Rozdział trzeci

Connie doznawała jednakże wzrastającego niepokoju. Brak kontaktu rodził w niej zaniepokojenie, które ogarniało ją jak obłęd. Członki jej wzdrygały się, kiedy nie chciała, aby się wzdrygały, grzbiet jej podrywał się, kiedy nie pragnęła go wcale wyprostować, lecz wolałaby raczej wygodnie spoczywać. Uczucie to przenikało jej ciało, jej łono, aż ogarniało ją wrażenie, że powinna by skoczyć w wodę i płynąć, aby uciec od tego; był to obłędny niepokój. Budził w niej bez powodu silne bicie serca, sprawiał, że Connie chudła.

Był to po prostu brak spokoju. Uciekała nagle przez park, pozostawiając Clifforda samego, i rozciągała się pośród paproci. Tylko uciec od domu... musiała uciekać od domu i od ludzi. Las był jej jedynym schronieniem, jej sanktuarium.

Nie był jednak prawdziwym schronieniem, prawdziwym sanktuarium, gdyż nie miała z nim związku. Był jedynie miejscem, w którym mogła się uwolnić od wszystkiego innego. Nigdy nie odczuła kontaktu z samym duchem lasu... jeśli las posiadał w ogóle coś tak bezsensownego.

Niejasno zdawała sobie sprawę, że marnuje się przez to. Niejasno uświadamiała sobie, że nie posiada kontaktu: zatraciła związek z dotykalnym i żywym światem. Tylko Clifford i jego książki, które nie posiadały rzeczywistego bytu... w których nic nie było! Pustka a pustka. Niejasno zdawała sobie z tego sprawę, ale działo się to tak, jakby uderzała głową o kamień.

Ojciec ostrzegał ją nieraz:

— Dlaczego nie bierzesz sobie przyjaciela? Toby było dla ciebie najlepsze.

Tej zimy Michaelis przyjechał na kilka dni z wizytą. Był to młody Irlandczyk, który zdobył już swymi sztukami teatralnymi wielki majątek w Ameryce. Eleganckie towarzystwo Londynu przyjmowało go przez pewien czas z zapałem, gdyż pisywał udatne sztuki towarzyskie. Potem eleganckie towarzystwo zrozumiało z wolna, że było ośmieszane przez nędznego szczura dublińskiego, i nastąpiła reakcja. Michaelis stał się uosobieniem wszystkiego, co plugawe i nikczemne. Zdemaskowano go jako wroga angielszczyzny, zaś w sferze, która uczyniła to odkrycie, uchodziło to za najgorsze i najszpetniejsze przestępstwo. Utrupiono go zupełnie, a zwłoki jego wyrzucono na śmietnik.

Tym niemniej posiadał Michaelis nadal swój elegancki apartament w Mayfair, a krocząc po Bond Street stanowił ideał gentlemana, gdyż najlepszych nawet krawców niepodobna zmusić do tego, aby nie szyli dla swoich upadłych klientów, jeżeli ci klienci płacą.

Clifford zaprosił tego trzydziestoletniego młodzieńca w chwili niezbyt obiecującej dla towarzyskich widoków Michaelisa. Ale Clifford nie zawahał się. Michaelis znajdował zapewne posłuch u kilku milionów ludzi; a że był beznadziejnym outsiderem, niewątpliwie okaże się wdzięczny za zaproszenie do Wragby właśnie w tej chwili, gdy reszta eleganckiego świata odtrącała go. Z wdzięczności zaś niewątpliwie dopomoże Cliffordowi w Ameryce. A może się to przydać, gdy o kim dobrze mówią, zwłaszcza w Ameryce. Clifford był człowiekiem przyszłości; i było rzeczą zdumiewającą, jak silny instynkt reklamy posiadał. Doszło do tego, że Michaelis bardzo szlachetnie uwiecznił go w jednej ze swoich sztuk, i Clifford stał się czymś w rodzaju bohatera narodowego. Aż nadeszła reakcja, kiedy spostrzegł, że został ośmieszony.

Connie dziwiła się trochę ślepemu, nieprzepartemu popędowi Clifforda, aby się stać głośnym; to znaczy stać się głośnym w owym olbrzymim, bezkształtnym świecie, którego sam nie znał i którego się lękał; stać się głośnym jako pisarz, jako pierwszorzędny, nowoczesny pisarz. Connie wiedziała od cieszącego się powodzeniem starego, serdecznego, kpiącego Sir Malcolma, że artyści rzeczywiście reklamowali się sami i starali się o zbyt dla swego towaru. Ale ojciec jej korzystał z udeptanych już ścieżek, z których korzystali wszyscy inni członkowie Akademii Królewskiej, kiedy sprzedawali swoje obrazy. Gdy natomiast Clifford odkrywał zupełnie nowe drogi reklamy, i to najrozmaitsze. Zapraszał do Wragby najróżnorodniejszych ludzi, nie krępując się niczym. Zdecydowany zbudować sobie szybko pomnik sławy, używał do budowy wszelkiego gruzu, jaki mu się nawinął pod rękę.

Michaelis przybył punktualnie, w bardzo ładnym aucie, z szoferem i służącym. Był żywym okazem z Bond Street! Ale na jego widok w ziemiańskiej duszy Clifforda coś się wzdrygnęło. Michaelis był niezupełnie... niezupełnie, tak, absolutnie nie był tym, czym starał się okazać na zewnątrz. Dla Clifforda było to decydujące i dostateczne. Był jednak bardzo uprzejmy dla gościa; dla jego zdumiewającego powodzenia. Psia bogini Powodzenia, jak ją nazywano, warcząc broniła na wpół pokornego, na wpół przekornego Michaelisa i zupełnie oszołomiła Clifforda: i on bowiem pragnął sprostytuować się z psią boginią Powodzenia, gdyby go tylko zechciała wziąć.

Widać było, że Michaelis nie jest Anglikiem, mimo wszystkich krawców, kapeluszników, fryzjerów i szewców najlepszej dzielnicy Londynu. Nie, nie, widać było, że nie jest Anglikiem: ten fałszywy gatunek płaskiej, bladej twarzy i zachowania; i ten fałszywy rodzaj rozżalenia. Był w nim gniew i rozżalenie: to było jasne dla każdego rodowitego Anglika, który brzydziłby się tak jawnym okazywaniem tych uczuć. Biedny Michaelis dostał niemało cięgów i teraz jeszcze miał wygląd obitego psa. Jedynie instynkt, a bardziej jeszcze bezwstyd utorował jego sztukom drogę na scenę i na jej czoło. Chwycił publiczność za kark. I zdawało mu się, że dni kopniaków przeminęły. Ale one nie przeminęły... Nie przeminą nigdy. Gdyż Michaelis w pewnym sensie prowokował kopniaki. Łaknął jednego: być tam, gdzie było nie jego miejsce... wśród wyższych sfer angielskich. A jak się te sfery cieszyły z kopniaków, które mu mogły zadawać! I jak on ich za to nienawidził!

Tym niemniej podróżował ze swoim służącym, w swoim eleganckim aucie — pokurcz dubliński.

Było w nim coś, co się Connie podobało. Nie dodawał sobie fasonu; nie posiadał co do siebie złudzeń. Rozmawiał z Cliffordem rozsądnie, krótko, praktycznie o wszystkim, co Clifford chciał wiedzieć. Nie rozpierał się i nie lekceważył siebie. Wiedział, że został zaproszony do Wragby, aby być wykorzystany, i niby stary, szczwany, niemal zobojętniały człowiek interesu, albo jak wielki człowiek interesu, pozwalał się wypytywać i odpowiadał z możliwie najmniejszym nakładem uczucia.

— Pieniądz! — rzekł. — Pieniądz to rodzaj instynktu. Zbijanie pieniędzy to pewnego rodzaju usposobienie człowieka. To nie jakaś czynność. To nie trick, który się wykonuje. Jest to niejako nieustanny przypadek własnej natury człowieka; kiedy się raz zaczyna, zarabia się pieniądze, i to już trwa; do pewnego punktu, jak sądzę.

— Ale trzeba właśnie zacząć — odpowiedział Clifford.

— O, oczywiście! Trzeba w to wejść. Nie można nic zrobić, gdy się jest trzymanym z daleka. Trzeba sobie wywalczyć wstęp. Kiedy się to zrobiło, reszta robi się sama.

— A czy pan potrafiłby zarabiać pieniądze inaczej niż przez sztuki teatralne? — zapytał Clifford.

— O, prawdopodobnie nie! Mogę być dobrym lub złym pisarzem, ale jestem pisarzem, a w szczególności dramatopisarzem, i muszę nim być. To nie ulega kwestii.

— I sądzi pan, że musi pan być pisarzem popularnych sztuk? — zapytała Connie.

— Tak, bezwarunkowo! — odpowiedział Michaelis, zwracając ku niej nagłe spojrzenie. — Nic w tym nie ma. Nic nie ma w popularności, i jeżeli o to idzie, nic nie ma w publiczności. Naprawdę nie ma w moich sztukach nic, coby je czyniło popularnymi. To nie o to idzie. Są one, podobnie jak pogoda... takie, jakimi być powinny... przynajmniej w danej chwili.

Skierował na Connie swoje leniwe, bardzo okrągłe oczy, które zatonęły w takim braku złudzeń, a ona zadrżała z lekka. Wydawał się tak stary... tak nieskończenie stary, wzrosły na pokładach deziluzji, sięgającej w nim na głębokość wielu pokoleń, niby warstwa geologiczna; a zarazem był bezbronny jak dziecko. W pewnym stopniu nawet napiętnowany, ale obdarzony rozpaczliwą odwagą swojej szczurzej egzystencji.

— W każdym razie zdumiewające jest, ile pan osiągnął w swoim wieku — rzekł Clifford w zamyśleniu.

— Mam trzydzieści lat... tak, mam trzydzieści lat! — odpowiedział Michaelis szorstko, z nagłym, dziwnym śmiechem, pustym, triumfalnym i gorzkim.

— I jest pan samotny? — zapytała Connie.

— Jak pani to rozumie? Czy żyję sam? Mam służącego. Jest Grekiem, tak twierdzi, i nie nadaje się do niczego. Ale trzymam go. I mam zamiar ożenić się. O, tak, muszę się ożenić.

— Brzmi to tak, jakby pan musiał kazać sobie operować migdałki — zaśmiała się Connie. — Czy będzie to dla pana taki sam wysiłek?

Spojrzał na nią zdziwiony.

— No tak, Lady Chatterley, w pewnym sensie! Uważam... proszę mi wybaczyć... że nie mogę się ożenić z Angielką, nawet nie z Irlandką...

— Więc niech pan spróbuje z Amerykanką — rzekł Clifford.

— O, Amerykanka! — roześmiał się Michaelis głucho. — Nie, powiedziałem swemu służącemu, żeby mi wyszukał Turczynkę czy coś podobnego... coś bliższego typowi wschodniemu.

Connie dziwiła się naprawdę temu osobliwemu, melancholijnemu egzemplarzowi człowieka, który miał powodzenie. Powiadano, że posiadał on dochód pięćdziesięciu tysięcy dolarów z samej Ameryki. Niekiedy był ładny: niekiedy, gdy spoglądał w bok i padało na niego światło, było w nim ciche, trwałe piękno rzeźbionej w kości słoniowej maski murzyńskiej; w jego bardzo okrągłych oczach i grubych, charakterystycznie wygiętych brwiach, w jego nieruchomych, zaciśniętych wargach, w jego chwilowej, ale znamiennej nieruchomości — owej bezczasowej nieruchomości, do jakiej dąży Budda i jaką, nie dążąc do niej, posiadają niekiedy Murzyni — było coś prastarego, jakieś podporządkowanie się rasie! Eony podporządkowania się przeznaczeniom rasy, zamiast naszego indywidualnego oporu. A potem przepływanie, jak szczury przepływają przez rzekę. Connie poczuła nagły, dziwny napływ sympatii dla niego, sympatii połączonej ze współczuciem i odrobiną niechęci, jakiś napływ uczucia, które było niemal miłością. Outsider! Outsider! A nazywano go karierowiczem! O ileż bardziej karierowiczem był Clifford, o ileż był bardziej natarczywy! I o ile bardziej głupi!

Michaelis odczuł natychmiast, że wywarł na niej wrażenie. Z wyrazem zupełnej obojętności skierował na nią okrągłe, brunatne, nieco wypukłe oczy. Szacował ją i rozmiary wrażenia, jakie wywarł. W stosunku do Anglików nic nie mogło go ustrzec przed tym, aby być wiecznym outsiderem, nawet miłość. Ale kobiety durzyły się w nim niekiedy... nawet Angielki.

Ze swego stosunku do Clifforda zdawał sobie doskonale sprawę. Byli jak dwa obce psy, które chętnie warknęłyby na siebie, a tymczasem uśmiechają się do siebie z przymusem. Ale co do niej, nie był zupełnie pewien.

Śniadanie przynoszono zwykle do sypialni; Clifford nie zjawiał się nigdy przed obiadem, a jadalnia była nieco ponura. Po kawie Michaelis, dusza nieznająca spokoju i niestała, zadał sobie pytanie, co ma robić. Był piękny dzień listopadowy... piękny jak na Wragby. Spoglądał na melancholijny park. Boże wielki! Co za miejscowość!

Posłał służącą zapytać, czy może załatwić coś dla Lady Chatterley, gdyż jedzie do Sheffield. Odpowiedź brzmiała, że Lady Chatterley prosi, aby wstąpił do jej pokoju.

Connie miała własny salonik na trzecim piętrze, najwyższym w środkowej części domu. Pokoje Clifforda znajdowały się oczywiście na parterze. Michaelisowi schlebiało, że zaproszono go do buduaru Lady Chatterley. Nieuważnie szedł za służącą... nigdy nie spostrzegał otaczających go rzeczy, nigdy nie miał kontaktu ze swoim otoczeniem. W pokoju jej rozejrzał się dokoła, przesunął wzrokiem po pięknych niemieckich reprodukcjach Renoira i Cezanne’a.

— Bardzo tu miło — powiedział z dziwnym uśmiechem, jakby ten uśmiech sprawiał mu ból, i pokazując przy tym zęby. — To bardzo mądrze, że się pani ulokowała tak wysoko.

— Tak, zdaje się — odpowiedziała Connie.

Pokój jej był jedynym wesołym, nowoczesnym pokojem w całym domu, jedynym w ogóle pokojem we Wragby, w którym indywidualność jej mogła sobie znaleźć wyraz. Clifford nigdy go nie widział, a Connie zapraszała tu bardzo mało ludzi.

Siedzieli teraz, ona i Michaelis, naprzeciwko siebie przy kominku i gawędzili. Pytała go o niego samego, o jego matkę, ojca, braci... obcy ludzie byli dla niej zawsze jakby cudem, a gdy sympatia jej budziła się, nie znała różnic klasowych. Michaelis mówił o sobie szczerze, zupełnie szczerze i bez ozdób odsłaniał po prostu swoją zgorzkniałą, obojętną duszę zbłąkanego psa, zdradzając przy tym przebłysk mściwej dumy ze swego powodzenia.

— Dlaczego pan jest takim samotnikiem? — zapytała go Connie; znowu spojrzał na nią pełnym, badawczym wzrokiem brunatnych oczu.

— Niektórzy ludzie już tacy są — odpowiedział. Potem dodał z odcieniem poufałej ironii: — A jakże jest z panią? I czy pani nie jest również czymś w rodzaju takiego samotnika?

Connie, nieco zaskoczona, zastanowiła się przez chwilę, potem powiedziała:

— Tylko w pewnym sensie! Nie tak dalece, jak pan!

— Czy ja jestem tak dalece samotnikiem? — zapytał Michaelis ze swoim dziwnym uśmiechem, tak bolesnym, że był już skrzywieniem się, jakby go bolały zęby; oczy jego były przy tym zupełnie melancholijne, czy też stoickie, czy pozbawione złudzeń, czy zalęknione.

— Co? — zapytała Connie prawie bez tchu, kiedy na nią spojrzał. — Czy pan nim nie jest?

Czuła tak straszliwe wezwanie, płynące od niego ku niej, że omal nie straciła równowagi.

— O, ma pani zupełną rację! — rzekł Michaelis, odwracając głowę i spoglądając w bok, z ową dziwną nieruchomością starej rasy, ową nieruchomością, jaka dzisiaj niemal już nie istnieje. I ona to właśnie pozbawiła Connie siły obserwowania go w odosobnieniu od siebie samej.

Spojrzał na nią, owym pełnym wzrokiem, który widział wszystko, wszystko spostrzegał. Ale jednocześnie dziecko płaczące w nocy krzyknęło ku niej z jego piersi w taki sposób, że odczuła to w głębi swego łona.

— To bardzo ładnie, że pani o mnie myśli — powiedział lakonicznie.

— Dlaczego nie miałabym myśleć o panu? — zawołała Connie, ledwie znajdując dość tchu, aby to wypowiedzieć.

Michaelis wybuchnął gorzkim śmiechem, który brzmiał jak szybki syk.

— O, w ten sposób!... Czy mogę potrzymać pani rękę przez chwilę? — zapytał nagle i z hipnotyczną niemal siłą skierował na nią oczy, w których było błagalne wezwanie, przenikające bezpośrednio w jej łono.

Wlepiła w niego wzrok, oszołomiona i stropiona, a on podszedł do niej, uklęknął obok niej, ujął mocno jej stopy w obie dłonie, ukrył twarz na jej kolanach i pozostał tak nieruchomy. Connie była zupełnie ogłuszona i przejęta i spoglądała z niejakim podziwem na jego delikatny kark, czując, jak twarz jego wciska się w jej uda. W płomiennym oszołomieniu nie mogła się powstrzymać od tego, aby z czułością i współczuciem położyć rękę na jego bezbronnym karku, a on zadrżał na całym ciele pod tym dotknięciem.

Potem spojrzał na nią z owym przeraźliwym wezwaniem w okrągłych, płonących oczach. Connie była zupełnie niezdolna do oporu. Z piersi jej płynęła ku niemu w odpowiedzi bezgraniczna tęsknota; musiała mu dać wszystko, wszystko.

Był dziwnym i bardzo łagodnym kochankiem, bardzo łagodnym w stosunku do kobiety, drżącym bez opanowania, a zarazem jak gdyby stojącym na uboczu, świadomym, świadomym każdego zewnętrznego dźwięku.

Dla niej nie oznaczało to nic więcej, tylko że mu się oddała. A on przestał wreszcie drżeć i leżał zupełnie cicho. I wówczas Connie zakłopotanymi, współczującymi palcami pogładziła jego głowę, leżącą na jej piersi.

Kiedy się podniósł, ucałował obie jej dłonie, potem obie jej stopy w zamszowych pantoflach i w milczeniu przeszedł na drugi koniec pokoju, gdzie zatrzymał się, zwrócony do niej plecami. Przez kilka minut panowało milczenie. Potem Michaelis odwrócił się i podszedł do Connie, która siedziała na dawnym miejscu przy kominku.

— A teraz będzie mnie pani zapewne nienawidziła! — powiedział spokojnym, niewzruszonym tonem.

Connie rzuciła nań szybkie spojrzenie.

— Dlaczego miałabym pana nienawidzić? — zapytała.

— Tak postępuje większość kobiet — odpowiedział Michaelis i opanował się szybko — a raczej... tak się o większości kobiet sądzi.

— Nie jest to bynajmniej odpowiednia chwila, aby pana nienawidzić — rzekła Connie stropiona.

— Wiem! Wiem! Tak powinno być! Pani jest dla mnie okropnie dobra... — zawołał Michaelis z przejęciem.

Connie zadawała sobie pytanie, dlaczego czuje się on tak nędznie.

— Może pan siądzie znowu? — zapytała.

Michaelis spojrzał na drzwi.

— Sir Clifford! — rzekł. — Czy on... czy on nie?...

Connie milczała przez chwilę, zastanawiając się.

— Może! — rzekła i spojrzała na niego. — Nie chcę, aby Clifford wiedział... ani nawet podejrzewał. Toby dla niego było takie bolesne! Nie sądzę jednak, aby to było złe. Czy może tak?

— Złe? Miły Boże, nie! Pani jest tak bezgranicznie dobra dla mnie... niemal nie mogę tego znieść.

Odwrócił się, a Connie spostrzegła, że za chwilę zacznie łkać.

— Ale nie potrzebujemy zdradzać tego Cliffordowi, prawda? — broniła się. — Toby go naprawdę tak zabolało, a jeżeli się nie dowie, jeżeli nie będzie nawet podejrzewał, nikogo to nie zaboli.

— Ode mnie — zawołał Michaelis niemal gniewnie — ode mnie nie dowie się niczego. Może długo czekać. Ja miałbym się sam zdradzić? Ha! Ha! — Roześmiał się cynicznie na taką myśl. Connie obserwowała go ze zdumieniem. Michaelis powiedział do niej: — Czy mogę ucałować pani ręce i odejść? Jeżeli pani pozwoli, pojadę do Sheffield i zjem tam obiad, a na herbatę będę z powrotem. Czy mogę coś dla pani załatwić? Czy mogę być pewien, że mnie pani nie nienawidzi... i nie będzie nienawidziła? — zakończył z rozpaczliwym tonem cynizmu.

— Nie, nie nienawidzę pana — rzekła Connie. — Uważam, że pan jest miły.

— Ach! — zawołał Michaelis zapalczywie. — Milsze mi to, niż gdyby pani powiedziała, że mnie pani kocha! To oznacza o tyle więcej... Więc do popołudnia. Do tego czasu muszę wiele przemyśleć.

Ucałował pokornie jej ręce i wyszedł.

— Zdaje się, że nie będę mógł znieść obecności tego młodzieńca — rzekł Clifford przy obiedzie.

— Dlaczego? — zapytała Connie.

— Taki z niego karierowicz pod tą przykrywką... czeka tylko, aby człowieka pchnąć z zasadzki.

— Mam wrażenie, że ludzie byli dla niego bardzo nieżyczliwi — rzekła Connie.

— Czy cię to dziwi? I czy sądzisz, że on spędza swoje najlepsze godziny na spełnianiu dobrych uczynków?

— Sądzę, że posiada pewnego rodzaju wspaniałomyślność.

— Wobec kogo?

— Nie wiem tego dobrze.

— Naturalnie, że nie. Obawiam się, że uważasz brak sumienia za wspaniałomyślność.

Connie zamilkła. Czy tak było w istocie? Możliwe. Ale brak sumienia u Michaelisa miał w sobie dla niej coś przykuwającego. Gdzie Clifford mógł się odważyć zaledwie na kilka lękliwych kroków, on przechodził całą drogę. Na swój sposób zwyciężył świat. I był tym, czym Clifford chciał być. Środki i drogi?... Czy środki i drogi Michaelisa były gorsze niż Clifforda? Czy sposób, w jaki ten biedny outsider we własnej osobie posuwał się i przepychał naprzód, zawsze przez tylne drzwi, był gorszy niż sposób Clifforda osiągnięcia sławy przez reklamę? Za psią boginią Powodzenia biegły tysiące sapiących psów z wywieszonymi ozorami. Ten jedyny, który jej pierwszy dopadł, był prawdziwym psem pośród psów, jeżeli sądzić po rezultatach! Michaelis mógł więc nieść głowę wysoko.

Dziwne było tylko, że tego nie robił. Na herbatę powrócił z wielkim bukietem fiołków i lilii i z tą samą miną wychłostanego psa. Connie zadawała sobie niekiedy pytanie, czy to jest pewnego rodzaju maska, aby rozbroić opór, gdyż wyraz ten był u niego omalże nazbyt trwały. Czy rzeczywiście był takim nędznym psem?

To zachowanie nędznego psa nie uległo u niego zmianie przez cały wieczór, ale Clifford wyczuwał poza tym potajemne wyzwanie. Connie nie czuła tego, może dlatego, że nie było ono skierowane przeciwko kobietom, lecz jedynie przeciwko mężczyznom oraz ich uroszczeniom i pysze. Ten nieustanny bezwstyd wewnętrzny w chudym młodzieńcu był powodem, dla którego mężczyźni okazywali wobec Michaelisa taką zawziętość. Sama jego obecność była prowokacją dla mężczyzny z towarzystwa, chociażby się starał ukryć ją pod pozorami dobrych manier.

Connie była w nim zakochana, przezwyciężyła się jednak o tyle, że siedziała nad swoją robótką i pozwalała mężczyznom mówić, nie zdradzając swoich uczuć. Michaelis zachowywał się doskonale; był tym samym melancholijnym, uważnym, trzymającym się na uboczu młodzieńcem, co poprzedniego wieczora, oddalonym o miliony stopni od swoich gospodarzy, ale dostosowującym się do nich lakonicznie w koniecznej mierze i nigdy, ani na chwilę niewpadającym w podniecenie. Connie miała wrażenie, że zapomniał o poranku. Nie zapomniał. Ale wiedział, gdzie był... na tym samym zewnętrznym miejscu, gdzie byli wszyscy outsiderzy z urodzenia. Miłości nie traktował zupełnie osobiście. Wiedział, że nie przemieni go ona z bezpańskiego psa, któremu każdy zazdrościł złotej obroży, w sympatycznego pieska salonowego.

Faktem decydującym było, że w głębi duszy Michaelis był istotnie outsiderem i człowiekiem antyspołecznym, a z faktem tym godził się obojętnie, chociaż zewnętrznie tak bardzo przypominał Bond Street. Stan wyzwolenia był dla niego koniecznością; podobnie jak pozorne dostosowanie się i kontakt z wytwornymi ludźmi były dla niego koniecznością.

Ale przelotna miłość jako pociecha i ulga także była nie do pogardzenia, a Michaelis nie był niewdzięczny. Przeciwnie, był żarliwie, przejmująco wdzięczny za odrobinę naturalnej, niewymuszonej dobroci — wdzięczny niemal do łez. Poza jego bladą, nieruchomą, pozbawioną złudzeń twarzą drżał szloch wdzięczności wobec kobiety, płonąc pożądaniem ponownego spotkania z nią; chociaż w głębi swej duszy napiętnowanego wiedział dobrze, że w istocie zejdzie jej z drogi.

Gdy zapalali na korytarzu świece w swoich lichtarzach, znalazł sposobność, aby ją zapytać:

— Czy mogę przyjść?

— Przyjdę do ciebie — odpowiedziała Connie.

— O, dobrze!

Czekał na nią długo... ale przyszła.

Michaelis był drżącym, podnieconym kochankiem, którego kryzys22 następował szybko i szybko się kończył. Coś dziwnie dziecięcego i bezbronnego było w jego nagim ciele: tak właśnie nagimi są dzieci. Wszystkie jego środki obrony polegały na rozumie i przebiegłości, na popędzie do przebiegłości, a gdy ten popęd zawodził, był podwójnie nagi, niby dziecko o niedojrzałym, delikatnym ciele, niby dziecko drepczące bezradnie.

Budził w kobiecie nieposkromione współczucie i tęsknotę i szalejące, łaknące pożądanie fizyczne. Nie zaspokajał w niej jednak tego fizycznego pożądania; tak szybko dochodził do celu, a potem padał na jej pierś i odzyskiwał odrobinę swego bezwstydu, podczas gdy ona leżała zupełnie oszołomiona, rozczarowana, bezradna.

Tym razem pozostał we Wragby tylko trzy dni i zachowywał się wobec Clifforda zupełnie tak samo, jak pierwszego wieczora; wobec Connie także. Człowiek zewnętrzny nie załamał się.

Pisywał do Connie tym samym skargliwym, melancholijnym tonem, co zwykle, niekiedy dowcipnie i z nalotem dziwnie bezpłciowej życzliwości. Zdawało się, że żywi dla niej rodzaj beznadziejnej skłonności, zaś istotne oddalenie nie ulegało zmianie. Był beznadziejny do szpiku kości i chciał być beznadziejny. Nienawidził nadziei. „Une immense espérance a traversé la terre”,23 przeczytał gdzieś, a komentarz jego do tego zdania brzmiał: „i, do licha — utopiła wszystko, co miało jakąś wartość”.

Connie nigdy nie mogła zrozumieć go naprawdę, ale kochała go na swój sposób i przez cały ten czas czuła w sobie odblask jego beznadziejności. Ale w beznadziejności nie mogła kochać zupełnie, zupełnie. Zaś on, który był beznadziejny, nigdy w ogóle nie mógł kochać zupełnie.

Taki był ich stosunek przez pewien czas, wymieniali listy i spotykali się niekiedy w Londynie. Connie ciągle jeszcze pragnęła owej fizycznej, seksualnej emocji, jakiej doznawała z nim przez swoją własną aktywność, gdy tylko jego mały orgazm przemijał. A on ciągle jeszcze pragnął jej tę emocję dawać. Wystarczało to, aby utrzymać ich stosunek.

I wystarczało także, aby nadać jej ledwo dostrzegalnego nalotu pewności siebie, czegoś ślepego i nieco aroganckiego. Było to mechaniczne niemal zaufanie do własnych sił, idące ręka w rękę z wielką, radosną ufnością.

Bardzo ufna była we Wragby i korzystała z całej swojej zbudzonej żądzy życia i zaspokojenia, aby pobudzić Clifforda, tak że w tym czasie napisał najlepsze swoje dzieła i w dziwny, ślepy sposób czuł się niemal szczęśliwy. On to zbierał w istocie owoce jej zmysłowego zaspokojenia, zaspokojenia, jakie osiągała dzięki męskiej, sztywnej pasywności Michaelisa. Ale tego oczywiście nie wiedział, a gdyby wiedział, nie podziękowałby za to!

Ale gdy przeminęły dni jej wielkiej, radosnej ufności i podniecenia, gdy przeminęły zupełnie, a Connie była przygnębiona i podrażniona, jakże bardzo tęsknił znowu Clifford za nimi! Może, gdyby o tym wiedział, pragnąłby, aby Connie i Michaelis zeszli się znowu.