V. Pod srebrnym księżycem
Tymczasem w Artusowej sali Hedwiga niespokojnym wzrokiem szukała oczu pana Kazimierza, który, wcale nie patrząc na nią, siadł pod piecem i żywą rozmowę prowadził z panią Florą.
— Boże mój! Czy on się na mnie sierdzi938? O! Ani pojrzy...
Za to kto inny spoglądał aż nadto; Kornelius, wpół ukryty za filarem, ścigał ją wciąż oczyma, których złośliwa chmurność prawie dotykalnie ciężyła jej nad głową. Wkrótce jednakże kilku oficerów z marynarki otoczyło go wesołym gronem i wśród żartów i śmiechów uprowadziło do bocznej komnaty, z której dolatywał ciągły brzęk butlic i kielichów. Kornelius opierał im się długo, po drodze jeszcze ciągle głowę w tył obracał i niespokojne spojrzenia ciskał na Hedwigę. W końcu wszakże czy dał się porwać kielichowej pokusie, czy dał się olśnić towarzystwem paniczów, których nagła uprzejmość zawrotnie mu pochlebiła, dość że coraz miększy stawiał opór, dał się zaciągnąć do progu bokówki, raz jeszcze spojrzał na salę i zniknął.
W tej chwili pan Kazimierz wstał jakby pod naciskiem sprężyny i krążąc pomiędzy tłumem, nieznacznie zbliżał się do Hedwigi. Gdy stanął przed nią, przelękła się zmiany zaszłej na jego twarzy; mimo upału, panującego w sali, był blady, oczy iskrzyły się jak u żbika.
Pochylił głowę i przez zęby mówił:
— Teraz tedy wacpanna możesz zweryfikować, jaka jest dla niej moja adoracja939, kiedy, wedle jej ordynansu940, pokłoniłem się temu staremu łykowi, wziąłem rekuzę941 i nie zdławiłem go na miejscu. Poszedł doma żyw.
— Boże miłosierny! Więc nie chce?
— A jakoż ma chcieć? Woli skarb dla siebie chować niż drugiemu darować. Że rekuzuje, to nie dziw; jeno to mi dziw, żeś mnie waszmość panna tak szpetnie zarezykowała942.
— Boże dobry, cóż i miałam robić? Godziło się tak uczynić bez943 respekt dla mojego protektora944.
— Na respekt dla tego tyrana to wacpanna baczysz, a na despekt945 dla mnie to nie raczyłaś baczyć.
— Nagrodzi się ten despekt waszmości.
— A to na jaki manier?
— Teraz ja poproszę dobrodzieja.
Pan Kazimierz gorzko się roześmiał.
— I waszmość panna figurujesz sobie, że co wskórasz?
— Kto to wie? Nie taki pan majster straszny, jak go malują. Widziałam ja nie raz, jeno sto razy, jak na tę kochaną panią Dorotę fukał i nukał, a w końcu zawdy stało się po jej woli.
— To był jenszy interes. Ja suplikuję946, ja ostrzegam, nie proś wacpanna.
— Dlaczego nie mam prosić? Sumnienie947 mi każe popróbować wszelkich submisji948. Zabić mię przecież nie zabije.
— Ja bym zabił, gdybyś wacpanna chciała iść za jenszego.
Hedwiga podniosła ku niemu oczy pełne lęku i — zachwycenia.
Słowa te, wypowiedziane głosem niby spokojnym a zdławionym, od każdego innego byłyby ją na śmierć odstraszyły. W ustach Kazimierza na śmierć ją do niego przywiązały. Teraz dopiero pojęła, jak jest przepaściście kochaną.
Ale jednocześnie uczuła po raz pierwszy i cały ogrom swojej kobiecej władzy. Uśmiechnęła się w duszy i pomyślała: „Oho! Jeśli oni tacy, toć ja i z panem rajcą zrobię, co jeno zechcę”.
A potem głośno rzekła do Kazimierza:
— Nie turbuj się waszmość, Pan Bóg czasem słabej białogłowie da wiktorię tam, gdzie kawalerskie miecze się zwijały, jak to widzimy z onej nabożnej Judyt949.
— Usieczże mi wacpanna pijaka Holofernesa, bardzo proszę — odparł z bladym uśmiechem. Widoczną jednak rzeczą było, że do żartów tylko się przymusza, a w duszy nierad jest jej postanowieniu. W tej chwili pani Flora przystąpiła do nich, śmiejąc się na całe swoje puszyste gardziołko.
— Udało mi się! — wołała. — Jak Boga kocham, udało się! Poprosiłam socjuszów950 pana oficyjera, aby wywiedli na kunsztyczek951 tego Murzyna Korneliusa, co nas tu szpiegował jak Turczynki w szaraju952, i wywiedli go, jak Boga kocham, wywiedli! Teraz możemy się bawić tak, co to hulaj dusza!
— Więc to wacpani koncept953? — podjęła Hedwiga. — Niechże Pan Bóg wacpanią nagrodzi, boć od tych jego złych oczu to dalibóg można zachorować. Ale... na Boga żywego! Wszak ci on ma klucz? Jakże my powrócim?
— Wyciągną mu i klucz, wyciągną! Czego to nie potrafią panowie oficyjery? — mówiła z uciechą pani Flora i w szczerym śmiechu pokazywała dwa rzędy wiewiórczych ząbków i byłaby długo mówiła jeszcze, ale naraz dziesięciu mężczyzn, młodych i starych, ładnych i nieładnych, przybiegło, aby prosić ją w taniec; wybrała najładniejszego i puściła się z nim w kuranta, gdzie umiała zataczać owe sławne esy, przed których kometową hiperbolą954 inne pary, wystraszone, musiały co żywo pierzchać.
Pan Kazimierz także puścił się z Hedwigą, ale wciąż był chmurny, nic a nic nie mówił i, tańcując, przeszywał ją wzrokiem pełnym takich czułych wyrzutów, że w jej głowie myśli się mieszały, a w piersiach serce od żalu zamierało.
Dobrze już po północy nastąpiła przerwa, po niej zaś na koniec dawno już upragniony cel wielu oczekiwań, tak zwany taniec wianków albo taniec panieński, mężatki bowiem nie brały w nim udziału; wdowy mogły się do panien przyłączyć, chociaż — prawdę mówiąc — stateczni ludzie nie bardzo im to pochwalali. W domu, gdzie podobny taniec miał być wykonany, robiono już naprzód ilość wianków odpowiadającą liczbie panien. I tutaj Magistrat kazał upleść całe stosy kwiecistych wieńców, co pora letnia wielce ułatwiała. Mężczyźni stanęli pod ścianami, muzykanci zagrali coś dziwnie słodkiego. Panny wychodzą parami, każda w jednym ręku niesie wianek, drugą ręką trzyma dłoń towarzyszki; obchodzą salę dokoła, skromnie, ze spuszczonymi oczyma; z wolna jednak rytm się ożywia, pary się rozrywają, coraz to któraś z tancerek wyfrunie na środek sali; tam w uczonych955 łańcuchach i kręgach tworzą wzorzyste figury taneczne, zaczynają z uśmieszkiem spoglądać po widzach. Nagle wszystkie stanęły; każda podobna do posągu greckiej bogini Victorii956 trzyma wieniec nad głową; tak stąpa ku widzowi, którego wybrała, podaje mu wianek i w taniec zaprasza. Wybrany jedną ręką bierze kwiaty, drugą za dłoń leciuchno ujmuje tancerkę i wszyscy idą w jeden pląs posuwisty, wpół pasterski, a wpół rycerski.
Takie oddawanie wieńców (podobne dzisiejszemu wybieraniu kawalerów przez damy w mazurze) było zazwyczaj przyjmowane przez mężczyzn jako przelotna towarzyska uprzejmość, ale pan Kazimierz dzisiaj przyjął tę rzecz inaczej. Kiedy Hedwiga, wesoła i rozbawiona, podbiegła ku niemu i z uśmiechem podała mu kwiaty, on wziął je bez uśmiechu i rzekł uroczyście:
— A więc wacpanna oddajesz mi swój wieniec? Biorę go i przed Bogiem przysięgam ci wierność. Ale i ty takoż mi przysięgnij.
Zmieszana niespodziewanym zagadnieniem, podchwycona i jakby ubezwładniona czarem jego woli, sama prawie nie wiedziała, jak się to stało, ale złożyła ręce i wyrzekła:
— Przysięgam przed Bogiem, że niczyją żoną nie będę, jeno waszmościną.
— A! Tak to dobrze! — zawołał i przycisnąwszy ją do bijących piersi, puścił się z nią w jakiś taniec szalony, w którym już nie wiedziała, na jakim jest świecie, czy to sen czarodziejski, czy to już raj po śmierci. W duszy tylko powtarzała sobie ciągle:
„Ach, jeszcze! Jeszcze!... Daj Boże tak na wieki!”
Nagle stanął i drgającym głosem szepnął:
— Życie moje! Chciałbym ci coś powiedzieć, ale boję się...
— Waszmość się mnie boisz? Mnie, lichej dziewczyny? Jakoż to być może?
— O, i bardzo być może. Skazany boi się, kiedy ma usłyszeć dekret. A wacpanna masz ferować957 na mnie dekret życia lub śmierci.
— Co ja mam ferować? Gadajże waszmość prędzej, bo i mnie już strach bierze.
— Nie, nie, jeszcze wolę czekać... tyleć mojej sperandy.
I znów ją porwał w taniec, i coraz mocniej przyciskał do łona, i coraz ciaśniej okręcał spojrzeniem, a jej dusza wiła się w tym objęciu jak mała ptaszyna w orlej szponie.
Skończył się taniec wianków, muzyka na chwilę przycichła. Pani Flora znów ku nim nadbiegła w towarzystwie pana Wojciecha Zabokrzyckiego, obersztera od Wodnej Armaty. Oboje śmiali się do rozpuku.
— A co?! — wołała. — Nie mówiłam? Wyciągnęli mu, wyciągnęli!
— Co? Komu? — pytała zahukana Hedwiga.
— Sam waszmość, panie oberszterze, powiedaj, bo ja od śmiechu ledwie co zipię.
— Owóż — mówił pan Wojciech — bogini Flora z Olimpu dała rozkaz wojskom jego królewskiej mości, aby jej przyniosły klucz zaklęty. My tedy zaraz onego czarnoksiężnika, co go dzierży, wiedziemy do bokówki, o tam! I w gardło mu lejemy, co się zmieści! Ale chłop tęgi, choć to nie ma korda958 przy boku, nie da przystąpić do się959. Pić pije, a do konfidencji ani rusz. Więceśmy go wsadzili do lochu.
— Jak to? Do więzienia? — zapytała z przestrachem Hedwiga.
— Ech, jeszcze nie! Trza wacpannie wiedzieć, jako pod tą strukturą960 jest loch kieby961 kościół, kubek w kubek taki duży jak ta sala, jeno pół niższy, a cały sklepisty, że człek tam siedzi jakby w kamiennym jaju. Tam stoją rzędy beczek z różnością małmazji962. Tam tedy my przywiedli onego utrapionego mruka i jak zaczęli go czarować, a to węgrzynem, a to petercymentem, a to ratafią963, spił się jak sztok, jak bela, no po prostu jak Ollender. W końcu rym o ziemię. Dalej my po kieszeniach macać i oto jest on klucz zaczarowany. Raczże, zacna bogini, przyjąć go propria manu964, razem z kluczami mego serca, którego forteca wdzięcznie kapituluje przed atakiem twoich kupidynowych łuczków.
Tu podał ogromny, misternie rzezany klucz od wchodowych965 drzwi Bursztynowego Domu.
Pani Flora, biorąc go w pulchne paluszki, rzekła:
— Nad elementami onej kapitulacji musi jeszcze cały Olimp dyszkurować966; tymczasem to trofeum przyjmujemy jako wdzięczny zadatek waszmościnej służby. No, Hedwiga, teraz już będziesz mogła wracać doma, kiedy jeno zechcesz.
Panienka pomyślała sobie:
„Oj, żeby tak na moje chcenie, toby my nigdy stąd nie wyszli i pan Kazimierz pewnie by ze mną w tej chęci konkordował967”.
Jakież było jej zdumienie, kiedy pan Kazimierz, który właśnie patrzył na niebo świecące srebrzyście za szybami, ozwał się głosem stanowczym:
— Już nam trzeba wracać.
— Już? Dlaczego? Jeszcze wczas968, jeszcze nikt się nie rusza.
— Powiem wacpannie po drodze, dlaczego.
Hedwiga, zmartwiona utratą tak cudownej zabawy, przerażona myślą, że za chwilę rozstanie się z panem Kazimierzem, nieco też i zraniona obojętnością, z jaką sam Kazimierz przyśpiesza to rozstanie, podniosła zasmucone oczy na panią Florę; pewna była, że u niej znajdzie pomoc, ale, o dziwy! I pani Flora powtórzyła, choć nie bez widocznego żalu w głosie:
— Tak, już nam trza wracać.
A gdy tłoczący się tancerze zaczęli je obie przytrzymywać a prosić, a grozić, że do białego rana ich nie puszczą, gdy dwaj obecni tej rozprawie prześliczni Anglicy zaczęli obiecywać, że zatańcują matlota969 (bez którego w mieście portowym żaden bal nie mógł się nazywać zupełnym) — wtedy wesoła wdówka sposępniała; jednak nie uległa, lecz owszem, odparła fortelnie970:
— Co robić? Ja matkuję pannie Hedwidze, a ta musi być doma wczas. Pan Schultz zachorował, nie możnaż mu po wszystkich kurach971 wyprawiać hałasów.
I wyprowadziła z sali zdziwioną Hedwigę. Pan Kazimierz wymknął się za nimi. Na tarasie od razu ochłonęli z upału panującego w sali. Noc była cudna, balsamiczna. Księżyc w pełni świecił tak jasno, że pani Flora rzekła do pachołka sięgającego po krzesiwo972:
— Nie osmalaj nam oczu próżno. I po księżycu trafim.
I zarzuciwszy na ramiona zgrabną kazjatkę973 ze pstrej tercyneli974, poszła tuż za pachołkiem. Hedwiga chciała pójść z nią w parze, ale pan Kazimierz uchwycił jej rękę i prowadził ją nieco w tyle, a pani Flora biegła przodem, wcale za nimi się nie oglądając.
Przez całą długość placu nie zamienili ani słowa, bo Langemarkt975 był po dziurki nabity narodem, który pchał się bez miłosierdzia i w jarzących oknach zatapiał wybałuszone oczy. Na koniec przebili się przez ciżbę i wyszli na ulice dalsze, które nigdy nie były tak opustoszałe i spokojne jak dzisiaj, kiedy cała żywotność miasta skupiła się u progów Artusowego Dworu.
Mało w świecie jest rzeczy równie pięknych jak ulice Gdańska widziane po księżycu, i to w cichą, pogodną noc letnią. Co tam wówczas dzieją się za dziwy, temu nie uwierzy, kto nie widział. Te krocie białych posągów i popiersi; te wszystkie króle, rycerze i boginie, co ze swoich wnęk nadpowietrznych coraz wypuklej występują; te inne, geniusze i anioły, stojące na szpicu dachów, co rosną do nieprawdopodobnych wysokości; te malowane wieńce i medaliony, których tła złote mienią się teraz od księżycowego srebra jak tkanina lamowana we dwa kruszce; te smoki, ziejące zielonym płomieniem, i te rynny o przeraźliwych paszczękach garguli976, co na poprzek ulicy wyciągają szyje coraz dłuższe, dłuższe, jakby wzajem chciały się połykać; te nieskończone cienie od krat gankowych, dziurkowane z koronczarską misternością, co wiszą po murach i tarasach, jakby kwef977 ciągnący się za matką-nocą; te drzwi czarne, zamczyste, zasznurowane żelazem, a takie głuche, jakby za każdymi czaiła się jakaś tajemnica — wszystko to na tle owych ogromnych okien, a raczej ścian całych naperełkowanych kryształem, gdzie światłość księżyca łamie się w tysiące blaszek i z piętra na piętro spada w bladofioletowe cascatelle978 — wszystko to świat jakiś odrębny: ni stara Norymberga, ni stara Italia, to jeszcze coś innego — to nasz Gdańsk dziwny i przedziwny, jedyny pod słońcem i księżycem.
Urok obrazu był tak wielki, że i nasi balownicy, choć zupełnie innymi myślami zajęci, potoczyli wzrokiem zdziwionym, jakby to całe miasto pierwszy raz się ich oczom przedstawiało, i bezwiednie popadli pod czarodziejską moc poezji.
Pani Flora zwolniła kroku.
Pan Kazimierz zwalniał go jeszcze bardziej.
Hedwiga, rozmarzona, wyszepnęła głosem zaledwie dosłyszalnym:
— Boże mój! Żeby to tak można iść bez końca, bez końca — gdzieś aż na koniec świata...
— A tak. I ja chcę z tobą pójść na koniec świata — odpowiedział równie półgłosem pan Kazimierz. — I dlategożem właśnie uciekł z owych tańców, aby cię uprowadzić, nim oświtnie979. Po białym dniu już ciężko by nam było uchodzić.
— Jak to: uchodzić? — zapytała, zatrzymując się nagle i wyrywając rękę spod jego ramienia.
Ale on uchwycił ją na nowo i mówił:
— Słuchaj... nie puszczę cię. Przysięgłaś mi jako żona, usłuchajże mnie jak żona. Nie wracaj już do Bursztynowego Domu, bo zrobisz swoje i moje nieszczęście.
— Co wacpan gadasz? Ja nie mam wrócić do domu? A gdzież pójdę?
— Słuchaj: tu bliziuchno, w mojej gospodzie, czeka na mnie koń okulbaczony980. Wezmę cię na konia, pojedziem jak wystrzelił do Oliwy. Tam jest ksiądz, któregom ja już uprosił, ten zaraz raniuchno da nam szlub. A potem pojedziem do Władysławowa. Tam, za okopami, za murami, wśród moich kompanów, co już na nas czekają, będziesz bezpieczna jakby jaka królowa. Niech tam sto senatów mieszczuchowskich o ciebie szturmuje, nie poradzą. Cała Wodna Armata stanie jak jeden człek za nami. Tak tedy posiedzimy tam czas jakiś, a kiedy się stary wysapie, to go ładnie przeprosim, i basta.
Hedwiga przez chwilę milczała. Widocznie była w jej sercu walka. Czarowny obraz szczęścia tak bliskiego, tak łatwego, przemknął się przed nią jak olśniewająca błyskawica. Ale też i szybko jak błyskawica zgasł.
— Nie — odrzekła głosem drżącym od wzruszenia. — Ja tego nie zrobię.
— Nie rekuzuj mię tak zaraz — nalegał pan Kazimierz. — Namyśl się, nim zabijesz. A toż to druga taka cudowna okazja póki życia nam się już nie przydarzy. Tylko pomyśl: starego tu nie ma, tego piekielnika Ollendra nie ma — sam Pan Bóg wszystko nam urządził — o, patrz, tylko tu skręcimy w tę przecznicę, tam zaraz moja gospoda, nim kto zweryfikuje981, że my znikli, to już będziem w Oliwie.
— Nie kuś mię waszmość jak ten wąż... to byłby grzech, wielki grzech.
— Co za grzech?
— Jak to? Uciec od mego benefactora982, co mię wyrwał z jasyru od Tatarów?
— Pięknie wyrwał! A sam trzyma w jasyrze! Już ja tam nie wiem, kto gorszy, czy Tatar, czy Niemiec?
— Zawdy ja chleb jego jadłam bez cały mendel983 lat.
— Gorzki to był chleb, samaś mi wacpanna gadała.
— Bywał ci nieraz gorzki, zawdy przecie co chleb, to chleb, a co grzech, to grzech. Zresztą, po co kraść tam, gdzie można z dobrej woli dostać? Mógłby mi on potem powiedzieć: „Ty żmijo, czemuś nie suplikowała? Byłbym ja może i pozwolił”.
— A jak nie pozwoli, to co?
— Ha! Jak nie pozwoli, to poproszę Pana Boga o jaką uczciwą inspirację, ale pierwej muszę poprosić człowieka, muszę udać się w pokorę, to mój psi obowiązek.
Właśnie gdy tych słów domawiała, stanęli przed Bursztynowym Domem. Kazimierz nagle puścił jej rękę i rzekł twardym głosem:
— Głupiaś wacpanna.
Ona cała drżąca zwróciła się ku schodom.
On szedł za nią i mówił coraz głośniej:
— A więc idź do twego dobrrrodzieja, tarzaj mu się u nóg, obaczysz, na co się to przyda. Ale pomnij, że moją duszę będziesz miała na sumnieniu, bo ja sobie łeb tutaj rozbiję o te kamienie — abo popłynę do Indów984, niech mię tam pogany rozsieką.
Hedwiga, wchodząc na pierwszy stopień, obejrzała się i z rodzajem uniesienia rzekła:
— Nie wchodź za mną waszmość na beischlag, ja tego zakazuję. Nie chcesz waszmość, aby mi czyniono wiolencję985, to i sam jej nie czyń.
W tej chwili pani Flora obejrzała się na koniec i przystąpiła do nich ze zdumieniem.
— Cóż tedy? — zapytała.
— A cóż? Wracam doma — odparła Hedwiga. — Dawaj wacpani klucz, jeżeli łaska.
I wziąwszy klucz, chwiejnym krokiem wchodziła na schody.
Pani Flora rzekła co żywo do pachołka:
— No, skoczże i otwieraj moje drzwi.
A gdy pachołek odbiegł, szepnęła do pana Kazimierza:
— I cóż, nie chciała?
— A nie chciała. To nie dziewka, jeno kamień.
— E! Gamoń z waszmości! Ja bym nie dała jej tam wejść. Patrz jeno, jeszcze stoi.
To mówiąc, furknęła na swój taras i drzwi za sobą zaparła.
Kazimierz spojrzał. Istotnie, Hedwiga stała jeszcze przede drzwiami Bursztynowego Domu. W swoim karbowanym płaszczyku, lekka jakby obłok, cała osrebrzona księżycową poświatą, wydała mu się cudniejszą niżeli kiedykolwiek. Nie wszedł jednak na ganek, tylko podbiegł pod murek tarasowy, twarz przyłożył do złotej kraty i patrząc na nią przez prątki986, szeptał błagalnie jej imię.
Czy światło niepewne omylało987 Hedwigę, czy ręce jej się nadto trzęsły, dość że nie mogła i nie mogła kluczem utrafić w otwór zamku. Na koniec utrafiła. Klucz zgrzytnął. Już tylko spuścić klamkę, a drzwi się roztworzą.
Ach, nim się roztworzą, czyby jeszcze raz głowy nie obrócić i nie przekonać się, czy on rzeczywiście odszedł? Jeżeli odszedł, to jednak dziwny człowiek... Co prawda, ona mu zakazała iść za sobą, bo powinna była zakazać, ale czy on powinien usłuchać zakazu? Żeby tak skoczył tu na ganek, a porwał ją i uniósł, toć by już Pan Bóg nie mógł mieć do niej żalu, boć ona zrobiła, co tylko mogła, ach i więcej, niż mogła, a przeciwko wiolencji to już nie ma rady. Ale gdzie tam! On poszedł... Niegodziwiec!
W tej chwili usłyszała swoje imię wymówione półgłosem:
— Jadwiśko!
Zadrgnęła i obróciła głowę. Na ganku nie było nikogo. Ale imię jej ciągle biegło szeptem. Głos wychodził od kraty. Wpatrzyła się i między prątkami dostrzegła jego twarz kochaną. Wtedy całe jej serce wyrwało się ku niemu. Wpół bezwiednie dwoma krokami przebiegła pół tarasu. Pierś jej biła od szczęścia, ale usta jeszcze chciały kłamać sercu.
— Po co — szepnęła — waszmość wracasz? Zakazałam.
— Ja też słucham jako ten sclavus988, patrz, wszak ci nie wszedłem na beischlag. Tylko musiałem wrócić, bo mam ci jeszcze coś do powiedzenia, jedno słówko, maleńkie, ale kapitalne989... jak ci nie powiem, to zginiemy. Przybliż no się jeno troszeczkę i nakłoń uszka. Nie bójże się, wszak ci krata nas dzieli.
Hedwiga jakby na skrzydłach tajemnych uniesiona, sama nie wiedząc, jak i kiedy, znalazła się przy kracie i przez poręcz przechyliła ku niemu rozmarzoną głowę.
W tym ruchu koniuszek jej białego, atłasowego trzewiczka wysunął się poza taras, właśnie na wysokości ust pana Kazimierza. Widok tej drobnej nóżki zawrócił mu głowę; uchwycił ją w obie ręce i obsypał iskrami pocałunków tak płomiennych, że Hedwiga przez atłas uczuła ich gorącość990 i struchlała jak istota, która wpada w pożar.
Tej też tylko pierwszej było trzeba iskierki, ażeby gwałtowność pana Kazimierza wybuchnęła wulkanem. Znienacka puścił jej trzewiczek, wskoczył lekko na brzeg cegły wystającej z tarasu, jedną ręką uwiesił się u kraty, drugą ręką objął jej pochyloną kibić i usta zanurzył już nie w białym atłasie, ale w różowym aksamicie jej ustek991.
— Jadwichno moja! Suplikuję... nie wchodź za te drzwi nieszczęsne... Jak raz tam wejdziesz, to już cię ten stary potwór nigdy nie wypuści z tego domu i mnie już nigdy nie wpuści do tego domu. Życie ty moje! Pomyśl jeno... za godzinę będziemy w Oliwie, bierzem szlub... za godzinę, dziś jeszcze będziesz moją! Moją! Moją!
I każde słowo przypieczętowywał pocałunkiem, a ona ubezwładniona, mglejąca992, skłoniła skroń na jego ramię i już miała wymówić:
„Tak, jam twoją... czyń, co jeno chcesz...” — kiedy nagle słowa te zamarły jej na ustach, a w zamian inne z nich wybiegły:
— Co to jest? Idą po mnie, czy co?
Spostrzegła bowiem na ścianie przeciwległej kamienicy ruszające się widmo czerwonej łuny, a zarazem rzecz straszna stanęła jej w pamięci.
— Jezu! Klucz odkręcon!
Z tym głuchym wykrzykiem993 wydarła się z objęć zdumionego Kazimierza i, jednym rzutem aż do drzwi sięgnąwszy, z całych sił obu rękami zaczęła przytrzymywać klamkę. Pan Kazimierz, któremu postać Hedwigi zasłaniała dotąd widok Bursztynowego Domu, teraz dopiero zobaczył, że przez dolne okno bila światłość, której odblask tworzył ową czerwonawą smugę.
Hedwiga, ciągle drzwi przytrzymująca, ciągle szeptała głosem pełnym przerażenia i błagania:
— Na miłość boską! Nie pokazuj się, bo mnie zgubisz! Uchodź! Jeśli mnie miłujesz, uchodź!... Ach, już nie mogę...
Napór z drugiej strony stawał się zbyt mocny. Puściła klamkę i drzwi się roztworzyły.
Kazimierz nie uszedł. Stał nieruchomie994 pod murkiem z ręką przy kordelasie, z oczami roziskrzonymi, gotów do skoczenia na ganek, jeśli obrona okaże się potrzebną. Ale potrzeba ta nie zaszła.
Za roztwarciem drzwi ukazał się na progu majster Johann w kwiaciastym szlafroku i białej szlafmycy, ze świecą zapaloną w ręku.
Hedwiga usiłowała wyczytać z jego rysów, co ją czeka. Na próżno! Wyraz tych rysów był jakiś niezrozumiały, tajemniczy i pomieszany.
Majster podniósł lichtarz do góry i cicho zapytał:
— A! To ty, Hedwich? I tak sama?
Ona odzyskała w tej chwili ową dziwną przytomność, jaką nadają wielkie niebezpieczeństwa, i z przymuszoną wesołością mówiła:
— Ale gdzież tam! Szłam, jak dobrodziej przykazał, w kompanii pani Flory. Pani Flora tylko co weszła na swój beischlag... A ja się tu mocowałam z kluczem, co jakoś nie chciał złapać zamku...
— No, a Kornelius gdzie?...
— Kornelius? A, cha, cha! Ten spił się jak bela, że musiałymy klucz mu zabrać, bo do południa będzie spał.
Mówiąc to, śmiała się coraz głośniej.
Majster się nie śmiał, tylko przez ten czas przekładał klucz na drugą stronę, po czym drzwi zatrzasnął. Od wnętrza ozwało się warknięcie klucza, smuga czerwonego światła raz jeszcze przebłysnęła za oknem — potem wszystko zgasło i ucichło.
Pan Kazimierz odetchnął.
„Chwałaż Bogu, że nic nie zweryfikował... No, żeby nas tak był zszedł w onej turkawkowej995 konwersacji, musiałbym go naszpikować na kordelas, nie byłoby innej rady — a ona by mi zrobiła z tego crimen996. Chwałaż niech będzie Bogu, że się na tym skończyło”.
Tak rozmyślając, przemierzył wszerz ulicę i po drugiej stronie przystanął, aby raz jeszcze popatrzeć na drzwi, w których znikła. Połać domów, pod którą stał teraz, była zanurzona w czarnym pasie ciemności; za to przeciwne kamienice pławiły się w białoniebieskim oświetleniu, a Dom Bursztynowy rzęsiściej od wszystkich innych świecił swymi wielkimi, brylantowanymi997 oknami.
Kazimierz patrzył tam w nadziei, że może za którym z tych okien ujrzy jeszcze przesuwający się cień drogiej panienki.
Po niejakim czasie powiedział sobie:
„Gapa ze mnie. Wszak ci komory sypialne wszystkie tam od podwórka. Już ona tu nie przyjdzie, próżna rzecz wypatrować998”. I rzeczywiście próżno czekał. W szybach nic nie świeciło prócz księżyca; żaden dźwięk nie dolatywał oprócz stąpania dalekich przechodniów.
Raz wprawdzie wydało mu się, jakby pręga czerwonawego światła błysnęła w onym okrągłym okienku, co było wycięte pod dachem, i jakby wykrzyk jakiś bolesny rozległ się wysoko. Ale błyśnięcie było tak przelotne, że Kazimierz nie dowierzał własnym oczom, a krzyk mógł pochodzić od gromady przechodniów, zapewne gości wracających z zabawy Artusowej, którzy ze śmiechem i śpiewami przesunęli się przez jedną z poprzecznych ulic.
Dom znów pozostał ciemnym i milczącym999.
„Przywidziało mi się” — pomyślał Kazimierz i uspokoił się zupełnie.
Ale razem z uspokojeniem wrócił mu żal okrutny za straconą okazją.
„Oj, żeby ten nieszczęsny klucz nie był odkręcon, toby ja ją był porwał1000 z ganku precz. Nimby się stary uporał ze drzwiami, już by my cwałowali na dziesiątej ulicy. Ale tak nie mógł ja nic. Byłby majster wyleciał za nami jako ta petarda, byłby w mieście całym narobił klangoru1001, nimby ja ją na koń wsadził, już by mi ją sto rąk odbiło. I co gorzej, cała nasza konspiracja wylazłaby na wierzch, a wtedy bądź zdrów, już by stary nie dał jej sobie po raz wtóry zabrać. Zaś teraz, kiedy skończyło się na niczym, kiedy on jeszcze nie ma żadnych suspicji1002, to możem znowu konspirować, i to już na dobre. Oho! Już teraz nie dam jej marudzić. Niepoczciwa1003 dziewczyna! Żeby nie te jej kunktatorstwa1004, już by my lecieli po gościńcu oliwskim... Niepoczciwa? Tak się to gada w rankorze1005, a z tym wszystkim, nieprawda. Onać1006 właśnie przez luksus poczciwości1007 taka łechtliwa1008 na sumnieniu. Trudnoć1009 to przyganić białogłowie, że niełacno da się wykradać. I za to jeszcze muszę ją estymować1010. Osobliwa rzecz, jak ta mała dzieweczka mnie intymiduje1011... Mnie, com nigdy nikomu nie ustąpił. Mnie, com zawdy bez miłosierdzia jachał po czułych sentymentach, jako ten tryjomfator1012 po rozsypanych kwiatuszkach. Ej, mości panie Kazimierzu, co się to z waszmością porobiło? Dawniej każda czyniła, coś ty rozkazował1013, a teraz ty czynisz, coć1014 każą. Ej, pono to przyszła kryska na Matyska. Przedtem ciebie miłowano, a teraz ty miłujesz. To całkiem jensza sprawa. Przedtem tobie służono, a teraz ty służysz. I jeszcze jest jedna rzecz: dawniej człek szukał tylko pustej rekreacji1015, to nie pytał: wolno, czy nie wolno? Szkoda z tego komu, czy nie szkoda? Byle sam swoim humorom dogodził i miał się czym przed kompanią1016 pochwalić. Ale teraz, kiedy chodzi o sakrament, o felicitas1017 na całkie życie, to w tej małej dziewce człek już respektuje przyszłą sponsę1018 i wszystkiego się stracha, i tchnąć nie śmie, aby nie zedmuchnął kutnerku1019 z onych motylkowych skrzydełków. Oj, żeby nie ten stary, jaki by ja był szczęśliw! On wszystko popsował — heretycki bluźnierz! Plugawy Satyrus1020! Co tu dłużej gadać. Niemczura1021, to i dosyć”.
Tak żując gorzkie myśli, pan Kazimierz wyciągnął pięść grożącą w stronę Bursztynowego Domu, potem odwrócił się z gniewem i do swojej gospody poszedł — niestety — sam!
VI. Ptak niebieski w klatce
Nazajutrz pan Kazimierz wstał pochmurny. „Niefortunnie wczora1022 mi poszło — rozmyślał. — No, zobaczym, co ta mądra dziewczyna dziś wysuplikuje u starego! Leciałbym ci ja tam nie mieszkając1023, ale trzeba jej ostawić kęs1024 czasu na tę niełacną dyskusję. Potem pójdę niby wedle żegnania się z panem konsulem, a w rzeczy dla dostania języka”.
Dopiero więc przed samym południem opuścił gospodę i z przecznicy skręcił ku Bursztynowemu Domowi.
Doszedłszy tam, zdziwił się wielce; w kamiennym pierścieniu dostrzegł Hedwigę, która wychyliła nie tylko głowę, ale i jedną rękę; ręką tą dawała mu jakieś niezrozumiałe znaki. Twarz jej, zazwyczaj kwitnąca, była dziwnie blada; oczy szeroko rozwarte jakby od przerażenia.
Pan Kazimierz sądząc, że go wzywa, skierował się co prędzej ku wejściu, ale wtedy wyciągnięta ręka kilkakrotnym i gwałtownym ruchem wskazała mu dom pani Flory, po czym i ręka, i głowa znikła i okienko pozostało pustym1025.
W tejże chwili od strony wskazanego domu pan Kazimierz usłyszał dolatujące go:
— Pst! Pst!
I dostrzegł panią Florę, która — wpół schowana za oponę1026 okna — przyzywała go przyciszonym sykiem i nieśmiałym kiwaniem ręki.
Zaniepokojony rzucił się pędem ku jej progom.
Kamienica pani Flory Korwiczkowej należała do bardzo skromnych. Nie nosiła na swojej nagiej ścianie ani posągów, ani złoceń, tylko dwa szare wazony, dość pierwotnie1027 z kamienia obrobione, zdobiły jej pierwsze piętro, a trzeci wazon, takiż sam, ale wytryskujący bukietem o blaszanych kwiatach i liściach, unosił się w górze nad szczytowym trójkątem. Ganeczek miała nieduży, otoczony brzeżkiem kamiennym, także tylko z gruba ociosanym, a poręcze od schodków opierały się na dwóch kulkach nie większych od człowieczej głowy. Bo też i cała kamienica była o pół węższa od Bursztynowego Domu, co sprawiało, że na każdym piętrze miała tylko jedno jedyne okno, a na dole nie miała wcale okna, tylko drzwi wąziuchne prowadzące do sieni zupełnie ciemnej. Dla oświecenia1028 jej zostawiano zazwyczaj otworem drzwi od kuchni, która tu — jak i wszędzie — zajmowała w głębi dolną połowę domu. Schody także były wąziutkie, z poręczą po ciesielsku obrąbaną. Izby nie przedstawiały ani suto tkanych szpalerów1029, ani srebrnych mis lub nalewek. Ale za to pełno było tych ozdób tanich a pracowitych, jakimi staranna ręka niewieścia umie zasłaniać niezamożność. Na ścianach tu wisiała lutnia, tam gitara, ówdzie tryptyczek1030, niewykwintny pod względem pędzla, ale obstawiony mnóstwem kwiatków i świeczek ubranych w kokardki. Wszędzie było pełno małych szafek, małych ławeczek, małych stoliczków obleczonych w osłonki rąbkowe, narurkowane jakby krezy. Wszędzie firaneczki, wstążeczki, frędzelki i pasamony, tych ostatnich zwłaszcza zatrzęsienie (zapewne ze składów pozostałych po nieboszczyku panu Bonifacym Korwiczku). Wszędzie też rozchodził się zapach lawendy, którą pani Flora przesypywała bieliznę i suknie zapełniające po brzegi jej szafy. Słowem, wszystko było takie wymyte, wyfiokowane1031 i wonne, że, pomimo swojej skromności, mieszkanie pięknej wdowy przedstawiało się powabnie i zalotnie. Każdy też gość, raz tam zaszedłszy, nie wiedział, co go zatrzymuje, a wyjść już nie miał ochoty.
Ale pan Kazimierz nie zważał dziś ani na kokardki, ani na gitary, ani nawet na cudne wonie. Szybko dobiwszy się do drzwi sieniowych1032, przy których już czekała Fruzia, śliczna dziewczyna o bystrych oczach i złośliwym uśmiechu, biegł co tchu na pierwsze piętro, gdzie była komnata do przyjęć.
Gdy zaś biegnąca w jego tropy Fruzia ostrzegła go: — Pani jest wyżej, w sypialnej komorze — popędził na drugie piętro.
Sypialnia pani Flory była to — jak zresztą wszystkie pokoje tego domu — komnata bardzo długa, lecz bardzo wąska, nieledwie jak dostatni korytarz. Była przy tym i bardzo ciemna; jedyne jej okno, świtające w głębi, wyglądało tajemniczo jak szczelina oświecająca grotę. Ale pod innymi względami była to jedyna część mieszkania urządzona z dostatkiem, a nawet z niejakim przepychem. Na podłodze kraśniało kilka ładnych kobierczyków. Ściany majaczyły od mnóstwa świętych obrazów o złotych tłach, a jaskrawych kolorach i od jeszcze większego mnóstwa półek, na których stały zgrabne flaszki pełne pachnących wódek, skrzynki pełne farbek i puderków, grzebienie i szczotki ze słoniowej kości, różnokształtne lusterka, słowem, te setne gotowalniane1033 przybory, jakich wonczas potrzebowano jeszcze więcej niż dzisiaj. Na środek pokoju, zaciemniając go dwakroć mocniej, wysuwał się piec potężny o kaflach zielonych, malowanych w różyczki, których atłaskowa krasa mile wpadała w oczy. Między drzwiami a piecem, pod boczną ścianą, ciągnęło się ogromne, kunsztownie z dębu wyrzeźbione łoże; nad nim wisiał pawilon z weneckiej tkaniny, która była w nieco pośledniejszym gatunku, ale świetna, gorącoróżowa, srebrem przetykana. Kotara, z jednej strony troszkę rozchylona i na srebrnym pasamonie w górę podwinięta, okazywała choć w cząstce przepyszność posłania, gdzie puszyło się tyle bławatnych altembasów1034, przewlekanych wstążek, flamskich1035 koronek i szlarek1036, że już chyba i urodzona królowa nie skrzywiłaby się na podobne gniazdo.
Do tej pieściwej1037 komnaty pani Flora dopuszczała tylko najzażylszych przyjaciół. Pan Kazimierz pierwszy raz tam wchodził, ale dziś właśnie, jakby na przekorę, nie mógł ocenić jej piękności. Na nic nie patrząc, potrącając sprzęty, biegł prosto przed siebie, a wzrokiem szukał tylko pani domu.
Spostrzegł ją na koniec już w pobliżu okna; siedziała tam, a raczej wpół leżała na niskiej ławie obciągniętej pąsową makatą; pod jej głową kraśniała pstra poduszka przyparta do bocznej ściany pieca.
Na widok pana Kazimierza piękna wdowa podniosła białe ręce, załamała je nad głową i wyjęknęła:
— Ach, kawalerze! Nieszczęście!
— Co się stało? Czy co pannie Hedwidze? Ależ ona żyje? I zdrowa? Moment, jakem ją widział tam w okienku.
— Tak, żyje... ale co się stało! Ach, nieszczęście...
— Gadajże wacpani prędzej! Nie pieczże mnie na wolnym ogniu!
— Figuruj sobie waszmość, idę tam dzisiaj rano, aby obaczyć, jako rzeczy stoją, a tu pan Schultz... nie wiem doprawdy, jaką tu zrobić definicję1038...
— No co pan Schultz? Umarł?
— Ale gdzież tam! Nie umarł, jeno się wściekł.
— O, to źle. Pies ukąsił? Ha, nie dziwota, na takowe upały...
— Ale gdzież znowu pies! Nie pies, jeno złość go skąsała. I to jeszcze rzecz osobliwa, że nie tylko nie zachorzał gorzej, ale owszem, z tych okrutnych emocjów1039 zupełnie ozdrowiał. Lata po całym domu, że aż dudni, a klnie, a tłucze ludzi — nikt nie śmie w oczy mu wleźć — jeno ja śmiałam, bo nie ma w świecie takowego chłopa, co by go się Flora Korwiczkowa bała.
— Więc nie pozwala?
— Co to: nie pozwala! On pannę Hedwigę wsadził do więzienia.
— Jezu Maria! Do więzienia? Ależ jam ją widział teraz tam na strychu!
— A toć właśnie on tam na strychu ją zatarasował. O chlebie i wodzie. I nie puści jej, aż waszmość wyniesiesz się stąd na zawdy.
— I za co? Za to, że suplikowała?
— Ba! Żeby jeno za suplikowanie! Aleć ja powiedam, że nieszczęście się stało. Figuruj sobie waszmość, w nocy, kiedy my wracali z Artushofu, on nie spał, jeno siedział w oknie, które sobie na kęsek odparł1040...
— Boże miłosierny! I my tego wcale nie postrzegli1041...
— I słyszał cały wasz dialog i wszystkie szpetności1042, coś waszmość wygadywał na jego personę...
— O! To zły casus...
— I co gorsza, widział... Rozumiesz waszmość? Widział, jakoście się paśli buziaczkami. Wszystko by on jeszcze przepardonował1043, ale już co tego, to nie.
Pan Kazimierz zerwał się i zaczął jak błędny chodzić po komnacie.
Nagle stanął znów przed panią Florą.
— Wyeksplikujże1044 mi wacpani, bo ja nic nie rozumiem. Kiedy nam się okazał we drzwiach, to był taki łagodny jak ta trusia1045. Skądże mu potem, ni stąd ni zowąd, ona pasja?
— A! Bo to człek mądry, co na czas umie się zmitygować1046. Sam do mnie mówił tak: „Jam wiedział, że ten furiat stoi tam pod beischlagiem, że niech jeno pisnę, to skoczy i nadzieje mię na swoje żelastwo. Nie głupim! Tedy, póki nie zamknąłem drzwiów, nic nie gadam, ani mru-mru. Aż jakem zamknął, dopierom się poczuł pan u siebie. A wszelako jeszcze nic nie gadam, aby hałasów nie robić po sieni, jeno idę za Hedwigą na pierwszy trep1047, na drugi, na trzeci — a ta precz mi szczebioce, jakby co cnotliwego, a ja nic, ani mru-mru. Aż kiedy przyszła do swoich drzwiów, jak na nią krzyknę: „Wyżej!” — Ta patrzy na mnie z terrorem1048, a ja ją gnam przed sobą. Otwieram strych, wepchnąłem ją tam, dopiero stoję na progu i gadam jej słowa prawdy, jaka to z niej niegodna Mädchen1049, jaka ingratna1050 córka. „Za karę będziesz siedziała tutaj, aż póki ten twój gaszek1051 nie wyjedzie precz! A jeśli nie wyjedzie, to sprowadzę pastora1052 tu, na ten strych, i da nam szlub — i nie zejdziesz na dół, aż1053 jako moja żona. Radźże tedy o sobie i dziękuj Panu Bogu, że ja jeszcze ciebie chcę, bo keine gadanie powinien by ja cię wygnać na bory, na lasy”. Takie rzeczy tedy jej gadał, potem drzwi na klucz zaszpuntował1054 i teraz rób, co chcesz.
— Ależ to Neron1055! Jak Boga kocham, to Madej1056 rozbójnik.
— Co waszmość chcesz? Amory są bogi srogie. Nie na tym koniec. Trza było widzieć, jaką też on recepcję1057 zgotował i onemu nieszczęsnemu Ollendrowi! Dobrze my się jemu przysłużyli. Przywlókł się nieborak już za dnia, cały wystrachany1058, i chciał do domu wejść chyłkiem, ale pan majster czyhał, nasiadł go w sieni, zbił na kwaśne jabłko i do tego skrzyczał, ale to tak po majstrowsku, że aż tu w mojej komorze było słychać. Nie rozumiem, jak ten hardy czeladnik nie odprawił się zaraz? Chyba że go tu co trzyma na uwięzi... ale to lepiej ostawić — jak powieda pan konsul — „keine gadanie”.
Pan Kazimierz tylko na poły słuchał pani Flory. Zanurzywszy ręce we włosach, coraz gwałtowniej biegał po komnacie i powtarzał z rosnącym uniesieniem:
— Jezu miłosierny! I to biedactwo tam całą noc przemęczyło? Bez łóżeczka? Na twardych deskach. Między kańczastymi1059 skrzyniami!! Ach... i wacpani powiedasz, o chlebie i wodzie?
— Tak on gadał, acz ja nie dowierzam, aby w onym głodzeniu długo dotrwał, boć i on ją po swojemu lubi.
— A niechże go z takim lubieniem! Neron! Herod1060 na niewiniątka! Miałaś wacpani rację, nieszczęście!
— Całe nieszczęście, żeś waszmość nie był mocen1061 w nocy jej zaraz uprowadzić. Co mi to za kawaler, co nie umie przeperswadować1062 lichej dziewczyniny?
— Ja już i tak nieszczęśnik, a wacpani jeszcze mi dogryzasz.
— Ja nie dogryzam, jeno sama się gryzę dla wacpaństwa, bo co wczora mogło pójść jak po maśle, to dziś już niełacno.
— Jak to: niełacno? Dlaczego niełacno? Oho, zobaczymy! Ja zaraz pójdę tam do niego! Rozprawię się z nim tak czy owak!
— Nie pójdziesz tam, panie poruczniku. Próżno się dobijać. Pan majster gadał mi bez ogródki: „Powiedz wacpani temu kawalerowi, aby się już do mnie, póka żyw1063, nie fatygował. Mógłbym ja go w puch rozbić przez pachołki miejskie, ale nie rozbiję, bo nie chcę zadzierać z armią jego królewskiej mości, nie chcę naszego dobrego Gdańska eksponować na wojenne przygody. Niechże sobie szczęśliwie jedzie, jeno niech mię już nie nachodzi, bo mię, póka żyw, na żywe oczy nie obaczy. Dobrze on to sam wie, kiedy gadał nocą, tam pod beischlagiem, jako »stary« go nigdy już do swego domu nie wpuści. Czy ja taki »stary«, to jeszcze obaczy po moim weselu, ale że nie wpuszczę, to ma rację. Nie chcę ja już przestawać z takowym człowiekiem, co go nie mogę całkiem estymować, a jakoż mam estymować, kiedy mię ten łotr oszukiwał?” Wybacz waszmość takie szpetne ekspresje1064, ale to ja nie z siebie gadam, jeno powtarzam chryję1065 pana majstra.
Pan Kazimierz poczerwieniał i zmieszał się na chwilę.
— Juścić, żem go kapkę oszukiwał, to prawda. Jeno afekt mi stoi za ekskuzę1066.
— Najczystszą. W pasji1067 tak jako na wojnie wszelaki fortel jest godziwy, byle przynaszał1068 wiktorię. Owóż, ja waszmości nie radzę tam chadzać, bo to wiktorii nie da, jeno soli jeszcze dosypie na ranę.
— Tak wacpani powiedasz? Ano, to ja zrobię lepiej. Tego momentu ruszam do wszystkich waszych wójtów, do wszystkich burmistrzów, do wszystkich Stu Mężów Rady. Opowiem im całą rzecz, będę wniebogłosy krzyczał o justycję1069. Czy to wolno tak więzić i katować niewinne sieroty?
— Nie rób tego waszmość. Te wszystkie wójty i burmistrze to amikusy1070 pana Schultza. Na jednej ławie z nim siedzą, o jeden respekt z nim stoją1071. Wszyscy w rumel1072 waszmości powiedzą, że nikt nie ma prawa wtykać nosa do familijnych dyferencji1073, abowiem ociec może, jako żywnie mu się podoba, karać nieposłuszne dziecko.
— Jaki ociec? Tandem do rozkazowania i tyranizowania to on ociec. A do miłowania to nie ociec, jeno zalotnik. Cóż to za jakaś filozofia? „Wacpanna bój się mnie, bo ja fater1074, ale wacpanna idź za mnie, bo ja nie fater”. Pfu! To jakieś luterańskie dystynkcje1075.
— Waszmość masz całką rację. Nikt nie zakontruje1076, że pan Schultz to tylko adoptowany ociec. A jednak z tym wszystkim waszmość u Magistratu przegrasz, bo zawdy swój za swoim trzyma.
— Ha! Jeśli tak wacpani suponujesz1077, to ja jeszcze lepiej zrobię. Sprowadzę tu moich kompanów. Cała Wodna Armata przyjdzie hurmem. Jak przypuścimy szturmik do Bursztynowego Domu, to nie ostanie kamienia na kamieniu, aż uprowadzim w tryumfie tę moją zaklętą królewnę.
Tu pani Flora zerwała się z czerwonej ławy, sama zaczerwieniona od przestrachu, podbiegła do pana Kazimierza i, kładąc dłoń na jego ręku, mówiła z przerażeniem:
— Czy waszmość sfiksowałeś? Na miłość boską, nie róbże takowych ekscesów! Niech panowie oficyjery zrąbią w mieście jedną cegiełkę, to zaraz będzie krzyk, że katoliki napadły na luterski dom, i całe miasto pójdzie na was ławą1078.
— A to niech pójdzie. Damy sobie radę z mieszczuchami.
— To jeszcze kwestia. Gdańskie — jak waszmość nazowasz1079 — mieszczuchy to nie żadne piecuchy, to naród hardy i tęgi. Broni tu jest huk. Bójek już było niemało, to jest i zaprawność do boju.
— Ano, obaczymy, kto kogo zdławi.
— Ależ pomyśl jeno, kawalerze, co to krwie1080 chrześcijańskiej popłynie, co wiktym1081 niewinnych padnie!
— A co ja temu krzyw1082? Niech mi oddadzą tę moją jedną wiktymę, to ja i palcem nie ruszę.
— Ależ pójdzie skarga do króla, że waszmość wichrzysz dla prywaty, że waszmość rebelizant1083.
— A dajże mi wacpani pokój. Potrafię ja się przed królem wyeksplikować. Król mi da wiarę. Król dobrze wie, jako Gdańsk jest szelmowskie miasto.
— Ależ pomnij, okrutny człowiecze, że i mój dom pójdzie w perzynę1084! Zrabują mię, zniszczą, zabiją! Więcej powiem: waszmościnę Hedwigę zasieką, byle jej waszmości nie oddać, bo tu naród haniebnie mściwy. Dalibóg, zasieką i ją, i mnie! Piękna mi nagroda za mój afekt dla was! Kto was dotąd protegował, konsyliował, konsolował? Nikt, jeno Flora Korwiczkowa. I jakoweż ja frukta1085 zbiorę z mojej abnegacji1086? Nic, jeno rabunek i śmierć!
Mówiąc to, pani Flora wyjęła zza sznura śliczną chusteczkę o różowych wisiorkach i, utopiwszy w niej oblicze, zaczęła rozdzierająco szlochać.
— No, nie desperujże1087 wacpani, lepiej gadaj sama, co mam czynić, boć przecie nie mogę, jak ten podlec, odjachać sobie precz dla ukontentowania1088 pana Schultza.
— Nikt wacpanu nie radzi podłości, jeno refleksję. Pomedytujmy trochę, a powoli znajdzie się sposób.
— O, przepraszam, tylko nie powoli. Ja muszę jeszcze dzisiaj, zaraz wysalwować1089 moją niebogę, bo inaczej to i ja się wścieknę.
Pani Flora odjęła twarz od chusty i przez łzy się uśmiechając, rzekła:
— Ponoć to już waszmość odróbkę1090 nadkąsan od tej psiej choroby...
— Gadajże wacpani, gdzie jest klucz od onego nieszczęsnego strychu?
— Klucz? W kieszeni u pana Schultza. Nim waszmość dobierzesz mu się do klucza, to musisz go pierwej zarżnąć jak barana.
— I na to może mu przyjść. Ale tymczasem jeszcze pomedytujmy. Żeby to kiepskie okienko nie było tak het wysoko i żeby nie było tak haniebnie małe... aleć to nikt żywcem tamtędy nie przejdzie.
— A właśnie że przejdzie. Ja sama dziś widziałam, jako panna Hedwiga niemal całkiem stamtąd wyszła.
— Czy może być? I jakżeś to wacpani widziała? Z ulicy?
— Nie, ja byłam u niej, tam pod dachem.
— U niej?
— A tak. Powiedziałam panu Schultzowi, że chcę ją sfukać, co się zowie, i nauczyć, jako ma czynić. Więc sam co tchu mię tam wpuścił. I sfukałam ją porządnie, ale nie za to, że nie chce pana majstra, jeno za to, że wczora z waszmością nie chciała uchodzić.
— Zacna z wacpani białogłowa! I mądra.
— Przy tym jej mówiłam, aby się nie dała desperacji1091, bo ja nie dopuszczę jej krzywdy i z waszmością wymyślę dla niej zasalwowanie.
— Zacna z wacpani białogłowa, co praktykuje święte przykazania: „Więźnie1092 odwiedzać, smutnych rekonfortować1093”.
— Owóż z onym okienkiem była taka rzecz. Jakem jej powiedziała, że pan Schultz chce pastora sprowadzić, zerwała się ze skrzyni jakby oparzona i krzyknęła: „O, tego nigdy! Wolę śmierć niż luterski szlub! Niech spróbuje, to ja pierwej tu wyskoczę tym okienkiem precz!” Tedy ja jej powiedam: „Nie groź wacpanna próżno, bo tym okienkiem żadna człowiecza persona się nie prześrubuje”. A ona powieda: „Nieprawda! Ja się prześrubuję”. „Ale gdzież znowu?” „A tak!” „A nie!” I precz się certujemy1094, a tymczasem ona hyc do okienka i, wyfiguruj sobie waszmość, tak mi się subtelnie zawinęła, że cała z ramionami, z rękami, wylata1095 za ścianę, zupełnie jak ten węgorz. Aż ja ją łap za sukienczynę, aby mi naprawdę nie wypadła. Dopiero widzę, że ona cała blada i tak się trzęsie jak nóżki cielęce, i powieda: „O Jezu! Jakaż to tam przepaścistość! A z tym wszystkim — powieda — widzisz wacpani, że ja się tam zmieszczę. Żeby tak jeno Pan Jezus dał skrzydełka, tobym wyfrunęła, ojoj! Prościuchno do pana Kazimierza”.
Podczas opowiadania pani Flory pan Kazimierz nagle usiadł, oczy ręką zasłonił i zapadł w głębokie zamyślenie. Po chwili odsłonił twarz dziwnie rozjaśnioną.
— A wiesz wacpani, że co mi powiedasz, to wielka nowina. Kiedy panna Hedwiga może przejść okienkiem, to wygrany proces.
— Ja nie widzę jeszcze wygranej. Chyba że waszmość przyprawisz jej skrzydła.
— Znajdą się i skrzydła. Czy i u wacpani jest okienko takowe pod dachem?
— A jakoż nie ma być? Co by to był za dom bez oka?
— Chciałby ja tam pójść i obaczyć.
— A i owszem. Ciekawam ja, coś waszmość wykoncypował.
I naprawdę zaciekawiona, poszła z panem Kazimierzem na poddasze, gdzie jeszcze więcej pachniała lawenda, bo mnóstwo chust, rąbków i koronek, ślicznie wypranych, suszyło się tam po sznurach i kołkach.
Ale pan Kazimierz, stanąwszy w okienku, doznał wielkiego rozczarowania: wyszło mu było z pamięci, że dom pani Flory jest o całe piętro niższy od Bursztynowego, i teraz dopiero spostrzegł tę różnicę.
— Źle — mówił. — Chciałem ja od okienka do okienka rzucić deskę, jako te mosteczki, co sobie robią mularze1096. A tu ani rusz. Nasz mostek musiałby też chyba mieć skrzydła. Kto by stamtąd chciał tutaj zjachać, toby leciał jak z pieca na łeb, i to jeszcze w ukos! Nie — ani sposób.
— A przy tym, jakżebyś to waszmość po kryjomu skonstruował? Toć by ludzie z ulicy widzieli.
— E, co to, to nie. Od czego noc? Czekaj wacpani... może się jeszcze wynajdzie inakszy fortel. A! Już go mam! Czy tu można wyleźć na dach?
— Juści, można. Jest pono jakowaś trapka1097, którędy wyłażą ludzie wedle czyszczenia kominów i zgartywania1098 grubych śniegów.
— A jako się to tam idzie?
— Ano, po drabce1099.
— A gdzie owa drabka?
— Tego ja nie wiem. Fruzia ją gdzieś tam w kącie chowa.
— To zły casus. Nie chciałbym się spuszczać1100 z naszego sekretu przed jaką płochą dziewką.
— Możesz się waszmość spuścić. Niech jeno rzecz idzie o amory, to moja Fruzia dyskretna jak tomba1101.
Pomimo ważnych myśli, które go zatrudniały1102, pan Kazimierz nie mógł się wstrzymać od uśmiechu.
— Czy wacpani to wiesz ze swojej osobistej eksperiencji1103?
— Ach, jakoż nie mam wiedzieć? Gdzie niewiasta w kwiecie żywota osiądzie na wdowieństwie, tam co dnia trza się bronić od armii adoratorów, co — raz głośnym szturmem, to znów cichymi perfidiami — czyhają na fortecę jej afektu. W takowych to imprezach1104 wyeksperymentowałam ja dyskrecję mojej służebnej.
Po tych słowach pani Flora, przechyliwszy się przez poręcz schodów i przywoławszy dziewczynę, kazała jej co żywo podać drabkę, po której pan Kazimierz z niesłychaną zwinnością dobiegł do wyjścia wyciętego w dachu.
Fruzia miała ochotę gonić za nim, aby zobaczyć, co ten strojny kawaler tam chce czynić. Ale pan Kazimierz, stanąwszy na koralowej łusce dachówek (owych słynnych gdańskich dachówek, o które się i zza morza dobijano), zobaczył po swojej prawej stronie boczną ścianę od kamienicy pana Schultza sterczącą jeszcze o całe piętro wyżej; co prędzej zatem wyciągnął za sobą drabinę, przystawił ją do rzeczonej ściany i tym sposobem na koniec wydostał się na dach Bursztynowego Domu, ale zarazem i odjął Fruzi możebność pogonienia za nim.
Dla ciekawej dziewczyny było to prawdziwe nieszczęście, gdy zobaczyła, że sprzed samego zadartego jej noska zabrano tę szacowną drogę, łzy gniewu zakręciły jej się w oczach podniesionych żałośnie ku rozwartej klapie, przez którą przeglądało tylko czyste niebo.
W tej zadumie zeszła1105 ją pani Flora.
— Fruziu! — szepnęła. — Nie podpatruj! Przez dzień dzisiejszy i jutrzejszy masz nie mieć oczu, nie mieć uszu — masz być, jakbyś nie była, bo tu idzie rzecz o zacną pasję.
— Aha! Tak, to rozumiem — odparła tamta.
I obie, położywszy palec na ustach, porozumiały się znaczącym spojrzeniem. Po kilku pacierzach pan Kazimierz powrócił widocznie rad z wyprawy. Zeszedłszy1106 z panią Florą do sypialnej komnaty, drzwi za sobą zamknął starannie i ozwał się:
— Wszystko dobrze. Obym tak był pewien zbawienia duszy, jakom pewien sukcesu w tej cyrkumstancji1107.
— Cóż tedy waszmość wykoncypowałeś? Powiedz raz, bo uschnę.
— Powiem, ale jeno do uszka wacpani, bo u drzwiów mogą stać jakowe Fruzie, a już z pryncypalnego1108 sekretu to ja nikomu się nie spuszczę, jeno łaskawej naszej protektorce.
Tu, skłoniwszy się do jej ucha, wyszeptał jakoweś zwierzenie, które musiało ją niepomału wzruszyć, bo chwyciła się oburącz za głowę (co prawda, ostrożnie, aby nie potargać wymuskanych włosów) i zawołała:
— Święta Floro! Z takowej wysoczyzny1109? I to jeszcze z drugą personą? Ależ to perykulum1110 okrutne!
— Co za perykulum dla morskiego człeka?
— Ale czy ona będzie chciała się tak zrezykować?
— Jeśli mnie miłuje, to się zrezykuje. Zawdy by ja rad, abyś ją wacpani mogła poświadomić1111, bo gdyby przyszło w samejże akcji dopiero parlamentować1112, toby my dużo czasu zmarnowali. Jeno nie wiem, czy ten dziad wacpanią drugi raz do niej dopuści?
— Ojoj! Czemu nie ma dopuścić? Jeszcze się ten nie urodził, co by mej wolej przeszkodził.
— Anioł z wacpani. Teraz tedy nic nie ostaje mi, jeno ucałować rączki naszej dobrodziki1113 z dziękowaniem setnym za jej łaskę i uciekać precz, bo mam jeszcze kupę roboty na głowie. Muszę po raz wtóry prosić oćca Celestyna, aby rankiem znów ze stułą czekał.
— Oj, to, to. Ksiądz przede wszystkim, kawalerze.
— Muszę sobie sprowadzić kilku zacnych kompanów, aby przy szlubie stanęli mi na świadki, muszę sobie sprokurować1114 instrumenta1115 do onej ekspedycji, przy tym koniki dla nas gdzieś tu w somsiedztwie1116 ulokować. Pozwolisz tedy wacpani, to ja się tu pod noc zakradnę. Przyjdzie też ze mną i mój pachołek Maciek.
— Maciek? Ach, byle nie Maciek! Znam ja go. Nieraz tu chadzał do mojej Fruzi, kiedy my tam siedzieli na beischlagu. Ten głuptasek wszystko waszmości popsowa.
— Co ma popsować? Muszę mieć przy sobie człowieka, żeby uprzątnął ślady ekspedycji. Na to nie trzeba Salomona. Jeno rzecz wyhisować1117 i dyrdem1118 za nami bieżeć. A wolę jego jak jenszego, bo to człek do mnie przywiązały i, co pryncypalne, Mazur. Trzeba wacpani wiedzieć, że nasza gałąź Koryckich wywodzi się z Mazurów. Dopiero nasz pradziad przesiedlił się pode Przemyśl1119 dla dwóch tłustych wsiów1120, co mu je tam nasza prababka wniosła. Tandem tedy my niby już przeflancowani1121. Wszelako natura zawdy ciągnie wilka do lasa1122 i ja zawdy lgnę do wszystkiego, co trąci Mazurem. Ale ja tu gadu-gadu, a czas ucieka i moja nieboga1123 czeka. Jeszcze raz nóżki całuję.
To powiedziawszy, już podążał ku wyjściu.
Nagle uderzył się w czoło.
— Aj! Znów difficultas1124! I to de grubis1125! Bramy miejskie całą noc zaparte1126! Jakoż my przejedziem? Tamtej nocy tom ja sobie skaptował1127 profosa1128 od straży przy Wysokiej Bramie, Pietra Koreywę. To mój dobry znajomek... ten miał nas cichaczem przepuścić. Ale dzisia jakże to będzie?
— Więc ten Koreywa nie każdej nocy wartuje?
— A nie. On tak na przekładkę. Raz dzień, raz noc. Dziś tam jest, ale jeno do jedynastej przedpółnocnej, a po hejnale obluzuje1129 go jenszy. Bóg wie, co za jeden.
— A to wiesz waszmość? Musisz się uładzić1130 przed hejnałem, dopóka ten tam jeszcze stoi.
— Rad by ja to uczynił, ale sobie rememoruj wacpani, że aż do dziesiątej, do stróżowego śpiewania, ulica jest pełna ludzi, na beischlagach gry i chorały. Nim się to wszystko uspokoi, to jeszcze upłynie sporo wody. Tak tedy ledwie niecała godzinka wolna się ostanie. To strasznie kuso1131 czasu. A wszelako co robić? Masz wacpani rację, trza się w tej godzince uładzić. Racz tedy wacpani dać pannie Hedwidze takowy ordynans, aby zaraz po „gaszeniu ognia” była w gotowości. Ja tandem lecę w świat.. Jeszcze raz całuję rączęta naszej złotej swatki.
— Z Panem Bogiem waszmość idź i bądź dobrej myśli, bom ja na to węzełek zawiązała, że się pobierzecie. A co Flora Korwiczkowa raz na facolecie swoim zadzierzgnie1132 i w sercu swym zadecyduje, to i będzie. Rzecz pewna jak amen w pacirzu1133.