VII. Miłość ma skrzydła

Już dziesiąta na zegarze,

idźcie do snu, gospodarze.

I wstawali gospodarze z ław gankowych, goście żegnali się i rozchodzili, służba sprzątała szklenice i latarki, a pan Kazimierz patrzył na to wszystko z niemałej wysokości, bo aż z dachu Bursztynowego Domu.

Siedział on tam na samym szpicu jak na koniu, z głową wetkniętą między związane główki dwóch szczytowych esów1134. Przy nim czołgał się po dachu Maciek, rzekomy hajduk, ciągnący za sobą linę w duży kłąb zwiniętą. Fałszywe ścianki, z których składał się wierzchołek znajomej nam liry, zasłaniały ich przed wszelkim okiem, tylko twarz pana Kazimierza mogła być z dołu dojrzana, ale i ta w swojej nieruchomości wyglądała na kamienny maskaron1135 umieszczony tuż nad złotą głową smoka. Pan Kazimierz patrzył z góry i niecierpliwił się powolnością, z jaką ruch uliczny ustawał. Już na zegarach miejskich biło wpół do jedenastej, a jeszcze zgrzyty kluczów i łoskoty sztab zasuwanych odzywały się z wnętrza domów, jeszcze cienie przechodniów przepływały po ścianach niby ogromne mary1136.

Niełatwo też było dokładnie się rozpatrzeć lub wsłuchać, bo ta noc ani blaskiem, ani ciszą nie dorównywała poprzedniej. Wyraźnie zanosiło się na zmianę pogody. Księżyc wprawdzie świecił, ale wąsko podarte chmury co chwila go przesłaniały i od czasu do czasu zrywał się wiatr szumliwy.

Na koniec nastała chwila zupełnej ciszy.

— Dzięki Bogu! Przecie się już pospali. Maciek, dawaj linkę.

Hajduk podpełznął w górę, po czym zaczął rozwijać kłębek.

Nagle pan Kazimierz wzdrygnął się i szepnął:

— Co to jest? Czy tam co stoi? A stoi. Człek jakiś. Akurat naprzeciwko mnie! Rusza się... Ano, przecie odchodzi. Gdzie tam! Znowu wraca! A to miły kawaler, chodzi sobie tam i sam1137 pod gankiem. Boże mój! A toż to ten łotr Ollender! Ten zawsze musi mi w drogę włazić... Czy go tu stary na szyldwachcie1138 postawił, czy co?

W tym ostatnim domniemaniu pan Kazimierz się mylił. Był to istotnie Kornelius, ale jeżeli przyszedł, to bynajmniej nie z rozkazu pana majstra. Owszem, pałał on do niego ciężką złością i za razy odebrane rano, i także, a nawet przede wszystkim za uwięzienie Hedwigi. Ach, co złości było w jego sercu! O panu Kazimierzu i myśleć już nie mógł, pienił się na samo jego wspomnienie. A i do niej miał także sporo żalu, chociaż, prawdę mówiąc, jeszcze więcej tego żalu było nad nią niż do niej. Miotany wstydem za swój przeszłonocny1139 uczynek, rozpaczą nad losem uwięzionej, po całym dniu przemordowanym nad przymusową pracą czuł, że dłużej w domu nie wytrzyma, i prosił Minę, aby mu jeszcze pozwoliła pozostać na ganku. Wiedział, że Mina musi zawsze długo w noc szorować i pucować, zanim zdoła po wieczerzy doprowadzić znów kuchnię do jej złotego blasku, prosił więc:

— Ja tu jeszcze troszkę posiedzę na chłodzie, bo głowa mię tak łupie, że w izbie gotowa pęknąć. Jak skończysz twój glancunek1140, to mi drzwi odemkniesz i wrócę.

Posiedział tedy jakiś czas na ławie, ale i tego było mu za mało; jak wszyscy zakochani, chciał patrzeć w okno swojej lubej. Ach, smutne okna! Więzienne! O, gdyby mógł tam się dostać! Uwolnić ją! Powiedzieć jej: „Uciekajmy!” Kto wie? Za taką przysługę może by uzyskał choć uśmiech wdzięczności? A może i nie?... Może by wolała cierpieć wieżę niżeli z nim uciekać? O, gdyby nie tamten! Diabli przynieśli tego nawiganta1141, co jak wąż morski wkręcił się do domu i wszystko wszystkim zaburzył! Monstrum1142 jakieś wodne! Zbrodzień1143, co śmiał do ust jej sięgać, kiedy on, Kornelius, nie śmiał nigdy nawet brzegu jej sukienki się dotknąć!

Tak utyskując, to stawał naprzeciw Bursztynowego Domu, to przechodził tam i na powrót przez ulicę, a wciąż klął pana Kazimierza, który wzajem klął go na dachu.

— Maciek, jesteś tam?

— Słucham wasę1144 miłość.

— To nieszczęście, żem ja nie wziął rusznicy1145; zara bym ją w tego szpiega wyrychtował1146.

— Ej, wasa miłość, chyba nie.

— Jak to: nie? Czemu nie?

— Bo jakby pukneno1147, toby się caluśka ulica zerwała na równe nogi.

— To prawda. Czasem i głupiemu przytrafi się racja. Ale co tu robić? Przecie nie mogę czekać do rana? Ja już i momentu nie mogę czekać, bo jak straże zmienią, to i po wszystkim. Żebym ja miał choć kamień, tobym cisnął i łeb mu roztrzaskał. A, już wiem! Kawał muru oberwę, to nie gorsze od kamienia.

I już zaczął próbować, czy esowaty murek nie da się nadłupać, gdy na szczęście niebezpiecznej tej roboty oszczędziło mu nowe nadejście nocnego stróża, który powracał dla sprawdzenia, czy wszystko jest pogaszone i zamknięte.

Na odgłos jego grzechotki Kornelius szepnął:

— Oho, Grubasek idzie, będzie mię gnał doma1148, trzeba zmykać.

I skręcił w jedną z bocznych ulic.

Kuba Grubasek zbliżył się ciężkim krokiem, Zagrzechotał raz i drugi, popatrzył w ciemne okna i przeszedł.

— Maciek, dawaj linkę, już można.

— A jak tamten wróci, to co?

— To będzie miał swoją śmierć na własnym sumnieniu, bo ja wiem, że nie wyjdzie żyw, kto zobaczy, co ja teraz robię. Ale ty patrzaj za nim i gadaj mi, czy wraca.

Maciek wytknął głowę i zaczął się śmiać.

— Nie wraca łojdak, idzie het w ulicę, widzę go po miesiącu1149, het, daleko! Idzie prec! Oho! Już mi zginon... Gdzie un? Psepad jak ten kamień w wodę.

Istotnie, Kornelius uczuł, że szybsza przechadzka na wietrze ochładza mu rozgorzałą głowę. Był pleczysty1150, miał kij sękaty w ręku, nie bał się przechodniów, którzy jego raczej mogli się ulęknąć, więc pomyślał:

„Przejdę sobie kołem aż do placu i drugą stroną wrócę doma”.

Bardzo to dobrze złożyło się dla pana Kazimierza, który co żywo rozpoczynał robotę. Z marynarską wprawą zadzierzgnął na linie szerokie, luźne oko i rzucił je w powietrze tak zręcznie, że wystająca szyja smocza została nań uchwycona jak na arkan1151. Pozostały od tej strony koniec liny przyczepił do komina sterczącego na dachu, zakręcił go tam kilkakrotnie i w uczony węzeł zaplątał. Potem zaczął linę rozwijać, rozwijać i powoli spuszczał ją na taras. Gdy wszystka1152 z rąk mu się wymknęła, rzekł półgłosem:

— No, już dobrze. A teraz, Maciek, słuchaj na oba uszy, bo to ważne, coć1153 powiem...

— Słucham, panie porucniku.

— Jak tylko będę na dole, zaraz mi tę linę wyhisuj na powrót. Nie masz co jej odwiązywać, zostaw na dachu, byleby z dołu nikt jej nie obaczył1154, bo to by zrobiło alarm i wtedy wszystko przepadło. Więc wyciągnij, zostaw tu, sam uciekaj bez1155 kamienicę pani Flory, dopadnij konia i doganiaj mię, a żywo — inaczej bramę ci przed nosem zamkną. Cóż, rozumiesz?

— Słucham wasę miłość, adyć1156 wyrozumiał ja.

— No więc dobrze. A teraz... W imię Ojca i Syna... w drogę!

To mówiąc, przeżegnał się i stanął na murku.

Maciek pochwycił go za nogi.

— Olaboga! Cekaj wasa miłość! Taka wielachna chmura załazi na miesiąc... Opsnie1157 wam się noga... Olaboga, moje panisko!

W przestraszonym głosie Maćka tętniło tyle przywiązania, że pan Kazimierz tylko się roześmiał.

— Głupiś, Maciek! Czy to ja nie stary chłopiec okrętowy? A czy to sam Pan Bóg nie mówi w Piśmie świętym: „I na smoku jeździć będziesz”1158. Owóż i ja pojadę. A że chmura załazi, to właśnie dobrze; jeśli jakie ślepia mię wypatrują, to nic nie podpatrzą. No, puszczaj, bo cię zepchnę z dachu precz.

Maciek puścił i ani się spostrzegł, a już jego pan siedział na złotym smoku, potem podwinął się pod niego, chwycił linę i zawisł w powietrzu. Lina niezbyt gruba, ale bardzo mocna, skręciła się i wyciągnęła pod jego ciężarem, przez co węzeł na szyi smoczej zacisnął się jeszcze silniej.

Po chwili pan Kazimierz już był przy okrągłym okienku, gdzie szepnął:

— Jadwiśko! Jesteś tam?

— Jestem! Ach, jestem! Tak czekam!... Czy tamten poszedł?

— Poszedł! Nie bój się. Wszystko dobrze. A teraz wylatuj, moja ptaszyno, jeśli tylko potrafisz się wydostać.

— Potrafię, potrafię... Do ciebie to choćby i przez piekło!

Właśnie chmura zeszła z księżyca, który ogromnym blaskiem uderzył na ścianę. Pan Kazimierz, kołysząc się z liną, to był dalej, to bliżej kamiennego pierścienia. W jednym z owych przybliżeń dwie białe, obnażone rączki wytrysły z okienka, objęły go za szyję, potem wyjrzała główka ujęta w małą krezę, potem pierś toczona.

Kazimierz odjął od liny jedną rękę i wpół ujął wychyloną postać.

Wierny sługa zasłonił sobie oczy — nie chciał widzieć, co się dalej stanie.

Jednakże nic złego się nie stało.

Hedwiga była tak szczupła, wiotka i sprężysta, że cała postać jej wyfrunęła z pierścienia jakby rybka prześlizgująca się przez kluczkę1159 sieciową.

Sam też jej ciemiężca przyłożył się niechcący do ułatwienia tej ucieczki. Chcąc srodze umartwić uwięzioną, majster kazał jej zabrać owe piękne, ale sztywne suknie, w jakich powróciła z Artusowej zabawy, a natomiast przez płaczącą Minę posłał jej najskromniejszą z jej wszystkich sukienek: był to mętlik, rodzaj rannego podwłośnika1160, z białej bawełnicy1161, niebieskim sznurem w pasie przewiązany. Panienka nosiła go tylko po domu, przy gospodarskich zajęciach, i ani się domyślała, że jej w nim stokroć ładniej niż we wszelkich wykrygowanych1162 bławatach1163. Dziś rano przyjęła go z utajoną radością, bo ta miękka i wąska odzież niezmiernie ułatwiała przebycie okienka. I tak co miało być worem pokutnym, stało się szatą wyzwolenia.

Spuszczają się powoli, powoli. Na linie są porobione węzły, o które Kazimierz kolejno się opiera.

— Jadwiśko — szepce — zamknij oczy i nie bój się.

Ona od początku już zamknęła oczy, aby nie widzieć tej przerażającej przepaści. Odpowiada mu:

— Ja się nie boję.

Ale w rzeczywistości boi się okropnie. Twarz ukryła na jego piersiach, trzyma go się z całych sił i drży.

Nagle — i on zadrgnął...

Usłyszał pierwsze dźwięki trąb i fletów, rozpływające się z wieży Świętej Katarzyny.

Ona uczuła jego drgnienie i pyta struchlała:

— Co się stało?

On odpowiada:

— Nic, nic...

Ale w oczach robi mu się ciemno. Te dźwięki prześliczne, ciągnione, srebrzyste brzmią łagodnie dla wszystkich uszu, a jemu wydają się trąbą sądną, co powtarza: „Już za późno! Za późno!...”

Jednak wrodzona dzielność szybko bierze górę. Junak powiada sobie po staremu:

„Jakoś to będzie!”

I z podwójnym zapałem rozgląda się po swojej drodze. Patrzy na ścianę domu.

Już minął gracje, których leciuchne wieńce, z bliska widziane, wiszą nad nim jakby grube powrósła1164.

Już zrównał się z Carolusem Magnusem, którego kamienne oczy patrzą w niego dziwnie, jakby mówiły:

„Jedź śmiało, kawalerze! Audaces fortuna iuvat1165”.

Już się otarł o wypukłą kratę od okna dolnego...

Boże mój, dzięki Ci! Już czuje pod nogami twarde skręty liny, która, opadając na ganek, jak wąż się nawinęła.

O szczęście! Już dotknął ziemi!

— Jakiś ty waleczny! — szepce z uwielbieniem Hedwiga.

— Co tam ja, nie dziw. Ale ty jaka waleczna! — odpowiada Kazimierz, stawiając ją przy kracie od ganku. W tejże chwili wszakże spostrzega, że panienka nie może utrzymać się na nogach.

— Jak ty pójdziesz, moje niebożątko? Ja cię chyba zaniesę1166.

— Nie... nie... chwilkę jeno odetchnę... poczekaj...

W tejże chwili muzyka umilkła. Zegary miejskie jedne po drugich zaczynają bić jedenastą.

Kazimierz porywa ją w objęcia.

— Już nie można czekać... I tak późno... Ach, żeby nie ten łotr Ollender, już by my byli za miastem! A tak... A tak... ta brama nieszczęśliwa...

Hedwiga zaczyna rozumieć nowe niebezpieczeństwo. Pod tym ukłuciem odzyskuje przytomność.

— Puść mię — prosi — już ja pójdę śmiało.

Zbiegli ze schodków, suwają się pod ścianami — już wpadli w ciemną przecznicę.

Gospoda Kazimierza niedaleko, na trzeciej uliczce. Biegną prędko — jednak nim dobiegli, już ostatni zegar wydzwonił ostatnie uderzenie.

Przy gospodzie, w mrocznym zaułku, człowiek jakiś milczący trzyma w jednym ręku długi rapier1167, drugą ręką przytrzymuje konia. Koń ubrany jest w siodło z płaskim, szerokim łękiem1168; łęk przykryty puszystą derką.

Pan Kazimierz, którego kordelas błyszczy dzisiaj po prawej stronie, chwyta za rapier i przypina go do lewego boku. Przy spuszczaniu się po linie byłaby mu ta broń zawadzała, lecz teraz, na podróż, trzeba się dokładnie uzbroić. Już gotów — skoczył w strzemiona, podnosi panienkę, sadza ją przed sobą i tak dobrze zakrywa burką, że ledwie jeden koniec jej nóżki przegląda.

Jadą — przez ulicę jedną, drugą — wszędzie pustka.

Wyjechali na plac Targowy. Stąd już droga do Wysokiej Bramy jak wystrzelił.

Kazimierz puszcza konia szybciej.

Czasem z bocznych ulic dochodzi go grzechotka nocnych stróżów.

„Teraz — myśli sobie — choćby się na nas natknęli, to ich przeskoczę. Nie będę się bawił w pertraktacje. Piechty1169 nas przecie nie dogonią”.

I patrzy, patrzy na iglaste daszki tej osobliwej wieży, co poprzedza Wysoką Bramę, a która już przed nim czerni się na powietrzu coraz czarniejsza, coraz wyższa i bliższa.

Czasem jednak spogląda i za siebie.

— Co to? Czy kto goni? — pyta z obawą Hedwiga.

— E, nie. Ja jeno patrzę, czy ten gamoń Maciek nie jedzie? Co on tak tam marudzi?

Ona nic nie odpowiada, tylko chowa się pod jego burkę, aby nie widzieć tych wysokich, niebotycznych domów, co tak dziwnie po nocy wyglądają. Przysięgłaby, że ze wszystkich okien tysiąc oczu złośliwie na nią patrzy, a to tylko księżyc miga tak po szybkach uciekających z obu stron ich drogi.

Na koniec zrobiło się ciemno — podkowy zatętniły pod sklepieniem — wpadli w jeden z widlastych przejazdów Hohe Toru1170.

Kazimierz wpatrzył się w głąb... i nic nie dojrzał. Brama była zamknięta.

Jednakże, nie tracąc dobrej myśli, zawołał rozkazującym głosem:

— Brama! Otwierać furtę!

Wybiegł jeden ze strażników z latarką.

— A co to? — spytał. — Już nie można.

— Jak to: nie można? Jeszcze wczas.

— A czy to pan łeficerz głuchy, że nie słyszał zegarzów1171 i trąbek na kościele?

— Nie słyszałem — odpowiadał pan Kazimierz i upierał się, że jeszcze nie ma jedenastej. Przez ten czas kilku innych strażników przybyło dokoła. On ich przekonywał ślicznymi słowami, a zarazem wsuwał im do rąk dukaciki, którymi już naprzód miał naładowaną kieszeń.

— A profos Koreywa jest? — zapytał.

— Nie ma. Już obluzowan1172. Jeno co się zakręcił.

— A to szkoda. To mój znajomek. On by mię wypuścił. On mię już nieraz puszczał, bo wiedział, że niech no ja się poskarżę do panów Szpiryngów, to cała straż miejska w puch wyleci.

Strażnicy spojrzeli po sobie z wahaniem. Jeden i drugi przekonał się już przy latarce, że co trzyma w ręku, to najszczersze złoto, i pod wpływem tej świadomości jeden drugiego zaczął pytać, czy furta już naprawdę jest zamknięta.

W pana Kazimierza duch wstąpił na nowo, gdy nagle z bocznej izby wyszedł naczelnik straży, człowiek mu nieznajomy.

— Co to za harmider? — spytał groźnie.

Strażnicy oniemieli.

Kazimierz tłumaczył się uprzejmie:

— Każ mię wasze puścić. Zabawił ja się trochę w mieście. Jak nie wrócę dziś jeszcze do Władysławowa, jak nie stanę rano do apelu, to będę pokaran1173. Widzisz wasze, iżem jest1174 z Wodnej Armaty.

— Widzę to, jeno że niechbym puścił waszmość, to ja będę pokaran. A co to waszmość wieziesz do fortecy za trofea?

Mówiąc to, naczelnik wziął latarkę i oświecił nią trzewiczek Hedwigi.

W Kazimierzu krew się zagotowała. Miał ochotę trzasnąć śmiałka po ręku, skrzyczeć wszystkich i porozpędzać i byłby to uczynił w każdej innej chwili, ale dziś czuł, że nie może robić burdy, co by wydała tajemnicę. Zakrył więc tylko nóżkę brzegiem swej burki, gniewne słowa w sobie zadławił i pochyliwszy się do naczelnika, szepnął:

— Z żoną jadę.

— Aha! Z żoną — powtórzył tamten, patrząc na niego drwiąco. — A to żonce będzie cieplej nocować w mieście niż w polu. Radzę waszmości, wracaj zdrów do miasta, abo jedź do którego z burgemeistrów1175, przywieź mi passe-portę1176 na piśmie, to każę otworzyć.

Pan Kazimierz przygryzł wargi. Znał się na karności wojskowej, czuł, że nie ma tu nic do zrobienia, i już przemyśliwał, czy naprawdę nie byłoby lepiej wrócić do miasta i tam poszukać jakiego ukrycia, kiedy niespodzianie od strony pola ozwało się trąbienie podobne do rogu myśliwskiego, a potem gromkie wołania i hukania:

— Brama! Hej, otwierać!

Jeden ze strażników odemknął kratowane okienko i odpowiedział z przekąsem:

— Już nie można. Czekajcie se, aż słonko wejdzie.

Ale głosy nie ustawały.

— A cóż to, gburze jakiś, nie poznajeszże? To ja, burmistrz Freimuth!

— I ja, burgrabia Steffens!

— I ja!

— I ja!

— A nie wiecie to, kpy1177, gdzie my jachali1178?

Naczelnik straży, przestraszony, rzucił się do furty, krzycząc:

— Dawajcie klucze! To panowie senatory wracają z polowania... Prędzej, klucze! Most zwodzić co tchu! A wy wszyscy z drogi!

Pan Kazimierz usłuchał rady i cofnął się z koniem w najciemniejszy kąt bramy, tuż przy furcie.

Nastało straszliwe brzęczenie łańcuchów; powoli most opadł. Już też i klucze przykładano do furty; była ona dość wysoka, lecz wąska, tylko na jednego konnego. Gdy ją roztworzono1179, panowie senatorzy zaczęli wjeżdżać po jednemu, wszyscy kurzem okryci, śmiejący się, rozbawieni. Za nimi służba z psami, sokołami, konno i pieszo. Most pod nimi tętnił, a echa sklepień rozlegały się od nawoływań, chichotań i trzaskania harapów1180.

Wśród tej wrzawy starszy łowczy krzyknął:

— Hej! Mało furty! Otwórzta i bramę chocia1181 do połowicy1182, bo i furgonik1183 jest.

Rozwarto połowę bramy, wtoczył się wóz pełen zwierzyny, fasek, namiotków, kobierców i wszelkich myśliwskich przyborów. Za nimi jeszcze ostatnia kupka służby.

Wszyscy przejechali, łańcuchy znów zagrały, most poszedł w górę — i bramę na powrót zamknięto.

Naczelnik straży, rozglądając się z podniesioną latarką, zapytał:

— A gdzie ów kawaler, co to wiózł taką misterną nóżkę?

Strażnicy obejrzeli się po bramie: nigdzie nie było kawalera.

Jeden z nich wprawdzie dobrze widział, jak pan Kazimierz, zamieszany między służbą myśliwską, przesunął się tuż koło furgonu po moście, a potem zniknął za szańcami, ale sobie pomyślał:

„Hojny to pan, niechże sobie zdrów jedzie”.

I zaczął opowiadać, jako ów kawaler zawrócił się do miasta, czemu wszyscy w końcu musieli dać wiarę, kiedy nigdzie go nie mogli znaleźć.

A Kazimierz tymczasem leciał już gościńcem jak szalony.

Kilka razy obejrzał się niespokojnie. Gdy zobaczył, że nikt ich nie ściga, rozsunął burkę, spojrzał w twarz Hedwigi, przycisnął ją gwałtownie do łona i wykrzyknął:

— Wiktoria1184! Teraz jużeś ty moja! Moja! Moja na wieki!

I mknęli przez pola jakby duchy.

Wicher targał jej włosy, księżyc świecił jej w oczy, a ona te oczy to przymykała, to roztwierała z podziwieniem1185, pytając się samej siebie, czy to sen taki dziwny? Czy to prawda, że ona, ta cicha, ta wiecznie przędząca panienka, dała się porwać i leci w świat nieznany?

I jakiś lęk panieński ogarniał ją na powrót.

Ale po chwili przypomniała sobie, że ten, co ją porwał, to jej zacny, jej mężny, jej ukochany Kazimierz, i wnet lęk ustawał, i znów przytuliła się z ufnością do jego mocnej, gorącej, roztętniałej1186 piersi.

A on, cisnąc ją w objęciu, wykrzykiwał:

— Bóg dobry! Och, jak ja cię miłuję! Wiktoria!

Tak, wiktoria! Wyrwał ją z kamiennego pierścienia rajcowskiej przemocy, wyrwał ją z kamiennej obręczy murów miejskich i oto lecą, jakby ptaki, wyżej łanów szumiących, niżej chmur pływających, lecą szczęsni1187 i wolni, bo miłość ma skrzydła.