VI
Żegluga. — Rybołówstwo. — Mikołajki. — Postój w Isnotach. — Mowa ludu. — Szkoła.
Cztery powiaty przeglądają się w kryształowych toniach mazurskich jezior.
Najwięcej południowy, jańsborski, poprawniej piski, przytykający do granicy guberni łomżyńskiej, zaledwie 20 procent ludności niemieckiej, rozrzuconej po miastach, mający.
Na północny wschód od niego — lecki, silniej zgermanizowany, bo na 42 tysiące ogółu ludności 22 tysiące Mazurów liczący.
Na północnym zachodzie powiat ządzborski33 z 37 tysiącami ludności. W tym 25 tysięcy Polaków.
Na samym północnym krańcu Węgoborska, jakem to wyżej twierdził, zupełnie już prawie niemiecki. Ma on 45 tysięcy ludności, a w tym tylko 15 procent Mazurów.
Wielkie też wody Pojezierza Pruskiego wskazują nam kierunek parcia germanizacji, idącej od północy ku południowi.
Główny ruch spławny, jakby w przeciwieństwie do prądów germanizacyjnych, odbywa się znów odwrotnie, od południa ku północy, od Śniardwego jeziora i dalej poza nim położonych borów Puszczy Jańsborskiej34 ku Węgoborkowi.
Niezmierzone obszary tych lasów, dobrze przez rząd zagospodarowanych, dostarczają ciągle masy budulca i drzewa opałowego, które przepływając cały szereg mazurskich jezior, żegnają swe puszcze macierzyste, by iść w służbę niemiecką.
Owoce sztuki inżynierskiej, kanały i śluzy, rozrzucone tu i owdzie, łączą te malownicze wody. Świadczą one, ile trzeba było trudu, by dać możność tratwie lub parostatkowi przebyć przestrzeń od Jańsborska, to jest od Warzna (Warschau see) przez Seksty, Śniardwy, Tałty, Jagodno i Niegocin, dalej pod Lecem przez Kisajno, Dargejmy i Mamry aż do Węgoborska. Dalej już bystra rzeka Węgorap unosi wody Mamrów do Pregoły i Bałtyku.
W kierunku południowym tylko rybacy spławiają swój towar przez Seksty, kanał Jegliński i Warzno do rzeki Pissy, aby dalej Narwią i Wisłą dostawić go do Warszawy.
Na jeziorach mazurskich kwitło od dawna rybołówstwo. W celu odstawy ryb do Warszawy budowano długie łodzie, ryby ładowano w kadzie i przymocowywano po kilka do łodzi.
Ryb jest wiele i różnego gatunku. Podobno raz złowiono szczupaka 34 funty ważącego, a suma 16 stóp długiego. Bywały tak obfite połowy, że z jednego niewodu 50 beczek różnymi rybami napełniano.
Łatwo by mi było dużo jeszcze podać wiadomości i szczegółów o wielkich mazurskich jeziorach, ale dość tego; wolę opowiedzieć jak dalej od Lecu jechałem, a może po drodze znów gdzie pogawędzimy.
Od Lecu szosa biegnie po przesmyku pomiędzy Niegocinem i Kisajnem. Że widoki piękne, że oko nie wie, gdzie się zatrzymać, nie będę już pisał, bośmy te rozkosze razem z lotu ptaka w poprzednim rozdziale oglądali. Jedziemy więc ku Sztyrławkowi (niem. Stürlack), skąd, wykręciwszy na Ryn (niem. Rhein), dotarliśmy do Mikołajek (niem. Nicolaiken), miasta leżącego w powiecie ządzborskim, a rozłożonego po obu stronach wąskiego a długiego jeziora, Tałtami zwanego.
Miasteczko niewielkie, bo 3000 mieszkańców zaledwie liczące (przeważnie jednak mówiących po polsku), położone jest bardzo malowniczo. Pomysłowi też Niemcy sprzedają karty pocztowe z widokiem miasteczka od strony jeziora i z napisem Gruss von Mazuren (Pozdrowienie z mazurskiej ziemi).
Od Mikołajek mieliśmy zakosztować bocznej drogi przez lasy do Starej Ukty.
Pierwsze 9 kilometrów przejechaliśmy bardzo szczęśliwie, bo choć droga była piaszczysta, jednakże niezgorsze ścieżki pozwalały kołom toczyć się bez zsiadania. We wsi dopiero Isnotach odległe grzmoty i niebo zaciągające się chmurami zmusiły nas do postoju.
Nie żałowaliśmy tego, bo mieszkańcy siedzieli przed swymi domami i chętnie z nami wszczęli rozmowę.
— A skela to waście jadą?
A na odpowiedź naszą, że jesteśmy z Warszawy, spostrzegamy, że mało kto wie nie tylko, gdzie jest Warszawa, ale nawet, że jest na świecie.
— Toście to waście na tych kółkach przyjeszali, a jakeście to trachili?
Znów udzielamy odpowiedzi i dowiadujemy się, że niektórzy, szczególniej co w wojsku służyli, doskonale się na „landkartach” (mapach szczegółowych) znają. Jeden bywalec natychmiast nam swoją wioskę na naszej mapie pokazał.
Zapuściwszy się w dłuższą gawędę, zauważyłem, że Mazur mówi:
zilk zamiast: wilk
żyzica zamiast: żywica
zianek zamiast: wianek
łuszy zamiast: uszy
łusmy zamiast: ósmy
psiwo zamiast: piwo
stela znaczy: stąd
skela znaczy: skąd
noja znaczy: nam
woja znaczy: wam.
W ogóle jednak zmiany są bardzo niewielkie i mowę ich można uważać za czysto polską.
Najwięcej rozśmieszyło nas używanie wyrazu „zdechł” zamiast „umarł”.
I tak, jeden chłopczyna zapytany, czy jest tamtejszy, odpowiada:
— Ja jestem urodzony w Rusyi (Rosji), ale jakem był 5 roków, matka mi zdechła i przyjeszałem tu do familii.
W pierwszej chwili dla ucha nieoswojonego wydaje się, że ci ludzie żartują, używając tego wyrazu, pokazuje się jednak, że co kraj, to obyczaj.
Chmura ciągle wisiała na niebie i pomrukiwała groźnie, więc radzi nieradzi, rozpytywaliśmy obecnych o kraj, o wioskę i stosunki rodzinne. Aż jeden Mazur rezolutniejszej natury (co sługiwał w wojsku) rzecze:
— Myśmy waściom wszyćko opowiedzieli, a teraz gadajcie, co waście za jedni?
Kazaliśmy mu zgadywać, to powiada:
— Z waści jest kunda (sprytny, mądry) — wyście oficery z Rosji.
Z trudnością udało mi się wreszcie niewiernego z błędu wyprowadzić, ale nareszcie uwierzył i o szczegóły naszego życia znów pytać zaczął.
Z całej powyższej rozmowy dowiedziałem się, że na Mazurach nie ma prawie zupełnie większych majątków; wszystkie grunta należą do kolonistów, mających od 10 do 100 morgów ziemi, a nieraz i więcej. Mają się też dobrze i widać tę zamożność na każdym kroku.
Żyjąc w dobrobycie i pod cywilizatorską ręką swojej zwierzchności, pamiętają o zewnętrznym porządku tak w swoich własnych chatach, jak i na publicznych drogach. Wszystkie szosy bez wyjątku obsadzone są drzewami; daje to latem miły cień, a w zimie wskazuje drogę. Chociaż i my to u nas doskonale rozumiemy, ale nie umiemy ustrzec się od szkodników niszczących drzewa. Tutaj poczucie poszanowania dla drzewa wszczepiają, poczynając od szkoły, na każdym kroku.
Spotykaliśmy też często tablice, najczystszą polszczyzną napisane, przybite do drzew przy drodze, z tymi wyrazami: „Człowiek dobry nie uszkodzi żadnego drzewa”. Rząd niemiecki zrobił już tu ustępstwo i napisał po polsku, tak go mocno obchodzi utrzymanie zadrzewienia w dobrym stanie na drogach w całym kraju. Obok ostrzeżeń i próśb w rodzaju powyższych tablic istnieją na szkodników bardzo surowe kary, bo dochodzące nieraz do ciężkiego więzienia.
Każdy medal ma dwie strony. Szkoła wywiera tu dobroczynny cywilizacyjny wpływ pod każdym względem, szkoda tylko, że jest ona jednocześnie narzędziem bezwzględnego niemczenia.
W rozmowie z nauczycielem wiejskim dowiedziałem się, że dziecko każde uczy się lat osiem, chodząc do szkoły od szóstego do czternastego roku życia. Nauczyciel ma jednak rozkaz od zwierzchności tak wykształceniem kierować, aby młoda mazurska latorośl, wszedłszy do szkoły Polakiem, opuszczała ją Niemcem, bo król nie życzy sobie mieć innych poddanych, jak tylko Niemców.
System ten panuje dopiero od dziesięciu lat i przedtem język, w którym się dziecko kształciło, zależał od rodziców. Do roku 1810 były nawet w większych miastach gimnazja z językiem wykładowym polskim.
Czy rząd pruski osiągnie lepsze germanizacyjne rezultaty, chwyciwszy się takiego systemu szkolnego — to wielce wątpliwe. Lud tutejszy zupełnie i odwiecznie lojalny, szczerze do swej dynastii przywiązany, choć różny mową, nie dawał żadnego powodu do ustanawiania dlań jakichś praw wyjątkowych. Toteż dotąd germanizował on się stale, choć powoli, przez samo zetknięcie z wyższą kulturą.
Każdy wykształcony Mazur stawał się Niemcem, bo inteligencji swojskiej nie było. Ziemia mazurska była więc matecznikiem, oddającym wszystko, co miała zdolniejszego i lepszego, dla dobra kultury niemieckiej.
Czy tak będzie i nadal wobec rodzącego się ducha oporu, który jest zawsze skutkiem praw wyjątkowych — przyszłość pokaże. Istnienie i poczytność „Gazety Ludowej” zdaje się wskazywać, że lud ten martwym nie jest i może sama szkoła niemiecka zrodzi i powoła do życia młodą mazurską inteligencję.
Pod tym względem przykład germanizacji Górnego Śląska dużo daje do myślenia.