Anielska rózga
Nazajutrz rano Elżbieta niecierpliwie czekała na Ludmiłę. Przez cały dzień była bardzo zajęta, nie mogła zlekceważyć swych obowiązków. Ale gdy tylko zapadł zmierzch, zdołała się wyrwać i pobiec do taboru Ajdara. Kiedy weszła do namiotu Ludmiły, spostrzegła, że przyjaciółka leży na sofie z twarzą rozognioną i zamglonymi oczami.
— Co ci, Ludko? Jesteś chora?
— Nie, nie jestem chora, tylko jakaś nieswoja. Nic mnie nie boli, sama nie wiem, co mi jest... Po co przyszłaś, moja droga? Ja bym się przecież do ciebie wybrała... No, a tak, jeszcze Kałga gotów cię ukarać za to, że przerwałaś robotę.
— Na dziś skończyłam. Już ciemno.
— Co ty mówisz? Ciemno? — Podniósłszy się nieco na łokciu, wsparła się na wałku i rozglądała dokoła. — Prawda, to już wieczór! A ja myślałam, że to mnie w oczach tak ciemno, bo dziś kilka razy, kiedy chciałam wstać, to w głowie mi się kręciło, jakoś dziwnie... Już wieczór? Musiałam cały dzień przedrzemać...
— Oj, Ludko, Ludko, na pewno nie dotrzymałaś obietnicy i wczoraj wieczorem wypiłaś albo zjadłaś coś niezdrowego! — Elżbieta starała się nadać swemu głosowi odcień żartobliwy, ale serce waliło jej młotem. Była śmiertelnie przerażona i roztrzęsiona.
— Nie, moja droga, nie martw się o mnie. — Ludmiła ścisnęła przyjaciółkę za rękę i szczerze się uśmiechnęła. — Dotrzymałam święcie obietnicy, nic nie jadłam i nic nie piłam. I nawet łatwiej mi to przyszło, niż sądziłam. Biga, czy w dobrej wierze, czy dla oddalenia podejrzeń, wcale nie nalegała. Jak tylko jej oświadczyłam, że nie jestem głodna ani spragniona, odsunęła ode mnie wszystkie miski i kubki. Powiedziała nawet z pewnym naciskiem: „W takim razie nie wolno się zmuszać, to bardzo niezdrowo”.
— Cóż mogło ci zaszkodzić? Bo na pewno zaszkodziło...
— Albo ja wiem? Może droga mnie wyczerpała. Wprawdzie dotąd dobrze znosiłam podróż, no, ale całe życie tak być nie może, każdy musi swoje odchorować. Zresztą, czy to choroba? Kilka dni wypocznę i znów będzie dobrze. — Istotnie, podczas rozmowy rozbudziła się i ożywiła nieco. Ach, Elżuniu — ciągnęła Ludmiła — nie uwierzysz, jak zachowywała się wczoraj Biga! Ajdara przyjęła z wielkim szacunkiem, w stosunku do mnie była mniej pokorna niż rano, ale życzliwa. Mówiła, że chce się z nami pogodzić, aby spokojnie umrzeć, bo może nas już nigdy nie zobaczy. Tutaj ma zabawić tylko przez kilka dni, a potem, jak my wyruszymy do Persji, ona powróci do Mongolii, do swego „wdowiego ułusu”. Ajdar był wzruszony i trochę zakłopotany, a ja byłam zupełnie upokorzona taką szlachetnością.
Do namiotu Ludmiły wszedł Ajdar. Zdziwił się niezmiernie, zastając żonę cierpiącą. Przywykł do jej żelaznego zdrowia i teraz nie wierzył w jej chorobę.
— Pieści się — powiedział żartobliwie — wie, że jej wszystko wolno. Ale weź się w garść, ptaszku, bo cóż to będzie, jak wjedziemy do kraju, gdzie trwa wojna? No, prześpij się teraz, a jutro bądź mi zdrowa jak rybka.
Nazajutrz rano Ludmiła chciała wstać, jak zawsze, ale zataczała się i słabła w oczach. Odprowadzono ją znowu na sofę. Mąż przyszedł pogodny, ale wyszedł pochmurny i zły. Ajdar był póty wesoły i dobry, póki wszyscy wokół niego się uśmiechali i kwitli zdrowiem. Niedomaganie Ludmiły go niecierpliwiło. Właśnie tego dnia chciał z nią jechać w góry na polowanie, a wieczorem wyprawić małą pożegnalną biesiadkę dla Bigi. Ludmiła psuła mu wszystkie szyki. Przywołał jednego z szamanów, którzy towarzyszyli wojsku, i rozkazał mu, aby prędko, jak najprędzej wyleczył mu żonę. Szaman nawarzył ziół, zaczął zamawiać zaklęcia, szeptać jakieś tajemne słowa. Potem napełnił kubek miksturą i podał go Ludmile. Mimo wstrętu, wychyliła go odważnie.
Elżbieta przybiegła o zmroku. W namiocie przyjaciółki zastała Bigę. Wprawdzie trzecia Ajdarowa nie usługiwała chorej, ale siedziała obok i bawiła ją najdziwniejszymi tatarskimi opowieściami. Wpatrywała się w nią z niezmierną troskliwością. Nie brakowało Ludmile domowej posługi, ale jedna tylko Elżbieta umiała naprawdę chodzić przy chorej. Chciała zmienić pościel na sofie, o czym nikt jeszcze nie pomyślał, i bieliznę. Ludmiła zaraz po pamiętnej wieczerzy położyła się do łóżka w podarowanej przez Bigę koszuli i leżała w niej do tej pory. Jednak w żaden sposób nie dała się namówić na zmianę bielizny.
— Dobrze... — szepnęła — trochę później... nie teraz... — Odwróciła głowę i zasnęła.
Ta choroba przebiegała dziwnie; nie było gorączki, majaczenia, jakiegoś określonego bólu, tylko ospały smutek. Według Bigi, był to dobry znak.
— Dajcie jej spokój — zalecała stanowczo i przekonująco. — Choremu nie wolno prześciełać łoża ani zmieniać odzieży, bo w tej chwili duch zimna może najłatwiej w niego wstąpić, a duch zimna, jak wiecie, jest największym wrogiem, poprzednikiem ducha śmierci.
Wysłuchano rad Bigi, które miały swe źródło w starych tatarskich wierzeniach, i tego dnia nikt już nie chciał zmieniać ani bielizny, ani pościeli. Ludmiła przeważnie spała. Ta noc przeszła dużo spokojniej niż pierwsza. Elżbieta nad ranem wymknęła się z namiotu w nieco lepszym nastroju. Wydawało się jej, że kryzys minął. Szaman tryumfował. Ale w ciągu dnia wszystko się zmieniło. Ajdar był zrozpaczony. Siedział przy żonie i patrzył na nią z serdeczną trwogą. Myśl, że Ludmiła ciężko zachorowała, że może umrzeć, wreszcie do niego dotarła i napełniła go strachem. Nagle zrozumiał, że może ją stracić. W tej chwili uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha.
Tymczasem Elżbieta padła do nóg swemu panu i błagała, aby pozwolił jej czuwać przy chorej.
— Chociaż na kilka dni — prosiła — zwolnijcie mnie z szycia. Ja potem w dwójnasób, w trójnasób wam to odrobię.
Kałga roześmiał się i odtrącił ją nogą.
— To i tak wielka łaska, że pozwalam ci w nocy opuszczać obóz. Jak będziesz zmęczona, niewyspana, stracisz oczy, to kto mi uszyje suknie, od których zależy moje życie?
Elżbieta znowu po całych dniach ślęczała nad robotą, płakała, gryzła się, wyczekując zmroku jak zbawienia i wspominając z żalem dobre czasy, kiedy to Arguna pozwalała brankom przebywać razem. Tymczasem przed namiotem Ludmiły zatknięto włócznię z czarną chorągiewką na znak, że każdy, kto może pomóc chorej, niech przychodzi i radzi. Zajrzało kilku starych doświadczonych żołnierzy, którzy widzieli niejedną chorobę i nieraz pomagali towarzyszom, kiedy szaman nie raczył się nimi zająć. Ale tu, nie widząc żadnej rany, żadnego uszkodzenia, wyszli i zaręczyli, że to minie, że „nic nie będzie”. Spędzano z okolicy stare baby; kręciły tylko głową i dawały leki. Chora przyjmowała wszystko, ale coraz bardziej skarżyła się na ból głowy, coraz częściej wstrząsały nią dreszcze. Twarz miała zmienioną, rozpaloną, a któregoś dnia na policzku pojawiła się plama na kształt różowego półksiężyca. Przywołany szaman najpierw popatrzył się, potem zbladł, przygryzł wargi i oświadczył, że nic nie może poradzić. I od tej pory nie chciał już wchodzić do namiotu Ludmiły.
Czas wyznaczony wojsku na spoczynek dawno już minął; żołnierze byli gotowi do wymarszu, konie się podpasły. Ajdar, jak mógł, przedłużał pobyt na pastwiskach.
— Jeszcze dwa dni tu zostaniemy — zdecydował. A po dwóch dniach: — Jeszcze tylko przez jutro. I takie „jutro” powtarzało się kilka razy.
Czynił to z niejakim narażeniem swojej dobrej sławy, bo u Tatarów naznaczano dowódcom z góry czas i etapy pochodu. Wojsko szemrało na wodza, który naruszał porządek dla jednej niewiasty. Nie było rady. Przyszła chwila, w której Ajdar musiał dać hasło wyjazdu.
Pierwszy o świcie wyruszył Kałga z przednimi hufcami. Za nim szły wozy pełne niewolnic, wśród nich jechała spłakana Elżbieta, pocieszając się myślą, że wieczór znów połączy wszystkie tabory. Ajdar jeszcze odwlekał chwilę wyjazdu, wysłał przed sobą całe wojsko, sam chciał wyruszyć dopiero z tylnymi strażami. W końcu przyszła kolej na ostatni oddział.
Słońce już zaczynało się pochylać, kiedy maleńki wózek zajechał po Ludmiłę. Tu już nie było wygodnych domów kołowych, zostawiono wszystkie w Mongolii. Na wyprawę wojenną zabrano tylko przenośne jurty i lekkie dwukolne149 arby150. Ajdar kazał wymościć miękkie, wygodne siedzenie, po czym wszedł do namiotu. Za nim szła Biga, nieustannie towarzysząca chorej.
— Moja biedaczko, nadszedł czas wyjazdu. Musisz wstać i siadać na wózek. Już dłużej nie możemy tu zostać.
Ludmiła posłusznie się podniosła i chcąc zejść z sofy, oparła się o wałek.
— Coś mnie uwiera... — jęknęła z bólu.
— Gdzie? Gdzie? — zawołała Biga.
— Tu, gdzie się ręka zgina.
— Pokaż no, co to takiego?
Ludmiła odwinęła rękaw i pokazała łokieć, zwykle biały, toczony jak gałka ze słoniowej kości; teraz wokół niego występował różowy pierścień. Biga przyjrzała mu się, potem mocno chwyciła Ajdara i odciągając go na drugi koniec namiotu, wrzasnęła:
— Uciekaj! Ta kobieta ma trąd!
Religijne zabobony ludów północnej Azji głosiły, że istota nawiedzona tą plagą nie tylko musiała obrazić bóstwo, ale stała się już na zawsze mieszkaniem „nieczystych duchów”. Toteż wszystkie uczucia i obowiązki wobec niej wygasały. Wyrok, wydany przez niebo, był widoczny i nieodwołalny.
Ludmiła została sama.
Ajdar siedział na ziemi i płakał głośno jak skrzywdzone dziecko.
— Żegnaj, moja gołąbko! Żegnaj, moje szczęście! Wolałbym sypać ziemię na twoją trumnę, niż zapuszczać wojłok na twoją jurtę, dla mnie już słońce nigdy nie zaświeci!
Biga siedziała przy nim, kojąc go najczulszymi słowami:
— Mój ty biedny, kochany Ajdarze, szkoda twoich cudownych oczu na płakanie. Jakież to szczęście, że ja przy tobie jestem, inaczej zostałbyś sam, zupełnie sam.
— Tak... to szczęście... — powtarzał głosem bez wyrazu, jak martwe echo. Nagle podniósł na nią oczy. — Powiedz mi, skąd mogło przyjść to nieszczęście?
— A skądże ja mogę wiedzieć? — odparła zmieszana Biga. Po chwili dodała: — Nietrudno się domyślić. Ściągnęła go sobie sama, przez tych wszystkich żebraków, którymi tak często się otaczała. Pewno któryś z nich napędził jej złego ducha. Ci chrześcijanie to szaleńcy!
— Być może... — jęknął boleśnie Ajdar, a potem podnosząc zaciśnięte pięści ku niebu, wołał: — Po co ja się chrzciłem? Ten Bóg z krzyżem nie może być dobry, skoro oddał tak piękną niewiastę na pastwę nieczystym duchom, nie może być mocny, kiedy nie umiał jej obronić.
— Cha! Cha! — Biga uśmiechnęła się jadowicie: — Może to kara za odstąpienie naszych duchów?
— Ależ ja ich nie odstępowałem! Ja czciłem je, karmiłem po dawnemu, tylko mi się zdawało, że jeden duch więcej, to więcej błogosławieństw... Ach! Ja byłem pewien, że Bóg Ludmiły będzie zsyłał nam szczęście!
Złamanego, wracającego na nocny postój Ajdara spotkała Elżbieta. Na okropną wieść o trądzie zbladła, stanęła jak słup, a potem bez słowa poszła na spoczynek. Ale kiedy nad ranem zaczęto gotować strawę i szykować się do wymarszu, nikt jej nie mógł odnaleźć. Przestraszona służba nie chciała jeszcze powiadomić Kałgi. Szukano jej po całym obozie. Na próżno. Elżbieta uciekła.