W gnieździe sęp
Wózek przedzierał się przez gęstą, szumną, wysoką puszczę. Ludmiła poznawała pokrzywione pnie, rozdroża między steczkami, gdzie niegdyś czuła się jak we własnej komnacie. Mój Boże! Tyle się zmieniło w ich losach, one same tak bardzo się zmieniły, a ta puszcza jak szumiała, tak szumi nie zmieniona, tylko tyle że jeszcze gęstsza i wyższa.
Za zakrętem nad drzewami zamajaczyła baszta. Nieco dalej puszcza zaczęła rzednieć i oto na wyniosłości pokazał się żegnaniecki zamek. Kto go odbudował? Kto w nim mieszka? Trudno zgadnąć! Sam widok tych murów był pokrzepiający. Elżbieta, która dotąd siedziała skulona, podniosła się, składając ręce. Ludmiła objęła ją w uścisku i obie zawołały radosnym, drżącym głosem:
— Żegnaniec, nasz kochany Żegnaniec!
Brunon zaciął konia i podjechał pod górę, ale widząc ścieżkę dosyć wąską a stromą, powiedział:
— Tam nie wjedziemy, trzeba wysiąść.
Kiedy przyszło iść pod górę, niewiasty spojrzały na siebie z przestrachem i nagle się zatrzymały.
— Czy możemy wchodzić bez pytania? Wszak nam nie wolno, ale nim się opowiemy, ludzie nas wypędzą.
— Prawda — rzeki Brunon — poczekajcie, ja pójdę naprzód i zasięgnę języka. Dowiem się, kto tam mieszka i powiem, kogo przywożę.
Poszedł wąską, wijącą się ścieżką, wkrótce znalazł się na moście, długo rozmawiał z odźwiernym, na koniec furtka skrzypnęła i zniknął w ciemnej bramie.
Elżbieta i Ludmiła rozglądały się dokoła, a w ich sercu było tyle samo radości, co smutku. Zamek był na pewno zamieszkały. Drogi do niego nie zarosły trawą i wartownik, jak niegdyś, krążył za blankami baszty. Widać, że mieszkańcy nie lubili porządku i gospodarności. Wjazdowej drogi nie obsadzono żywopłotem, pod narożną wieżyczką zamiast kwiatów rosło zielsko. Po ganeczku, tej kamiennej kropielnicy, która zdobiła wieżę, nie było śladu! Drzwi do ganku zabito deskami. Czas zrobił swoje. Zamek sposępniał, poszarzał, gdzieniegdzie zostały ślady pożogi, które przy nowo wzniesionych murach wyglądały jak sczerniałe blizny. Dalej, pod lasem, tuliły się chaty chłopskie, ale nie takie porządne jak dawniej. Rozwalone, z dziurawymi strzechami, wyglądała z nich opłakana nędza; widać, że pan zamku nie troszczył się o biednych.
Elżbieta patrzyła zatrwożona i myślała sobie: jeżeli to Jaś, niech mu Bóg wybaczy!
Furtka znowu skrzypnęła i wybiegło dwóch ludzi; Brunon, a za nim inny mężczyzna w sile wieku. Miał ubiór długi, z brunatnego sukna, przewiązany zielonym pasem. Wyprzedził towarzysza i rozkrzyżowawszy ręce, pędził z góry, wołając radośnie:
— Pani! Nasza pani wróciła! — Ale kiedy stanął przed niewiastami, choć uprzedzony o trądzie, struchlał i nie mógł opanować wzruszenia. — O, mój Boże! To nasza pani, taka niegdyś piękna! A teraz, co się z nią zrobiło. — Zmieszany i smutny, zamilkł.
— Kto tu mieszka? Człowieku, na miłość boską, gadaj, kto tu mieszka? — dopytywała się nerwowo Elżbieta.
— A no, mój pan, Zyndram.
To imię padło na ich głowy jak góra lodu.
— Tu siedzi jakiś Zyndram — poinformował zadyszany Brunon, który właśnie w tej chwili podbiegł. — O dziecku nikt nie wie, nikt nie słyszał. A ten poczciwy służący powiada, że panią znał niegdyś.
— Tak — mówił mężczyzna w zielonym pasie. Jestem Wicuś, ten którego pani z gorączki uratowała. Pamięta pani Wicusia z Kacprowej chałupy? Byłem wtedy dzieciak, jeno trochę większy od panicza, ale dobrze pamiętam, jak pani nasza, niczym anioł w niebieskiej sukni, schodziła z zamkowej góry. A gdy byłem chory, pani calutką noc przesiedziała przy mnie na słomie...
— Ale panicz? Gdzie on jest? Nic nie wiesz o paniczu?
— Jak to? Cóż mam wiedzieć? Wszakże, gdyby panicz żył, to by tu siedział. — Logika tych słów dobiła niewiasty.
Elżbieta dławiła się od łkania. Oparła głowę na ramieniu Ludmiły.
— A Zyndram? Dawno tu siedzi? — zapytała szorstkim głosem Ludmiła.
— O, dawno! Już trudno połapać się w latach. Kiedy tylko usłyszał, że pan Sulisław zginął na wojnie, a nasza pani z paniczem zagnana do pogan, zaraz zjechał. No, czynił wedle słuszności, bo był jedynym, sprawiedliwym dziedzicem. Zamczysko znalazł zniszczone, spalone. Wszystko, co drewniane, zgorzało, ale mury i wieże kamienne zostały. Kazał szkody naprawić, nie bardzo ozdobnie, bo mój pan o to nie dba, jeno mocno. I oto nie wiem już, ile lat siedzimy tutaj. Pan czasami jeździ do innych wsi i zamków, ale mnie zawsze zostawia, bo ja tutejszy i od maleńkości u pana służę.
— Tak, tutejszy — potwierdziła Ludmiła. — Przypominam sobie małego, pucołowatego Wicusia z Kacprowej chaty. Ale jakimże cudem tyś ocalał? Ja myślałam, że Tatarzy wszystkich wycięli albo wzięli w łyka.
— Tylko tych, co się schronili w zamku. Ale niektórzy uciekli do boru i tych kilkoro Pan Bóg uratował. Moja matula na pierwszy głos o Tatarach porwała mnie i dalej w puszczę, gdzie oczy poniosą. Żyliśmy długo w jamach, nic nie jedząc, jeno dzikie jagody i korzonki, i trzęsąc się ze strachu. A kiedy krzyki przycichły, wszystko się uspokoiło, to po wielu niedzielach przywlekliśmy się tutaj. Zamczysko było rozwalone, pustki, strach, ani żywej duszy. Rychło pan Zyndram zjechał, zaczął odbudowywać, urządzać i moje matczysko wziął do kuchni, ale wkrótce zmarło się nieboraczce. Ja służyłem naprzód za pachołka, potem różnie, a teraz pilnuję komory.
— A dobra służba u tego pana? — zapytał Brunon, który chciał wymiarkować, z kim będą mieli do czynienia.
— Oj! — Wincenty machnął ręką. — Między Bogiem a prawdą, służba ciężka. Twardy pan, nie grzech wyznawać, wszak w okolicy wszyscy narzekają. Ludzie gadają, że nasz pan tak podobny do swego brata nieboszczyka, jak sęp do sokoła. Za czasów pana Sulisława dobrze się działo w chałupach i na zamku, a teraz wieczna bieda i pomstowanie. A od śmierci syna...
— On miał syna? — przerwała Ludmiła. — Więc był żonaty?
— Tak, ale to już dawne dzieje. Ledwie zamek naprawił, zaraz przywiózł żonę. Była młodziutka i tak cieniutka, jak łątka. Przy tym zawsze wystraszona. Rok jeno z sobą żyli. Powiadają, że ją pan zamęczył, zahukał, ja nie wiem na pewno, boć to już trzydzieści lat z górą minęło, byłem wtedy głupi. I tak nasz pan ostał się wdowcem, ale na pociechę miał syna, którego okrutnie miłował. I nie dziwota, jedynak. Panicz strasznie swawolił; co z nami wyprawiał, to i strach pomyśleć. Pan był szczęśliwy, spraszał gości, synkowi urządzał popisy konne, harce, aż grzmiało na zamku. Ale gdy panicz skończył czternaście lat, właśnie pan miał go wieźć do króla i sprawił mu złoty pancerz, przyszło nieszczęście. Panicz zachorował, ciało pokryły wrzody i wkrótce poszedł na tamten świat za matką. Od tego czasu pan Zyndram nie może sobie dać rady, nie chce ludzi widzieć. Nawet sam do kielicha zagląda. Nie wiem, jak może mu smakować takie picie! Jedyna jeszcze rozrywka, z której nie zrezygnował, to łowy. Teraz też jest w puszczy, jeno go patrzeć, bo już słońce zachodzi, a powiedział, że na noc wróci. Kazał sobie wieczerzę przygotować. A toż się ucieszy, gdy panią zastanie!
Ludmiła dobrze pamiętała Zyndrama, więc zapytała z niedowierzaniem:
— Tak myślicie? Ucieszy się i puści nas do zamku?
Wincenty zawsze postępował wedle zasad prostej uczciwości, więc zdumiał się jej powątpiewaniem. Składając ręce, zawołał:
— A chyba by nie miał sumienia, gdyby się nie ucieszył tak cudownym powrotem. A jakoż ma nie przyjąć? Wszak pani wraca do siebie.
Przekonanie Wincentego pokrzepiło Elżbietę i Ludmiłę. Rozgadały się ze służącym na dobre. Chciał koniecznie wiedzieć, jakim to sposobem uszły z niewoli. Nagle strażnik na wieży uderzył w trąbę.
— Oho! Pan jedzie! — zawołał Wincenty.
Z lasu wyjechała gromadka myśliwych. Ileż wspomnień ten obraz przywiódł na pamięć Ludmile! Tą samą drogą, tylko w bogatszym orszaku, niegdyś ona wracała z łowów strojna i dumnie patrząca na młodego Zyndrama. Teraz ujrzała wysokiego, chudego i kościstego starca. Jego profil, podobny do drapieżnego ptaka, z latami zarysował się jeszcze ostrzej. Nie było przy nim żadnych panów, żadnych gości, tylko trochę sokolników i psiarczyków, ponurych i biednie odzianych.
— Panie! Co za szczęście! Nasza pani wróciła! — krzyczał radośnie Wincenty, biegnąc naprzeciw jadących.
— Co ty gadasz? Co za pani? — zdziwił się Zyndram, ściągając szare, najeżone jak szczecina brwi.
— Elżuniu! Rusz się, Zyndram jedzie! — Ludmiła błagalnym wzrokiem patrzyła na przyjaciółkę.
— Ach, nic mnie już nie obchodzi, kiedy Jasia tu nie ma. — odparła zrezygnowana Elżbieta.
— Nie mów tak, Elżuniu. Przecież musisz się upomnieć o swoje prawa! A może on wie więcej niż Wincenty?
To ją ruszyło. Podniosła głowę i ujrzała starego, zgorzkniałego mężczyznę.
— Bracie kochany! — zawołała wyciągając ręce. — To ja, Elżbieta. Wracam z niewoli. Powiedz, czy wiesz coś o moim...
Zyndram nie dał jej dokończyć zdania. Uskoczył w bok i wrzasnął:
— Precz stąd, trędowata babo! Kto ci pozwala zbliżać się do mnie? A ty, głupcze — krzyczał na służącego — jak mogłeś ją tu wpuścić?
— Ależ panie, wszak to nasza pani Elżbieta! Wdowa po nieboszczyku, panu Sulisławie!
— Kto? Ta żebraczka? Ten strach na wróble? To ma być moja bratowa? I ty, ośle, w to wierzysz? Wiedz, że od Tatarów nikt nigdy nie wraca!
— Wróciłam, cudem boskim wróciłam! — wołała Elżbieta.
— Łżesz! — krzyknął piorunującym głosem. — Nie oszukasz mnie, włóczęgo. Moja bratowa dawno umarła w niewoli, wiem o tym dobrze. Może chciałabyś jeszcze, abym cię wpuścił na zamek, abym ci wypłacił wiano? — Tu zwrócił się ku łowcom: — Rozpędźcie natychmiast tych obdartusów.