Coś w zaroślach
Ostry, poręczny kozik, czeluść wiadra pod zlewem
(uważać na głowę!), w której niknie kręty wątek
obierzyn, palce w ziemi i — chyba przez tę ziemię —
pokusa kaligrafii: obrać nie tracąc wątku,
wreszcie sumienie: nie obierać zbyt grubo,
bo właśnie pod skórką gromadzi się to dobre,
jakby chciało na zewnątrz.
Zmarszczka skupienia pod lampą, apostrof,
ciemny lot do poprzedniego apostrofu, gdy
umysł potyka się o siebie. Powoli podłoga
jak pokład, ruch, podszepty, skądinąd wiadomo
— wzór na pochodną złożenia14 musi być, jaki jest,
skoro kropla wybiera najkrótszą drogę, a sznur
ustawicznie ziewa.
Ona, która śpi, i jej telefon na wznak,
który drzemie. Jeżeli będzie burza albo wojna,
przejdziemy przez to lub zginiemy. Lecz teraz
ma pięć lat i na ścieżce wabi sreberkiem kota,
którego chciałaby z pewnością mieć. Niestety,
raz że rodzice, a dwa — kot bardzo już zdziczał
od czegoś w zaroślach.
***
Tej nocy to już się zaczęło. Był huk, a gdy
podeszłam do okna, inwalida z parteru
mknął w gwiezdną dal na swoim wózku;
a gdy się obudziłam, oni już tam byli
w aucie z napisem. Szukałam okularów.
Powiedzieli — nabierzcie wody! — aż zamigotało,
coś podważyli i stali w półkolu jak nad grobem,
a mój świętej pamięci niemal znów się mylił,
że to rura, rura. Jednak nabrałam wody
do miednicy, cebra i butelki po mleku.
Do wiadra nie nabrałam wody, tylko syk.
Kto biegł po schodach w ciężkich butach?
Zdążyłam ujrzeć plecy. Zmieniłam kapcie
i szłam do mojej palmy z butelką po mleku.