Rozdział IV. Jeszcze jedno aresztowanie
Wentworth Gold wrócił do Anglii z końcem maja. Pobyt w Waszyngtonie zadowolił go bardziej, niż się tego spodziewał. Przełożeni przekonali się o trudności zadania i nieomal współczuli mu. Dowiedział się, że telegrafowano po niego z Białego Domu na skutek nieoczekiwanego zawiadomienia, które jednak nie dawało powodu do zawezwania go, więc poprzestano na stanowczym poleceniu natychmiastowego sprowadzenia go do Ameryki.
Heldera nie widział w Waszyngtonie, ale wiedział, że ten człowiek spędzał większą część życia na przejazdach tam i z powrotem między Liverpoolem a Nowym Yorkiem. Tacy ludzie często wcale nie wychodzą poza granice miasta, Helder był więc zapewne przez cały czas w Nowym Yorku.
Nie wiedział o tym, że pobyt Heldera tym razem miał szczególne znaczenie; że zbrodnicza organizacja była w wielkim popłochu z powodu ostatnich wydarzeń, mianowicie że Helder wybrał się do Nowego Yorku na podstawie tak krótkiej notatki telegraficznej dlatego, że przywódcy organizacji otrzymali definitywne wiadomości, że grozi im wykrycie, o ile nie zmienią planu działania.
Helder wyprzedził Golda o parę dni.
W czasie powrotu do Anglii Gold miał sposobność do rozważenia tajemnicy Comstocka Bella. Amerykańskie gazety brały sprawę zniknięcia milionera bardziej do serca aniżeli prasa londyńska, a Gold nie mógł zapomnieć, że jest serdecznym przyjacielem Comstocka Bella. Ta okoliczność czyniła sprawę tym drażliwszą dla detektywa.
Głównym wątkiem, którym operował Gold, było odkrycie, którego dokonał w domu na Cadogan Square. Był nim bloczek biura podróży Cooka, który znalazł w szkatułce. Dwa bilety były zupełnie nieużyte, jedynie kartki kontrolne dla przejazdu pasażerów z Londynu do Dover37 i z Dover do Calais były wyrwane. Reszta biletów podróży aż do Wiednia była nietknięta. Fakt, że kupon kolejowy i bilet okrętowy były oderwane, wskazywał na prawdopodobieństwo, że Bell użył ich. Bilet z Calais do Amiens38 był perforowany, być może, że przypadkiem, przez kontrolera w Wiktorii. Bilety nieużyte musiał Bell zostawić w pośpiechu.
Gold spodziewał się, że za przybyciem do Londynu dowie się, że Bell już wrócił. Zdziwił się też niezmiernie, gdy przybywszy do mieszkania, zastał w nim aż pół tuzina listów od niego samego. Jeden był adresowany z Paryża nazajutrz po przyjeździe młodej pary. Drugi, noszący datę pocztową z Lucerny, pisany na maszynie na papierze listowym hotelu Swizerhof, podawał szczegóły podróży, opisywał pogodę i wyrażał nadzieję, w sposób zresztą wcale konwencjonalny, że Londynowi sprzyja lepsza pogoda. Trzeci list był z Wiednia — było to całkiem niezrozumiałe. Żaden z listów nie wspominał o zagubieniu biletów — jest to drobnostka, która jednak stanowi zwykle przykrość w podróży, choćby się było bezgranicznie bogatym. Gold musiał się otwarcie przyznać wobec siebie, że nie mógł tego pojąć.
Zawodowy detektyw, który by się liczył w służbie z przyjaźnią, jest do niczego. A Wentworth Gold był detektywem z zawodu; nie dlatego, że zapewniało mu to stanowisko społeczne lub dlatego, że miał dzięki temu przystęp do wyższych sfer. Posiadał on instynkt prawny bardziej wyrobiony od kogo innego. Gdyby Comstock Bell był jego rodzonym bratem, nie zawahałby się podjąć z tym samym oddaniem żmudnych poszukiwań i badań, które by go naprowadziły na jakiekolwiek wytłumaczenie jego dziwnego zachowania.
Pismo ze Scotland Yardu sprowadziło go do biura zastępcy komisarza.
Kapitan Symons był człowiekiem o wybitnych zdolnościach. Zdobył stanowisko szefa wydziału śledczego dzięki znamienitym usługom, jakie oddał kryminalistyce. Był to suchy, szczupły człowiek, łysawy, o parze stalowobłękitnych oczu, których wzrok przenikał do głębi, i małym wąsiku. Był jednym z najsławniejszych ludzi w Londynie.
Wstał na powitanie wchodzącego Golda i przysunął mu krzesło.
— Proszę spocząć, panie Gold — rzekł. — Sprowadziłem pana, aby pana poprosić o pomoc w sprawie Comstocka Bella. Gazety narobiły wielkiej wrzawy w tej sprawie, a wiadomo panu, że podniosłyby alarm, gdyby wiedziały tyle, ile my wiemy o Comstocku Bellu.
Gold wyglądał oknem w stronę nadbrzeża Tamizy.
— Ściśle rzecz biorąc — powiedział z oznaką pewnego zirytowania — nie pojmuję, co skłania gazety do mieszania się w tę sprawę, która nie daje im, moim zdaniem, żadnego powodu do zainteresowania.
Komisarz skrzywił się w uśmiechu.
— Czy żadna okoliczność nie wydaje się panu dziwna? — zapytał.
— Są nieco dziwne, ale co pan przez to rozumie?
— Uważam, że sprawa ta jest w związku z pewnymi innymi zagadnieniami, które pana właśnie mocno interesują.
— Pan ma na myśli fałszerstwa? — Gold udał zdziwienie. — Nie, dlaczego?
— Z reguły — rzekł komisarz w zamyśleniu — nie przywiązuję wagi do listów anonimowych; jednakże w ostatnich dniach otrzymałem tak wyczerpujące listy rzucające światło na sprawę, przy czym zawierające tyle prawdziwych szczegółów, że nie mogę sobie pozwolić na ich zupełne zignorowanie. Przy tym znajduję w nich pewne wzmianki, które zmuszają do poważnego wzięcia ich w rachubę.
— Mianowicie? — spytał Gold.
— Czy nie wydaje się dziwne — powtórzył komisarz wypowiadane przez siebie słowa — że obaj ludzie, którzy mogliby rzeczywiście przyczynić się do wykrycia sprawców tych fałszerstw, zniknęli? Jednym był Maple...
— A drugim? — spytał Gold.
— Drugim — rzekł komisarz — jest oczywiście jego bratanica.
— Ależ ona...
— Znała prawdopodobnie arkana tajemniczych przygotowań Maple’a. Wydaje się nieprawdopodobieństwem, by ona, mieszkając w tym samym domu i ciesząc się jego zaufaniem, nie znała dokładnie składu tego preparatu. W siedem dni po zniknięciu Maple’a Comstock Bell nieoczekiwanie i bez wytłumaczalnej przyczyny bierze ślub z dziewczyną znacznie niżej od niego społecznie postawioną.
Gold słuchał z zainteresowaniem. I on żywił podobne podejrzenie, jakkolwiek odsuwał je od siebie z lojalności względem nieobecnego przyjaciela.
— Jest dziwne — przyznał — a jednak istnieje chyba jakieś proste wytłumaczenie tej sprawy.
— Owszem, chciałbym je usłyszeć — odparł komisarz. — Na wszelki wypadek jest naszym obowiązkiem o nie się wystarać. Dzienniki żądają wyjaśnienia tej sprawy, w szczególności odnośnie pani Comstock Bell, która opuściła Londyn w dniu samego ślubu, a mimo to była tej samej jeszcze nocy widziana w Londynie, jakkolwiek winna była znajdować się wówczas w Paryżu. Była też, według stwierdzenia Bella wobec prasy, w Paryżu. Tymczasem pan widział ją w Londynie, prawda?
Spojrzał Goldowi bystro w oczy.
Gold skinął głową.
— Tak, widziałem ją w Londynie — odpowiedział z poważną miną.
Sytuacja zmieniła się w ten sposób, że przyjaźń musiała ustąpić na drugi plan.
— Nasze zadanie jest podwójne — rzekł szef policji. — Primo, wyjaśnić sprawę Verity Maple, obecnej Verity Bell, secundo, odszukać jej osławionego wuja. I moje zdanie w tym względzie jest następujące: o ile zdołamy wyjaśnić te dwie sprawy, droga do wyjaśnienia zagadkowych fałszerstw na wielką skalę, które narobiły tyle wrzawy w życiu ekonomicznym pańskiego kraju, będzie utorowana...
— Przypuszczam — dodał po chwili, gdy Gold nic nie odpowiedział — że panu zależałoby na tym, aby pozostać w ścisłym kontakcie z nami, z drugiej strony spodziewam się, że pan pójdzie nam na rękę w tej sprawie.
Gold skłonił głowę.
— Tak jest, panie komisarzu, nie spocznę, póki nie doprowadzę tej sprawy do końca — rzekł. — Będę potrzebował jeszcze dwóch ludzi do pomocy.
— Dam panu, ile panu potrzeba — odpowiedział komisarz. — Czy dać ich panu już teraz?
— Niech przyjdą do mnie tej nocy. Chcę, aby wzięli pod obserwację niejakiego Heldera.
— Heldera? — Komisarz podniósł nieco brwi.
— Tak — spokojnie odrzekł Gold — autora tych anonimów.
Patrzyli na siebie przez chwilę w milczeniu, po czym na obliczu komisarza pojawił się lekki uśmiech.
— Mówiąc o anonimach — rzekł, ważąc każde słowo — odnosiłem to do każdego innego poza mną samym. Moja znajomość z panem, panie Gold, znacznie zwiększyła moje uznanie dla policji amerykańskiej.
— To był oczywiście Helder? — spytał Gold.
Tamten poprowadził go ku drzwiom i otworzył je przed nim.
— Zapominam — rzekł niepewnie. — Nie mogę nigdy spamiętać nazwisk.
Gold wyszedł na ludną ulicę. Miał plany dawno przygotowane i nie chciał tracić ani chwili.
Metody policji angielskiej są dobre, jednakże on miał swoją metodę. Mógł im śmiało powierzyć śledzenie Heldera, sam był jednak przygotowany na działanie przeciwne prawu, aby ukarać bezprawie. A jeżeli rzeczywiście Comstock Bell był głową tej organizacji... Zacisnął zęby.
Znał takie wypadki. Spotykał się z ludźmi, których majątek zwalniał z przymusu zbytniego wysilania się, którzy jednak, ulegając przekornemu instynktowi, dobijali się kariery w obszarze bezprawia, z początku dla zabawy, a następnie, gdy widzieli się tak oplątani dobrowolnie narzuconą na siebie siecią, że nie mogli już więcej z jej objęć się wydostać, brnęli dalej w bezprawiach w rozpaczliwej nadziei, że uda im się przerzucić ciężar swego szaleństwa na obce barki.
Przez całe popołudnie wysyłał depesze na różne strony. Agenci, rozproszeni po wszystkich częściach Europy, odpowiadali jeden za drugim.
O dziewiątej wieczór wyruszył wraz z dwoma ludźmi. Noc była zimna, chłodny wiatr wschodni zmuszał do wdziania najcieplejszego płaszcza. Wsiedli wszyscy trzej do automobilu czekającego na nich w zaułku z dala od brzegu. Bez żadnych poleceń szofer puścił maszynę w ruch.
— Macie nakaz? — zwrócił się Gold do swych dwóch ludzi.
Większy skinął głową.
— To ten Rosjanin? — zapytał Gold nagle.
— Tak, sir — rzekł jeden z ludzi. — Trudno było się pomylić: miał bliznę na podbródku. Był pijany, zdaje się. Szedłem za nim od Soho do stacji Great Central. Tam spotkał się z Amerykaninem.
— I stamtąd szedłeś pan za nimi aż do domu?
— Nie — odparł krótko — zgubiliśmy tego Amerykanina.
Wóz biegł na wschód przez City39. Minął gęsto zaludnioną High Street z Whitechapel, potem Commercial Road, słynną Sidney Street40 i zatrzymał się na rogu wąskiej przecznicy.
— Wybrałem to miejsce — wyjaśnił Gold — na dole są drzwi prowadzące na scenę kabaretu i pojawienie się auta nie wywoła żadnego nadzwyczajnego zdziwienia.
Jeden z ludzi prowadził. Minęli drzwi prowadzące na scenę, skręcili w inną uliczkę i znaleźli się w jednej z tych ludnych małych przecznic, których pełno w londyńskim East End41.
Wszystkie te ulice należą do najbiedniejszych i najbrudniejszych z całego Londynu. Mimo spóźnionej godziny tłumy dzieci cisnęły się na bruku i na trotuarach. Na poły wszystkie drzwi były otwarte, ukazując czarne, nieoświetlone nory. W niektórych stały kobiety grupkami prowadząc rozhowor42 na wielkie i małe tematy bieżące, które zapełniały ich nędzne życie.
Ukazanie się trzech ludzi na ulicy, gdzie odwiedziny policji nie należały do rzadkości, nie wywołało zbytniej sensacji.
Idąc ostro, detektywi zaprowadzili Golda na ulicę, która wydawała się jeszcze nędzniejsza i bardziej zapadła aniżeli pierwsze. Ludzi tu nie było wiele; parę drzwi było zamkniętych, a przed jednymi stał człowiek.
— To tutaj — powiedział.
Gold postąpił wprzód i pchnął z lekka drzwi. Drzwi za poruszeniem rozwarły się. W tych małych domkach, zamieszkałych przez dwie, trzy, czasem cztery rodziny, nie ma potrzeby zamykania drzwi na klucz.
Gold wszedł; tamci weszli za nim. Nie uczynił jeszcze kroku, gdy drzwi prowadzące z sieni do ubikacji, którą uważał za pierwszy pokój, otworzyły się i jakiś człowiek ukazał się w nich.
— Hallo! — zawołał podejrzliwie.
Gold błysnął nań latarką trzymaną w ręku.
— Gdzie Rosjanin? — spytał.
Wiedział, że wśród tego rodzaju ludzi nazwiska nie mają znaczenia i że najlepszym odróżnieniem jednych od drugich są ich odrębności narodowe lub fizyczne.
— Na górze — odparł widocznie zadowolony, że nie chodziło o niego.
— W tyle czy na przodzie? — spytał Gold.
— W tyle, panie — rzekł człowiek. — Pierwszy pokój w przejściu między schodami.
Gold wspiął się po schodach, biorąc dwa stopnie za jednym razem. Tamci szli za nim.
Doszedł do drzwi i spróbował je otworzyć. Były na klucz zamknięte. Zapukał. Nie było odpowiedzi. Zapukał ponownie. Usłyszeli trzeszczenie łóżka i stąpanie po podłodze. Zapukał po raz trzeci.
Gold szepnął coś dość głośno w języku, którego dwaj ludzie nie zrozumieli.
Czekał. Drzwi zostały otwarte kluczem i nieco się uchyliły.
Gold pchnął drzwi i wszedł. Był to jego człowiek — poznał go z opisu. Był pijany i widocznie spał powalony pijaństwem, gdy pukali.
— Kim panowie jesteście? — spytał.
— Niech ktoś zapali lampę — rozkazał detektyw.
Jeden z ludzi potarł zapałkę i znalazł cynową lampkę naftową, zdjął umbrę43 i zapalił knot.
Była to nędzna nora, w której poza brudnym legowiskiem, które służyło za łóżko, nie było niemal żadnych innych sprzętów.
— Jesteście mi potrzebni — rzekł Gold po rosyjsku. — Wyjmijcie ręce z kieszeni. — Powiedział to spokojnie, ale rewolwer, który przyłożył do piersi Rosjanina, uzupełniał resztę, która była w danej chwili wskazana.
— Podnieście ręce do góry!
Ponuro wzniósł ręce nad głowę i Gold wraz z towarzyszami umiejętnie rozbroili go. Para stalowych obręczy szczęknęła z tyłu na przegubach jego rąk.
— Siadajcie tu na krześle — powiedział Gold. — Nie zrobimy wam nic złego, za to musicie nam powoli opowiedzieć wszystko, co wiecie.
— Nie powiem nic — rzekł.
Przeszukali szybko całą izbę, jak również zawartość kieszeni więźnia. Nie było nic, co by wskazywało na jakieś wspólnictwo z innymi osobami, ani listów lub zapisanych papierów. Jeden z ludzi zniknął w czasie rewizji i gdy Gold zdmuchnął lampę i sprowadził więźnia na dół, znaleźli czekający na nich automobil.
Wpakowali doń Rosjanina. Wóz poszybował w kierunku zachodnim, zanim mieszkańcy Little John Street uprzytomnili sobie, że dokonano wśród nich aresztowania.