Rozdział VIII. Jamie

Pollyanna jednak nie spotkała chłopca nazajutrz, bowiem padał deszcz, więc w ogóle nie mogła pójść do ogrodu. Następnego dnia także padało. Trzeciego dnia nie widziała go również, bo chociaż słońce świeciło jasno, chociaż dzień był prawie upalny i chociaż poszła do parku wyjątkowo wcześnie tego popołudnia, nowy jej znajomy nie zjawił się wcale. Za to czwartego dnia została go na jego zwykłym miejscu i podbiegła doń z radosnym powitaniem.

— Ach, jakże się cieszę, że cię widzę! Gdzieżeś się podziewał? Wczoraj w ogóle cię tu nie było.

— Nie mogłem. Miałem takie bóle, że w żaden sposób nie mogłem wyjść z domu — wytłumaczył, a Pollyanna zauważyła, że jest dzisiaj wyjątkowo blady.

— Bóle? Więc ciebie to boli? — Wyszeptała Pollyanna, przejęta współczuciem.

— O, tak, przeważcie — skinął chłopiec głową swobodnie. — Ale zazwyczaj są to bóle do wytrzymania, wczorajsze jednak były straszne, do tego stopnia, że nie mogłem się ruszać.

— Więc jak ty możesz mieć dobry humor, skoro cię stale boli? — dziwiła się dziewczynka.

— Jak to, nie rozumiem — tym razem chłopiec otworzył szerzej oczy. — Przecież widocznie tak musi być, jak jest, więc po co myśleć o tym, że mogłoby być inaczej? Zresztą im więcej boli jednego dnia, tym przyjemniej jest nazajutrz.

— Ja wiem! To tak, jak z tą grą... — zaczęła Pollyanna, lecz chłopiec nagle jej przerwał.

— A dzisiaj przyniosłaś dużo orzechów? — zapytał niespokojnie. — Mam nadzieję że tak! Bo widzisz, ja dzisiaj zupełnie nic nie mogłem przynieść. Jerry dziś rano nie mógł zaoszczędzić ani pensa na orzechy i nawet sam mam bardzo skromne śniadanie w pudełku.

Pollyanna spojrzała nań z przerażeniem.

— Więc mówisz, że sam będziesz miał mało na drugie śniadanie?

— Oczywiście! — uśmiechnął się chłopiec. — Ale nie martw się. Nie pierwszy to raz i nie ostatni. Już się do tego przyzwyczaiłem. O, patrz, zjawił się Sir Lancelot.

Pollyanna jednak nie myślała w tej chwili o wiewiórkach.

— A w domu także nie było więcej do jedzenia?

— Ach, nie, w domu nigdy nic nie zostaje — zaśmiał się chłopiec. — Widzisz, mamcia pracuje poza domem: myje schody i pierze, więc dostaje tam jedzenie, a Jerry je co popadnie, tylko rano i wieczorem jada z nami, jeżeli jest coś w domu do jedzenia.

Pollyanna była coraz bardziej przestraszona.

— A co robicie, jak nic nie macie?

— Chodzimy głodni, oczywiście.

— Jeszcze nigdy nie słyszałam o takich ludziach, którzy by nie mieli co jeść — dziwiła się Pollyanna. — Wprawdzie tatuś i ja też byliśmy biedni i jedliśmy groch i rybę, gdy mieliśmy apetyt na indyka, ale w każdym razie zawsze coś do jedzenia było. Dlaczego nie mówicie o tym ludziom, tym ludziom, którzy mieszkają w tych wszystkich pięknych domach?

— A co by nam z tego przyszło?

— Jak to, daliby wam coś, oczywiście!

Chłopiec zaśmiał się znowu, tym razem trochę dziwnie.

— Naiwna jesteś, moja droga. I tak by nic z tego nie było. Przynajmniej nikt z tych ludzi, których ja znam, nie uwzględniłby naszej prośby i nie poczęstowałby nas ani pieczenią, ani ciastkami z kremem. Zresztą, ponieważ ty ani przez chwilę nigdy nie byłaś głodna, jest zupełnie zrozumiałe, że nie możesz wiedzieć, jak bardzo w takich razach smakuje suchy chleb z mlekiem. Nie potrafiłabyś tego nawet zanotować w swojej Radosnej Księdze.

— W czym?

Chłopiec zaśmiał się zażenowany i nagle poczerwieniał.

— Zapomnij o tym! Zdawało mi się przez chwilę, że rozmawiam z mamcią, albo z Jerrym.

— Ale co to jest ta twoja Radosna Księga? — szepnęła Pollyanna. — Proszę cię, powiedz. Czy są w niej rycerze, panowie i damy?

Chłopiec potrząsnął głową. Oczy mu pociemniały i zasnuła je mgła smutku.

— Nie, wcale tego nie chciałem — westchnął głęboko. — Ale widzisz, jak człowiek nie może nawet chodzić, nie może walczyć i zdobywać trofeów, nie może marzyć o tym, aby jakaś piękna dama podała mu szpadę i udekorowała pierś złotym żetonem. — Nagły płomień zapalił się w jego oczach. Podniósł głowę, jakby w odpowiedzi na czyjeś wyzwanie, po czym w tej samej chwili ów płomień przygasł i chłopiec zapadł w milczenie.

— Taki człowiek nie jest do niczego zdolny — mówił po chwili zmęczonym głosem. — Może tylko siedzieć i myśleć, a czas dłuży mu się okropnie. Ze mną właśnie tak jest. Chciałbym chodzić do szkoły i uczyć się tych wszystkich rzeczy, których mamcia nauczyć mnie nie może, a o których myślę tak często. Chciałbym biegać i grać w piłkę z innymi chłopcami, chciałbym wychodzić z domu i sprzedawać gazety z Jerrym. Chciałbym, aby nie potrzebował się mną nikt opiekować przez całe życie.

— Wiem, wiem — wyszeptała Pollyanna, patrząc nań rozjaśnionym wzrokiem. — Przecież i mnie na pewien czas nogi odmówiły posłuszeństwa.

— Naprawdę? Wobec tego na pewno musisz wiedzieć, jak to jest. Ale ty później wyzdrowiałaś, a ja nie — westchnął i oczy mu jeszcze bardziej pociemniały.

— Jednakże do tej pory nie powiedziałeś mi jeszcze o Radosnej Księdze — przypomniała mu Pollyanna po chwili.

Chłopiec drgnął i zaśmiał się zawstydzony.

— Widzisz, bo ona ma pewną wartość tylko dla mnie. Ty na pewno byś się wcale nią nie interesowała. Rozpocząłem ją rok temu. Czułem się tego dnia wyjątkowo niedobrze. Wszystko mnie drażniło. Miałem do wszystkich pretensję, siedziałem zamyślony, aż wreszcie wziąłem jedną z książek ojca i próbowałem czytać. Wzrok mój spoczął przede wszystkim na następującym ustępie, którego się później nauczyłem na pamięć:

„Przyjemności tkwią głęboko, tam, gdzie ich wcale nie widzimy. Radość istnieje w dźwięku lub w ciszy”.

— Byłem oszołomiony. Zacząłem się zastanawiać nad tym, czy i w mojej ciszy jest radość i zacząłem jej szukać, wiesz, tej radości. Sięgnąłem po czysty notes, który mi kiedyś Jerry podarował i postanowiłem zapisywać w nim wszystkie moje radości. Odtąd wszystko, co mi sprawiało przyjemność, zapisywałem w notesie, aby później móc się przekonać, ile tych radości miałem.

— Tak, tak! — zawołała uradowana Pollyanna, gdy chłopiec zamilkł na chwilę.

— Nie spodziewałem się ich wiele, a okazało się, że jest ich bardzo dużo. Istniały rzeczy, które trochę lubiłem, więc i one oczywiście znalazły się w moim notatniku. Z zapisywaniem było coraz więcej roboty. Raz ktoś podarował mi kwiat w doniczce, innym znów razem Jerry znalazł ciekawą książkę w tramwaju. Znajdowałem coraz więcej przyjemności w odszukiwaniu tych miłych drobiazgów i w ten sposób czas mi się już tak nie dłużył. Pewnego dnia Jerry znalazł mój notatnik i przeczytał wszystko, co w nim było, po czym nazwał go Radosną Księgą. Potem już tak zostało.

— Tak zostało! — zawołała Pollyanna z rozjaśnioną twarzyczką. — Przecież to jest właśnie moja gra! Zabawiasz się w „grę w zadowolenie” i sam o tym nie wiesz, a nauczyłeś się jej lepiej niż ktokolwiek inny. Obawiam się, że nawet ja nie potrafiłabym w nią grać, gdybym nie miała co jeść i gdybym zupełnie nie mogła chodzić.

— Gra? Jaka gra? Ja nic o takiej grze nie wiem — zmarszczył brwi chłopiec.

Pollyanna klasnęła w dłonie.

— Wiem, że nie wiesz i dlatego to jest takie miłe i takie nadzwyczajne! Ale posłuchaj, opowiem ci.

I opowiedziała mu o wszystkim dokładnie.

— Hm! — mruknął w zamyśleniu, gdy skończyła. — I co teraz o tym wszystkim myślisz?

— Że grasz w moją grę lepiej niż ktokolwiek, a ja przecież nie znam nawet twego nazwiska i nic o tobie nie wiem! — zawołała Pollyanna, nie panując już nad sobą. — Ale chciałabym wiedzieć, chciałabym wiedzieć wszystko.

— Właściwie niewiele jest ciekawego — odparł, wzruszając ramionami. — Zresztą patrz, przyszedł biedny Sir Lancelot i jego przyjaciele, żeby im dać obiad.

— Mój Boże, już są — westchnęła Pollyanna, patrząc niecierpliwie na kręcące się, wygłodniałe stworzonka. Niechętnym ruchem sięgnęła po papierową torebkę, którą przyniosła ze sobą i całą jej zawartość wysypała na ziemię. — Już załatwione, więc możemy mówić dalej. — rzekła. — A tyle jeszcze chciałabym się dowiedzieć. Przede wszystkim powiedz mi, jak się nazywasz? Wiem tylko, że „Sir James”.

Chłopiec uśmiechnął się.

— To tylko Jerry tak mnie nazywa, a mamcia woła mnie „Jamie”.

— Jamie? — Pollyanna wstrzymała oddech, sztywniejąc z wrażenia. Błysk nadziei pojawił się w jej oczach, jednak zaraz po chwili odzwierciadliło się w nich pełne przestrachu powątpiewanie.

— Czy „mamcia” to znaczy mama?

— Naturalnie!

Pollyanna najwidoczniej posmutniała. Z twarzy jej znikł rozradowany uśmiech. Jeżeli Jamie ma matkę, to oczywiście nie może być owym Jamiem pani Carew, którego matka umarła już bardzo dawno. Ale chociaż nim nie jest, to jednak trzeba przyznać, że jest wyjątkowo interesujący.

— A gdzie ty mieszkasz? — dopytywała gorączkowo. — Czy masz jeszcze kogośkolwiek w rodzinie oprócz matki i Jerry’ego? Czy zawsze przyjeżdżałeś tu codziennie? Gdzie masz swoją Radosną Księgę? Czy mogłabym ją zobaczyć? Czy lekarze nie obiecują ci, że będziesz mógł kiedyś chodzić? A skąd zdobyłeś ten fotel na kółkach?

Chłopiec uśmiechnął się.

— Czy przypuszczasz, że na te wszystkie pytania będę ci mógł od razu odpowiedzieć? Zacznę od ostatniego i tak będę odpowiadał po kolei, jeżeli wszystkie zapamiętałem. Fotel ten zdobyłem rok temu. Jerry zna takiego jednego jegomościa, który pisze do gazet, więc napisał i o mnie, że nie mogę chodzić, o wszystkim i nawet o mojej Radosnej Księdze. Pewnego dnia przyszło dwóch panów i dwie panie z tym fotelem i powiedzieli, że fotel jest dla mnie. Przeczytali w gazecie to, co było o mnie napisane i chcieli, żebym miał od nich pamiątkę.

— O, Boże, jaki ty musiałeś być zadowolony!

— Naturalnie, że byłem. Na ten temat całą stronę zapisałem w mojej Radosnej Księdze.

— A nigdy już nie będziesz mógł chodzić? — oczy Pollyanny napełniły się łzami.

— W każdym razie nie zanosi się na to. Mówią, że to niemożliwe.

— Ach, i o mnie to samo mówili, ale jak pojechałam do doktora Amesa i byłam tam przez rok, to zupełnie wyzdrowiałam. Może on i tobie by pomógł?

Chłopiec potrząsnął głową.

— To niemożliwe, bo i tak nie mógłbym do niego jechać. To musi bardzo dużo kosztować, więc trzeba się pogodzić z myślą, że nigdy już chodzić nie będę. Ale mniejsza o to — niecierpliwie odrzucił w tył głowę. — Staram się w ogóle o tym nie myśleć. Wiesz przecież, do czego takie myślenie doprowadza.

— Tak, tak, naturalnie i niepotrzebnie o tym mówię — zawołała Pollyanna, odczuwając żal do samej siebie. — Najważniejsze jest to, że potrafisz grać w moją grę lepiej ode mnie. Ale mów dalej. Nie odpowiedziałeś mi jeszcze nawet na połowę pytań. Gdzie mieszkasz i czy Jerry jest twoim jedynym bratem?

Nagła zmiana pojawiła się na twarzy chłopca. Oczy mu zabłysły.

— Tak, chociaż zasadniczo to nie jest mój brat. Nie jest nawet moim krewnym, tak samo zresztą jak i mamcia. I pomyśl tylko, jacy oni są dla mnie dobrzy!

— Co to znaczy? — zapytała Pollyanna, nie wierząc własnym uszom — więc ta... ta twoja mamcia nie jest twoją matką?

— Nie, i właśnie dlatego...

— A ty w ogóle nie masz matki? — przerwała Pollyanna z wzrastającym podnieceniem.

— Nie, matki w ogóle nie pamiętam, a ojciec umarł sześć lat temu.

— Ile ty wtedy miałeś lat?

— Nie wiem. Byłem bardzo mały. Mamcia powiada, że mogłem mieć najwyżej sześć lat. To znaczy wtedy, kiedy oni mnie do siebie wzięli.

— I na imię ci Jamie? — Pollyanna z trudem wstrzymywała oddech.

— No tak, przecież powiedziałem.

— A jakie jest twoje nazwisko? — tęsknie, lecz bojaźliwie zapytała Pollyanna.

— Nie wiem.

— Nie wiesz?

— Nie pamiętam. Przypuszczam, że byłem za mały. Nawet Murphy’owie nie wiedzą. Zawsze mnie znali tylko jako Jamiego.

Rozczarowanie odmalowało się na twarzy Pollyanny, lecz w tym samym momencie jakaś myśl odegnała ten chwilowy cień.

— Jeżeli nie wiesz, jak brzmi twoje nazwisko, to na pewno nie będziesz również wiedział, czy przypadkiem nie nazywasz się Kent! — zawołała.

— Kent? — zdziwił się chłopiec.

— Tak — odparła Pollyanna w podnieceniu. — Bo widzisz, był taki mały chłopiec nazwiskiem Jamie Kent, który... — urwała nagle, przygryzając wargi. Przyszło jej na myśl w tej chwili, że lepiej będzie, jeśli nie zwierzy się przed chłopcem ze swojej nadziei, że właśnie on mógł być owym zaginionym Jamiem. Najlepiej samej się najprzód upewnić co do tego, bo gotowa mu zamiast radości dostarczyć tylko jeszcze więcej goryczy. Pamiętała dobrze, jak bardzo rozczarowany był Jimmy Bean, gdy zmuszona była mu powiedzieć, że panie z dobroczynności nie chcą go już więcej i gdy z początku nie chciał go również Pendleton. Postanowiła nie popełniać tego błędu po raz drugi, toteż natychmiast przybrała minę jak najbardziej obojętną i rzekła:

— Ale mniejsza o Jamiego Kenta. Opowiedz mi lepiej o sobie. Jestem szalenie ciekawa!

— Właśnie niewiele jest do opowiadania. Nie wiem o niczym przyjemnym — zawahał się chłopiec. — Podobno ojciec mój był... był bardzo dziwny i nigdy z nikim nie rozmawiał. Sąsiedzi nie znali nawet jego nazwiska, tylko nazywali go „profesorem”. Mamcia powiada, że mieszkaliśmy obydwaj w maleńkim pokoiczku na poddaszu domu w Lowell, gdzie mamcia do tej pory mieszka. Mamcia była wtedy bardzo biedna, ale nie tak biedna jak dzisiaj. Ojciec Jerry’ego żył wówczas i pracował.

— Tak, tak, mów dalej — zachęcała Pollyanna.

— Otóż mamcia powiada, że mój ojciec był chory i stawał się coraz bardziej dziwny, więc oni zabierali mnie do siebie na dół, żebym ciągle tak z nim nie siedział. Mogłem wtedy trochę chodzić, ale moje nogi nie były zupełnie w porządku. Bawiłem się z Jerrym i z jego małą siostrzyczką, która umarła. Gdy ojciec umarł, nie było nikogo, kto by mógł mnie zabrać, więc niektórzy sąsiedzi chcieli mnie oddać do przytułku dla sierot. Wtedy właśnie ta mała dziewczynka umarła, więc powiedzieli, że ja zajmę jej miejsce. I od tego czasu u nich jestem. Czułem się coraz gorzej, a oni też są coraz biedniejsi od czasu, jak ojciec Jerry’ego umarł, trzymają mnie jednak u siebie. No, czy nie uważasz, że to jest prawdziwa miłość bliźniego?

— Tak, o, tak — zawołała Pollyanna. — Ale otrzymają swoją nagrodę, otrzymają na pewno! — Pollyanna drżała już teraz z podniecenia. Ostatni cień zwątpienia pierzchnął bezpowrotnie. Odnalazła zaginionego Jamiego. Była tego pewna. Ale lepiej nic jeszcze nie mówić o tym. Najprzód musi go zobaczyć pani Carew. A później... później! Nawet Pollyannę imaginacja8 zawodziła, gdy chciała sobie wyobrazić panią Carew i Jamiego w tej chwili wielkiego szczęścia.

Skoczyła na równe nogi, nie zważając zupełnie na Sir Lancelota, który wrócił znowu i ośmielił się wejść jej na kolana w poszukiwaniu większej ilości orzechów.

— Muszę już teraz iść, ale jutro tu przyjdę. Możliwe, że przyjdę z jedną panią, którą na pewno chętnie poznasz. Ty będziesz tu także jutro, prawda? — zapytała z niepokojem.

— Oczywiście, o ile tylko będzie pogoda. Jerry przywozi mnie tutaj prawie codziennie rano. Później już by nie mógł, bo musi sprzedawać gazety. Zabieram swój obiad i zostaję do czwartej. Jerry jest bardzo dobry dla mnie, jak brat.

— Wiem, wiem — skinęła głową Pollyanna. — Może znajdziesz kogoś takiego, kto będzie dla ciebie także bardzo dobry — uśmiechnęła się i z uśmiechem tym szybko pobiegła do domu.

Rozdział IX. Plany i projekty

W drodze do domu Pollyanna układała pełne nadziei plany. Jutro za wszelką cenę musi nakłonić panią Carew, aby poszła z nią na spacer do publicznego parku. W jaki sposób plan ten zdoła przeprowadzić, sama jeszcze nie orientowała się dokładnie, wiedziała tylko, że to jest konieczne.

O tym, żeby powiedzieć pani Carew po prostu, że odnalazła Jamiego i że pragnie, aby ona sama go zobaczyła — nie mogło być mowy. Przecież zachodziła możliwość, że to wcale nie był ten Jamie, a jeżeli tak było istotnie i jeżeli rozpaliłaby w duszy pani Carew płonne nadzieje, rezultat mógłby być tragiczny. Pollyanna wiedziała od Mary, że już dwukrotnie pani Carew narażana była na głębokie rozczarowanie, gdy jej wskazano jakiegoś rzekomo znalezionego chłopca, który jednak, jak się okazało, absolutnie nie był podobny do synka zmarłej siostry. Zdawała więc sobie sprawę, że w żaden sposób nie może powiedzieć pani Carew, dlaczego tak bardzo zależy jej na tym, aby wraz z nią udała się do parku. Ale to byłby przecież jedyny sposób, przekonywała samą siebie Pollyanna, biegnąc uszczęśliwiona do domu.

Los jednakże, jak się okazało, jeszcze raz postanowił wtrącić się w te przykre sprawy, bo nazajutrz, wyjrzawszy przez okno, Pollyanna przekonała się, że pogoda absolutnie nie nadaje się do spaceru po ogrodzie. Gorzej jeszcze, bo ani następnego dnia, ani też po dwóch dniach chmury za żadną cenę nie chciały się przerzedzić i dziewczynka zmuszona była wszystkie trzy popołudnia spędzić na wędrowaniu od okna do okna, spoglądaniu w niebo i ciągłym zadawaniu jednego i tego samego pytania:

— Jak pani myśli, czy wygląda na to, że się wypogodzi?

Tak niezwykłe było to zachowanie ze strony zawsze wesołego i pogodnego dziecka i tak irytująco działało jedno i to samo pytanie powtarzane co chwilę, że pani Carew wreszcie straciła cierpliwość.

— Na miłość boską, dziecko, o co ci chodzi? — wybuchnęła. — Nigdy nie przypuszczałam, że potrafisz tak kaprysić na temat pogody. A gdzież się podziała dzisiaj twoja „gra w zadowolenie”?

Pollyanna poczerwieniała i zawstydziła się.

— Mój Boże, rzeczywiście zapomniałam w tej chwili o mojej grze — przyznała. — A przecież na pewno znalazłabym coś przyjemnego, gdybym tylko poszukała. Na przykład przyjemnie jest pomyśleć, że kiedyś przecież deszcz przestanie padać, jeżeli Pan Bóg nie ześle nowej chmury. Ale widzi pani, tak chciałam, żeby dzisiaj było ładnie.

— Dlaczego specjalnie dzisiaj?

— Ach, bo... bo miałam ochotę pójść na spacer do parku — Pollyanna usiłowała mówić najbardziej obojętnie. — Myślałam... myślałam nawet, że pani także zechce pójść ze mną. — Zewnętrznie Pollyanna była szalenie odważna, lecz w duszy po prostu spalało ją gorączkowe podniecenie.

— Ja mam iść na spacer do parku? — zdziwiła się pani Carew, unosząc ku górze brwi. — Bardzo ci dziękuję, ale obawiam się, że nic by z tego nie było — dorzuciła z uśmiechem.

— Ach, przecież by pani chyba nie odmówiła! — wyszeptała Pollyanna z nagłym przerażeniem.

— Owszem, odmawiam.

Pollyanna z trudnością przełknęła ślinę. Twarzyczka jej stawała się coraz bardziej blada.

— Ależ, proszę nie mówić, że pani nie pójdzie, jak będzie pogoda — błagała. — Ja ze specjalnej przyczyny chciałabym, żeby pani poszła ze mną ten jeden raz.

Pani Carew zmarszczyła brwi. Otworzyła już usta, aby wypowiedzieć „nie” jeszcze bardziej stanowczo, lecz coś w błagalnym wzroku Pollyanny powstrzymało ją od tego i w zamian z otwartych ust padła nieoczekiwana obietnica.

— Dobrze, dobrze, dziecko, niech i tak będzie. Ale jak ci przyrzeknę pójść, ty musisz mi ze swojej strony przyrzec, że chociaż przez godzinę nie będziesz podchodziła do okna i nie będziesz pytała, czy myślę, że się wypogodzi.

— Dobrze, będę... chciałam powiedzieć, że nie będę — odparła zadyszana Pollyanna, po czym, widząc, że na dworze robi się jaśniej, mimo woli podbiegła do okna, wołając radośnie: — Jak pani myśli, czy się... Ach! — urwała nagle z przerażeniem i wybiegła z pokoju.

Nieoczekiwanie „wypogodziło się” następnego ranka. Lecz chociaż słońce świeciło jasno, na dworze panował przykry chłód i po południu, gdy Pollyanna wróciła ze szkoły, zerwał się bardzo silny wiatr. Mimo wszelkich protestów jednak, upierała się, że dzień jest wyjątkowo piękny i zaznaczyła, że będzie bardzo zmartwiona, jeżeli pani Carew nie pójdzie z nią na spacer do parku. I pani Carew poszła, chociaż z początku oponowała9.

Jak było do przewidzenia, wyprawa okazała się bezowocna. Zniecierpliwiona kobieta i zaniepokojona dziewczynka, drżąc, śpiesznie przebiegały wszystkie alejki parkowe. Pollyanna, nie znalazłszy chłopca w zwykłym jego miejscu, szukała go po wszystkich kątach i zakamarkach ogrodu. Była wreszcie w parku i zdołała sprowadzić tutaj panią Carew, a Jamiego nie mogła znaleźć i co gorsza, nie mogła pisnąć o tym ani słowem pani Carew. Wreszcie zziębnięta i przemęczona, pani Carew zażądała powrotu do domu, więc Pollyanna z rozpaczą w duszy poszła.

Nastały smutne dni dla Pollyanny. To, co dla niej graniczyło z tragedią, a w oczach pani Carew było tylko zwykłą „niepogodą”, pogarszało jeszcze nastrój, stwarzało pustkę i czyniło życie bezbarwnym. Jeżeli w przerwach choć na chwilę wyłaniało się spoza chmur słońce, Pollyanna wybiegała do parku, lecz za każdym razem na próżno. Jamiego nie było. Nastała połowa listopada i nawet ten przyjemny i wesoły park stał się teraz dziwnie ponury. Drzewa stały nagie, ławki prawie puste i ani jednej łódki nie widać było na stawku. Wprawdzie wiewiórki i gołębie trwały na swoich stanowiskach, a jaskółki fruwały stadami jak zwykle, lecz karmić je było raczej przykro niż radośnie, bo każde machnięcie ogonem Sir Lancelota przywodziło gorzkie wspomnienia o chłopcu, który mu nadał to imię i którego nie było teraz tutaj.

— I pomyśleć, że nie dowiedziałam się nawet, gdzie mieszka! — powtarzała wciąż do siebie Pollyanna w miarę upływających dni. — A na pewno to był Jamie, jestem przekonana. I teraz będę musiała czekać i czekać, dopóki wiosna nie nadejdzie, dopóki nie będzie wystarczająco ciepło, żeby tu mógł przyjść znowu. A wtedy może ja znowu nie będę tu mogła przychodzić. O, Boże, Boże, przecież to był Jamie, jestem pewna, że to był on!

Wreszcie pewnego słotnego popołudnia stało się coś nieoczekiwanego. Przechodząc korytarzem na górze, Pollyanna usłyszała z dolnego hallu jakieś gniewne głosy, z których jeden był głosem Mary, drugi zaś... Ten drugi głos właśnie mówił:

— Przestałaby pani! Tu nie ma mowy o jałmużnie. Pani rozumie? Chcę widzieć tę małą, Pollyannę. Mam dla niej wiadomość od... od Sir Jamesa. Może by pani tę małą tu zawołała.

Z okrzykiem radości Pollyanna zawróciła i zbiegła szybko po schodach.

— Ach, jestem właśnie, jestem! — zawołała, wstrzymując oddech. — Co się stało? Czy Jamie cię przysłał?

Pod wpływem podniecenia omal nie rzuciła się chłopcu na szyję, lecz zapobiegła temu przerażona i zgorszona Mary.

— Panno Pollyanno, panno Pollyanno, więc panienka go zna, tego żebraka?

Chłopiec zarumienił się gniewnie, lecz zanim zdążył przemówić, Pollyanna już samorzutnie stanęła w jego obronie.

— To nie jest wcale żebrak. On jest moim najserdeczniejszym przyjacielem, zresztą to właśnie on odprowadził mnie do domu wtedy, gdy zabłądziłam — po czym zwróciła się do chłopca, powtarzając raz jeszcze: — Co się stało? Czy Jamie cię przysłał?

— Oczywiście, że on. Zaziębił się miesiąc temu i dotychczas nie wstał.

— Co takiego? — zdziwiła się Pollyanna.

— Zaziębił się, położył się do łóżka. Jest chory i chce się z tobą widzieć. Przyjdziesz?

— Chory? O, jak mi przykro! — Zmartwiła się Pollyanna. — Naturalnie, że przyjdę. Pójdę tylko po kapelusz i płaszcz i zaraz wrócę.

— Panno Pollyanno! — zawołała Mary w najwyższym zgorszeniu. — Tak panienka mówi, jakby pani Carew pozwoliła panience pójść z jakimś obcym chłopakiem!

— Ależ on nie jest wcale obcy — zaprotestowała Pollyanna. — Znam go od dawna i muszę tam iść. Ja...

— Na miłość boską, co to wszystko znaczy? — zawołała pani Carew lodowatym tonem, ukazując się w drzwiach salonu. — Pollyanno, kim jest ten chłopiec i co on tutaj robi?

Pollyanna odwróciła się z mimowolnym okrzykiem.

— Ach, proszę pani, pani mi pozwoli pójść, prawda?

— Dokąd pójść?

— Zobaczyć się z moim bratem, proszę pani — wtrącił pośpiesznie chłopak, usiłując być grzeczny. — On jest chory i nie da mi chyba spokoju, dopóki jej nie przyprowadzę. Ciągle myśli o niej.

— Czy mogę pójść, pani mi pozwoli? — prosiła Pollyanna.

Pani Carew nachmurzyła się.

— Pójść z tym chłopcem, ty? Oczywiście, że nie, Pollyanno! Dziwię się, że śmiałaś przez chwilę pomyśleć o tym.

— Ale ja bym chciała, żeby i pani ze mną poszła — szepnęła zawstydzona dziewczynka.

— Ja? Głupstwa pleciesz, moje dziecko! To niemożliwe. Możesz dać temu chłopcu trochę pieniędzy, jeśli chcesz, ale...

— Dziękuję pani, ja tu nie przyszedłem po pieniądze — zawołał chłopak, a oczy pałały mu gniewem. — Przyszedłem tutaj po nią.

— Tak, proszę pani, to jest Jerry, Jerry Murphy, ten chłopiec, który mnie znalazł, jak zginęłam i odprowadził do domu. Czy teraz pozwoli mi pani iść?

Pani Carew potrząsnęła przecząco głową.

— Nie ma o czym mówić, Pollyanno.

— Ale on powiada, że ja... że tamten chłopiec jest chory i chce mnie widzieć!

— Na to, niestety, nic pomóc nie mogę.

— Ale ja go naprawdę znam bardzo dobrze, proszę pani. Mówię prawdę. On czyta książki, takie śliczne książki, w których jest pełno rycerzy, możnych panów i dam, karmi ptaki i wiewiórki i nadaje im imiona, poza tym nie może chodzić i często po całych dniach nie ma nic do jedzenia. Ten chłopiec od roku już gra w moją grę, a wcale o tym nie wiedział i gra w nią o wiele lepiej ode mnie. Naprawdę, proszę pani, ja muszę tam iść do niego — Pollyanna już prawie szlochała. — Nie mogę go znowu utracić!

Rumieniec gniewu ukazał się na policzkach pani Carew.

— Pollyanno, pleciesz głupstwa. Jestem zdziwiona. Jestem zaskoczona tym, że upierasz się przy czymś, czego ja nie pochwalam. Nie mogę pozwolić na to, żebyś poszła z tym chłopcem. A teraz proszę cię, żebym więcej o tym nie słyszała!

Nowy wyraz odmalował się na twarzy Pollyanny. Z przerażoną minką podniosła głowę i spojrzała prosto w oczy pani Carew, po czym drżącym, lecz poważnym tonem rzekła:

— Wobec tego powiem już pani. Chciałam milczeć, dopóki się nie upewnię. Chciałam, żeby go pani najprzód zobaczyła. Ale teraz muszę powiedzieć. Nie mogę go stracić znowu. Mam wrażenie, że to jest Jamie.

— Jamie! Ale nie mój Jamie! — Pani Carew nagle zbladła. — Niemożliwe!

— Wiem o tym, ale na imię mu Jamie, a nazwiska swego nie zna. Ojciec umarł mu, gdy miał sześć lat, a matki swojej zupełnie nie pamięta. Przypuszcza, że ma teraz dwanaście lat. Ci ludzie zabrali go po śmierci ojca, ojciec zaś za życia był strasznie dziwny, nie powiedział nikomu swego nazwiska i...

Lecz pani Carew przerwała jej ruchem ręki. Była teraz jeszcze bledsza niż przedtem, lecz oczy jej płonęły niesamowitym ogniem.

— Pójdziemy tam natychmiast — zawołała. — Mary, poowiedz Perkinsowi, żeby wóz jak najprędzej był gotowy. Pollyanno, biegnij po płaszcz i kapelusz. Chłopcze, proszę cię, zaczekaj chwilę. Zaraz będziemy gotowe i pójdziemy z tobą — i pani Carew pobiegła śpiesznie na górę.

Chłopak czekający na dole w hallu odetchnął głęboko.

— Patrzcie państwo! — gwizdnął przez zęby. — To nawet autobusem nie trzeba będzie jechać! Taka jazda to dopiero pierwsza klasa! Ciekawe, co na to powie Sir James?

Rozdział X. U rodziny Murphych

Z głuchym warkotem, który jest tak charakterystyczny, jeżeli chodzi o luksusowe limuzyny, auto pani Carew pomknęło w dół alei Commonwealth i ulicą Arlington do placu Karola. Wewnątrz siedziała jasnooka dziewczynka i blada, najwidoczniej zdenerwowana, elegancka kobieta. Na siedzeniu przy motorze, ku niechęci zgorszonego szofera, zajął miejsce Jerry Murphy, niezwykle dumny i przejęty swoją misją.

Gdy limuzyna zatrzymała się przed odrapaną bramą, na wąskiej, brudnej uliczce, chłopak wyskoczył na chodnik i naśladując maniery lokaja w liberii, które niejednokrotnie miał okazję zaobserwować, otworzył usłużnie drzwiczki auta, czekając aż panie wysiądą.

Pollyanna wyskoczyła od razu i oczy jej rozszerzyły się przestrachem, gdy rozejrzała się dokoła. Za jej przykładem poszła pani Carew, drżąca na całym ciele, ze wzrokiem pałającym, spoglądająca nieufnie na gromadkę obdartych dzieci, które szczebiocąc i wymyślając sobie nawzajem, bawiły się przed kamienicą, a teraz z ciekawością otoczyły auto.

I Jerry począł wymachiwać gniewnie rękami.

— Wynosić mi się stąd! — wołał do tłumu dzieciarni. — Tu nie jest bezpłatne kino! W tej chwili uciekajcie. Z drogi. Goście przyjechali do naszego Jamiego.

Pani Carew zadrżała znowu i położyła dłoń na ramieniu Jerry’ego.

— Daj spokój! — mitygowała10 go.

Ale chłopiec nie słyszał. Rozpychając się pięściami i łokciami, torował drogę znakomitym gościom i nim pani Carew zdążyła się zorientować, znajdowała się już wraz z chłopcem i Pollyanną u podnóża krzywych schodów prowadzących do ciemnego, cuchnącego korytarza.

Jeszcze raz wyciągnęła przed siebie drżącą rękę.

— Zaczekajcie — rozkazała szeptem. — Pamiętajcie! Żeby żadne z was nie powiedziało ani słowa, że... że to może ten chłopiec, którego szukam. Muszę najprzód sama zobaczyć i zadać mu kilka pytań.

— Oczywiście! — zgodziła się Pollyanna.

— To się wie — skinął głową chłopiec. — Ja tam nie będę przeszkadzał. Proszę tylko wchodzić ostrożnie po tych schodach, bo wszędzie są dziury, a często można spotkać tutaj jakiegoś śpiącego dzieciaka. Winda jest dzisiaj nieczynna — zażartował wesoło. — Musimy pójść na górę piechotą!

Pani Carew wkrótce sama przekonała się o owych dziurach, w które co chwila wpadały jej obcasy, dostrzegła również zapowiedzianego dzieciaka — dwuletnie maleństwo, bawiące się jakimś blaszanym pudełkiem i robiące przy tym mnóstwo hałasu na całych schodach. Ze wszystkich stron drzwi były otwarte lub uchylone i co chwilę przez wąską szczelinę ukazywała się jakaś twarz kobieca lub brudna twarzyczka dziecka. Z niektórych mieszkań dobiegał głośny płacz niemowlęcia, z innych znów przekleństwa wypowiadane męskim głosem. Zewsząd czuć było zapach wódki, gotującej się kapusty i dawno niemytych ciał ludzkich.

Na trzecim i ostatnim piętrze chłopiec zatrzymał się przed jakimiś zamkniętymi drzwiami.

— Właśnie myślę o tym, co powie Sir James, gdy zobaczy paczkę, którą mu przyniosłem — wyszeptał przyciszonym głosem. — Mamcia to na pewno będzie płakać, jakby Jamie od nas odchodził. — Po chwili otworzył na oścież drzwi z radosnym okrzykiem: — Już jesteśmy, przyjechaliśmy autobusem! Lepiej się czujesz, Sir James?

Był to maleńki pokoik, zimny, niewesoły i beznadziejnie pusty, lecz czysty i schludny. Nikt nie wychylił głowy przez otwarte drzwi, nie było tu rozkrzyczanych dzieci, nie unosiła się w powietrzu przykra woń wódki, kapusty czy ludzkiego brudu. W pokoiku stały dwa łóżka, trzy połamane krzesła, zwykły stół z surowego drzewa i komin z dogasającym ogniem, który widocznie rozpalany był tylko wówczas, kiedy przejmujące zimno dawało się dobrze we znaki mieszkańcom. Na jednym z łóżek leżał chłopiec o zaczerwienionych policzkach i pałających gorączką oczach. Przy nim siedziała szczupła, blada kobieta, pochylona i zgarbiona od reumatyzmu.

Pani Carew weszła do pokoju i jakby pragnąc dodać samej sobie odwagi, przystanęła na chwilę, oparta plecami o ścianę. Pollyanna spiesznie pobiegła naprzód z radosnym okrzykiem, Jerry zaś, usprawiedliwiwszy się krótkim: „Zaraz wrócę, przepraszam!” — zniknął za drzwiami.

— Ach, Jamie, tak się cieszę że cię znalazłam — zawołała Pollyanna. — Nie wiesz nawet, że szukałam cię codziennie. Ale przykro mi, że jesteś chory!

Jamie uśmiechnął się radośnie i wyciągnął ku niej wychudzoną rękę.

— Ja się nie martwię, jestem zadowolony — odparł wymownie — bo dzięki temu przyszłaś mnie odwiedzić. Zresztą już teraz czuję się lepiej. Mamciu, to jest ta mała dziewczynka, która mnie nauczyła „gry w zadowolenie”. Mamcia już także w to gra — zawołał z triumfem, zwracając się do Pollyanny. — Z początku płakała, że ją plecy bolą i że nie może nic robić, ale później, gdy ja zachorowałem, zaczęła się cieszyć, że nie pracuje, bo chociaż może się mną opiekować.

W tej chwili pani Carew postąpiła kilka kroków naprzód, patrząc z przestrachem i jednocześnie z tęsknotą w twarz chłopca leżącego w łóżku.

— To jest pani Carew. Przyszła tu ze mną, aby cię zobaczyć, Jamie — przedstawiła ją Pollyanna drżącym głosikiem.

Szczupła, zgarbiona kobieta podniosła się w tej chwili z wysiłkiem, podsuwając gościowi krzesło. Pani Carew przyjęła zaproszenie, nie patrząc nawet na właścicielkę mieszkania. Wzrok jej przez cały czas był utkwiony w twarz chłopca.

— Na imię ci Jamie? — zapytała z widocznym trudem.

— Tak, proszę pani. — Jasne jego oczy nie unikały jej spojrzenia.

— A jak się nazywasz?

— Nie wiem.

— To nie jest pani syn? — po raz pierwszy pani Carew zwróciła się do bladej kobiety, stojącej wciąż przy łóżku.

— Nie, łaskawa pani.

— I nie zna pani jego nazwiska?

— Nie, łaskawa pani. Nigdy go nie znałam.

Z wyrazem rozpaczy pani Carew zwróciła się znowu do chłopca.

— Ale pomyśl, pomyśl... nie przypominasz sobie, jak się nazywałeś, Jamie?

Chłopiec potrząsnął przecząco głową. W oczach jego pojawiło się zdziwienie.

— Nie, nic zupełnie.

— Czy nie masz nic takiego, co należało kiedyś do twego ojca i na czym mogło by być jego nazwisko?

— Nie pozostawił nic wartościowego, oprócz książek — wtrąciła się do rozmowy pani Murphy. — Tutaj leżą. Może pani chce je przejrzeć — zaproponowała, wskazując rząd zniszczonych tomów na półce. Po chwili z nieopanowaną ciekawością zapytała: — Czy pani sądzi, że go pani kiedyś znała?

— Nie wiem — wyszeptała pani Carew jakimś nie swoim głosem, wstając i podchodząc do półki z książkami.

Książek tych nie było wiele — dziesięć albo dwanaście. Stał tam jakiś tom utworów Szekspira, poza tym Ivanhoe, bardzo zniszczona Bogini jeziora, tom zbiorowych poezji, Tennyson bez oprawy, zrujnowany zupełnie Mały Lord Fauntleroy i dwie czy trzy książki, jak się okazało — historia starożytna i średniowieczna. Lecz chociaż pani Carew przeglądała uważnie każdą książkę z osobna, nigdzie nie znalazła ani śladu nazwiska właściciela. Z głębokim westchnieniem powróciła do leżącego chłopca i do bladej kobiety, którzy obydwoje w tej chwili patrzyli na nią zdziwionymi i pytającymi oczami.

— Chciałabym, żebyście mi powiedzieli wszystko, co sami wiecie — rzekła urywanym głosem, padając bezsilnie na krzesło stojące przy łóżku.

I chłopiec zaczął mówić. Była to mniej więcej ta sama historia, jaką opowiedział Pollyannie w parku. Niewiele było w niej nowego, nic specjalnie ważnego, z wyjątkiem tajemniczych zapytań, jakie zadawała pani Carew. Skończywszy opowiadanie, Jamie utkwił gorączkowe spojrzenie w twarzy pani Carew.

— Pani przypuszcza, że znała mego ojca? — zapytał błagalnie.

Pani Carew przymknęła oczy i drżącą dłoń przyłożyła do czoła.

— Nie wiem — odpowiedziała — ale przypuszczam, że nie.

Pollyanna wydała okrzyk głębokiego rozczarowania, lecz zaraz umilkła, posłuszna ostrzegawczemu spojrzeniu pani Carew. Z nowym przerażeniem jednak poczęła rozglądać się po izdebce.

Jamie, odwróciwszy oczy od pani Carew, nagle zbudził się do swych obowiązków gospodarza.

— Ładnie z twojej strony, że przyszłaś! — rzekł do Pollyanny z wdzięcznością. — Jak tam Sir Lancelot? Czy ciągle go jeszcze karmisz? — a gdy Pollyanna nie odpowiedziała od razu, przeniósł pośpiesznie wzrok z jej twarzyczki na coś czerwonego w pękniętej butelce na oknie. — Widziałaś mój bukiet? Jerry go znalazł. Ktoś go widocznie zgubił, a on podniósł. Prawda, że piękny? Nawet trochę pachnie.

Lecz Pollyanna zdawała się nie słyszeć tego, co mówił. Szeroko rozwartymi oczami rozglądała się po pokoju, składając, to znów rozkładając nerwowo dłonie.

— Nie rozumiem tylko, jak możesz w ogóle tutaj grać w moją grę, Jamie — szeptała. — Nie przypuszczałam, że może istnieć podobnie okropne mieszkanie — dorzuciła z drżeniem.

— Ho! — uśmiechnął się Jamie wyzywająco. — To powinnaś zobaczyć mieszkanie Pików na dole. Tamto jest o wiele gorsze od naszego. Nie wyobrażasz sobie, ile pięknych rzeczy jest w tym pokoju. Mamy na przykład słońce codziennie co najmniej przez dwie godziny, a gdy się podejdzie zupełnie blisko do okna, to można zobaczyć spory kawałek nieba. Żebyśmy tylko mogli mieć dalej ten pokój, bo obawiamy się, że będziemy się musieli stąd wyprowadzić, a to nas najbardziej martwi.

— Wyprowadzić?

— Tak. Zalegamy z komornym, bo mamcia była tak chora, że nie mogła nic zarobić. — Mimo wesołego uśmiechu głos Jamiego drżał w tej chwili. — Panna Dolan z parteru, ta, która przechowuje mój fotel na kółkach, dopomaga nam już od kilku dni. Ale przecież nie będzie mogła zawsze, więc będziemy musieli stąd pójść, chyba że Jerry nagle się wzbogaci.

— Ach, czy nie można byłoby... — zaczęła szeptem Pollyanna.

Urwała nagle. Pani Carew podniosła się nagle z krzesła i zawołała śpiesznie:

— Chodźmy, Pollyanno, musimy już iść — a po chwili zmęczonym głosem do właścicielki nędznego pokoiku: — Nie potrzebuje się pani wyprowadzać. Zaraz przyślę trochę pieniędzy i prowiantów11 i zawiadomię o pani jedno z towarzystw dobroczynnych, w którego działania sama jestem zaangażowana. Z pewnością...

Nagle przestała mówić. Pochylona postać bladej kobiety nieoczekiwanie wyprostowała się. Policzki pani Murphy pałały, oczy jej płonęły ogniem gniewu.

— Bardzo pani dziękuję, nie trzeba — zawołała drżącym głosem, lecz z dumą. — Jesteśmy biedni, Bóg wie najlepiej, ale jałmużny nie potrzebujemy.

— Przesada! — zawołała pani Carew ostro. — Zgadzacie się na to, żeby wam pomagała ta kobieta z dołu. Tak przynajmniej mówił ten mały.

— Tak, ale to nie jest jałmużna — zaprotestowała zgarbiona kobieta. — Pani Dolan jest moją przyjaciółką i wie o tym, że w razie potrzeby i ja bym jej przyszła z pomocą. Pomoc ze strony przyjaciół nie jest jałmużną. Oni to robią pod wpływem uczucia, więc jest w tym pewna różnica. Nie zawsze nam tak było, jak jest dzisiaj, i dlatego to takie bolesne. Dziękuję pani, ale nie możemy przyjąć od pani pieniędzy.

Pani Carew zmarszczyła brwi gniewnie. Ta chwila była dla niej bardzo nieprzyjemna i pełna rozczarowania. Pani Carew nigdy nie grzeszyła zbytnią cierpliwością, teraz jednak panowała nad sobą, choć była bardzo zmęczona.

— Dobrze, niech i tak będzie — zauważyła chłodno, po czym z wyraźną irytacją dorzuciła: — Ale dlaczego nie pójdzie pani do swego gospodarza i nie zażąda, żeby tu pewne rzeczy ponaprawiał? Przecież należy się pani coś więcej niż potłuczone szyby w oknach, które się zastępuje papierem i gałganami. A i te schody, którymi wchodziłam tutaj, są stanowczo dla ludzi niebezpieczne.

Pani Murphy westchnęła ze smutkiem. Pochyliła się teraz jeszcze bardziej niż przedtem.

— Próbowaliśmy coś zrobić, lecz nigdy nic osiągnąć nie można. Gospodarza nie znamy, tylko administratora, a ten powiada, że komorne jest zbyt niskie, aby jeszcze wkładać pieniądze w naprawy.

— Głupstwa plecie! — obruszyła się pani Carew z całą ostrożnością osoby nerwowej, która wreszcie znalazła ujście dla swej irytacji. — Przecież to wstyd! Zresztą lokatorzy mają prawo tego żądać. Te schody są okropne. Już ja się tym zajmę, żeby tutaj poczyniono najważniejsze naprawy. Jak się nazywa ten administrator i kto jest właścicielem tego zaniedbanego domu?

— Nazwiska właściciela nie znam, łaskawa pani, a administratorem jest pan Dodge.

— Dodge! — pani Carew drgnęła nagle i dziwna zmiana pojawiła się na jej twarzy. — Nie ma pani chyba na myśli Henry’ego Dodge’a?

— Owszem, proszę pani. Mam wrażenie, że mu właśnie na imię Henry.

Rumieniec zażenowania12 wypłynął na twarz pani Carew, po chwili jednak ustąpił, czyniąc ją jeszcze bledszą niż dotychczas.

— Dobrze, ja... ja się już tym zajmę — wyszeptała niepewnie, idąc ku drzwiom. — Chodźmy, Pollyanno, musimy już teraz iść.

Pollyanna stała pochylona nad łóżkiem, ze łzami w oczach żegnając chorego Jamiego.

— Ale ja przyjdę znowu. Na pewno przyjdę wkrótce — obiecywała serdecznie, wychodząc za panią Carew.

Przez cały czas, gdy schodziły po schodach z trzech wysokich pięter, gdy przedzierały się z trudem przez rozgadany i żywo gestykulujący tłum mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy otaczali zniechęconego Perkinsa i wspaniałą limuzynę — Pollyanna milczała. Lecz doczekawszy się zaledwie, aby szofer zatrzasnął za nimi drzwiczki auta, wyszeptała błagalnie:

— Proszę, bardzo proszę, niech pani powie, że to był Jamie! Jemu byłoby naprawdę dobrze, gdyby to właśnie był on.

— Ale to nie jest Jamie.

— O Boże! Czy pani jest pewna?

Zaległa chwila ciszy, po czym pani Carew nagle ukryła twarz w dłoniach.

— Nie, nie jestem pewna i w tym jest właśnie cała tragedia — jęknęła. — Wątpię, czy to jest on, a raczej pewna jestem, że nie. Ale oczywiście istnieje taka możliwość i to mnie właśnie zabija.

— A czy nie może pani wyobrazić sobie, że to jest Jamie — prosiła Pollyanna — i udawać, że to właśnie jest on? Mogłaby go pani wtedy zabrać do domu i... — lecz pani Carew drgnęła przerażona.

— Zabrać tego chłopca do swego domu, skoro to nie jest Jamie? Nigdy Pollyanno! To byłoby niemożliwe.

— Ale jeżeli nie może pani pomóc Jamiemu, to jestem pewna, że on byłby bardzo zadowolony, że jest ktoś, komu pani pomaga — argumentowała Pollyanna nieśmiało. — A co jeżeli ten pani Jamie jest taki właśnie jak ten Jamie, biedny i chory, i jeżeli nie ma nikogo, kto by mu przyszedł z pomocą i...

— Dosyć, dosyć Pollyanno — jęczała pani Carew, kręcąc nieprzytomnie głową w bezgranicznej rozpaczy. — Gdy pomyślę, że może gdzieś nasz Jamie jest jak ten... — głęboki szloch nie pozwolił jej skończyć rozpoczętego zdania.

— Właśnie o tym myślałam! — zawołała w podnieceniu Pollyanna. — Więc pani teraz rozumie? Gdyby to był pani Jamie, oczywiście zabrałaby go pani do siebie, a jeżeli to nie jest on, to nie zrobi pani żadnej krzywdy tamtemu Jamiemu, biorąc do siebie tego, a będzie to tylko dobry uczynek, bo uszczęśliwi pani tego biedaka! A później, jak pani znajdzie prawdziwego Jamiego, to i tak pani nic nie straci, bo będzie pani miała przy sobie dwóch szczęśliwych chłopców, zamiast jednego. Zresztą... — lecz i tym razem pani Carew przerwała jej.

— Dość, już dość, Pollyanno! Muszę pomyśleć, zastanowić się nad tym wszystkim.

Ze łzami w oczach Pollyanna oparła się o poduszki samochodu. Z wyraźnym wysiłkiem zachowywała milczenie w ciągu długiej minuty, po czym wybuchnęła, nie mogąc już dłużej panować nad sobą:

— Ach, ale jakie straszne było to mieszkanie! Życzyłabym temu gospodarzowi, żeby w nim mieszkał. Ciekawa jestem, czy czułby się tam dobrze.

Pani Carew poruszyła się niespokojnie. Twarz jej skurczyła się dziwnym grymasem. Błagalnie niemal przywarła do ramienia Pollyanny.

— Daj spokój! — zawołała. — Może ona nie wie, Pollyanno. Na pewno nie wie. Jestem pewna, że nie wie nawet, iż ten dom do niej należy. Ale my to załatwimy, załatwimy z pewnością.

— Ona! Więc to kobieta jest właścicielką tego domu i pani ją zna? I zna pani także administratora?

— Tak — pani Carew zagryzła wargi. — Znam ją i znam administratora.

— Ach, jak ja się cieszę — westchnęła Pollyanna. — W takim razie wszystko będzie w porządku.

— Na pewno będzie lepiej, niż jest teraz — obiecała pani Carew z przejęciem, gdy auto zatrzymało się przed bramą jej mieszkania.

Pani Carew mówiła tak, jak by była pewna tego, co mówi. Może rzeczywiście zrobiła jakieś postanowienie, lecz nie chciała w to wtajemniczać Pollyanny. Przed udaniem się na spoczynek napisała list do Henry’ego Dodge’a, wzywając go na natychmiastową konferencję w sprawie poczynienia pewnych zmian i napraw w jednym z domów, które były jej własnością. W liście było kilka niechętnych zdań na temat „powybijanych okien” i „krzywych schodów”, które to zdania przyprawiły Henry’ego Dodge’a o zły humor i były powodem głośnego przekleństwa, jakie rzucił przez zęby, chociaż w tej samej chwili administrator zbladł nagle i nawiedziło go uczucie panicznego lęku.