Czy to Kraków?
Zgryzota i wyczerpanie podróżą spowodowały wzmożenie się trądu i ledwie niewiasty doszły do celu, choroba powaliła je na twarde lazaretowe łoża. Krakowski lazaret był bez porównania zasobniejszy niż wrocławski; schludny, porządny, ale zimny. Ruch stołeczny czuło się nawet pod tym dachem; rwał i studził wszelkie stosunki. Zarządcy lazaretu, znużeni pracą przy chorych i nieskończonym przepływem włóczęgów, nie mieli ani czasu, ani głowy, aby kimkolwiek zająć się w szczególny sposób. Z początku Elżbieta i Ludmiła znalazły trochę współczucia. Kilku duchownych wzruszyło się ich losem i rozesłało po mieście listy. Odbiorcy listów odpowiadali zgodnie, że Jasia nie widziano w Krakowie. Świadectwo straszne, bo przecież syn Sulisława, panicz możny, z zacnego rodu, nie przeszedłby niepostrzeżenie w stolicy. Zasługi ojca dobrze pamiętano, każdy mówił:
— Tak, to ten Sulisław, który zginął pod Chmielnikiem. Ale syn? Czy on miał syna? — Wszyscy dziwili się, zaprzeczali.
Powszechny niechętny stosunek do poszukiwań zachwiał wiarę w opowiadania podróżniczek. Słuchano niechętnie, zaczynano nawet wątpić, czy były one naprawdę u Tatarów. Bo też ich opowieści brzmiały tak nieprawdopodobnie! Albo to raz widziano trędowatych, którym choroba pomieszała zmysły? A może specjalnie wymyślały takie bajki, aby wzbudzić litość łatwowiernych? Niezrozumiane, wyśmiane nawet przez towarzyszy niedoli, w końcu przestały przekonywać i zamilkły.
Wkrótce jednak znalazły przyjaciela. Był nim posługacz szpitalny, Brunon, człowiek bardzo stary, jednak jeszcze krzepki i energiczny. Już od ponad trzydziestu lat chodził przy chorych, spełniał posługi, jakich się wszyscy inni bali. Sam ani razu nie zachorował. Im większy łazarz i nędzarz, tym większą obdarzał go troską. Takie poświęcenie budowało. Brunon, jak głosi plotka, żył podobno niegdyś na dworach bogato i szumnie. Mówiono, że pewnego dnia, bardzo dawno temu, nagle wszystko porzucił, majętności rozdał ubogim, a sam poszedł do lazaretów, aby usługiwać trędowatym. Ludzie, widząc jego cnoty, namawiali go, aby został księdzem. Podobno przed laty sam biskup Prandota chciał go wyświęcić i postawić na świeczniku, ale Brunon odmówił, tłumacząc się, że jest wielkim grzesznikiem i nie godzien zaszczytu kapłaństwa.
Niewiasty długo się nie domyślały, że ten mężczyzna to dawna dworska znajomość. Ale pewnego dnia ktoś wspomniał brata Benedykta. Twarz staruszka pojaśniała, złożył ręce i zawołał:
— To święty człowiek! On mnie nawrócił! I czym? Nie uwierzycie, jednym uściskiem!
Tu zaczął opowiadać swoją przygodę z braciszkiem, a niewiasty z najwyższym zdumieniem poznały, że to ów młodzieniec, którego przedstawiono im niegdyś w komnatach królowej Kingi, Rynhold — awanturnik i rozpustnik, a dziś bardziej anioł niż człowiek.
— Od tej chwili — ciągnął Brunon — coś się we mnie przewróciło, jakby mi kto duszę przenicował. Nagle zobaczyłem pustkę mego życia. Z początku brała mnie rozpacz judaszowa. Myślałem, że już nie ma sposobu. Ale Bóg wyciągnął mnie z przepaści. Niechże będzie na wieki uwielbiony, że zostawił czas do pokuty.
Niewiasty ucieszyły się niezmiernie; pomyślały, że Brunon znajdzie brata Benedykta i to może niedługo, bo jeśli brat jeszcze żyje, to na pewno po staremu, w konwencie krakowskim. Ale Brunon potrząsnął głową i odrzekł:
— Widywałem nieraz ongi mego benefactora, mego salvatora. Wiedziałem dobrze, że brat szuka jakiegoś sieroty, a dziś rozumiem, o kogo mu chodziło. Szukał i szukał, aż na koniec, jakieś trzy lata temu, złożył ślub, że pójdzie do grobu świętego Franciszka, do Asyżu, na intencję, aby się dziecko odnalazło. Poszedł i dotąd go nie ma. Czy żyje jeszcze — nie wiem.
Brunon całą duszą ofiarował swe usługi Elżbiecie i Ludmile. Od rana do nocy biegał po Krakowie, chcąc trafić na ślad Jasia. Mieszczanie byli w większości ludźmi niedawno przybyłymi, a ze starszych i dostojników, jak na przekorę, nikt w tym czasie nie bawił w mieście.
Tymczasem nadeszła zima, nastał 1281 rok. Około wielkiego postu minęła okrągła czterdziestka od czasu, jak branki zostały wzięte w niewolę. Przewracając się na swoich ostrych, wyleżanych siennikach, szeptały słowa już sto razy, tysiąc razy powtarzane: „Jako Izrael czterdzieści lat błąkał się na pustyni, taka przyszłość wasza. A kiedy powrócicie, nie poznacie ani nieba, ani ziemi, ale odnajdziecie skarb utracony”.
Pewnego dnia jeden z księży zawiadujących lazaretem podszedł do niewiast i rzekł:
— Moje staruszki, dobrze wiem, że wam u nas ciężko. Za wielki tłok, za dużo przechodnich żebraków. Wam, coście chleb dworski jadły, musi takowe sąsiedztwo dokuczać. Obmyśliłem wam inną dolę. Jest niedaleko stąd, pod Krakowem, spokojny Zagościniec. Tam rycerze świętego Łazarza założyli dom dla trędowatych. Jeśli chcecie, wyproszę dla was izdebkę i będziecie mogły do śmierci mieszkać tam w spokoju.
Ksiądz może pragnął spełnić miłosierny uczynek, a może chciał pozbyć się dziwaczek, bo lazaret był już nadto przepełniony. W każdym razie sądził, że ucieszy niewiasty. Tymczasem one posmutniały i pokornie błagały, aby jeszcze pozwolił im tu zostać. Były bliżej bram Krakowa, tu łatwiej mogły się czegoś dowiedzieć, a poza tym miały Brunona. A zamieszkać w tym zamkniętym, dalekim Zagościńcu, to jakby zapaść się w grób.
— Nie! — zawołała Ludmiła — jeśli mamy iść, by samotnie zakończyć życie, to pójdziemy do moich włości albo do twojego Żegnańca. Wszak masz prawo tam wrócić. Zamek spalony, zniszczony, to prawda, ale tam będziesz przynajmniej na własnej ziemi. Odnajdziesz chłopów, oni może z gruzów odbudują nam choć jedną wieżę i zamieszkamy, wprawdzie same jak pustelnice, ale na żegnanieckiej górze. A jeśli nowi ludzie tam osiedli, może nam odstąpią choćby najlichszą chałupinę.
— Prawda — rzekła Elżbieta. — A wiesz, co mi przyszło do głowy? — Oczy jej błysnęły niespokojnie. — Może tam odnajdziemy Jasia? Może on w najlepsze mieszka sobie w starym gnieździe, a my go Bóg wie gdzie szukamy? — Ta mało prawdopodobna myśl zagościła w sercu Elżbiety. Ale trudno uwierzyć, aby potomek rycerskiego rodu zmarnował całe życie na gospodarce. Jednak była to jeszcze jakaś nić nadziei, z którą niewiasty wiązały najdroższe wspomnienia.
— Pójdziemy do Żegnańca — postanowiły.
— Teraz próżno rwać się do drogi, moje matki — mówił kręcąc głową Brunon. — Roztopy wiosenne świat zalały i nie przebrniecie przez bagniste puszcze. Poczekajcie, aż ziemia wyschnie. A tymczasem musicie sprawdzić, czy potraficie jeszcze chodzić. Bo to ważna sprawa. Zbliża się dzień Zmartwychwstania Pańskiego, chcę zaprowadzić was do Krakowa.
Istniał w Europie zwyczaj, że na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, przez cały wielkanocny tydzień i we wszystkie znaczniejsze święta wolno było trędowatym wchodzić do miast i kościołów. Nikt nie chciał ich skazywać na wieczną samotność i radować się bez nich samolubnie. Święto powinno być świętem dla wszystkich, nawet dla trędowatych. W owe dni zdrowi ludzie mieli się na baczności. Do kościołów wpuszczano chorych przez boczne drzwi do odosobnionych miejsc modlitwy. I teraz, na początku Wielkiego Tygodnia, Kraków otworzył się dla mieszkańców lazaretu. Do jego bram podążały Elżbieta i Ludmiła. Za nimi sypnęli się inni trędowaci. Kto tylko mógł jeszcze nogami powłóczyć, ten korzystał z upragnionej łaski. Brunon szedł na przodzie z grzechotką, żeby ostrzegać przechodniów, którzy natychmiast się usuwali, spoglądali z litością, czasem rzucili jakiś datek.
— No i co? Wyładniał nasz Kraków? — zwrócił się Brunon do niewiast. — Jest na co popatrzeć i czym się pochwalić.
Żadna jednak pochwała nie przeszła im przez usta. Patrzyły z niedowierzaniem i pewnym rozczarowaniem.
— Czy to nasz Kraków? — wzdychała zawiedziona Elżbieta.
Niczego nie mogły poznać. Ani budynków, ani ludzi, ani ich strojów, ani nawet mowy. Co chwila dolatywały do uszu nawoływania, obce krzyki kaleczone łamaną polszczyzną. Co chwila przesuwały się postaci długowłosych cudzoziemców, w płaszczach spiętych z niemiecka na lewym ramieniu. Przed sieniami stały płowe Niemki w złocistych czepkach i sztywnych sukniach. Tu stąpał tłusty, ubrany w cienkie sukno Flandryjczyk, ówdzie kręcili się brodaci Ormianie we wschodnich szatach, gdzieniegdzie błysnęła żółta jarmułka Żyda. Cudzoziemszczyzna raziła, pozbawiała miasta cech narodowych, tym bardziej że chwilowo nie było księcia Leszka i jego rycerstwa.
— I to ma być Kraków! — oburzały się niewiasty. — Tyle narodów, zupełnie jak w Karakorum. Wszystkich tu widać oprócz swoich!
— Cóż było robić? — rzekł Brunon. — Tatarzy raz i drugi miasto spalili, jednych wycięli, drugich w jasyr wzięli. Książę Bolesław wrócił jak na cmentarz. Czekał, spędzał ludzi, ale nie wszyscy chcieli wracać na zgliszcza. Więc zaczął zapraszać obcych, byle zaludnić pustki. To pracowici ludzie, jak pszczoły, i zasiedzą się, zobaczycie. A nie myślcie, że swoich tu nie ma. Są, tylko jakoś ich nie widać, bo co swoje, to nie włazi w oczy. No, ale że tu ładnie, to musicie przyznać. Z księcia Bolesława był tęgi gospodarz! Wziął mu czart jedno miasto, on urobił drugie, na kształt placka, i przy boskiej pomocy wyrosło jak na drożdżach, a takie udane, że nie żal starego!
Kiedy Elżbieta i Ludmiła znalazły się na Rynku, nie mogły własnym oczom uwierzyć. Król Bolesław pozwolił sobie na rozmach i nie pożałował placu. Rzadko które średniowieczne miasto posiadało tak obszerny Rynek.
Dookoła biegły domy, nie jak dawniej przysiadłe, ale wszystkie wysokie a wąskie, o jednym lub dwóch oknach, o spiczastym, trójkątnym szczycie, coś na kształt oka opatrzności, a wszystkie stały karnie, pod sznurem i pokazywały tylko pół „twarzy”, jak ludzie idący za procesją. Większą część tych domów sklecono po staremu z drzewa, jednak między nimi było już trochę kamienic, a nawet domów murowanych z cegły. Na ten zbytek pozwoliło sobie kilku bogatych przybyszów. Wszędzie wisiały wizerunki świętych, różne godła, rzezane i pięknie malowane znaki. Na dachach skrzypiały chorągiewki wycięte w kształcie kogucików i śmiesznych bestyjek. Z gzymsów dachowych sterczały rynny o smoczych paszczękach, a z wyższych pięter wystawały podpórki do zaczepiania opon164 i chorągwi w czasie uroczystości. Niżej, na wąskich, łukowato wyciętych drzwiach, czerniało mnóstwo żelastwa; krzyżowały się wrzeciądze i antaby, zasuwy i kołatki, a wszystko usiane gwoźdźmi jak brylantami, wyrżnięte w różne stylizowane liście i kwiaty. Tuż koło drzwi, na ścianie, wisiały pierścienie, do których goście albo kupujący przywiązywali konie. Nie błądzili już oni między przenośnymi budami, ale kierowali się do domów. Tam na dole były kramy, gdzieniegdzie nawet już prawdziwe sklepy, izby niskie, sklepione, zabezpieczone przed ogniem i złodziejami, zatarasowane w nocy okiennicą, którą w dzień do połowy opuszczano na ulicę i od razu tworzyła stół targowy. W oknach złotników i lichwiarzy supłały się misterne kraty.
Czasem z kramów doleciał zapach wschodnich aromatów i korzeni, który przypominał niewiastom azjatyckie wędrówki. Gdzieniegdzie zawrotnymi schodami ziała czeluść gwarnej, gościnnej piwnicy. Przybysze siedzieli tam jak diabły i szwargotali, popijając świdnickie piwo. Brunon oprowadzał swoją gromadkę po nowiuteńkich, jakby z igły zdjętych Sukiennicach. Ale niewiasty słuchały go z roztargnieniem. Bardziej interesował je niedaleko szarzejący kościółek świętego Wojciecha, który nic a nic się nie zmienił. Oto przynajmniej choć jeden świadek przeszłości! Brunon, widząc ich oczy skierowane w tę stronę, rzekł:
— Chodźmy pokłonić się męczennikowi. Patrzcie! — dodał, pokazując przystawkę z kamienia przytuloną do ściany kościółka. — Tu, w tej komórce, do niedawna żył męczennik. Tatarzy go zabili, a teraz pobożni krakowianie zmienili tę celę na kapliczkę. Widzicie? — mówił, uchylając drzwiczki. — Światło pali się przed obrazem świętego Pawła, bo pustelnik nazywał się Paweł. Może chcecie wejść i pomodlić się trochę?
Ale Elżbieta i Ludmiła nie chciały wchodzić do środka, nie chciały nawet patrzeć na celę. Były rozżalone. To miejsce wiązało się z zawodnymi przepowiedniami. Spojrzały na kościół Panny Maryi. Było trochę zmian, jednakże nie tak dużo, jak się spodziewały po całych czterdziestu latach. Pomyślały, że dwukrotne zniszczenie stolicy musiało zahamować budowę. Wodząc oczami po murach świątyni, szukały kamiennej cierniowej korony, którą kiedyś podniosły z ziemi, ale nie mogły jej znaleźć. A może była to korona, widziana czystym sercem, którą anioł już dawno temu włożył na głowy niewiast?
— Że też tych dwóch wież nie wyprowadzą równo! — rzekła Ludmiła, którą denerwował widok nie dokończonej budowy. — Jedna wystrzeliła hen w obłoki, a druga przysiadła. Kiedy to skończą?
— Pewno nigdy — odparł Brunon półgłosem. — Czart wmieszał się w tę sprawę. Na tej drugiej wieży ciąży niewinna krew.
— Boże miłosierny! Co za krew? — zatrwożyła się Ludmiła.
— Trzeba wam wiedzieć, że całą tą robotą rządziło dwóch braci.
— Wiemy, wiemy — ożywiła się Elżbieta. — Widziałyśmy ich kiedyś. Bracia, ale niepodobni do siebie, jakby dzień i noc.
— Trafne słowa — ciągnął Brunon — „jakby dzień i noc”. Jeden był dobry, że do rany przyłóż. Drugi miał czarne włosy i taką samą duszę. Pierwszemu Pan Bóg błogosławił, co pomyślał, to zrobił. A budował cuda; ludzie go za to miłowali i sławili. Czarny zazdrościł mu wszystkiego, najbardziej zaś talentu i sławy. Gdy tedy przyszło do stawiania wież, powiedział tak: „Niech każdy zrobi swoją, zobaczymy, kto lepszy”. I pomyślał sobie: „Teraz choć raz ja będę lepszy”. Ale tamtemu wieża szła do nieba, prościutko jak ów dym z Ablowej ofiary, a temu szła niesporo, diabeł mu przeszkadzał, bo chciał go na brata rozsierdzić. Wzięła go kainowa zazdrość. Pomyślał: „Niedoczekanie twoje! Nie skończysz tej wieży”. I nagle brat się gdzieś zapodział, i nawet ciała jego nie odnaleziono. „Kain” już sam jeden kończył budowę. Wieża była bardzo piękna; lud go chwalił i składał cześć. Właśnie w dzień, kiedy go tu na rękach noszono i kiedy mu dziewki rzucały wianki, przeszła obok niego jakaś panienka w czerwonej sukni i niebieskim płaszczyku. Raz na niego spojrzała z okrutną żałością i wtedy pobladł, zaczął ludziom lecieć przez ręce i padłszy na klęczki, wyznał z płaczem: „Nie zasłużyłem na to, albowiem zabiłem mego brata, aby odebrać mu sławę”. Tedy wszyscy odstąpili ze strachem i pytali: „Jak go zabiłeś?” Dobył nóż z zanadrza i powiedział: „W miejscu bezludnym, tym oto nożem”. Patrząc na jego krwawe ostrze, zaczął krzyczeć głosem przeraźliwym, po czym wbił go sobie w gardło i padł trupem. — Przerażone niewiasty zakryły oczy. — Patrzcie, matki! Ten nieszczęsny nóż wisi w bramach Sukiennic na wieczną ludziom przestrogę.
— A cóż to była za dziewka? — zapytała z zainteresowaniem Ludmiła.
— Jedni gadają, że on nie tylko sławy zazdrościł bratu, ale dziewki, którą sam miłował. Drudzy mówią, że to nie była prosta dziewka, jeno sama Panna Maryja, która wyszła ze swego kościoła, aby grzesznika skruszyć. Ale on zamiast skruchy, wpadł w szaleństwo i zamknął sobie ostatnią bramę ratunku.
Zapanowało milczenie, ciężkie jak kamień. Wszyscy spoglądali kolejno to na straszliwy nóż, to na nierówne wieże. Na koniec Elżbieta rzekła:
— Pójdźmy pomodlić się za grzeszników. — Weszli do kościoła Panny Maryi.
Gromada wracała znów przez miasto, a Brunon kazał ciągle przystawać, coś oglądać i coś podziwiać. Ale Elżbieta i Ludmiła, mimo wszystkich pochwał i dumy z nowego Krakowa, żałowały starego. Człowiek wracający z długiego tułactwa zawsze chce odnaleźć to wszystko, co zostawił i wcale nie inne, ale właśnie takie, jakie zostawił. Wszelka nowość, chociażby i lepsza, zasmucała, psuła przeszłość, była martwa, bo nie posiadała wymowy pamiątek. Przez tak długie lata nosiły w duszy obraz dawnego miasta; tłocznego, bezkształtnego i bezładnego, ale weselszego, ale swojskiego. Teraz te cudzoziemskie twarze, proste ulice wydawały się im sztywne i napuszone. Budynki, z drzwiami na krzyż okuwanymi i z zakratowanymi oknami, wyglądały jak więzienie. Z oględzin stolicy wyniosły wrażenie smutne i przygnębiające. Tym bardziej, że przekonały się, iż nie mogą już odbywać tak długich wędrówek. Ta jedna wycieczka po mieście znużyła je śmiertelnie. Jakże tu iść do Żegnańca pieszo i znów o żebranym chlebie? — pomyślały i ręce im opadły.
Brunon drapał się w głowę i kłopotał, jednak jego zmartwienia nie trwały długo; był człowiekiem bardzo pomysłowym. Posiadał też osobliwy dar zbierania jałmużny. Okazało się, że Bóg cudownie szczęści, kiedy się ją zbiera nie dla siebie, ale dla bliźnich. Otóż, jak zaczął chodzić po ludziach, tak w kilka tygodni, jeszcze przed Zielonymi Świątkami, zajechał do bram lazaretu wózkiem góralskim zaprzężonym w łaciatego chłopskiego konika. Koń był stary i troszeczkę ślepy, ale Brunon pomyślał, że taką podróż przetrzyma.
— Wstawajcie, mateczki! Mamy wóz i konia, zawiozę was do tego Żegnańca.
Kobiety popłakały się ze wzruszenia. Wózek był wysoki, schorzałe niewiasty nie mogły się podźwignąć, więc Brunon włożył je tam jak dzieci w kolebkę. Sam siadł na przodku i świsnął z bicza. Wyruszył w piękny majowy dzień, pędząc raz jeszcze za uciekającym bez końca widmem nadziei.