Ci faceci w czółenkach

tkających na wodzie wzór nie do odczytania,

pracują wszystkimi mięśniami.

Nawet ich szczęki prują wodę jakby darły

tkaninę z napisem „Malta 2001”.

Siedzę tuż przy jeziorze i myślę,

że też jesteśmy z wody. Wielki ocean

wylałby się z nas wszystkich tu zgromadzonych.

Przepłynął kajak,

smuga po nim znika — piana się jeszcze

kołysze, lecz następna fala ją niszczy.

Dziecku obok pęka balon i spiker

ogłasza koniec mistrzostw świata.

Kantyczki panna Sommera

2

Przed chwilą dzieci pytały mnie

o literaturę i, wiesz, stałem się jak zegar;

chodzę w tłumie, ale to nie jest wskazanie,

to tylko błąd przyzwyczajenia.

Mogłem stać się rybą, wazonem

lub czystą sentencją, język

złapałbym na gorącym uczynku,

mógłbym powplatać się w rzeczywistość

tylko czy komuś potrzebny gobelin?

Glob i owszem, ludzie lubią okrągłe.

Boją się płaskiego, no i szczelin,

stamtąd zawsze może wyjść przyczajony

konduktor i zażądać biletów,

co drugi ich nie ma i szczerzy zęby,

ale taryfy ulgowe nie istnieją.

Wszystko to ładnie wygląda, stół,

karta dań i to, że jest wybór;

osnuwać słowami chwilę,

to wydaje się kuszące, a potem jak

pająk wyssać ją i pusty kokon

zostawić dla pamięci.

Niech dziecko tam chodzi i uderza,

niech wierzy, że dźwięk jest pełen znaczenia.

W końcu po to ustawiłem w tej ciszy

ten niemożliwy instrument.

Kriegsmarine1

Wyrzuciło nas na plażę między

Niechorzem a Rewalem.

Zatonąłem jak łódź podwodna kapitana Hirscha.

Kriegsmarine byłaby dumna, widząc jak idę na dno,

jak odmierzam dno, jak dnem się staję między

brzaskiem a dniem, wpadając ci w oko

w światłach dyskoteki, gdy pytasz mnie,

jak się czuję w tej koszulce oblepionej

wodorostami i czy mogę ją zdjąć.

Chcesz rzucić okiem na tors, na nogi, na uda,

na jądra kołyszące się jak dzwony,

na to skwaszone podniebienie.

Chcesz mi usta językiem, taką wielką mową,

większą niż mowa najświętszego ze świętych,

otworzyć, żebym mógł mówić,

żebym mówił wiele, żeby z tego

mówienia zrodziło się istnienie.

Lecz nic nie zdjąłem, nie pokazałem,

nie ruszyłem się z miejsca.

Patrzyłem jak asfalt paruje.

Jak się woda-ptak zrywa ku niebu.

Z miną obojętnego onanisty

położyłem się na placu, gdzie

przed chwilą kołowały najnowsze

wielkie samochody.

Słuchałem jak dudni.

Słuchałem jak dnieje.

Drzewo bez gałęzi widziałem

pod powieką.

Wariacje listowe „Vischer odchodzi”

1

Wskaż drogę żałobie, jeśli sama jej nie zna.

Inaczej ugrzęźnie i na jednej częstotliwości

będzie nadawać swój program z ponurego

studia.

Na deskach werandy swą werystyczną

mordę położy jak wyleniała suka, w jej uszach

dźwięk fletu będzie bezustannym żalem.

Och i żadnego tao ni nirwany, żadnych

fajerwerków w gwiazdkową noc, tylko

ta chwila wyłuskana jak groch brzęcząca

w upiornej grzechotce.

Poznałem ten cytat z nagich gałęzi;

to zimowe jabłko oblodzone całkiem,

na tle bezchmurnego nieba.

Błysk zrozumienia przed nagłą śnieżycą.

2

Kim jesteś Vischer

to niejasne i twoje idylliczne

życie też jest ciemnością.

Stadko synogarlic

nawołuje cię lekko

i trznadle pazurkami

chwytają nieobecność.

Smog też chce pewności,

że jesteś gdzieś w pobliżu

węszy, ale nie znajduje.

W gnieździe wilg

twój wilgotny ślad