Z przeszłości

Wśród pagórków i dolin pokrajanych w szachownicę zielonych pól ciągnął się wesoły gościniec. Wszystko tętniło życiem; pachniały sady, świergotały ptaki, wioski były coraz bardziej ruchliwe, na drodze coraz więcej ludzi, a wszyscy strojni i zadowoleni. Śmiał się cały krajobraz ślicznych krakowskich stron, tylko dwie niewiasty były smutne. Już nie podążały tak radośnie, jak do Wrocławia. Ledwie powłóczyły nogami. Nadzieja, która przez długie lata podtrzymywała ich nadludzkie wysiłki, zachwiała się. Niewiasty bały się, że za chwilę może runąć.

Jaś zaginął księdzu Maciejowi zaraz po przyjeździe do Wrocławia. Stare czasy. Wspominało je wiele osób. Każdy chciał coś o tym zdarzeniu opowiedzieć. Ale co to było za gadanie... „Czekajcie, wiem, że się z tym chłopcem przytrafiła jakaś niezwykła przygoda”. Różnie powiadali, że utonął, że go dziki zwierz pożarł, że go ktoś wykradł. Jedno było pewne: dziecko wyszło któregoś dnia z domu i nie wróciło, a ksiądz Maciej poruszył bezskutecznie niebo i ziemię, żeby je odnaleźć, i wkrótce umarł ze zgryzoty.

Elżbieta znowu ciągnęła dwa kostury, oczy wbiła w ziemię. Choć zawsze była pokorna, tym razem bała się wznieść oczu do nieba w obawie, by wzrok jej nie błysnął wyrzutem. A Ludmiła? Cały czas dziwiła się i oburzała z powodu Bożego wyroku. Gdyby o nią jedynie chodziło, rzekłaby sobie: — No, nieraz grzeszyłam krnąbrnością serca, niech mnie Bóg ukarze, ale Elżbieta? Za cóż ją to spotkało? — To pytanie przepełniało Ludmiłę goryczą, której nikt już nie potrafił z jej serca wyrwać. Nawet Elżbieta nie miała dość siły, by walczyć z buntowniczym duchem przyjaciółki.

Najczęściej obie milczały, bo o czym tu mówić? Przez dwadzieścia pięć lat niewoli mówiły o Jasiu, przez kilkanaście lat podróży mówiły o Jasiu. Teraz był to temat zakazany. A cóż ważniejszego było na tym świecie, co mogło je bardziej obchodzić? Nie odważyły się mówić o dobrych rzeczach, nie chciały przewidywać złych, nie śmiały zamienić słowa z obawy, by nie uciekła nadzieja, tak wątła, że tylko ruszyć, a rozprysłaby się jak dmuchawiec.

Ludmiła nieustannie łamała sobie głowę nad znalezieniem słów pociechy. Ale wobec cierpienia wszystkie słowa były puste. Od czasu do czasu powtarzała:

— Jednak ojciec Paweł obiecywał... To, że Jaś zginął, że się gdzieś zapodział, to jeszcze nic nie znaczy. Na pewno żyje.

Elżbieta za każdym razem odpowiadała:

— Ludko, ufajmy Bogu i szukajmy. — Szły dalej milcząc. — A czy to już Kraków? — zapytała niespodziewanie Elżbieta.

— Nie, to nie żadne miasto, to jakaś duża wioska. Elżuniu, jesteś wyczerpana, ja to widzę. Ach, Boże, kiedy będzie Kraków? — denerwowała się Ludmiła. — Musimy trochę odpocząć.

— Patrz, Ludko, tam jest Męka Pańska. Siądźmy pod figurą, a jak będzie ktoś przechodził, spytamy, czy jeszcze daleko?

Z wioski dochodził gwar, jakiś chóralny śpiew, bardzo smutny, który się powoli przybliżał. Nagle spomiędzy chałup wyszła osobliwa procesja. Mężczyźni i niewiasty, młodzież i starcy szli parami, po pas obnażeni. Każdy w ręku trzymał bicz o kilku powrózkach, którymi smagał plecy poprzednika. Mimo ciętości razów, na które aż przykro było patrzeć, smagani wcale się nie skarżyli, ale z wielkim namaszczeniem śpiewali pokutne psalmy.

— Biczownicy! — zawołała Ludmiła.

Nieraz już, pielgrzymując przez Europę, spotykały biczowników i zawsze patrzyły na nich z pewnym współczuciem i obawą.

Czego ta biedna ludzkość już nie próbowała? Jedną z najdziwniejszych i najrozmaiciej sądzonych prób była owa sekta, założona w czystym i szczerze ofiarnym duchu. Chciała przywrócić pokuty pierwszych wieków kościoła, w nadziei, że powrót surowości rozbroi zagniewane niebiosa.

Niepowodzenia ostatnich wypraw krzyżowych, utrata Grobu Pańskiego, straszliwie rosnące zabory mahometan, walka w samej rzeczypospolitej chrześcijańskiej, gdzie cesarstwo coraz groźniej mocowało się ze Stolicą Apostolską, szerzący się trąd, a na koniec wisząca wciąż od Wschodu, z niczym nieporównywalna potęga Tatarów160, która wciąż groziła nowym potopem, wszystko to przejęło naród przerażeniem.

Nie wiadomo skąd, ale wszędzie, jakby spod ziemi, pojawiali się ludzie z biczami, którzy opuszczali rodziny, majątki, wygody. Brali chłostę za siebie i za drugich, powiadając, że trzeba się co prędzej kajać, bo koniec świata bliski, sąd Boży nieuchronny, a złość ludzka już przepełnia miarę i przepełni ją niechybnie, jeśli nie odprawi się wspólnej pokuty. Z początku nie można było nic zarzucić tym ludziom, którzy niczego nie pragnęli, tylko płaczu i cierpienia. Jednak duch nowych stowarzyszeń szybko się zmienił. Mimo srogich pozorów, pokuta wymagała jedynie pewnej wytrzymałości fizycznej, którą łatwo było wyrobić w wojennych i ascetycznych czasach. Toteż niedługo oprócz szczerze pokutujących, wyruszających z pierwszymi procesjami, zaczęły się tam garnąć szumowiny społeczeństwa, ludzie nie mający nic do stracenia, noszący niejedną plamę na swej przeszłości i honorze. Teraz, w zamian za kilka codziennych plag, zdobywali sobie aureolę męczeńską i głosili się wybawicielami ludzkości.

Przeciwko nim powstało duchowieństwo. Ze wszystkich kazalnic zabrzmiały słowa przestrogi. Męczennicy zostali uznani za sekciarzy. Stracili dużo w oczach tłumu, ale w swoich własnych urośli. Już teraz jęczeli nie tylko jako pokutnicy, ale jako prześladowani. Odpychano ich od kościołów, miasta zamykały przed nimi bramy. Włóczyli się zatem po lasach i polach. Szeptano sobie, że pod płaszczykiem nabożeństwa kryją swawolę i zgorszenie. Nikt jawnie ich nie popierał, jednakże gdziekolwiek się pojawili, wszędzie jeszcze znajdowali ciekawskich, czasem wzruszonych widzów. Wszelki dowód odwagi, ból dobrowolnie zadawany i pokornie znoszony bądź co bądź budził uznanie.

Ze wsi krakowskiej cała ludność wysypała się za biczownikami. Widok sińców i krwi na posiekanych plecach wywoływał różne reakcje. Niektórzy tylko głową kręcili, mówiąc:

— Po co to robić przed ludźmi? Jeżeli kto chce się biczować, to niech się zamknie w komorze i czyni to dla Pana Boga. Poszaleli!

Ale kilka innych głosów, szczególnie kobiecych, oburzało się na te słowa. Pewien starzec, który dużo po świecie wędrował, ośmielił się powiedzieć:

— Kto ich tam wie, może oni i święci? Abo to jeden święty uchodził za wariata, dopóki żył. A jak umarł, zaczął cuda robić, tak ludzie dalejże na kolana.

Biczownicy doszli do przydrożnego krzyża i zakończyli swoje przedstawienie. Pochowali biczyki, a na zbolałe ramiona i głowy nałożyli ciemne kapice, po czym uklękli gromadnie przed krzyżem i uderzyli w głośny płacz. Dotąd śpiewali psalmy po łacinie, teraz rozpoczęli modlitwę różnojęzyczną, gdyż byli tam ludzie z rozmaitych krajów: z Niemiec, Węgier, Czech, Flandrii, nawet z ziem francuskich i włoskich. Każdy modlił się po swojemu, z czego powstał niesamowity gwar. Mieszkańcy wioski tymczasem z litości wsuwali im do rąk jałmużnę, za którą biczownicy nie umieli czy nie chcieli inaczej dziękować, jak tylko mocniejszym wybuchem pokutniczych jęków.

Elżbieta i Ludmiła przyglądały się im z rozczuleniem; widok cudzych łez zawsze budził u nich współczucie. Uwagę Ludmiły przyciągnęła pewna niewiasta, dojrzała, ale ładna i przystojna, nosząca ślady pańskości. Miała spódnicę wytartą, ale ciężką, jedwabną, ze strzępami kosztownego futra. Była przewiązana litym pasem w srebrne i modre wzory, a na jej piersiach wisiał złoty krzyżyk z turkusami, który przy każdym przyklęknięciu wysuwał się spod kapicy. Modliła się najgłośniej ze wszystkich; co chwila padała na kolana i wstawała, głową biła o ziemię i żegnała się nieustannie.

— To jakaś osobliwa chrześcijanka! — rzekła Ludmiła. — Ona tak bije czołem o ziemię jak Tatarzy161. Czyżby to była nestorianka?

— Gdzież tam! — odparła Elżbieta. — Czy wiesz, kogo mi ona żywcem przypomina? Wasyngę i jego Dżjafirkę; oni się modlili zupełnie tak samo.

Na te słowa biczownica zwróciła głowę ku niewiastom.

— O kim wy mówicie?

— Przepraszamy — rzekła zmieszana Ludmiła. Właśnie wspominałyśmy naszych znajomych.

— Ja się nazywam Dżjafira, a mój ojciec nazywał się Wasynga.

— No tak, ale tamci byli aż z Chazarii162.

— Ja też pochodzę z Chazarii, mego ojca zabrali stamtąd Tatarzy.

— Tatarzy! — krzyknęły niewiasty. — Dobry Boże! Więc to Dżjafirka! A czy pamiętasz dwie branki u Tatarów, Elżbietę i Ludmiłę?

— Jak to, czy pamiętam? Przecież to nasze dobrodziejki, nasze wybawicielki! Mój ojciec do śmierci je błogosławił i mnie kazał się za nie modlić.

— To właśnie my nimi jesteśmy.

Na te słowa biczownica osłupiała, potem dziko wrzasnęła i jak pierwej przed krzyżem, tak teraz przed Elżbietą i Ludmiłą padła czołem, tarzała się po ziemi i nie zważając na trąd, chciała całować ich ręce i nogi. Drzewa rosnące wokół krzyża zasłaniały je nieco przed oczyma ciekawskich. Niewiasty, chcąc jednak swobodnie porozmawiać, cofnęły się za stóg siana i tam padło mnóstwo pytań bez odpowiedzi, radosnych okrzyków i żałosnych westchnień.

— Więc jesteś Dżjafirką, tą samą, którą wiozłam na wielbłądzie? — wołała Ludmiła, nie mogąc się nadziwić.

— To ja! Patrzcie, mam jeszcze ten złoty krzyżyk, prezent od was. Noszę go jak relikwię. Wszystkie klejnoty straciłam, a tego nie chciałam się pozbyć, nigdy!

— Ale cóż to znaczy? — zapytała Elżbieta, zaskoczona widokiem jej ubóstwa. — Cóż to znaczy, że cię spotykamy wśród tych biednych ludzi? A gdzież ojciec? Żyje? Opowiedz nam wszystko! — nalegała.

— Co tam o mnie gadać... — Dżjafirka nie dała się namówić na zwierzenia. — Lepiej wy powiedzcie, co się z wami działo przez te wszystkie lata. Kiedy uciekłyście?

Opowiedziały jej krótko swoje dzieje. Dżjafirka żegnała się ciągle ze zdumienia, w końcu zapłakała na wiadomość, że zaginął złoty Jaśko, który się z nią bawił jak braciszek.

— A może ty nam potrafisz powiedzieć coś o Jasiu — rzekła Elżbieta. — Przecież widziałaś go dłużej niż my.

— Wiem niewiele więcej, ale co pamiętam, to i powiem.

Tu zaczęła swoją opowieść, dosyć trudną do zrozumienia. Nie mówiła po polsku, ale mieszaniną słów tatarskich, niemieckich, kumańskich i węgierskich. Przy tym często się zacinała, nie kończyła rozpoczętych myśli. Ale Elżbieta i Ludmiła pochwyciły główny wątek.

Po rozstaniu z Ludmiłą na Węgrzech uciekinierzy szczęśliwie dotarli do księcia Bolesława, który z księżną Kingą i garstką wiernych ukrywał się w warownym Turoczu. Tam w strachu, często o głodzie, jednak przy łasce boskiej przetrwali nawałnicę, a kiedy pogaństwo zaczęło ustępować, Rafał co prędzej wybrał się do Polski, aby Jasia oddać wujowi, a dla Wasyngi przywieźć obiecane skarby. Wasynga postanowił z nim pojechać, chciał zaraz osiąść w zamku Ludmiły, ale Rafał straszył, że tam będzie mu źle, że w Polsce jeszcze zimniej niż w Chazarii.

— Nie wiem, czemu takie rzeczy gadał — zauważyła z przekąsem Dżjafira. — Teraz, kiedy tutaj przyszłam, widzę, że u was bardzo ładnie, ciepło.

— No, może teraz — z uśmiechem odparła Ludmiła. — Ale tego ciepła będzie ledwie na cztery niedziele; u nas istotnie ciężko, w zimie aż kamienie pękają. Lepiej, że zostaliście na Węgrzech.

Wasynga martwił się i klął, już był pewien, że go Rafał oszukał, że nigdy nie wróci. Jednak wrócił, i to z niemałymi skarbami. Wnet zaczęto szukać zamku, koniecznie z wieżą, bo takie było marzenie Wasyngi. Marzenie prędko się ziściło. W kraju straszliwie splądrowanym było mnóstwo posiadłości po rozproszonych lub wyrżniętych rodzinach. Ziemię i gruzy brał, kto chciał, za bezcen. Wynaleziono zamek z wieżą na skale. Wprawdzie straszył pustkami, pola nie były obsiane, winnice zdeptane, wsie wyludnione, ale wkrótce ściany porosły kobiercami, a ludność, chciwa chleba, ciągnęła do nowego pana.

— Wtedy — mówiła Dżjafira — zaczęło się dopiero dla nas życie. Mieliśmy chłopów i dworzan co niemiara. A gości. Dzień i noc nakrywano stoły, grano na trąbach i fletach. W takim domu się wychowywałam. Miałam bogate suknie, piękne zausznice, pasy, pełno dziewek na usługi. Grałam na lutni; ojciec nawet sprowadził mi karła. Jak dorosłam, goście zaczęli się zjeżdżać jeszcze częściej, zalotników huk. Czekali długo. Na koniec wybrałam sobie męża Niemca. Zdawało mi się, że będzie dobry. Włosy miał jak len, a na koniu wyglądał jak królewicz z bajki. A co to było za wesele! No, chyba tylko z cesarskim można porównać. Bawiliśmy się cały tydzień, beczek z piwem i winem nikt nie mógł się doliczyć! Mój mąż przepadał za łowami i ucztowaniem, a nade wszystko lubił grać w kości. Ojciec zaniemógł, czuł się coraz gorzej i gorzej.

— Chorował? — zainteresowała się Ludmiła.

— Nie, ale bardzo się martwił. Przypominał sobie różne okropne rzeczy...

— Aha! Pewno te, do których zmuszali go Tatarzy...

— Tak. Martwił się, że pijał z nimi kumys163. Chyba wiecie, że kto pił kumys, ten nie może być zbawiony. No, podobno jest to bardzo trudne, potrzeba strasznej pokuty.

— E! Tylko kacerze tak mówią. U nas nikt w to nie wierzy — żachnęła się Ludmiła.

— Księża węgierscy także zaprzeczali — ciągnęła Dżjafira. — Chcieli ojca pocieszyć, ale nie mogli. Po nocach nie sypiał. Zawsze jakieś czarne i czerwone osoby przychodziły, żeby go katować. Na koniec znalazł sobie lekarstwo. Jak się napił wina, to zapominał o wszystkim i usypiał. Więc już potem leżał ciągle przy kominku albo w sadzie pod starą śliwą, a zawsze dzban stał przy nim. Co się obudził, to pociągnął, uspokajał się i zasypiał. Tak było przez kilka lat. Aż tu raz przychodzę, a on siny, jakby go kto zbił. Wołam, ani drgnie. Już się nie obudził. Nieraz mawiał: „Dżjafirko, ty masz duszę niewinną, pokutuj za mnie, abym nie poszedł do piekła.” Ale mnie wtedy nie chciało się myśleć o pokucie. Po śmierci ojca rozpaczałam. No cóż, ale nawet mi płakać nie pozwalano. Mąż gniewał się, kiedy byłam smutna, spraszał gości. Mnie już coraz mniej to bawiło, a jego coraz więcej. Hulał, aż zmarnował wszystko. Sprzedał naprzód winnice, potem pola, zamek i znów przez jakiś czas mieliśmy za co pić, grać i częstować. Pewnego dnia okazało się, że już nie mamy nic, tylko mój krzyżyk. Mąż wsiadł na konia i powiedział do mnie: „Moja kochana, szukaj sobie chleba, rób co chcesz, ja muszę jechać w świat, gonić szczęście”. I rzeczywiście pojechał, a ja zostałam sama, w pięknych szatach, ale bez dachu nad głową.

— Ach, biedaczko — przerwała Elżbieta — pewnie było ci bardzo ciężko wziąć się do pracy?

— Ja? Do pracy? Wychowana w jedwabiach, na zamku? Nie! Wolałabym z głodu umrzeć, niż się spodlić. Ale ludzie mi poradzili, abym się zaciągnęła do biczowników. I dobrze poradzili.

— Więc nie żałujesz?

— O, wcale nie! Cieszę się, kiedy pomyślę, że mogę pomóc duszy ojca, że odpokutuję grzechy i jego, i moje. A przy tym... nigdy nie byłam taka szczęśliwa... — oczy jej zabłysły i rumieniec wystąpił na twarz.

— Ale jednak — rzekła Ludmiła — te rany na plecach to nie żarty...

— Człowiek się przyzwyczaja. Zresztą, zależy jakiego się ma sąsiada. Jedni biją zawzięcie, drudzy miło... chciałam powiedzieć miłosiernie. Ale najboleśniejsza jest niewdzięczność ludzi, za których cierpimy. Ten wasz Kraków to niedobre miasto. Nie chciano nas tam wpuścić!

— Więc byłaś w Krakowie. Kiedy?

— Właśnie stamtąd idziemy... Złe miasto. Zły wiek. Świat się musi skończyć! Biada światu, który nie tylko tonie w grzechach, ale jeszcze odpycha tych, którzy mogliby go uratować. — Jej twarz stała się ponura, jak w dzieciństwie między Tatarami.

Nagle zza drzew wyszedł jeden z biczowników, młody Węgier; miał czarne wąsy i mieniące się tygrysie oczy. Ruchoma twarz Dżjafiry wyszła nagle z mroku nocy i powitała dzień; zapłonęła dziwną mieszaniną strachu i radości. Biczownik uderzył ją po ramieniu i powiedział czule, a zarazem groźnie. Ona złożyła ręce, jakby go przepraszała. Kiedy odszedł, rzekła z pośpiechem:

— Ach, mogłabym z wami i trzy dni przegadać, ale nie mam czasu. Stefan mnie woła.

— A kim jest ten Stefan? To twój mąż?

— Niech Bóg broni! Mój mąż dawno umarł... to brat...

— Doprawdy? Miałaś brata?

— No, to jest brat w Chrystusie. My, biczownicy, wszyscy się nazywamy „braćmi” i „siostrami”. — Potem raz jeszcze uderzyła czołem o ziemię i zawołała: — O, niechże wam Bóg błogosławi! Niech przywróci wam dziecko, choćby tylko za to, że Wasyndze uratowałyście córkę od więzów pogańskich! — I zerwawszy się, pobiegła za biczownikami, którzy ruszyli przed siebie w dwóch równych rzędach, śpiewając pokutny psalm.

Niewiasty także wstały. Pokrzepione i nieco weselsze ruszyły w stronę Krakowa.

— Widzisz, Elżuniu, wszyscy się znajdują — rzekła Ludmiła. — Nawet Dżjafirka, po której wydawało się, że ślad zaginął. Ale smutny jej los. Chociaż mówi, że szczęśliwa... Jeżeli z powodu modlitwy i pokuty to pięknie, ale jeżeli... no, wolę nie posądzać. A ten Wasynga? Naprawdę chciałam ich uszczęśliwić, ale jakoś moje chęci nie wyszły im na dobre. Nie na próżno ludzie mówią, że skarb, który wpadnie w splamione ręce, nie dotrwa do trzeciego pokolenia. A nasz biedny Chazarczyk, trzeba przyznać, miał sporo na sumieniu...

— Tak — westchnęła Elżbieta — prędzej czy później sumienie się odezwie. A on, zamiast żałować, zagłuszał je winem.

Kiedy doszły do niewielkiego pagórka i podniosły wzrok, spostrzegły przed sobą miasto, które błyszczało w słońcu. Na zielonym wzgórzu stał zamek, a u jego stóp płynęła rzeka.

— Kraków! — krzyknęły prawie jednocześnie.

Tak, to był Kraków, z Wisłą i Wawelem.

— Prawdę mówił anioł! — zawołała Elżbieta. Przypędził nas aż tutaj swoją straszną rózgą.

— Ach, Elżuniu, chyba nie na próżno? Czyżby przeprowadził nas przez tyle niebezpieczeństw, aby nam pokazać, że nikt na nas nie czeka? Jaś musi tu być! Jeśli gdziekolwiek jest, to właśnie tu! — Obie uklękły, rozciągając się krzyżem, i ucałowały ziemię, świętą ojczystą ziemię.