Między swymi

Elżbieta i Ludmiła szły gościńcem wijącym się nad brzegiem Odry. Każdy przechodzień już z daleka rozpoznawał ich nieszczęście po znaku, jaki miały na piersiach. Była to ręka z białej wełny, z palcem wyciągniętym jak na drogowskazie. Ale gdyby nie ten znak ostrzegawczy, byłoby trudno się domyślić, że są one ciężko chore; szły raźno i wesoło.

W Ziemi Świętej bardzo długo czekały na odpłynięcie okrętu, potem wędrowały przez Włochy, Francję i Niemcy. Ale te lata, zamiast przymnożyć im wieku i cierpień, odrodziły je i odmłodziły. Czy im pomógł długi odpoczynek w Palestynie, czy siarczane wody Jordanu, same dobrze nie wiedziały. W każdym razie dzisiaj czuły się i wyglądały o wiele lepiej. Elżbieta szła dosyć równo, oparta tylko na jednym kosturze. Ludmiła zamiast czarnej, okropnej zasłony miała na twarzy biały, półprzejrzysty rąbek. Pogodziła się z tym, że już nic nie wróci jej urody. Dziękowała Bogu, że mniej cierpi, że odzyskała dawny wzrok i głos. Niewiasty już od dłuższego czasu nie nosiły ohydnych łachmanów; miały teraz na sobie szare ciepłe sukmany z kapturami, lśniące skórzane pasy, a na ramieniu sakwy pełne denarów i żywności.

Była to zupełnie inna podróż niż w Azji, wśród hord stepowych lub wrogich muzułmanów. Tutaj co kilkanaście kilometrów spotykały klasztor, a w nim przytułek, dach, pożywienie i leki.

Europa XIII wieku zaczynała patrzeć na trędowatych już nie jak na wyrzutki społeczeństwa, ale jak na wybrańców Boga, którzy swoją męką mają okupić grzechy ludzi zdrowych. Rzesza trędowatych stała się w rodzinie chrześcijańskiej kalekim dzieckiem, które właśnie z przyczyny swego kalectwa jest najbardziej kochane. Cały Zachód porastał murami lazaretów.

Po jałmużnie pogan ofiarowywanej ze strachem, rzucanej z odwróconą głową, jałmużna chrześcijan, podawana z serdecznym współubolewaniem i słowem pociechy, wydawała się czymś szlachetnym i wspaniałym.

Ale od czasu gdy Ludmiła znalazła się wśród ludzi pokrewnych duchem, na ziemiach, które niegdyś słały się przed nią pszenicznym złotem i kwiatami, cała przeszłość stanęła jej w oczach. Teraz dopiero zmierzyła przepaść dzielącą dwie Ludmiły i ta druga wydała jej się dziwnie poniżona przez Boga i ludzi. Nie potrafiła żebrać. Grosza podanego zbyt skwapliwie, który upadł na ziemię, nie chciała pokornie podnieść, nie umiała podziękować inaczej, jak tylko jakimś mruknięciem, które oziębiało serce ofiarodawcy.

Na uwagi Elżbiety odpowiadała:

— Masz rację, Elżuniu, jak zawsze masz rację. Ale ty już świętej ze mnie nie zrobisz. — Postanowiła jednak wykorzenić tę odrobinę dawnej pychy.

Sposobności do okazania pokory było wiele. Drogą nadjeżdżał jakiś orszak, liczny i strojny. Niewiasty ustąpiły z gościńca i przystanęły z boku, przyglądając się z zainteresowaniem.

Ludmiła wyrwała z rąk Elżbiety koszyczek z brzękadełkiem i rzekła:

— Poczekaj, ja poproszę.

— Dobrze, dobrze — odparła z uśmiechem Elżbieta i podała jej swój kostur. Ludmiła zawiesiła na nim koszyczek i wyciągnęła kij ku drodze, by odebrać jałmużnę. Ale kij zaczął drżeć w jej dłoniach, na widok orszaku ożyły wspomnienia.

— Czy słyszysz? Czy poznajesz tę piosenkę? — szepnęła i kurczowo chwyciła ramię Elżbiety.

Istotnie była znajoma. Gdzie i kiedy ją słyszały, nie mogły sobie przypomnieć, ale z melodią wiązał się jakiś obraz bardzo dawny i jakieś bardzo miłe wrażenie.

Świąteczny lub weselny orszak wyglądał imponująco. Na czapkach podróżnych, nawet na łbach końskich, zatknięte były zielone gałązki. Wszyscy śpiewali pojedynczo lub chórem. Właśnie teraz jakiś srebrzysty głos młodzieńczy zanucił słowa:

Poznaje drzewa ojczyzny swojej.

Klasztorna wieża dzwonem go wzywa.

Przed nim Regina w światłości stoi,

— Regino, czyś ty nieżywa?

I cały chór powtórzył:

Regino, czyś ty nieżywa?

Niewiasty spojrzały po sobie i łzy błysnęły im w oczach. Orszak zaczynał się zbliżać. Przodem jechali małżonkowie, niezbyt już młodzi, ale zamożni, pięknie ubrani. Mężczyzna był pasowanym rycerzem, bo jechał za nim giermek, który wiózł zbroję pańską starannie spowiniętą; kopii nie mógł schować, więc trzymał ją w toku. Za nimi, na mniejszych konikach, jechała młodzież, zapewne dzieci; dwie panienki w różowych kapturach, z których ciekawie wyglądały różowe buzie, a między nimi starsza ochmistrzyni z białą podwijką wokół żółtej twarzy. Za panienkami harcował młodzieniec, syn pański. Po lewej stronie panicza jechał starszy człowiek z ogoloną głową, w długiej sukni; znać, że kleryk albo nauczyciel. Po drugiej stronie — młodzian, który śpiewał i przygrywał. Miał skrzypeczki zwieszone przez ramię i po każdej zwrotce rżnął cienką przygrywkę. Za nim jechało jeszcze dwóch trębaczy, dalej służba i konie objuczone zapasami.

— Matko Boska! — zawołała małżonka rycerskiego pana, przejeżdżając obok niewiast. — Cóż to za biedactwa! Musimy je wesprzeć, i to hojnie.

Małżonek zwrócił głowę w tył, ku klerykowi, i krzyknął:

— Słuchaj, wasze, rzuć jałmużnę tym niewiastom, a sowitą, bo to Łazarzowa świętość.

Kleryk zatrzymał konia i zaczął rozwiązywać sznury torebki, które mu się, jak na złość, zasupłały. Od czasu do czasu spoglądał spod oka, zastanawiając się, czy dosięgnie do koszyczka Ludmiły. Ale ta już dawno go odrzuciła. Zainteresowana i urzeczona śpiewem chwyciła znów ramię Elżbiety i zawołała:

— Słyszałaś? To piosenka mistrza Gaudentego! Piosenka o rycerzu Silentiusie!

Młody śpiewak, który właśnie w tej chwili przejeżdżał obok niewiast, usłyszał te słowa. Zdumiał się niesłychanie, aż mu ręka ze smyczkiem opadła na końską szyję. Przystanął i zawołał:

— Boże wielki! Jak to szeroko idzie sława mistrzów, kiedy to jeszcze w drugim i trzecim pokoleniu nawet żebraki mówią: „Oto piosenka Gaudentowa”!

— Młodzieńcze! — odparła z podniesioną głową Ludmiła. — Nie zawsze byłyśmy żebraczkami. Niegdyś słyszałyśmy tę piosenkę z ust samego mistrza, na komnatach królowej Kingi.

— Ehe, matusiu, wolne żarty... — naigrywał się młodzieniec.

— Jesteście młodzi, to jeszcze nie wiecie, jak dola bywa przewrotna! — tłumaczyła Ludmiła, boleśnie ugodzona słowami chłopca.

Elżbieta, chcąc przerwać zbyt ostrą wymianę zdań, zagadnęła łagodnie:

— Łaskawcze, a nie moglibyście nam powiedzieć, co się stało z mistrzem Gaudentym? Czy on jeszcze żyje?

Śpiewak milczał przez chwilę. Zastanawiał się, czy ma się wdawać w rozmowę z żebraczkami. Ale w ich ruchach, w mowie było coś niezwykłego, coś, co go przyciągało i budziło dziwną ciekawość.

— Szczęśliwe z was niewiasty — odrzekł — że znałyście mistrza Gaudentego! Ja go osobiście nie znałem, ale w jego piosenkach tak się kocham, dalibóg, więcej niż we własnych. Czy żyje? Ach, i tego nie wiem. Prawią ludzie, jakoby okrutnie miłował jakąś białogłowę, ale imienia jej nigdy nie zdradził. I usychał z miłowania, aż nasza królowa Kinga dała mu radę: „Pójdź do Grobu Pańskiego, a Pan cię uleczy”.

— I cóż? Poszedł?

— Pojechał z krucjatą i nie wrócił; dawno temu. Niektórzy gadają, że Saraceny go zabiły jako męczennika, inni znowu prawią, że śpiewając umarł przy Grobie Jezusa.

— A księżna Kinga156 żyje?

— Czemu ma nie żyć? Siedzi sobie w sądeckim klasztorze. Ludzie nawet gadają, że święta, bo tam cuda się dzieją.

— W klasztorze mówicie? A jej małżonek, książę Bolesław?

— A skąd wy przychodzicie, że o niczym nie wiecie? Książę Bolesław już od roku spoczywa w grobie.

— Mój Boże, jaka szkoda! — utyskiwały niewiasty. — A kto sprawuje teraz rządy w Krakowie?

— Któż ma sprawować? Książę Leszek157.

— Aha, Leszek. Jaki Leszek?

— Ten, co go Czarnym zowią. Jego książę Bolesław za syna przybrał.

— Jezu miłosierny! Wszystko inaczej. Jedni powymierali! Drudzy powyrastali, niczego nie można poznać!

Tymczasem kleryk rozsupłał worek. Elżbieta wzięła koszyczek i pokłoniwszy się za hojny datek, zapytała:

— Dobrodzieju, powiedzcie nam jeszcze, jak na imię temu miłościwemu panu, abyśmy się mogły za niego pomodlić.

— Nazywa się rycerz Sylwester.

— Sylwester... A skąd on?

— Skąd jedzie? Z Kalisza! — kleryk opacznie zrozumiał pytanie. — Z wesela. Z dwóch wesel! Właśnie brat księcia Leszka, ów, co ma przezwisko Łokietek158, brał dziewkę po księciu kaliskim159. A drugą brał książę legnicki. Więc my naprzód odprowadzili jedną parę do Brześcia, a drugą do Legnicy, a potem zabawiliśmy u księcia we Wrocławiu, a teraz jedziemy do domu, bo gadają ludzie o wojnie z Halickim, czas panu jechać do chorągwi. A wy, dobre matki, skąd idziecie, czy nie z pielgrzymowania? Może z Loreto?

— Oj, nie, dobrodzieju. Wracamy z niewoli, od Tatarów.

Słuchacze osłupieli. W tej chwili przycwałował panicz.

— Jak dobrze, że jesteście tu jeszcze — zawołał. — Siostry, jak zaczęły szukać po węzełkach, tak znalazły jałmużnę. — I sypnął białe pieniążki do koszyka. — No, a wy, co tak stoicie? — zwrócił się do jeźdźców.

— Dziwimy się... — odparł kleryk. — Te niewiasty prawią, że wracają od Tatarów...

— Oj, szkoda, że pana ojca tu nie ma. On także był wzięty do niewoli tatarskiej. Dawno, dawno temu, ale im się wyśliznął szczęśliwie. Sto razy nam opowiadał, jak to z rozłupaną głową przeprawiał się wpław przez rzekę... jaka to jej nazwa? A niechże ją...

— Przez Prut — podpowiedziała Elżbieta.

— A juści! Prut! Prut! — A skąd wy to wiecie?

— Znałyśmy pańskiego ojca. On wtedy miał wasze lata.

Chłopcu zaiskrzyły się oczy. Ale w tej chwili zabrzmiała trąbka.

— Oho! Pan ojciec nas przyzywa! Trza lecieć, bo się będzie gniewał. — panicz co żywo zawrócił konia.

Śpiewak rzucił niewiastom uprzejme: „Szczęść Boże!” i puścił się za paniczem, tym bardziej, że trąbka coraz niecierpliwiej nawoływała rozpierzchniętych jeźdźców. Kleryk jechał najwolniej.

— Dobrodzieju! Dobrodzieju! — wołała Ludmiła, biegnąc za nim.

— Czego jeszcze?

— Wy z Wrocławia jedziecie. Tak? A daleko ten Wrocław?

— Tam, za lasem! Będzie jakieś dziesięć pacierzy od czasu, jak wyjechaliśmy z bram. — Spiął konia i ruszył galopem.

Jeźdźcy zniknęli w żółtych kłębach pyłu.

— Wrocław! Wrocław! — krzyczały niewiasty, ściskając się i całując na środku gościńca. — Nareszcie się dowiemy, co z Jasiem!

— A może — zaczęła ostrożnie Elżbieta — może on tam będzie? Może opiekuje się starym wujem, który mu był jak rodzony ojciec?

Szły szybko, coraz szybciej z bijącym sercem. Weszły w lasek, za którym ukazać się miało miasto dobrych wieści.

— Pamiętasz tego rannego giermka? — zaczęła Ludmiła. — Teraz jest bogatym panem, rycerzem. Bóg mu poszczęścił!

— A syn — mówiła Elżbieta — od razu go poznałam, to wykapany ojciec! Tylko tamtego widziałam rannego, a ten zdrów i wesół.

— Wszyscy tu jacyś weseli — rzekła pochmurnie Ludmiła. — Nikt nie wspomina braci jęczących pod batem pogańskim! O, gdyby oni wiedzieli... może by im się wracać odechciało!

— Prawda — westchnęła Elżbieta. — A jednak, Ludko, na pewno są tacy, którzy wspominają i tęsknią, tylko nie na gościńcach, nie przed ludźmi, jeno w samotności albo przed krzyżem Pańskim. Zauważyłaś, oni byli młodzi. Niczego nie widzieli, nic nie pamiętają...

Wyszły z lasku i na widnokręgu ujrzały miasto z kilkoma wieżami szarzejące warownym zamkiem. Elżbieta nagle stanęła.

— Co ci jest, Elżuniu? — spytała zaniepokojona Ludmiła.

— Sama nie wiem. Boję się... Tyle ludzi umarło. Strach mnie ogarnia. Może mego brata już nie ma? Często młodsi przed starszymi odchodzą... A Jaś... Jeszcze nie wiemy, do czego nam tak śpieszno...

Ludmiła w pierwszej chwili nie wiedziała, jak pocieszyć przyjaciółkę. Chcąc jednak dodać jej odwagi, zaczęła szukać mądrej odpowiedzi.

— Jaś żyje, musi żyć, bo po co by nas Pan Bóg tu sprowadzał? Aby nam zgotować krwawą niespodziankę?

— Moja droga, wyroków Bożych nikt nie może przewidzieć ani sądzić — powiedziała poważnie Elżbieta.

— Tak, ale po co by ojciec Paweł prorokował, że skarb się odnajdzie? Bo przecież „skarb” nie może nic innego znaczyć. Niech nam tu kto sypie góry złota i drogich kamieni, nogą je pchniemy i powiemy: dla nas tylko jeden skarb na świecie.

— To prawda, przepowiednia wyraźna — rzekła pokrzepiona Elżbieta. — Zresztą, cokolwiek się stało, lepiej wiedzieć. — I wziąwszy się pod ręce, szły w milczeniu.