VII

„Kozaczki”. — Wyścig z pociągiem kolei żelaznej. — Jańsborsk.

Zniecierpliwieni długim postojem w Isnotach, widząc, że chmury bokiem jakoś przechodzą, ruszyliśmy dalej, aby przed nastaniem zmroku pojechać do Starej Ukty. Będziemy mieli około 9 kilometrów drogi ciągle przez las, toteż nauczyciel w Isnotach ostrzegł nas przed zbłądzeniem, radząc trzymać się słupów telegraficznych.

Dobrze znający swoją okolicę pedagog zauważył nasze zainteresowanie się krajem i jego ludnością; nie omieszkał też poinformować nas, że w pobliżu starej Ukty znajdują się kolonie, jak się wyrażał, „Kozacków”.

Historia ich taka:

Jeszcze za panowania Fryderyka Wielkiego pewna grupa „starowierów”35 emigrowała z Cesarstwa celem osiedlenia się w Prusiech. Fryderyk nie tylko ich przyjął, ale nawet pozwolił wybrać najlepsze ziemie w bezludnych naówczas puszczach. Przybysze nie omieszkali z tego skorzystać, wybierając tylko te części borów, gdzie rósł dąb. Kierując się tą wskazówką, wybrali rzeczywiście grunty najlepsze i wkrótce doszli do wielkiego dobrobytu.

Przed kilkudziesięciu laty część starowierów pruskich uzyskała pozwolenie cesarza Mikołaja I do powrotu i nawet otrzymała darmo ziemie w osadzie Sobieniach nad Wisłą, kilkanaście mil od Warszawy, gdzie dotąd przebywa. Reszta, licząca obecnie około 500 głów, pozostała na Mazurach i znaną jest u ludu okolicznego pod nazwą „kozaczków”. Jakkolwiek znają język polski i niemiecki, swojego podobno nie zapomnieli.

Droga ku Starej Ukcie prowadzi przez las, miejscami tak gęsty, że zdaje się, siekiera rzucona pomiędzy krzewy do ziemi by nie doleciała. Są to wyrosłe bujnie zagajniki, które zapewne wkrótce podlegną trzebieniu. Posuwając się dalej, pochwalamy swoją przezorność w przeczekaniu burzy we wsi, bo ona tu właśnie szalała. Musimy się posuwać bardzo ostrożnie, bo mokre i śliskie ścieżki stają się niebezpieczne, zwłaszcza przy nierównym terenie. Pomimo to żałujemy mocno, że przez ten piękny las, a raczej puszczę, nie jedziemy podczas równie pięknej pogody.

Zabłoceni i nieco znużeni, dobiliśmy nareszcie do Starej Ukty, gdzie postanowiliśmy zanocować.

Na drugi dzień rano, już po dobrej szosie, z nowymi siłami, ruszamy przez Rudczany, ponad brzegiem jeziora (stąd statki kursują do Węgoborka) i jadąc ciągle lasem, a mając po prawej stronie kolej żelazną, kierujemy się do odległego o 25 kilometrów Jańsborska.

Po drodze energia kolarska mojego towarzysza miała sposobność ujawnić się w należytym świetle!...

Słyszymy szum i świst nadbiegającego za nami pociągu. Towarzysz mój, jako siedzący na rasowym rumaku, niepozwalającym się prześcignąć, staje do próby. Rozpędza się, pozwalając jednak zrównać się nadbiegającej maszynie. Dalej pędzą razem.

Pasażerowie, zaciekawieni takim widokiem, wychylają się z okienek, powiewają chustkami na znak zadowolenia i zachęcają dzielnego jeźdźca do wytrwałości. Szosa bieży wciąż równolegle z koleją tuż koło plantu. Już tak przebiegli w zapasach do trzech kilometrów, aż maszynista snadź poczuł się dotknięty takim skandalem, podłożył węgla i pociąg, zwiększając szybkość, zmusił współzawodnika do zakończenia forsownego wyścigu.

Czytelników-kolarzy muszę jednak objaśnić, że pociągi na kolejach mazurskich bardzo szybko nie chodzą, a dobre szosy ułatwiają takie wyścigi.

Jadąc dalej bez przeszkody i napawając się wonią iglastego lasu, wkrótce ujrzeliśmy mury Jańsborka36.

Gród to położony nad jeziorem Warzneńskiem37 (Warschau see), mający obecnie około 5000 mieszkańców, założony był w r. 1344, wówczas kiedy daleko naokoło żadnej osady nie było.

W r. 1550 Albrecht przysłał tu na proboszcza Marcina Glossę38, uczonego reformatora, w celu ostatecznego zreformowania Mazurów polskich.

Pod względem literackim miasto to położyło także niejakie zasługi. Wychodziły tu następujące pisma polskie: w r. 1854 „Gospodarz Mazurski”, w roku 1859–1860 „Prawdziwy Ewangielik Polski”, w roku 1850 „Kurek Mazurski” — wszystkie nakładem i drukiem Gąsiorowskiego.

Ludność całego powiatu, pomimo wielkiej puszczy Jańsborskiej, ciągnącej się na przestrzeni przeszło 40 kilometrów, wynosi około 50 tysięcy głów, z których zaledwo kilka tysięcy Niemców.

Z wybitniejszych jezior, rozrzuconych po całym powiecie, należy zanotować: Górkło, Belden39, Orzysz, Warzno, Niskie i inne.

Kilkunastokilometrowa wycieczka na północ od miasta dała nam poznać jeziora: Białoławki i Kocioł, które niegdyś, jak podanie niesie, miały naturalne połączenie z jeziorami Śniardwem i Warzneńskim. Obecnie wielkie te wody łączą się za pomocą sztucznego Kanału Jeglińskiego, mającego do pięciu kilometrów długości.

Dotąd pogoda i zdrowie, tak nasze, jako też i naszych rumaków, znakomicie nam dopisywały, toteż nie mogło tak być do końca!

Mieliśmy jeszcze do zwiedzenia zachodnią część, mianowicie powiaty: szczycieński, ostródzki i nidborski40. Chcąc zaoszczędzić sił i czasu, przerzuciliśmy się koleją aż do Ostródzia. Wsiadając tam na me koło, ku wielkiemu przerażeniu i zmartwieniu spostrzegłem nadpękniete „widełki” (przednia część maszyny obejmująca pierwsze koło).

Możecie sobie wyobrazić gniew i zakłopotanie. Przed nami o 40 kilometrów leżą sławne pola grunwaldzkie i pociągające mnie osobą swego proboszcza Dąbrowno (Gilgenburg), a tu szkapa moja kulawa!...

Nie dając za wygraną, odnajduję mechanika, niejakiego Figurskiego (pomimo nazwiska polskiego zupełnego Niemca), który uszkodzoną część podejmuje się do stanu używalności przywrócić. Próżne jednak starania, Figurski maszyny trwale naprawić nie może, a puszczanie się na niepewne i narażanie się na najniebezpieczniejszy upadek przy złamaniu widełek byłoby lekkomyślnością.