V

Lec — Szwajcaria mazurska. — Z lotu ptaka. — Śniardwe jezioro. — Niegocin i Czterojeziorze. — Granica etnograficzna.

Lec miewał zachcianki przedstawienia się jako umysłowa stolica Mazurów. Wychodziła tu „Gazeta Lecka”29; była ona jednakże fałszywym tonem na tle symfonii tej pięknej natury, bo miała tendencje przewrotne. Za pomocą polskiego słowa chciała dokonywać dzieła niemczenia, pracując w duchu antykatolickim i przeciwpolskim. Niedługi też był jej żywot. Zdrowy lud mazurski poznał się na farbowanych lisach i gazety czytać nie chciał.

Miasto liczy obecnie 6000 mieszkańców.

W miarę zbliżania się do tego grodu przed naszym zdumionym okiem rozwija się wspaniała panorama.

Na wyniosłym wzgórzu, na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami, Niegocinem i Kisajnem (niem. Löwentin see i Staswinda see), w romantycznym położeniu leży Lec.

Toż to mazurski Zürich lub Genewa, bo jesteśmy już w Szwajcarii mazurskiej, a u stóp naszych leżą spokojne wody Niegodna miłego.

Natura, jakby o swe skarby zazdrosna, nie daje nam ujrzeć piękności całej okolicy i każe się zadowalać tylko skrawkami. A jednak, świadomi piękności tej ziemi, chcemy ją poznać koniecznie w całości.

Nie chcę ja pełzać z tobą, czytelniku, tak jak ja pełzałem, chcąc podpatrzeć piękność tej natury, chociażem rumaka chyżego miał pod sobą. Przypnijmy lepiej skrzydła i pospołu z orłami wznieśmy się tam — het — wysoko, aby z tych wyżyn objąć jednym rzutem oka możliwie najszersze widnokręgi.

Wznieśliśmy się.

Oto widzimy pod naszymi stopami obszerny, na 12 mil30 rozległy system wodny. Składa on się z wielkiej masy jezior poprzedzielanych wzgórzami, pokrytymi piękną roślinnością, uprawnymi niwami lub też poważną szatą leśną.

Wód tych wszystkich panem zda się być wielkie (około trzy i pół mili w średnicy mające) Śniardwe jezioro (Spirding see) z wielkim ramieniem Tałtowskim. Pośrodku wyspa — Czarci Ostrów. Z wyspą tą wiąże się wiele klechd; mają ukazywać się na niej czarci w postaci lwów i psów czarnych. Rybacy skarżą się na „strachy”, które im często sieci zrywają. Niejednych podobno wabili „nieczyści”, obiecując wielkie skarby...

Rybak też lubi uciekać na środek jeziora, gdzie doznaje wrażenia morskiego spokoju. O ile jednak w piękny dzień letni tafla tylko lustrzana może iść o lepsze z powierzchnią jeziora, o tyle w czasie wichru i burzy spiętrzone bałwany i białe ich grzbiety mogą współzawodniczyć z morskimi. Z powagą położenia powaga stroju licować powinna. Toteż kontury Śniardwego jeziora, ujęte w liniach poważnie zakrzywionych, ubrane nieprzebytymi, odwiecznymi borami, wyraźnie odrzynają się od otaczającej go całej rzeszy wód, to wijących się w przeróżne skręty, to wymykających się ku północy, to cofających się znowu. A już na południu cała spora kompania, tonąca w puszczy bezbrzeżnej, ciśnie się u stóp wielkiego jeziora, jakby się nie chciała od kochanego oderwać Jańsborka.

Nieco na północ, prawie na grzbiecie Wyżyny Bałtyckiej, Pojezierzem Pruskim zwanej, leży piękny Niegocin (Löwentin see). Prawdziwy ten zalotnik, błyskając przy zachodzie słońca lśniącym spojrzeniem, nie pozwala pośród postrzępionych swych brzegów dojrzeć od razu całej swej krasy. Ciągle on coś przed nami ukrywa: to piękną zatoczkę, ujętą w szmaragdowe ramy, to wąwóz porośnięty lasem i jakby wynurzający się z wód topieli, to odblaski przeglądającego się przy zachodzie słońca, rzucające całe kaskady iskier na lekko pofalowanej wodzie...

Słowem, pięknie tu, pięknie!

Żałujemy, żeśmy tylko ludźmi, że dano nam widzieć te krasy jakby za podniesieniem kurtyny, że nie możemy pozostać i sycić się wszystkim wraz z ptactwem układającym się ze słońcem na to do snu, by nazajutrz znów równocześnie z nim tych rozkoszy kosztować. Oderwijmy jednak oko od Niegocina pięknego, by go skierować ku czterojezierzu, w postaci nieforemnego krzyża rzuconemu, na samym już grzbiecie wyżyn, na podziale wód Wisły i Pregoły. Jeziora: Mamry, Dargejmy, Kisajno i Dobskie na kształty krzyża się składają i przypominają szwajcarskie wody czterech kantonów.

Postrzępione jego brzegi także piękne i urocze; powaga duża, bo rozległość znaczna. Oko pieścić się może, ale duch tężeje, bo to już wody i ziemie niemieckie, obecnie zaledwie piętnaście procent niedobitków szczepu słowiańskiego, a polskiej mowy liczące.

Ta forma krzyża jak gdyby każe się żegnać z mową ojczystą, a rozdział wód wskazuje domniemaną przyrodzoną granicę.

Na północnym krańcu tego mazurskiego memento mori31 leży odwieczny las dębowy, w którym niezbyt jeszcze dawno mieszkały łosie i niedźwiedzie. Przebiegłszy z zadumą ponad nim, oko zatrzymuje się obok na grupie ładnie rozrzuconych domków, piętrzących się nad brzegiem szmaragdowych toni.

To Węgobork32 (niem. Angerburg), nad ujściem rzeczki Węgopary leżący. Miasto dobrze odpowiada otaczającej go ziemi, bo narodowością już się od niej wiele nie różni...

Dobiegliśmy więc już okiem do krańców etnograficznych naszej narodowości i dalej zapuszczać się nie mamy ani potrzeby, ani ochoty. — Tam już ziemia niemiecka i lud niemiecki, i nie będzie temu końca aż u Królewca, aż u wrót Bałtyku...