Rozdział I. Della mówi to, co myśli

Della Wetherby wbiegła po eleganckich schodach prowadzących do mieszkania jej siostry na Commonwealth Avenue i energicznym ruchem przycisnęła guzik elektrycznego dzwonka. Od czubka szerokoskrzydłego kapelusza aż do obcasów skromnych pantofli emanowało z niej zdrowie, lotność umysłu i stanowczość decyzji. Nawet w głosie, gdy witała pokojówkę otwierającą jej drzwi, wibrowała szczera radość życia.

— Dzień dobry, Mary. Czy jest moja siostra?

— O... owszem, madame, pani Carew jest w domu — zawahała się dziewczyna — ale dała mi polecenie, że nie ma ochoty widzieć nikogo.

— Istotnie? Ponieważ ja nie jestem „ktoś”, więc mnie chyba zechce zobaczyć — uśmiechnęła się panna Wetherby. — Nie bój się, już na siebie wezmę całą winę — skinęła głową, odpowiadając na przerażone spojrzenie dziewczyny. — Gdzie jest pani, w salonie?

— Tak, madame, ale zaznaczyła... — Panna Wetherby jednak była już na półpiętrze i pokojówka ze zrozpaczoną miną, rada nie rada musiała się cofnąć.

Znalazłszy się w hallu na górze, Della Wetherby bez chwili wahania skierowała się w stronę półotwartych drzwi i zapukała.

— Możesz wejść, Mary — usłyszała w odpowiedzi bezradny głos. — Czyż ci nie mówiłam... Ach, Della! — głos nagle zmienił swoje brzmienie, stał się cieplejszy, pełen uczucia i radości. — Ach, ty, kochana, skąd się tutaj wzięłaś?

— Tak, to ja — uśmiechnęła się młoda kobieta, idąc szybko przez pokój. — Wracam z niedzielnej wycieczki na wybrzeże, gdzie byłam z dwiema sanitariuszkami i wstąpiłam tu w drodze powrotnej do lecznicy. Nie mogę siedzieć zbyt długo. Przyszłam tylko po to — dorzuciła, darząc właścicielkę „bezradnego” głosu serdecznym pocałunkiem.

Pani Carew zachmurzyła się i cofnęła z odrobiną chłodu. Błysk radości i serdeczności zniknął z jej twarzy, ustępując miejsca obojętnemu zniechęceniu, które zasadniczo było stałym gościem w tym domu.

— Ach, oczywiście! Powinnam się była domyśleć — mruknęła. — Ty nigdy tutaj dłużej nie możesz pozostać.

— Tutaj? — Della Wetherby zaśmiała się wesoło, rozkładając w komicznym ruchu ręce. Po chwili nagle głos jej i zachowanie uległy zmianie. Spojrzała na siostrę pełnymi smutku i serdeczności oczami. — Rutko droga, nie mogłabym mieszkać w tym domu. Wiesz, że to byłoby ponad moje siły — dodała łagodnie.

Pani Carew obruszyła się zirytowana.

— Właściwie nie wiem dlaczego — wyszeptała. Della Wetherby potrząsnęła głową.

— Owszem, wiesz, kochanie. Wiesz doskonale, że nie żywię sympatii dla tego wszystkiego: dla tej ponurej atmosfery, dla braku celu, dla ustawicznego nurzania się w niezadowoleniu i goryczy.

— Cóż zrobić, kiedy dusza moja jest przepełniona goryczą.

— Ale tak być nie powinno.

— Dlaczego nie? Jak mam temu zaradzić?

Della Wetherby uczyniła ruch zniecierpliwienia.

— Posłuchaj, Rutko — odezwała się. — Masz zaledwie trzydzieści trzy lata. Jesteś zdrowa, a właściwie byłabyś, gdybyś inaczej w stosunku do siebie samej postępowała: możesz rozporządzać swobodnie czasem i pieniędzmi. Z pewnością każdy, kto by znał twoje warunki, musiałby orzec, że mogłabyś znaleźć sobie coś podczas takiego pięknego ranka, zamiast siedzieć skrzywiona w tym ponurym domu i nakazywać służącej, żeby nikogo do ciebie nie wpuszczała.

— Ależ ja nie chcę nikogo widzieć.

— Będąc na twoim miejscu, zmusiłabym się do tego, aby właśnie chcieć kogoś zobaczyć.

Pani Carew westchnęła głęboko i odwróciła głowę.

— Ach, Dello, dlaczego ty tego nie możesz zrozumieć? Nie jestem podobna do ciebie. Nie mogę zapomnieć.

Skurcz bólu przemknął po twarzy młodszej kobiety.

— Masz na myśli Jamiego, przypuszczam. Ja także nie zapomniałam, kochanie. Naturalnie, nie mogłabym. Ale przygnębienie nie dopomoże nam do odnalezienia naszego chłopca.

— Tak mówisz, jakbym przez długie osiem lat nie czyniła wszelkich starań, aby go odnaleźć, jakbym nic nie robiła, tylko rozkoszowała się moim przygnębieniem — wybuchnęła pani Carew ze łzami w głosie.

— Oczywiście, żeś robiła wszystko, kochanie — uspokoiła ją pośpiesznie Della. — I powinnyśmy nadal obydwie szukać, dopóki go nie znajdziemy, chyba żebyśmy wpierw umrzeć miały. Ale tego rodzaju zachowanie, jak twoje, pomóc w tym wypadku nie może.

— Przecież ja niczego innego nie pragnę, tylko go odnaleźć — wyszeptała w rozpaczy Ruta Carew.

Przez chwilę panowało milczenie. Della siedziała, patrząc na siostrę zmartwiona i z niezadowoleniem.

— Rutko — rzekła wreszcie z brzmieniem czułości w głosie — wybacz mi, ale muszę cię zapytać, czy zawsze masz zamiar w ten sposób postępować? Jesteś wprawdzie wdową, lecz małżeństwo twoje trwało zaledwie rok i mąż twój był o wiele starszy od ciebie. Byłaś wówczas prawie dzieckiem, więc ten krótki rok mógł ci się wydać tylko snem. Przecież to niemożliwe, żeby takie wspomnienie ocieniało chmurą twoje całe życie!

— Nie, ach, nie — wyszeptała jeszcze ciągle zrozpaczona pani Carew.

— Więc czy zawsze masz zamiar pędzić takie życie?

— Oczywiście, gdybym znalazła Jamiego...

— Tak, tak, wiem. Ale Rutko, czyż na świecie już nikt nie istnieje oprócz Jamiego, kto by ci mógł dać trochę szczęścia?

— Przynajmniej ja nikogo takiego nie widzę — westchnęła pani Carew obojętnie.

— Rutko! — zawołała młodsza siostra, wpadając w gniew. Po chwili jednak zaśmiała się. — Ach, Rutko, Rutko, dałabym ci chętnie dawkę Pollyanny. Mam wrażenie, że nikomu bardziej niż tobie nie jest ona potrzebna!

Pani Carew wyprostowała się z godnością.

— Nie wiem, co to jest pollyanna, lecz cokolwiek by to nie było, nie mam na to ochoty — odparła ostro, odwracając się do siostry. — Przecież tu nie jest ta twoja ukochana lecznica, a ja nie jestem twoją pacjentką, żebyś mnie zamęczała swoimi dawkami, bądź łaskawa o tym pamiętać.

W oczach Delli Wetherby zabłysły figlarne ogniki, na ustach jej jednak nie było ani śladu uśmiechu.

— Pollyanna to nie lekarstwo, moja droga — odpowiedziała poważnie — chociaż już słyszałam, jak niektórzy ludzie nazywali ją balsamem. Pollyanna jest małą dziewczynką.

— Dzieckiem? A skądże ja mogłam wiedzieć — odpowiedziała pani Carew, jeszcze ciągle zniechęcona. — Macie przecież tam jakieś swoje „belladonny”1, więc dlaczego nie miałaby być jakaś „pollyanna”? Zresztą ty zawsze zalecasz mi coś do przyjmowania i zawsze nazywasz to „dawką”, a dawka oznacza w każdym razie wszelkiego rodzaju lekarstwa.

— Właściwie Pollyanna jest pewnego rodzaju lekarstwem — uśmiechnęła się Della. — W każdym razie wszyscy lekarze w lecznicy twierdzą, że jest ona najlepszym lekarstwem, jakie możemy choremu zaaplikować. Jest to mała dziewczynka, Rutko, ma dwanaście czy trzynaście lat. Była u nas w lecznicy przez całe zeszłe lato i część zimy. Ja osobiście znałam ją zaledwie miesiąc czy dwa, bo wkrótce po moim przybyciu wyjechała. Ale ten czas najzupełniej wystarczył, żebym poddała się całkowicie jej urokowi. Cała lecznica jeszcze teraz wciąż mówi o Pollyannie i najchętniej zabawia się w jej grę.

— Grę?

— Tak — skinęła głową Della z tajemniczym uśmiechem. — W jej „grę w zadowolenie”. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy po raz pierwszy z tą grą się zaznajomiłam. Jeden z zabiegów w jej terapii był przykry, a nawet bolesny. Opatrunki zmieniało się jej w każdy wtorek rano, a ja wkrótce po przybyciu zaczęłam ją pielęgnować. Było to dla mnie straszne, gdyż z doświadczenia z innymi dziećmi, wiedziałam, czego się mogę spodziewać. Dzieci na ogół są rozgrymaszone i płaczliwe, jeżeli nie posiadają jakiejś gorszej cechy charakteru. Ku wielkiemu memu zdziwieniu jednak Pollyanna powitała mnie uśmiechem, mówiąc, że jest zadowolona z tego, że mnie widzi. Nie skrzywiła się nawet, gdy jej robiłam zabieg, choć ja sama zdawałam sobie dokładnie sprawę z tego, że sprawiam jej ogromny ból. Widocznie powiedziałam coś takiego, czym wyraziłam swoje zdziwienie, bowiem Pollyanna wytłumaczyła mi całkiem poważnie: „Ach, tak, kiedyś też tak się czułam i bałam się różnych rzeczy, dopóki nie pomyslałam sobie, że to jest tak jak z wielkim praniem, które Nancy urządzała we wtorki. Odtąd zawsze odczuwam największe zadowolenie we wtorki, bo przecież w tym samym tygodniu drugiego wtorku już nie będzie”.

— Naprawdę oryginalne! — zmarszczyła brwi pani Carew, myśląc o czymś innym. — Ale w tym wszystkim nie widzę jeszcze żadnej „gry”.

— Ja też przez dłuższy czas tego nie rozumiałam. Później dopiero uświadomiła mnie sama Pollyanna. Okazało się, że była córką biednego pastora z zachodu kraju, któremu żona wcześnie umarła, więc dziewczynka wychowywała się dzięki paniom z Towarzystwa Dobroczynnego i misyjnym paczkom. Gdy była jeszcze zupełnie maleńka, pragnęła mieć lalkę i wierzyła, że dostanie ją w którejś z kolejnych paczek. Niestety w paczce zamiast lalki znalazła parę małych kul dla kalekiego dziecka. Biedactwo zaczęło płakać i właśnie wówczas ojciec nauczył ją „gry w zadowolenie”, która polega na tym, że należy się doszukiwać się powodu do radości we wszystkim, co się nam przydarza. Pastor zapoczątkował tę grę, mówiąc dziewczynce, że jest zadowolony, że właśnie ona takich kul nie potrzebuje. To był początek. Pollyannie gra ta ogromnie się podobała i obiecała ojcu, że od tej chwili grać w nią będzie stale. Im trudniej było znaleźć w czymś powód do zadowolenia, tym więcej było zabaw w szukaniu go, z wyjątkiem sytuacji, gdy okazywało się to zbyt trudne.

— Naprawdę oryginalne! — wyszeptała pani Carew, jeszcze ciągle myśląc o czymś innym.

— Na pewno byłabyś zachwycona, gdybyś mogła widzieć rezultaty tej gry w lecznicy — skinęła głową Della. — Doktor Ames opowiadał, że Pollyanna wywarła wpływ na całe miasteczko, z którego pochodzi. Doktor zna doskonale doktora Chiltona, który ożenił się z ciotką Pollyanny. Podobno nawet zawarcie tego małżeństwa nastąpiło też dzięki dziewczynce. Potrafiła załagodzić dawne niechęci, jakie istniały między jej ciotką i doktorem Chiltonem. Nie wiesz pewno o tym, że jakieś dwa lata temu umarł ojciec Pollyanny, a wtedy dziewczynka wysłana została na wschód do swej ciotki. W październiku uległa katastrofie samochodowej. Lekarze orzekli wówczas, że nigdy już nie będzie mogła chodzić. W kwietniu doktor Chilton przysłał ją do lecznicy, gdzie przebywała do marca tego roku, czyli prawie rok. Wróciła do domu zasadniczo zupełnie wyleczona. Chciałabym, żebyś zobaczyła to dziecko! Radość jej życia zacieniała tylko jedna chmura, że już nigdy nie będzie mogła chodzić. Później dowiedziałam się, że gdy wracała do miasteczka, wszyscy mieszkańcy witali ją tak uroczyście, że aż wyszli na jej spotkanie z orkiestrą. Ale trudno jest opowiadać o Pollyannie, trzeba ją koniecznie zobaczyć. I właśnie dlatego powiadam, że chciałabym zaaplikować ci „dawkę” Pollyanny. Jestem pewna, że wówczas patrzyłabyś jaśniej na świat.

Pani Carew podniosła w górę głowę.

— Muszę powiedzieć szczerze, że bardzo ci się dziwię — rzekła chłodno. — Nie mam ochoty pozostawać pod niczyim urokiem, jak również nie żywię do nikogo żadnej niechęci, którą ktoś musiałby łagodzić. Jeżeli istnieje coś, co jest dla mnie nie do zniesienia, to przyznaję, że tym czymś byłaby właśnie ta mała Panna Pocieszycielska, która by mi na każdym kroku dała odczuć, że powinnam być każdemu za coś wdzięczna. Ach, nigdy bym tego nie zniosła... — lecz w tej chwili przerwał jej wesoły śmiech siostry.

— Ach, Rutko, Rutko — zawołała Della. — Panna Pocieszycielska to istotnie Pollyanna! Ach, żebyś mogła tylko zobaczyć to dziecko. Zaznaczyłam, że o Pollyannie nikt nie potrafi opowiedzieć. Ale ty oczywiście nie masz ochoty ujrzeć tej małej, świetnie ją nazwałaś: Panna Pocieszycielska — i znowu wybuchnęła głośniejszym jeszcze śmiechem. Jednakże prawie natychmiast spoważniała i spojrzała na siostrę zatroskanym wzrokiem.

— Naprawdę, kochanie, czy nie można tego wszystkiego jakoś zmienić? — zapytała łagodnie. — Nie możesz przecież w ten sposób marnować życia. Czy nie mogłabyś się zmusić, żeby wyjść na trochę i spotkać się z ludźmi?

— Po cóż miałabym się zmuszać, kiedy mi się wcale nie chce? Jestem zmęczona ludźmi. Wiesz, że towarzystwo zawsze mnie męczyło.

— To dlaczego nie spróbujesz jakiejś pracy, może społecznej?

Pani Carew machnęła niecierpliwie ręką.

— Dello droga, już niejednokrotnie mówiłyśmy o tym. Daję pieniądze na rozmaite cele, mnóstwo pieniędzy, i uważam, że to wystarcza. Zastanawiam się nawet, czy nie za wiele robię. W ogóle nie wierzę w to, że istnieją ludzie biedni.

— Ale gdybyś dała coś więcej z siebie społeczeństwu — perswadowała łagodnie Della — gdybyś mogła zainteresować się czymś, poza własnym życiem, na pewno by ci to dobrze zrobiło, gdybyś...

— Daj spokój, Dello — przerwała starsza siostra w zniecierpliwieniu — bardzo cię kocham i lubię, gdy do mnie przychodzisz, lecz nie znoszę, żeby mnie ktoś do czegoś zmuszał. Bardzo ładnie z twej strony, żeś się przeistoczyła w anioła opiekuńczego, że potrafisz podawać spragnionym szklankę wody, bandażować poranione głowy i spełniać temu podobne obowiązki. Może właśnie dzięki tej pracy potrafisz zapomnieć o Jamiem, ja jednak nie umiem. Na pewno w takiej sytuacji myślałabym o nim jeszcze więcej i zastanawiałabym się nad tym, czy on ma kogoś, kto mu wodę podaje i kto mu bandażuje głowę. Zresztą dla mnie taka praca byłaby bardzo nieprzyjemna, takie stykanie się z rozmaitego rodzaju ludźmi.

— A czy kiedyś próbowałaś?

— Oczywiście, że nie! — głos pani Carew był pełen niechęci i zranionej dumy.

— Wobec tego skąd możesz wiedzieć, skoro nie próbowałaś — zapytała młoda pielęgniarka, podnosząc się z krzesła leniwie. — Ale muszę już iść, kochanie. Mam się spotkać z dziewczętami na Dworcu Południowym. Pociąg nasz odchodzi o 12:30. Bardzo mi przykro, żeś się na mnie rozgniewała — dorzuciła, całując siostrę na pożegnanie.

— Nie jestem wcale zagniewana, Dello — westchnęła pani Carew — chciałabym tylko, żebyś mnie mogła zrozumieć!

W kilka minut potem Della Wetherby przez ponury mroczny hall wyszła na ulicę. Wyraz jej twarzy, chód i całe zachowanie były całkiem inne od zachowania i wyglądu sprzed pół godziny, kiedy wbiegała na górę do mieszkania siostry. Energia, uśmiech i radość tycia zniknęły gdzieś bezpowrotnie. Szła teraz wolno, unosząc z trudnością nogi. W pewnej chwili odrzuciła w tył głowę i odetchnęła głęboko.

— Jeden tydzień pobytu w tym domu zabiłby mnie na pewno — zadrżała. — Nie wiem nawet, czy Pollyanna potrafiłaby zmienić tę atmosferę! Może powinnam być zadowolona, że biedaczka nigdy się tutaj nie zjawi.

Widocznie jednak Della Wetherby niedługo ufała własnej opinii na ten temat, bo już nazajutrz, podniecona, odbywała znowu tę samą pięćdziesięciomilową2 podróż do Bostonu.

W domu siostry zastała identyczną sytuację, jak wczoraj i skłonna była nawet uwierzyć, że od chwili pożegnania się z nią pani Carew nie zdobyła się nawet na zmianę pozycji.

— Rutko — wybuchnęła gorączkowo w odpowiedzi na zdziwione powitanie siostry — znowu zjawiłam się tutaj, lecz tym razem musisz zgodzić się na moją propozycję. Słuchaj! Możesz mieć tutaj małą Pollyannę, jeśli będziesz chciała.

— Ależ ja wcale nie chcę — odparła pani Carew z obojętną miną.

Della Wetherby zdawała się tych słów nie słyszeć.

— Gdy wróciłam wczoraj do lecznicy — mówiła dalej w podnieceniu — dowiedziałam się, że doktor Ames otrzymał list od doktora Chiltona, wiesz, tego, co się ożenił z ciotką Pollyanny. W liście tym doktor Chilton pisze, że zamierza na zimę pojechać do Niemiec na specjalny kurs i że pragnąłby tam zabrać swoją żonę, jeżeli zdoła ją nakłonić do umieszczenia na ten czas Pollyanny w jakiejś tutejszej szkole z internatem. Pani Chilton podobno za nic w świecie nie zgadza się zostawić Pollyanny w pierwszej lepszej szkole, więc mąż jej obawia się, że nie będzie mogła pojechać z nim do Niemiec. Rozumiesz, Rutko, że teraz my mamy szansę! Pragnę, abyś wzięła Pollyannę na zimę do siebie i posyłała ją tutaj do szkoły.

— Cóż za absurdalny pomysł, Dello! Mówisz tak, jakbym naprawdę miała ochotę, żeby to dziecko mnie męczyło!

— Ależ ona cię ani trochę męczyć nie będzie. Ma teraz już prawie trzynaście lat i jest najmilszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam.

— Nie lubię „miłych” dzieci — odparła pani Carew ironicznie, lecz jednocześnie zaśmiała się. Ten śmiech dodał młodszej siostrze odwagi do podwojenia podjętych wysiłków.

Może stało się tak dlatego, że decyzja musiała być natychmiastowa, może historia życia Pollyanny wzruszyła nieco serce Ruty Carew, a może po prostu pani Carew nie chciała odmawiać prośbom siostry, dość, że w rezultacie Della Wetherby, wychodząc po pół godzinie z mieszkania siostry, uzyskała zgodę na przywiezienie Pollyanny do Bostonu.

— Ale pamiętaj — ostrzegała ją pani Carew przy pożegnaniu — pamiętaj, że z chwilą, gdy dziecko zacznie mi wygłaszać kazania i żądać, abym liczyła swoje grzechy, odeślę je natychmiast do ciebie, a ty możesz sobie z nią robić, co ci się podoba. Trzymać jej dłużej u siebie nie będę!

— Będę pamiętała, lecz o to się nie martwię — skinęła głową Della, wychodząc. Zbiegając po schodach, z uśmiechem szeptała do siebie: — Połowy dzieła dokonałam. Teraz druga połowa, żeby Pollyannę tu sprowadzić. Ale musi przyjechać koniecznie. Napiszę taki list, że mi na pewno nie odmówią!