Rozdział V. Pollyanna wybiera się na spacer

Było to w drugą sobotę po południu, gdy Pollyanna wybrała się na pamiętny spacer. Dotychczas nigdy nie spacerowała sama, z wyjątkiem krótkiej drogi do szkoły i z powrotem. To, że kiedykolwiek na własną rękę zwiedzi ulice Bostonu, nie powstałoby nigdy w głowie pani Carew i dlatego też nigdy z nią na ten temat nie mówiła. W Beldingsville jednakże, szczególnie z początku, Pollyanna znajdowała wielką przyjemność w spacerowaniu po uliczkach miasteczka, zajęta poszukiwaniem nowych przyjaciół i nowych przygód.

Właśnie owej soboty po południu pani Carew powiedziała, jak zwykła mawiać często:

— Idź, idź, moje dziecko. Rób, co ci się podoba. Tylko proszę cię, nie zadawaj mi dzisiaj więcej pytań!

Do tej pory Pollyanna, pozostawiona samej sobie, znajdowała zawsze mnóstwo ciekawych zajęć w obszernych i miłych pokojach, a poza tym miała towarzystwo w osobach Mary, Jennie, Bridget i Perkinsa. Dzisiaj jednakże Mary głowa bolała, Jennie zajęta była przymierzaniem nowego kapelusza, Bridget piekła placek z jabłkami, a Perkinsa dziewczynka nigdzie znaleźć nie mogła. Poza tym był wyjątkowo piękny wrześniowy dzień i nic wewnątrz domu nie mogło być tak urocze, jak jasne promienie słońca i świeży powiew wietrzyka na dworze. Pollyanna wyszła więc z domu i szybko zbiegła po kilkunastu szerokich, kamiennych stopniach.

Przez pewien czas obserwowała w milczeniu ładnie ubranych mężczyzn, kobiety i dzieci, którzy przechodzili obok domu lub też wolniejszym krokiem kierowali się w stronę parku, do którego wchodziło się z tej samej Avenue. Potem Pollyanna uczyniła śmiałe postanowienie, zdecydowała się zejść na chodnik i zaczęta się rozglądać, najpierw na prawo, potem na lewo.

Zdecydowała, że i ona właściwie mogłaby pójść na spacer. Pogoda była wyjątkowo prześliczna, a właściwie do tej pory jeszcze Pollyanna nie odbyła żadnego prawdziwego spaceru. Krótka odległość do szkoły i z powrotem zasadniczo nie liczyła się. Trzeba przecież któregoś dnia się zdecydować. Pani Carew na pewno nie będzie się gniewała. Czyż nie powiedziała jej, że może robić, co jej się żywnie podoba, byleby nie zadawała tych ciągłych, natarczywych pytań? Pollyanna miała przed sobą całe długie popołudnie. I pomyśleć tylko, ile ciekawych rzeczy w takie popołudnie można zobaczyć. Pogoda była wyjątkowo sprzyjająca. Pójdzie na przykład — tędy! Cóż za radość i rozkosz prawdziwa. Pollyanna bez chwili wahania wolnym krokiem skierowała się w dół alei.

Patrząc w oczy spotykanych przechodniów, uśmiechała się radośnie. Była rozczarowana — broń Boże nie zdziwiona — że w odpowiedzi nikt nie obdarzył jej uśmiechem. Właściwie już przyzwyczaiła się do tego w Bostonie. Ciągle jeszcze uśmiechała się pełna nadziei, że może spotka kogoś takiego, kto potrafi odwzajemnić się jej uśmiechem.

Dom pani Carew znajdował się na początku Commonwealth Avenue, toteż w krótkim czasie Pollyanna znalazła się na samym skraju tej ulicy, postanawiając przejść na przeciwległą stronę. Tam, po przeciwnej stronie, spowity w czar słonecznej jesieni znajdował się bostoński park publiczny, który Pollyanna nazywała zawsze „dziedzińcem”.

Na chwilę Pollyanna zawahała się, obejmując tęsknym wzrokiem wspaniałe drzewa i krzewy, rosnące tuż przed nią. Nie wątpiła ani na chwilę, że ten cudny ogród musiał należeć do jakiegoś bogatego pana lub pani. Raz, podczas pobytu w lecznicy doktora Amesa, zabrano ją na wizytę do pewnej pani, która mieszkała w prześlicznym domu, otoczonym takim właśnie ogrodem.

Miała teraz wielką ochotę zbliżyć się do tego parkanu, lecz zastanawiała się jeszcze, czy ma prawo tam wejść. Właściwie inni wchodzili, widziała to na własne oczy, ale mogli to być przecież zaproszeni goście. Gdy zobaczyła jednak dwie panie, jednego pana i małą dziewczynkę, mijających bez wahania bramę i idących główną aleją, doszła do wniosku, że i ona powinna się odważyć. Postanowiła spróbować, przebiegła szybko przez jezdnię i weszła do ogrodu.

Ogród był o wiele piękniejszy z bliska, niż z poprzedniej odległości. Ptaki ćwierkały nad głową Pollyanny, a wiewiórka skakała po ścieżce, jakby umykając spod jej nóg. Na ławkach tu i tam siedzieli panowie, panie i dzieci. Poprzez konary drzew przedzierał się blask słoneczny, rzucając refleks na spokojną taflę wody, a ze wszystkich stron dochodziły okrzyki dzieci i dźwięki muzyki.

Teraz po raz drugi Pollyanna zawahała się, po czym trochę nieśmiało podeszła do pięknie ubranej młodej pani, która kierowała się w stronę bramy.

— Proszę pani, czy to jest przyjęcie? — zapytała.

Młoda pani spojrzała na nią zdziwiona.

— Przyjęcie? — powtórzyła, nic nie rozumiejąc.

— Tak. To znaczy, chciałam zapytać, czy mam prawo wejść tutaj?

— Czy masz prawo wejść tutaj? Ależ oczywiście. Tu każdy może wchodzić! — wytłumaczyła młoda pani.

— Ach, doskonale. Jaka jestem szczęśliwa, że tu przyszłam — uradowała się Pollyanna.

Młoda pani nic więcej nie rzekła, lecz odwróciła się i spojrzała za Pollyanną, gdy ta biegła już szeroką alejką.

Pollyanna nie zdziwiona zupełnie, że właściciel tego pięknego ogrodu jest tak wspaniałomyślny, że urządza przyjęcie dla wszystkich, szła ciągle odważnie przed siebie. Na zakręcie alejki natknęła się na małą dziewczynkę, wiozącą w wózeczku lalkę. Przystanęła z radosnym okrzykiem, lecz nie powiedziała jeszcze wielu słów, gdy nagle zza jakiegoś krzewu wybiegła młoda pani śpiesznym krokiem, z niezadowoloną miną. Młoda pani chwyciła dziewczynkę za rękę i zawołała ostro:

— Gladys, Gladys, chodź zaraz do mnie. Czyż ci mama nie mówiła, żebyś nie rozmawiała z obcymi dziećmi?

— Ależ ja nie jestem obcym dzieckiem — usprawiedliwiła się Pollyanna gorączkowo. — Mieszkam tutaj w Bostonie i... — lecz młoda pani i mała dziewczynka wraz z lalką siedzącą w wózeczku, były już bardzo daleko na ścieżce. Pollyanna, westchnąwszy głęboko, przystanęła. Przez chwilę stała spokojnie, najwyraźniej rozczarowana, po czym podniósłszy rezolutnie główkę, ruszyła dalej.

— W każdym razie powinnam być z tego zadowolona — rzekła do siebie — bo teraz może spotkam kogoś milszego — może Zuzię Smith albo nawet małego Jamie pani Carew. Muszę sobie chociaż wyobrazić, że ich spotkam, a jeżeli nie ich, to na pewno spotkam kogoś! — dorzuciła, błądząc wciąż zaciekawionym wzrokiem po twarzach mijających ją przechodniów.

Niewątpliwie Pollyanna była samotna. Wychowana przez ojca i panie z Towarzystwa Dobroczynności, w małym miasteczku na Zachodzie, uważała każdy dom w miasteczku za swój dom, a każdego mężczyznę, każdą kobietę i każde dziecko za swych przyjaciół. Przybywszy do swej ciotki, mieszkającej w Vermont, w jedenastym roku życia, orientowała się, że warunki zmieniły się o tyle, że tutaj znajdzie nowe domy i nowych przyjaciół, może o wiele milszych, bo będą w każdym razie „inni”, a Pollyanna tak lubiła „inne” rzeczy i „innych” ludzi! Największą jej rozkoszą w Beldingsville było chodzenie po miasteczku i składanie wizyt tym wszystkim przyjaciołom, których niedawno poznała. Zupełnie więc naturalne, że Boston od pierwszego wejrzenia wydał się Pollyannie jeszcze bardziej obiecujący, mający możność dostarczenia jej wszelkich ciekawych atrakcji.

Tym razem jednak Pollyanna musiała przyznać, że Boston ją rozczarował. Przebywała tutaj już prawie dwa tygodnie, a nie znała jeszcze ludzi, którzy mieszkali na tej samej ulicy, czy w najbliższym sąsiedztwie. Najdziwniejsze było to, że pani Carew także ich prawie nie znała. Okazywała właściwie zupełną obojętność w stosunku do swych sąsiadów, którzy z punktu widzenia Pollyanny byli przecież ludźmi naprawdę interesującymi i chociaż usiłowała przekonać o tym panią Carew, wszelkie jej wysiłki w tym kierunku na nic się nie zdały.

— Ludzie mnie nie interesują, Pollyanno — odpowiadała zazwyczaj opiekunka i Pollyanna, którą ludzie bardzo interesowali, musiała się tą odpowiedzią zadowolić.

Dzisiaj na spacerze Pollyanna była przepełniona nadzieją i nie liczyła się absolutnie, że spotka ją rozczarowanie. Dokoła niej znajdowali się ludzie, którzy bez wątpienia musieli być szalenie mili, gdyby ich Pollyanna mogła bliżej poznać. Ale niestety nie znała tu nikogo. Co gorsza, ludzie ci nie starali się wcale, aby ich poznała i najwidoczniej sami nie mieli najmniejszej ochoty do zawarcia z nią znajomości. Pollyanna jeszcze ciągle przypominała sobie surowe ostrzeżenie piastunki na temat „obcych dzieci”.

— Muszę koniecznie ich wszystkich przekonać, że nie jestem żadnym obcym dzieckiem — rzekła wreszcie do siebie, idąc wciąż odważnie naprzód.

Przejęta tą myślą, uśmiechała się serdecznie do wszystkich, a jeszcze serdeczniej uśmiechnęła się do następnej spotkanej osoby, zagadując swobodnie:

— Piękną mamy dzisiaj pogodę, nieprawdaż?

— Hm... co takiego? O tak, owszem — mruknęła dama, do której te słowa były zwrócone, przyśpieszając jednocześnie kroku.

Jeszcze dwukrotnie Pollyanna próbowała tego eksperymentu, lecz za każdym razem bez rezultatu. Wkrótce dotarła do małej sadzawki, którą widziała z daleka ozłoconą promieniami słońca. Piękna to była sadzawka i na jej powierzchni kołysało się kilka małych łódek, z których dochodziły rozradowane śmiechy dziecięce. Obserwując te łódki, Pollyanna była coraz bardziej niezadowolona z tego, że jest taka samotna. W tej samej chwili dostrzegła mężczyznę, siedzącego również samotnie w pobliżu, skierowała się w jego stronę i przysiadła na przeciwnym końcu ławki. Usiadłszy, poczęła bez wahania przysuwać się do nieznajomego, pragnąc z nim zawrzeć znajomość, pewna, że chętnie ten odruch z jej strony przyjmie. Spojrzała nań, przejęta zaufaniem.

Jeśli chodzi o zewnętrzny wygląd, nie przedstawiał się nadzwyczajnie. Ubranie jego, choć nie zniszczone, zakurzone było i sprawiało wrażenie zaniedbania. Każdy, kto spojrzałby na to ubranie (Pollyanna mało się na tym znała), zorientowałaby się od razu, że jegomość ten jest więźniem, niedawno wypuszczonym na wolność. Twarz miał bladą, porośniętą niegolonym od kilku tygodni zarostem. Kapelusz o szerokim rondzie opadał mu na oczy, ręce trzymał w kieszeniach i z pochyloną głową siedział, wzrok mając utkwiony w ziemi.

Przez dłuższą chwilę Pollyanna nic nie mówiła, potem jednak odezwała się pełna nadziei:

— Piękną mamy dzisiaj pogodę, nieprawdaż?

Mężczyzna odwrócił głowę z widocznym przerażeniem.

— Co? Ach... Co powiedziałaś? — zapytał zdziwiony, że ta uwaga była zwrócona do niego.

— Mówiłam, że piękną mamy pogodę — wyjaśniła Pollyanna z zupełną powagą — lecz właściwie ta sprawa tak mnie bardzo nie obchodzi. To znaczy, oczywiście zadowolona jestem z pogody, ale powiedziałam to tylko dlatego, żeby zacząć rozmowę, wkrótce będę mówić o czymś innym, o czymś zupełnie innym. Chciałam tylko z panem o czymś porozmawiać, o czymkolwiek, rozumie pan?

Mężczyzna zaśmiał się niezbyt przyjaźnie. Nawet w uszach Pollyanny śmiech ten zabrzmiał trochę dziwnie, chociaż nie wiedziała, że śmiech na ustach tego człowieka był w ciągu ostatnich miesięcy bardzo rzadkim gościem.

— Więc chcesz, żebym z tobą rozmawiał, naprawdę? — zapytał jakby ze smutkiem. — Sam nie wiem, co ci z tego przyjdzie. Przypuszczam, że taka miła panienka, jak ty, może znaleźć wielu sympatyczniejszych ludzi do rozmowy, a nie takiego starego pasożyta, jak ja.

— Ach, ależ ja bardzo lubię starych pasożytów — zawołała Pollyanna pośpiesznie — to znaczy, chciałam powiedzieć, że bardzo lubię starszych ludzi, a ponieważ nie wiem, co znaczy pasożyt, więc nie mogę go nie lubić. Zresztą, jeżeli pan jest pasożytem, to mogę śmiało powiedzieć, że pasożytów lubię, bo pana polubiłam od razu — zakończyła z pełnym zadowolenia uśmiechem, poprawiając się wygodniej na ławce.

— Hm! Bardzo mi to pochlebia — uśmiechnął się mężczyzna ironicznie. Aczkolwiek wyraz jego twarzy i to, co mówił nacechowane było powątpiewaniem, najwyraźniej z dumą wyprostował się na swym miejscu. — No proszę, więc o czym będziemy rozmawiali?

— To jest dla mnie zupełnie obojętne, to znaczy wszystko mi jedno — uśmiechnęła się Pollyanna uszczęśliwiona. — Ciotka Polly twierdzi, że o czymkolwiek bym nie mówiła, zawsze muszę sprowadzić rozmowę na temat pań z dobroczynności. Nie ma się czemu dziwić, bo przecież one mnie od małego wychowały, prawda? Możemy mówić o przyjęciu. Uważam, że to przyjęcie jest wyjątkowo piękne i wspaniałe.

— Przyjęcie?

— Tak, to przyjęcie, wie pan: ot, wszyscy ludzie, którzy są tu dzisiaj. Przecież to jest przyjęcie, nieprawdaż? Jedna pani powiedziała, że to dla wszystkich, więc zostałam tutaj, choć nie orientuję się jeszcze, gdzie są tutejsi gospodarze, którzy to przyjęcie wyprawili.

Wargi nieznajomego zadrżały.

— Owszem, mała panienko, może to i przyjęcie w swoim rodzaju — uśmiechnął się — lecz „gospodarzami” są władze miasta Bostonu. To przecież jest ogród miejski: park publiczny dla wszystkich.

— Naprawdę dla wszystkich? I na zawsze? I będzie mi wolno tu przychodzić, kiedy zechcę? Ach, jak to dobrze! Lepiej nawet, niż przypuszczałam. Najgorsze było to, że lękałam się, że mnie tu nigdy więcej nie wpuszczą. Teraz jestem zadowolona i dobrze, że od razu o tym nie wiedziałam; teraz jest mi o wiele przyjemniej. Przyjemne rzeczy są zawsze przyjemniejsze, gdy się człowiek z początku obawia, że miłe nie będą, prawda?

— Możliwe, że tak, jeżeli w ogóle istnieją przyjemne rzeczy — odpowiedział nieznajomy ponurym tonem.

— Na pewno istnieją — zapewniła go Pollyanna, nie dostrzegając nagłej zmiany w jego głosie. — Ale czyż tutaj nie jest pięknie? — zawołała znowu z rozjaśnioną twarzyczką. — Ciekawa jestem, czy pani Carew wie coś o tym parku, skoro on jest dla wszystkich. Przecież każdy powinien przychodzić tu stale i siadywać jak najdłużej.

Twarz mężczyzny spochmurniała.

— Ale ludzie przeważnie pracują i mają coś więcej do roboty, niż przychodzić tutaj i rozglądać się; niestety, ja do tych szczęśliwych nie należę.

— Naprawdę? To powinien pan być z tego zadowolony — westchnęła Pollyanna, śledząc zachwyconym spojrzeniem przepływające w pobliżu łódki.

Nieznajomy rozchylił wargi, lecz nie wyrzekł ani słowa, a Pollyanna mówiła wciąż dalej.

— Chciałabym nie mieć nic więcej, tylko to, co mam. Chciałabym chodzić do szkoły. Bardzo lubię szkołę, ale istnieje mnóstwo rzeczy, które lubię bardziej. Jestem zadowolona, że mogę do szkoły chodzić. Szczególnie cieszę się, gdy przypomnę sobie, jak zeszłej zimy myślałam, że nigdy już do szkoły nie wrócę. Widzi pan, straciłam na pewien czas nogi... to znaczy, nie mogłam chodzić. Nigdy się człowiek nie zastanawia nad tym, jak bardzo nogi mu są potrzebne, gdy ma je zupełnie zdrowe. No, oczy są także potrzebne. Czy myślał pan kiedyś o tym, ile usług oddają panu oczy? Ja dopiero doszłam do tego wniosku, gdy byłam w lecznicy. Leżała tam jedna pani, która oślepła przed rokiem. Namawiałam ją, żeby zabawiła się w moją grę, żeby znalazła sobie coś, z czego by się mogła cieszyć, ale tłumaczyła się, że nic znaleźć nie może, a jak się chciałam dowiedzieć dlaczego, kazała mi na godzinę zawiązać sobie oczy chustką, to wtedy się przekonam. Zrobiłam tak, jak chciała. To było straszne. Czy pan kiedyś tego próbował?

— Nie, nie próbowałem. — Wyraz gniewu i jednocześnie zdziwienia odzwierciedlił się na twarzy mężczyzny.

— Więc niech pan nie próbuje. Powiadam panu, że to było straszne. Po prostu człowiek nic nie może robić, nie może robić tego, co chce. Ale wytrzymałam wtedy całą godzinę. Od tego czasu byłam jeszcze bardziej zadowolona, że mam oczy i mogę widzieć: taka byłam zadowolona, że chciało mi się płakać z radości. Teraz już ona gra w moją grę, ta niewidoma pani. Mówiła mi o tym panna Wetherby.

— W tę grę?

— Tak, grę w zadowolenie. Nic panu o niej nie wspominałam? Chodzi o to, żeby znaleźć coś, z czego można być zadowolonym. Otóż ta niewidoma pani coś takiego znalazła. Jej mąż, to jest taki pan, który pomaga wydawać nowe prawa, więc prosiła go, aby wydał prawo, które by dopomogło niewidomym ludziom, a szczególnie małym dzieciom. I poszła do tych innych panów sama i opowiedziała im, jak się człowiek czuje, gdy jest niewidomy. A ci panowie razem z jej mężem wydali takie nowe prawo i powiedzieli, że ta ślepa pani zrobiła dla społeczeństwa bardzo wiele, więcej nawet niż jej mąż, bo gdyby nie ona, to by takie nowe prawo wcale nie istniało. Ta ślepa pani jest teraz zadowolona, że straciła wzrok, bo mogła chociaż pomóc małym dzieciom, które tak samo jak ona są nieszczęśliwe. Widzi pan więc, że jednak nauczyłam tę panią mojej gry. Ale mam wrażenie, że pan jeszcze o tej grze nic nie wie, więc muszę z nią pana zaznajomić. Zaczęła się ona w ten sposób... — i Pollyanna z rozjaśnionymi oczami opowiedziała nieznajomemu, jak to przed laty znalazła w paczce parę kul zamiast lalki, o której tak bardzo marzyła.

Gdy opowiadanie dobiegło końca, zaległa długa, martwa cisza, po czym całkiem niespodziewanie nieznajomy podniósł się z ławki.

— Ach, więc pan już teraz odchodzi? — zapytała Pollyanna z wyraźnym rozczarowaniem.

— Tak, teraz już idę — uśmiechnął się do niej jakoś dziwnie.

— Ale kiedyś przyjdzie pan tutaj znowu?

Potrząsnął głową, lecz znów się uśmiechnął.

— Mam nadzieję, że nie i właściwie wiem to na pewno, moja dzieweczko. Widzisz, uczyniłem dzisiaj wielkie odkrycie. Myślałem, że już jestem zupełnie stracony. Sądziłem, że już teraz dla mnie nie ma nigdzie miejsca. Ale w tej chwili zdałem sobie sprawę, że posiadam dwoje oczu, dwie ręce, i dwie nogi, które postanowiłem zużytkować. Postanowiłem jednocześnie pokazać pewnej osobie, że skarby te właśnie zużytkować potrafię!

Po chwili oddalił się.

— Boże, jakiż to zabawny jegomość! — wyszeptała do siebie Pollyanna. — Ale był bardzo miły i jakiś taki zupełnie inny — dorzuciła, podnosząc się i postanawiając iść dalej.

Była teraz znowu w swym zwykłym, pogodnym nastroju i kroczyła przed siebie z tą pełną zaufania pewnością siebie, jaką posiada człowiek, nie znający wahań. Czyż ten nieznajomy nie powiedział, że to był publiczny park i że ona, Pollyanna, tak samo jak wszyscy, ma prawo w nim przebywać? Podeszła bliżej do sadzawki, minęła mostek i skierowała się do miejsca, skąd odpływały małe łódki. Przez pewien czas radośnie obserwowała dzieci, zwracając szczególną uwagę na to, czy przypadkiem nie zobaczy wśród nich ciemnych loków Zuzi Smith. Chętnie przejechałaby się którąś z łódek, lecz mały szyldzik objaśniał, że przejażdżka kosztuje pięć centów, a ona przecież nie miała przy sobie pieniędzy. Pełna nadziei uśmiechała się, patrząc na przechodzące kobiety, a dwukrotnie nawet zagadała do nich, żadna jednak pierwsza do niej się nie odezwała, a jedna, do której zwróciła się z jakąś uwagą, spojrzała na nią chłodno i też nie raczyła nawet odpowiedzieć.

Po pewnym czasie Pollyanna skierowała kroki w boczną alejkę i tutaj ujrzała bladego chłopca w fotelu na kółkach. Miała ochotę z nim porozmawiać, był jednak tak zajęty książką, którą czytał, że nawet nie spojrzał na dziewczynkę. Zaraz potem natknęła się znów na przystojną, młodą, lecz smutnie wyglądającą dziewczynę, która siedziała sama ze spojrzeniem utkwionym w dalekiej przestrzeni, podobnie, jak przedtem siedział nieznajomy. Z okrzykiem radości Pollyanna pospieszyła naprzód.

— Ach, jak się pani ma? — zawołała. — Tak się cieszę, że panią spotkałam! Już tak długo szukałam pani — dorzuciła, zajmując wolne miejsce na ławce.

Ładna dziewczyna odwróciła się ze zdziwieniem i gorączka ciekawości zapłonęła w jej oczach.

— Ach! — wyszeptała, popadając nagle w rozczarowanie. — Myślałam... O co ci właściwie chodzi? — zapytała niechętnie. — Przecież ja cię nigdy w życiu na oczy nie widziałam.

— I ja pani także — uśmiechnęła się Pollyanna — ale mimo wszystko szukałam pani. To znaczy, nie wiedziałam, że to akurat będzie pani. Po prostu chciałam znaleźć kogoś samotnego, kto nikogo przy sobie nie ma. Tak samo, jak ja jestem samotna. A tyle jest tu dzisiaj ludzi. Widzi pani?

— Owszem, widzę — skinęła głową dziewczyna, zapadając w dotychczasowe swoje zamyślenie. — Ale, biedne dzieciątko, nie trzeba, abyś zbyt wcześnie dowiedziała się o tym.

— O czym?

— Że człowiek jest najbardziej samotny wśród tłumu w dużym mieście.

Pollyanna zmarszczyła brwi w zamyśleniu.

— Naprawdę? Nie rozumiem jak to być może. Jak może człowiek być samotny, skoro ma dokoła siebie ludzi. Właściwie — zawahała się na chwilę — i ja byłam dziś po południu samotna, choć tyle ludzi było tutaj, tylko że oni wszyscy nie myśleli o mnie i nie zwracali na mnie uwagi.

Młoda dziewczyna uśmiechnęła się z goryczą.

— Otóż właśnie. Nie pomyśleli i nie zwrócili uwagi — tłum zawsze jest taki.

— Ale niektórzy ludzie są inni, więc powinniśmy się z tego cieszyć — podchwyciła Pollyanna. — Teraz, kiedy...

— Ach, tak, niektórzy są inni — przerwała jej tamta. Mówiąc, drżała i spoglądała lękliwie w alejkę tuż za Pollyanną. — Niektórzy zbyt wielką uwagę zwracają.

Pollyanna cofnęła się z przerażeniem. Powtarzające się tego popołudnia niepowodzenia uczyniły ją bardziej podejrzliwą.

— Czy pani mnie ma na myśli? — wybąkała. — To znaczy, że nie życzyła sobie pani, abym na panią zwróciła uwagę?

— Nie, nie, dziecinko! Myślałam o kimś zupełnie innym. O kimś, kto nie powinien był zwracać uwagi na mnie. Bardzo się cieszę, żeś do mnie zagadała, ale w pierwszej chwili myślałam, że to ktoś z domu.

— Ach, więc pani tutaj nie mieszka, tak samo jak i ja, to znaczy, nie mieszka pani na stałe.

— Owszem, teraz tu mieszkam — westchnęła dziewczyna — jeżeli to w ogóle można nazwać mieszkaniem.

— Dobrze, a co pani robi? — zapytała Pollyanna z ciekawością.

— Co robię? Zaraz ci powiem, co robię. — zawołała tamta z nagłą goryczą. — Od rana do nocy sprzedaję włochatą wełnę, żaboty i uniżone ukłony dziewczętom, które śmieją się, rozmawiają i znają się między sobą. Później idę do domu, do małego pokoiczku pod dachem, w którym zmieścić się może tylko wąziutkie, żelazne łóżko, umywalka z pogiętą miednicą, jedno kulawe krzesło i ja. W lecie jest tam jak na plaży, a w zimie jak w lodowni, muszę jednak tam mieszkać, bo nie wyrzucą mnie z tego pokoiku, choćbym nawet nie pracowała. Dzisiaj nagle zaczęłam się buntować. Nie chce mi się wracać do tej mojej nory, nie chce mi się pójść do biblioteki, żeby trochę poczytać. Mam dzisiaj ostatnie wolne pół dnia w tym roku, a potem już trzeba będzie bez wytchnienia pracować. Jestem jeszcze taka młoda, lubię śmiać się i żartować, tak samo jak tamte dziewczęta, którym przez cały dzień muszę sprzedawać ukłony. Ale dzisiaj postanowiłam zabawić się trochę.

Pollyanna uśmiechnęła się, skinąwszy głową w milczącej pochwale.

— Cieszę się, że pani myśli w ten sposób. Ja też tak uważam. Przyjemnie jest być szczęśliwym, prawda? Zresztą Biblia też nam nakazuje korzystać z radości życia. Prawdopodobnie zna pani Biblię i wie pani o tym.

Młoda dziewczyna potrząsnęła głową. Wyraz onieśmielenia pojawił się na jej twarzy.

— Właściwie nie wiem — odparła sucho. — Nie mogę powiedzieć, żebym zbyt często myślała o Biblii.

— Naprawdę? Zresztą to bardzo możliwe, ale, widzi pani, mój ojciec był pastorem i dlatego...

— Pastorem?

— Tak. A czy pani ojciec także? — zawołała Pollyanna, odpowiadając na dziwny błysk, jaki ujrzała w oczach dziewczyny.

— Tak — rumieniec wystąpił dziewczynie aż na czoło.

— Ach, i odszedł tak samo jak mój, aby pozostać na zawsze z Bogiem i aniołami?

Młoda dziewczyna odwróciła z zażenowaniem głowę.

— Nie, żyje jeszcze, jest w domu — odparła, wstrzymując oddech.

— Ach, jaka pani musi być szczęśliwa — westchnęła Pollyanna zazdrośnie. — Czasami marzę o tym, żebym mogła choć raz zobaczyć mego ojca, ale pani swego widuje, prawda?

— Nie często. Widzisz, mieszkam teraz tutaj...

— Ale może go pani widzieć, a ja mojego nie mogę. Odszedł do mamy i do reszty rodzeństwa, tam do nieba i... A pani ma także matkę?

— Owszem — dziewczyna kręciła się niespokojnie i sprawiała takie wrażenie, jakby miała ochotę uciec.

— Ach, więc pani może oglądać ich obydwoje — wyszeptała Pollyanna z wyraźną tęsknotą w głosie. — Jaka pani musi być szczęśliwa! Bo przecież na świecie nie ma nikogo, kto by tak mógł kochać, jak ojciec i matka. Widzi pani, ja się znam na tym, bo miałam ojca do jedenastego roku życia i tak samo do tego wieku miałam zamiast matki panie z dobroczynności, dopóki mnie nie zabrała ciotka Polly. Panie z dobroczynności są bardzo miłe, ale to nie to, co matka, a nawet nie to, co ciotka Polly.

I Pollyanna ani na chwilę nie przestawała mówić. Była teraz w swoim żywiole. Nade wszystko lubiła mówić. Że było coś dziwnego, coś niemądrego, a nawet niestosownego w tym zbyt intymnym wypowiadaniu myśli i dzieleniu się nimi z zupełnie obcą osobą, poznaną na ławce w bostońskim parku — nie przyszło nawet Pollyannie do głowy. Dla niej wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci byli przyjaciółmi, bez różnicy, czy znała ich, czy nie znała. Uważała nawet, że nieznajomi są o wiele ciekawsi od znajomych, bo zawsze posiadają jakąś tajemnicę, której rąbek uchyla się dopiero wtedy, gdy się ich samych poznaje.

Dlatego to właśnie Pollyanna odpowiedziała tej młodej dziewczynie z zupełną szczerością o swym ojcu, o ciotce Polly, o swym domu na Zachodzie i o swej podróży na Wschód do Vermont. Opowiedziała o dawnych i nowych przyjaciołach i oczywiście o „grze w zadowolenie”. Pollyanna zawsze prawie każdemu musiała opowiedzieć o tej grze wcześniej czy później. Gra ta była niejako częścią jej samej, toteż nie mogła się oprzeć, aby komuś, z kim zawierała znajomość, ani słowem o tym nie wspomnieć.

Co do młodej, przystojnej dziewczyny, ta mówiła niewiele. Nie siedziała jednak, jak dotychczas, zatopiona w zadumie i zauważyć można było na jej twarzy ogromną zmianę. Pałające policzki, ściągnięte brwi, zatroskane oczy i nerwowo poruszające się palce świadczyły o pewnej walce wewnętrznej. Od czasu do czasu spoglądała wymownie w stronę alejki biegnącej tuż za Pollyanną i w pewnej chwili, spojrzawszy w tamtym kierunku, chwyciła Pollyannę kurczowo za ramię.

— Słuchaj, dziecinko, jeszcze przez minutę nie odchodź ode mnie. Czy słyszysz? Zostań tu, gdzie jesteś. Tam jest mężczyzna, który miał przyjść, ale mniejsza o to, co będzie mówił, nie zwracaj na niego uwagi i nie odchodź. Pragnę zostać z tobą, rozumiesz?

Zanim Pollyanna zdążyła wyrazić swoje zdziwienie, wzrok jej spotkał się ze spojrzeniem przystojnego, młodego jegomościa, który zatrzymał się przy ławce.

— Ach, tutaj jesteś — uśmiechnął się z zadowoleniem, uchylając kapelusza przed towarzyszką Pollyanny. — Muszę się usprawiedliwić, że się trochę spóźniłem.

— Nic nie szkodzi, sir — odparła młoda dziewczyna pośpiesznie. — Ja... i tak postanowiłam, że nie pójdę.

Młodzieniec zaśmiał się swobodnie.

— Ależ chodź, kochanie, nie gniewaj się na mnie o to, że się trochę spóźniłem!

— Wcale się nie gniewam — zaprotestowała dziewczyna, rumieniąc się nagle. — Mówię tylko, że nie pójdę.

— Głupstwa pleciesz! — Mężczyzna przestał się uśmiechać, mówił teraz głosem zniecierpliwionym i ostrym. — Obiecywałaś wczoraj, że pójdziesz.

— Wiem, ale zmieniłam zamiar. Przyrzekłam tej tutaj małej przyjaciółce, że z nią zostanę.

— Ach, jeżeli pani woli pójść z tym młodym panem — zaczęła Pollyanna zaniepokojona, lecz umilkła zaraz pod wpływem wymownego spojrzenia dziewczyny.

— Powiedziałam, że nie pójdę, więc nie ma o czym mówić.

— No, proszę, cóż za nagłe postanowienie? — zadrwił młodzieniec, darząc Pollyannę niezbyt przyjaznym spojrzeniem. — Wczoraj obiecywałaś...

— Wiem, że obiecywałam — przerwała dziewczyna gorączkowo. — Ale później zorientowałam się, że nie powinnam. Nazwijmy to, jak chcemy. Postanowienia nie cofnę i koniec — i odwróciła od niego twarz rezolutnie.

Nie był to jednak koniec. Młodzieniec jeszcze kilkakrotnie nalegał prosił i groził, a w oczach jego pojawił się błysk okrucieństwa. Wreszcie powiedział coś bardzo cicho i gniewnie, czego Pollyanna nie zrozumiała. W następnej chwili odwrócił się na pięcie i odszedł.

Dziewczyna spoglądała za nim, dopóki nie zniknął jej z oczu, po czym otrząsnąwszy się z wrażenia, uścisnęła rękę Pollyanny.

— Dziękuję ci, dziecinko. Zawdzięczam ci więcej, niż sama przypuszczasz. Do widzenia.

— Ale pani teraz przecież nie odejdzie! — zawołała Pollyanna.

Dziewczyna westchnęła ze smutkiem.

— Muszę. Gotów wrócić, a po raz drugi nie zdobyłabym się może na tyle siły i odwagi... — wstała z ławki. Przez chwilę wahała się i wreszcie wyznała z goryczą: — Widzisz, on należy do tych, którzy niepotrzebnie zwracają uwagę, a nie powinien był na mnie zwracać uwagi! — Z tymi słowy odeszła.

— Jakaż ona zabawna — szepnęła do siebie Pollyanna, spoglądając w zamyśleniu za znikającą sylwetką dziewczyny. — Ładna nawet, ale strasznie dziwna — dorzuciła, podnosząc się i leniwie idąc przed siebie.

Rozdział VI. Jerry śpieszy z pomocą

Wkrótce Pollyanna dotarła do końca ogrodu i do bramy, za którą krzyżowały się z sobą dwie ulice. Było to miejsce godne szczególnego zainteresowania, z przejeżdżającymi ustawicznie taksówkami, autobusami, powozami i publicznością pieszą. Potężna czerwona butelka w witrynie kolonialnego sklepu zwróciła uwagę Pollyanny, a jednocześnie z głębi ulicy zaciekawił ją dźwięk jakiegoś nieznanego instrumentu. Wahając się tylko przez chwilę, Pollyanna ruszyła na przeciwną stronę ulicy, biegnąc lekko w kierunku dźwięków muzyki.

Z każdą chwilą znajdowała więcej rzeczy godnych ciekawości. W oknach wystawowych były rozmaite cuda, a dokoła katarynki, do której wreszcie dotarła, ujrzała grono tańczących dzieci, których widok był wprost niezwykły. Pochłonięta nim Pollyanna bez zastanowienia poczęła iść za katarynką, wpatrzona z zachwytem w tańczące dzieci. Nagle znalazła się na tak ruchliwym rogu ulicy, że wysoki, potężny mężczyzna, w błękitnym, długim płaszczu zmuszony był przeprowadzać ludzi na przeciwległy chodnik. Przez dłuższą chwilę Pollyanna obserwowała go w milczeniu, po czym trochę niepewnie postanowiła sama przedostać się przez jezdnię.

Była to zadziwiająca przygoda. Wysoki mężczyzna w błękitnym płaszczu dostrzegł ją od razu i począł jej dawać jakieś znaki. Zbliżył się nawet do niej i ująwszy pod rękę, przeprowadził, omijając ludzi i zatrzymując szereg warczących samochodów oraz kilka zniecierpliwionych koni. Pollyannie tak się spodobała ta przygoda, że po kilku minutach postanowiła wrócić. Przechodziła tak kilka razy w krótkich odstępach czasu, oczarowana magiczną siłą wzniesionej w górę ręki błękitno odzianego mężczyzny. Lecz gdy po raz ostatni usiłowała zejść z chodnika, mężczyzna w błękitnym płaszczu spojrzał na nią ze zmarszczonymi niechętnie brwiami.

— Słuchaj no, dziewczynko, czy to ty przechodziłaś tędy przed minutą? — zapytał. — I znowu teraz przechodzisz?

— Tak, sir — odparła wesoło Pollyanna. — Przechodziłam tędy już cztery razy!

— No, no — policjant zaczął się już irytować, lecz Pollyanna wyjaśniała dalej:

— I za każdym razem było co raz przyjemniej!

— Czyżby? — złagodniał nagle policjant, ale po chwili znowu zmarszczył brwi. — Co ty sobie myślisz, że ja tutaj jestem po to, żeby ciebie tam i z powrotem przeprowadzać?

— Ach, nie, sir — uśmiechnęła się z wdziękiem Pollyanna. — To zrozumiałe, że nie stoi pan tu tylko dla mnie! Przecież jest tu tyle innych ludzi. Ja wiem, kim pan jest. Jest pan policjantem. Mamy też jednego policjanta przed domem, w którym mieszka pani Carew, tylko że on nie przeprowadza przechodniów, a po prostu spaceruje sobie po chodniku. Dawniej myślałam, że panowie są żołnierzami, bo mają takie złote guziki i granatowe kapelusze, ale teraz już wiem. Chociaż pan, to tak jak żołnierz. Musi pan być bardzo odważny, stojąc tu, wśród tych aut i powozów i pomagając ludziom przechodzić.

— Ho, ho, jeszcze jak! — napuszył się z dumą policjant, czerwieniąc się niczym sztubak i odrzucając w tył głowę z głośnym śmiechem. — Ho, ho, zupełnie jak... — urwał, podnosząc w górę rękę. Po chwili już przeprowadzał przez jezdnię najwidoczniej bardzo zalęknioną, trzęsącą się starszą damę. Jeżeli szedł teraz krokiem bardziej majestatycznym i jeżeli wyżej podnosił głowę, to czynił to tylko, pragnąc okazać się jeszcze odważniejszym w oczach stojącej na chodniku dziewczynki. Po chwili, podnosząc wymownie rękę w stronę niecierpliwiących się woźniców i szoferów, zbliżył się znowu do Pollyanny.

— Ach, to było wspaniałe! — powitała go z błyszczącymi oczami. — Strasznie przyjemnie patrzeć, jak pan to robi — zupełnie jakby Izraelici przechodzili przez Morze Czerwone, prawda? I jaki pan musi być zadowolony, że może pan to cały dzień robić! Zawsze myślę, że najprzyjemniej być doktorem, ale teraz widzę, że być policjantem to jeszcze większa przyjemność, bo się pomaga ludziom, tak jak pan. A poza tym... — przerwał jej nowy wybuch pełnego zażenowania śmiechu i policjant w błękitnym płaszczu był już znowu po środku jezdni, Pollyanna zaś została sama na chodniku.

Tylko jeszcze przez chwilę obserwowała z zachwytem „Morze Czerwone”, po czym z wyraźnym żalem zawróciła.

— Chyba lepiej będzie, jak pójdę do domu — medytowała. — Już na pewno jest pora obiadowa. — I szybko skierowała się tą samą drogą, którą przyszła.

Dopóki na kilku rogach nie zawahała się i nie poszła w mylnym kierunku, nie zdawała sobie sprawy, że pójście „do domu” nie jest rzeczą tak łatwą, jakby się zdawać mogło. I dopiero gdy stanęła przed budynkiem, którego nigdy w życiu nie widziała, przyszło jej na myśl, że zabłądziła.

Znajdowała się na wąskiej, brudnej i źle zabrukowanej uliczce. Po obydwu stronach widziała ponure bloki kamienic, a w nich jakieś nieciekawe sklepy i składy. Tam i z powrotem biegali spiesznie szwargoczący mężczyźni i rozgadane kobiety, z których rozmów Pollyanna ani słowa nie mogła zrozumieć. Co gorsza, że ludzie ci spoglądali na nią z wielką ciekawością, jakby orientowali się, że nie należy do ich grona.

Kilkakrotnie już zapytywała o drogę, lecz na próżno. Nikt z tych ludzi nie wiedział, gdzie mieszka pani Carew, a dwie ostatnie osoby, do których Pollyanna się zwróciła, odpowiedziały tak niewyraźnie, że zupełnie nie wiedziała, o co im chodzi.

Szła ciągle w dół ulicy leniwie, jakby bez celu. Była już teraz naprawdę przerażona. Głód i zmęczenie dawały się coraz bardziej we znaki. Nogi ją bolały, oczy piekły od łez, które ciągle usiłowała powstrzymywać. Poza tym, nie wiadomo dlaczego, robiło się coraz bardziej ciemno.

— W każdym razie — szeptała do siebie przez łzy — powinnam być zadowolona, że zabłądziłam, bo dopiero będzie mi przyjemnie, jak odnajdę drogę.

Na jakimś ruchliwym i hałaśliwym rogu, gdzie krzyżowały się dwie ulice, Pollyanna wreszcie w rozpaczy przystanęła. Tym razem twarzyczka jej zalała się łzami, a w braku chustki do nosa, poczęła Pollyanna ocierać twarz obydwiema rękami.

— Hej, mała, czego płaczesz? — zawołał jakiś wesoły głos. — Co ci się stało?

Odetchnąwszy z ulgą, Pollyanna odwróciła głowę i ujrzała przed sobą małego chłopca, dźwigającego pod pachą plik gazet.

— Tak się cieszę, że cię widzę! — zawołała. — Tak chciałam spotkać kogoś, kto nie mówi, jak wszyscy tutaj, po duńsku.

Chłopiec uśmiechnął się.

— To wcale nie jest duński! — zawołał. — Masz na myśli gwarę dago4.

Pollyanna nieznacznie zmarszczyła brwi.

— Możliwe, ale w każdym razie to nie był język angielski — odparła z powątpiewaniem — i nikt nie umiał odpowiedzieć na moje pytania. Może od ciebie się wreszcie czegoś dowiem. Czy wiesz, gdzie mieszka pani Carew?

— Nie! Możesz mnie zabić.

— Co takiego? — zdziwiła się Pollyanna, pogrążając się w coraz głębszym zwątpieniu.

Chłopiec uśmiechnął się znowu.

— Powiadam, że nie wiem. Nie mam przyjemności znać tej pani.

— A czy nie ma tu nikogo, kto by ją znał? — wyszeptała Pollyanna. — Bo widzisz, wyszłam właśnie na spacer i zmyliłam drogę. Już nieraz znajdowałam się tak daleko, ale tym razem w żaden sposób nie mogę trafić do domu, a już nadeszła pora kolacji, chciałam powiedzieć: obiadu i robi się coraz ciemniej. Chcę już wracać, muszę wracać.

— Hm, ja to rozumiem! — odparł współczująco chłopiec.

— A poza tym lękam się, że pani Carew też jest o mnie niespokojna — westchnęła Pollyanna.

— Na pewno, jeśli wyszłaś bez pozwolenia — zażartował nieoczekiwanie chłopiec. — Ale posłuchaj, czy nie wiesz, na jakiej ulicy mieszkasz?

— Nie, tylko wiem, że to jest jakaś aleja — odpowiedziała szeptem Pollyanna.

— Aleja? No, to jakoś znajdziemy. Już się zrobi. A jaki numer domu? Czy to mi możesz powiedzieć? Połam sobie trochę głowę!

— Połamać głowę? — Pollyanna zmarszczyła brwi, podnosząc rękę do czoła.

Chłopiec spoglądał na nią pogardliwie.

— Ach, daj spokój! Widzę, że tuman z ciebie. Pytam, czy nie znasz numeru domu, o który ci chodzi.

— Nie, tylko wiem, że tam była siódemka — zawołała Pollyanna, pełna nowej nadziei.

— Słyszeliście, moi państwo? — zaśmiał się drwiąco chłopak. — Była tam siódemka! I ona myśli, że w ten sposób zgadnę numer!

— Ach, ale ja poznam dom, jak go tylko zobaczę — oświadczyła gorączkowo Pollyanna — i myślę, że poznam również ulicę po tym wspaniałym, obszernym dziedzińcu, który jest w samym środku.

Tym razem na twarzy chłopca odmalowało się zdziwienie.

— Dziedziniec? — otworzył szeroko usta. — Pośrodku ulicy?

— Tak, drzewa i trawa, a w środku aleja do spacerowania, ławki i... — lecz chłopiec przerwał jej nagle głośnym okrzykiem.

— Już wiem! Commonwealth Avenue, ty na pewno tam mieszkasz!

— Ach, więc wiesz, wiesz naprawdę? — upewniała się Pollyanna. — Właśnie to bardzo podobnie brzmi, chociaż nie jestem pewna.

— Możesz mi wierzyć — chłopak wydął wargi z dumą. — Przecież codziennie zawożę tam do ogrodu Sir Jamesa, więc i ciebie zaprowadzę. Musisz jednak poczekać tutaj, dopóki nie skończę roboty i nie sprzedam wszystkich gazet. Potem zaprowadzę cię na tę twoją aleję, nim jeszcze zdążysz zostać Robinsonem.

— To znaczy, że mnie odprowadzisz do domu? — zapytała Pollyanna, nie całkiem rozumiejąc jego słowa.

— Naturalnie! Będzie to całkiem łatwe, jeżeli mówisz, że poznasz dom.

— O, na pewno poznam — zawołała Pollyanna, trochę w duszy zaniepokojona. — Gdybyś nie mógł...

Ale chłopiec raz jeszcze obrzucił ją pełnym wzgardy spojrzeniem i umknął, mieszając się z tłumem. W chwilę później Pollyanna usłyszała jego głośne wołanie:

— Kurier! Wiadomości! Herald! Może pan pozwoli gazetkę, sir?

Z westchnieniem ulgi Pollyanna cofnęła się do jakiejś bramy, postanawiając cierpliwie czekać. Była zmęczona, lecz szczęśliwa. Mimo niepowodzeń, z jakimi się zetknęła tego popołudnia, ufała temu chłopcu i była najzupełniej pewna, że on właśnie odprowadzi ją do domu.

— Jest miły i bardzo go lubię — mówiła do siebie, śledząc zręczną i ruchliwą postać gazeciarza. — Ale szalenie zabawnie mówi. Słowa, które wypowiada, mają brzmienie angielskie, lecz niektóre jakby się nie wiązały z resztą tego, co mówi. Jestem zadowolona, że na niego natrafiłam — dorzuciła, wzdychając z zadowoleniem.

Wkrótce potem chłopiec wrócił, nie mając już gazet pod pachą.

— Chodźmy, mała. Wszystko załatwiłem — zawołał wesoło. — Teraz będziemy szukać tej alei. Gdybym był bogatszy, odwiózłbym cię do domu autobusem, ale ponieważ zarobiłem dzisiaj niewiele, trzeba będzie dyrdać5 piechotą.

Prawie przez całą drogę milczeli. Pollyanna po raz pierwszy w życiu była zbyt zmęczona, aby móc opowiadać o paniach z towarzystwa dobroczynności, chłopcu zaś chodziło głównie o to, żeby najkrótszą drogą i jak najśpieszniej dotrzeć do celu. Gdy zamajaczył przed nimi Park Publiczny, Pollyanna wykrzyknęła radośnie:

— O, teraz już prawie jesteśmy na miejscu! Ten ogród przypominam sobie dokładnie, spędziłam tu bardzo mile czas. Stąd już jest całkiem blisko do domu.

— No, to dzięki Bogu! Pójdziemy teraz dalej — uśmiechnął się chłopiec. — Widzisz, co ci mówiłem? Pójdziemy tędy w stronę alei i później znajdziemy swój dom.

— O, ja ten dom na pewno znajdę — cieszyła się Pollyanna, nabierając już zupełnej pewności siebie.

Było prawie całkiem ciemno, gdy wstępowali po szerokich kamiennych schodach, prowadzących do mieszkania pani Carew. Chłopiec przycisnął guzik dzwonka, drzwi się natychmiast otworzyły i Pollyanna znalazła się nie tylko przed obliczem Maty, lecz również pani Carew, Bridget i Jennie. Wszystkie cztery kobiety stały przed nią z bladymi twarzami i oczami pełnymi niepokoju.

— Dziecko, dziecko, gdzieś ty była? — dopytywała się pani Carew, biegnąc Pollyannie na spotkanie.

— Ja... ja tylko poszłam na spacer — wytłumaczyła szeptem dziewczynka — i zabłądziłam i ten chłopiec...

— Gdzie ją znalazłeś? — zwróciła się pani Carew ostro do towarzysza Pollyanny, który w tej chwili ze szczerym podziwem patrzył na wszystko, co otaczało go w tym jasno oświetlonym hallu. — Gdzie ją znalazłeś, chłopcze? — powtórzyła jeszcze bardziej surowo.

Przez krótką chwilę chłopak patrzył jej w oczy bezczelnie, po czym łobuzerski ognik zamajaczył w jego spojrzeniu, choć głos, którym przemówił, był pełen powagi.

— Znalazłem ją na placu Bowdoin, ale mam wrażenie, że wracała z północnej dzielnicy, proszę pani.

— W północnej dzielnicy... takie dziecko... samo! Pollyanno! — zadrżała pani Carew.

— Ja nie byłam sama, proszę pani — zaprotestowała Pollyanna. — Było tam całe mnóstwo ludzi, nieprawdaż, chłopcze?

Lecz chłopiec z łobuzerskim uśmieszkiem zniknął już za uchylonymi drzwiami.

Wielu rzeczy dowiedziała się Pollyanna w ciągu następnej pół godziny. Dowiedziała się, że małym dziewczynkom nie wolno spacerować samotnie po obcym mieście, ani też siadywać na ławkach i rozmawiać z obcymi ludźmi. Dowiedziała się również, że to „stało się tylko cudem”, że w ogóle wróciła do domu tego wieczoru i że „cudem” także uniknęła bardzo przykrych skutków swej lekkomyślności. Dowiedziała się o tym, że Boston to nie Beldingsville i że powinna się z tym na przyszłość liczyć.

— Ależ, proszę pani — tłumaczyła Pollyanna w rozpaczy — przecież jestem już tutaj i nie zginęłam na zawsze. Ja byłam przez cały czas zadowolona, więc nie mogłam myśleć o tych wszystkich przykrych rzeczach, jakie mogłyby nastąpić.

— Tak, tak, moje dziecko, tak przypuszczam, oczywiście — wzdychała pani Carew — ale narobiłaś mi wiele strachu i muszę się upewnić, że więcej już nigdy tego nie uczynisz. A teraz chodź, kochanie, musisz być głodna.

Kładąc się na spoczynek tego wieczoru, Pollyanna ze smutkiem szeptała do siebie:

— Najbardziej mnie martwi to, że nie zapytałam tego chłopca ani o nazwisko, ani o adres. Teraz w żaden sposób nie będę mu mogła podziękować!