Rozdział V. Pani Bell podsłuchuje

Pokój był obszerny. Służył pierwotnie za warsztat artystyczno-stolarski, póki właściciel nie przeniósł się skutkiem napływu obcej ludności i wynikłego stąd wzrostu wartości czynszowych dalej na wschód do Poplar i Canning Town44.

Przy małych stolikach siedzieli ludzie, pracując w milczeniu, z wielką uwagą. Słychać tylko było monotonny klekot małej maszyny stojącej za przepierzeniem w rogu pokoju: — klik — klik — klik.

Robotnicy byli przeważnie cudzoziemcami, a pracę swą pełnili jako najlegalniejsze zajęcie rytowania płyt do artystycznej reprodukcji, która to czynność wymaga znacznej zręczności i pewnego oka. Płyty i wizerunki miały znajdować rynek zbytu w Europie — nie nadawały się dla angielskiego odbiorcy.

Małe podłużne paski papieru zadrukowanego, które maszyna umieszczona za przepierzeniem regularnie wyrzucała, nie miały popytu w Anglii, były to bowiem doskonale reprodukowane banknoty pięciodolarowe.

Maszyna była mała, o wiele mniejsza od zwyczajnej maszyny do drukowania banknotów. Miała mnóstwo walców i tłumików oraz przewodów na czerń drukarską z matematyczną dokładnością ograniczonych do potrzebnych rozmiarów, tak że noty45, które z niej wychodziły, były absolutnie bez zarzutu.

Krępy mężczyzna siedział na wysokim krześle obok maszyny, z cygarem w kąciku ust i rękami głęboko wpartymi w kieszenie od spodni.

Przyglądał się funkcjonującej maszynie z powagą, śledząc każdy ruch robotnika w białej koszuli, który układał noty w małe paczki i wiązał z wprawą. Gdy setka takich paczek została związana, wyciągnął rękę, by wyłączyć prąd, i maszyna stanęła.

— Na dziś wystarczy — rzekł.

Odsunął noty na bok i czekał, aż zdjęto płyty, starannie je wyczyszczono i zawinięto w papier. Wziął płyty i schował je do kieszeni wewnętrznej. Zabrał też resztę papieru banknotowego i gotowe noty, otworzył drzwiczki, prowadzące do ubikacji, w której ongiś było biuro artysty stolarza.

Otworzył kluczem schowek stojący w rogu i umieścił w nim paczki nowych not, zamykając potem starannie drzwi stalowe.

Wyjął z kredensu flaszkę i szklankę. Fałszerstwa banknotowe, uprawiane na wielką skalę jak dotąd, zaczynały wchodzić w stan niepewności46. Czuł się tym podenerwowany: za wiele było wokół słychać bicia na alarm, za wiele było tych chwil nieustannej obawy.

Nalał sobie pełną szklankę i wypił duszkiem.

Zakręcił światło, otworzył drzwi i wyglądnął47 na pole. Następnie zamknął drzwi z powrotem na klucz.

Nazajutrz te noty, starannie zapakowane w dwustu osobnych paczkach, adresowane przez dwu różnych agentów, będą wysłane pocztą do Stanów Zjednoczonych. Codziennie w ciągu tego tygodnia paczki będą nadawane.

Miał tym razem większy zapas not aniżeli zazwyczaj. Płyty starczą jeszcze na dłuższy czas. Następnie będą w użyciu nowe płyty, które są w opracowaniu niechętnego rzemieślnika.

Spojrzał na zegarek. Było trzy kwadranse na dziewiątą. Przeszedł przez małe biuro do większego pokoju.

— Możecie na dziś zakończyć — powiedział do ludzi.

Godziny pracy były nieregularne.

Jego intencji odpowiadał tego rodzaju plan pracy, że podczas gdy maszynka była zajęta wykonywaniem niecnego dzieła, personel miał się znajdować faktycznie przy pracy.

Dwaj ludzie tylko byli wtajemniczeni w interes oprócz niego i jego bezpośredniego przełożonego. Jednym był drukarz: ten miał za dnia zajęcie gdzie indziej i był absolutnie pewny. Helder sam wybrał go po należytym wybadaniu jego kwalifikacji.

Co do drugiego wtajemniczonego, Tiger Brown potrząsał głową z nachmurzeniem, ten był bowiem powodem niejednej nocy bezsennej Browna, który widział się skutkiem tego zmuszony do coraz częstszego uciekania się do flaszki stojącej na kredensie.

Usłyszał lekkie pukanie w drzwi. Zgasił ponownie światło i otworzył z przezornością.

— Wszystko w porządku — Helder wszedł i zamknął za sobą drzwi. — Pracujecie?

— Właśnie skończyłem — odparł.

— Trzeba tej nocy usunąć możliwie wszystko — rzekł Helder widocznie zdenerwowany.

— Co się stało? — spytał drugi ostro.

— Nie wiem — mrukliwie odpowiedział — lecz mam przeczucie, że mnie śledzą.

— Po co więc pan tu przychodzi? — gniewnie rzucił Brown.

— Musiałem się z wami koniecznie zobaczyć — odpowiedział Helder pospiesznie. — Brown, ta historia zaczyna mi się nie podobać. Zadrukujcie wszystek papier, jaki macie na składzie, i zniszczcie płytę. Chcę zamknąć już przedsiębiorstwo.

Tamten skinął głową.

— Nareszcie — rzekł — ja także mam tego dość. Iwan został aresztowany.

— Aresztowany? — Helder aż podskoczył. — Kto go aresztował? Kiedy?

Twarz jego była śmiertelnie blada, ręce na przemian zaciskał i rozcapierzał ze zdenerwowania.

— Jeżeli się wyda — rzekł — jesteśmy zgubieni, a o ile tego Golda znam, ten zmusi go do tego. Gdzież on jest?

— Iwan? Nie wiem. Czy ja jestem do tego, żeby obchodzić wszystkie biura policyjne? To nie moja rzecz. Jutro będziemy wszystko wiedzieć.

— Czemu nie daliście mi ani słowem znać o tym? — spytał Helder, zaklął przy tym z cicha. — Jeżeli Iwan zachowa milczenie, może nam się na pewno udać. Policja jest na poły przekonana, że to sprawa Comstocka Bella. Szukają go po całej Europie i jak długo nie znajdą go, dadzą nam spokój.

— A jeżeli wróci? — zapytał Brown.

— Ja mam wrażenie, że nie wróci — odparł drugi z lekkim uśmiechem. — Mam podejrzenie i jutro będę miał zupełną pewność. Już cały Londyn, przynajmniej ta jego część, o której warto mówić, wierzy, że Comstock Bell jest wmieszany w fałszerstwa.

— Co Londynowi wiadomo o fałszerstwach?

Helder spojrzał na niego zdumiony.

— Jak to? Nic nie wiecie? Nie czytacie gazet, oczywiście, inaczej wiedzielibyście. Rząd amerykański ofiarował...

Tu zatrzymał się. Nie było zbyt mądrze opowiadać temu człowiekowi, że ofiarowano milion dolarów za wykrycie przywódców tajnych fabryk dolarów.

— Co ofiarował? — spytał znów Brown.

— Ofiarował wielką nagrodę — powiedział Helder. Przecież ten człowiek musi się bez niego też o tym dowiedzieć. — Komukolwiek, z wyjątkiem tych, co biorą czynny udział w fałszerstwach. — Podkreślił to ostatnie zdanie. — To znaczy, że my jesteśmy wykluczeni.

Tiger Brown podszedł do kredensu, wydobył swoją flaszkę i niemal automatycznie napełnił szklankę. Helder obserwował go z zainteresowaniem. Brown stanowił zagadkę. Stanowił też niebezpieczeństwo i Helder nie zamierzał wyrzekać się swej osobistej wolności i tracić wszystkiego, co z takim nakładem pracy i przebiegłości dotąd zdobył, dla tego swojego nieokrzesanego kompana.

— Co pan zrobi z Maple’em? — zapytał Brown.

— W tym celu właśnie tu przyszedłem — odparł Helder — ażeby z wami o nim pomówić.

Zaczął się przechadzać niecierpliwie po pokoiku, mając ręce w tył założone.

— Pójdziemy do niego teraz. — Przystanął i zaczął nadsłuchiwać. — Co to było? — spytał.

— Nic nie słyszałem — odparł drugi z irytacją — ludzie odchodzą, więc jest trochę ruchu.

Helder podszedł cichym krokiem ku drzwiom prowadzącym ku schodom zewnętrznym i nasłuchiwał.

— Ktoś tam jest na dworze — szepnął.

— Pan zwariował — odparł drugi — nikt tam nie stoi.

Zgasił światło, przekręcił klucz i rozwarł prędko drzwi na oścież.

Na dworze nie było nikogo. Helder nie zadowolił się tym i wpatrzył się jeszcze raz przenikliwie w mrok podwórza.

— Ktoś tam jest na dole — rzekł.

Widział jakąś postać sunącą wzdłuż ciemnego muru. Dążyła do furtki, prowadzącej na tylną uliczkę za ogrodzeniem domu. Brown wydobył rewolwer, lecz tamten schwycił go za rękę.

— Szalony — powiedział — chcecie sprowadzić na nas cały Londyn? Za nim!

Zbiegł szybko ze schodów. Będąc na dole, usłyszał trzask zamku i przez jedną chwilę widział otwieranie furtki, przez którą przemknęła się mała postać w płaszczu. Przystanął i rzucił okrzyk za zbiegiem. Przebiegł dzielącą go przestrzeń, by spotkać się z zatrzaśnięciem furtki w tej właśnie chwili, gdy do niej dopadł.

— Macie klucz? — zawołał.

Brown obszukał swe kieszenie, wydobył klucz, włożył go w zamek ręką drżącą ze zdenerwowania i otworzył furtkę.

Obaj wypadli na ulicę i rzucili wzrokiem na prawo i na lewo. Helder pierwszy w oddali zauważył uciekającą postać zbiega w chwili, gdy mijał latarnię uliczną.

— To chłopiec — rzekł — musimy go dostać. Biegiem!

Postać zniknęła w narożniku i obaj pobiegli za nią. Skręcili na rogu i znaleźli się na dłuższej ulicy. W połowie, tuż przy trotuarze, stał automobil. Ścigany jednym skokiem znalazł się w wozie, który ruszył z miejsca.

— Prędko! — rozkazał Helder — mój wóz jest na drugim rogu tej ulicy.

Biegł z całą szybkością, na jaką mógł się zdobyć. Dopadł wozu i odetchnął, by wydać zadyszany polecenie, nie był bowiem przyzwyczajony do nadmiernych wysiłków cielesnych. Następnie wskoczył, a za nim Brown.

Dłuższą chwilę nie mógł jeszcze tchu dostać48.

— Szczęście jeszcze — odezwał się wreszcie — że mój wóz czekał; będziemy mogli wytropić naszego młodego przyjaciela.

— Czy myśli pan, że coś słyszał?

— Jestem tego pewny — odparł Helder — stał na schodach tuż pod drzwiami.

— Co mógł słyszeć takiego? — zapytał Brown.

— Sam fakt, że podsłuchiwał, wystarczy dla mnie — odmruknął Helder.

Opuścił przednie okienko dzielące ich od szofera.

— Trzyma go pan na widoku? — spytał.

— Tak, sir — odpowiedział — musiał się zatrzymać przed zaporą wozów koło Aldgate49.

Jechali przez City na Queen Victoria Street wzdłuż brzegu.

Helderowi serce zabiło szybciej, gdy zbliżali się do rogu wielkiego bulwaru koło Westminsteru. Po prawej stronie znajdował się duży blok gmachów o światowej sławie.

— Jeśli zajedzie do Scotland Yardu — rzekł — musimy uciekać dalej, i to jak najprędzej.

Automobil nie skręcił w łukowatą bramę głównej siedziby policji. Obrócił się natomiast pod ostrym kątem w lewo, na most Westminsterski. Po stronie Surrey50 przystanął; ścigający nadjechali w chwili, gdy pasażer-zbieg szybko wysiadł i dostał się do schodów prowadzących na dół do rzeki.

— Mamy go — zawołał Helder.

Zbiegł po schodach za małą postacią, dotarł do obszernej terasy dzielącej schody i zatrzymał się. Albowiem na dole, tam gdzie się kończyły schody, w jasnym oświetleniu lampy łukowej stała Verity Comstock Bell; za nią niewielki okręt z dwoma ludźmi w nim siedzącymi.

— Uważam, że lepiej pan zrobi, cofając się, panie Helder — powiedziała.

Trzymała niedbale pistolet automatyczny, oburącz, tak jak kobiety trzymają wachlarz złożony.

— I sądzę — dodała — że byłoby najrozsądniej z pańskiej strony, gdyby pan postarał się odrobić póki czas zło, które pan popełnił, identyfikując mojego męża ze swoją nędzną robotą.

Rozdział VI. Zdradziecki banknot

Dnia 14 lipca roku 192... kasjer pełniący służbę w paryskim biurze Cooka na placu Opery51 otrzymał pięć not francuskich tysiącfrankowych i osiem amerykańskich, opiewających na sto dolarów, do wymiany na walutę angielską.

Policzył je uważnie, dokonał pewnych obliczeń na kawałku papieru i wyjął z teczki, którą miał pod ladą, odpowiednią ilość angielskich banknotów celem wydania klientowi. Należało dodać jeszcze dwa funty, parę szylingów i dwa do trzech pensów, aby rachunek się zgadzał.

Położył pieniądze angielskie przed sobą i przeliczył jeszcze raz banknoty francuskie. Przy tej sposobności zauważył — dopiero teraz wpadło mu to w oko — że słowa „Banque Nationale” miały nieco słabszy odcień fioletowy niż zwykle. Było to tylko na jednym z banknotów. Porównał banknot z innymi i przekonał się, że się nie mylił. Odcień był stanowczo odmienny.

Zanim powziął coś dalszego w tym względzie, przypatrzył się uważniej dolarom.

Te nie różniły się w niczym jedne od drugich, aby jednak nabrać zupełnej pewności, wyjął studolarowy banknot ze swojej szufladki i porównał go z zaprezentowanymi mu do wymiany i znów okazało się, że zachodziła pewna, aczkolwiek minimalna różnica w odcieniu.

Banknoty drukowane we Francji odznaczają się pewną szczególną cechą charakterystyczną, mianowicie nie zachowują dłuższy czas z całą dokładnością odcienia koloru, w którym zostały wybite. Już w tydzień po wybiciu, zanim jednak zostaną puszczone w obieg, zmieniają barwę do pewnego nieokreślonego bliżej stopnia.

Kasjer dotknął się dzwonka umieszczonego pod stołem i ów pan w średnim wieku, który czekał dotąd niecierpliwie na obsługę, znalazł się nagle w otoczeniu detektywów.

Monsieur zechce łaskawie pofatygować się do biura kierownika?

Monsieur nie miał na to najmniejszej ochoty. Podniósł głos z prawdziwym amerykańskim akcentem i zwrócił się ku wyjściu. Był to fałszywy krok z jego strony, albowiem człowiek zdrowy na umyśle, mimo największych przykrości, jakie są połączone z wymianą pieniędzy, nigdy nie wpadłby na pomysł dać się do tego stopnia unieść swemu oburzeniu, aby aż zostawiać bez żadnego potwierdzenia pięć francuskich tysiącfrankówek i osiem studolarówek amerykańskich.

Detektywi ujęli podejrzanego za ramię. Ku zgorszeniu reszty klientów dystyngowanej firmy bankowej zabrano go do małej ubocznej salki i zamknięto drzwi na klucz. W kwadrans później wyjechał automobilem w towarzystwie opiekuńczych detektywów.

Gold, który w tej chwili zajęty był zaopatrywaniem się w potrzebne mu zezwolenie na dokonanie rewizji mieszkania Heldera, wyjechał natychmiast pierwszym pociągiem do Paryża.

Na Stacji Północnej52 oczekiwał go szef wydziału śledczego, z którym pojechał do prefektury. Po drodze oficer wyjaśnił detektywowi szereg punktów, które nie dały się wyszczególnić w telegramie wzywającym Amerykanina do Paryża.

— Nie mamy pełnej pewności co do not amerykańskich — rzekł — nie ma jednak najmniejszej wątpliwości, że banknoty frankowe są nader udanymi falsyfikatami. Człowiek, którego ujęliśmy, jest Amerykaninem. Przybył do Hawru53 tej soboty, mając przy sobie listy polecające dla rozmaitych ambasad amerykańskich w Europie. Gdyby nie jego skorość do ucieczki, uważalibyśmy go za ofiarę sprytnych fałszerzy.

— Jak on się nazywa? — zapytał Gold.

— Schriener — odpowiedział drugi. — Twierdzi, że jest kupcem towarów żelaznych w New Yorku i przyjechał na wakacje do Paryża. Mamy o nim wzmiankę ze strony policji nowojorskiej. Przy tym podróż odbywa nieco zbytkownie, w każdym razie nieodpowiednio do stanowiska człowieka w jego położeniu. Przeszukaliśmy jego bagaże.

— Czy znaleziono coś przy nim? — spytał Gold.

— Nic szczególnie podejrzanego — rzekł drugi z pewnym wahaniem. — Są, co prawda, pewne punkty, które wymagają wyjaśnienia. Chcielibyśmy, aby pan z nim wpierw mówił. Mogę jeszcze dodać, że już porozumiał się z ambasadorem amerykańskim w Paryżu.

Gold skinął głową. Wiedział, że Amerykanin za granicą, milioner czy oszust, za pierwszą swoją czynność uważa zamęczanie swego przedstawiciela państwowego.

Ów człowiek nie został umieszczony w celi więziennej. Gold zastał go w małym biurze w prefekturze, które zamieniono na tymczasowe mieszkanie. Siedział przy biurku, pisząc coś z furią. Detektyw spostrzegł człowieka średniego wzrostu, szpakowatego, dobrze odzianego, o surowych rysach twarzy, bynajmniej nie ujmujących. Mógł mieć przeszło pięćdziesiąt lat.

How do you do? — rzekł Gold, wyciągając doń dłoń po amerykańsku.

Ręka, którą Gold ujął w swoją, była szorstka; nie była to delikatna dłoń bogacza lub kogoś, co spędził długie lata w dostatku. Co więcej, człowiek ten doznał pewnej trudności w odpowiedzeniu na powitanie. Nasz Amerykanin nabrał przekonania, że więzień nie miał wielkiej wprawy w życiu towarzyskim. Krótka rozmowa, którą z nim przeprowadził, upewniła go w tym do reszty. Ten człowiek był marionetką w ręku innych. Przy tym był jednak wytrzymały. Gold osądził to z bogactwa jego języka. Wylewał potoki słów, aż nazbyt, wszystko, aby wydostać się na wolność.

Gold opuścił go, aby przejrzeć w biurze szefa wydziału śledczego zakwestionowane amerykańskie banknoty. Podano mu akta, w których się znajdowały: Gold zbadał je ze starannością, na jaką zasługiwały, po czym zwrócił je.

— Nie ma żadnej wątpliwości — osądził — że to falsyfikaty, choć bardzo zręcznie wykonane. Czy mogę zobaczyć rzeczy tego człowieka?

Znajdowały się w przyległym pokoju, z napisami przyklejonymi na każdej z osobna.

— Wszystkie te dokumenty — rzekł Francuz, wskazując na papiery więźnia — są w przechowaniu łącznie. Czy chce pan je przejrzeć?

Gold skinął głową, więc rozłożono przed nim szereg papierów.

Były przeważnie bez większego znaczenia: obligacje na drobne sumy, listy polecające do konsulów i ambasadorów podpisane przez wcale znane osobistości w Nowym Yorku. Gold nie przywiązywał do nich żadnej wagi, znając stosunki tamtejsze, którym zawdzięczyć można uzyskanie takich listów z wielką łatwością.

Między innymi był notes z mnóstwem zapisków. Te odnosiły się głównie do hoteli i pensjonatów. Ważniejsza była lista firm, gdzie, jak Goldowi wiadomo było, można wymieniać pieniądze.

Najważniejszą nić stanowiła koperta zaadresowana dla tego człowieka do hotelu Palace. Nosiła znaczek pocztowy z Londynu. Była to całkiem zwyczajna koperta podłużnego formatu, z adresem pisanym wyraźnym ręcznym pismem.

Gold zwrócił się do Francuza.

— Panowie zapewne poddali hotel obserwacjom — powiedział.

Tamten skinął głową.

— Nie uważam tego za konieczne — zauważył Gold. — Modus operandi54 jest niezmiennie ten sam. Fałszowane noty są posyłane w małych ilościach w takiej kopercie jak ta do agenta. Dają mu pewien czas do rozporządzenia falsyfikatami. Agent przesyła część zysku głównej kwaterze, która nie jest koniecznie identyczna z miejscem, skąd wychodzą fałszowane noty, po czym, jak powiadam, po upływie pewnego czasu zostaje mu przysłana nowa paczka.

— I pan sądzi — zapytał Francuz — że możemy się spodziewać dalszego zapasu banknotów pod adresem tego hotelu?

— Nie — odparł Gold. — Przede wszystkim każdy agent należący do szajki ma nad sobą innego agenta, nieznanego mu, który wykonuje nad nim kontrolę. Ten drugi agent jest równie płatny jak pierwszy. W międzyczasie fałszerze dowiedzieli się, że Schriener został przyaresztowany. Nie ma powodu oczekiwać dalszego transportu.

Gold wziął jeszcze raz fałszywe noty amerykańskie do ręki i poddał je skrupulatnemu badaniu.

— Pięknie wykonane — rzekł. Oglądał je z obu stron. Coś zwróciło jego uwagę i wpatrzył się uważnie w jeden róg banknotu.

— Przepraszam — wyrzekł, biorąc banknot do okna.

Paryż nakryty był ciemnymi chmurami i światło było niejasne. Mimo to jednak zdołał zauważyć biegnące przez całą długość banknotu dziwne jakieś słowa. Były drukowane w tym samym kolorze malwy, który stanowił tło banknotu, i pozornie stanowiły integralną część rysunku.

— Proszę o silne światło i szkło powiększające — powiedział stanowczym tonem.

Szef wydziału detektywistycznego podszedł do biurka i wykręcił nad nim potężną żarówkę elektryczną, nad którą założył umbrę, tak że światło padało jedynie na biurko.

Z biurka wydobył silne szkło powiększające i podał je Goldowi. Amerykanin rozłożył banknot na biurku i, trzymając szkło powiększające nad odpowiednim miejscem banknotu, zapuścił weń wzrok.

Wydał gwizdnięcie i twarz mu się zmieniła, a oczy błysnęły z zachwytu.

— Patrz pan! — zawołał niemal.

Francuz wziął szkło powiększające z ręki Golda i wydał okrzyk, albowiem od rogu banknotu drobniutkimi litereczkami i z nadzwyczajną zręcznością wyryte były następujące słowa:

„Verity Maple, 942 Crystal Palace Road, London, note numbers 687642 to 687653 milk”.

Spojrzeli jeden na drugiego.

— Co to znaczy? — zapytał Francuz, zmieszany.

Gold wyglądał oknem. Nie dał żadnej odpowiedzi. Powtarzał słowa banknotu.

— Jest tylko jedna osoba na świecie, która może wyświetlić tę wiadomość — rzekł. — Musimy ją odnaleźć.

— Ale któż to napisał? — zapytał szef policji.

— Któż inny jak Tom Maple? — odpowiedział Gold. — Sądzę, że jesteśmy na najlepszej drodze do wykrycia zbrodniarzy.

Rozdział VII. „Niedorzeczność Collettowska”

Między Cambridge a Waltham Cross55 są trzy szosy, które się krzyżują. Jedna, główna, prowadzi do Cambridge, druga do Newmarket i dalej. Trzecia jest mało ważna, jest bowiem tylko szlakiem wagonów okrężnych, wijącym się w południowym kierunku. Jest ona do tego stopnia bez znaczenia, że odpowiedzialni autorzy mapy okolicy Cambridge nie uważali nawet za konieczne poinformować tych, którym by na tym zależało, że taka droga istnieje.

Kto by się interesował tymi miejscowościami — niejeden z nas chciałby wszak zwiedzić sławną Anglię — dowie się ze zdziwieniem, że ta nieznana nikomu, a jednak istniejąca droga zawdzięcza swoje powstanie niedorzeczności starego Colletta. Od niego też wzięła swą nazwę. Collett był ekscentrycznym gospodarzem rolnym. Ekscentryczność posunął aż do granic geniuszu. Mógł się stać sławny na całą rolniczą Anglię jako pionier naukowej uprawy roli gdyby nie dziwaczna mania, która trzymała go z dala od osiągnięcia celu, o ile miał w ogóle jakiś cel. Owa mania przejawiała się w nader kosztownych formach, tak że być może, że stary Collett umarł w stanie zupełnej ruiny majątkowej, choć niezmiernie szczęśliwy i zadowolony z rezultatów eksperymentu swojego żywota. Jak tylu innych ludzi, którzy zasłużyli sobie na sławę, reformy Colletta były pasmem krańcowości: wszystko, co inni rolnicy czynili, uważał ipso facto56 za błędne i starał się dokonać tego samego metodą wręcz przeciwną.

Spośród stu starych metod śmiało można określić sześćdziesiąt jako niedające się ulepszyć, dwadzieścia pięć na sto ulega pewnym zmianom, reszta zaś jest całkiem błędna. Stary Collett, który stosował zasadę, że cała setka wymaga natychmiastowej reformy in capite et membris57, nabawił się poważnej choroby i — umarł.

Zostawił po sobie sto morgów nieuprawnej ziemi, domek, który wybudował w myśl własnych planów, milowej długości prywatną drogę i nieszczęsnego wykonawcę ostatniej woli, którego obciążył tysiącem pośmiertnych zleceń. Biedak mógł sobie poradzić z pomocą sądu, wolał jednak pójść mniej legalną, lecz prostszą drogą interpretowania na własną rękę życzeń zmarłego. W szczególności oddał domek w ręce pierwszego z brzegu oferenta. Ponad wszelkie oczekiwania oferta, którą otrzymał, była niezwykle korzystna. Znalazł się ktoś, co oglądnął58 sobie okolicę, odkrył w domku i otoczeniu coś, co odpowiadało w zupełności jego życzeniom i zakupił gospodarstwo wraz z całym inwentarzem.

Opisując kupującego, pan Harlett, wykonawca testamentu starego Colletta, wyraził się o nim jako o miłym Amerykaninie, który upodobał sobie domek i pragnął uczynić zeń hotelik dla niedzielnych wycieczkowiczów. Nie zamierzał uprawiać gospodarki rolnej, tak powiedział panu Harlettowi, lecz kazał domek w zupełności wyporządzić, przemalować i umeblować.

Nie każdy wpadłby na pomysł urządzić z domku letnisko; wykonawca na pewno nie byłby miał tyle fantazji. Domek był zbyt ponury, o za grubych murach, czyniących wrażenie więzienia. Z zewnątrz był to wzór brzydoty, z wszelkimi cechami odpychającymi, o oknach wybitych w murze w regularnych odstępach i bramie przypominającej areszt. Całość uzupełniały kraty, które nie wiadomo w jakim celu kazał stary Collet wprawić do okien. Wnętrze było za to z pewnością mniej odpychające. Izba mieszkalna ciągnęła się od podłogi do dachu; wokoło biegł krużganek, na którym były organy — stary ekscentryk był bowiem czymś w rodzaju muzyka. Główny i jedyny pokój sypialny o tym przeznaczeniu znajdował się na parterze.

Na górze mieściła się komora niedostępna dla złodziei, o stalą wyłożonych ścianach.

Dostęp do niej był umożliwiony z dołu przy pomocy drabiny, albowiem nie prowadziły do niej żadne schodki. Amerykanin wydawał się z tego nawet zadowolony, przynajmniej nie zdradzał żadnej ochoty wbudowania schodów. Komora, ze swą solidną podłogą, była dostępna albo z parterowej sypialni, albo przez stalowe drzwi z krużganka biegnącego wokoło wzniosłej sali jadalnej. W tej komorze stary Collett trzymał pieniądze — nie ufał bankom ani ich nie popierał — mianowicie miał tam schowek wmurowany w grubą ścianę, a nowy właściciel uznał, że taki schowek może mu się dobrze przydać. Przychodził do domku w nieregularnych odstępach czasu, jak zauważyli sąsiedzi. Nie zatrudniał rąk w gospodarstwie. Stara kobieta, sprowadzona z oddali, prawdopodobnie z Londynu, sądząc po jej akcencie, była jedyną stałą mieszkanką, która utrzymywała dom w porządku. Lecz w jakiś czas później obyto się bez jej usług. Stało się to niespodziewanie i nowy właściciel Collettowskiej Niedorzeczności — tak nazywano w okolicy gospodarstwo starego ekscentryka — zdawał się doskonale obchodzić bez niej.

Bywał tam przelotnie, nigdy nie spędzał więcej jak jedną noc.

Pewnego razu zauważono, że dom był zamieszkany. Widziano jakiegoś ponuro wyglądającego człowieka wędrującego polami. Z jedynego komina, jaki dom posiadał, wychodziły smugi dymu. Prawie codziennie jakiś gość przyjeżdżał z Londynu, przebywał w domku godzinkę lub dłużej, po czym szybko odjeżdżał z powrotem w stronę Londynu. Czasem był to sam właściciel, czasem jego zastępca. Ci dwaj nigdy nie byli widziani razem, aż do tajemniczego pojawienia się Verity Bell w przebraniu chłopca owej nocy.

Padał deszcz ulewny, gdy Helder jechał do swojego domku wiejskiego. Sam siedział przy kierownicy, mając u bogu Tigera Browna. Nie zamienili ze sobą ani słowa podczas całej jazdy. O drugiej godzinie nad ranem Helder zwolnił biegu wozu, w miarę jak zbliżali się do skrzyżowania. Skręcił w uliczkę i zatrzymał maszynę przed ponurym domkiem. Na odgłos nadjeżdżającego automobilu z domku wyszedł człowiek, który momentalnie zniknął i powrócił z kluczem od dobudówki. Do niej Helder wprowadził wóz.

W mieszkaniu palił się silny ogień, mimo iż był czerwiec, i dwaj ludzie, przemoczeni i zziębnięci, stali przez chwilę w milczeniu. Trzeci obserwował ich z nachmurzoną miną.

— Będziemy przez jakiś czas bardzo zajęci — zagadnął go nagle Helder. — Macie dla Tigera inne ubranie?

Ponury dozorca kiwnął głową. Helder poszedł do swojego pokoju, wyciągnął szufladę, która zawierała całkowite ubranie, ubrał się prędko i wrócił do wielkiej izby, gdzie Tiger właśnie kończył przebieranie się.

Rozmawiali przyciszonym głosem, choć właściwie dozorca Collettowskiej Niedorzeczności nie mówił wiele, poza lakonicznymi odpowiedziami na pytania, które mu zadawano. Był to niski człowiek z krzaczastą, siwawą bródką i kosmatymi brwiami, niemal w zupełności zakrywającymi bystre oczy, które błyskały od jednego do drugiego z ptasią nieomal szybkością.

— Co on teraz robi? — zapytał Helder.

Brodacz ruszył ramionami.

— Wariactwa — rzekł. Człowiek ten widocznie nie był zbyt skory do marnotrawienia słów.

— Co to znowu za nowy rodzaj wariactwa? — niecierpliwie spytał Helder.

Ten trzeci potrząsnął znów ramionami.

— Ot rysuje i pije — odparł. — Chce pan go widzieć?

Helder kiwnął głową.

Wydobywszy klucz z kieszeni, niski człowiek poprowadził. Helder nazywał go Clinker. Wspięli się po stopniach prowadzących na krużganek i dozorca otworzył stalowe drzwi komory. Razem weszli do środka. Brown również podążył za nimi.

Pokoik był oświetlony potężną lampą naftową wiszącą u pułapu. Był tam stół, krzesło i łóżko składane.

Przy stole siedział człowiek w koszuli i spodniach, który obrócił się wpół ku przybyłym. Stół był zarzucony narzędziami rytowniczymi i na poły wykończona płyta leżała przytwierdzona do deski rysowniczej.

— No, Maple? — powitał go Helder.

Tomasz Maple potarł palcem niegolony podbródek i uśmiechnął się. Wstał do połowy.

— Chce mnie pan wypuścić? — zapytał drżącym głosem. — Uczyniłem to, czego pan ode mnie żądał, jeszcze więcej nawet, aniżeli pan żądał, i dziś jestem już chory z tego.

Helder uderzył go z lekka po ramieniu.

— Oczywiście wypuszczę pana — rzekł. — To pańska wina, że pan się tutaj znajduje.

Więzień był chory; nie trzeba było oka znawcy, by to stwierdzić. Ręce drżały mu nerwowo, z wyjątkiem chwil, gdy trzymał swoje ulubione narzędzia. Usta jego drgały konwulsyjnie. Wydawało się nieprawdopodobne, by te ręce, drżące niepewnie, mogły wyryć tak piękne dzieło na płycie.

Helder spojrzał nań i potrząsnął głową.

— Może pan to rzucić — rzekł — z tymi notami francuskimi i amerykańskimi skończyliśmy. Cała Europa ma je już na oku. Zrobimy jeszcze jedno pociągnięcie i koniec. Maple, musicie nam zrobić noty angielskie, które mają być ukoronowaniem dzieła waszego życia.

Maple wsunął ręce do kieszeni i cofnął się w tył na krześle. Nowe, dziwne zdecydowanie zarysowało się w jego zwisającej dolnej szczęce i w liniach jego ust. Helder zauważył to i zatrwożył się.

— Patrz pan, Maple — rzekł — przecież pan nie jest dzieckiem. Myślę, że ma pan już tego dość. Jak na człowieka, który dokonał najzręczniejszych fałszerstw, jakie świat kiedykolwiek znał, jesteś pan szczególnie niepewnym gatunkiem. Winien nam pan złość za to, żeśmy pana tu sprowadzili i trzymamy tu pana od dłuższego czasu, jednakże ja panu powiadam, że uczyniliśmy panu łaskę. Mimo wszystko — ciągnął, widząc, że tamten nie daje żadnego znaku — nie robi pan teraz nic gorszego, aniżeli parę lat temu.

Zapalił cygaro i zaczął z wolna przechadzać się po pokoju, jak człowiek, który ma czas na wspomnienia.

— Sześć lat temu — powtórzył w zamyśleniu — słyszałem, że pan był najzręczniejszym rytownikiem banknotów w całej Austrii, że pan był w stanie wykonać z głowy każdy rysunek i każdą najbardziej skomplikowaną linię... z pamięci. Pan zrobił wtedy próbę ze stukoronówką, prawda, Maple? — Zapytał niby niechcący, a Tomasz Maple wzdrygnął się cały.

— Rząd pana przyłapał — Helder ciągnął dalej — ale nie chciał skandalu, który ściganie pana musiałoby pociągnąć za sobą, a pan uciekł do Francji. Tam pan wstąpił do mennicy. Ktoś pana rozpoznał i pan wyjechał dalej. Gdzie to pana spotkał Gold? — zapytał nagle.

Człowiek na krześle zachował ponure milczenie.

— Sądzę — Helder ciągnął — że Gold zastosował tu zasadę: na złodzieja najlepiej nasadzić złodzieja, i stąd nasadził fałszerza, aby wykryć innego fałszerza, he?

Śmiał się, a Maple spojrzał nań i rozdzielił wargi, szczerząc swe brzydkie zęby w nieprzyjemnym grymasie.

— Nie śmiej się, przyjacielu — odezwał się. Głos jego drżał. — Mówi pan o czasie, kiedy nie miałem w sobie żadnej odpowiedzialności. Teraz jestem inny. Jestem zbrodniarzem, ponieważ mam skłonność — zniżył głos i zawahał się, po czym podniósł szybko głowę — do picia, jestem pijaczyną, i pan wykorzystał mój nałóg. Ja pana znam — kiwał głową powoli, ale groźnie, mówiąc te słowa — ja znam siebie.

Spuścił głowę na piersi. Ręce trzymał głęboko w kieszeniach. Popadł nagle w milczenie.

Helder i Tiger Brown wymienili szybkie spojrzenie porozumiewawcze. Jak gdyby pod wpływem tego samego zamierzenia, spojrzeli na Clinkera, lecz ten potrząsnął głową w odpowiedzi na jakieś niewypowiedziane pytanie.

— Chodźcie — rzekł Helder przymilająco — napijmy się razem i pomówimy o wszystkim.

Maple wstał, z drżeniem podpierając się rękami o stół. Coś na niego przyszło, zauważył Helder, jakaś godność, której, jak długo go znał, nie przypominał sobie u niego. Przy całej swojej godnej pożałowania postaci, w jego zachowaniu się i postawie czuło się jakąś nieprzeczuwaną moc.

— Nie będę pił — powiedział spokojnie. — Pan nie wie, co to dla mnie znaczy. Picie stało się częścią mojego życia, tak jak dla pana powietrze, jak woda dla ryb; lecz wyrzekłem się picia i będę odtąd trzeźwy. Spadłem aż na samo dno i wspiąłem się na szczyt.

Twarz Heldera pociemniała.

— Nie zrobicie tego, czego od was żądam? — spytał ostrym tonem. — Jeżeli się stąd wydostaniecie, dostaniecie się do więzienia. Pan posunął się zbyt daleko, Maple, nie zniesiemy tego szaleństwa. Nie masz dla pana drogi do pokuty, tak jak nie ma i dla mnie. Pan znajdujesz się z nami razem i pozostać tu musisz z nami, aż do końca.

Maple potrząsnął głową z wolna.

— Ja panu powiadam, że pan nie wydostanie się z tej sprawy tak łatwo — powtórzył Helder — pan wykonałeś dla nas robotę z własnej woli, a teraz pan musisz ją wykonać dlatego, że ja tak chcę. Czy pan myślisz — drwiąco ciągnął — że pana puszczę na świat, aby pan wyszedł z płaczem pokornym i wyznał wszystko przed sympatycznym detektywem ze Scotland Yardu? Nie jestem takim szaleńcem, jak pan myślisz. Cenię swoją wolność, swoje stanowisko w społeczeństwie zbyt wiele, abym miał do tego dopuścić!

— Ze mną koniec — mruczał tamten — koniec, koniec...

— To nieprawda — rzekł Helder — jeszcze do tego daleko. Masz pan wejść w normalny stan, bez względu na to, czy nim jest normalne picie, czy normalna trzeźwość. Patrz pan — rzekł, kładąc mu rękę na ramieniu — przypuśćmy, że wyjdzie na jaw, że ja byłem odpowiedzialny za tę powódź falsyfikatów. Wie pan, co to znaczy? To znaczy dożywotnie, ciężkie więzienie. Teraz żyję życiem miłych ludzi, wśród miłych osób i pięknych kobiet; potem musiałbym to życie zamienić na coś gorszego od śmierci. Zatem chyba pan na chwilę nie przypuści, że byłbym w stanie poddać się takiemu wegetowaniu, pójść do więzienia w słodkiej nadziei, że wreszcie uda mi się zebrać okruszyny życia, aby dokończyć marnie lat starości w nędzy?

Śmiał się. Ta myśl zdawała się bawić go w sposób niezwykle ciekawy.

— Nie, przyjacielu, gdy zostanę wykryty, umrę prędko; boleśnie, być może, lecz ból będzie krótkotrwały. Jeżeli zaś jestem przygotowany na to, aby popełnić samobójstwo, w takim razie jestem tym bardziej gotów zabić każdego, kto odważy się stanąć między mną a pomyślnym wynikiem mojego przedsięwzięcia. Fałszowałem, kłamałem i kradłem, ale na to, aby dokończyć tego, co sobie postanowiłem. Jestem przygotowany na to, by dołączyć morderstwo do listy moich grzechów, o ile tego będzie potrzeba. Czy zrozumiano?

Maple patrzył nań obojętnie, potrząsając głową.

— Czy rozumiecie? — powtórzył Helder. — O ile będzie potrzeba, zabiję was. Zastrzelę was jak psa, zanim zastrzelę sam siebie. Macie mi się zająć tymi banknotami angielskimi. Ma się to stać prędko; obecnie policja myśli o dolarowych. Za miesiąc lub dwa zauważą może francuskie, które puściliśmy na rynek.

Dziwne światło zabłysło w oczach Maple’a.

— Są wypuszczone na rynek, powiada pan?

Okazał silne zainteresowanie. Helder kiwnął głową.

— Odeszła pierwsza paczka. Teraz — powiedział z nagłym ożywieniem — porozumiejmy się, Maple. Zrobi pan, jak tego żądałem?

Maple ruszył ramionami z lekkim gestem rozpaczy.

— Przypuszczam — rzekł. — Mam... mam odpowiedzialność. Mam bratanicę, Helder, niezaopatrzoną, która się gryzie z mojej przyczyny, i to mnie gnębi.

Helder ukrył ręką uśmiech tłoczący mu się na usta.

— Jest ona zaopatrzona — zauważył. — Mówiłem to już panu dawniej.

— Ale w jaki sposób? — zapytał tamten. — Ona nie jest zdolna do przyjmowania pieniędzy od niewiadomych osób.

— Jest zaopatrzona — powtórzył Helder.

Człowiek nazywany „Clinker” podniósł rękę, czyniąc w ten sposób znak przestrogi i nakazując zebranym milczenie.

Poczęli nadsłuchiwać.

— Ktoś tam nadjeżdża drogą — rzekł. — Zejdę na dół, aby zobaczyć, kto to taki.

Otworzył drzwi i zamknął je za sobą. Usłyszeli otwieranie ciężkich drzwi z dołu. Nastąpiła przerwa, po czym drzwi znów się zatrzasnęły. W chwilę potem Clinker wrócił z telegramem w ręku.

— Był chłopiec z telegrafu — powiedział. — To dla pana.

Wręczył go Brownowi, który rozdarł telegram i przeczytał.

— Co jest? — zapytał Helder.

— Aresztowali Schreinera w Paryżu, podczas gdy puszczał banknot tysiącfrankowy — rzekł Tiger Brown, przy czym głos jego brzmiał niepewnie.

Stali, patrząc jeden na drugiego. Twarz Browna pracowała kurczowo. Helder zbladł. Clinker był niezmiernie mało zaciekawiony. Był to zbyt stary ptaszek, zbyt filozoficznie usposobiony łotr, aby się przejmować grożącym niebezpieczeństwem. Za to twarz Maple’a ożywiła się z zainteresowania; jego mętne oczy błyszczały, wargi poruszały się, jak gdyby coś wypowiadał.

— Schriener aresztowany w Paryżu? — rzekł z zaciekłością. — Tysiącfrankówka... czy to nie moja?

Helder patrzył na niego, nie mówiąc ani słowa, i kiwnął mu ponuro głową.

— Ha! — zawołał Maple i opadł na krzesło.

Helder i Tiger Brown odjechali pospiesznie z powrotem do Londynu, skoro tylko zaświtał dzień. Tworzyli małomówną parę ludzi — żaden z nich nie miał ochoty do mówienia, o ile chodziło o ich nielegalny interes. Blisko Waltham Cross Brown nagle powiedział:

— Nie mogę tego Maple’a pojąć.

Helder siedział przy kierownicy. Patrzył prosto przed siebie, mówiąc:

— Ja go rozumiem. Widzi on nasz koniec, albo mu się tak zdaje, ale... — Nie wyrzekł ani słowa więcej.

Tiger czekał, póki tamten nie dokończy, widząc zaś, że ten nie ma ochoty do wywnętrzania się, zrobił próbę mówienia o tym, co było mu bliskie.

— Pan mówił o zabiciu Maple’a — rzekł wolno. — I guess pan go chciał nastraszyć.

— Żadne nastraszanie — odparł Helder, zręcznie wymijając wóz jarmarczny. — Zabiłbym jego i każdego innego, kto odważyłby się mnie zdradzić. I każdego innego — powtórzył z naciskiem.

— Rozumiem — rzekł Tiger Brown.

Nie mówili więcej ze sobą.

Helder zostawił swojego towarzysza w City i pojechał dalej do garażu, w którym trzymał zawsze swój wóz. Oddał maszynę mechanikowi i poszedł pieszo na Curzon Street.

Sieć zaciskała się na nim, czuł to. Rosjanin uwięziony, Schriener w rękach policji francuskiej, Maple dojrzały do buntu — oznaki były niezdrowe. Omylił się na Maple’u. Zanadto ufał jego skłonności do picia. Uprowadził go, mając na oku dwa cele, i wyniki usprawiedliwiały środki, gdyż z jednej strony Verity Bell była w Londynie, z drugiej strony Comstock Bell gdzieś w tyle krył się z nieznanych mu przyczyn.

W nieokreślony jakiś sposób czuł, że nowe powinowactwo może mu się do czegoś przydać, gdy przyjdzie nań ostatnia chwila.

Poszedł do swojej pracowni. Leżało w niej wiele korespondencji, gdyż zyskiwał na popularności i otrzymywał w ostatnim czasie liczne zaproszenia. Wzdrygnął się nieco na myśl, co może się stać, jeśliby jego plany nie powiodły się.

Przeglądał listy jeden za drugim, czynił to jednak pospiesznie, bez większego zainteresowania, zwracając tylko uwagę na pisma odręczne i znaczek pocztowy. Przy jednym zatrzymał się: list pochodził od kogoś nieznajomego.

Otworzył go. Pochodził od wydawcy „Post Telegramu”.

„Zechce nas Pan odwiedzić?” — brzmiał list. — „Nastąpił pewien zwrot w tajemniczej sprawie Comstocka Bella, a ponieważ Pan był w możności udzielić nam tyle cennych wiadomości, będzie Pan mógł wyświetlić nowy zwrot w sprawie. Mamy powód do przypuszczania, że pani Comstock Bell nie żyje”.

Helder położył list i wyglądnął59 przez okno. Myślał niegdyś, że potrafi wyjaśnić tę tajemnicę. Teraz wydawało mu się, że sprawa pogłębiła się o wiele bardziej, aniżeli przypuszczał.

Rozdział VIII. W więzieniu

Taksówka zawiozła go do redakcji dziennika. Wydawca nie był jeszcze w biurze, lecz w oczekiwaniu przybycia Heldera młody reporter Jackson przywitał go z żywą radością.

Skłonił się Helderowi i z przyjaznym uśmiechem zaprowadził go do pokoju dla stron.

— Co się stało? — zapytał Helder, usiadłszy na miękkim fotelu.

— Bodajby mnie zastrzelono, jeżeli wiem — wyznał tamten.

Chodził tam i z powrotem po pokoju z rękami w kieszeni, z widocznym, szczerym zakłopotaniem.

— Wie pan — rzekł — że po wyjeździe Comstocka Bella i ukazaniu się pani Comstock Bell w tak straszliwy sposób wszystkie środki, które były do dyspozycji dziennika, zostały użyte, aby odszukać państwo Comstocków Bellów. Mimo iż otrzymaliśmy pismo od Comstocka Bella adresowane do nas z Lucerny, wiedzą z całą pewnością, że Comstock Bell nie był w tym mieście. Dostaliśmy drugi list z Wiednia.

— Co za list? — spytał Helder.

— Zwykły list, na maszynie pisany, podpisany pieczątką gumową i kontrasygnowany imieniem jego żony. Ten list otrzymaliśmy. Znów pochodził z modnego hotelu i znów nasz korespondent odkrył, że takiej pary nie było tam nigdy. Puściliśmy w obieg, jak panu wiadomo, przezorną opowieść o tym tajemniczym zdarzeniu. Nasi najzdolniejsi ludzie byli na tropie pary, mimo to jednak nie spotkali się z nimi. Okręty pasażerskie były pod obserwacją; również parostatki krążące po kanale La Manche, a niemal wszędzie w Europie mamy sieć korespondentów, mających dostęp do miejsc, w których nie wolno znaleźć się prywatnemu detektywowi. Jednak wszystkie nasze wysiłki okazywały się bezowocne... aż do zeszłej nocy.

— Co takiego zaszło? — zapytał Helder.

— Jeden z naszych ludzi, który trzymał straż w Boulogne i uważał na wszystkie okręty pasażerskie, po odejściu łodzi sprowadzającej pasażerów na brzeg udał się na krótki odpoczynek do kasyna. W drodze minął pewną damę, która widocznie bardzo się spieszyła. Szła w tym samym kierunku i pomyślał sobie, że może i ona idzie do kasyna. Nie zwracał na nią większej uwagi, aż dopiero gdy zauważył, że nie szła do kasyna, gdyż, oglądnąwszy się raz, zobaczył, że nie szła za nim. Zwrócił na nią baczniejszą uwagę: kobieta ta przypominała mu osobę, którą miał wyśledzić. I rzeczywiście, w świetle, które padło na nią w portyku, poznał ją. Natychmiast puścił się w jej stronę. Spieszyła w dalszym ciągu i wybrała krótką drogę ku drewnianej tamie biegnącej do morza. Wahał się przez jakiś czas, czy ma iść za nią, czy nie; wiedział jednak, że musi ona wrócić się tą drogą, którą poszła. Czekał więc z zadowoleniem na końcu tamy. Czuwał tak przez dwie lub trzy godziny i, gdy ona się nie pokazywała, poszedł wzdłuż tamy, aż doszedł do stacji sygnałowej. Ku jego zdziwieniu, zniknęła mu. Był sam na brzegu — z pewną chęcią uczynienia wrażenia Jackson urwał.

Helder kiwnął z lekka głową.

— No i? — spytał.

— Dziś rano — ciągnął Jakson — dostaliśmy list z Boulogne. Podpisany był Comstock Bell i żona. W liście protestowali przeciw kontynuowaniu tego, co nazwali „ściganie nas”. Oto list.

Podał mu papier. Helder nie zadał sobie trudu czytania. Z lekkim kiwnięciem głową wręczył mu list z powrotem.

— Rozumiem — rzekł. — Czy widziano gdzieś Comstocka Bella?

— Nigdzie. Nasza teoria odnośnie Verity Bell jest, że musiała utonąć — rzekł reporter. — Noc była pochmurna i innej drogi oprócz tej, na której stał nasz człowiek, nie było.

Helder wstał i wyglądnął przez okno.

— Czy moglibyście panowie zrobić mi grzeczność? — zapytał.

— Jeśli tylko jest w naszej mocy — odparł reporter z uśmiechem. — Możemy wiele uczynić.

— Parę tygodni temu — zaczął Helder z wolna — aresztowano pewnego Rosjanina jako podejrzanego o jakieś przestępstwo.

— Przypominam sobie — rzekł Jackson — skazano go na trzy miesiące więzienia z wydaleniem z granic państwa jako karą dodatkową.

— Tak — potwierdził Helder ze spokojem. — Otóż gdybym mógł pomówić z tym człowiekiem, mógłbym może rozwiązać zagadkę zniknięcia pani Comstock Bell. Czy mogliby panowie uzyskać zezwolenie ministerstwa spraw wewnętrznych?

Jackson ściągnął wargi, wyrażając tym wątpliwość.

— Nie jestem pewny, czy to się da zrobić — rzekł. — W każdym razie spróbuję. Skoro szef przyjdzie, pomówię z nim.

W parę chwil potem Helder poszedł. Wrócił do mieszkania na Curzon Street. Dowiedział się telefonicznie, że Golda nie było w mieście.

— Tym lepiej — powiedział Helder do siebie — sądzę, że jeśli pozostawią mnie sobie samemu, dam sobie radę ze wszystkim.

Z tą uwagą przeszedł do sypialni i położył się na parę godzin, aby powetować sobie nieprzespaną noc.

Zbudził go służący o piątej godzinie po południu, przynosząc mu telegram. Redakcja dziennika komunikowała mu:

„Widzenie urządzone: pański Rosjanin jest w Chelmsford Gaol60. Proszę przyjść do biura po rozkaz ministerstwa”.

Jacksona nie było, lecz wydawca przyjął go i wręczył mu upoważnienie, prosząc go, aby usiadł.

— Nie jestem z natury ciekawy — rzekł wydawca — lecz mimowolnie zastanawiam się, co pana skłania do złożenia wizyty temu więźniowi. Czy pan uważa, że zachodzi związek między Comstockiem Bellem a tymi fałszerstwami na wielką skalę?

Helder z powagą skinął głową.

— Tak jest — rzekł.

W paru słowach opowiedział historię Klubu Zbrodniarzy i udział Comstocka Bella w owym klubie.

— Hm — zauważył wydawca, gdy Helder skończył — słyszałem o tym. Była to całkiem przeciętna mania wariacka. Widziałem już takie rzeczy u młodzieży, czasem nawet gorsze. Pan mówi, że Bell zdradził tego swojego kolegę Willettsa?

— Jestem i o tym przekonany — rzekł tamten. — Willettsa z rozmysłem i zdradziecko oddał Bell w ręce policji dla ocalenia swojej własnej skóry.

— Co pan sądzi o jego obecnym zniknięciu? — spytał wydawca, patrząc nań bystrym wzrokiem.

Helder zawahał się. Mimo iż o tej sprawie wciąż myślał, wprost dniem i nocą, w ciągu całych miesięcy o niczym innym nie myślał jak tylko o tym — rzecz ciekawa, że nie mógł sformułować żadnego schematu, który by rzucał pewne ściśle określone podejrzenie na Bella. Łatwo było robić aluzje do zamknięcia Amerykanina i przy tym kiwać głową znacząco, by w ten sposób dać do zrozumienia, że zachodzi związek między Bellem a nieznanymi zbrodniarzami. Inna rzecz jednak podać dokładne fakty i daty.

— Nie mogę teraz powiedzieć — rzekł. — Osobiste moje zdanie jest, że ożenił się z tą dziewczyną dlatego, że potrzebował narzędzia, które nie zdradziłoby go w razie wykrycia. Sądzę, że w obecnej chwili pracuje nad dokonaniem ostatecznej, rozpaczliwej próby.

— Wybacz pan — przerwał mu wydawca — ale wszak wiadomo, że Comstock Bell jest bardzo bogaty.

Wydawca był praktycznym, trzeźwo na rzeczy zapatrującym się człowiekiem, bez cienia romantyczności w usposobieniu, zdrowo umiejącym ocenić wszelkie możliwości.

— Nie tylko, że był przedtem bogaty, ale obecnie jest jeszcze bogatszy.

— Obecnie? — zdziwił się Helder.

Wydawca potwierdził ruchem głowy.

— Tak jest. Jego matka, która w ostatnich czasach była cierpiąca, zmarła w ubiegłym tygodniu. Była o tym wzmianka w wielu pismach. Zostawiła mu po sobie cały majątek. Był już przedtem bogaczem; obecnie jest co najmniej milionerem. Byłoby to dziwne zajęcie — dodał — niczym nieuzasadnione.

— Nieuzasadnione było też to niezwykłe małżeństwo — podchwycił Helder.

— Małżeństwo jest zawsze uzasadnione — zwięźle poświadczył wydawca. — Gdybyśmy mieli szukać racjonalnej przyczyny, dlaczego A ożenił się z B, musieliśmy zapełnić nasz dziennik większą ilością tajemnic w ciągu jednego dnia, aniżeli zmieściłoby się w przeciętnym numerze w ciągu całego roku. Powtarzam, że nie ma żadnego motywu, żadnej przyczyny w świecie, która by skłoniła Comstocka Bella do wdawania się w fałszerstwa. Jednakże — uśmiechnął się, wyciągając doń rękę — pański Rosjanin może panu coś opowie. Do widzenia.

Helder spędził wieczór w teatrze. Wcześnie rano pojechał pociągiem do Chelmsfordu. O godzinie dziewiątej zajechał taksówką pod ponury gmach i został zameldowany w biurze dyrektora.

Pułkownik Speyer, o szpakowatej brodzie, przyjął go.

— Chce pan widzieć się z naszym Rosjaninem? — rzekł. — O tak, to jest jedyny Rosjanin, którego mamy u nas i mamy z nim pewien kłopot. Widzi pan, nikt nie zna jego języka i jesteśmy zmuszeni angażować kogoś na dwa lub trzy razy w tygodniu, aby dowiedzieć się, czy mu czegoś nie potrzeba i tłumaczyć mu przepisy więzienne.

— Proszę mi wybaczyć — powiedział Helder, podczas gdy dyrektor wyprowadzał go z biura — jak to się stało, że tego człowieka umieszczono w takim Chelmsfordzie? Takie więzienia są wszak przeznaczone specjalnie dla miejscowych delikwentów.

— Mamy tu wszelkiego gatunku ludzi — odparł. — Jest to jedno z więzień, w których długoletni więźniowie odbywają służbę poprawczą, zanim zostają przenoszeni do Portland lub Dartmoor. Mamy tu różnych drabów. Może skoro pan ukończy swoje widzenie się z tym człowiekiem... a propos, czy pan mówi po rosyjsku? — przerwał sam sobie.

Helder potwierdził, a dyrektor spojrzał nań z niedowierzaniem.

— Uważam, że ktoś winien być przy tym, kto pana rozumie — zauważył, rzucając okiem na rozkaz ministerialny — lecz mogę panu zaufać, że pan nie popełni nic sprzeciwiającego się przepisom — i podał mu zwięźle tematy, na które jest wzbronione zadawać pytania i odpowiadać.

Zaprowadził Heldera do pustego pokoju, w którym znajdował się tylko długi stół z deski, wyszorowany do oślepiającej białości. W parę chwil potem Rosjanin wszedł do pokoju. Ubrany był w przykry, kurzawy uniform aresztancki, a jego małe oczka strzeliły radośnie, gdy ujrzał swojego byłego pracodawcę przed sobą.

Usiadł przy jednym końcu stołu, a Helder przy drugim, zaś między nimi dwaj dozorcy, ludzie o obojętnej minie, pozornie znudzeni.

Helder zauważył, że w czasie ich rozmowy ci dwaj zajęci byli pilnym pisaniem czegoś. Domyślił się, że zapewne układali swoje sprawozdania i podziwiał do pewnego stopnia ekonomię wewnętrzną więzienia, zastanawiając się przy tej sposobności nad zajęciami takich dozorców więziennych i nad sposobem ich wypoczynku.

Widzenie nie trwało długo: najwięcej chodziło mu o ostrzeżenie Rosjanina, aby się nie ważył wygadać. Przyrzekł mu sowite utrzymanie za wypuszczeniem z więzienia. W ciągu rozmowy przekonał się, że ze strony tego człowieka nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Wstając, miał przynajmniej przeświadczenie, że ta wątpliwość zniknęła mu z umysłu.

Zastał dyrektora czekającego nań na dworze.

— Chciałby pan zobaczyć więzienie? — zapytał przedstawiciel władzy.

Pysznił się swoim urzędem: pysznił się dyscypliną, czystością i porządkiem panującym w zakładzie więziennym.

— Z całą przyjemnością — powiedział Helder.

Zastanawiał się przedtem, czy nie będzie miał trudności w uzyskaniu pozwolenia, które zostało mu jednak z taką gotowością udzielone. Dyrektor oprowadził go po wielkiej hali, gdzie rzędami wznosiły się cele od samej ziemi aż po szklany dach. Stalowe, błyszczące krużganki biegły z trzech stron gmachu, a między każdym piętrem rozpościerała się gęsta sieć metalowa.

— Musimy to mieć — rzekł dyrektor. — Były niedawno dwa wypadki usiłowanego samobójstwa.

Zaprowadził go do jednej z cel. Na jego żądanie zamknięto za nim bramkę. Odczuwał chorobliwe pragnienie uzmysłowienia sobie, czym jest więzienie, jednakże zadowolony był, gdy usłyszał zgrzyt zamka i otworzono bramkę ponownie.

— Więźniowie odbywają właśnie ćwiczenia — rzekł dyrektor.

Poprowadził go na podwórze. Pokazał mu tragiczną budkę straceńców, groby morderców pod murem i ich inicjały wyryte w kamieniu.

Grupka więźniów ćwiczyła na podwórzu, maszerując wokół trzech kolisk wyłożonych taflami kamiennymi. Helder obserwował przechodzących obok. Byli tam starzy i młodzi. Niektórzy, obojętni na jego wzrok badawczy, zwracali spojrzenie z całą bezczelnością. Inni znów zwracali głowę do połowy, przechodząc obok niego. Jednym z takich był rosły mężczyzna, o wiele wyższy od swoich towarzyszy. Ruchy tego człowieka wydały się Helderowi jakoś znajome i począł mu się lepiej przyglądać z tyłu, a gdy zbliżał się kołem ponownie w jego stronę, utkwił w nim wzrok. Z trudnością udało mu się stłumić okrzyk, który cisnął mu się na usta, albowiem poznał twarz tego człowieka.

Był to Comstock Bell!

— Co się stało? — zapytał dyrektor skwapliwie.

— Ten człowiek... ten wysoki, kto to jest?

— Ten — wskazał dyrektor oddalającego się — to jest Willetts, fałszerz pieniędzy!

Rozdział IX. Wiadomość na banknocie

Helder wrócił do Londynu, czując zawrót w głowie. Miał od dawna przeczucie, na czym polega właściwie sekret Comstocka Bella, obecnie mógł wypełnić niejasne punkty w swym rozumowaniu.

Comstock Bell i Willetts byli jedną i tą samą osobą. Willetts prawdopodobnie umarł i, aby uniknąć skandalu, Bell przybrał jego imię i prowadził podwójne życie, aby móc dobrowolnie pod przybranym nazwiskiem oddać się w ręce karzącej sprawiedliwości.

W ten sposób wyjaśniało się wiele rzeczy, które przedtem były dlań niewytłumaczone. Comstock Bell wykorzystał swoje wpływy, aby na czas rozprawy sądowej oddalić z Anglii tak Golda jak i, pozornie, siebie samego. Stało się to teraz oczywiste.

Nagła myśl przeszyła go. Comstock Bell wiedział tak wiele, że mógł poruszyć wszystkie sprężyny w Ameryce, znał pełną miarę winy Heldera. Znaczyło to tyle, że dnie międzynarodowych fałszerzy są policzone. Willetts został skazany na dwunastomiesięczne więzienie. Według panującego systemu karnego miałby odsiedzieć tylko dziewięć miesięcy, po czym byłby wypuszczony na wolność. A Comstock Bell wypuszczony na wolność stanowił największe niebezpieczeństwo, jakie fałszerzom mogło zagrażać.

Zatelegrafował po Tigera Browna i w paru słowach wyjaśnił mu sytuację.

— Teraz wiemy już dlaczego Comstock Bell ożenił się — rzekł. — Tajemnica obandażowanej ręki również nie jest więcej tajemnicą. Comstock Bell nagle przestał pisać listy i zabrał się do maszyny do pisania, tak że w czasie jego nieobecności mógł się posługiwać agentem, który prowadził nadal korespondencję za niego. Musiał znaleźć agenta, któremu mógłby bezwzględnie zaufać. Ożenił się z Verity Maple, która też do dziś dnia pisuje mu listy z różnych stron Europy, przelotnie podróżując tu i tam, być może, że nie siedząc w hotelu dłużej aniżeli parę godzin przy śniadaniu, natomiast korzystając ze sposobności, aby zabrać ze sobą parę arkuszy papieru listowego z nagłówkiem hotelu.

— Ta rzecz wydaje mi się niejasna — powiedział Tiger Brown, nieodznaczający się widocznie zbyt bujną wyobraźnią. — Dlaczego Bell miałby iść na ochotnika do więzienia? Tego rodzaju szaleństwa nie mogę zrozumieć.

Helder nie dał zaraz odpowiedzi. Rozumiał on lepiej od swojego wspólnika straszną tyranię sumienia. Znał on trwogę, która prześladuje i nie daje spokoju, straszną obawę przed wykryciem, która nawiedza ludzi i doprowadza bardziej uczuciowych do szaleństwa, a słabych z natury do picia.

Przy tym w grę wchodziła jeszcze matka Comstocka Bella. Helder słyszał o tej chorowitej staruszce, która żyła do niedawna w Nowej Anglii i była dumna ze swego syna, niezwykle dumna z blasku rodziny. Ona była niewątpliwie dla Comstocka czynnikiem decydującym.

— Dla mnie ta sprawa nie wydaje się szaleństwem — rzekł, cedząc słowa z wolna. — Musimy z tego zbić kapitał, Tiger. Mamy w rękach dwie potężne maczugi.

— Mianowicie? — zapytał drugi.

— Znamy sekret Bella, trzymamy w ręku Tomasza Maple’a. Mamy związek przeciw mężowi i żonie i od nas zależy wykorzystać szanse na naszą korzyść.

Posiadał w samej rzeczy potężną broń w ręku. Przy tym jak długo Comstock Bell był w więzieniu, miał do pewnego stopnia swobodę ruchów. Nie potrzebował się obawiać, że Comstock Bell użyje swoich wiadomości, aby go zniszczyć.

Pozostawał tylko Gold. Helder pomylił się odnośnie Golda. Znał go z dawna bardzo blisko i nie cenił go, jak należało. Nic zresztą w tym dziwnego, albowiem Gold nie wykazywał dotąd niezwykłych zdolności jako detektyw. Dwa razy Helder popadł w konflikt z Goldem i dwa razy uległ mu Gold z łatwością.

Nie odczuwał żadnej obawy w dwa dni potem, gdy otrzymał uprzejmy list od detektywa ambasady z zaproszeniem do Savoy61. Gold wrócił do Londynu, tak brzmiał list, i gdy Helder wchodził do gabinetu Golda, widział jeszcze w korytarzu bagaże detektywa ze świeżymi etykietami kolejowymi z Paryża.

Detektyw spojrzał na wchodzącego.

— Proszę, spocznij pan, Helderze — powitał go.

Sam wstał, podszedł ku drzwiom, zamknął je i nie usiadł wcale z powrotem. Helder rozparł się w bujaku.

Gospodarz zdawał się zakłopotany, jakby nie wiedział, od czego zacząć. „Nowa oznaka słabości” — pomyślał sobie Helder, obserwując z satysfakcją zaambarasowanie detektywa.

— Prosiłem pana do siebie — powoli Gold zaczął — i chcę być wobec pana otwarty.

— Skoro ktoś powiada, że chce być otwarty — odparł gość spokojnie — znaczy to, że chce być napastliwy.

Gold skinął głową.

— Chcę być napastliwy — rzekł — ale masz mnie pan najpierw wysłuchać.

Zaczął przechadzać się po niewielkim pokoju, mówiąc urywanymi zdaniami.

— Od dwunastu miesięcy — powiedział — jestem na tropie bandy fałszerzy puszczających w obieg podrabianą walutę.

— O ile zdołałem sobie zdać sprawę — zauważył oschle Helder — miałem również zaszczyt otrzymania pewnych wzmianek z pańskiej strony, że nie jestem bez pewnej winy w tej sprawie fałszowania pieniędzy?

— Nie tylko wzmiankowałem — powiedział Gold z oziębłością w głosie — oskarżałem.

Spojrzał na gościa, który z uśmiechem i wygodnie siedział, a raczej leżał rozparty na bujaku.

— Wiem — ciągnął — że pan jesteś jednym z nich. Wiem też, że w pańskich ostatnich bohaterskich czynach w dziedzinie wyższej finanserii62 — uśmiechnął się drwiąco — posłużyłeś się pan pomocą Tomasza Maple’a.

Gold zbyt bliski był prawdy, by to nie sprawiło na Helderze nieprzyjemnego efektu. Niemniej jednak udał zupełną obojętność.

— Pan jest zabawny — rzekł.

— Maple — ciągnął Gold — sfałszował banknoty frankowe. Mam na to dowód. Przyniosłem je panu, Helderze, aby panu zwrócić uwagę, że albo pan wycofa się z tego interesu, i to prędko, albo będzie skandal anglo-amerykański, jakiego ta mała wioska jeszcze dotąd nie widziała od początku swego istnienia.

Helder parsknął śmiechem.

— Chciałbym pójść panu na rękę — rzekł ze swobodą. — Gdybym miał nieco zdolności aktorskich, padłbym przed panem na kolana i wyznałbym panu winę, aby oddać się w ręce władz karnych. Chciałbym to uczynić — mówił dalej przeciągłym głosem — mam wrażenie, że tego rodzaju postępek odpowiadałby doskonale melodramatycznemu charakterowi prowadzonych przez pana dochodzeń.

Wstał i ujął kapelusz i rękawiczki.

— Niestety — ciągnął — nie mogę panu zrobić tej przyjemności. Rzuciłeś pan na mnie najgorsze podejrzenia — machnął ręką z doskonałą oznaką obojętności — nie chcę o tym mówić. Tłumaczę to sobie tym, że pan jest w wielkim kłopocie z tą sprawą, jasna rzecz — rzekł w tonie mieszaniny współczucia i protekcyjności. — Pańskim zadaniem jest wynaleźć zbrodniarza, a gdy się panu to nie udaje, musi pan wymyślić jakąś bajkę, aby było co do opowiadania. Wiem, że nie jestem persona grata63 u pańskiego szefa i przypuszczam, że nietrudno przyjdzie mu przyjąć za prawdę opowiadanie o mnie, że z niewinnego agenta giełdowego stałem się niebezpiecznym przywódcą międzynarodowej szajki fałszerzy pieniędzy papierowych — śmiejąc się, ciągnął dalej. — Wspaniała historia; pan powinien zabrać się do pisania opowieści, panu dobrze jest wiadomo, że Comstock Bell jest głównym bohaterem tej sztuki.

Ktoś lekko zapukał we drzwi. Żaden z nich jednak nie dosłyszał. Gold zbyt był zajęty obserwowaniem Heldera. Bawił się wprost studiowaniem tego człowieka, co do którego nie miał żadnej wątpliwości, że jest zbrodniarzem, który jednak potrafił w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa przybierać tak bezczelnie obojętną minę.

— Comstock Bell — ciągnął Helder — jest fałszerzem, jak panu wiadomo.

— Tak samo, jak wiadomo jest, że Korneliusz Helder jest najbardziej niebezpiecznym kłamcą — odezwał się miły głosik za jego plecami.

Ten obrócił się. W drzwiach stała kobieta, smukła, pełna wdzięku, szykownie ubrana. Wniosła ze sobą delikatny zapach rzadkich kwiatów.

Twarz Heldera pokryła się ciemną czerwienią, nie spuścił jednak bezczelnego wzroku, którym spojrzał na uśmiechniętą postać niewieścią stojącą u wejścia.

— Czy wolno? — zapytała słabym głosem.

Gold przysunął krzesło i zamknął za nią drzwi, zapraszając ją do wejścia.

— Żałuję mocno — powiedziała — że przerwałam skecz charakterystyczny w najciekawszym momencie.

Wyjęła ze złoconej torebki małą zieloną flaszeczkę wonnych korzeni i przytknęła ją osłabionym ruchem do pięknie rzeźbionego noska.

Na twarzy Heldera pojawił się brzydki uśmiech.

— Rozumiem pani stanowisko, mistress Granger Collak — odezwał się. — Mimo to jednak pozwalam sobie zauważyć, że nie jest zwyczajem w dobrym towarzystwie rzucać komuś kłamstwo w twarz — uśmiechnął się. — Czy dawno już temu, jak pani była, że tak powiem, na wodzie...?

Gold zatrwożył się nie z obawy, lecz o to, czy pani Granger Collak da sobie radę sama z tym człowiekiem. Postanowił zostawić jej swobodę działania, jak uważała za najlepsze. Jej przybycie było nieoczekiwane. Miał jakieś słabe pojęcie o tym, że była we Francji. Zastanawiał się, co ją sprowadziło do niego.

— Tak — rzekła kobieta miłym głosem — już dawno temu, jak byłam... na wodzie. Pan jeszcze wówczas pluskał się na brzegu — uśmiechnęła się — ale ja byłam „na wodzie”, jak pan dobrze wyraził, dość długo, by poznać Comstocka Bella, i znam go też jako prawdziwie zachwycającego gentlemana, klnę się na mój honor, jako szlachetnego człowieka.

— Nie mam na myśli jego szlachetności — znacząco podchwycił Helder — być może, że pani może o tym więcej powiedzieć aniżeli ja.

Znaczenie, jakie przywiązywał do tych słów, nie ulegało żadnej wątpliwości.

Pani Granger Collak wydobyła z torebki złotą papierośnicę, otworzyła ją i zapaliła wziętego z niej papierosa. Leżała w tył oparta na krześle, obserwując tamtego spod przymrużonych, uśmiechających się oczu.

— Tak — rzekła, rzucając zapałkę w ogień — pan Comstock Bell był dla mnie bardzo szlachetny, niezwykle szlachetny w swoim sądzie.

— Pani, zdaje się, powiedziała „na mój honor”?

Skinęła głową.

— To były moje słowa — rzekła spokojnie.

— Pani, zdaje mi się, jest wprost autorytetem na polu tak zwanych honorowych postępków?

— Absolutnie — odrzekła — miałam do czynienia z niehonorowymi ludźmi i sama popełniłam niehonorowe czyny. To pan wszak chciał powiedzieć, czy nie?

Uśmiechnęła się ponownie, on zaś był uderzony bezpośredniością ataku.

— Jednakże nigdy nie oczerniałam nikogo i nie kłamałam o nich ani nie starałam się zadawać im rany.

— Wiem o tym — powiedział Helder z drwiącą uniżonością — mówią o pani, że jesteś, powiem, grzeczna?

— Może pan mówić, co się panu żywnie podoba. Ja powtarzam tylko, że kto oskarża Comstocka Bella, że jest fałszerzem, jest albo wielkim wariatem, albo wielkim kłamcą.

Zmarszczyła brwi.

— Interesuje mnie to — rzekła, patrząc na Golda i wyciągając z torebki wycinek gazetowy.

— Czy to pański inserat64? — zapytała. — Przyszłam w tej sprawie do pana.

Gold skinął głową, rzucając okiem na wycinek.

— Ciekawy zbieg okoliczności, że to zauważyłam — rzekła. — Czytałam to we Włoszech. Niejeden z nas potrzebuje banknotów tysiącfrankowych — uśmiechnęła się — ale nikomu nie wpada na myśl ogłaszać się w tym celu.

Teraz Helder pochylił się przed siebie. Kto ogłosił, że poszukuje tysiącfrankówki? Gold chętnie obszedłby się bez obecności Heldera, ale było już za późno.

— Czy wolno zobaczyć ten wycinek? — podchwycił Helder.

Gold wręczył mu kawałek gazety. Tekst był potrójny: w języku angielskim, esperanto i francuskim, i zawierał prośbę, by posiadacze banknotów tysiącfrankowych liczbowanych 687642–687653 porozumieli się z policją francuską lub Wentworthem Goldem.

Helder czytał z wzrastającą trwogą.

Nie rozumiał. Było coś złowrogiego w tym ogłoszeniu.

— Co w tych notach65 jest nadzwyczajnego? — spytał.

Pani Granger Collak jak gdyby zapomniała o jego obecności. Wyjęła z otwartej torebki banknot i wręczyła go Goldowi.

— Oto jeden z tych banknotów, których pan poszukuje, a który znalazłam u siebie. Czy dobry?

Gold wziął banknot i oglądnął go ze znawstwem na wszystkie strony.

— Mocno żałuję, że muszę zaprzeczyć — odpowiedział — jednakże jestem gotów zwrócić pani pełną nominalną wartość.

Starał się mówić zwykłym głosem, jednak głos jego drżał ze wzruszenia.

Helder, patrząc na niego, zatrwożył się jeszcze silniej. Odgadywał raczej, nie mając całkowitej pewności, że był to jeden z banknotów, które puścił w obieg, nie zdawał sobie jednak sprawy z różnicy, która zachodzić mogła między prawdziwymi sztukami a jego falsyfikatami. Puścił takich not dwa tysiące w obieg. Znał Golda dostatecznie, by nie łudzić się, że ten wyjawi mu sekret. Myśl ta zaprzątała jego umysł do tego stopnia, że odeszła go ochota dalszej wymiany słów z panią Granger Collak. Wstał z miejsca i sięgnął po rękawiczki i kapelusz.

— Pomówimy jeszcze innym razem w tej sprawie, panie Gold — rzekł.

Detektyw skłonił mu się ozięble. W jego oczach błyszczało zadowolenie. Helder nie widział go jeszcze w tak dobrym usposobieniu.

— Do widzenia, mistress Granger Collak — zwrócił się do niej Helder, podając jej rękę.

Uśmiechnęła się doń drwiąco i udawała, że nie widzi jego wyciągniętej dłoni.

— Do widzenia — rzekła — musi mnie pan odwiedzić... gdy będę znów na wodzie!

— Czy mam czekać aż tak długo? — zapytał.

Pytanie to sprawiło mu małą satysfakcję, czuł to sam, nie mógł jednak znaleźć chwilowo nic mądrzejszego do powiedzenia.

*

— Tiger, musicie mi zrobić pewną przysługę — powiedział Helder.

Spotkali się w Hyde Parku. Szli z wolna w kierunku ogrodów kensingtońskich66, gdzie rzadko spotyka się spacerujących.

— Przypomnijcie sobie dokładnie — ciągnął Helder — wszelkie okoliczności, wśród jakich drukowano francuskie noty.

— Pamiętam doskonale — odparł Tiger i opowiedział mu wszystkie okoliczności z dokładnymi szczegółami.

— Czy poza wami był ktoś przy robocie?

Tiger potrząsnął głową.

— Nie, sam wziąłem je z maszyny i wysłałem je.

— Czy nikt nie mógł mieć ich w rękach?

— Nie, niemożliwe.

— Nikt ich nie tknął? — nalegał Helder.

Tiger Brown zawahał się.

— Chyba — odpowiedział — Maple. Pan pamięta, że Maple chciał widzieć je po wydrukowaniu, aby zrobić jakąś próbę płynu czy coś podobnego.

— Już wiem — rzekł Helder w skupieniu. — Więc on miał parę sztuk u siebie. Czy był z nimi sam w pokoju?

— Tak, zostawiliśmy go samego, aby dokonał próby.

— Potem je przeliczono?

— Tak, ja sam odebrałem je z powrotem i przeliczyłem. Były to pierwsze noty, któreśmy puścili w obieg, gdyż, skoro Maple uznał je za dobre, można je było puścić.

— Ile ich było? — nagle Helder spytał.

— Dwanaście — odpowiedział tamten.

Helder zaklął głośno.

— Tyle właśnie, ile Gold poszukiwał — zamruczał do siebie. — O ile Maple pozwolił sobie zakpić z nas, na Boga... — nie dokończył.

Nie, to nie były kpiny, to było coś gorszego. Zastanawiał się, co to mogło być takiego. Radość Golda musi mieć jakieś uzasadnienie. Gold zachowywał się jak ktoś, co dostał w swoje ręce klucz otwierający mu zamek, dotąd niedający się otworzyć. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa te noty, o które mu chodziło w ogłoszeniach, zawierają ów tajemniczy klucz.

Zasiadł przy biurku i napisał tuzin telegramów. Były adresowane tak do Europy, jak i do Ameryki, szyfrem używanym przez syndykat fałszerzy. Po napisaniu wręczył je Brownowi.

— Nadajcie to natychmiast — dał mu instrukcję — i przyjdźcie po mnie za godzinę. Spotkamy się przed Manor House’em67, u bramy parku Finsbury.

O umówionej godzinie zajechał swym wielkim wozem przed bramy parkowe, gdzie już Brown czekał na niego. Brown wskoczył do wozu.

Ciemność zalegała już drogi, gdy zbliżali się do domku wiejskiego.

*

Gold, który został sam w pokoju z panią Granger Collak, nie tracił czasu. W paru słowach opowiedział jej całą historię zniknięcia Comstocka Bella. Nie była jej ta sprawa obca, cała bowiem Europa rozpisywała się o tym. Nie wiedziała jednak, że próbowano wmieszać Bella w niegodziwe fałszerstwa pieniężne.

Gold rzadko mylił się w swoich sądach o ludziach, z którymi miał do czynienia. Wiedział, że mógł zaufać tej kobiecie, o której lojalności względem Comstocka Bella był przekonany. Ułożył noty leżące przed nim na stole i zapalił piecyk gazowy. Następnie zadzwonił i, gdy służący się zjawił, kazał mu przynieść dzbanek mleka. Po odejściu służącego Gold wyjął szkiełko powiększające i pokazał pani Granger Collak drobniuteńkie literki znajdujące się na grzbiecie noty. Przeczytała.

— Ale mleko? — zapytała zmieszana. — Co ma mleko z tym do czynienia?

— Zaraz pani się dowie — odpowiedział Gold.

Wziął dzbanek, włożył notę do talerzyka i nalał z góry nieco białego płynu. Następnie wyjął notę, potrząsnął nią, aby dać spłynąć z niej zbytecznym kroplom mleka i potrzymał ją nad ogniem.

Siedziała w milczeniu i obserwowała go. Po chwili Gold ukazał jej wysuszony banknot. Ze zdumienia aż oczy wytrzeszczyła.

— Coś takiego! — zawołała.

Grzbiet banknotu pokryty był szeregami zdań, które wystąpiły na jaw pod działaniem mleka i gorąca.

Odczytali widocznie ciekawą wiadomość, gdyż zaraz potem Gold ujął słuchawkę telefoniczną.

— To całkiem proste — rzekł, gdy zeszli na dół i czekali na automobil, który miał sprowadzić ludzi ze Scotland Yardu. — Jest to znany sposób tajnego pisma. Należy zwilżyć wargami pióro i pisać. Pismo to będzie całkiem niewidoczne, póki mleko i ciepło nie wyjawi go. Na tym polega cały trick.

*

Helder zatrzymał wóz przed domkiem i zapukał. Zwykle brama otwierała się natychmiast, tym jednak razem musieli nieco czekać, aż głos odsuwanych ryglów dał się słyszeć od wewnątrz. Brama została z przezornością otwarta i Helder wślizgnął się wraz z Brownem.

Clinker wyjaśnił zwłokę.

— Maple jest chory — powiedział lakonicznie.

— Będzie z nim o wiele gorzej, gdyż skończę z nim niebawem.

Udał się wprost do komory na poddaszu. Maple leżał na łóżku. Twarz jego była blada i ściągnięta, oczy wgłąb zapadłe, wargi powleczone chorobliwie siwą barwą. Z chwilą wejścia Heldera otworzył oczy, lecz nie zwrócił ich nawet w stronę wchodzącego.

Jednym spojrzeniem w stronę chorego Helder uprzytomnił sobie, że człowiekowi temu niewiele godzin pozostało do końca życia.

— Od jak dawna już tak leży? — zapytał.

— Od wczoraj — powiedział Clinker. — To przychodzi zwykle z tego, jak ktoś, co lubił przedtem bardzo pić, nagle przestaje.

Helder usiadł obok łóżka, trzymając ręce w kieszeniach, i głowę pochylił przed siebie, patrząc spod brwi na umierającego.

— Maple — szorstko odezwał się do niego — czy przypominacie sobie tę paczkę francuskich banknotów, które dostaliście do ręki?

Maple uczynił słaby ruch głową.

— Przypominacie sobie? — natarł Helder. — Co zrobiliście z nimi?

Maple zamknął oczy z miną, jak gdyby ta sprawa już go więcej nie obchodziła.

— Co zrobiliście z tymi notami? — powtórzył Helder. — Mówcie!

Ujął chorego za kościste ramię i potrząsnął nim z dzikością.

— Muszę wiedzieć, słyszycie? — cisnął. — Muszę wiedzieć, jak stoję. Co zrobiliście z tymi notami?

Zaczął znów potrząsać nim z całej siły. Tamten jął szczękać zębami i ledwo widoczne łzy spłynęły po jego policzkach. Mimo to umierający zaciskał szczęki z tym większą zaciekłością.

— Ja... — zaczął Helder blady z wściekłości.

W tej chwili Brown, który był dotąd niemym świadkiem rozgrywającej się sceny, ujął go za ramię.

— Jakiś automobil nadjeżdża — szepnął.

Nadsłuchiwali. Słyszeli sapanie maszyny.

— Mam zejść prędko na dół? — rzekł pytająco Brown.

Zeszli obaj, zamknąwszy wprzód drzwi komory za sobą. Przylgnęli do drzwi wchodowych. Słyszeli, jak ktoś wyszedł z automobilu i, zbliżywszy się do drzwi, zapukał głośno, rozkazująco.

Helder położył palec na ustach, nakazując milczenie. Dało się słyszeć ponowne pukanie i trzej ludzie spojrzeli po sobie.

Nagle głęboki, wyraźny głos przedarł się zza drzwi.

— Otworzyć, w imieniu Jego Królewskiej Mości!

Brownowi twarz poszarzała jak ołów.

— Policja! — zadyszał, rozglądając się za jakimś możliwym wymknięciem się z niebezpiecznego miejsca.

Helder nie stracił przytomności umysłu. Wóz jego znajdował się w małej przybudówce z tyłu domku.

Poprowadził ich szybko przez kuchnię ku tylnej ścianie. Przezornie wyglądnął z okienka. Nikogo nie było. Odryglował drzwi i wysunął się, tamci za nim. Dobiegli do budy.

— Skokiem! — zakomenderował Helder i wszyscy trzej znaleźli się w aucie.

Wiedział, że turkot maszyny może zwrócić na nich uwagę policji, nie było jednak czasu do stracenia.

Wyciągnął z kieszeni dużą jedwabną chustkę do nosa i obwiązał nią twarz, tak że widać było tylko oczy i kawałek czoła pod kapeluszem.

Wóz rzucił się przez nierówną powierzchnię podwórza ku drodze. Helder, siedzący przy kierownicy, spostrzegł dwóch ludzi wybiegających z domu, lecz parę minut zyskał już na czasie i, o ile droga nie była strzeżona na drugim końcu, nie byłoby trudno uciec do Londynu. Nie wątpił wprawdzie, że został już zdemaskowany, jednakże rzucił w grę ostatnią kartę i szczęście sprzyjało mu niebywale także tym razem.