bolszewizm za na wpół zwariowany; ale uważam także nasze życie społeczne na Zachodzie za na wpół zwariowane. Tak, uważam nasze słynne życie duchowe za na wpół zwariowane. Wszyscy jesteśmy tak zimni jak kretyni, wszyscy jesteśmy tak beznamiętni jak idioci. Wszyscy bez wyjątku jesteśmy bolszewikami, tylko nadajemy temu inną nazwę. Sądzimy, że jesteśmy bogami... ludźmi jako bogowie! Jest to zupełnie to samo, co bolszewizm. Trzeba być ludzkim, trzeba mieć serce i penis, jeśli się chce nie być ani bogiem, ani bolszewikiem... gdyż bogowie i bolszewicy są jednakowi: za dobrzy na to, aby byli prawdziwi.

Wśród niechętnego milczenia rozległo się lękliwe pytanie Berry’ego:

— Więc wierzysz w miłość, Tommy, prawda?

— Słodki chłopak! — zawołał Tommy. — Nie, mój cherubie, dziewięć razy na dziesięć nie! Miłość jest dzisiaj tylko innym jeszcze spośród tych na wpół zwariowanych omamień. Chłopcy o kołyszących się biodrach, spółkujący z dziewczętami z jazzu o małych, chłopięcych kuperkach niby dwa guziki! Czy masz na myśli ten rodzaj miłości? Czy też miłość wspólnoty majątkowej albo miłość sympatycznego współżycia, albo miłość, w której mąż idzie w prawo, a żona w lewo? Nie, mój cudowny chłopcze, w to wszystko ja nie wierzę!

— Ale w coś przecież wierzysz?

— Ja? O, rozumowo wierzę, że trzeba mieć dobre serce, dzielny penis, żywy umysł i odwagę powiedzenia „usrać się!” w towarzystwie damy.

— No, to wszystko przecież posiadasz — rzekł Berry.

Tommy Dukes zawył ze śmiechu.

— Anielskie dziecię! Gdybymż to miał! Gdybymż to miał! Nie, moje serce jest tak bez uczucia, jak kartofel, mój penis jest obwisły i nigdy nie podnosi głowy, a raczej odważyłbym się obciąć go sobie niż powiedzieć „usrać się!” w obecności swojej matki lub ciotki... trzeba wam wiedzieć, że one są prawdziwymi damami; i nie jestem naprawdę inteligentny, jestem tylko „żyjącym w duchu”. Cudownie byłoby być inteligentnym. Wtedy byłoby się żywym we wszystkich wspomnianych i niewspomnianych członkach. Penis podniósłby głowę i mówiłby „jak się masz?” do każdej naprawdę inteligentnej osoby. Renoir powiadał, że malował swoje obrazy prąciem... i robił to naprawdę: wspaniałe obrazy! Chciałbym i ja móc coś swoim zrobić. Boże! Kiedy się nie umie nic, tylko mówić! Nowa męka Hadesu! A rozpoczął ją Sokrates.

— Bywają też na świecie czułe kobiety — wtrąciła Connie, podnosząc wzrok i odzywając się nareszcie.

Mężczyźni zgorszyli się... powinna była udawać, że nic nie słyszała. Stropiło ich, kiedy przyznała w ten sposób, że przysłuchiwała się uważnie takiej rozmowie.

— Boże mój! „Jeżeli one nie są dla mnie czułe, po co ja się mam trapić, by być czułym dla nich?”27 Nie, to jest beznadziejne! Po prostu nie potrafię współdźwięczeć harmonicznie z kobietą. Nie istnieje kobieta, której bym naprawdę mógł pożądać, kiedy stoję naprzeciw niej, a nie mam zamiaru zmuszać się do tego... Boże mój, nie, wolę pozostać takim, jakim jestem, i żyć nadal życiem duchowym. Jest to jedyna rzecz uczciwa, jaką potrafię robić. Mogę być zupełnie szczęśliwy, rozmawiając z kobietą; ale to wszystko jest czyste, beznadziejnie czyste. Beznadziejnie czyste! A cóż ty na to, Hildebrandzie, synu mój?

— O wiele mniej skomplikowane jest, kiedy się pozostaje czystym — odpowiedział Berry.

— Tak, życie jest o wiele za proste!