Rozdział X. Willetts

Gold widział uciekające auto.

— On może poczekać — powiedział do swych ludzi i skierował się do wejścia do budynku.

Zastanawiając się nad sposobem otworzenia bramy, uprzytomnił sobie, że uciekinierzy musieli zostawić otworem inne jakieś wejście, i zwrócił się wraz ze swymi dwoma ludźmi ze Scotland Yardu na tyły budynku. Drzwi, którymi Helder uciekł, były nieprzymknięte. Proste urządzenie wnętrza domu czyniło przeszukiwanie nietrudną rzeczą. Drzwi prowadzące do pokoju Maple’a nie były zamknięte na klucz i Gold stanął u łoża leżącego.

Na pierwszy rzut oka uderzył go widok Maple’a, oczywiście umierającego. Pierwszym jego zajęciem było posłać po lekarza. Chory leżał, rzucając się na poduszce, wydając słowa bez żadnego związku. Gold rzucił szybkie spojrzenie wokół pokoju. Ujrzał mnóstwo nieukończonych płyt, oczywiście wykazujących, do jakiego celu ten dom służył. Dalsze poszukiwania zdawały się zbyteczne. W niedługą chwilę wszedł detektyw z lekarzem.

— Obawiam się, że nie damy rady przetransportować go — orzekł lekarz po krótkim zbadaniu chorego — serce jest słabe, nadto jest prawdopodobieństwo innych komplikacji, których nie jestem obecnie w możności stwierdzić.

Gold spojrzał na zegarek.

— Oczekuję tutaj jego bratanicy — rzekł — dałem jej znać. Przypadkowo udało mi się odnaleźć miejsce jej pobytu i skomunikowałem się z nią telegraficznie. Gdzie jest najbliższa poczta?

— W Royston68 — rzekł lekarz — autem zajedzie pan tam w dwadzieścia minut.

Nie było czasu do stracenia. Musi się natychmiast porozumieć z policją i zabezpieczyć przyaresztowanie Heldera. Miał aż nadto dowodów.

Zasiadł przy stoliku w dużej sali dolnej i prędko jął pisać. Był w połowie pisania, gdy wszedł jeden z detektywów.

— To pani Bell, na którą czekam — rzekł Gold.

Zostawił pismo na stole i wyszedł. Z auta wyskoczył rosły mężczyzna, dobrze znany Goldowi.

— Bell! — zawołał ze wzruszeniem.

Bez słowa Comstock Bell wszedł do pokoju. W świetle wiszącej lampy twarz jego była blada i ściągnięta.

— Gdzie moja żona? — spytał.

— Czekam na nią — odpowiedział Gold z pewnym zdziwieniem.

Na twarz młodego człowieka wystąpił wyraz lęku.

— Gdzież... — zaczął Gold.

— Później, później — odparł tamten.

— Spotkałem na drodze wóz mojej żony. Miał defekt i szofer powiedział, że żona moja musiała podążyć tutaj. Czyżby zgubiła drogę?

Gold potrząsnął głową.

— Nie, to niemożliwe. Musiała wrócić z powrotem do Londynu. Dam jej znać przez jednego z moich ludzi i wrócimy twoim wozem do miasta.

— Gdzie jest Maple? — zapytał Comstock Bell.

— Na górze — odpowiedział Gold z powagą w głosie.

— Czy nie żyje? — z przerażeniem spytał Bell.

— Nie, żyje jeszcze — powiedział Gold — boję się jednak, że nie pociągnie długo.

— Czy jest przytomny?

Lekarz, który w tej chwili schodził na dół, dosłyszawszy pytanie, odpowiedział:

— Owszem, jest w tej chwili przytomny, lecz trzeba by go zostawić w spokoju.

Comstock Bell zawahał się.

— Ta sprawa dotyczy mojego całego życia — rzekł. — Gdybyśmy go zostawili w spokoju, można by go jeszcze ocalić?

Lekarz potrząsnął głową.

— W takim razie muszę z nim mówić — rzekł Comstock Bell stanowczym głosem. — Chodźcie ze mną!

Wszyscy trzej poszli na górę. Maple leżał w łóżku z głową podpartą na poduszkach. Uśmiechnął się słabo do Golda, który pierwszy wszedł do pokoju, ujrzawszy jednak rosłą postać Comstocka Bella, rozszerzył oczy i wargi zadrżały mu z pełnego obawy wzruszenia.

— Comstock Bell? — szepnął.

Tamten kiwnął głową i przystąpił z wolna do łóżka, usiadł obok na jedynym krześle znajdującym się w pokoju i ujął chorego delikatnie za chudy przegub prawej ręki.

— Skąd się tu wziąłeś? — słabym głosem zapytał Maple.

Comstock Bell po lekkim wahaniu z wolna odpowiedział:

— Przychodzę wprost z więzienia.

— Z więzienia? — szepnął Maple.

Comstock Bell skinął głową. W pokoju panowało śmiertelne milczenie. Gold zdawał sobie sprawę z tego, że w życiu Bella zaszedł punkt przełomowy. Patrzył na wysmukłą postać młodego człowieka i jego wychudłą twarz, ze współczuciem pochyloną nad łóżkiem.

— Z więzienia — powtórzył. — Przed laty w Paryżu popełniono zbrodnię sfałszowania banknotu. Dwaj studenci byli wmieszani w tę aferę. Jeden z nich był sprawcą fałszerstwa, a zarazem puścił falsyfikat w obieg, drugi zaś nie wiedział wcale o tym, że jego przyjaciel dopuścił się tak rozpaczliwego kroku. Uważali to za żart. Ktoś rozpoznał obu i, gdy sprawa wyszła na jaw, opuścili Francję. Przez jakiś czas nie rozpoznawano tożsamości obu młodzieńców.

Tomasz Maple leżał, patrząc nieruchomo w sufit, przy czym jego wargi ściągały się w niewypowiedzialne słowa.

— Parę miesięcy temu — ciągnął Comstock Bell — ja, niewinny wspólnik tej zbrodni, oddałem się w ręce w policji, albowiem wyrzuty sumienia nie dawały mi nigdy spokoju i wiedziałem, że policja jest na tropie Willettsa. Pod nazwiskiem Willettsa zostałem skazany na odcierpienie kary.

— Przecież Willetts nie żyje — zauważył Gold. — W jakim celu uczyniłeś to szaleństwo?

— Willetts żyje — odparł Comstock Bell.

Człowiek leżący w łóżku uśmiechnął się ledwo widzialnie.

— Tak — szepnął cicho — żyje... ja jestem Willettsem.

Przewrócił się na drugi bok i ciągnął dalej, jak gdyby do siebie samego. Z wielką trudnością pochwycili jego szeptanie.

— Jam jest Willetts — ciągnął — biedny Tomasz Willetts; nazwisko „Willetts” zdawało mi się już wymarłe w zupełności.

Milczał przez długi czas, tak że myśleli, że zasnął. Lekarz pochylił się nad nim, z lekka dotykając jego twarzy.

— Nie żyje — oświadczył.

*

W godzinę potem Comstock Bell i Gold byli na drodze do Londynu. Nastąpiły wzajemne wyjaśnienia.

— Wyjechałem dziś rano z Chelmsfordu — rzekł Comstock Bell. — Darowano mi karę na skutek starań francuskiej policji, było to dzieło Lecomte’a, i udałem się wprost do Southend69, gdzie moja żona urządziła sobie walną kwaterę.

Gold okazał zdumioną minę, zaczem70 Comstock Bell udzielił mu w dalszym ciągu zwięzłego wyjaśnienia.

— Kiedy powziąłem postanowienie poniesienia dobrowolnej ekspiacji71 zbrodni, o którą zostałem oskarżony, rozglądałem się za osobą, której mógłbym bezwzględnie zaufać. Postanowiłem się ożenić. Plan mój polegał na zatajeniu mojego pobytu w więzieniu. W tym celu zakupiłem niewielki holownik, który kazałem odpowiednio urządzić. Celem moim było, aby mój agent mógł swobodnie i niezauważony odbywać drogę do i z Londynu. Było mi to potrzebne z wielu przyczyn. W dniu, w którym opuściłem Anglię, aby oddać się spędzeniu miesiąca miodowego, pożeglowałem nie dalej jak do Boulogne72. Holownik zawrócił ze mną z powrotem do jednego z portów angielskich, skąd wraz z żoną udaliśmy się koleją do Londynu. W tymże dniu oddałem się w ręce władzy. Pech chciał, że widziano moją żonę w domu. Była tam, aby odszukać pieczątkę, którą przez zapomnienie zostawiłem w domu.

— Teraz rozumiem — rzekł Gold.

Przez jego umysł przemknęło się wspomnienie tajemniczego pojawienia się Verity Bell.

— Datę wypuszczenia na wolność dałem znać mojej żonie — ciągnął Comstock Bell — i umówiliśmy się, że będzie czekać w Southend. Wiedziałeś o tym, że ona tam była, nieprawdaż?

Gold skinął głową.

— Wiedziałem o tym. Nie wiedziałem tylko, że to jej walna kwatera.

— Ku mojemu zdziwieniu — rzekł Comstock Bell — nie zastałem jej. Natomiast zastałem tam twój telegram wzywający ją do domku na drodze do Cambridge.

— Pozostaje tylko jedna rzecz do zrobienia — rzekł Gold. — Możesz najspokojniej resztę pozostawić policji londyńskiej; my zaś udamy się do twojego holownika, gdyż być może, że twoja żona w międzyczasie tam już się znajduje.

Comstock Bell zawahał się.

— Mogła wrócić się do Londynu, aby się z tobą zobaczyć — powiedział.

— W takim wypadku jest całkiem bezpieczna — rzekł Gold. — Na szczęście nie jesteśmy daleko. Możemy zawrócić z drogi przy najbliższej wiosce. Z tej strony Waltham Crossu prowadzi najbliższa droga do Southend.

Nie było trudno znaleźć drogę. Holownik stał nieco oddalony od brzegu i o tej porze nocy nie byłoby łatwo dostać przewoźnika, który by ich przewiózł do statku, lecz nieopodal Lauder czekał na nich.

Jego nowiny nie były pocieszające. Pani Comstock Bell dotąd jeszcze nie powróciła.

— Lecz jeśli pan pójdzie ze mną na statek, sir — rzekł — mam dla pana pewną wiadomość, która okaże się pomocna.

Popłynęli ku Seabreakerowi.

— Chodzi o tego Heldera — rzekł skiper. — Mam wrażenie, że on ma coś do czynienia ze zniknięciem pani.

Przeszli do małego saloniku, który nosił ślady ręki kobiecej, albowiem te dwa saloniki stanowiły mieszkanie pani Comstock Bell.

— Żeglując po rzece tam i z powrotem, jak to zwykle czynię — rzekł skiper — nie omieszkałem zauważyć wszystkich możliwych budowli, które są po obu brzegach. Trzy miesiące temu zauważyłem nową budę okrętową na brzegu Essex, między Tilbury73 a Barking74. Uważałem to za dziwne miejsce dla luksusowego okrętu.

— Luksusowego okrętu? — podchwycił Gold.

Skiper skinął głową.

— Tak — ciągnął — jedna z najładniejszych motorówek, jakie kiedykolwiek widziałem, a przy tym nadająca się do długiej podróży morskiej. Widziałem, jak dokonywano z nią prób. Od tego czasu stoi wciąż i nie widziałem jej ani razu w wodzie. Codziennie jakiś człowiek przychodzi, by jej doglądać, i o ile mój syn zdołał dowiedzieć się od tego człowieka raz, gdy staliśmy blisko budy okrętowej, to ona jest dostatecznie zaopatrzona na podróż morską co najmniej przez dziesięć dni z rzędu.

— To dziwne — rzekł Gold.

Spojrzał na Comstocka Bella i widział, że opowiadanie Laudera wywarło na nim pewne wrażenie.

— Sądzę — ciągnął Gold — że to droga, którą Helder zamyśla wydostać się z Londynu, jakkolwiek nie uda mu się to tak łatwo. Na wypadek konieczności nie żałował zachodów i pieniędzy — przy tym ostatnim słowie Gold uśmiechnął się znacząco — aby wypróbować ucieczki.

— Tak, to Helder — wtrącił Lauder — w każdym razie człowiek, który doglądał okrętu, powiedział do mojego chłopca, że to Amerykanin.

— Najlepsza rzecz, którą możemy zrobić — rzekł Comstock Bell — to popłynąć do tej tajemniczej budy okrętowej. Nic na tym nie stracimy. Możemy pozostawić tam jednego z naszych ludzi, aby pilnował motorówki, o ile jeszcze nie wybrała się w drogę, a sami możemy wrócić do miasta.

Gold zgodził się i kapitan udał się na swój mostek. W parę chwil potem Seabreaker był w drodze, płynął po rzece przeciw przypływowi. Noc była ciemna. Minęli trzy duże parowce idące z odpływem. Nie było śladu motorówki, aż zostawili za sobą Tilbury.

Nagle Lauder zawołał głośno:

— Tam coś idzie!

Przed nimi w pełnym pędzie długa, wąska motorówka przemknęła się między holownikiem a brzegiem Essexu.

Tylna kabinka była oświetlona, nagle jednak światła w niej pogasły.

— Idzie mi nieco za prędko — rzekł kapitan — ale dopędzę ją, skoro dostanie się na wzburzone wody.

Bell wytężył oczy w kierunku małego kadłuba. Mimo ciemności, para była widoczna, unosząc się spod tramu motorówki. Maszyny holownika pracowały obecnie z całą siłą i odległość między oboma statkami utrzymywała się bez zmiany.

— Być może, że to nie ta motorówka — rzekł Gold — lecz musimy zaryzykować. W każdym razie dziwny to okręt, co próbuje wymknąć się z Tamizy z zagaszonymi światłami.

W ciemności dał się słyszeć głos skipera.

— Ja to już robiłem w ostatnich czasach nie jeden raz.

— Uważam... — powiedział Comstock Bell.

Nagle ponad wody ze ściganego okrętu uniósł się przeraźliwy krzyk, po czym nastąpił drugi.

Kabina motorówki nagle rozbłysnęła światłem i ukazały się dwie sylwetki stojące tuż przy burcie okrętu.

Comstock Bell wyraźnie widział mężczyznę i kobietę. W chwilę potem sylwetki rozdzieliły się, gdyż jedna wpadła z okrętu w ciemną toń wody.

— To kobieta! — zawołał ochrypłym głosem.