Na Zachód

Po żółtym piasku pustyni szły dwie trędowate niewiasty. Jedna miała na twarzy czarną zasłonę z wyciętym otworem na oczy. Druga wspierała się na kijach, bo nogi odmawiały jej posłuszeństwa. Ręce ich były pokryte białymi plamami, ubiory, pozszywane z wypłowiałych szmat, zwieszały się w podartych strzępach.

— Już nie mogę iść — narzekała pierwsza, podpierając się na dwóch kosturach. — Nie mam siły...

— Zaraz odpoczniemy, Elżuniu — odpowiedział drugi głos. Choć wydobywał się spoza osłony, jakby zza grobu, był miękki, ciepły i jak zwykle życzliwy. — Siądźmy tu w cieniu i zastanówmy się, gdzie jesteśmy. Spójrz, coraz tu ładniej, coraz więcej wody i zieleni. Jak pod tymi palmami przyjemnie! Nareszcie jest czym oddychać!

— Strumień — zawołała radośnie Elżbieta. Czyściutki strumień! Jak dobrze, że nikogo tu nie ma. Może nikt z niego nie czerpie... Będziemy mogły się napić bez przeszkody.

Siadły. Ludmiła wyjęła z zanadrza małą drewnianą czarkę i wydobyła okrawki chleba.

— Dobra rzecz chleb, święta rzecz. Tak długo nam go brakowało u Tatarów151! Choć prawdę mówiąc, najlepiej smakuje na własnej ziemi. Czy kiedyś będziemy go tam jadły?

— Wiesz — odparła Elżbieta — gdyby nie przepowiednia ojca Pawła, na pewno nie zniosłabym takiej drogi. Ale to proroctwo trzyma mnie przy życiu. Wrócić tam, odnaleźć nasz skarb, a potem umrzeć...

— Prawda, moja Elżuniu, tak będzie. Złe się sprawdziło, to i dobre się sprawdzi. Tylko nie wolno nam zgubić drogi. Żeby tak dostać się między narody chrześcijańskie! Ale wydaje mi się, że coś tam się czerni daleko... Chyba mury...

— Tak! — Elżbieta wpatrywała się uważnie. — To miasto. Trudno się będzie nawet dowiedzieć o nazwę. Wszyscy przed nami uciekają.

— Niech sobie uciekają — odparła sucho Ludmiła. Po chwili dodała cieplejszym głosem: — Pan Bóg nam nie ucieknie i my od siebie nie uciekniemy. Czego nam więcej potrzeba do szczęścia?

Elżbieta zwróciła ku niej swoje niebieskie, duże, rozrzewnione oczy, otoczone różowymi kołami.

— A może to Jerozolima? Ale nie. Jerozolima stoi na Syjonie, a to miasto nie wznosi się na górze. Jakoś się dowiemy — powiedziała z nutą optymizmu w głosie i zaczęła starannie zbierać okruchy chleba. Jeszcze nie skończyła tej ważnej dla nędzarzy roboty, kiedy nagle w ziemi spostrzegła coś niezwykłego. Rozgarnęła piasek i wyjęła maleńką, wyschłą roślinkę zwiniętą w kłębuszek. — Patrz, co znalazłam! Zupełnie taka sama gałązka jak ta, którą nam przyniósł pielgrzym, pamiętasz? To róża jerychońska!

— Prawda! Zupełnie taka sama — zachwycała się Ludmiła, biorąc roślinkę do ręki.

— Jak to dobrze, że ją znalazłyśmy! — Elżbieta nie mogła oderwać wzroku od róży. — Tyle już lat minęło, a ja nigdy nie mogłam się pocieszyć po stracie tamtej. Przypomnij sobie, od dnia, kiedy ją zgubiłam, zaczęły się wszystkie nasze nieszczęścia. Teraz, kiedy znalazłam nową, może przyjdzie szczęście albo przynajmniej nadzieja?

Nagle odezwał się chrzęst kolczug i tętent koni. Dwóch rycerzy pędziło w ich stronę. Mieli na sobie czarne płaszcze z zielonym krzyżem wyszytym na piersiach. Przerażone niewiasty, widząc ich nieostrożność, podniosły ręce, wymachiwały nimi, dając znaki, aby się nie zbliżali, a gdy to nie pomogło, chwyciły za grzechotki wiszące u pasa i energicznie zaczęły nimi obracać. Ale im szybciej kręciły się kołatki, tym szybciej rycerze zbliżali się w ich stronę.

— Uciekajcie! Nie zbliżajcie się do nas! — zawołała błagalnie Elżbieta. — Czyż nie widzicie...

— Nie tak łatwo się nas pozbyć — zażartował rycerz po francusku i uśmiechnął się dobrotliwie. — Mamy zaszczyt wojować pod chorągwią świętego Łazarza. Należymy do zakonu braci szpitalnych i ślubowaliśmy obronę i pielęgnowanie chorych pielgrzymów, a zwłaszcza trędowatych. Radujemy się i dziękujemy opatrzności, że sprowadziła nas na waszą drogę. Jesteście miłe Chrystusowi, kiedy zesłał na was chwałę świętego Hioba. Pozwólcie, abyśmy odtąd służyli wam pomocą. Każdy chory i ubogi to nasz pan, a my jesteśmy jego pokornymi sługami.

Niewiasty spojrzały po sobie. Wzruszenie odebrało im głos. Milczały, tylko po policzkach spływały im łzy szczęścia. Pierwszy raz od wielu lat zdrowi ludzie podeszli do nich bez lęku, a nawet się uśmiechali. W ich zachowaniu było tyle łaskawości, pokory, czci dla ich cierpienia.

— A skąd to Bóg was prowadzi? — zapytał drugi rycerz.

— Z Karakorum152.

— Skąd?

— Z Karakorum — powtórzyła Ludmiła. — Ze stolicy wielkiego chana tatarskiego. Tam byłyśmy w niewoli.

Rycerz spojrzał na towarzysza, jakby pytał, czy niewiasty są przy zdrowych zmysłach.

— Co to znaczy — szepnął — Karakorum? Czy jest takie miejsce na świecie?

— Przypominam sobie... — odparł drugi mężczyzna po chwili namysłu. — Słyszałem o czymś podobnym. Opowiadał mi pewien kleryk, który czytał opis franciszkanina. Tak, właśnie, Kara... Karaka... to gdzieś niedaleko królestwa księdza Jana... Ależ to jest na końcu świata, musiałyście iść chyba rok?

— Gdzież tam rok! — odparła urażona Ludmiła. — Myśmy szły chyba z dziesięć lat.

— No, Ludko, to chyba za wiele — przerwała z uśmiechem Elżbieta. — Ale sześć albo siedem to na pewno.

— Nawet nie liczyłyście?

— Po co? Pan Bóg je policzy. W niewoli liczyłyśmy wiosny, doliczyłyśmy się do dwudziestu pięciu. Ale w drodze to już trudniej. Bywało tak, że jedna z nas bardziej zaniemogła i pół roku leżała w jakiejś opuszczonej chałupie; druga ją pielęgnowała, pocieszała. Potem znów szłyśmy dalej. Czasem trudno było odnaleźć drogę. Pytałyśmy zawsze o Jerozolimę i oto jesteśmy w Palestynie.

— Ale że wytrzymałyście to wszystko, to nie do uwierzenia! I nie pomarłyście z głodu, i dzikie zwierzęta was nie dopadły! Nie do wiary! — nie mógł nadziwić się rycerz.

— Ach, mój panie, człowiek nigdy nie może powiedzieć: „Ja tego nie wytrzymam, ja tego nie przeżyję”. Wytrzyma! Sto razy będzie konał i nie skona, jeśli mu Bóg długie życie przeznaczył. Jeden cel nam przyświecał — dotrzeć do kraju. Nie bałyśmy się dzikiego zwierza, bo szłyśmy najczęściej w gromadzie trędowatych; przymusowe towarzystwo, ale co zrobić, kiedy z innymi nie wolno przestawać. Bywało ciężko, niejeden oszukał, okradł, do złego namawiał... Z jedzeniem była najmniejsza bieda, trędowaci nie skarżą się na głód. Każdy co prędzej daje strawę i jałmużnę, byle się pozbyć, byle taki nie przestąpił progu domu. Rzucą jak psu i uciekają. Nie tak jak wy, mój zacny panie.

Rycerze spojrzeli po sobie. Choć mężczyźni, twardzi, oswojeni z cierpieniem, poczuli, że serce im krwawi.

— No, a teraz — rzekła Ludmiła — wszystko będzie dobrze. Dostałyśmy się między poczciwych ludzi. Byle jeszcze dojść do Jeruzalem, tam może sobie wymodlimy powrót do naszej ziemi, do Polski.

— To wy z Polski? Gdzie ta Polska?

— Dość daleko. Za krajami niemieckimi, na północ, tam, gdzie Wisła płynie.

— To gdzieś koło Hiperborejów153. Tam podobno ludzie śpią pół roku? Może potrafimy ułatwić wam powrót, bo najważniejsze, aby dostać się do Europy; tam znajdziecie pomoc i przytułek. My od czasu do czasu wyprawiamy okręt przeznaczony wyłącznie dla trędowatych pielgrzymów, który płynie albo do Marsylii, albo do Amalfi. Niekiedy wprawdzie trzeba i parę lat poczekać, nim się zbierze załoga z chorych, ale dla was to może i lepiej? Tutaj między nami nabierzecie sił, wydobrzejecie, a przy tym zwiedzicie miejsca święte. No, ale teraz pozwólcie, abyśmy zawieźli was do Jerycho154, to bliziutko, stąd widać miasto.

— Ach, więc to Jerycho? Sławne w Biblii z trąb Jozuego! Sławne w Ewangelii z uzdrowienia ślepego! — zawołała Elżbieta z pobożnym uniesieniem.

— A tak, właśnie. W Jerycho155 mamy lazaret, w którym znajdziecie odzież, posiłek, lekarstwa i zacne niewiasty do posługi. Może też da Bóg, że dojdziecie tam do zdrowia.

Rycerze zdjęli płaszcze i zrobili z nich miękkie siedzenia na siodłach. Ludmiła, ruchem przypominającym dawną sprawność, wsiadła na wierzchowca, ale biedna Elżbieta nie mogła się dźwignąć.

— Pozwólcie, mateczko, że was podniosę — zaofiarował pomoc starszy rycerz.

— Jak to, panie, wy się nie boicie? — niewiasta cofnęła się przestraszona.

On z uśmiechem odwinął połę rękawa i pokazał na swoim ręku plamy zeschłe, świecące jak pergamin.

— Byłem waszym bratem w cierpieniu. Nasz mistrz także. Według reguły, mistrz naszego zakonu musi koniecznie być trędowaty, żeby lepiej czuł i rozumiał męczarnię tych, którym służy.

— Cóż to za wspaniały zakon — rzekła Elżbieta. — Czy pamiętasz, Ludko, królowa nam o nim opowiadała? Nie spodziewałyśmy się wówczas, że kiedyś przyjdzie nam go błogosławić!

— Królowa? — powtórzył niedowierzająco młodszy rycerz, mierząc spojrzeniem wiszące na nich łachmany. — Znałyście jakąś królową?

— A jakże — odrzekła z dumą Ludmiła. — Musieliście chyba słyszeć o sławnej księżnej polskiej, Kunegundzie, córce króla węgierskiego, Andrzeja? Ona nas łaskawie przyjmowała na swym dworze, gdzie było tak pięknie, jak w raju.

— Mój Boże! — westchnął rycerz. — Dawniej znały się z królami, a teraz?...

— A teraz — odparł starszy brat — są bliższe królestwa niebieskiego.