VIII. Tak — ale wszelka miłość ma skrzydła
Jednakże w najszaleńszym pędzle jazdy, wśród najzawrotniejszych uściśnień i upojeń, panu Kazimierzowi ciągle przez głowę przelatywało niespokojne pytanie:
„Czemu ten Maciek nas nie dopadł? Czasu miał po uszy. Ceregielowalimy1188 się tak długo wedle1189 bramy. Czy tam się co stało, czy co?”
Istotnie Maciek miał czasu bardzo dosyć na spełnienie pańskich rozkazów. To tylko nieszczęście, że był „maćkiem”.
Jak widzieliśmy, podczas nadpowietrznej podróży młodych państwa, z serdecznego strachu o nich, zamknął oczy. Gdy je otworzył, już Kazimierz i Hedwiga zbiegali z tarasu.
Wtedy wzięły go nowe o nich strachy. A nuż Ollender będzie wracał i wlezie im w drogę? A nuż Kuba Grubasek? Czy oni też dobrną do gospody?
Dręczony niepokojem, położył brodę w kamiennym wyżłobieniu pomiędzy esami, wybałuszył oczy i śledził ich ucieczkę. Ile razy nikli mu w czarnych smugach cienia, serce mu biło młotem. Ile razy wynurzyli się na światło, podrygiwał radośnie i powtarzał:
— O!... Som jesce, som!
Na koniec przepadli w czarnym zagłębieniu. Trwoga dech mu zaparła. Po chwili usłyszał tętent, który w niezmiernej ciszy nocnej wyraźnie go dochodził. Potem dostrzegł nawet coś pędzącego po dalszych ulicach, bardzo żywo księżycem oświeconych. Ów cienik ruchomy, najprzód wielkości grochu, malał na ziarnko pieprzu, potem na ziarnko maku, aż znikł zupełnie, tylko jeszcze suche tętnienie podków dzwoniło czas jakiś w niewidzialnej dali.
Podniósł ręce i mówił radośnie:
— Chwałaż ci, Panie Boże! Pojachali scęśliwie! No, takiego mądrego pona jak mój chyba nie ma na świecie.
Nagle chwycił się za głowę:
— Olaboga! Adyć to i ja mam jachać! A pon kazał wyhisować on śnor1190. Zagapił ja się trocha. E! Jesceć ich dogunię. Jeno pociągnąć, i tyla.
Jedną ręką chwycił się za murek, drugą rękę spuścił aż pod smoczą szyję i zaczął linę ku sobie pociągać. Z początku szła bardzo łatwo. Nagle się zatrzymała.
— Co u licha? — szeptał. — Czy się tam zahacyła w onym zielaznym płotku? Ciągnę i ciągnę, i nic. Chyba jom urwać abo co?
I targnął linę z całej siły. Aż wtedy uczuł coś dziwnego. Ile razy ją pociągnął w górę, tyle razy jakaś niewidzialna siła pociągała ją na dół.
— Cy to cary? Cy tam ją kto tsyma?
I wysunął głowę jak najniżej, aby dojrzeć, co się dzieje na ganku.
— Jezu Maryja! Adyć tsyma! Stoi tam cłek jakowyś abo ino bies1191... boć którendyzby żywy cłek tu psysed?
Mylił się on we wszystkich przypuszczeniach. Nie były to czary, nie był to bies — był to po prostu pan Kornelius, który obszedłszy kilka ulic, wrócił od strony przeciwnej, co sprawiło, że nie spotkał uciekających. Podczas gdy Maciek zagapiony spoglądał za nimi gdzieś w dalekość, on sobie najspokojniej wszedł na ganek, zajął swoje Kornelius Ruhe i czekając, aż Mina go zawoła, smutnie zapatrzył się w niebo.
Po chwili przetarł oczy... Jakaś kresa1192 czarna przesłaniała mu sam środek tarczy księżycowej. Przetarcie oczu nie pomogło. Spojrzał bacznie, zdziwił się niezmiernie: kresa ta ciągnęła się od tarasu aż do samego dachu. Z początku nieruchoma, nagle zadrgała i zaczęła iść w górę. Wtedy zrozumiał, że to nie jest żadne przywidzenie, dał dwa susy, chwycił linę oburącz, przytrzymał ją, podniósł głowę — a gdy nad smokiem zobaczył migocącą rękę, zaczął krzyczeć z całych potężnych piersi:
— Złodziej! Mina, jesteś tam? Kuba, do mnie! Łapaj złodzieja! Stróże! Hej! A ty, łotrze, zejdź no mi tu zaraz!
I pod wpływem tej przyrodzonej skłonności, co we wszelkim uniesieniu każe nam wracać do rodzinnej mowy, zaczął po holendersku kląć na czym świat stoi.
Ale i Maćka wzięły złości.
— Nie dam ja się tobie, Miemce1193 jakiś! — powtarzał i linę precz1194 do siebie ciągnął.
Wkrótce też nie z nim jednym już miał do czynienia. Najpierwsza Mina, przerażona krzykiem Korneliusa, ukazała się we drzwiach ze świecą w ręku.
Zaraz potem przypadł i Kuba Grubasek. Musiał on być gdzieś niedaleko, pewnie spał już sobie na wygodnej ławie jakiegoś tarasu. Zaskoczony w tym niezupełnie sumiennym spełnianiu swoich obowiązków, tym żywszą teraz chciał okazać gorliwość; nie tylko więc pochwycił linę, ale zaczął się po niej wspinać, co przy jego pękatej tuszy zdawało się niełatwym. Ale Grubasek, choć grubasek, miał dużo kociego przyrodzenia1195 i mimo wstrząśnień liny wspinał się coraz wyżej, wołając swoim śpiewackim, przeciąganym głosem:
— Poczekaj, złodzieju, dam ja tobie! Poczekaj!
Nadbiegł i drugi stróż nocny, kościsty a wysoki Łukasz, trębacz, o wiśniowym ubiorze i uroczystej postawie. Ten nie piął się na linę, ale podniesionym berdyszem groził owej ręce wystającej z dachu i starał się utrzymać porządek między publicznością, której coraz więcej przybywało. W sąsiednich domach okna się otwierały z brzękiem, widać w nich było głowy niewiast obrurkowane w białe nocne czepki, wodzące przestraszonymi oczami. Na ganki wysypywała się służba wpół odziana, za nią panowie gospodarze wychodzili w szlafmycach1196 z kijem w ręku, pytając niecierpliwie:
— Co to takiego? Co się stało?
Jedni odpowiadali:
— Gore1197!
I głos ten leciał z ust do ust, szerząc niezmierną trwogę. Drudzy uspokajali:
— Ale gdzież tam! To nic, jeno ktoś zabit1198!
Inni znów przeczyli:
— Nie zabit, jeno zrabowan1199. Cały Dom Bursztynowy obrabowan.
Wśród tej bieganiny i krzyków ukazał się majster Johann. Wyszedł więcej zdziwiony niżeli strwożony, a rozejrzawszy się w sprawie, zaczął wołać na drapiącego się wciąż pod górę Kubę:
— Zleźże mi zara! Tamtędy go nigdy nie dostaniesz. Niech mi kto na dach pójdzie, to lepiej. Hej, chłopcy, skoczcie co tchu!
— Ja go tam wytropię! — krzyknął Kornelius i wpadł do sieni, a za nim chłopcy czeladni puścili się hurmem1200, radzi, że taka zabawa im się trafia.
Grubasek nie dał się przekonać, ale wciąż wisiał u liny, a widzowie, zgromadzeni na przeciwległych gankach, zachęcali go wykrzykami:
— O jest!... Widać mu głowę! O... teraz ręką macha! Śmiało, Kuba, łapaj!
Majster, zapatrzony także w górę, powtarzał ciągle:
— Ale czego ten człek tam chciał?
— Ano czegóż? — odpowiadano wkoło. — Wie, że skarby są u waszeci, chciał wleźć. Nie mógł drzwiami, to jakowym1201 oknem.
— Aleć łacniej mu było z beischlagu po drabce niż tamtędy na złamanie karku.
Nagle uderzył się w czoło.
— Herr Gott!1202 — wykrzyknął. — Czy to nie po nią? E! Niepodobna rzecz... a wszelako1203...
Tu wyrwał świecę z rąk Miny, rzucił się do sieni i zaczął pędzić po schodach z takim gwałtem, że na ulicy słyszano, jak stopnie pod nim dudniały1204.
Tymczasem Fruzia, wysłana przez wystraszoną panią Florę, czyniła nadludzkie wysiłki, ażeby odwołać Maćka. Najprzód wysunęła się do pasa ponad klapę, ale gdy stamtąd było jej za daleko, wyskoczyła na dach wdowiego domu, wbiegła na drabinkę i wytknąwszy głowę, szeptała:
— Pst! Pst! Maciek. A ty, głuptasie, słyszże!
Maciek, oparty o komin, z całych sił przytrzymywał linę, która pod ciężarem Grubaska wysuwała mu się nieustannie, a tak był zacietrzewiony tą robotą, że nie zaraz usłyszał wezwanie. Na koniec odwrócił głowę.
— Czego?
— Ano, chodźże!
— Nie mogę. Pan kazał wyhisować śnor.
— Ależ, ty ośle jakiś, po cóż to pan kazał? Po to, aby nikt liny nie obaczył. A jak raz obaczyli, to już przepadło.
Maciek otworzył wyłupiaste oczy.
— Adyć to prowda.
— Puśćże ją do licha i uciekaj.
— A jakoż ja pona dogunię, kiej1205 ulica pełniusieńka narodu?
— A już nie o gonienie tera rzecz, jeno trza im się wypsnąć1206. Już ja cię tak dobrze schowam tu w mojej komórce, że i sam kat cię nie wynajdzie. Puść i zmykaj, bo jak cię złapią, a wezmą na pytki1207, to ci będzie ciepło.
Maciek zrozumiał na koniec rozpaczliwość swego położenia. Choć żal mu było ustępować z pola walki, roztworzył ręce i wnet na ulicy rozległy się ogromne śmiechy. Lina, niespodzianie puszczona, obsunęła się, warcząc, i Kuba chlupnął o taras całym ciężarem swojej pulchnej osoby.
Przygoda ta jednak nie ochłodziła jego żarliwości. Owszem1208, zawołał:
— A widzita! Już łotr się mnie boi, kiej puścił. Ale ja go nie puszczę! Gdzie mój bieret? Hej, dawajta mój bieret!
Podano mu szafirowy beret, który zgubił w upadku. Nadział go z fantazją na ucho i znów zaczął piąć się pod górę, wygłaszając przechwałki:
— Oho! Nim tamci na dach wylezą, ja go tędy przycapnę. Abo to ja raz już wyłapywał złodzieje?
Ale Maćka już nie było na dachu. Fruzia co żywo go zepchnęła, drabinkę mu rzuciła, sama też wnet znikła i klapę zatarasowała za sobą na wewnętrzne haki; w domu bowiem tak porządnickiej, a razem i tak lękliwej osoby, jaką była samotna wdowa, wszelkie wejścia i otwory miały szczelne zamknięcie.
Już też i był czas na ucieczkę.
Właśnie Kornelius i chłopcy czeladni wynurzyli się z innej klapy, wyciętej w dachu Bursztynowego Domu.
Ukazanie się ich na wysokościach zostało przywitane z ulicy wielkim okrzykiem tryumfu.
Kuba tylko jeden zmartwił się ich wtargnięciem na plac boju, gdzie koniecznie chciał dotrzeć pierwszy. Wobec gracji zdumionych jego widokiem zawisł na wpół drogi w powietrzu, namyślając się, czy dalej ma pokazywać, jak jest nieustraszenie wierny swojemu powołaniu, czy też może już drugim ustąpić wieńca zwycięskiego.
W tej niepewności krzyczał:
— A cóż?! Macie go tam?
Kornelius i chłopcy biegali po tętniącym dachu jakby oparzeni. Zaglądali w kominy: nie ma nic. Rzucili okiem na sąsiednie dachy (oba dużo niższe), a nie widząc tam ani drabin, ani żadnych śladów ucieczki, zachodzili w głowę, gdzie się podział ów niepochwytny złoczyńca. Kornelius przesunął szyję między zakrętami dwóch esów i pytał:
— Czy zlazł po linie? Bo tutaj go nie ma.
Pomiędzy publicznością powstał śmiech szalony. Coraz więcej świec latało w oknach, coraz więcej ludzi tłoczyło się na gankach, podziwiając przemyślność złodzieja.
Ale nagle w tę wesołość uderzył istny piorun.
Majster wyleciał z domu jakby wariat. Trzymał się za głowę krzyczał:
— Hedwiga! Hedwiga! Wziął mi Hedwigę! To on! On!... Ja wiem kto!
Mina, cała drżąca, przystąpiła:
— Herr Meister1209, nie może to być. Jam sama drzwi zamknęła.
— Głupiaś, babo! Nie drzwiami ona wyszła, jeno tamtędy.
Tu pokazał małe, okrągłe okienko.
Na te słowa wszyscy zadarli głowę. Powstał jeden okrzyk podziwu.
— O o o!... Tamtędy? Jakoż to może być? Taką małą dziurką? A toż chyba czary?
Co prawda, widziany z dołu i przy niepewnym księżycowym świetle, kamienny pierścień wydawał się jeszcze nierównie1210 mniejszym1211, niżeli był w istocie.
W tej chwili przyciszonego zdumienia rozwarły się drzwi sąsiednie; wybiegła z nich pani Flora cała w bieliźnie, z rozpuszczonymi włosami, jak osoba ze snu wyrwana. Toczyła błędnym wzrokiem i pytała:
— Co to? Napaść? Ogień? Co?
Majster Johann przechylił się z jednego tarasu na drugi.
— Nieszczęście — rzekł. — Hedwigę mi porwał. Nie ma jej!
— Co gadasz waszeć? Wszakżeś sam ją zamknął? Którędy?
— Którędy! Którędy! — powtarzał z gniewnym uniesieniem. — Wszyscy to samo! Którędy? Ano tamtędy!
Pani Flora podniosła niewinne oczy.
— Wolne żarty, panie rajco. A toć kobieta nie węgorz. Jakżeby tam przeszła?
Sto głosów ją poparło.
— My też to wszyscy gadamy.
— Gadajcie sobie, a ja co wiem, to wiem. Po co by ta lina wisiała? Hę?
W tej chwili Kornelius wypadł z domu, wołając:
— Na dachu go nie ma. To jakiś mądry złodziej...
Pan Schultz położył mu rękę na ramieniu.
— Słuchaj, to nie prosty złodziej. On wykradł — Hedwigę.
Kornelius chwycił się za włosy.
— Aha!... — wymówił przez zaciśnięte zęby. — To on! A gadałem! Jezuity porwały ją do klasztora.
— Bydlę z ciebie, Kornelius. Wiem ja, do jakiego to klasztora, wiem! Do Władysławowa.
Pani Flora struchlała. Dla odwrócenia uwagi pana majstra zaczęła krzyczeć i mdleć.
Ale majster ani zważał na nią. Chodził po ganku jak dziki zwierz po klatce, machając rękoma i bijąc się w czoło.
A ludzie pytali:
— Kto taki porwał? Czy ten młody, co to tu zawdy siedział na beischlagu? Ten od Wodnej Armaty?
— Co? Ten cudny z wąsikami? — szeptały kobiety.
— A to chwat! — półgłosem chwalili mężczyźni. — Ba, nie dziwota! Wolała młodego zucha niż tego starego pierkosa1212.
I nagle prąd współczucia dla młodej pary przeszedł po całym tłumie.
Majster Johann uczuł to nieprzychylne dla siebie poruszenie. Wyciągnął pięść i zawołał:
— Herr Gott! Trzebaż coś robić! Niechże mi kto pomoże, bo tu nie kto pokrzywdzon, jeno ja!
Kuba się przybliżył.
— Panie radny, ja puńdę, zadzwonię na kościele.
— A co mi po dzwonach? Dzwoń umarłemu. Dla mnie czego trzeba, to konia!
Tu zbliżył się Kornelius.
— Panie Meister, u nas w Amsterdamie...
— A bierz cię licho z twoim Amsterdamem! Co mi tu Amsterdam pomoże?
— A pomoże. Pan Meister powieda: „Trza coś robić”. U nas w Amsterdamie, kiedy łotr porwie niewiastę, to go ludzie topią w kanale jak szczenię.
— A dobrze, i ja go utopię w Motławie, w morzu, we krwi, w czym chcesz, jeno mi go daj! Ha, jak go dostać? Żebym konia tylko miał, tobym go dogonił, choć on już daleko, za miastem! Dalibóg, dogonię!
Tu pani Flora nagle wyszła z omdlenia i ozwała się:
— Pleciesz waszeć trzy po trzy. Jakoż on ma być za miastem, kiedy bramy już dawno zaparte, a on tylko co umknął! Szukaj waszeć, szukaj, ale w mieście.
— Prawdać to, wdowa dobrze gada — ozwały się różne głosy.
I Kornelius, w myśli zestawiwszy wspomnienia swojej nocnej przechadzki, poparł jej zdanie.
— Tak — mówił — kiedy ów łotr uciekał, to właśnie grali na wieży. Przede graniem liny tu nie było.
Pani Flora uradowała się niezmiernie tym poparciem, przychodzącym ze strony, skąd najmniej mogła się spodziewać pomocy, i już sądziła, że jest bliską tryumfu.
Na nieszczęście, w tejże samej chwili Fruzia do niej przypadła i szepnęła jej w ucho głosem trzęsącym się od strachu:
— Pani... pani... niech pani wraca doma...
— Co znowu?
— Jakiś drab1213 miejski wpadł do nas i powieda, że złodziej pewnie w naszym domu się chowa.
— Co za drab? Wszak widzisz, Kuba i Łukasz tu stoją.
— A, ba! Żeby to który z naszych, tobym sobie dała z nimi radę, ale to jakiś starszy, nieznajomy... Chce nam cały dom przetrząsać, niby wedle naszej przezpieczności1214.
— O, to źle... — syknęła pani Flora i zwróciła się ku swoim drzwiom co żywo, nie bez żalu jednak, że nie mogła do końca doprowadzić swojej rozprawy z panem Schultzem.
Ten wcale nie dał się stropić. Owszem1215, fukał coraz gwałtowniej:
— Gadajcie wy, co chcecie, a ja powtarzam: nie taki on głupi, aby miał nocować w mieście. Że bramy zamknęli, to nie racja1216. Niby to nie można wejść w konszachty z bramiarzami? Niby to przekupnych ludzi mało? Ha no, co robić? Trza iść do którego burgemeistra, prosić o konie i żołnierzy. Ale budzić, prosić, to rzecz długa, żebym jeno miał konia! Dobrzy ludzie! Nie da mi tu kto konia? Wszak je macie w podwórkach. Ja zapłacę, i grubo. Zmiłujcie się! Ja człek nieszczęśliwy!
Nikt się nie odezwał.
Gdyby w skargach i prośbach majstra była brzmiała boleść ojcowska, ta boleść, co rozdziera wnętrzności — głos jego byłby niezawodnie porwał wszystkie serca. Ale tam brzmiała tylko zajadłość okradzionego sknery i wściekłość pogardzonego zalotnika, dwie złości, na których upokorzenie ludzie radzi patrzą. Toteż nikt nie odpowiedział. Niektórzy nawet uśmiechali się złośliwie.
Jednakże jakiś geniusz1217 wrogi młodej parze musiał usłyszeć błagania pana Schultza, bo ten jeszcze nie zdążył ich powtórzyć, a już w pobliżu zadzwoniły podkowy i nad głowami tłumu pokazało się kilku jeźdźców.
Byli to ci sami myśliwcy1218, dla których otwierano furtę Wysokiej Bramy. Nie wszyscy. Niektórzy podążyli w inną stronę miasta, furgon też już był odprawiony. Tu zbliżali się tylko dwaj panowie z senatu, burmistrz Freimuth i wójt Hans Hecker, którym droga do mieszkania przez tę właśnie ulicę wypadała. Za nimi jechało pięciu ludzi ze służby.
Widząc tak niespodziane zbiegowisko, pan Krzysztof Freimuth naciągnął brwi jowiszowe1219, zatroskany wielce obawą, czy nowa jaka walka stronnictw nie zaburzyła miasta. Podniósł się na strzemionach i krzyknął swoim burmistrzowskim głosem:
— Co to?! Z drogi, ludzie! A co to się stało? Gdzie tu stróże nocne?
Kuba i Łukasz przyskoczyli z obu stron do konia i stali zatrwożeni, kręcąc birety w ręku.
Zanim się zdobyli na opowieść wypadku, pan majster wydał krzyk radosny jak tonący, który spostrzega deskę, zbiegł z tarasu, rzucił się ku jeźdźcom i wołał:
— Panie burgemeister! Panie wójcie! Pan Bóg was przysyła! Sprawiedliwości! Łotr mi wykradł Hedwigę! Moje dziecko! Moją pupilkę! Mój skarb! Panie Krystof! Panie Hans! Bądźcie moimi zbawcami! Pomóżcie!
Tu jeden ze strzelców burmistrzowych podjechał i, śmiejąc się od ucha do ucha, zawołał:
— A to pewnie ten kawalir, co my się na niego natknęli samej w Hohe Tor?
— Jaki kawaler? — pytał burmistrz.
— To wasza miłość nie widział? A to było pocieszne. Jeno roztworzyli całkie1220 skrzydło we wrotach, wedle1221 przepuszczenia wozu, a tu z bramy leci coś na nas, kieby1222 furiat. Jak się otarł kole mnie na moście, tak aż mu burka w bok furknęła i ja wonczas obaczył, co na łęku ma dziewczyninę. Tedy ja mu się w oczy roześmiał, o tak! A on nic, jeno zęboma1223 na mnie zgrzytnął, płaszczysko nasunął i kieby diabeł jaki poleciał w pole het, a my się całą drogę naśmiali.
— Herr Gott! — krzyczał majster. — Oni się śmieją, a tu jest nieszczęście! Panie Krystofie! Sprawiedliwości! Miłosierdzia! Daj mi konia i ludzi! Każ otworzyć bramę! Ja jeszcze ich dogonię!
Burmistrz Freimuth, który miał szczerą życzliwość dla pana rajcy Schultza, zabolał serdecznie nad jego nieszczęściem.
Ach, czemuż tu w tej chwili nie było pani Flory? Jej głos, tak mile zawsze słuchany przez pana Krzysztofa, byłby może zdołał udaremnić jego potężną pomoc. Ale przekorne losy chciały inaczej. Przez nikogo niepowstrzymywany burmistrz odpowiedział bez namysłu:
— Zacny panie Johann! Nie tylko dam ci konia i ludzi, ale sam z tobą pojadę aż do bramy, aby wam ją bez mitręgi1224 otworzono. Pupilkę ci wykradli, powiedasz? A pfe! Nie pozwolę ja na taką nieuczciwość. Hej! Dawaj tu który konia!
Słudzy się poruszyli, ale w tęż1225 chwilę Hans Hecker, który swoją ryżą głowę krył dotąd za plecami burmistrza, zeskoczył z siodła i zapraszał:
— Służę moim konikiem, służę.
— A na czym waszmość wrócisz doma?
— Ja? Na piechotkę. Mój dom tuż... o dwa kroki.
Tak się tłumacząc, pan wójt, który nie lubił być zamieszanym w cudze biedy, zostawił konia i sługi na odczepkę, a sam sunął swoim łasiczym chodem i niepostrzeżenie przepadł w tłumie.
Przez ten czas majster już dosiadał jego siwosza i pędził jak szalony.
Burmistrz i służba za nim.
Jeden tylko wójtowski strzelec, widząc umknięcie swego pana, wahał się w niepewności, gdzie ma jechać: za nim, czy za tamtymi? Kornelius przyskoczył do niego z roziskrzonym wzrokiem.
— Frycku! — rzekł. — Daj mi twego konia... na godzinę! I jeszcze coś... tę rusznicę! Ja ci duszę dam za to!
— Duszę jak duszę — odparł tamten. — Ale za riksdala1226 to i oddam.
— Trzy dostaniesz jutro, jak oświtnie1227, jeno dawaj! Czy nabita?
— Nabita. Masz i siadaj.
Kornelius dosiadł konia, wziął rusznicę i pognał za biegnącymi. Dopędził ich pod sklepieniem Wysokiej Bramy w chwili, gdy burmistrz krzyczał:
— Hej! Bramę otwierać! To ja, burgemeister Freimuth!
Na tak wszechwładny rozkaz ruch wielki powstał między strażnikami. Jedni biegli po klucze, inni wzięli się do spuszczania mostu; łańcuchy zaczęły w górze warczeć.
Przez tę chwilę oczekiwania burmistrz zagadnął dyszącego z niecierpliwości majstra:
— Dotąd wszystko łatwo. Ale teraz którędy waszeć myślisz bieżeć1228? Dróg tu co niemiara.
— Ja? — wybąknął tamten. — A juścić1229 na Nowe Ogrody.
— Co? Tak bez namysłu? Na oślep? A jak oni inną drogą pojachali?
— Już ja, keine gadanie, wiem, że nie inną, jeno tą.
— A to czemu?
— A gdzie by on ją chował, jak nie za fosami Władysławowa? I niech no raz tam wjadzie, to już po niej. Ale ja go dogonię! Odbiorę! Zabiję!
— Więc to człek rycerski?
— A kto by jenszy? To ten hultaj od Wodnej Armaty, co mi się w dom wkręcił, niby jej brat. Słuszny1230 brat! Psubrat1231!
— Słuchaj waszeć — mówił burmistrz głosem nagle zmienionym — jeśli to sprawa z rycerstwem jego królewskiej mości, to inaksza facjata1232 rzeczy. Puścić was puszczę za bramę, bom dał parol1233, ale pod kondycją1234...
— Co znów za kondycje? — ofuknął się majster z wielką złością.
— Nie fukaj mi tu waszeć, bo ja burgemeister, ja responduję1235 przed królem za to, co wy wszyscy wyrabiacie. Odbierz swoją pupilkę, to ci wolno — jeno nie wdawaj mi się w żadne zabijatyki1236, słyszysz waszeć? W żadne! Już i tak dosyć na nas krakają1237, że w Gdańsku wieczne tumulty1238 i bójki. Waszeć zrobisz burdę1239, a potem całe miasto będzie za nią skwierczało.
— To waszmość myślisz, co ten furiat ją odda bez bitwy, z pocałowaniem ręki? Nie znasz go waszmość, to diabeł nie człek!
— A niech sobie będzie i diabeł, jak was sześciu czy siedmiu nasiądzie na jednego, to żeby i Samson1240 — nie wytrzyma.
Rajca nic nie odrzekł, tylko gryzł wargi, a konia coraz mocniej przypierał do furty.
Burmistrz, niespokojny, obejrzał się na swoich ludzi.
— Słuchajcie! — rzekł. — Tamtego żywcem brać. Taki mój ordynans1241, żywcem!
— A kiedy by się chciał bronić, to co? — spytał starszy łowczy.
— To mu się odcinać, ale jeno tyle, aby was na śmierć nie zarąbał. A cynglów1242 mi nie tykać. Boże broń! Związać i do miasta odstawić. Ale bez mordu, bo cała armia za nim stoi!
Potem cichszym głosem szepnął w ucho łowczemu:
— A gdyby chciał umykać, to niech sobie umyka zdrów. Byleście panienkę odbili, to i dosyć.
Po czym zakończył głośniej:
— Zrozumieli wy?
— Zrozumieli. Stanie się wedle1243 rozkazania — powtórzyli za łowczym wszyscy.
Wszyscy, oprócz jednego Korneliusa, który na samym końcu jechał cicho i pod szerokim giermakiem1244 ukrywał ruszniczkę.
Już też i most opadał, i furtę otwierano.
Majster pierwszy wyleciał. Za nim strzelcy kolejką1245. Holender zamykał pochód, i to w niejakiej odległości.
Belki pod nimi zahuczały.
Gdy znikli za wysokim wałem, burmistrz wydał ostatni rozkaz:
— Nie podnosić jeszcze mostu, hej! Czekać mi tu z kluczami, aż nazad1246 przejadą!
Po czym sam do miasta zawrócił, ale zatroskany, nierad, że się wdał w tę sprawę, jechał wolno, ze spuszczoną głową. Za to jego ludzie pędzili coraz szybciej, porwani zawrotnym biegiem pana Schultza, który leciał na wyścigi z wichrem szalejącym po roztworzystych1247 polach.
Ach, ten wicher! On to swoim szumem sprawił, że Kazimierz nie dosłyszał dosyć wcześnie tętentu nadbiegającej pogoni.
Bo przestrzeń między nim a pogonią już z każdą chwilą się zmniejszała.
Wszystko, co zaszło w mieście od znalezienia liny, trwało w rzeczywistości nierównie krócej niż w opowiadaniu. Wszystko to gruchnęło jakby rotowy ogień — toteż uciekający jeszcze i mili nie ubiegli, a już pogoń przebywała bramę.
Jednakże gdyby pan Kazimierz był ciągle pędził z tą samą lotnością, z jaką rozpoczął swoją podróż, byłby pewnie pozostał niedościgłym1248. Ale on po niejakim czasie pofolgował nieco koniowi, a raczej — wyznajmy — swemu sercu.
Ach, jakże nie spojrzeć czasem na te lica, które tulą się do jego łona?! Jakże nie zamienić choć kilku słów szczęścia? Jakże nie uszczknąć choć kropli nektaru1249 z tych ustek, co szepczą tak słodkie wyznania?
Te cienie chmur migotnych1250, te puste pola, te wichrzyste1251 szumy — wszystko ich otoczyło taką samotnością, że im się wydało, jakby na całym świecie już nie było nikogo prócz nich dwojga — jakby lecieli w nieskończoność, gdzie nic im się nie oprze i nic ich nie zatrzyma.
Nagle Hedwiga wychyliła się i zapytała:
— Co to jest?...
Jakiś łomot, niby spadająca lawina, runął po ich drodze. Groźne krzyki napełniły powietrze i pełno rąk otoczyło ich jakby sieć ruchoma.
Hedwiga krzyknęła głosem, w którym drgało najwyższe przerażenie. Poznała wychyloną ku sobie wściekłą twarz majstra i Johanna. Wyciągnął ręce otworzyste1252 jakby szczypce raka, chwytał ją wpół i chciał oderwać od Kazimierza. Ale ona jeszcze silniej przykrępowała się do towarzysza.
Ten objął ją lewą ręką, a prawą szukał broni. Do rapiera nie mógł dosięgnąć, bo mu go postać Hedwigi zasłaniała, więc tylko podwinął rękę i wyciągnął kordelas.
Błyszczący nóż świsnął w górze i już opadał na gruby kark majstra. Byłby mu rozpłatał miękką szyję, bo zamach był junacki1253, ale jeden ze strzelców burmistrzowych podstawił swój berdysz1254 i podbił Kazimierzowi rękę. Stal, zamiast uderzyć w szyję, obsunęła się po ramieniu majstra, którego gruby, wypchany rękaw rozdarł się i ciepłą krwią nasiąknął.
Kazimierz, gniewny, zwrócił się przeciw strzelcowi, co mu podbił rękę, świsnął znów kordelasem i ciął na odlew; strzelec stęknął i znikł mu z oczu. Młodzieniec obrócił się ku innym, którzy go ze wszech stron chwytali. Chciał dosięgnąć tego, co mu wstrzymywał konia, ale że ten był spieszony, więc jeździec mierzył ostrożnie, w obawie, aby głowy końskiej nie zranić i ucieczki sobie nie zamknąć.
W tej chwili rozległ się za nim wystrzał.
Pan Kazimierz wydał krzyk dziwny, roztworzył ręce, piana różowa na usta mu wybiegła, zamknął oczy i w tył się przegiął.
Byłby spadł z konia, gdyby nie Hedwiga, która przytrzymywała go w gwałtownym objęciu, sama przytrzymywana ciągle przez podchwytującego ją majstra.
Już mu się kilka razy wyśliznęła, już Kazimierz upadający z konia pociągnął ją za sobą, gdy pan Johann wbił swoją szponiastą rękę za jej krezę. Twardy kołnierz zaczął ją dusić jakby stryczek. Dla złapania powietrza, w tył przechyliła głowę, ale ręka wciąż dociągała kołnierz — w oczach jej się zrobiło czarno, ręce obezwładniały — wpół zadławiona i zupełnie już bezprzytomna padła na piersi majstra.
Ten porwał ją, posadził, a raczej położył przed sobą, głowę jej oparł na swoim rozkrwawionym ramieniu, konia zawrócił na powrót ku miastu, puścił się cwałem i znikł w ciemnej nocy.
Tymczasem pan Kazimierz runął z siodła.
Koń przestraszony wystrzałem, krzykami, zamieszaniem wyrwał się, poleciał wprost przed siebie gościńcem wiodącym ku Oliwie i przepadł w ciemniejących gąszczach.
Łowczy, który dotąd nie mieszał się czynnie do zajścia, lecz tylko jako wódz baczny kierował czynnościami drugich, teraz, dostrzegłszy leżącego, zsiadł co żywo, zbliżył się i pytał z wielkim zatrwożeniem:
— Aleć on nie zabit?
Kornelius przysiadł na piersiach Kazimierza, przyłożył do nich rękę, roześmiał się twardo i odpowiedział:
— Zabit. Już mu niczego nie trza, jeno piasku na oczy.
Łowczy chwycił się za głowę i zaczął krzyczeć:
— A łajdaki! A nie mogli wy to go wziąć żywcem? Po co ta pukanina? Który strzelił?
— Nie ja!
— I nie ja!
— I nie ja!
Uniewinniali się słudzy.
— Więc tedy kto?
— Ano ten, co siedzi na zabitym.
— Co waść za jeden? Czyś nie słyszał zakazu pana burgemeistra?
— Nie słyszał ja nic. A choćbym i słyszał, tom ja nie pachołek burgemeistra, jeno socjusz1255 pana Johanna Schultza. Jam na swoją rękę jachał i sam sobie rozkazował.
— Dobrze, dobrze. Ale jak będzie jawantura1256, to wszystko się na waści skrupi. A będzie jawantura, obaczycie! Cała armia wodna pójdzie w krzyk. Dostanęż1257 ja od pana burgemeistra nosa1258! No, a panowie łeficerze1259 jeszcze miasto nam wyplądrują!
— O Jezu! — mruczał Kornelius. — Co tu gomonu1260 o jednego chłystka. U nas w Amsterdamie, kiedy złodziej kradnie panny, to go burgemeistry same dają katu, a nie gardłują za nim. Panie strzelcze niestrzelający, wolałbyś ty mi powiedzieć danke1261, bo gdyby nie moja rusznica, toby ten nieboszczyk był tu was wszystkich wymordował. Jeno moment miał, a mało to nasiekł tym swoim nożykiem?
Łowczy obejrzał się po swoich ludziach i sprawdził z przyjemnością, że jednak żaden z nich nie poniósł ciężkiego szwanku. Nawet ów strzelec, tak ciężko cięty kordelasem, ocalał dzięki szwedzkiemu kapeluszowi, który po wierzchu był obciągnięty niewinną pilśnią1262, ale wewnątrz miał duszę z mocnej blachy. Ogłuszony gwałtownym uderzeniem, strzelec obsunął się był1263 z siodła, ale głowę uniósł całą i teraz dosiadał znowu konia.
Wszyscy ich dosiadali, zapytując:
— A co z tym zabitym zrobić?
— Nic — odparł, machnąwszy ręką łowczy. — Nie będę ja się onym trupem chwalił w mieście. Niech tu go sobie kto chce najdzie1264 i co chce sobie myśli. Abo to mało ludzi ginie po różnych gościńcach? Jeśli przyjdzie do świadkowania przed sądem, to powiem bez ogródki1265, kto tutaj nabroił. Wszystko się na waści skrupi1266. Ale sam umywam ręce od całej tej historii. My tutaj nic nie zawinili.
— Tak, tak, my nic nie zawinili — powtarzały gromadne głosy.
— A z tym wszystkim nasłucham ja się od pana burgemeistra, oj, nasłucham! Boże mój! Licho mię tu przyniesło1267...
Tak utyskując, łowczy odjechał sfrasowany1268. Wszyscy odjechali w milczeniu.
Kornelius ruszył ostatni. Jeszcze nawet kilka razy przystanął i obracał głowę za siebie, aby nasycić oczy widokiem swojej zemsty. Potem nagle skoczył w bok z gościńca, spiął konia i wszystkich wyprzedzając, bocznymi dróżkami puścił się ku miastu.
A sztywne ciało Kazimierza, z twarzą nieruchomie1269 zwróconą ku niebu, zostało na tym pobojowisku samotne jakby na pustyni.
Tylko chmury czarno podarte przesuwały się nad nim jakby płaczki wiejące długimi kirami1270 — tylko księżyc przypatrywał mu się swoim okiem okrągłym od podziwu i przerażenia — tylko wicher jęczał nad nim przeciągle i z jękiem tym przeleciawszy pola, uderzał na morze, chwiał okrętami stojącymi w Puckiej Zatoce, targał ich liny i flagi, aż marynarze wpół zbudzeni przewracali się na twardych deskach, żegnali się znakiem krzyża i mówili:
— Jak też ten wiater1271 osobliwszo1272 zawodzi! Richtig1273 tak, jakby nad kim desperował1274.