III. Na złotym ganku

Na tarasie, wzdłuż kraty, pomiędzy zielenią biegły dębowe ławy o rzezanych316 oparciach. W pośrodku wznosił się stół okrągły, raz na zawsze już wmurowany i wyrżnięty z tegoż samego szarego granitu, co i olbrzymie przedgankowe kule.

Gdy siedli, majster Johann obejrzał się po ziółkach, które dokoła pachniały z doniczek, urwał listek i, ssąc go w miękkich wargach, zaczął powoli mówić:

— Niewieleć ja wiem, ale i to jest coś. Owóż trzeba zacząć od tej biednej Dorotei. Moja żona była spod Przemyśla...

— A! To z moich stron — podchwycił pan Kazimierz. — Ale, cóż u Boga, na jakiż manier317 nasza przemyślanka tutaj się waszeci napatoczyła?

— Nie tu, jeno tam. Trza318 wiedzieć waszmości, że my, wielkie kupce gdańskie, mamy dużo konszachtów z Leopolem319, bo tamtędy droga na handel z Lewantem320. Ja teraz to tam tylko wyprawuję321 agenty322, ale za młodych lat nieraz, bywało, jadę sam. Tam właśnie wlazła mi Dorotea w oczy.

— A gładka była?

— A juści323, to już keine324 gadanie. A po co by ja ją wziął? Jam tu mógł dostać bogatej, ho, ho! I jak jeszcze! Ale dla mnie zawdy co schöne325, to kunsztem pachniało. Gładka była. To jedno też tylko miała. Ha no, była i dosyć dobra, acz — jak to zawdy wasze niewiasty — trocha za harda. Przy tym nie dała mi nijakiej konsolacji326. Ale była uczona; czytać, pisać ani się zająknęła, powiedam waszmości, moje standbuchy327 to tak trzymała jakoby rathauzowy328 secretarius329. Cóż, kiedy w domu Deserta Arabia330! Mnie to było ciężko, a już ona to dzień i noc lamentowała za kinderkiem331. Tak zeszło z jakie pięć lat. A właśnie umarł jej Vater332. Dużo to narobiło nam gomonu333. Dorotea nie wychodziła ze łzów, a jam był zły, bo miała dwie sióstr za mężami334, a te miłe szwagry chciały nas okpić. Fortunka po tym oćcu i tak mała na śmiech, a oni jeszcze chcą i to rozdrapać. Żona precz gadała: „Oj, żebym ja tam była, tobym nie dała ciebie skrzywdzić”. A jam widział, że jej się chce w swoje strony i że jej się chce jeszcze starą matkę obaczyć i w tym frasunku335 ją zrekonfortować336. A sam wonczas nie mogłem jachać. Ale właśnie tam jachał mój brat Michael. Możeś wasza miłość słyszał o Michaelu Schultzu337?

— Tak, coś... To był morski człek?

— Ale gdzież tam! Nigdy. To był sławny majster od zegarów; taki sławny, co nie tylko w całej Hanzie miał reputację, ale i cesarz Rudolf338 bierał od niego horologia339, i z Paryża o nie pisano.

— Więc ten brat miał jachać do Lwowa?

Ja. Teraz ja mówię: „Dorotea, pojedź ty z Michaelem, obaczysz jeszcze starą matkę i siostrom się nie dasz odrwić”. A ona całuje mię340 po rękach. Tandem 341 pojachali. A tu w jaki miesiąc potem straszne rzeczy gadają ludzie: jako tam wpadli Tatarowie i pod Leopolem już plądrują. Tedy ja drżę o brata i także też o moją Doroteą. A tu po jakich dwóch miesiącach są! Wracają zdrowi, żona przywozi trochę geldu342 po oćcu i w dodatku co jeszcze? Małego kinderka.

— O! Proszę!

— Cóż, kiedy nie swoje to było dziecko, jeno znajdek. A w takich okrutnych imprezach343 nalezione, co i trudno uwierzyć, i ja też babskiemu gadaniu mało bym dał wiary, ale Michael tam był okulatem344, a ten zawdy prawdę mawiał. Owóż tedy prawili tak we dwoje, co Tatarowie, rozlatawszy się po kraju, nie łapali prawie nijakiego niewolnika, jeno samych dzieciów345.

— A tak, prawdę wam brat powiedział, oni na to najbardziej łase, bo to ze starego już niełacno346 uczynić poganina, a z dzieci to zaraz narobią sobie Turków i Tatarów i jeszcze potem to biedactwo347 bije się za wiarę Mahometa, i to z takim zawziątkiem348, jak żaden rodzony Turczyn. Zwyczajnie, zaprzaniec349. Niechże będzie pochwalony Majestat Boski, że mnie na podobną infamię350 nie przyszło, a już mi było bliziusio, boć ja już piszczałem w ich ręku i nigdy pono jeszcze tyle tego maleństwa nie trzymali w garści.

— Otóż to właśnie i mnie tak prawił Michael, co jeszcze, póka świat światem, nie nabrano tyle dzieciarni w jasyr; to — prawił — nie na sta351 ni na tysiączki, ale na dziesiątki tysiąców; jak fury z onymi jeńczykami zaczęły ciągnąć za ordą, to ciągnęły całkie trzy mile352 niemieckie. — To — prawił — była czysta wojna antykinderna. Owóż kiedy ten wielki generalissimus353 Koniecpolski rozbił ich na trzaski354, tak tedy po wiktorii patrzy, a tu owe trzy mile pełne fur z dzieciaszkami. Co tu z tym robić? Jedne zaraz na miejscu pobrały to oćce, to bracia, co kto swego znalazł. A resztę zawieźli do Leopola i tam na rynku tak wystawili jakoby w jarmarcznej budzie. Tam tedy zjeżdżały się matki różne, każda swego maleństwa szukała, a co nie nalazło ni matki, ni oćca, to poczciwe mieszczki leopolskie rozebrały pomiędzy siebie. A co to tam były za lamenty i jubilacje355, ci się po znają, owi swego nie znajdują — tu się ściskają, tam płaczą — to jakoby Sądny Dzień.

— Komu to waszeć mówisz? Wszak ci ja tam był — i sprawiedliwie gadacie, co Sądny Dzień, bo iście wszyscy my zmartwychwstawali i jedni szli do raju, do rodziców, a drudzy niekoniecznie do raju, boć to tam niejedno pańskie dziecko poszło na nędzę do chałupy abo i z ran zmarniało, nim je swoi odszukali.

— A tak, właśnie; i wiele było i takich, co się nikt o nich nie spytał, nie wiem, z jakowej tam racji, czy że im Tatarowie ubili familię356, czy że na czas nie zdążyła z szukaniem. Owóż tedy moja Dorotea, słysząc wielkie cuda o tej niesłychanej tragedii, wybrała się takoż z Michaelem na rynek. Poszli jeno tak, byle się napatrzeć, aleć jak obaczyła tyle tego maleństwa, ona, co się kochała w dzieciach, tak zara serce jej spłynęło dezolacją357 i afektem358, a kiedy jeszcze widziała, jak mieszczki leopolskie rozbierają między siebie sierotki, tak sobie — powieda — zara pomyślała: „A toć mię Pan Bóg na to właśnie tu przysłał, abym i ja tu sobie wybrała pociechę”. A było w czym wybierać, jeno kłopot, co brać? Bo i to ładne, i to gładkie, a wszystko nieszczęśliwe. Wszelako najbardziej wpadło jej w oko to, co było najmniejsze, niemowlę malusie, co piszczało tam na słomie — tak powieda — jakby ten vogelek359, co go złe chłopcy z gniazda precz wytrzęsły. Niewiasty po kolei to lulały, przynosiły temu trochę mleka, ale wziąć nikt nie śmiał; każdy wolał brać starsze, bo to już łatwiejszy odchówek, a to było takie subtelne, że i dotknąć strach, i szatki były na tym bardzo pańskie. Dorotea tedy czekała jeden dzień i drugi dzień, i trzeci, aż obaczy, że ani żadna matka do tej odrobiny się nie przypytuje, ani żadna inna nie przygarnia, tak czwartego dnia zabrała jakby swoje i mnie tu przywiezła360.

— I cóż waszeć, ucieszyłeś się?

— Bogać361 ja się tam ucieszył! Żeby jeszcze chłopiec, to nie powiem, ale żona mi gadała tak: „Jakbym ja wzięła chłopca, tobyś ty go wychowywał na lutra, a jak dziewczynę, to będzie moja dziewka i zrobię z niej dobrą katoliczkę”. I prawda, zrobiła z niej taką zelantkę362, jak i sama była. A kiedym jej mówił: „A kto wie, czy i ona nie luterka? Małoż to w Polsce dysydentów? A może nawet z aryjanów363”. To ona mi pokazała szkaplerz364, co znalazła na szyi dziecka, i to już keine gadanie była racja, bo żaden z naszych nie zawiesi dziecku na szyi takiego bałwochwalskiego amuletu. Nie marszcz się, wasza miłość, każdy gada wedle swojej perswazji365. Owóż chciała bardzo, abym i ja miłował tę dziewkę, i nazwała ją Hedwich, że to niby ta święta była Niemka, a swoją drogą jest patronką polskiego narodu366. Alem ja długo nie mógł cierpieć owej dziewczyny: bo jak się Dorotea w niej rozpasjonowała, tak już i handbuchy367 w kąt, i gospodarstwo w kąt, i pan mąż w kąt, nic, tylko Hedwich i Hedwich. A jak dziewka podrosła, tak jeszcze gorzej, bo com ja miał jedną katoliczkę w domu, to teraz dwie, a nie wiadomo, która większa zelantka. A jak mi zaczęły sprowadzać a to dominikanów, a to takich, a to siakich mnichów, tak i minister368 już nie chciał do mnie przychodzić na kunsztyczek369 bieru370. Fukałem, krzyczałem, aleć one zawsze postawiły na swoim, bo to były obie takie łasiwe, że i diabeł dałby się zawojować. Zwyczajnie, polnische Frau371.

— I kiedyż to waszeć postrzegłeś372, że jednak ta panna Hedwiga warta miłowania?

— Póki Dorotea żyła, tom ja ją zawdy miał za małe i liche dziecko; dopiero jak żony zabrakło, jak ta zaczęła mi usługować a nadskakować jak rodzonemu oćcu, tak na koniec i postrzegłem, że to bestyjka cudna, bo i buzia gładka, i włos jakby z bernsztejnu, i pańska maniera, i serce pełne rekognoscencji373, zgoła gdyby nie ta żarliwość wedle wiary, toby na świecie nie było lepszej dla mnie żony.

— I nie boisz się wasze owej żarliwości?

— Ba! Poradziłem z jedną, poradzę i z drugą. A to tym łacniej, że tu mam niby i ojcowską władzę. Kto to wie jeszcze, jak to tam dalej będzie? Abom to ja raz widział największe fanatyczki, co jak poszły za lutrów, tak się i nawróciły?

— O! Tego bym nie radził waszeci, bo nużby się znalazła jej familia, toby z waści duszę wywlekła.

— Ja też nie myślę gwałtów robić, jeno tak sobie mówię: będzie chciała do nas przystać, ano to chwała Bogu — a nie będzie chciała, to i bez tego gładka. Co mi tam u niewiasty doktorskie dysputy? Byle ją na gębie Pan Bóg pobłogosławił, to już i dość dla niej mądrości.

W tej chwili drzwi domu z wewnątrz się rozwarły i wyszedł z nich nieśmiało Kornelius już bez czeladniczego fartucha, z holenderska ciemno przybrany, z czystą krezą i włosem porządnie przygładzonym.

Stanąwszy bokiem na progu, ręką przytrzymywał za sobą drzwi rozwarte dla przepuszczenia Hedwigi, która z głębi sieni nadchodziła czy raczej nadpływała, z tą wyprostowaną, niby łabędzią postawą, jaką przybiera osoba niosąca w obu rękach coś ciężkiego. Hedwiga niosła tacę krągławą, z hebanu kunsztownie wytoczoną, a na niej dzban i kilka wysokich szklenic. Wszystkie te naczynia, opatrzone srebrnymi pokrywami, były ze szkła ciemnozielonego; na tym tle krotochwilny374 jakiś artysta pomalował figurki osobliwych garbusków o czapkach uszatych, o strojach pstrokatych, jakoweś karły, koboldy375 czy też błazny, którym z ust wywijały się wstęgi zapisane niemieckimi konceptami. Wyżej garbuski zupełnie takież same, tylko już ze srebra wyrobione, goniły się w pociesznych skokach, tworząc przy kuflach srebrne ucha i kłębiąc się na pokrywach jak gdyby w poplątane guzy. Oprócz dzbanka i kufli był jeszcze i chiński talerzyk, a na nim, w małą szychtę376 ułożone, majaczyły złotawe krajanki toruńskiego piernika.

Na ten widok pan Kazimierz zerwał się i skoczył po rycersku, ażeby z rąk panieńskich odebrać tak niewygodny ciężar, na co znów panienka nie chciała pozwolić. W tym certowaniu się377 wzajemnym szklenice już zaczęły dzwonić i tylko dzięki obustronnej zgrabności taca bez szwanku dojechała do stołu.

Mistrz Johann ruszał nieznacznie ramionami, na koniec ozwał się:

— Po co też to wasza miłość czynisz sobie subiekcję378? Dziewki rzecz usługować mężom.

— A jakże waszeć chcesz, abym nie ulżył fatygi mojej pannie siostrze?

— A co? Jak ona się uciesznie379 patrzy?! — zawołał majster, widząc zdumienie, z jakim Hedwiga spojrzała na pana Kazimierza.

— Słyszysz, Hedwich? Ten kawaler mi tu właśnie rozpowiada, że i on także był w tym samym kinderkowym jasyrze, co i ty, i że tam zgubił jakąś małą siostrzyczkę, i że całe życie jej szuka, i że to może ty właśnie jesteś oną siostrą?

— Jezu miłosierny! — zawołała, składając ręce jakby do modlitwy. — Więc na koniec końców mogłabym wiedzieć, co ja za jedna, i to właśnie waszmość...

Tu nie dokończyła i tylko ze złożonymi wciąż rękoma podniosła oczy na młodzieńca.

On wpatrzył się w nią przenikliwie, chcąc wyczytać z jej twarzy, jakie wrażenie ta wiadomość na niej uczyni.

W pierwszej chwili nic nie dostrzegł oprócz dziecięcego zdumienia. Ale co dostrzegł wyraźnie, to ponure oczy Korneliusa, które spoza ramienia Hedwigi strzeliły ku niemu niechętnie i podejrzliwie.

Nie podobało mu się to spojrzenie i odpowiedział na nie wzrokiem pełnym wzgardy, która wyraźnie mówiła:

„A ty jakiś mizerny czeladniku, co tobie do mnie, porucznika jego królewskiej mości?”

Hedwiga, wciąż trzymając ręce złożone, zapytała:

— I waszmość masz rodzice? Oćca? Matkę?

— Ach, matki już nie. Ale pan ociec żyw380.

Przez ten czas gospodarz nalewał piwo do kufli. Jeden dla gościa, drugi dla siebie, trzeci podał Korneliusowi.

— No, teraz — rzekł — kiedyś już wasza miłość ze mną zatrinkował381, raczże nam powiedzieć, jak mamy waszmość tytułować?

— A prawda! — odrzekł, śmiejąc się młodzieniec. — Jam zapomniał się sprezentować382 z godności, a waszecina dyskrecja wielce, jak widzę, cierpliwa. Owóż tedy jestem Kazimierz Korycki herbu Prus Primo.

Po twarzy pana rajcy przeleciał maleńki cień rozczarowania. Zapewnie spodziewał się jakiegoś słynniejszego nazwiska.

Ale Hedwiga powtarzała z radością:

— Korycki! Korycki! Jak to się wdzięcznie wymawia! Może ja panna Korycka? No, a ten erb, jak on wygląda?

Pan Kazimierz zdjął z palca krwawnikowy383 sygnet i podając go panience, mówił:

— Patrz wacpanna, tu jest półtora krzyża.

— Aż półtora? Jezu Chryste! Dlaczego?

— Dlatego, że nasze dziady zawdy się za krzyż biły i nieraz też za to krzyż Pański znosiły. Exemplum384: święty Stanisław ze Szczepanowa, który tegoż klejnotu, co i my, zażywał385.

— Tegoż samego? Czy to może być?

— A tak, nie inaczej. Potem niektóre jeszcze familie pododawały tu kupę różnych emblematów386, jakieś kosy, jakieś podkowy, z czego sobie porobiły Prusy Drugie i Trzecie, ale my trzymamy się starego, najlepszego, bo, jak powieda pan miecznik387, mój ociec:

Dla żołnirza

Dość jest krzyża.

Panna Hedwiga tymczasem, obracając sygnet na wszystkie strony, mówiła:

— O Jezu kochany! Jakież to nabożne! I jak rychtownie wyrzezane!

Aż nagle posmutniała.

— Wszystko to dobre — rzekła — jeno kto i jako to zweryfikuje, czy ja naprawdę siostra waszmościna?

— Sprawiedliwie wacpanna prawisz. Niełacna to rzecz będzie. Wacpanna nic nie pamiętasz? Nic nam nie przycytujesz?

— O Boże, jakoż ja mam pamiętać, kiedy ze mnie było niemowlę? Aniby ja wiedziała o tej mojej niewoli, żeby pani Dorota i starszy pan Schultz nie byli mi o niej gadali. Kiedym ja słuchała, to jakby gadali nie o mnie, ale o inszej388 personie389.

— A dokumentów też nie macie, wacpaństwo, nijakich?

— A jakoweż dokumenta390 mogą być? — odparł majster. — Chyba one szatki, co je miała na leopolskim rynku. Chcesz waszmość, to choć to pokażę. Wołać mi tu Minę!

I przywołanej Minie rozkazał, aby przyniosła „kinderkowe” szatki.

— Jest ci — dorzuciła Hedwiga — i ten kochany szkaplirzyk, aleć on nic nie powie.

To mówiąc, spod krezy wyciągnęła szkaplerz mocno już znoszony.

Pan Kazimierz pochwycił skwapliwie ten przedmiot, co przed chwilą spoczywał na jej łonie, i ucałował go z podwojonym nabożeństwem.

— I wacpanna zawdy to nosisz?

— O, zawdy! Już się sznurek przetarł, że ledwie dyszy, ale ja nie kładę nowego, bo to ten sam, uważże wasza miłość, ten sam, co mi tam kładły rodzice pewnie dufający391, jako mię ta świętość zasalwuje392.

— Aha! I pięknie zasalwowała! — podchwycił szyderczo pan Schultz.

— Aj, nie gadajcie tak, dobrodzieju. Zasalwowała, i jak jeszcze! Wszak cim ja nie ostała393 u Tatarów, jeno u dobrodzieja chowam się po chrześcijańsku.

Tu pochyliła się do kolan rajcy, a ten, głaszcząc ją po głowie, mówił:

— Ej ty, ty, łasico, ty zawdy umiesz wszystko miodem posmarować!

Widząc tę pieszczotę, chociaż zupełnie ojcowską, pan Kazimierz zacisnął pięści pod stołem i miał ochotę powiedzieć panu majstrowi coś przykrego. Na szczęście w tejże chwili powróciła Mina niosąca piękną szkatułę z drewnianej mozaiki o brązowych listwach i antabach.

— Widzisz waszmość — rzekł gospodarz — jako to moja Dorotea miłowała naszą Hedwich, te nawet oto jej gałganki chowała, niby jakie świętości, w swoim najlepszym sepeciku.

Tu podniósł wieko i pan Kazimierz zobaczył najprzód sukienkę z niebieskiego teletu394, naszywaną drabinkami ze złotych pasamonków, obrzeżoną u dołu i u góry sutym namarszczeniem ze złotych koronek, czyli, jak wówczas nazywano, forbotów. Sukienka była długa niby worek, ale maleńkie rozmiary staniczka395, drobniutkie otwory na szyjkę i rączki dowodziły, że nosząca je dziecina nie mogła mieć więcej nad sześć do ośmiu miesięcy. Pod sukienką leżała koszulka jeszcze drobniejsza, cała zahaftowana mnóstwem flamandzkich wszywek i obszywek, niegdyś białych, dziś od zleżenia mocno zżółkłych.

Pan Kazimierz, patrząc na te ubiorki, pomyślał sobie:

„No, już teraz wiem dokumentnie396, jako to nie jest Krysia, a to dla dwóch racji397. Pierwsza racja, że Krysia nigdy by w to nie była wlazła, kiedy już miała w one czasy kole czterech latek. Druga racja, że w naszym szaraczkowym domu nigdy takowych luksusów nie znano. Pani matka sama nie nosiła nijakich forbotów398, ni białych, ni złotych, a jeszcze by miała dzieciaki nimi pstrzyć? A toć by jej pan ociec, Boże odpuść, był na skórce forboty wydeseniował. Nie, to nie Krysia, i basta”.

Jednakże pan Kazimierz nie zdradził się z żadnym z tych spostrzeżeń i ani zmrużył oczu, gdy pan rajca, wytrząsając sukienkę, mówił:

— Zbrukana ci ona i nie dziw, przeszła bez399 łapy tatarskie i bez rynki leopolskie, aleć zawdy widno, jako to z pańskiego domu dziecko, z takiego jak waszmościny, nieprawdaż?

Zagadnięty wywinął się uwagą:

— Ale jakożeś to wacpanna robiła, aby się zmieścić w takowy łątkowy przyodziewek?

A gdy Hedwiga zapytała:

— Powiedz mi waszmość, czy ta siostrzyczka była wonczas taka malutka jak i ja? A może wasza miłość sobie przypomnisz, czy miała takowy przyodziewek?

Odpowiedział wymijająco:

— Juścić400, że mała była, to wiem. Ale czy miała takową sukienkę, tego ja wiedzieć nie mogę. Takie kuse401 chłopię, jakom ja był wonczas, nie baczy402 na żadne białogłowskie ochędóstwa403, jeno za batem i konikiem się ugania. Ale ja powiem wacpaństwu tak: jutro wracam doma. Tedy opowiem wszystko panu miecznikowi...

— Co to za miecznik? — spytał majster.

— Ano mój ociec. Tedy powiem wiernie panu oćcu, a juści on będzie wiedział najlepiej, czy Krysia miała takowe przyodzianie i czy nosiła szkaplirzyk, co jest u dziecka rzecz niebywała i może stanąć za404 „lico”. Tedy wacpaństwu napiszę, co pan ociec powiedział, a może i sam przywiozę tę odpowieść. Nie miał ci ja już, co prawda, tu powracać, ale dla panny siostry warto jachać i do morza, i nawet za morza.

— Rozumnieś wasza miłość zakonkludował405. Tedy, Hedwich, nie masz tu już co robić. Odnieś ten sepecik do Miny i ostań406 się tam w kuchni, a dopilnuj dla mnie kolacji.

Ale pan Kazimierz okrzyknął się gwałtownie:

— A nie róbże mi waszeć tak okrutnej krzywdy! Wszak ci ja wciąż gadam, jako jutro jadę, niechże dzisia jeszcze nacieszę się panną siostrą.

Hedwiga także, składając ręce, mówiła z przymileniem:

— Ach, dobrodzieju! Tam w kuchni takowy skwar! Jużem ja do kolacji wszyściutko wydysponowała. Pozwól mi tu ostać...

Majster w końcu przystał, choć niechętnie.

— Ha no, to już i ostań, jeno weźże się do roboty, abyś nie siedziała jako ten szyld malowany, co to mówi: „A patrzajcież407 na mnie!”

Panienka, ucieszona, pobiegła do sieni, skąd wytoczyła na ganek leciuchny, misternie rzeźbiony kołowrotek, a Kornelius przyniósł dla niej zydelek408 z białego jaworowego drzewa; śliczny to był sprzęcik: na trzech skośnych, kręconych nóżkach, miał deszczułkę z brzegiem wyrzynanym w liście jakby wianek, a z tyłu oparcie wąskie w obsadzie, coraz szersze w górze, całe wzorzysto pokłute w przezrocza, niby wachlarz ze słoniowej kości.

Na tej filigranowej podstawie panienka przysiadła lekko jak ptaszę na gałązce i, błękitnym trzewiczkiem wprawiwszy w ruch warczące koło, zaczęła skręcać długie nitki lnu bladożółtego jak jej włosy.

Przy tej robocie tak cudnie wyglądała, że pan Kazimierz zapatrzył się w nią całymi oczami, całą duszą i zapamiętał się zupełnie.

Już nie wiedział ani gdzie jest, ani kto na niego patrzy, tylko sam patrzył, patrzył i w duszy sobie powtarzał:

„Aparycjo ze złotą nitką, bądźże parką409 mojego żywota!”

Nagle przypomniał sobie, gdzie i u kogo bawi, odchrząknął, zwrócił głowę do pana rajcy i mówił:

— Przypatrowam się bacznie pannie siostrze, bo chcę sobie zrememorować, do kogo z naszej familii ona posiadła podobieństwo.

Tu z kąta głos Korneliusa odezwał się przekąśliwie:

— Juści nie do waszej miłości.

Majster spojrzał w tamten kąt zdziwiony, chwilkę pomyślał, potem dobrodusznie się roześmiał i mówił:

— Ollender rzadko powie, ale już jak powie, to richtig. Waszmość — bez urazy — wyglądasz jak kruk, a oko waszmościne to jak ten Pharus410, co w ciemną noc nad portem dygota. No, a Hedwich to bielusia jakby jagniątko, a oczko jej Vergissmeinnicht411. Gdzież tu familia?

— O, za pozwoleniem! — zaprzeczył z wielką powagą pan Kazimierz. — Abo to raz bywa rodzeństwo cale od siebie różne? A wszelako każde z nich podobne do kogoś z antecesorów412. Tak i panna Hedwiga... Czekajcie, wacpaństwo, do kogo to ona podobna? A! Już wiem. Jakem był mały, przychadzała do nas jedna moja ciotka. Nie była ci ona już taka młodziusia, ale włos miała żółtawy i oczy jako dwa modre kwiatuszki. Owóż panna Hedwiga kubek w kubek do niej podobniusieńka. O... im więcej patrzę, tym więcej to dopatrowam413.

I na rachunek owej żółtowłosej ciotki zaczął znowu i coraz to już śmielej przyglądać się pannie siostrze.

Ta z początku rada była uwadze braterskiej, przy tym i podchlebiał jej taki hołd milczący, bo dobrze czuła, że w tych oczach pała nieopisany zachwyt. Niedługo jednak rotowy414 ich ogień zaczął ją niepokoić i mieszać; po kilku chwilach myślała, że się skręci. Chcąc przerwać ten urok, co stawał się cierpieniem, sama wróciła do rozmowy. Uśmiechnęła się i rzekła:

— Kto by to myślał, że my już raz tak bliziusio kole siebie byli i może na się patrzali i bez tyle lat nic o tym nie wiedzieli!

— Kędyż to było? — pytał zdziwiony pan Kazimierz.

— Ano tam, na leopolskim rynku. Przypomnij sobie waszmość dobrze, czyś tam nie widział wonczas takiej małej bzdury415 w niebieskiej szatce i złotych forbotkach?

— Wstydno mi wyznać, aleć takowej panienki nie pamiętam, acz pamiętam wiele innych rzeczy.

— Na ten przykład co?

— Na ten przykład, kiedy nas wieźli, to pamiętam, jako mię jeden Tatarzyn chciał na wozie związać, a jam się mu nie dawał i takem się małymi rękami i nogami bronił, i takem się wściekał, że aż pomogło; bo właśnie tamtędy jechał sam ich wódz, on sławny Kantemir416, a obaczywszy, jako się dzieciak broni, zaczął się śmiać, że aż się za boki brał, i coś gadał do mego stróża, a ten zaraz dał mi pokój. Widno, że mu się ten animusz w dziecku podobał, chciał sobie może ze mnie zrobić tęgiego Tatarzyna. Aleć ja, leżąc na wozie, takem sobie medytował: „Kiedy się mnie sam wódz pogański przeląkł, to ja w nocy wstanę i tego Kantemira i wszystkich jego regimentarzy417 wyduszę, za co mię nasi zara hetmanem okrzykną”.

— A to piękna rzecz, kiedy chłopiec tak eroicznie418 roi — zauważyła z wysokim zajęciem419 Hedwiga.

— Byłby ja też pewnie w nocy wylazł i byliby mię jak szczenię ubili, jeno że właśnie tegoż dnia, jeszcze przed nocą, pan Koniecpolski nadciągnął i wszystkich nas wyzwolił, z czego ja nie był bardzo rad, bo już cały mój eroizm na nic się nie przydał. Potem znowu pamiętam, że na onym rynku jakieś tłuste białogłowy posadziły mię na ziemi pod skarpą jakiegoś ogromnego domostwa i kazały mi na głos wywoływać moją godność420, aby mię familia łacniej odszukała. Ale wnet pożałowały, bo jakem zaczął krzyczeć: „Jam jest Kazio Korycki! Kazio Korycki!”, tak na całym rynku nikogo jenszego już nie było słychać, jeno Kazia. Tedy mię znów prosiły, abym przycichł, gębę mi łakociami zatykały, a ja nic, jeno się drę i drę, i takem się darł bez calutki dzień, aż mię i znalazło moje biedne matczysko, co już się też wyrwało z pogańskich łyków421.

— Jakoż to? Więc i matka była w jasyr wzięta? No, a ta siostrzyczka, kiedyż ją z waszmością rozłączono?

— Od samego początku. Jeden porwał matkę, drugi siostrę, trzeci mnie i wszyscy się rozlecieli na trzy strony, tak że ja z matką dopierom się tam na rynku nalazł, a siostrzyczki już nikt nigdy nie widział ani na pobojowisku, ani na woziech422, ani w mieście. Nieraz my tak myśleli, że ją może Tatarzyn, uciekając, ubił, bo to nieraz oni wolą dziecko zarżnąć niżeli żywcem ostawić423. A może ten, co ją wiózł, potrafił uciec aż na Krym, boć i tacy byli, co się przed nami salwowali. A może to po prostu jesteś wacpanna?

Tu pan majster, nalewając sobie po raz drugi kufel, otrząsnął się jak po zimnej kąpieli.

— Brrr... Co to za szczęście, że oni tu nie dojeżdżają! Paskudna rzecz taka wojna. Dobrześ waszmość uczynił, kiedyś wybrał służbę na wodzie.

— A ja właśniem się już odprawił od Wodnej Armaty.

— O, szkoda! — zawołała Hedwiga i, oczami zmierzywszy jego postać, mówiła: — Szkoda! Taki śliczny munderunek424!

— I ja powiedam: szkoda! Ha no, co robić, kiedy pan ociec każe?

— Dlaczego to?

— Dlatego: było nas trzech braci...

— O! Niceś waszmość nie mówił425. To i oni poszli w on jasyr?

— Nie. Oni, jako starsze, już byli żakami u księży we Lwowie. To ich salwowało. Tedy potem jeden poszedł pod chorągiew426 pancerną427, a drugi do haltylierów428. Tedy ja widzę, że już mi wzięli i ziemię, i ogień, tedy proszę się pana oćca, aby mi dał iść na wodę, bo to wonczas wszyscy gadali, co to będzie za flota, jakiej świat nie widział, i że król buduje ono warowne miejsce Władysławów429. Jam zawdy miłował awantury i takem sobie myślał: „Niech jeno dostanę się na morze, będzie ich w bród”. Pan ociec długo się wzbraniał, aż mię i odpuścił tutaj. Najprzód więc jachałem na okręciech430 kupieckich; było się tam i siam, widziało się świata kawał, ale awantur mało. Tedy przystałem do Wodnej Armaty. A tu jeszcze gorzej. O batalie niełacno, jeśli się trafi, to jak ślepej kurze ziarno, a służba żmudna i sroga. Już ja tedy myślał wrócić pod flagę kupiecką i jachać do Indiów431 albo do Ameryki za onym panem Arciszewskim432, co tyle o nim gadania, aż tu przychodzi wiadomość, że starszy brat zginął w potrzebie, a w rok później znowu wiadomość: drugi brat ubity — a tu pan ociec pisze do mnie: „Wracajże, mój ty beniaminie433, boś mi już jeden ostał się na świecie. Służ, jako chcesz, jeno już na lądzie, abyś choć czasami przyjachał do mnie i w gospodarce był mi sukursem434”. Jakoż to nie posłuchać oćca, staruszka samotnego? Wszystkich potracił, naprzód oną Krysię, potem panią matkę, potem dwóch starszych, już nikogo nie ma, jeno mnie.

— I gdzież waszmość się zaciągniesz, do pancernych?

— Owóż nie. Na wodzie człek odwykł od konia, lepiej mi pójść do infanterii435. Hetman Zamoyski436 zawdy kawalerów tak namawiał i gadał, jako to teraz największa siła będzie w infanterzach. Tak to różnie ja się już przegryzował437 przez życie i, jako widzę, jeszcze przyjdzie przegryzować się na inny manier, a zawdy awantur mało, chyba to może ja dzisia na nią się natknął, daj Boże szczęśliwie.

W tej chwili pan majster, który już sobie nalewał trzeci kufel piwa, chciał i gościowi napełnić szklenicę, ale spostrzegł, że jest ledwie troszkę napoczęta.

— O! — zawołał ze zgorszeniem. — Jaki to waszmość niełaskaw na mój Bier438. A paradny Bier, keine gadanie, paradny. Czy nieprawda?

Pan Kazimierz zakłopotany odpowiedział:

— Ano tak... dobry... jeno my na wodzie skąpo zażywamy piwa... to człek i nie przywykł.

Gdy kończył te słowa, Hedwiga się zerwała jakby wicher i wpadłszy do sieni, drzwi za sobą zaparła439.

— Co się stało? — zapytał pan Kazimierz.

— A kto ją wie? — odrzekł majster. — Ona nigdy nie może na miejscu spokojnie usiedzieć. A i ty, Kornelius, czego tak stoisz jak ten słup, co drzwi podpiera? Siadajże na swoim Ruhe440, Trzeba wiedzieć waszej miłości, jako my tu mamy nasze miejsca na zawdy nominowane441. Ja siaduję tu pod złotym oknem i ten kąt zwie się: Vaterstuhl442. Moja Dorotea siadywała tuż kole drzwi, aby łacno443 mogła dopaść kuchni, to my zwali jej ławę „na tymczasem”. Hedwich na swoim zydelku — my gadamy „na skrzydełku”, bo wiecznie lata. No, a tam, po drugiej stronie drzwiów, ten drugi kąt ławy — to Kornelius Ruhe, bo Kornelius tam nic nie gada, jeno siedzi jak mruk i wzdycha za swoim Amsterdamem. A grzeszy chłopak; dziękowałby Panu Bogu, że jest w mieście tak zacnym i sławnym jak nasz Dantzig444. Gadaj no, Kornelius, u was tam nie ma takich złoconych i rzezanych domów ani takich beischlagów, co?

— Prawda, panie majster, beischlagów nie ma, aleć za to u nas w Amsterdamie niech jeno człowiek wsadzi w okno głowę, a już cały dycha słonością wiatrów morskich, a tu co? Ani wie, że jest kole morza.

— Gadaj, co chcesz, już ja tam wolę nie mieć słoności w gębie, a dychać naszą aurą, co jest mocna i słodka jakoby Goldwasser445. On mi się zawdy chwali ze swymi Amsterdamami, Rotterdamami, Harlemami446, a ja powiedam: pierwsze miasto w świecie — Dantzig. Czy nieprawda, powiedz sam waszmość?

Kazimierz się uśmiechnął.

— Żeby nie Kraków, tobym dał waszeci rację.

— Wasza miłość nie byłeś w Amsterdamie? — zapytał Kornelius.

— A byłem. Gdzieżem ci ja nie był? Ze mnie wielki nawigant447. Jeno powiedam: „Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”. Z tej racji też i waści, panie czeladniku, nie ganię, że chwalisz swoje Amsterdamy. Każda liszka448 swój ogon chwali. Niechże Amsterdam będzie ogonem wszelakich miast świata.

Kornelius, który słabo jeszcze pochwytywał odcienia449 polskiej mowy, zamyślił się, nie wiedząc, czy ma na te słowa odpowiedzieć uśmiechem, czy gniewem. W każdym razie czuł większą skłonność do gniewu. Ten gość, choć prawie nieznajomy, był mu od pierwszej chwili niemiłym. Istnieją w ludzkich sercach przeczucia.

Gdy tak sobie nieznacznie docinali, drzwi domu się rozwarły i Hedwiga powróciła, niosąc znowu tacę, nierównie mniejszą niż pierwsza, ale stokroć piękniejszą, całą wyzłocistą. Na tacce stały trzy naczynia, istne pieścidełka sztuki. Nalewka złota w kształcie ptaka, cała emaliami różnobarwnymi pokryta jakby najwytworniejsza kraska450. Przy niej stał kielich ze szkła jasnoamarantowego451, wyglądający na olbrzymi, wyżłobiony rubin; po jednej stronie był na nim wymalowany król ptaków z rozpostartymi skrzydłami, z koroną u głowy; po drugiej stronie był napis polski: „Na zdrowye!” Między kielichem i nalewką stała na złotej nóżce, mieniąca się stu kolorami opalu, wydrążysta koncha pełna malutkich marcepanów. Pan Kazimierz ze zwykłą zakochanym bystrością zauważył od razu, że wszystkie miały kształt serduszek.

Pan majster spojrzał na Hedwigę z podziwieniem i zapytał półgłosem:

— Kto ci kazał to wszystko tu windować?

Panienka zmieszana odparła:

— Mnie się uwidziało... że sam dobrodziej chciał... Jego miłości nie smakuje nasze piwko i pierniczka ledwie nadkąsił, więc dałam petercymentu452... no i tych królewieckich marcypanków... Może będą lepiej do gustu?

— A będą, boś wacpanna wybrała nic, jeno serduszka.

Hedwiga zapłoniła się po same oczy.

— Wszak ci ja mam być siostrą, to winnam waszmości dać serce.

— Biorę tedy serduszko wacpanny.

To mówiąc, włożył do ust marcepanik i smakując w nim z rozkoszą, powtarzał:

— Aj! Co za specjalik! Do śmierci ta słodycz mi ostanie.

Hedwiga tymczasem, pochyliwszy kraskę, ze złotego jej dzioba lała napój gęsty i ciemny, tak że kielich z amarantowego stał się morderowym453.

Potem wróciła do kołowrotka. Robota jednak szła niesporo, kółko co chwila stawało, prządka wolała zasłuchiwać się w rozmowie gościa.

Ten, ująwszy kielich, wzniósł „zdrowie panny siostry”, pokosztował i mówił:

— Ono zdrowie chciałbym duszkiem wypić, aleć — jako widzę — nie godzi się takowego nektaru łykać bez konsyderacji454. Wyborność.

I powoli popijał, a pijąc, przyglądał się ciekawie naczyniom.

— Co też tu u waszeci precjozów!

— A mam ci tego trocha, bom zawdy adorował455 wszelakie meisterstücki. Ten kielich to pamięta króla Zygmunta Augusta456. Nalewka przyszła mi z miasta italskiego Firency457, gdzie są wielkie majstry-złotniki. A ta skorupa na konfekty458 — patrz jeno waszmość, co tu kolorów lata w oczach: i purpura, i lazur, i złote płatki — to jest morski rarytas, Nautilus459.

— Przebóg! Nautilus, o którym jam się tyle naśpiewał! — zawołał pan Kazimierz. — A dajże go tu, panie konsulu, niechże mu się naprzypatrowam. Jam go zawdy był taki ciekaw, żem już nieraz chciał jachać na morza greckie albo indyjańskie, aby tę bestię obaczyć.

— A co to waszmość śpiewasz o tym ślimaku? — pytała Hedwiga.

— To, co imć pan Klonowicz460 o nim pisze w swoim Flisie. Znasz wacpan tę książkę? Nie? A wacpanna?

— I ja nie znam, jeno pani Flora mi gadała nieraz o takowej pieśni, co ma być Flis. I ucieszne to?

— Powiem wacpannie, cud świata. Jam zawsze kochał się w poetusach461. A już na wodzie to najlepsza konsolacja462. Bo to na okręciech nudno: ni podwiki463, ni pląsów, dzień jeden jako i drugi. Jak człek dorwie się niektórego464 woluminu465, to i dziesięć razy w kółko czyta. Owóż ja tak onego Flisa zwertowałem, co go prawie całkiego mam w głowie. Szkoda, że wacpaństwo nie czytali, tam jest i o Gdańsku. Jeden z naszych oficyjerów przywiózł tę książczynę z Warszawy, to nieraz, bywało, wieczorami siedzimy na pokładzie, a szczęki nam od ziewania trzeszczą, alić466 jak on zacznie nam owe wiersze dyktować, a my wszyscy chorusem467 powtarzamy, tak i wieczór zleci, jakoby z bicza trzasł.

— I co on tam — pytała Hedwiga — może pisać o takowym mizernym robaczku?

— Chcesz wacpanna, to zaśpiewam!

— A mój Boże! Toż dopiero będzie nam uciecha!

— A może na ulicy nie uchodzi?

— Aleć owszem — nalegał majster. — My tu sobie nieraz na beischlagach takie wyprawiamy chorały, jakoby we zborze468.

— Owóż słuchajcie, wacpaństwo! Ja to zawdy śpiewam tak, jako się śpiewa stara pieśń: „Przeciwne chmury słońce nam zakryły...”469, bo tak sam autor pisze na tytule: „Chceszli — powieda — możesz śpiewać Flisa na tę notę470 jako one Przeciwne chmury”. Szkoda, co nie ma lutniej471, to służy na podpórkę dla gardła, jak czekanik dla ręki. Ha no, jakoś to będzie.

Tu, przetarłszy czoło dla przywołania wyrazów do pamięci, zanucił głosem bardzo pięknym, pełnym filuternych472 zwrotów:

Jest ryba trefna473, rzeczona474 Nautilus475,

A od niektórych nazwana Pompilus476,

A naszym polskim możesz ją językiem

Zwać żeglarzykiem.

Bo z siebie własny uczyni okręcik,

Jakby błazenek i morski natręcik,

Gdy sobie igra477 za czasu pogody

Po wierzchu wody.

— Jezu kochany! Co to za pieszczona478 piosenka! — wołała Hedwiga, składając w zachwyceniu ręce.

Śpiewak pokłonił się z uśmiechem i dalej nucił:

A niż479 się z morza nad wodę wydźwignie,

Najpierwej z siebie powódź precz wyrzygnie480.

A gdy się ulży, stroi dziwne cuda

Ona obłuda481.

— Jezu kochany! Obłuda!

Wspłynąwszy na wierzch, wypręży się opak482

I położy się na kształt okrętu wznak483;

Wnet miasto484 żagla nastoperczy485 wzgórę486

Posłuszną skórę487.

I płynie sobie, by488 co statecznego489,

Jak bosman490, gdy co prowadzi grzecznego491...

Sehr gut492 — pochwalił pan rajca.

— Czekajże wacpan... Jak bosman... jak bosman, gdy co prowadzi grzecznego... Jak to tam dalej? A! już mam:

A gdy się czego on Pompilus lęknie,

Radzi o sobie bez mieszkania493 pięknie,

Gdy zasię494 znowu słoną wodę pije,

W morzu się kryje.

Tam na to patrząc, w głowie sobie kryślił495

Człowiek roztropny i okręt wymyślił.

Tak wzór rzemięsło496 z przyrodzenia497 brało,

Gdy nastawało.

Więc na ryby kształt wnet szkutę498 urobił

I udychtował499, i żelazem obił,

Sztaba500 miasto łba, a rufa sprawiona

Miasto ogona.

A miasto skrzeli, dla pewniejszej jazdy,

Przy burtach obu rozsadził pojazdy501,

Stądże do czółna, stądże też urosło

Do łodzi wiosło.

Tak nauczyła roztropna natura

Urobić szkutę zmyślnego Mazura...

— Ale co tu ma być? Tu mi ktoś przygrawa502?! — zawołał pan Kazimierz zdumiony, posłyszał bowiem, że przy ostatnich kilku wierszach jakieś dźwięczne struny towarzyszyły jego śpiewce. Zaczął się oglądać i tuż na sąsiednim ganku spostrzegł piękną damę w żałobnym stroju, z lutnią w ręku. Pan Schultz i Hedwiga także spojrzeli w tę stronę i razem zawołali:

— Pani Flora! Jest pani Flora! Jak to dobrze!!

Pani Flora ozwała się do pana Kazimierza:

— Cudnie wacpan śpiewasz, jenoś połknął czworo strofów503, co tam w środku siedzą.

Pan Kazimierz się tłumaczył:

— Boś mi wacpani szyki popsowała504 tą siurpryzą505. Ani ja się spodziewał takowego akompaniamentu. A skąd to wacpani znasz tę notę?

— O Boże! Jakoż nie mam znać? Ja to poema506 umiem jako pacierz i godzinami sobie przy lutniej nucę. Ja bez wirszów i bez amorów507 nie mogę nijak żyć, a teraz, kiedy w tych oto kirzech508 amory mię odbiegły, już tylko śpiewaniem się cucę. Chcesz wacpan, to razem zaśpiewamy?

— Jeno — przerwał majster — już nie o tej skorupie, śpiewajcie nam lepiej o naszym Dantzigu, jakoś wasza miłość powiedział509, że w tej książce i o tym stoi.

— Hm... Nie wiem, czy sobie przypomnę — mówił zakłopotany pan Kazimierz.

— Ale ja przypomnę — podjęła pani Flora. — To tam, gdzie on powieda:

Drągiem to zową, kędy port zawarto510. 511

— A! Już wiem. — I zaczął znowu śpiewać podtrzymywany przygrywką i głosem pani Flory.

Tuż już przyjedziesz do misternej windy512,

Tu ujźrzysz dziwnych rzeczy na przebindy513.

— Uważasz, panie majster, on tu wyraźnie pisze o waszecinych bursztynach. Tedy:

Tu ujźrzysz dziwnych rzeczy na przebindy,

Jakom powiedział, już tu masz szpiklerze514,

Masz i machlerze515.

Masz Most Zielony516, cel naszej roboty,

Tu wzwody, wschody, dziwne kołowroty.

Masz wagę, trety517, ławy, dziwne sprawy,

Różne zabawy.

Tu masz okręty z płóciennymi skrzydły518,

Tu masz z Zamorza dziwne skrzydły-widły519.

Maszty wyniosłe z bocianimi gniazdy520

Pod same gwiazdy.

Tu w stradyjetkach521 masz śmiałe bosmany,

Masz z dalekich stron kupce i ziemiany.

Przedawaj522, kupuj...

Jak to tam u licha dalej? Aha..

Chwal przedawając, gań kupując. Kupca

Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca...

Tu śpiew został przerwany przez ogromne śmiechy i oklaski. Pan Kazimierz, który siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się i teraz dopiero postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo, i w lewo, siedziało także mnóstwo osób: gospodarze przy szklenicach, panie i panny z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały z wysokim zajęciem nie znanej dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz też towarzystwa innych ganków odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem: jedni wykrzykiwali pustackie Gaudeamusy523, drudzy niemieckie bajeczki o Mądrym lisie524. Na poprzecznej ulicy ozwał się nawet któryś z chorałów Lutra.

W tym chaosie głosów trudno było myśleć o dalszym śpiewaniu Flisa. Pan majster odezwał się do pani Flory:

— Przeszłabyś Frau525 lepiej do nas.

I podał jej rękę. Ona położyła lutnię, weszła na ławkę i przeskoczywszy przez obie poręcze stykających się z sobą ganków, usiadła obok pana Schultza.

— Prezentuję wacpani wielkiego u mnie gościa. Oto imci pan Kazimierz Korycki, erbu Prus, oficyjer królewski od Wodnej Armaty. A oto pani Flora Korwiczkowa, wdowa po moim dobrym somsiedzie526, co był sławetny pan Bonifacjusz Korwiczek, majster-pasamonik527, i to majster nad majstrami. Takiego drugiego nie mamy już w Dantzigu.

Tymi słowy zapoznawszy swoich gości, pan konsul zaczął opowiadać pani Florze dziwną przygodę, dzięki której Hedwich, jako się zdaje, odnalazła brata i familię. Piękna wdowa, słuchając z niezmiernym zajęciem, spoglądała kolejno spod oka to na pana Schultza, to na pana Kazimierza, jakby w duszy chciała ich obrazy porównywać i coś z onych porównań wysnuć.

Pan Kazimierz przyglądał się jej także pilnie i nie bez podziwu. Ubiór i postać tworzyły tu zupełne przeciwieństwo: ubiór był żałobny, surowy, smutny; z całej zaś tej fertycznej528 osóbki biło tyle zdrowia, blasku i wesołości, że wszystko razem wyglądało tak, jak gdyby kto czarną wstążką przewiązał pęk róż stulistnych. Pani Flora była istotnie podobna do róży, pierś miała wypukłą, na licach kwitnące rumieńce. Musiały jednak pod tą wabnością529 kryć się kolce nieugiętej woli, bo wkoło warg rozkosznie rozchylonych snuł się ciemny meszek, a spod brwi prawie czarnych, równych, długich (zadziwiająco równych i długich...) świeciły oczy podbójcze, na których dnie połyskiwało coś twardego jakby stalowa blaszka.

W owym też na pozór skromnym ubiorze po bliższym rozpatrzeniu wzrok odnajdywał mnóstwo szczegółów świadczących, że piękna wdówka więcej musiała myśleć o żywych niżeli o umarłych. Suknia była wprawdzie z czarnej wełny, kołnierz płócienny gładko wywinięty, ale jedno i drugie skrojone tak prześlicznie, noszone z takim wdziękiem, że i różowa szata nie wydałaby się weselszą. Miała też na głowie czepiec wdowi, jak przystało, z czarnych nicianych koronek, ale jego maleńki okrąg był tak zalotnie przypięty i swoim aksamitnym języczkiem tak zaczepnie na czoło się wysuwał, że przywodził myśl o ślubnym wieńcu. Miała też na sobie i trochę klejnotków, jedynych, jakie w czasie żałoby godziło się nosić. Były to trupie główki z białej kości, powiązane ogniwami ze srebra, wyrobionymi w drobniutkim kształcie parzystych nietoperzowych skrzydeł; oprócz takich manelek530 i zausznic miała jeszcze u pasa i srebrną banieczkę, którą czasem podnosiła dla wąchania, a ile razy odetkała trupią główkę, tworzącą jej koreczek, wnet cudne zapachy rozchodziły się po całym ganku.

— Co wacpani za eliksiry z sobą nosisz? — zapytał pan Kazimierz.

— Ach, jakoż nie mam nosić? Mnie na chrzcie świętym dano Flora531 i ja też, jako ona bogini, bez kwiatów usycham, a tu przy tych kirzech nie mogę się nimi obsypować, więc chociaż ich wonnościami się pasę.

— I długoż to jeszcze dla wacpani tych kirów?

— Ach, jeszcze całe dwie niedziele532. A potem już koniec. Jeno w sercu nie koniec. Do grobu ja będę płakała po moim nieboszczyku. Jak on adorował swoją Florę! Nigdym nie widziała równie zacnej pasji533. Cudny to był człek. Szkoda jeno, że kostera534. Aleć też Pan Bóg srodze go pokarał. Nazbyt człeczyna miłował kosteczki, no i teraz już z niego nic, jeno kosteczki.

Pan Kazimierz lubił krotochwile535, ta jednak nie w smak mu poszła; przyciął usta i zamilkł.

Pani Flora też już na niego nie zważała. Zwróciwszy się całą postawą ku panu Schultzowi, weszła z nim w żywą rozmowę, przy czym co chwila pokazywała w śmiechu swoje wiewiórcze ząbki albo przyglądała się swojej rączce ubranej pierścieniami.

Młodzieniec widząc, że starsi państwo na niego nie baczą, wstał i przystanął za krzesełkiem Hedwigi. Miał ochotę powiedzieć jej niejedno słodkie słówko, ale go korciła obecność Korneliusa tuż poza nimi siedzącego.

Pochylił się więc do jej ucha i szepnął:

— Czy to ten czeladnik zawdy tak z wacpaństwem siedzi w kupie?

— A zawdy. Co robić? Dobrodziej wielce go konsyderuje536. Ale dla mnie to utrapienie.

— A! I z jakowej racji?

— Bo mię fatygują537 te jego wyłupiaste ollenderskie oczy. Gdzie się ruszę, tam i te oczy za mną jak szpiegusy.

— Żebym jeno śmiał, tobym go przepędził na dziesiątą ulicę.

— Nie czyń tego waszmość, ja sama go przepędzę.

I obróciwszy się niedbale, przez ramię mówiła do Korneliusa:

— Skocz no asan po nowe powismo538 lnu. Znajdziesz tam w podwórku, na składzie.

Czeladnik zarumienił się i skoczył.

— Coś wacpanna zrobiła najlepszego? A toć on za moment znów przylezie?

— To ja go znów przepędzę, chociażby i dziesięć razów. Jakoż się nasza sąsiadka waszmości wydawa539? Urodziwa, co?

Mówiąc to, niespokojnie spojrzała w oczy Kazimierzowi. Ten się uśmiechnął z wewnętrznego zadowolenia.

— Hoża niewiasta — odparł — jeno musi być okrutnie540 rezolutna.

— A toś wacpan trafił w samo sedno. Dobrze to taką być. A ja tego nie umiem, ja się każdego stracham.

— Uważasz no wacpanna, jak ta pani Flora mizdrzy się do pana Schultza? Czy oni mają się k’sobie541?

— Ach, dałby to Bóg!

— Tak powiedasz wacpanna? Dałby to Bóg? A mnie się widzi, jako pan Schultz bliżej sobie szuka żonki.

— Skąd się to waszmości uwidziało?

— Bo mi sam gadał.

— Więc on o tym gada? O Boże, jakaż ja nieszczęśliwa!

— Tedy wacpanna tego nie masz w życzeniu?

— Och, nigdy! Ja dobrodzieja respektuję542 z afektem543 jak oćca i nazywałam go zawdy „faterkiem”544, aleć od śmierci pani Doroty i tego mi zakazał. Nie wiem, jak mam gadać do niego, więc gadam: „dobrodzieju”. Co to za nieszczęście, że ta kochana pani Dorota zmarła! Za niej wszystko było dobrze. Ale ja tego nie zrobię. Jam jej obiecała, że nigdy nie pójdę za lutra. Dosyciem ja się napatrzyła, jaka to dezolacja545, kiedy mąż innej wiary, a żona innej.

— Bardzo ja szczęśliw, że wacpanna jesteś takowej rezolucji546.

Hedwiga stanęła w płomieniach i podnosząc nieśmiałe oczy, zapytała:

— A co to waszą miłość może obchodzić?

— A i bardzo. Jeśli ja wacpannie mam być bratem, to nigdy nie dam asentymentu547 na takowy nieklejnotny548 mariaż549.

Hedwiga spuściła oczy.

— Ach tak... Prawda... Waszmość masz być brat... — Zamilkli przez chwilę.

Właśnie też wracał Kornelius niosący aż dwa powisma. Hedwiga zaraz mu jedno kazała odnosić na powrót, potem go słała do Miny dla dowiedzenia się, czy prędko będzie gotowa wieczerza, a na koniec kazała mu szukać swojej chustki, tej z niebieskimi chwaścikami, którą zostawiła gdzieś, sama nie wie, w jakiej komorze i na jakim piętrze. Tym razem Kornelius siedział bardzo długo, dziesięć razy obiegł wszystkie piętra i obszukiwał wszystkie kąty, na koniec wrócił bardzo zmartwiony, nie odnosząc chustki, a to dla wielce prostej, ale jemu nie znanej przyczyny, że chustka ciągle spoczywała w Hedwigowej kieszonce.

Przez ten czas Kazimierz i Hedwiga, oparci o złotą kratę, przyglądali się przepływającej publiczności. A było na co patrzeć. Jeżeli w godzinach roboczych dalsze ulice pracowitego miasta przedstawiały się pusto i głucho, za to w godzinie przedwieczornej cały ten tłum spracowany wylęgał dla odpoczynku i przechadzki, a wylęgał rojnie i strojnie. A stroje pstrzyły się tą niesłychaną rozmaitością, jaka zazwyczaj panuje po wielkich portowych miastach. Oprócz ubiorów niemieckich i holenderskich, przeważających liczbą, można było dostrzec i wielu naszych ziemian, łatwych do poznania po czapce włożonej „brodźcem”550 i po „marynałce”, czyli pasiastej opończy, jaką się zazwyczaj u nas kładło na samym wsiadaniu do komięgi551. Owi sielscy przybysze, sprzedawszy rano swoje żyto albo pszenicę, chodzili teraz po mieście zadzierając głowę, dziwując się kamiennym ozdobom na domach i zamorskim gościom na ulicach. A było tych zamorczyków niemało: żółtowłose Angliki, kraciaste Szkoty, czarnookie Portugały z siatką na włosach jak u białogłowy. Czasem pojawił się człowiek z Lewantu, Grek o kaftanie cudnie wyszywanym lub Albańczyk białofałdzisty; gdzieniegdzie nawet, niby tulipan, zakwitł bisurmański552 turban. Niektórzy z przechodniów zatrzymywali się przy gankach i przez kraty wiedli rozmowy z siedzącymi na nich mieszkańcami domu lub zaproszeni wchodzili na taras i siadali przy rodzinnych stołach. Inni dążyli na zamiejskie przechadzki, w które Gdańsk zawsze obfitował. Między tymi najliczniejsze były panny, plemię nigdy niesyte ruchu; nałożywszy na stanik553 małą pelerynkę obszytą ciemnym pasamonem (takim samym jak i u sukni), a na głowę kapelusz słomiany o maleńkim denku i ogromnych skrzydłach (zupełnie podobny do naszych dzisiejszych „pasterek”), szły całymi trzódkami pod wodzą matek lub ochmistrzyń554, co je oprowadzały niby dla przyjemności, w rzeczy555 zaś dla złowienia pana męża.

— Wacpanna lubisz spacyr? — zapytywał Kazimierz.

— Och, pasjami! Muszę ja być ze wsi rodem, bo w tych kamiennych ulicach duszę się i więdnę, a zawdy jeno wzdycham do zielonych liściów556 i łączek. A u pana miecznika czy dom duży? Czy także na nim takie złote rzezania557? A ogród jakowy? Czy jak na Biskupiej Górze558?

I zasypywała pana Kazimierza pytaniami o jego rodzinę, o nieboszczkę matkę, a zwłaszcza o tę zaginioną siostrzyczkę. On nierad był przyznać się do niedostatków domowych ani zgłębiać owego mniemanego pokrewieństwa, jak mógł się więc wywijał i ciągle zwracał jej uwagę na bieżące przedmioty.

— Czy widzisz wacpanna ten potroisty559 kołnierz, co wisi temu kawalerowi do pasa niby trzy maluśkie białe płaszczyki? To najnowsze kawalerskie noszenie560.

— Widzę. O, jakież to trefne561! Jakoby melszpeis562, co się nie udał i oklapł.

— A tak, toteż to się nazywa „kołnierz z konfuzją563”, niby tak się skonfundował, że, jak wacpanna z figielkami powiedasz, oklapł.

I śmieli się do rozpuku z tą pustotą564 młodości, co tylko sobie szuka pierwszej lepszej przyczyny do śmiechu.

— O, dlaboga! — wołał znów pan Kazimierz. — Cóż to za flotylla ciągnie ku nam?

— To żona i córki tego grubego van der Herna, co ma pono aż dziesięć okrętów.

Osoby, jakim się przyglądali, były spowinięte niderlandzkim huikenem, czyli długim welonem tworzącym rodzaj płaszcza, który się przytwierdzał na wierzchu głowy pod maleńkim kapelusikiem; kapelusik ten niby grzyb wywrócony wystrzelał w górę sporym prątkiem565, który się zakończał grubą kulą puchu. Ponieważ ta czubata moda panowała przeważnie w hanzeatyckich566 miastach, często więc owym prątkom nadawano wyraźny kształt rudelków567, a wtedy kapelusik zsuwano tak silnie na przód głowy, że ów rudel sterczał ze środka czoła i groził oczom przechodzących. Widok takich dam czubatych (les dames huppées568) nas by dziś niesłychanie zdumiał i rozśmieszył; Kazimierz i Hedwiga widując ich mnóstwo co dzień — ledwie czasem na nie zwracali uwagę. Trafił się jednak i taki przystrój, który zdumiał pana Kazimierza.

— A to co za jedne?! — zawołał. — Czego to sobie one tak zakryły gębę?

Mówiąc to, wskazywał dwie nadchodzące bardzo zgrabne damy, które miały głowę i stan spowinięte w koronkowe kaptury, w rękach okrągłe wachlarze z piór puszystych, a na twarzy czarne aksamitne półmaski.

— To przyjezdne — objaśniała Hedwiga. — Pono z angielskiego kraju. Tamtejsze białogłowy strasznie są bójne569 o swoją skórę, tedy, jak za dom idą, zara nadziewają maszkarki570, zimą na to, żeby ich mróz nie szczypał, latem, aby ich słońce nie smoliło.

— No dobrze, ale teraz nie zima i słońce już zaszło, to po co?

— To może wedle571 kurzawy abo może wedle „urocznych oczów”572?

Gdy tak młoda para śledziła przechodniów, ci śledzili ją niemniej ciekawie. W owych salonach pod otwartym niebem, jakimi są tarasowe ganki, życie gdańszczan (przynajmniej w letniej porze) upływało tak jawnie, że wszelka zmiana w tym życiu zwracała zaraz powszechną uwagę. I tu cała ulica spostrzegła niebawem, że na tarasie pana Schultza znajduje się gość nowy i świetny. Szeptano sobie o tym żarty i prognostyki573, a panny pod różnymi pozorami przechodziły tam i sam przed gankiem Bursztynowego Domu, aby lepiej się przyjrzeć kawalerowi o płomiennych oczach i aby z żalem zauważyć, że te oczy zwracały się wyłącznie ku pannie Hedwidze.

Powoli zmierzch zapadał i gwiazdy zaczynały wypryskać na niebo. Ulice dosyć wąskie, a obudowane wysokimi gmachami zaciemniły się prędzej niż place i ogrody. Toteż służba zawieszała na tarasach różnobarwne latarki; gdzieniegdzie nawet stawiano nieosłoniony lichtarz574, bo wieczór był tak ciepły i cichy, że świeca paliła się spokojnie jak w izbie. Wszystkie te światełka, migocąc między zielenią doniczek, odbijając się w złotych kratach i malowanych szklenicach, nadały obrazowi zupełnie inną, czarodziejską cechę. A pod tym czarodziejstwem snuła się wesoła rzeczywistość. Wkrótce też zaczęły dzwonić noże i półmiski, balsamiczne powietrze napełniło się mniej wykwintnymi, ale za to smakowitymi zapachami potraw, na każdym tarasie zastawiano wieczerzę.

Mina także przyniosła najpierw pyszną latarnię o złocistych prątkach i cudnie rżniętej bańce, którą zawiesiła u spiżowego wąsa umyślnie wbitego na ten cel nad oknem. Potem stół obciągnęła prześlicznym flamandzkim obrusem i zaczęła na nim ustawiać różne wytwomości.

Pan Kazimierz, spostrzegłszy te przygotowania, wziął czapkę i niby chciał odchodzić. Ale Hedwiga spojrzała na niego błagalnie i dygnąwszy, mówiła:

— O Jezu! Waszmość jutro masz jachać, darujże nam jeszcze te ostatki. Siostra prosi uniżenie.

Pan majster, który był dnia tego w doskonałym humorze i któremu pani Flora tłumaczyła przed chwilą, „w jak dobrą komitywę powinien wejść z familią Hedwigi”, także gwałtem przytrzymał gościa. Siadł więc pan Kazimierz ze wszystkimi do stołu nie tyle dla jedzenia, ile dla podziwiania zastawy; bo jakżeż ten stół był ubrany! Co za misy malowane, jak obrazki! Co za kielichy, majaczące jakby drogie kamienie! A te flasze w złocistych siatkach! A te pokrywy na półmiskach całe srebrne, wypukło wzorowane, jakby jakieś damasceńskie575 hełmy!

„Ach! — myślał sobie. — Już chyba i król na Wawelu nie siedzi przy sutszym stole”.

Samo jedzenie mniej mu się podobało. Była wprawdzie i krucha zwierzyna, i drób dobrze karmiony, ale były też i niemieckie specjały, niezrozumiałe dla szczeropolskiego podniebienia: jakieś gruszki z kluskami, jakieś ziółka ze śledziem. Pan Kazimierz byłby wolał zrazy z kaszą albo groch z kapustą; niewiele też jadł; za to pił z przyjemnością to złote goldwasery, to wytrawne węgrzyny576, to słodki alikant577.

Pan majster, przeciwnie, opiwszy się piwa, teraz już tylko jadł, ale też za czterech. Kornelius pomagał mu w milczeniu. Pani Flora jadła jedynie to, co było słodkie i pachnące. Hedwiga nie jadła wcale. Rozmarzona, mówiła i chodziła jakby przez sen; nie ominęła jednak żadnego z obowiązków dobrej gosposi, nakładała na talerze, dolewała do kielichów, a pan Kazimierz pomagał jej bardzo pięknie; rozkroił nawet na powietrzu kapłona578 — co jest majstersztykiem kawalerskim — a chociaż Kornelius twierdził, że „u nas w Amsterdamie inaczej się ptactwo krawa579”, wszelako na ten raz nikt Holendra nie słuchał i nowy krajczy uzyskał ogólny poklask.

Po wieczerzy myśli zrobiły się jeszcze różowsze, rozmowy jeszcze strzelistsze. Od ulicy do ulicy brzmiały żarty i śpiewki; na jednych gankach urządzano gry pełne psikusów i śmiechów. Na innych toczyły się zażarte rozprawy o cenach pszenicy i budulca, o nowych ocleniach i podatkach. Gdzieniegdzie nawet już lutrzy z katolikami brali się do gwałtownych dysput.

Z nagła wszystkie rozmowy przycichły; zaczynała bić godzina dziesiąta. Najprzód wydzwonił ją poważnie, powoli jeden z większych zegarów miejskich. Słuchacze rachowali uderzenia i po ostatnim niejeden głos się odezwał:

— Jaka szkoda, że już!

Potem inny zegar zaczął wygrywać prześlicznego, dzwonowego kuranta, potem kilka innych na raz odezwało się w różnych dźwiękach, to szklistych, to spiżowych, i wszystkie te dźwięki napełniły miasto muzyką nadpowietrzną.

Goście gankowi powtarzali chórem:

— Szkoda! Taki chłodek! Tak tu dobrze! Co robić? Trzeba iść doma.

Nikt jednak się nie ruszał. Już ostatni zegar zamilknął, a wszyscy jeszcze siedzieli, jakby w oczekiwaniu jakiegoś ostatecznego znaku.

Na koniec i ten znak się pojawił.

Z dalekiej ulicy nadleciał dźwięk trąby przeciągły, żałosny, długi. Potem chwila ciszy. Potem jakiś głos męski zaśpiewał zwrotkę pieśni, żałosną, przeciągłą, długą.

I znów chwila ciszy. Tak trąbienie i śpiewanie, przeplatane koleją580, zbliżało się coraz donośniej, aż w głębi ulicy ujrzano dwóch pachołków miejskich nadchodzących mierzonym krokiem. Jeden z nich, w stroju paskowanym czarno i czerwono, kończył właśnie swoje żałosne wygrywanie; gdy się zbliżali do Bursztynowego Domu, opuścił od ust trąbę, a wtedy drugi pachołek w szafirowo-brunatnym ubiorze, znajomy już nam Kuba Grubasek, przystanął i z całych piersi przeciągle zaśpiewał:

Już dziesiąta na zegarze,

Idźcie do snu, gospodarze!

Strzeżcie ognia i złodzieja,

Chwalcie Boga Dobrodzieja!

Skończywszy swoją zwrotkę, uderzył ciężkim berdyszem581 o ziemię i obaj poszli dalej, na przemian trąbiąc i śpiewając.

Po ich drodze na wszystkich tarasach powstawał wielki ruch: odsuwano stołki, żegnano się już na dobre i rzucano sobie od ganku do ganku stokrotne „dobranocki” albo „gutenachty582”.

Towarzystwo złotego ganku rozeszło się jedno z ostatnich. Kazimierz tak był upojony, że nie mógł się oderwać od swojej panny siostry. Coraz to nową powiastką, to nową krotochwilą przedłużał rozmowę, a gdy wszyscy już powstawali i gdy pan majster zapytał:

— Tedy wasza miłość jutro jedziesz?

Zawahał się i odrzekł:

— Jutro nie jutro... a bo ja wiem? Taka jeszcze na mojej głowie kupa jenteresów, że i bożek Atlas583 by ich nie wyrychtował584. Tak czy owak, zawdy ja tu jeszcze jutro zajrzę i pokłonię się mojej pannie siostrze. Ergo585, bez adiusów586, jeno do zobaczenia!

— Do zobaczenia! Do zobaczenia! — powtórzyli wszyscy i rozeszli się, ale każdy z innymi myślami.

Pan Kazimierz, wracając do gospody, bił się pięścią po piersiach i powtarzał:

— Licho mię tu przyniosło do tego Bursztynowego Domu! Ta stokrotka utknęła mi tutaj nie jakby kwiatuszek, jeno jakby cierń. A to wszystko się na nic nie zda. Siostra mi ona żadna, to już wiem dokumentnie. Ożenić się z nią nie ożenię, boć to znajdek, może i dziecko szlacheckie, tak się widzi z onych forbotnych szatek, wszelako zawdy tu klejnot587 podejrzany. Ładnie by mię pan ociec przyjął, jakby ja mu przywiózł takową pół mieszczkę, a pół zaklętą królewnę! Bo to rosło u jakowychś majstrów, a chowane w delicjach588, nic tylko stąpać po perskich kobiercach, jeść na włoskich emaliusach, odziewać się w tureckie altembasy589. Co by też i ona powiedziała, gdyby jej tak wykrygowanej przyszło siedzieć w naszych bielonych izdebkach, jeść z cynowej misy na stole krajką590 przykrytym abo chadzać z dziewkami do krów? Nie, ciężka to aflikcja591, wszelako prosty rozum gada: „Ni ona dla cię, ni ty dla niej”. Trza jachać. Nie będę jej widział, to powoli ten śliczny konterfekt wyskrobie się z rekordencji592; wszak ci nie jeden i nie dziesięć już się wyskrobało. Tedy pojadę, jeno jeszcze nie jutro. Jeden dzień, jeden mały dzionek jeszcze sobie akorduję593: bez jeden dzień przecie korona z głowy nie spadnie; tylko raz jeszcze obaczę te śliczności, posłucham tego paradyzowego594 świergotku. Trzeba mieć i nad samym sobą odrobinę zmiłowania: owóż zrobię sobie prezent ze dnia jutrowego595, ale potem już bez pardonu jadę i póki życia już nie wrócę.

Takie czyniąc postanowienia, pan Kazimierz ani się domyślał, że w tymże czasie pani Flora wcale596 inaczej rozporządzała jego losami.

Wszedłszy na swój mały tarasik, jeszcze raz obejrzała się za odchodzącym porucznikiem i tak sobie przyszłość zaczęła rozbierać597:

„Chłop jak ulany, nie ma co gadać, i orator598 wdzięczny, i śpiewa jak Orfeus599. Pomyśliłam ja sobie z początku, że może on dla mnie dobry? Ale potem widzę, że nie. Pono to chudopachołek600, pan na czterech czy pięciu chłopach601. Wolę ja mego rajcusia i jego złoconą kamienicę. Wszelako i tamten mi się przyda: wyswatam za niego Hedwigę, bo ja nie wierzę w tę bajkę o zgubionej siostrze. On taki jej brat, jak i mój, widziałam to z oczu; brat by tak nie patrzał po diabelsku na dziewkę. Frant602 z niego! Ukuł tę dykteryjkę603, byle nos wściubić do jej konfidencji. A niech ją bierze zdrów, ona mi srodze zawadza. Jak tylko Johann pochował tę biedną Doroteę, zarazem sobie powiedziała604: »Panie konsulu, będziesz ty mój i twoja kamienica będzie moja«. A co ja powiem, to zawsze się stanie. I teraz by my już byli pewnie po akordaliach605, żeby nie ta smarkata, co mu precz w oczy włazi; póki będzie ją miał w domu, to stary nie wyjdzie z wariacji. A ona nie zna się na nim, co młode, to i głupie, będzie wolała lada awanturnika, byle miał wąsik smolony i ładnie pobrząkiwał mieczykiem. Niechże sobie jadą za morza, a mnie zostawią starego, tak i dla nich, i dla nas będzie dobrze”.

Jakież tymczasem były myśli samej Hedwigi? Te trudniej określić, bo doznawała i uciech, i smutków, których sama sobie nie mogła wytłumaczyć. Wracając do swojej prześlicznej panieńskiej komnaty, na każdym zakręcie schodów szeptała z upojeniem:

— Tu go widziałam... i tu jeszcze... i tu... tego najmilszego... brata. Więc to brat? Ano, chwała Bogu, wielkie to szczęście znaleźć brata... Niepróżno606 też to zara w pierwszej chwili tak serce we mnie do niego się wyrwało... Tak, to pewnikiem brat...

I ustami powtarzała:

— Wielkie to szczęście...

Ale w głębi serca inny jakiś głosik odzywał się markotno:

— Więc to tylko brat?

I znów cieszyła się myślą, że go jutro zobaczy, ale gdy wspomniała o jego wyjeździe, ogarniało ją takie osmucenie607, że miejsca sobie znaleźć nie mogła, i gdy na koniec twardy sen młodości zmorzył wszystkie rozmyślania i troski, śniło jej się, że pan Kazimierz mówi: „Nie jestem bratem wacpanny i nigdy nie wyjadę, nigdy!”

Majster Johann i Kornelius najdłużej zostali na ganku. Pan Schultz, rad dzisiejszej przygodzie, dopijał reszty ostatniego kufelka i tak sobie mówił:

— Dobrze to, że znalazła się familia. Nie takie ci familianty608, jak myślałem, ale zawdy będę miał żonę szlachciankę. Trzeba tylko przyśpieszyć ceremonię; niech jeno ów braciszek wyjedzie, ja zaraz krzyknę: „Hedwich, kłaść mi szlubny welon, ein, zwei, drei609, do ołtarza!” Bo jakby ociec zastał ją frajleiną, toby gotów jeszcze wziąć mi ją sprzed nosa, a jak ją zastanie już panią konsulową, to będzie musiał kłaniać się panu zięciowi.

Tu rozweselony myślą bliskiego małżeństwa zwrócił się do Korneliusa:

— No cóż ty, nic nie mówisz? Ten oficyjer to ucieszny610 kompan!

— A wie pan majster, kto to taki?

— Ano przecież sam powiedział, Kazimierz Korycki, erbu Prus.

— Tak ci on mówi, ale czy to prawda?

— A czego by miał kłamać? Któż by to miał być jenszy?

— Ja wiem, kto to jest — ja zgadłem.

To mówiąc, Kornelius wstał z ławy i tajemniczo przystępując do majstra, szepnął:

— To zamaszkarzony611 jezuita612.

— W imię Ojca i Syna... A po co by tu jezuita przychodził?

— Jak to: po co? Zwąchali, że pani Doroty już nie ma, że jej wychowanka mogłaby między nami poznać prawdę, więc nasyłają swoje szpiegi, gotowi nam ją jeszcze wykraść.

— E, co znowu? Zwariowałeś, chłopcze. Więc ty i na to nie kredytujesz613, aby to miał być jej brat?

— Rękę bym w ogień włożył, głowę pod miecz oddał za to, że on ani jej brat, ani żaden Korycki. Jezuicka intryga, i koniec. Tylko w tym kraju takie rzeczy się dzieją. U nas w Amsterdamie, żeby kto się tak nagle do czyjej familii przypytał, toby go zaraz urząd aresztował.

— Ale bo widzisz, u was w Amsterdamie nie ma żadnych Tatarów ani żadnych jasyrów, to tam bracia i siostry tak się nie zagubiają, a tu co jenszego, tu jest kraj awantur.

Wszakże mimo własnych rozumowań majster się zatroskał i zamyślił. Ale po chwili uderzył pięścią w stół i zawołał:

— Jest! Mam argument. To nie może być ksiądz przebrany. Widziałeś jego wąsy? Galanckie614, co? Skąd by ich wziął615 jezuita? Musiałby z rok czekać, nimby się takich dochował.

— Panie majster, oni mają na wszystko sposoby. A od czego czary?

— O ho, ho! I jezuita, i czarnoksiężnik. Niedługo już z nim na stos! E, głupstwa gadasz, nie psuj mi próżno głowy.

To mówiąc, wstał i, oparłszy się na ramieniu Korneliusa (bo piwo go trochę z nóg ścięło), skierował się ku sieni, a po drodze mówił:

— Głupstwo czy nie głupstwo, zawdy trzeba już z tą Hedwigą skończyć, bo strzec panny w domu, to lepiej z fajerką616 siedzieć kole Pulverturmu617.

Ledwie pan wyszedł, zaraz Mina zjawiła się na ganku dla pozbierania kufelków i wszelkich sprzętów ruchomych.

I na innych tarasach służba gospodarzyła, sprzątając reszty wieczerzań, wynosząc stoły i krzesełka, zdejmując dogasające latarki. Potem zaczęło się zamykanie drzwi okutych; jedne po drugich zapadały z głuchym łoskotem, z ciężkim zasuwaniem ryglów, zakładaniem sztab i zgrzytem kluczów. Kto na piętrach jeszcze palił światło, ten pilnie zasuwał okna lub wynosił się do izb wewnętrznych, ażeby ront618 powracający nie kołatał mu do drzwi z przestrogą. Czasem jeszcze wśród wysokich donic tarasowych jakaś zapóźniona czuła para zamieniała ostatnie szepty, ale i ta nikła we dwie strony, gdy uderzenie berdyszów o ziemię zdradziło zbliżanie się nocnych stróżów. Z wolna wszystko przycichło i przygasło. Zegary wybiły jedenastą; wtedy zabrzmiała w powietrzu cudowna muzyka złożona z trąb i fletów, muzyka, która od wieków całych zawsze w owej przedpółnocnej godzinie odzywa się na kościele Świętej Katarzyny619, jakby przedsenna modlitwa usypiającego miasta — i gdy ostatni dźwięk fletu rozwiał się wysoko, nic już nie świeciło nad Gdańskiem, tylko tysiączne gwiazdy ciepłej letniej nocy odbite w czarnych kanałach spichlerzowej Wenecji, w brylantowych szybkach kamienic i w marzeniach serc rozkochanych.

IV. W Arturowym Dworze

W sześć tygodni później, o tejże wieczornej porze na głównym placu gdańskim panował ruch wielki, a przy tym i wesoły. Z olbrzymich okien Artusowego Dworu620 biła na pół placu olbrzymia łuna; z najbliższych i najdalszych ulic wysypywały się pachołki z pochodniami, a za nimi szły wystrojone gromady mężów i niewiast, młodzieńców i panien. Wszystkie ciągnęły do Artusowej sali, gdzie miasto dnia tego wyprawiało walną taneczną zabawę.

Pomiędzy młodzieżą najszczękliwiej stąpali, najbuńczuczniej wyglądali wojskowi od puckiej marynarki, którzy tego wieczora wszyscy znaleźli się w Gdańsku; a jak raróg621 jaśnieje wśród sokołów, tak wśród wojskowych jaśniał urodą i fantazją płomiennooki pan Kazimierz Korycki.

Bo pan Kazimierz jeszcze nie był wyjechał. Póki miał przed sobą cały ów jeden dzień zwłoki, zdawało mu się, że ma skarb nieprzebrany; ale nazajutrz, gdy przyszło na dobre do pożegnań, uczuł się tak nieszczęśliwy, że — jak to zwykle bywa w podobnych razach — zaczął z samym sobą wchodzić w układy.

„Kiedy — rozmyśliwał622 — mogłem sobie darować jeden dzionek, to mogę sobie pozwolić jeszcze jaką trzydniówkę, abo, dla okrągłości, choćby i całą niedzielę. Za jeden marny tydzień przecie mi pan ociec głowy nie zdejmie z karku?”

Odezwał się więc w następne623 słowa do mieszkańców Bursztynowego Domu:

— Zreflektował ja się. Po co mi dwa razy nawigować624 wedle625 całej Wisły? Wysłałem ja do pana miecznika pisanie, gdzie mu wyłuszczam wszelkie cyrkumstancje626 co do fatów627 panny Hedwigi. Jeśli tedy — jako mam sperandę628 — moje dorozumienia okażą się czystą veritas629, wonczas tuszę630 sobie, iż nie będę jachał doma, jeno sam pan ociec tu przyjedzie dla zrekognoskowania631 wdzięcznej córki, zaczem632 wszyscy razem będziemy mogli uczcić pana konsula jako jej salwatora633 i nacieszyć się sobą jako jedna familia.

Słowa te zostały przez wszystkich bardzo mile przyjęte; i rzeczywiście na trzeci dzień pan Kazimierz napisał do ojca, z tą wszakże różnicą, że w liście nie wspomniał ani słowa o Hedwidze, tylko tłumaczył się jakimiś trudnościami wojskowymi, które opóźniły jego wyjazd; było też w tych słowach i trochę prawdy, bo przy dobrej woli znalazły się pewne niedokładności w ukończeniu służby, które teraz, na wielkie zbudowanie swoich zwierzchników, tknięty naglą sumiennością, pan porucznik chciał koniecznie najrzetelniej dopełnić.

Tak usprawiedliwiwszy się we własnych oczach, Kazimierz zaczął żyć z dnia na dzień w tym czarodziejskim odurzeniu, co nie chce nic przewidywać, co gotowe jest przyjąć wyrok śmierci na jutro, byle dziś jeszcze nie stracić swego raju. Dziwił się tylko, jak mógł dwadzieścia kilka lat przeżyć na ziemi bez Hedwigi. Jak mógł kiedykolwiek spoglądać na inne białogłowy? A spoglądał... ach, tyle razy! Tak — ale dawniejsze jego spojrzenia nie były podobne do dzisiejszych; dawniej ciskał tylko iskrami oczu, a dzisiaj płomieniami serca. Dawniej wszystkie kobiety (byle ładne) miały dla niego równą wartość; dzisiaj czuł, widział i wiedział, że ta jedna to jest właśnie owa jedyna, która w księgach niebieskich została dla niego przed wiekami zapisana, darowana, słowem — tak jak śmierć — przeznaczona.

Ta pierwsza prawdziwa miłość promieniowała z jego serca niby pierścień ognisty, pod którego upalnością i serce ukochanej topniało jak rosa pod słońcem. Z początku przekonana, że to jest nieznane jej dotąd uczucie siostry dla brata, Hedwiga nie broniła się wcale od nowych, upajających wrażeń; jednakże po dniach kilkunastu, zaniepokojona stanem swojej duszy, już wybierała się do kościoła dominikanów dla zasięgnięcia rady od mądrego swego spowiednika, ojca Damiana, gdy nagle inna spowiedź sprowadziła niespodziany przewrót w jej pojęciach.

Pan Kazimierz — jak wiemy — w pierwszym zawiązku znajomości był rad swemu rzekomemu braterstwu; prędko mu jednak ono zaciążyło, bo jeśli pozwalało na pewną niewinną poufałość, za to wzbraniało wszelkich półsłówek i półwyznań, zmuszało go nawet do hamowania zbytniej wymowy oczu. Młody junak634 nie mógł długo znosić podobnych więzów i już po dwóch tygodniach je rozerwał. Stało się to bez żadnego z góry powziętego zamiaru, lecz w przystępie niecierpliwości. Widząc u Hedwigi coraz większe zdumienie nad jego dziwnym zachowaniem się względem „siostry”, wyznał jej nagle bez ogródki635, że nie jest bratem, a na poparcie swojego twierdzenia dodał:

— Wiem to dokumentnie, bom na koniec dostał ów respons636, gdzie pan ociec rememoruje637 mi, jako Krysia miała rok czwarty, kiedy ją poganie unieśli. Tedy, wedle daty, wacpanna nie możesz na żaden fason638 być mi siostrą i ja temu jestem bardzo rad.

Mówiąc to, wpatrywał się bacznie w Hedwigę i dostrzegł z radością, że i jej te słowa najwidoczniej przyniosły ulgę. Odtąd stała się nieśmielszą, ale zarazem i czulszą, przy czym zdradzała jakieś tajemne uszczęśliwienie, którego dawniej nigdy w niej nie dostrzegał.

Wprawdzie ta szczęśliwość była dla Hedwigi zamącona pewnym niepokojem; pan Kazimierz prosił ją, a nawet stanowczo żądał, ażeby wiadomość o liście pana miecznika zachowała tylko dla siebie, „gdyż — mówił — niech pan konsul jeno się dowie, że my nie familia, zara będzie chciał mię od wacpanny eksulować639, przy czym on abo ja możemy położyć głowę”.

Prawa dusza Hedwigi wzdrygnęła się na taką nieszczerość, mniej wszakże, niż byłaby się wzdrygała dawniej. Gdyby pan majster był pozostał dla niej na zawsze niczym innym, tylko jej ojcowskim, szanownym opiekunem, byłaby pewnie odrzuciła żądanie pana Kazimierza. Ale od chwili, gdy opiekun zaliczył się do zalotników, stracił niezmiernie w jej oczach na powadze i zrównał się niejako z Kazimierzem, przy czym wszakże zachodziła ta wielka różnica na jego niekorzyść, że nie był kochanym, podczas kiedy tamten... ach, tamten!

Skoro jeszcze Hedwiga wspomniała, że takie wyznanie mogłoby istotnie rozdzielić ją z najmilszym, a co więcej, stać się powodem ciężkich, może krwawych zatargów, przytłumiła szemranie swojej duszy i zachowała milczenie wobec pana rajcy, który ze zdumiewającym spokojem niczego się nie domyślał.

Źródłem tej niedomyślności była potężna miłość własna. Pan Johann Schultz miał przekonanie, że gdy obdarzy Hedwigę swoją wspaniałą osobą, swoim nazwiskiem wielce w Gdańsku cenionym, swoją sławą kunsztmistrzowską i swoimi wielkimi bogactwami, wyświadczy jej najwyższe dobrodziejstwo i nie przypuszczał, aby kiedykolwiek mogła kogokolwiek nad niego przełożyć. To przekonanie zaślepiało go tak mocno, że patrzył, a nie widział, słuchał, a nie słyszał i gdy już cały Gdańsk — przyglądający się zalotom porucznika — z uśmiechem powątpiewał o jego „braterstwie”, jeden pan rajca nie miał ani cienia wątpliwości, co dzień zapytywał o „respons” pana miecznika i źle wróżącego Korneliusa kilka razy tak porządnie sfukał, że i jemu w końcu zamknął usta.

Kornelius jednak trwał w swoich złych przeczuciach. U niego miłość, pozbawiona próżności, nie sprawiała zaślepienia, lecz owszem640, jasnowidzenie prawdy.

Miłość ta dawno już w sercu jego rosła. Za życia pani Doroty karmił się nadzieją, że może kiedyś potrafi sobie wysłużyć tę śliczną panienkę, która w oczach jego coraz nowymi wdziękami rozkwitała.

„Czemu nie? — myślał nieraz. — Gdy zrobię mój Meisterstück, a będzie on taki, że cała Hanza okrzyknie się641 z podziwu, gdy i ja też zostanę majstrem, czemuż bym nie miał otrzymać jej ręki?”

Ta nadzieja dodawała mu sił do pracy, rozbudzała jego zdolności, przywiązywała go do majstra Schultza i cały ten dom czyniła dla niego Edenem642.

Nagle zrobił straszliwe odkrycie.

Po śmierci pani Doroty spostrzegł, że sam pan majster chce zająć marzone przez niego miejsce.

Wpadł w rozpacz — znienawidził swego zwierzchnika, jednakże się z nim nie rozstał.

Miłość jego stała się beznadziejna i posępna, a jednak jeszcze podszeptywała mu jakieś półsłówka, na które złośliwie się uśmiechał. Wiedział, że Hedwiga w związku z panem Schultzem nie może być szczęśliwą643, a zatem — kto wie? Może jemu przypadnie udział pocieszyciela? Dawno znajomy, zawsze pod jej ręką — a przy tym tak wiernie, tak szalenie zakochany — on może prędzej niż inny... Nie będzie to już takie wielkie szczęście jak posiadanie jej dozgonne, ale i kradziony skarb zawsze skarbem, a przy tym co za rozkoszna zemsta nad tym niegodziwcem panem Schultzem.

Znienacka, wśród owych już zachmurzonych, ale jeszcze przyjemnych marzeń, jak piorun z nieba spadło zjawienie się pana Kazimierza — i na ten raz Kornelius uczuł, że gmach jego przyszłości już do podwalin się rysuje, że to nieprzyjaciel stokroć groźniejszy od majstra Johanna, bo tamten zabierał tylko rękę Hedwigi, a ten wykrada mu jej serce. O tak, wykrada! Kornelius od pierwszej chwili spostrzegł olśniewające wrażenie, jakie młody junak sprawił na Hedwidze, i odtąd co dzień dopatrywał644 nowe objawy budzącego się w niej uczucia, nagłe rumieńce, smętne zadumania i niespodziane wybuchy radości — wszystkie owe znaki sercowego rozkwitu, na które on tak dawno czekał, a które teraz — niestety — zwracały się nie ku niemu, ale ku temu posłowi nieszczęścia! Och, on się znał na miłości, on, co tak dawno i zawzięcie kochał! Toteż nie mógł zrozumieć spokoju pana majstra, trząsł się ze zgrozy na jego zaślepienie, gwałtem chciał mu oczy otworzyć i byłby w końcu pewnie dopiął celu, gdyby nie pani Flora, która ze zwykłą sobie przenikliwością dostrzegła niebezpieczeństwo, jakie od tej strony zagraża, i zażegnała je makiawelskim645 orzeczeniem Divide et impera646. Zaczęła pana majstra podjudzać na Korneliusa. W każdej niemal rozmowie dziwiła się, „dlaczego tak znaczny jak on personat647 postponuje648 się ze swoim czeladnikiem i pozwala mu nos wtykać w domowe sekreta649”.

Pan majster (który miał słabość do pani Flory i wielce sobie cenił jej zdanie), połechtany w swojej próżności, zaczął lekceważyć Holendra, zaprzestał z nim żartów i zwierzeń i tak go z wolna od siebie odsunął, że chłopiec, karmiony ze wszech stron upokorzeniami, zaciął się w milczeniu i już prawie wcale nie wychodził z warsztatu.

Nie tylko pod tym względem, ale i pod wszelkimi innymi pani Flora stała się istnym duchem opiekuńczym dla dwojga zakochanych, którzy nie podejrzewając, aby piękna wdówka mogła w tej opiece mieć jakie osobiste widoki, nie znajdowali dla niej dosyć słów dziękczynnych i z pełnym zaufaniem otwierali jej dusze. Pani Flora była nieprzebraną „w amorowych fortelach”. Z dziwną sztuką umiała zagadywać i sobą wyłącznie zajmować pana Schultza, dzięki czemu tamci mogli wedle woli rozmawiać na uboczu. Hedwidze powtarzała jak najwierniej pochwały i wykrzykniki, z jakimi Kazimierz odzywał się o niej, a Kazimierza wtajemniczała w najskrytsze panieńskie zwierzenia. Czasem nawet rzeczy tak zgrabnie ułożyła, że niby trafem schodzili się w jej domu, a chociaż te schadzki były krótkie, poważne i zawsze pod jej okiem odbywane, jednak przedstawiały dla nich nieocenioną chwilę swobody, w której, uwolnieni od oczu majstra i Holendra, mogli na koniec odwiązać maskę przybranego braterstwa. Bo i pani Flora już razem z nimi śmiała się z owej „maszkarady”. Pan Kazimierz nie potrzebował nawet czynić jej w tym przedmiocie żadnych wyznań, sama je uprzedziła. Kiedyś, gdy przed nią utyskiwał na milczenie pana miecznika, rzekła do niego:

— Nie kpij z białogłowy, panie oficyjerze. Aniś waszmość pisał do oćca, ani czekasz od niego responsu.

— Jakoż to? — podjął zmieszany pan Kazimierz.

— A tak, jako ja mówię. Waszmość wykoncypowałeś650 takową halegorię651, aby łódkę swego afektu przeprowadzić między rafami przeciwnych sobie humorów. I wcale się to waszmości nie gani. Bosman jako może lawiruje, niby kręci na prawo, a w rzeczy652 jedzie na lewo i mądrze czyni; milszać653 mu jego szkutka niżeli wola srogich akwilonów654.

— Nie będęć655 ja się z wacpanią spierał, kiedy prorocko czytasz w sercach. Owóż, upraszam jeno, abyś mię przyjęła pod banderę swojej protekcji656, a tuszę sobie, że z takowym sygnałem dopłynę do fortunnego657 portu.

I płynął dalej pan Kazimierz „fortunnie”. Tygodnie za tygodniami schodziły w rajskim zaczarowaniu, tak dla niego jak i dla Hedwigi. Cudna to była pora w ich życiu, niby młodziuchny maj miłości, kiedy uczucie nie jest jeszcze wyznane ustami, a już zdradza się w każdym spojrzeniu, w każdym ruchu, zwłaszcza w owych półsłówkach na pozór szarych i zwyczajnych, a podszytych drugim różowym znaczeniem, które jest widzialne tylko dla drogiej istoty.

Niebo też na wszystkie sposoby sprzyjało temu zaczarowaniu; pogody były ciągle prześliczne; pan konsul coraz częściej dawał się wyciągać na zamiejskie „spacyry”. Chodzono we czworo, to na Biskupią Górę, to do Nowych Ogrodów658.

Co sobotę jeżdżono do wioski nadmorskiej, gdzie bogaci gdańszczanie i ciekawi podróżnicy przybywali co tydzień dla spędzenia dnia niedzielnego na zabawie i użyciu kąpieli w morzu; nazywało się to jeżdżeniem „na Soboty”659 (dzisiejsze Zoppoty660).

A że miejscowość była bliską przylądka Helu, pan Kazimierz zapragnął pokazać swoim znajomym flotę królewską stojącą w Puckiej Zatoce, a zwłaszcza okręt, na którym kilka lat przemieszkał. Wojenny ów statek, zwany „Łabędziem”, choć dobrze już wysłużony, wyglądał wspaniale i prawdziwie po monarszemu, był to bowiem jeden z owych pięciu okrętów, co przewoziły Zygmunta III do Szwecji. Wojskowi od Łabędziowej załogi, niedawni współtowarzysze Kazimierza, uprzedzeni przezeń o przybyciu jego przyjaciół, wyczytali mu z oczu, na co się zanosi, i przyjęli ich uroczyście; pana konsula nawet z wyróżniającą atencją661, co niezmiernie mu pochlebiło. Piękność i wdzięk Hedwigi wznieciły w nich taki zapał, że — jako godną najwyższej admiracji662, okrzyknęli ją swoją „admirałką”. Pani Flora, chociaż mniej głośno, zbierała jeszcze więcej hołdów, bo jej dowcip i śmiałe wzięcie były jakby stworzone do zawracania głowy panom oficerom.

Siedziano więc przez cały wieczór na pomoście oświeconym różnobarwnymi latarniami; śpiewano chórem Flisa i różne lżejsze fraszki, wieczerzano z sutymi kielichami, dawano z dział gęste salwy, aż pan Schultz w upojeniu oświadczył, że jeśli będzie miał kiedy syna, to go przeznaczy do Wodnej Armaty (przy tej sposobności dobrze jest nadmienić, że używane u nas wyrażenie: Wodna Armata nie oznaczało bynajmniej artylerii wodnej, ale „armię morską”, czyli flotę wojenną, i było zapewnie zepsutym przypomnieniem hiszpańskiej Armady663, której przedsięwzięcia i klęski tyle uzyskały rozgłosu).

Innej niedzieli pozwolono im zwiedzić zamek Władysławowski664, na co gdańszczanom rzadko bywał udzielany przywilej.

Czasem też, nie wychodząc z obrębu miejskiego, tuż za Zieloną Bramą665 wsiadali do czółna, które ich wiozło po ciemnej a przepastnej Motławie, okrążając spichlerzową dzielnicę. Tam dopiero można czuć i widzieć, jak silnie bije serce Gdańska. W dzień — ruch niesłychany. Krocie statków o kształtach wszelakich, ciężkich, wybujałych, jaskółczych. Na statkach i na stopniach domów tysiące ludzi gadających stu językami, od flisaków krakowskich do Murzynów, niewolników jakiegoś zamorskiego armatora666. Wszyscy krzyczą, kłaniają się, uśmiechają, a rękami machają, bo wszyscy się targują i każdy chce każdego przekonać. Tu zboże z przeraźliwym skrzypem idzie w górę po misternej windzie, ówdzie z sypkim jękiem spada na szalę niemniej misternej wagi. Na palowych pomostach pełno stołów dla pisarzy i wekslarzy667, pełno budek z błyskotkami, przekupniów z przysmakami. Wszędzie chaos kolorów i dźwięków, jarmark narodów — zrękowiny668 morza i ziemi, obsyłających się wzajemnie swoimi bogactwami.

Z końcem dnia dzielnica ta staje się jeszcze ciekawszą. Ruch cichnie — zmrok szarzeje. Motława robi się czarna jakby Kocyt669. Nad ową żelazną wodą bezokienne spichlerze, ślepe, głuche, siedzą jakby niezgrabnie ociosane opoki. Powietrze pocięte kreskami lin i masztów, połamane gzygzakami670 windowych671 profilów, plącze się w niezrozumiały rysunek. Wtedy wszystkie owe Klonowiczowskie „wschody, wzwody i trety”, wszystkie owe młyny krzyżackie o dziwolążnych672 kształtach zaczynają majaczyć niby gród przedpotopowy lub zaklęty, zbudowany nie przez ludzi, ale przez jakieś bajeczne, półpotworne istoty, które spoza każdego węgła673 już... już mają wyjrzeć... Niejedno serce czuje tam ich obecność, przynajmniej nasi zakochani czuli ją wyraźnie, i to przyjazną i usłużną, bo podczas kiedy pani Flora, siadłszy u jednego końca łódki z panem Schultzem, opanowywała go swoją sidlącą rozmową, tymczasem na drugim końcu Kazimierz i Hedwiga mogli zamieniać spojrzenie lub uścisk ręki, niepochwytne dla cudzych oczu jak motławowe chochliki.

Tak to w owych złotych tygodniach życie uśmiechało się do młodej pary, podsuwając jej co dzień to nowe, a zawsze miłe „sprawy i zabawy”.

Obecnie zaś wszystkie inne gasły obok owej zabawy tanecznej w Artushofie674, z której miasto całe obiecywało sobie wiele przyjemności, ale nasi znajomi jeszcze więcej niż inni, bo tam Hedwiga miała po raz pierwszy wystąpić w liczniejszym zgromadzeniu.

Jednakże wszystkiemu jest koniec; przyszedł on i dla owego miłosnego maju. Właśnie w przeddzień Artusowych tańców pan Kazimierz otrzymał od ojca list, który go do głębi duszy poruszył. List nie zawierał żadnych gróźb ani łajań, ale był niesłychanie smutny. Ojciec żalił się na swoją samotność, na brak pomocy w gospodarstwie i nie mógł zrozumieć powodów, dla których „najmilszy synaczek” po długich latach rozłąki jeszcze tak okrutnie odwłóczy675 swój powrót.

Ów smutek i owa łagodność wstrząsnęły panem Kazimierzem silniej niż najcięższe wyrzuty.

Rzekł do siebie:

„Raz już trzeba skończyć...”

A zakończenie tylko jedno już dzisiaj dla niego istniało: małżeństwo z ukochaną.

Bo przez ciąg tych sześciu tygodni myśli Kazimierzowe uległy najniespodziewańszym przeobrażeniom. Stało się to nieznacznie676 i prawie bezwiednie. Teraz nie byłby chciał uwierzyć, gdyby mu powiadano, że jeszcze przed czterdziestu dniami stawiał jakiekolwiek w tej sprawie zarzuty. Wszystkie one gdzieś prysły i przemieniły się, owszem, na potwierdzające dowody.

Jej niewiadome urodzenie? Ach, przeciwnie, bardzo wiadome, bo dość jest widzieć, jak ona wygląda, jak chodzi, jak patrzy i we wszelkiej rzeczy sobie poczyna, dość pogadać z nią przez trzy pacierze677, aby przysiąc, że jest wysoko urodzona. I jak jeszcze wysoko, kiedy nawet cały żywot przebyty pomiędzy miejskimi łykami678 nie mógł z niej zetrzeć tej cechy pańskości!

Gniew pana miecznika? Ależ niech on ją tylko raz obaczy, niech jeden dzionek z nią przebawi, a będzie syna błogosławił za to, że przywiózł mu taką synowę679!

Jej przywyknienie680 do wielkich dostatków? Ależ pan Kazimierz co dzień jej powiada, jakie to życie skromne jest i twarde po naszych szlacheckich dworkach, a ona zawsze odpowiada, że wolałaby małą chatkę na wsi, gdzie jest zielono i kwiecisto, niż złocone komory681 po kamiennych miastach.

Już więc z jego strony nie może być mowy o żadnym wahaniu. Ale jest jeszcze inna, ogromna niepewność... Oto czy ona, Hedwiga, przystanie na sposób, w jaki pan Kazimierz chce ich szczęście doprowadzić do celu? Sposób to niezwykły i mocno niebezpieczny... a jednak nie ma innego. Już on dobrze sobie głowę nad tym łamał i ostatecznie się przekonał, że nie ma innego.

Właśnie krocząc przez miasto, ważył w umyśle te nadzieje i te trudności, kiedy spotkał panią Florę wychodzącą z kościoła Dominikanów682. Usłyszawszy, o co chodzi, wróciła się z nim do kruchty683 i tam odbyli długą, cichutką naradę. Skutek jej musiał przypaść pani Florze do serca, bo przy pożegnaniu stanęła jeszcze na progu i rzekła:

— Galanckoś684 waszmość to wymedytował685. Sposób rezykowny, ale eroiczny, jakby w jakiej poemie. Jeno bez pytania się ani panów oćców, ani panów Schultzów, bo to by próżno przyczyniło perpleksji686, a tak, post factum687, będą musieli oba powiedzieć „amen” i wszystko z czasem się zagodzi.

— Więc wacpani dajesz całki swój asentyment688?

— Och! Z całej duszy. Sprawiedliwieś też waszmość powiedział, że w moim domu tego nie można uplanować, bo to by na moją sławę cisnęło szpetną famę689 i pomnij690 też waszmość, żeby mię to skłóciło z panem rajcą, a on dla mnie precjozny691 przyjaciel. W peregrynacjach692 za miastem takoż trudno by to przefilować693, bo pan Schultz wiecznie z nami na spacyry chadza. No, a tam, w onej tłocznej asambli694, w onym pląskowym695 rozgardiaszu cała rzecz pójdzie łacno i nieprędko będzie zweryfikowana696, i nikt nie zostanie posądzon o to, że był komperem697. Jeno zawdy powtarzam, niech rzecz będzie z księdzem, bo jak bez księdza, to waszmość postradasz moją konsyderację698 i będziesz wart huncwockiej699 kaźni.

— Za kogóż mię wacpani masz? Dawniej, co prawda, uciekał ci ja od więzów hymenu700, ale dzisia sam do nich wzdycham, sam do nich ręce podawam701, bo jak raz człowiek szczęście złapie, toby je chciał na wiek wieków do siebie przykować702.

Po tak zachęcającej rozprawie pan Kazimierz przez dzień cały uwijał się jak oparzony. Jeździł do klasztoru oliwskiego, jeździł do Władysławowa, wszędzie odbywał jakieś tajemnicze narady. Nazajutrz także rozsyłał na wsze strony swojego pacholika Maćka, niby hajduka703 wedle węgierskiej sukni, w rzeczy zaś poczciwego Mazura, który zbytkiem rozumu nie grzeszył, ale miał takie przywiązanie do pana, że na jego rozkaz byłby pewnie próbował, czyby się nie dało przejść pieszo przez morze.

Na koniec pod wieczór pan Kazimierz zaczął przywdziewać strój balowy, nowiuteńki, prześliczny. Nie był on bardzo kosztownym704, ale dla skromnego mieszka stanowił i tak niemały wybryk. Mieszek ten, jak pamiętamy, już przed sześcioma tygodniami srodze piszczał, a cóż dopiero teraz? Ach! Teraz milczał głuchą ciszą konania. Ale bo też co to wypadło niespodziewanych wydatków! Przez te wszystkie tygodnie pan porucznik nie tylko już opłacał gospodę, ale i kwiatkami obsyłał pannę siostrę i pani Florze nosił różne słodkie łakocie, a czasem i jaką wykwintną niewieścią fraszkę, i jej służebnej, Fruzi, nieraz do ręki wetknął upominek. Przy takim drobnym, ale ciągłym szafunku705 pieniądze, jakie był przeznaczył na drogę powrotną, rozeszły się nie wiedzieć kiedy. Musiał więc brać różne rzeczy „na borg”706, a potem poszukał pewnego imci pana Millera, co swoim geldem707 ratował skłopotanych młodzieńców. Markotno mu to było, ale mówił sobie:

„E! Jakoś to będzie. Niech jeno wrócę na wieś, to wezmę się tęgo do harunku708 i wszystko w mig odrobię. Nie teraz pora na sknerzenie. Raz jeno w życiu człek się żeni. Raz jeno człek naprawdę się kocha”.

(Tak zawsze młodzi mówią, zapominając, że są ludzie, co i po dwa razy, i po kilka razy się żenią. A co do zdania, ile razy człek naprawdę się kocha, tego żaden psycholog jeszcze nie rozwiązał, bo każdemu zakochanemu za każdym razem się wydaje, że to dopiero jest pierwszy raz „naprawdę”).

A jeżeli kiedy już nie wypadało sknerzyć, to niezaprzeczenie dzisiaj. Mógłże w swoim zwykłym porucznikowskim ubiorze, zszarzanym709 już dosyć długą służbą, wystąpić na tym wspaniałym zebraniu, gdzie chciał pięknie wydać się przed Hedwigą, gdzie miał po raz pierwszy prowadzić ją w taniec, gdzie miał jej powiedzieć takie rzeczy, od których zawisło jego szczęście lub nieszczęście, słowem, w tym najważniejszym dniu swego żywota?

Przy wrodzonej sobie sprężystości ducha pan Kazimierz wprędce zapomniał o troskach, borgach i Millerach i rozwiązanie tych kłopotów odłożywszy do dni następnych, teraz już tylko cieszył się swoim nowym strojem. I naprawdę miał się czym cieszyć. Gdy Maciek pana ubierał, to aż usta rozdziawiał od podziwu, a ręce mu się trzęsły od radości. Wprawdzie ubiór dzisiejszy pod względem barw i kroju był podobny do codziennego, ale z jakże odmiennych pierwiastków710 stworzony. Zamiast kafttana z łosiej skóry, pan Kazimierz nadział711 „szustokor”712 (tak u nas wymawiane juste-au-corps) uszyty z mięsistego, kanarkowego „hatłasu”, objęty przy szyi obwisłym, koronkowym kołnierzem i takimiż u rąk mankietami. Na piersiach zamiast prostego rzemienia miał ukośnie przeciągnięty, czarny, nieskorowy713 pasamon (kupiony w składach pani Flory), u którego po staremu zawiesił kordelas714. Hajdawery715 nie były z grubej rasy716, ale z cieniuchnej niebieskiej sajety717, ze srebrnymi na szwach rygielkami. Niziutkie półbucia żółte, safianowe, lekkością swą dorównywały prawie francuskim trzewikom. Na barkach, zamiast włochatej burki, pan porucznik zawiesił krótki deliunak718 z ciemnowiśniowego aksamitu, białą sateniszką719 podszyty i srebrną pętlicą720 u piersi zadzierzgnięty. Na głowę nałożył przecudną magierkę721, tegoż ranka w mieście zakupioną (albowiem Gdańsk słynął z wyrobu najpiękniejszych magierek); było też to istne pieścidełko z błękitnym denkiem i wąską bobrową obłóżką722, nad którą wystrzelało harde pióro sokole.

Naciągnąwszy na koniec zamszowe rękawice, rad z siebie, poszedł do Artusowego Dworu, czyli Artushofu.

Gmach ten, jeden z najdziwaczniej pięknych i najpiękniej dziwnych, jakie można spotkać w północnej Europie, był istnym beniaminem gdańszczan. Tam oni przez ciąg długich czasów nagromadzili z wolna „swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty”.

Przędza to trochę rażąca pstrokacizną, kwiaty to nieznane innym wyobraźniom, ale właśnie z tej przyczyny, że gdzie indziej nieznane, że znikąd nienaśladowane, zaciekawiają swoją samorodną niezwykłością i krasą.

Artushof przytulony do ratusza tworzył z nim razem parę gmachów, królującą nad całym Gdańskiem. Na ratuszu miasto się rządziło, w Artusowym Dworze się bawiło, gdyż był to budynek przeznaczony wyłącznie na wspólne zabawy (jak dzisiejsze resursy723) i dość też nań spojrzeć, aby poznać, że urodził się z wesołej myśli.

A najprzód724 już sama nazwa przypomina obrazy wysoce poetyczne i, co więcej, pełne społecznego znaczenia: musi ona sięgać owych czasów, kiedy najchciwiej czytywaną księgą był sławny szereg romansów o królu Artusie725, przy którego stole wszyscy czuli się równymi, bo stół ten, wycięty w kształt obręczy, nie miał ani miejsc wyższych, ani szarego końca.

W tej przezroczystej726 przypowieści bardzo zasmakowały republikańskie miasta, dobijające się przez cały ciąg średnich wieków o coraz nowe prawa i swobody. Zasmakował w niej również i Gdańsk hardogłowy, który ją nawet obrał za motto do swoich zgromadzeń. Więc w Artushofie, jak niegdyś przy Okrągłym Stole, powiedziano sobie, że nie będzie ani miejsc wyższych, ani szarego końca. Czy dygnitarze koronni, czy szlachta wioskowa, czy patrycjat727 miejski, czy niższe kupiectwo, czy opasłe majstry, czy wysmukła czeladź, czy swoi, czy cudzoziemcy — wszyscy tu byli względnie równi wobec świętych praw gościnności. Powtarzamy jednak wyraz „względnie”, bo i tu, jak zawsze i wszędzie, kto bogatszy — ten więcej przepychu roztaczał; kto mędrszy lub dowcipniejszy — ten więcej miał słuchaczy; kto siedział na urzędzie — ten odbierał niższe pokłony; a im kto piękniejszy — tym więcej zbierał hołdów. Na to i sam Artus już nie mógł poradzić.

Ale z tym wszystkim bawiono się przednio728 i w gmachu godnym przesławnego miasta.

Budynek to duży i taki głęboki, że swymi dwiema szczytowymi ścianami wychodzi na dwie odmienne ulice, a jednak w całej swojej długości, szerokości i wysokości zawiera tylko jedną jedyną salę (wyjąwszy parę bocznych, malutkich pokoików, które są raczej wnękami wykrojonymi w odwiecznej grubiźnie murów i dawniej służyły za bufety).

Przy białym dniu sala jest oświecona dosyć dziwnie, na przestrzał, gdyż obie ściany szczytowe składają się prawie wyłącznie z kryształu. Nie są to właściwie ściany, ale — i tu, i tam — po trzy okna, olbrzymie jakby łukowe bramy, przedzielone tylko filarami, ozdobne — tak zewnątrz, jak i wewnątrz — mnóstwem posągów, godeł i wyzłoceń.

Dwie boczne ściany są nierównie dłuższe; każda z nich także rozpada się na trzy działy; ale tu już nie ma żadnych okien, tylko wielkie, mocno zaciekawiające freski729. W ich treści nie można się dopatrzyć żadnego następstwa ni łączności, ale to nie dziw, kiedy w każdym z tych działów inna gilda730 gospodarzyła i na własną rękę przyozdabiała swoją polać muru. Jedne kazały sobie malować ustępy z Biblii lub żywotów świętych, inne z mitologii, a jeszcze inne lubowały się w alegorii. Z owych różnych pomieszanych natchnień wytworzył się cały świat fantazji, prześliczny i jak cała postać Gdańska — bezwzorowy.

Jest jednak we wszystkich tych obrazach jeden rys wspólny: ze środka wszystkich, przynajmniej główniejszych wystają gałęziste, prawdziwe rogi jelenie. Gdańszczanie je tam umieszczali na dowód, że posiadają prawo łowów. Prawo to, stanowiące przez długi czas we wszystkich krajach wyłączny przywilej najwyższych stanów narodu, srogimi zakazami obwarowane, było dla niższych celem gorącej żądzy i zazdrości. Toteż miasta, co go się dobiły, nie mogły się nim nacieszyć. I Gdańsk tej uciechy kosztował nie bez dumy; znaczniejsi jego mieszkańcy oddawali się namiętnie owej pańskiej rozrywce i gdzie tylko mogli, rozwieszali trofea myśliwskie. Stąd i w Artushofie owe rogi, które na rozpacz malarzy niemiłosiernie do ich dzieł przybijano. Wprawdzie niektórzy artyści, wybrawszy stosowny przedmiot, zdołali usprawiedliwić w obrazie obecność tego dziwacznego przydatku. I tak we fresku poświęconym Dianie731 Akteon732, już na pół zmieniony w jelenia i wyskakujący z obrazu, bardzo dobre sprawia wrażenie. Ale taki koncept nie wszędzie mógł być z równym szczęściem przystosowany. W Sądzie Ostatecznym733 na przykład ów jeleń, co smętnym okiem przygląda się duszom potępionych, stanowi zagadkę, nad którą dzisiejsi widzowie na próżno sobie łamią głowę. Tymczasem klucz zagadki taki prosty! Każda gilda chciała mieć swego jelenia, musiał więc jeleń znaleźć się i w Dniu Sądnym. Pytanie tylko, w jakim usposobieniu twórca obrazu go tam domalował? Czy śmiejąc się dobrodusznie z pustego żarciku? Czy naigrawając się gorzko z filisterstwa734 swoich mecenasów?

Pod rzędem fresków stoją z obu stron ławy ciężkie i wspaniałe, rzeźbione jakby stalle735, a przed nimi niemniej pomnikowe stoły (dziś, dla potrzeb giełdy, wysunięte na środek sali). Ale najgrubszym tu pomnikiem jest piec olbrzymi, prawdziwy patriarcha pieców, gmach wielopiętrowy, którego polewa o wypukłych kwiatach i osóbkach, o barwach rozlicznych, ale nieco fałszywych, majaczy na kształt wyblakłej makaty.

Nad tym wszystkim zaokrągla się przepyszne sklepienie, długie i wysokie jak u nawy kościelnej, oparte na czterech słupach zaznaczających środek sali.

Z owych sklepień zwieszają się ozdoby, dziwne i niezaprzeczenie stosowne dla portowego miasta; są to kołyszące się na sznurach maleńkie modele okrętów, jakie w Gdańsku bywały różnymi czasy budowane, kupione lub zdobyte. Wszystkie owe karawele, stradyjotki, galeasy736 i rozliczne inne morskie domy wyrobione misternie z maszcikami, żagielkami, okienkami tworzą nad głową przechodniów nadpowietrzną737 flotyllę, która dziś jeszcze, choć już mocno sczerniała i zmurszała, stanowi prawdziwe muzeum żeglarskie, a za nowości musiała być nie tylko miłą, lecz i drogą tym ludziom, co w niej widzieli swoje własne dzieje, przygody i sławę.

Niegdyś też między rzędami okręcików były i gęsto rozwieszone pająki738 (meisterstücki słynnego gdańskiego mosiężnictwa), które wieczór setkami świec woskowych rzęsiście oświetlały salę i przez owych sześć bram przezroczystych biły na miasto we dwie strony dwoma potokami złotej łuny.

Pan Kazimierz znał na wylot cały Dwór Artusowy; od kilku lat nie ominął żadnego większego zebrania i, jako jeden ze świetniejszych tancerzy, nahulał się tam do syta. Nigdy jednak ta sala nie wydała mu się tak piękną jak teraz; mury jej tchnęły dzisiaj dla niego jakąś tajemniczością, która go i wabiła, i przestraszała.

— Tu — mówił sobie — dzisiaj, za moment, wyprognostykuje739 się cała moja przyszła destynacja740.

Na początek wszakże spotkało go nieprzyjemne wrażenie; ów jego wypieszczony ubiór, co w skromnej gospodzie wydawał mu się tak wspaniałym, tu gasł i niknął obok innych. Ale bo co też to przepychów przewijało się po tej sali! Najświetniej błyszczeli nasi klejnotni741 panowie, ciągle tu przypływający z pszenicą i żytem: ci zwykle po mieście chodzili w swoich podróżnych „marynałkach”, ale na zebranie w Artushofie wydobywali z sepetów742 najcenniejsze stroje; wszędzie biły w oczy brokadiowe743 żupany744, guzy jak pączki róż z samych rubinów, czaple kity, kapiące od złota pasy, wschodnie szable nabijane turkusami, szkarłatne czuchy745 i ferezje746 o brylantowych szponach747. Było też i mnóstwo cudzoziemców przynoszących tu okazy wszelkich strojów europejskich, azjatyckich, a niekiedy i afrykańskich, bo czasem na jakim kastylskim748 okręcie zawinął i jaki Maur o białym zawojowym kapturze. Przychodzili na tę zabawę przez ciekawość, a sami stawali się jedną z największych jej ciekawości. Pomiędzy właściwymi gdańszczanami starszyzna ubierała się z niemiecka lub holenderska, młodzież zaś najczęściej z francuska; zwłaszcza na taneczne zebrania kładziono prześliczne pończochy i trzewiki, pourpointy749 z barwnymi wypuszczkami750, płaszczyk walezjuszowski wywijający się spod leciuchnej krezy, a na głowę toczek751, zdobny piórem. Ta głowa była fryzowana z niezmiernym staraniem; jedni zakręcali nad czołem dziwnie harde czuby; inni (ci mianowicie, co mieli spadające koronkowe kołnierze) nosili włosy długie i do pół pleców rozpuszczone według mody zwanej kometową, inni jeszcze spoza lewego ucha zwieszali sobie warkoczyk, ową tak słynną cadenettę, co się zakończała „galantem”, czyli wstążką w motyla zawiązaną; czasem zamiast warkocza był to pukiel zwinięty w rurkę długą, ile tylko dało się najdłuższą. Ci „kadenetowi” panicze, jako stanowiący ówczesną złotą młodzież, mieli zazwyczaj wielkie u dam powodzenie. Obecnie u gdańszczanek najwięcej go miał młody Morsztyn, czasowo tu bawiący patrycjusz752 krakowski, pono wnuk tego potentata morskiego, co niegdyś własnymi okrętami na własną rękę prowadził handel z Anglią i Hiszpanią753. Dzisiejszy krakowianin nie posiadał już tyle, co jego dziad, okrętów, ale za to był posiadaczem sławnie pięknych, bladozłotych włosów, które uwijał w pukiel długi aż po serce, zakończony bladobłękitną kokardą. Według przyjętych wówczas mitologicznych zwrotów mowy przezwano ten pukiel strzałą Feba754 i twierdzono, że choć taka miękka, strzała ta niejedno serce już na wylot przeszyła.

Dziś jednak pięknego Morsztyna przyćmiewał jeszcze piękniejszy sire de la Crosade755, rodowity Francuz, który wsławił się w naszych bojach rycerskimi dziełami, a w Artusowej sali wsławił się wprowadzeniem nowej kawalerskiej mody; jego pukiel ciemny, prawie czarny, zakończony gorącoróżowym „galantem”, był nie tylko równie długi jak „Febowa strzała”, lecz jeszcze, o dziwo! na wysokości ucha był przetknięty pyszną, gruszkowatą perłą. Mody tej, tylko co wynalezionej przez jednego i z książąt lotaryńskich756, nikt jeszcze na Północy nie znał; gość francuski dowiedział się o niej przez listy odebrane z Paryża i wnet sprytnie ją przystosowawszy, zbierał teraz tryumfy, którym także nie brakło ambrozyjskiego757 smaku mitologii, gdyż jedna z gdańskich piękności, spostrzegłszy ową perłę, ozwała się na pełnej sali, że „to pewnie sama bogini Wenus, wyszedłszy z morza, przyniosła mu taki trefny758 prezent”.

Wobec podobnych współzawodników jakżeż nie miał trochę posmutnieć pan Kazimierz? A jednak niesłusznie smutniał. W zbytniej skromności zapomniał, że jeśli nie nosi na szatach złota ni klejnotów, za to ma usta jak rubiny, zęby jak perły, a w oczach czarne brylanty, którymi sieje całą Golkondę759 czarów. Zapomniał — ale niebawem przypomniały mu to wszystko same białogłowy. Jak zaczęły spod oka na niego spoglądać a uśmiechać się, a szeptać, niby cicho, jednak dosyć głośno, aby dobrze słyszał:

— Co za chłop urodziwy!

— Czysty bożek Mars in persona760.

— Oj, żeby mię tak porwał do pląsania, tobym chyba w obłoki wyleciała...

Tak pan Kazimierz pokręcił wąsa i pomyślał sobie:

„Ej! Chyba ja tu nie ostatni. A może się znajdzie i ktoś taki, dla kogo będę nawet i pierwszym?”

Ów „ktoś” jeszcze dotąd nie znajdował się w sali, czemu pan Kazimierz był rad w pierwszej chwili, boć wedle serdecznego761 kodeksu słuszną jest, a nawet konieczną rzeczą, by na miejsce spotkania kawaler przybywał wcześniej niż pani jego myśli.

Teraz wszakże, gdy sam się już stawił, byłby chciał i ją ujrzeć jak najprędzej.

Trzymał się więc w pobliżu wejścia i nie spuszczał z oczu szklanej bramy, którą wciąż napływały nowe pary i nowe gromadki strojnych gości.

Po chwili jednak musiał głowę odwrócić, bo już tuż przy nim wrzała rozprawa taka gromka, że nie można było jej nie zauważyć.

Na ogromnej ławie, przy ogromnym stole siedziało kilku nie mniej ogromnych mężów z Urzędu Miejskiego. Wszyscy o twarzy podobnej do pełni miesiąca762, z brzuszkami jak beczułki, na których trzymali zaplecione ręce, wszyscy w ubiorach buchciastych763, w krezach jak półmiski, jedni w grubych biretach, drudzy w kapeluszach takich płaskich a szerokich, jakie dziś tylko u kardynałów można widzieć. Między tymi dobrze wypasłymi towarzyszami odznaczał się jeden także ogromny wzrostem, ale chudy jak zeschłe drzewo, secretarius764 Frydrych Hogge, który właśnie kończył swoje dowodzenie:

— Tak czy siak, zawdy ja powiem, że Szpiryngowe cło to nasza największa calamitas765.

— Największa calamitas — powtórzyli chórem tłuści towarzysze.

— Bo, proszę ja, dlaczego dawne króle żadnego cła po nas nie wyciągały? Ale to literalnie żadnego. Dopiero jak te nieznośne Szpiryngi, przybłędy zza morza, przyszły, tak zara król ich nam na kark nasadził i teraz rachuj się, płać i zawdy płać.

Ja, ja. Licho ich przyniosło z Ollendrii — przywtarzali tłuści towarzysze.

Ale tu ponad wszystkie głosy jakby dzwon srebrny wybił się głos pana burmistrza Krzysztofa Freimutha. Siedział on przy tym samym stole rozparty na wysokim krześle, także wspaniały, ale nad podziw kształtnie zbudowany. Ubiór miał z szafirowego weneckiego aksamitu, o jedwabnych, białych wypuszczkach, wokoło bioder szarfę ze złotej siatki, a na piersiach kosztowny łańcuch. Czy od upału, czy od niemiłego wzruszenia musiało mu się zrobić gorąco, bo nagle zerwał swój wielki kapelusz, okręcony złocistą wstęgą, zaczem pokazała się jego twarz piękna jakby oblicze Jupitera766, zazwyczaj rozpromieniona łaskawym uśmiechem, ale teraz pałająca oburzeniem, które na środku jego czoła zarysowało jowiszową bruzdę.

— Przez Boga żywego! — zawołał. — Proszę ja waszych uprzejmości, nie gadajcie takich szpetnych rzeczy, boć na samo ich słuchanie wnętrzności się w człeku precz767 skręcają. A dlaczegóż król jegomość nie ma cła wybierać? Wszak ci we wszystkich królestwiech768 i respublikach769 tak się dzieje, że ludzie coś przecie przynoszą do Skarbu wedle powszechnej potrzeby. Inaczej żadne państwo na nogach by nie ustało. Pytam się waszeciów, in gratiam770 czego my jedni na świecie mamy być wolni od wszelakiej obediencji771?

— Ja swoje powtarzam! — skrzeknął swoim twardym głosem secretarius. — Dawne króle772 tego nie robiły i dobrze było.

— A właśnie, że źle. Dawne króle były za dobre.

— Ba! Czy to można być za dobrym? — sarknął z ubocza ryżowłosy wójt, Hans Hecker, co miał twarz podobną do łasiczego pyszczka.

Wtedy pan burmistrz uderzył w stół swoją dużą, ale białą pięścią i odparł:

— A można! I najlepsze na to exemplum773, że ta dobroć nas popsowała. Kto nas to wyrwał z okrutnej krzyżackiej opresji? Kto nas do serca przytulił? Kto, jak nie one króle, nasze oćce, i nie ona wspólna matka nasza? Przez lat półtorasta774 my chleb u nich jedli darmo jako te małe dzieci, co nic nie robią, a dostają nie tylko swoją rację, ale jeszcze w dodatku i łakocie. A że teraz król jegomość prosi tego, co my już od lat półtorasta powinni byli dawać, to krzyczym, jakby nas kto żywcem ze skóry odzierał. I wiecznież będziemy jako te liche minores775? Abo jak te szerszenie próżniaki, co z ula miód wyjadają, a same go tam nie przynoszą? Co my dotąd im przynosili? Nic, jeno krnąbrnoście776 i burdy, i bunty. A! Serce się wzdryga na takową ingratitudinem777. I żeby to jeszcze robiono po tyrańsku! Ale nieprawda. Panowie Szpiryngi są ludzie godne i mądre, i sprawiedliwe. Ja więcej powiem: w niejednym nieprzezpiecznym778 casusie779 my widzieli, jako to istne są heroje780.

— Ale wszystkim trzęsą — przerwał chudy Frydrych. — Wszystkim trzęsą, a nam co po tym? Kto flotą rządzi? Panowie Szpiryngi. Kto cła wybiera? Panowie Szpiryngi. Kto wszelaki zatarg rozsądza? Panowie Szpiryngi. Dlaczego właśnie oni?

— Dlatego, że król jegomość raz przecie znalazł sobie ludzi, co nie służą prywacie781 tej lub owej prowincji abo prywacie tego lub onego miasta, ale służą pospolitej rzeczy782. I kłamie, kto powieda, że oni sami jedni rządzą. Wszak ci w onej Morskiej Komisji zasiadają rozmaite dygnitarze: i Denhoffy, i Ossolińscy, i Guldenszterny. A wszak ci są tam i nasze rodowite gdańszczany. Czy nasz kompan, poborca Jerzy Hefel, tam nie siedzi, co? A wszystko same zacne persony783. Król jegomość dobry ociec, a my zawdy byli złe dzieci.

To znowu ryży wójt Hecker ozwał się z fałszywym uśmiechem:

— A po co się waszmość tak sierdzisz? Nikt z nas tu nic nie gada przeciwko królowi jegomości, jeno żeby nie było tych przeklętych Szpiryn...

Tu mówca, nie dokończywszy wyrazu, pozostał z otwartymi ustami, towarzysze jego także nagle zamilkli. Wszyscy zwrócili oczy ku wejściu, gdzie powstał wielki szum i rozruch. Tłum rozstąpił się z uszanowaniem i weszło trzech okazałych mężów; byli to trzej bracia: Izaak, Abraham i Arnst Spiryngowie, rodem z Delftu784, komisarze królewscy, ludzie — jak słusznie mówił burmistrz Freimuth — wielkiego rozumu oraz nieskazitelnej prawości; a mieli też w sobie coś bohaterskiego i zaprawdę potrzebowali niemałej odwagi, aby jakiś ład zaprowadzić w tym rozszalałym od swawoli mieście, co chciało mieć wszystkie prawa i przywileje, a nie spełniać żadnych państwowych obowiązków. Silni obywatelską swoją cnotą, nie lękali się czczych krzykaczy i też, mimo pokątnych wichrzeń, mieli ogólny szacunek i posłuch. Oto i teraz ojcowie miasta rzucili się hurmem, aby przyjąć nowo przybyłych i dziękować im za łaskawe zaszczycenie Artushofu swoją zbyt rzadką, a zawsze upragnioną obecnością. Zwykłym nawet porządkiem rzeczy ludzkich ci, co przed chwilą najwięcej krzyczeli, teraz pchali się z najniższymi pokłonami, a chudy Kogge zginał się przed nimi we dwoje, niby na wpół złożony kozik.

Burmistrz Freimuth nie pchał się z innymi, stał uśmiechnięty na stronie; ale nowi goście sami przystąpili ku niemu i uściskiem szerokiej dłoni serdecznie go powitali.

Z trzech braci Spiryngów dwaj starsi byli już bardzo poważni; zwykle też lubili przestawać ze starszyzną. Za to najmłodszy jeszcze chętnie przysuwał się do niewiast i czasem nawet poszedł z najpiękniejszą w taniec. Wszyscy trzej mieli twarze duże, o szlachetnym wyrazie, o podkręconych wąsach i niewielkiej w trójgran785 ściętej bródce. Stroje były na nich czysto holenderskie, jakoby popękane w pasy, spod których wystawały spody innej barwy, z kołnierzami obszernymi, jakby koronkowe pelerynki. Na głowach, osutych786 pierścienistym787 włosem, nosili miękkie, ogromne kapelusze o piórach puklących się w różnobarwne kity. A mieli przy tym jedną jeszcze ozdobę, której tu nikt inny nie posiadał: u każdego z nich, na piersiach, między rozchodzącymi się brzegami koronek, przypięty złotą iglicą, kraśniał świeży tulipan. Były to trzy żywe klejnoty harlemskie788, trzy cuda sztuki ogrodniczej. U najstarszego, Izaaka, tulipan ciemnomorderowy789 przy świetle wieczornym wyglądał prawie czarno, u drugiego był w paski fioletowe i gorącożółte, u trzeciego — w płomyki pąsowe790 i białe.

Przybycie trzech braci wniosło pomiędzy zgromadzonych jakieś usposobienie uroczyste; wszystkim się wydało, że sala pojaśniała, jakby padł na jej mury odblask majestatu królewskiego.

Tej też tylko chwili widocznie oczekiwali muzykanci, aby dać hasło do rozpoczęcia zabawy. Ledwie komisarze kilka słów powitalnych zamienili, już na chórze kapelmistrz podniósł obie ręce i huczna muzyka z kotłami, uderzywszy alla polacca791, zaczęła grać „wielkiego”792, czyli jak go także zwano, „pieszego” (ta ostatnia nazwa zdradza spostrzeżenie, które tylko w rycerskim narodzie mogło powstać; zauważono bowiem, że przez powolność swoich ruchów był on tym w porównaniu do innych żywszych tańców, czym jest miarowy chód piechoty w porównaniu do rozpędów i skoków konnicy).

Tańcowano go wtedy zupełnie inaczej niż w późniejszych czasach. Najprzód wystąpili sami mężczyźni, po dwóch trzymający się za ręce. Na czele panowie Spiryngowie z innymi dygnitarzami państwa, których zawsze pewna liczba przebywała w Gdańsku. Dalej komendant miasta, osiwiały wojennik ze starożytnego pruskiego rodu Ferberów, szedł ręka w rękę z burgrabią793, panem Steffensem, przebogatym patrycjuszem gdańskim. Szlo czterech burmistrzów i czterdziestu wójtów, którzy razem z owym burgrabią mianowanym od króla stanowili wspaniały Senat Miejski. Po nich kilkudziesięciu parami stąpał Centumwirat, czyli Rada Stu Mężów, od plebsu wybieranych, tworzących obok senatu coś na kształt izby poselskiej. Dalej sypali się wielcy kupcy, wojskowi, znaczniejsi marynarze, bogate majstry, a nawet i czeladź co kształtniejsza — wszystko wedle wieku i godności. Tak uprzejmie rozmawiając, niby z niechcenia zwijali swoją wstęgę w różne uczone skręty, a gdy kilka razy już obeszli jedną stronę sali, wtedy po drugiej stronie wystąpiły parami najprzód matrony794, dalej panie dojrzałe, dalej młodsze — wszystkie wedle wieku i godności. Teraz oba orszaki, tańcując osobno, przyglądały się sobie z dala i przy spotkaniu zamieniały ukłony. Czasem orszak męski ustępował damskiemu z „traktu” i sam przechodził pod przeciwną ścianę. Aż gdy kapela uderzyła na finał, dwójki męskie i żeńskie zaczęły się rozpadać, potworzyły się z nich pary mieszane, a z tych par wstęga jedna, lecz dwa razy dłuższa, i wszyscy popłynęli wokoło całej sali pochodem iście tryumfalnym.

Naprawdę wszyscy, gdyż od tej pięknej przechadzki nikt się nie wymawiał, chyba chromi795 albo malkontenci, którzy nie zdołali sobie dobrać upatrzonej pary. Do małej garstki tych ostatnich należał dziś pan Kazimierz; stał on pod ścianą z nasrożonymi brwiami; widok tego pochodu, dla wszystkich oczu pełen blasku i krasy796, jemu wydawał się bladym i smutnym, bo pomiędzy Centumwiratem brakło pana Schultza, o co zresztą byłby mniejszy kłopot, ale między białogłowami brakło... ach, wiadomo kogo!...

„Źle mi się napoczyna on festyn” — pomyślał.

Tymczasem po zakończeniu „pieszego” starszyzna zabrała miejsca na ławach pod ścianami, a młodzi skupiali się w pośrodku, bo na chórze kapela zaczęła grać galiardę, czyli jak u nas wymawiano: galardę.

Śliczny ten taniec włoski (gagliarda) był niezmiernie wesoły, pełen pustackich797 a niewinnych igraszek; dama i kawaler mogli w nim kolejno popisywać się prawdziwymi dziwami terpsychorowego798 sztukmistrzostwa; toteż nie tylko dla występujących, ale i dla patrzących był rozkoszą. I teraz cały pierścień widzów zebrał się wokoło czterech filarów, między którymi kilkanaście par wykonywało galiardowe harce.

Tylko pan Kazimierz odwrócił się i stanął do nich plecami. Teraz już nie brał go smutek, ale brały go złości. Mój Boże! Ten taniec był taki stosowny do figlarnych ruchów Hedwigi, tyle sobie zeń obiecywał uciechy!

„Owóż i galarda już dla mnie stracona! — rozmyślał gorzko. — Jak też to można tak haniebnie marudzić? Pewnie to tam pani Korwiczkowa muska i muska czoło, a oni precz799 na nią czekają, bo wiem, że mieli przyjść jedną kompanią”.

Chcąc sobie skrócić chwile niecierpliwości, zbliżył się do kółka mężczyzn, którzy w kącie sali wiedli żywą rozmowę. Kilka słów, z niej zasłyszanych, przykuło jego uwagę, byli to bowiem wszystko ludzie morscy i o morskich rzeczach gadali. Właśnie pan Wojciech Zabokrzycki, dzielny oberszter800 od królewskiej floty, mówił, podnosząc głos jakby na okręcie, dla przekrzyczenia już nie szumnych bałwanów, ale gwaru rzeszy i kapeli:

— Cuda nam tu waszmość, panie van der Helst, rozpowiadasz o panu Krzysztofie Arciszewskim i bardzo ja rad, że on u was awansował aż na wicereja801 i jakoby drugiego Jazona802. Jeno nie pojmuję, czemu się waszmość tak dziwowasz803? Abo to on pierwszy? Co tu gadać, że my ludzie nie do wody. A ów Jan Skolnus804, co był admirałem u króla duńskiego?

— Kiedy to? — pytał głosem grubym jak tuba marina805 zagadniony gruby van der Helst.

— Oho! Jeszcze za króla Kazimierza. On pono wynalazł takie kraje, co potem z kretesem zaginęły i nikt już nie może ich odnaleźć. To był taki człowiek, jak ów Kolumbus. No, a Sierpinek806? Ten, co to mu król Zygmunt August powiedział pewnego dnia: „Stwórz mi acan flotę”. I stworzył z niczego, i wyrabiał ze swymi freibitterami takie bajkowe cuda, że aż Bałtyk skakał z radości.

— No, no, nie wszyscy skakali — przerwał chmurnie tuż stojący armator Stilling.

— A i to prawda — odparł Zabokrzycki. — Wy, panowie gdańszczaki, nie bardzoście się w nim kochali, nagrzeszyliście z tej okazji kryminalnie, naścinaliście głów niewinnych...807

— No, no... — wtrącił armator. — Co tu wspominać stare rzeczy? Król wonczas wybaczył, a waszmość nie wybaczasz?...

— Dajmy tedy pokój Sierpinkowi. Ale kto jeszcze? No, a Lanckoroński808, komendant pucki? Mało to on się nadokazywał takich dziwów, co godne, żeby je Cycero809 opisował? Albo i Cyppelmann810, co tu, pod samym Gdańskiem, zbił flotę szwedzką? Na to my już sami patrzali.

— A tak — potwierdził Stilling. — To była piękna wiktoria. Cyppelmann miał tylko dziewięć okrętów, a Szwedy miały jedynaście811, a wszelako ich stłukł na miazgę.

— I nawet — wtrącił pan Kazimierz — ich dowódca Hoenszyld był zabit812.

— Jeno — ciągnął dalej Stilling — ten Cyppelmann nie ze wszystkim wasz.

— Jak to: nie nasz?! — krzyknął Zabokrzycki. — Że nazwa Niemcem trąci, to nie racja, tu pełno takich, ale duszą, całą duszą był nasz. Jam ci go znał i miłowałem go jak rodzonego i nie dam sobie gadać, że nie nasz!

Pan Zabokrzycki był zacietrzewiony, pan Stilling także zaczynał się zaperzać, byłoby pewnie przyszło do dłuższej zwady, ale w tej chwili zrobiło się na sali poruszenie; galiarda właśnie dobiegała do końca, muzyka ucichła i tłum zaczął od filarów odpływać ku ścianom, przy czym zgiełkliwą falą rozciął nasze kółko rozprawiaczy.

Nastała między tańcami przerwa, podczas której chędogie813 dziewczęta wysuwały się z bokówek814 i roznosiły po sali rozmaite napitki: dla mężczyzn wina i miody, a zwłaszcza kufle z pieniącym się piwem; dla dam — ciepłą zupkę z bułki, bardzo zdrową, i przedziwne mleczko z migdałami. Ustawiały też na stołach cudne, płaskie naczynia wyrobione w kształcie konch albo łódek, pełne konfitur i cukierków, a przy nich niemniej cudne dzbany z zimną wodą zaprawną815 smakiem owocowym; roznoszono także całe piramidy tłustych przcwybornych ciastek i nawet modne już wówczas torty, nad którymi piętrzyły się różne figurki z cukru; te przedstawiały zwykle jakąś mitologiczną przygodę, najczęściej Wenerę816 wysyłającą Kupidyna817 z łuczkiem albo przyjmującą jabłko z rąk Parysa818; wiadomą jest bowiem rzeczą, że nie ma na świecie miasta, gdzie by ta bogini posiadała tyle posągów i różnych wyobrażeń, ile posiada ich w Gdańsku. Tak to ów ogród, już dziś podtatusiały819, za swoich pięknych czasów umiał był romansowym.

Jeszcze wszyscy mieli usta pełne tych przysmaków, kiedy kapelmistrz sam ujął za skrzypce i urżnął króciuchną, ale dziwną, podrygliwą820 przygrywkę, a wnet po całej sali rozszedł się szmer uciechy, nieledwie okrzyk radości.

Jedni drugich nawoływali, śmiejąc się i klaszcząc w ręce:

— Giga, giga! Będzie giga!...

Ze wszystkich tańców, jakie krążyły kiedykolwiek po warstwach wykształconego społeczeństwa, żaden podobno nie miał tak bajecznych powodzeń jak sławna niegdyś szkocka giga. Był to taniec jeszcze trudniejszy od galiardy, nieledwie akrobatyczny; toteż jeśli gdzie się jeszcze przechował, to tylko między tancerzami na linie, którzy do dziś dnia zdumiewają widzów tym lub owym jego ułamkiem.

Przez ciąg siedemnastego wieku cała Europa szalała za gigą. Szalał za nią i Gdańsk rozbawiony, tym bardziej że mnóstwo mieszkało w nim Szkotów; było nawet jedno przedmieście, zwane Szkockim; wprawdzie miasto miewało częste zatargi z tym przedmieściem (którego mieszkańcy, zabici821 katolicy, bronili gorliwie praw biskupich), ale przy „okrągłym stole” Artusowej uciechy zapomniano krwawych dysput i wobec owej czarodziejskiej nuty wszystkie serca na chwilę w jeden rytm uderzyły.

Widząc pary dobierające się skwapliwie, pan Kazimierz coraz żałośniej opuszczał ręce i głowę. A więc i giga dla niego przepadnie? Ta giga, w której — dzięki marynarskiej swojej sile i zwinności — tak wielkie zawsze odnosił tryumfy!

Wiedziały o tych tryumfach damy; toteż dziwiły się i krzywiły, czemu piękny porucznik żadnej z nich nie zaprasza. Na koniec pewna pani wójtowa, tęga i rumiana jak piwonia, wzięła się na odwagę, trzepnęła go facoletem822 po ramieniu i spytała:

— A co to waszmość tak się zapamiętywasz823 jak figura na mauzoleum? Nie lepiej byś to waszmość szedł do tanku824?

— A poszedłby ci ja na skrzydłach, cóż kiedy ona białogłowa, com ją sobie zarekwirował825, jeszcze nie nadciągnęła z miasta.

— A to waszmość sobie powiedz: Bierz ją licho! I pokonsoluj826 się z innymi. Abo to tutaj nas mało? A z takim rycerskim pląsownikiem827 każda rada wyskoczy. No, kawalerze, wybieraj. Cóż to? Chcesz waszmość nam pergnąć828?

— Ekskuzuj829 wacpani, zara wrócę, jeno mi się widzi, jako moja panna tam ode drzwiów830 nadciąga...

Pan Kazimierz zmyślił sobie tę wymówkę, byle tylko się wyśliznąć ze szpon831 pani wójtowej. Rzeczywiście, nim się obejrzała, pergnął jej spod ręki, ale u drzwi — jak przewidywał — nie znalazł swojej panny.

Wyszedł na taras pełen służby i ciekawych widzów. Stał tam długą chwilę — na próżno! Wprawdzie maruderzy jeszcze nadciągali, ale to już coraz rzadziej się trafiało, i sala była nabita po brzegi.

Przemyśliwał tedy:

„A może by kogo posłać, aby dostać języka832, czy tam się co złego nie stało?”

I żałował, że Maćka z sobą nie miał, ale Maciek został w gospodzie dla pilnowania pewnych koników, co mogły wprędce być potrzebne.

Wrócił tedy pan Kazimierz jak niepyszny między gwarne tłumy, stanął pod filarem, a podczas kiedy giga rozbijała się na środku sali, on utkwił oczy w jednym z nadpowietrznych okręcików i z wolna zapadł w zadumę, która go spowinęła swoim białym obłokiem jako mgła wodna, gdy okręt otoczy.

Nagle... jakaś błękitna jasność olśniła go tak mocno, że aż musiał oprzeć się o filar. To pani jego myśli! To wszyscy oni wchodzą... O... już są na sali...

Przodem idzie pan konsul ubrany bardzo suto, w sajan833 z czamletu834 barwy cygrynowej, czyli koloru wody morskiej (seegrün), z popieliczymi835 wyłóżkami, na przodzie roztwarty; spod sajanu sterczy jego pierś wypukła i wydyma się obercuch836 czarny, sztucznie rzezany, śrebrzystą837 taśmą sznurowany; u kolan i u trzewików chrzęszczą róże z kilkobarwnych838 wstążek, przeszpilone839 srebrnymi sprzączkami; na kapeluszu chwieją się czarne i seledynowe pióra; głowę pod nimi pan rajca nosi wysoko, jednak z tym wszystkim wygląda dziś niedobrze; jakieś ma pod oczami sine plamy, na policzkach ciemne wypieki, krok chwiejny i nierówny. Ale widocznie się przemaga, nadrabia uśmiechem pełnym dumy; a ma z czego być dumny, bo i sam dziś wystąpił uroczyście, i pod rękę prowadzi panią Florę, która wkoło siebie roztacza upajającą czarowność.

Od miesiąca już ona zrzuciła przecie uprzykrzone kiry840 i dziś na koniec mogła przystroić się pięknie. Ach, nie tak pięknie wszakże, jak by chciała! Prawa przeciwzbytkowe ciężą na niej bez miłosierdzia. Mimo wspaniałości swoich wdzięków prosta wdowa po majstrze-pasamoniku nie może nosić ani kosztownych tkanin, ani prawdziwych klejnotów. Ten zakaz jest największą zgryzotą jej życia; ile to już godzin ona się nad nim napłakała! On też jest głównym powodem gwałtowności, z jaką pani Flora pragnie wyjść za którego z członków Magistratu. Ich żony szczęśliwe! Mogą nosić i czysty jedwab, i czyste złoto, i drogie kamienie.

Tymczasem biedna wdówka nagradza sobie te braki wykwintnym smakiem w ubraniu, co sprawia, że w oczach męskich nieraz przyćmiewa mniej piękne, choć wyzłocone „panie radne”.

Dziś właśnie potrafiła sztuką zdobyć takie zwycięstwo. Suknię przywdziała z półbławacia841, zwanego bomzynem842, przepysznej barwy malinowej. Stanik u przodu ma głębokie wycięcie, skąd jej bogate łono wychyla się jakby motyl, co białe skrzydełka rozłożył na dnie kwiatowego kielicha. Porównanie do kwiatu wypada tym stosowniej, że wkoło całego wycięcia rozwachlarza się kołnierz stojący, przezroczysty, oparty na drucianym płotku i tak wywinięty, jakby połowa jakiejś ogromnej lilii. Od tego tła obłoczkowego tym silniej odbijają karminowe usta i przestrzeliste oczy pani Flory. Na głowie, u samego jej wierzchu, ma tak zwaną forgę, czyli kilka piór białych, postawionych zupełnie prosto, które z warkoczowego koszyczka wytryskają w górę, jakby pieniąca się fontanna. Taki przystrój843, podobny do pióropuszów końskich, dzisiejszym oczom wydałby się dziwnym, a nawet może śmiesznym, ale wówczas był bardzo wzięty; a niewiasty lubiły go i za to, że łudząc oko, dodawał im wzrostu, czemu i pani Flora była rada, bo jej postać kształtna, lecz nieco przysadzista, wiele na tej złudzie zyskiwała.

Jeśli strój pięknej wdowy zwracał oczy swoją krasą844 i wybujałą pełnią kształtów, za to ubiór Hedwigi odznaczał się wstrzemięźliwością barw i kroju. Szła ona drobnym kroczkiem po drugiej stronie pana Schultza z oczami utkwionymi w ziemię; dzięki jednak znanej panieńskiej sztuce, mimo spuszczonych powiek, widziała wszystko i wszystkich, a już co najpierw dostrzegła, to żółty szustokor pod filarem. Na ten widok zaćmiło jej się w oczach, ale i tu panieńskie czary przyszły jej nieomylnie w pomoc i, choć tylko już wpółprzytomna, szła dalej, niby przez sen płynąc i budząc wkoło miłe szmery.

Suknia jej nie była dziś niebieska w białe floresy, ale biała w niebieskie ciągnione845 kwiateczki. Uszyta ze wschodniego, półprzezroczystego persu846, sięgała po samą szyję, bo pan majster czy zazdrosny o widok jej wdzięków, czy przejęty purytańską surowością, pomimo nalegań pani Flory nie pozwolił w żaden sposób, aby miała stanik wycięty. Więc wkoło jej szyi marszczyła się jak zawsze stokrotkowa kreza, tylko zrobiona z koronki nierównie piękniejszej niż codzienna. W złotych włosach miała, jak zawsze, bramkę z błękitnej wstążki, ale dziś był na niej naszyty diadem z bursztynowych kwiatów, prześlicznych i mgławoprzejrzystych, trzęsących się za każdym jej ruchem jak światełka. U drobnych uszu wisiały takież same kolczyki, obrobione w kształcie serduszek. W pasie też owinęła się bursztynowym sznurem, którego ziarna grube, równe, białawe spadały na przód sukni, jakby dwa różańce zakończone chrzęstliwymi wisiorami. Nawet jej rękawiczki białe, niebieskim jedwabiem haftowane, zapinały się na bursztynowe guziczki.

Ktoś z obecnych, spostrzegłszy u niej ową mnogość morskiego klejnotu, nazwał ją „bursztynową panienką”. Nazwa ta wnet obiegła całą salę, a niejeden, sądząc z oblicza, mówił, że i serce u niej musi być „czyste jak bursztyn”.

Za majstrem i jego dwiema towarzyszkami samotnie stąpał Kornelius w ubiorze holenderskim o dwóch niewesołych kolorach, ciemnostalowym i ciemnoceglastym, co go czyniło podobnym do pęku zardzewiałych kluczy i dobrze licowało z jego posępną twarzą przypominającą twarze więziennych dozorców.

Przybycie nowej gromadki sprawiło niejakie wrażenie w Artusowej sali. Hedwiga ukazywała się tam po raz pierwszy, a i panią Florę (która najpierw dla choroby847 mężowskiej, a potem dla żałoby przebyła parę lat w zamknięciu) witano jakby zmartwychwstałą. Obie panie zostały skwapliwie otoczone. Pan Kazimierz najskwapliwiej nadbiegał i już chciał witać się z Hedwigą, gdy pani Flora, odciągnąwszy go na ubocze, zaczęła mu z żywością rozpowiadać:

— Ach, wasza miłość, ani sobie figurujesz848, co ja przeszłam srogich emocji! Żeby nie ja, waszmość byś tu nie widział swojej panny.

— Wielki Boże! Co się stało?

— Rzecz dość zwyczajna, pan Schultz nam zachorzał849.

— Aha! Co prawda, źle mu z oczu patrzy. No, aleć to nic obłożnego, kiedy przyszedł?

— Nie przyszedł, jeno się przywlókł. On często miewa jakoweś darcie w nogach i jakieś okrutne bolenie na wnętrzu850. Medyk Pagliano zadekretował851, jako to zbytnia wilgoć z picia cerewizji852, ale pan konsul powieda, że Włoch nie zna się na piwie i dlatego takie androny 853plecie, i cały Magistrat go w tym sensie sukursuje854, bo wszyscy oni w piwku się kochają. Owóż dziś przychodzę do nich, już ustrojona... wszak niepodle855, co?

— Ach, boginie z Olimpu856 mogą zajrzeć wacpani!

— Tedy widzę i Hedwiga już wymuskana, jeno pan majster jeszcze się guzdrze i szat nie naciąga, i popija tyzannę857, a precz stęka: „Oj, bieda! Nie mogę pójść, Herr Gott! Nie mogę”. Ja tedy w duszy rada, że nam wolność ostawi, dalej w namowy: „Ostań się waszeć doma858, legnij na becikach859, a ja pannę Hedwigę zabiorę i pomatkuję modelowo”. A tu, figuruj sobie waszmość, jak się dziewczyna wyrwie, tak mało co wszystkiego nam nie popsowała. Powieda: „Kiedy pan majster nie idzie, to i ja nie pójdę, jeno się ostanę, aby dobrodziejowi usługować860”. I już odpina kolce i ściąga rękawice. Ażem się zdumiała, bo to wszelaka panna, kiedy ma iść na taniec, to i po trupach by gotowa skoczyć, a ta benewolnie861 powieda: „Nie pójdę”. No i co waszmość powiesz? Właśnie tą cnotą wygrała. Pan Schultz się rozczulił, że aż oczami zaczął mrugać, a ja na niego wsiadam: „A nie wstyd to waszeci przyjmować takie sakryficjum862? Każ jej pójść ze mną, i basta”. A pan Schultz: „Ja większe zrobię sakryficjum: acz kiszki we mnie piszczą, pójdę”. I zaraz się odział i takeśmy go tu przywlekli, ale ja radzę waszmości, co masz robić, to prędko rób, albowiem on lada moment zacznie znowu stękać i gotów się z nią wynieść przed północkiem.

— Niedobra to impreza — odparł skłopotany pan Kazimierz. — Niełacno tak wielkie plany egzekwować863 na łapu-capu. Ha no, wezmę się do rzeczy, aleś zawdy mi już wacpani fantazję864 zwarzyła.

— No, no, jeśli waszmość nie potrafisz w godzinę przerobić jej konwikcji865, to powiem, że z Wodnej Armaty nietęgie wychodzą konkieranty866.

Ważną tę rozmowę przerwał burmistrz Freimuth, który już od początku krążył około pani Flory; należał on do jej stałych wielbicieli; ach, i ona byłaby dla niego wszystkimi innymi pogardziła, bo i piękny jak bożek, i dwa razy bogatszy od pana rajcy, i burgemeister867, jeden z miejskich królów! Ale cóż, kiedy, niestety, już miał żonę! Wprawdzie chuda była jak szczapa i kaszląca jak owca, mówiono, że niedługo pociągnie, wszelako trudno liczyć na takie gadanie; skrzypiące drzewo nieraz przetrwa najzdrowsze zagajniki. Wiedziała więc mądra wdowa, że pan burmistrz obecnie na nic jej się nie przyda, w każdym razie jego nadskakiwanie pochlebiało jej bardzo słodko, a co więcej, mogło posłużyć za wabik na inne ptaszki. Rozpoczęła więc z nim rozmowę ciętą i świecistą868 jak rotowy ogień, a od czasu do czasu strzelała na bok okiem dla przekonania się, czy w obliczu pana majstra nie dojrzy błysku pożądanej zazdrości.

Ale majster w tej chwili nie patrzył na panią Florę, tylko na Hedwigę, którą tancerze już hurmem otoczyli. Był między nimi śliczny imci pan Morsztyn ze swoim złotym puklem i sire de la Crosade z perłą w uchu, i nawet najmłodszy ze Spiryngów. Zaciekawieni kwitnącą buzią i turkusikowymi oczami „bursztynowej panienki”, wszyscy zapraszali ją do sarabandy869, której hasło już dwaj główni skrzypkowie dawali na chórze, wykonywając przygrywkę śliczną i cieniuchną, jakby rozmową dwóch słowików. Hedwiga, zakłopotana, rumieniąca się po same oczy, kręcąc w ręku bursztynowe wisiory, odpowiadała kawalerom, że „bardzo przeprasza ichmościów, że chyba to będzie na później, bo do pierwszej sarabandy już się przyobiecała imci panu Koryckiemu”.

Właśnie też Kazimierz nadchodził, spojrzał z dumnym uśmiechem po współzawodnikach i wyprowadził ją na środek sali, gdzie kilkanaście par już stawało do sarabandowych zalotów.

Cudny ten taniec hiszpański, wprowadzony do Paryża przez tancerkę Zarabandę870 (która mu też i nazwę zostawiła), stał wtedy u zenitu swojej wziętości. Pary szykowały się do niego we dwa rzędy, mężczyźni po jednej stronie, a kobiety po drugiej, ale każda para była tylko sobą zajęta, między każdą z nich odgrywał się osobny dramacik miłosny, pełen dworskiego wykwintu i godności; przebieg jego był dość powolny, w tempie dosadnie wybijanym, i można twierdzić, że pozostał wspaniałym pierwowzorem, z którego menuet871 później się urodził, a raczej wyrodził, bo gdy sarabanda była tylko czułą, menuet stał się czułostkowym.

Pan Kazimierz zaczynał taniec z myślą — jak sam powiedział — zwarzoną przez ostatnie słowa pani Flory. Tak mało mieć czasu na wykonanie tak wielkiego zamiaru to prawdziwa feralność872! Ale po chwili wrodzone junactwo zapanowało w nim nad wszelką troską i powiedział sobie:

„A może właśnie lepiej tak? Dość już onego politykowania. Raz trza ruszyć z kopyta i pokazać się konkierantem”.

Wkrótce też urok niemego dramatu, pieszczotliwość muzyki rozkołysanej, a zwłaszcza wdzięk istoty, co się przed nim przesuwała jak senne zjawisko, wprowadziły go w takie upojenie, że co chwila zapominał uczonych873 zwrotów tańca, płonął, rwał się, byłby chciał chwycić ją w objęcia i uciec z nią na jaką pustynię. Tymczasem przynajmniej słodkimi słowy czynił sobie folgę874. Powolność ruchów i niejakie w nich przestanki pozwalały na częstą, choć rwaną rozmowę. I tak przy pierwszym ukłonie zapytał:

— Na jaką to pamiątkę wacpanna zawdy się odziewasz w niebieskość i białość? Czy dlatego, że z nieba zeszłaś i że konserwujesz875 niewinność aniołów Pańskich?

Hedwiga, ująwszy suknie w obie ręce i oddawszy mu wzajemny ukłon, odpowiadała:

— Nie, proszę waszmości. To na pamiątkę onych szatek, co mię w nich poganie zabrali. To były ostatnie szatki, w jakie mnie moja matka przyodziała, i kiedy takowe noszę, to mi się wydawa876, jakobym jeszcze pełniła rozkazanie877 mojej świętej matki.

Tu żywsze zwroty przerwały rozmowę. I znowu, w chwili gdy podawał jej rękę, tancerz nagle przystanął, jak gdyby olśniony, oczy sobie drugą ręką przysłonił i spytał:

— W jakiej to kryniczce878 wacpanna się mywasz?

Ona, obiegłszy go dokoła, położyła paluszek na ustach i odrzekła:

— A! To mój sekret.

A znów on, ścigając ją kolisto, wedle figury tańca, pochylił przed nią kolano i, patrząc błagalnie, mówił:

— Zmiłujże się, o panno mego serca, nad mymi oczyma, boć ja oślepnę od glancu879 twojej urody.

Ona wykręciła się na końcu stopy i odparła figlarnie:

— A kto waszmości każe patrzeć?

— Kto? Kto?... — powtarzał kilka razy i pytanie to przeciągnął aż do chwili, w której ostatnia figura taneczna pozwoliła mu ręką przesłać jej od ust pocałunek, naonczas880 dopiero dał odpowiedź:

— Kto mi kazał? A któż, jeśli nie ten bożek, co sam na oczach nosi bindę881, a ludzkie oczy otwiera na to, co jest godne jeno bogów?

Tu smyczki, uciąwszy codę882, zagłuszyły wszelką rozmowę. Kazimierz po zakończeniu tańca podał jej znowu rękę, odprowadził ją na ławeczkę pod filar i stanąwszy tuż obok, mówił głosem przyciszonym a drżącym od wzruszenia:

— Bożek to maluśki, ale srogi. Puścił mi tu w piersi taką haniebną strzałę, że ja z niej muszę umierać, jeśli wacpanna mię nie wykurujesz.

W Hedwidze serce uderzyło jak u wylęknionego ptaka. Zrozumiała, że nadchodzi już chwila przełomu, ta cudowna i groźna chwila pierwszego wyznania, której czysta panieńska dusza i pragnie, i lęka się zarazem.

Cała drżąca zapytała ledwie słyszalnym głosem:

— A jakież ja waszmości mogę podać remedium883?

— Daj mi wacpanna swoją rączkę w dozgonną posiadłość884, a ja ją sobie położę na sercu i pod tą rączką jak pod mekkańskim balsamem885 rana się w ten moment zagoi.

Hedwiga, mieniąc się jak cudowny obraz, odparła już pewniejszym głosem:

— Rada bym ja to dla waszmości uczyniła, bo i miłosierdzie każe rannych opatrować886, ale decyzja nie jest w mojej mocy.

— Jeno czyjej? — zapytał, chmurząc się i brwi naciągając.

— Ano pana Schultza. Wszak ci to mój opiekun wedle prawa. Jemu waszmość się zadeklaruj.

— Nigdy! Za nic w świecie! — zawołał Kazimierz głosem nagle podniesionym. Po chwili zmiarkował swą nieostrożność i mówił znowu ciszej: — Nie można i nie godzi się. Najprzód musiałbym powiedzieć, żem nie jest wacpanny brat.

— A to i lepiej. Niechże raz już się skończy to grzeszne kłamanie.

— Dobrze, ależ pomyśl wacpanna, ja mam się prosić mojego rywalizatora887? Kłaniać się? I to jeszcze przed kim! A jak zrekuzuje888?

— Może i nie zrekuzuje. On się bardzo w waszmości kocha.

— Tak, póki myśli, żem brat.

— Przy tym będzie pochlebion889 proszeniem się waszmościnym.

— Dobrze, ale jak zrekuzuje, to co będzie potem?

— To się obaczy. Po co mamy sobie złą kabałę890 wyciągać przed czasem? A może i pozwoli? Wszak ci on zawdy powieda, że chce mojego szczęścia.

— Więc to wacpanna mianujesz swoim szczęściem?

Hedwiga spojrzała na niego z uśmiechem i rzekła:

— Niby to nie wie wasza miłość?

A na tym ostatnim wyrazie położyła słodki nacisk, jeszcze wymowniejszy niż to jej spojrzenie i ten uśmiech. Kazimierz złożył ręce w zachwycie.

— A toś wacpanna z mańki mię zażyła891. Po takowym słówku jakoż ja mogę się jeszcze rewoltować892. Pójdę, chociażbym wolał iść na bomby i smoki niż w pokłony do tego człeka. Co robić? Wacpanna każesz, pójdę, i to dzisia, w ten moment. Raz kozie śmierć! Niechże już wiem, co mię czeka. Jeno błagam, panno mego życia, panno mego zbawienia, choćby zrekuzował, nie odpuszczaj mię od siebie, jeno ratuj.

— Dobrze, dobrze, najprzód waszmość zrób swoje, a potem i ja zrobię, co się da.

Kazimierz spojrzał raz jeszcze na Hedwigę z niewymowną czułością i puścił się między tłumy dla odszukania pana Schultza.

Siedział on pod piecem oparty obu łokciami o stolik, na którym świeciła przed nim szklenica pełna piwa. Spostrzegłszy nadchodzącego Kazimierza, odezwał się dość wesoło:

— Co to waszmość tak żywo ze swoją panną siostrą gadałeś?

— My właśnie uradzili, abym ja się przed panem konsulem prezentował893 z wielką nowiną i wielką petycją894.

Po twarzy majstra przeleciała chmurka niepokoju.

— A!... Cóż to takiego?

— Dostał ja na koniec z domu on wyglądany respons i pan miecznik mi w nim rememoruje, jako Krysia miała już trzy czy cztery lata, kiedy ją w jasyr zabrano. Tedy to na żaden fason nie może być panna Hedwiga.

— Hm! I żeś to waszmość sam sobie tego nie rememorował, to czysty fenomen...

— Jam się jeno z braćmi zabawiał, na siostrzyczkę mało my dbali895, aż dopiero gdy zaginęła, wtedy poniewczasie była żałość.

— Szkoda! Zła nowina. Już my tedy nic sobie nie będziem. A jam już się nauczył uważać waszmość za kawałek syna.

Kazimierz przygryzł sobie wargi. Miał ochotę powiedzieć:

„Za wiele konfidencji896, panie łyku!”

Ale się powstrzymał i z przymuszonym uśmiechem odpowiedział:

— A może on kawałek syna się ostanie? Powziął ci ja dla tej panienki tak wielki a święty afekt, że bez niej żyć dalej ani rusz. Nie mogę być bratem, ale mogę być lepiej, małżonkiem.

Tu Kazimierz powstał i pięknie się pokłoniwszy, wymówił uroczystym głosem:

Tandem897 tedy przychodzę z tą petycją, abyś waszeć, jako przybrany ociec panny Hedwigi, chętnym sercem dał mi ją za żonę.

Pan Schultz w jednej chwili zmienił się do niepoznania. Pulchna, czerwona twarz jego nagle wydłużyła się i zżółkła. Wlepił w Kazimierza okrągłe, rybie oczy i przez zęby sam do siebie mruczał:

— Aha! Wylazło szydło z worka. Niegłupi był mój Ollender.

Pan Kazimierz, zniecierpliwiony, siadł na powrót i ręką w stół uderzywszy, zapytał:

— No cóż tedy?

Majster, nie wstając z ławy, głową się tylko ukłonił i odpowiedział z szyderczym uśmiechem:

— Wielki to dla nas onor898, że klejnotny pan zniża się do biednej sierotki, szkoda jeno, że ten onor za późno przychodzi.

— Jak to: za późno? Co to znaczy?

— A nie oświadczył ci ja waszej miłości, panie kawalerze, zaraz przy pierwszej waszmościnej wizycie, że małżonek dla Hedwigi już jest wybran899?

— Prawda. Waszeć to gadałeś. Ale póki ksiądz nie związał stuły, to jeszcze można zmienić rezolucję900.

— Nie, panie kawalerze. Co Johann Schultz raz powiedział i zadecydował, tego już nie odmienia.

— Odmieni, odmieni. Miejże waszeć Boga w sercu, ja pięknie proszę i panna Hedwiga powieda, że to będzie jej szczęście.

— A! Ona tak powieda? No to się waszmość dobiłeś901. Harde to dziecko, co śmie takie rzeczy gadać. Trza ją nauczyć moresu902.

— Nie hardać903 ona, kiedy chce mieć waściny asentyment.

— Czy chce, czy nie chce, bez mojego asentymentu nic nie będzie. Gdzieżeś to waszmość czytał takie prawo, aby uczciwa frajlein sama dawała decyzję o swoim hymenie? To rzecz rodziców abo familijnego konsylium904. A w tym trybunale ociec abo opiekun to najwyższy sędzia.

— Masz rację waszeć, jeno i w tej lex905 jest ekscepcja906.

— Na przykład jaka?

— Wtedy, kiedy sędzia jest razem907 i stroną.

— Po palestrancku908 waszmość mię zajeżdżasz. Ja prosty człek, nie rozumiem tych subtelności. Jeno wiem, że z tego nic nie będzie.

— Czy to jest ostatnie waszecine słowo? Panie rajco, weź tę rzecz na rozmysł909, abyś dzisiejszej wiolencji910 kiedyś nie pożałował. Ja jeszcze poczekam. Waszeć myśl odmienisz i jeszcze raz pogadamy.

— Nie, panie kawalerze, próżno się waszmość nie fatyguj, keine911 gadanie, rzecz skończona.

Tu pan majster powstał, ukłonił się sztywnie i zakończył:

— Raz jeszcze uniżenie dziękuję za onor nam wyrządzony, acz na moją aflikcję912 poniewczasie, i żegnam waszą miłość, bom ciężko chor913 i pono przyjdzie mi opuścić tę piękną kompanię.

To mówiąc, oddalił się z pokornymi słowami, ale z szyderczym uśmiechem na ustach i z głową hardo podniesioną. Pan Schultz, jako nieodrodny gdańszczanin, zawsze i wszędzie nosił ją wyniośle, a już najwynioślej na ratuszu i w Artusowej sali, bo tutaj, widząc wkoło siebie potęgę Miejskiego Senatu i blask miejskiego patrycjatu, czuł się mocnym na swoich złotych śmieciach i nawet klejnotnym panom rad przycierał rogów. A już nigdy nie doznał większej pod tym względem rozkoszy jak dzisiaj, kiedy w osobie pana Kazimierza upokorzył i zuchwałego szlachetkę, i przeszkodnego914 współzalotnika.

Dziwną może wydawać się cierpliwość, z jaką siarczysty915 pan porucznik przełknął tę nauczkę i zaprawdę nie byłby jej zniósł tak przykładnie, gdyby nie przekonanie, że wkrótce, dziś jeszcze, ukarze hardość mieszczanina i zemści się na współzawodniku. Ta myśl ubierała i jego usta szyderczym uśmiechem i chociaż krew się w nim burzyła, choć ręce go swędziły, myślał sobie:

„Dobrze, dobrze, ja jeszcze tak wolę. Obejdę się bez twojej permisji916”.

Jednak ostatnia groźba pana Schultza naprawdę go rozzłościła i nawet niepomału917 przeraziła.

— Tam do licha! — szepnął. — Jeśli on ją ma zaraz uprowadzić, to cały plan w łeb weźmie, przynajmniej na dzisia.

Tu wstał gwałtownie, plecami o piec się oparł i głowę, jak mógł, wysunął ponad tłumy dla odnalezienia Hedwigi.

Nietrudno ją było odnaleźć: wszystkie oczy zwracały się ku niej. Pośrodku sali, w największym wirze tańców, przesuwała się lekka, jakby duch niebieski, prowadzona przez imci pana Amsta Spirynga, który właśnie w tej chwili kończył z nią kuranta i przy ostatnich zwrotach rzucił pod jej stopy swój płomienny tulipan. Ale i odetchnąć jej nie dano. Kurant (la courante), wdzięczny taniec francuski, zgrabny i posuwisty, był sam w sobie niezmiernie krótkim918, ale za to zwykle powtarzał się wielokrotnie, bo w końcu zawierał pewną złośliwą figurę, dzięki której, przy zręcznym trafieniu w dobrą chwilę, jeden kawaler mógł drugiego ubiec i podstępem odbić mu tancerkę, z czego też powstało przysłowie: „Trafił frant919 na franta i wyciął mu kuranta”.

Hedwigę dziś ciągle odbijano. I teraz ciężkiemu panu Spiryngowi sprytny sire de la Crosade ją odebrał i wydawał się tak uszczęśliwiony ze zdobycia „bursztynowej panienki”, że niektóre siedzące panny zapytywały gorzko, czy ten znów z ucha sobie nie wyrwie perły i nie ciśnie jej pod nogi tego podlotka, co nie wiedzieć czym, chyba czarem nowości, tak bezwstydnie łowi tancerzy.

W tym krzyżowym ogniu hołdów i zazdrostek Hedwiga byłaby mogła bawić się tryumfalnie, ale ona wcale nie czuła tryumfu; przeciwnie, w rysach nosiła wyraz głębokiego, źle przytłumionego sfrasowania920 i głowę z niepokojem obracała to ku piecowi, skąd jej świeciły gorejące oczy Kazimierza, to w przeciwną stronę, ku ławie przeznaczonej dla najpoważniejszych matron.

Zaciekawiony pan Kazimierz także w tę stronę skierował spojrzenie i dostrzegł tam pana Schultza. Grono starszych i młodszych niewiast otoczyło go bardzo rojnie, podczas gdy on głową kręcił i ręce rozkładał jak człowiek, co się uniewinnia. Nagle zniknął w tłumie, a pan Kazimierz usłyszał tuż obok siebie wesoły głos pani Flory:

— Przychodzę z dobrą nowiną. Ale... co to waszmość taki najeżony?

— A jakoż mam się śmiać? Uczyniłem staremu deklarację, no i ładnie na tym wyszedłem.

— A to waszmość głupstwo zrobiłeś.

— Jakoż nie było zrobić, kiedy panna Hedwiga nie chciała ze mną gadać, dopóka921 nie zdeklaruję się przed onym ślicznym opiekunem?

— No, no, nie sierdź się waszmość... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; już ona teraz będzie wiedziała, czego ma po nim czekać922, i łacniej nam z nią pójdzie. A właśnie czas po temu, przynoszę dobrą nowinę: pan Schultz wraca do domu sam, a ją zostawia pod moją protekcją.

— Chwałaż Bogu! A to jakbym odżył. I jakżeś to wacpani takie miraculum923 zrobiła?

— Z początku chciał ją zabierać. Ja spolitykowałam i nic nie kontruję924, ale nasadzam na niego inne białogłowy, a najwięcej tę gadzinę Freimuthową, co taka zła jak i chuda. Wszystkie tedy w krzyk: „O, jaki z waszeci tyran! Biedne dziecko ledwie co zażyło pierwszych tańców i już ją zabierać? Zostaw nam ją waszeć, my wszystkie będziem jej matkowały”. A ta chuda złośnica, Freimuthową, jeszcze mu dolewa: „Ho, ho! My wiemy, czemu pan konsul chce ją wyprowadzić: bo go bierze zajzdrość, kiedy drudzy z nią sarabandują, a jemu powaga już nie pozwala hasać”. Tedy pan Schultz zawstydził się okrutnie i powieda: „Otóż ja pokażę wacpaniom, że to nie żadna zajzdrość. Ostawię tu Hedwigę choćby do jutra, choćby do południa — a wy jej matkujcie. I wiedzcie, że ja nie żaden tyran”. Widząc taką wiktorię925, chciałam rzecz dokończyć i powiedam: „Weź waszeć Korneliusa za rękodajnego, bo ledwo się na nogach trzymasz, a nam jeno pacholika odeślij”. Ale tu się nagle zaperzył i ofuknął mię: „O! Co to, to nie. Za nic w świecie. Niechże i ten biedny chłopczysko choć raz w życiu polustykuje926”. A jam zmiarkowała, że jemu nie chodzi o lustyki, jeno że chce nam ostawić szpiega. Co waszmość tak się srodze marszczysz?

— Bo to zła nowina, co mi wacpani przynosisz. Kiedy Ollender ostaje, to my nic nie wygrali. On gorszy od starego. Już ja go chyba gdzie w kącie przyduszę albo kolnę927.

Pani Flora, przestraszona, chwyciła pana Kazimierza za rękaw.

— Na miłość Boską, nie czyńże waszmość nijakich ekscesów, bo dopiero wtedy rzecz zagubisz. Już ja tak zrobię, że i Ollendra sprzed oczu waszmościnych sprzątnę.

— Ciekawym, co wacpani z nim zrobisz?

— Jeszcze nie wiem... już moja w tym głowa... jeno waszmość nie turbuj się928 na próżno, ale bacz pilnie, i jak tylko pan Schultz się wyniesie, w tenże sam moment suń do ataku.

To rzekłszy, pani Flora sama przesunęła się przez całą salę dla naocznego sprawdzenia, czy pan majster istotnie się wynosi.

Zastała go już na tarasie kończącego przyciszoną rozmowę z Korneliusem.

— Tedy — szeptał — nie spuścisz jej z oka. Ja więcej na ciebie rachuję929 niż na wszystkie babskie protekcje. Ty mędrszy, niżeli ja myślał. No, a teraz — ciągnął dalej, sięgając do kieszeni — oto masz klucz od mojego domu. Weź go, bo ja nie chcę, abyście się długo dobijali. Szpetnie to dla frajleiny stać po nocy na beischlagu i czekać jak jaka żebraczka.

Gute Nacht, Frau930 — dodał, zwracając się do pani Flory. — Jużem ja Hedwidze przykazał, aby się wacpani pokornie trzymała i w jej zacnej kompanii doma powracała. Po co ja pił to piwsko, może mi ono zaszkodziło?

Tu szczelnie płaszcz zapiął, oparł się na ramieniu pacholika, który w drugim ręku miał zapaloną pochodnię, i stękając, i utykając, puścił się w drogę dość nużącą, bo Dom Bursztynowy był na jednej z oddaleńszych931 ulic.

Stanął jednak w końcu przed swoimi drzwiami, skąd pachołka zaraz na powrót odesłał do Artushofu, sam zaś raz i drugi targnął za kołatkę.

Jak przewidywał, niedługo przyszło mu czekać. Mina jeszcze wyśrebrzała932 swoje cyny i wyzłacała mosiądze. Bardzo się zlękła i zgryzła na widok chorego majstra, dla którego — jako prawdziwa zahukana Niemka — miała cześć prawie niewolniczą. Naznosiła mu też betów co niemiara, naparzyła ziółek w trzech gatunkach i za to miała tę pociechę, że po jakiej godzinie ustały majstrowe stękania. Czy dzięki swobodzie, jaką chory odzyskał, opuściwszy duszną salę i rozzuwszy się z ciasnej szaty, czy dzięki ziółkom i wypocznieniu, dość że uczuł się lepiej, ale to tak lepiej, że znów zaczął samego siebie łajać:

— Po com ja głupi wyszedł z Artushofu i ostawił ją na cudzej łasce?

Odesłał Minę i chciał zasnąć, ale na żaden sposób nie mógł. Ciągle widział Hedwigę tańcującą z innymi, uśmiechającą się do innych, zwłaszcza do tego mniemanego brata, co go tak haniebnie oszukał.

„I jeszcze — myślał sobie — powiedziała, że tam jest jej szczęście! E! Może i nieprawda? Młodziki rade933 kłamią, byle się pochwalić. No, a choćby i powiedziała, to kto by tam zważał na dziecinne gadanie? Boć to jeszcze dziecko. Póki go widzi, to się jego tandresami934 niby cackiem bawi, a jak trzy dni go nie obaczy, to i zapomni z kretesem. Ale niech no ja do niej naprawdę sunę w koperczaki935, to dopiero ją rozamoruję936, bo jużby chyba musiała być obrana z rozumu, gdyby nie pojęła, co to dla niej za szczęście”.

Tak rozmyślając, pan rajca z boku na bok się przewracał, a wciąż nadsłuchiwał, czy Kornelius nie otwiera drzwi dolnych, czy suknia Hedwigi nie chrzęści po schodach.

Na koniec mu się wydało, że oczekiwani prędzej wrócą, jeśli będzie ich wyglądał oknem. Wstał więc, poprawił na głowie szlafmycę937, na barki nadział szlafrok mięciusieńki, tkany w duże różnobarwne kwiaty, i z komory sypialnej przeszedł do przeciwległej, skąd mógł widzieć taras i ulicę. Nie zabrał nawet z sobą świecy, gdyż od tamtej strony księżyc przepysznie jaśniał.

Siadł tedy pan konsul w oknie, a że przez małe, wypuklaste szybki trudno było rozeznać głąb ulicy, więc uchylił nieco jedną połowę okna i z rozkoszą wciągnął do piersi wonne powietrze ciepłej, letniej nocy.

Długo tak siedział i marzył, i wyglądał, ale na ulicy było pusto i głucho, tylko księżyc nieznacznie posuwał się po niebie i zegary miejskie z przekorną powolnością wydzwaniały ciążące majstrowi godziny.