Rozdział XII. Za ladą sklepową

Pani Carew była zła. Dojść tego, żeby uczynić postanowienie wzięcia chorego chłopca do swego domu i otrzymać z jego strony odpowiedź odmowną — to już przechodziło wszelkie oczekiwania. Nie była przyzwyczajona do tego, żeby ktoś śmiał ignorować jej zaproszenia lub nie spełniać wyrażonych przez nią życzeń. Co gorsza, teraz, kiedy nie mogła wziąć do siebie tego chłopca, odczuwała jeszcze większy niepokój, bo przecież w zasadzie chłopak ten mógł jednak być prawdziwym Jamiem. Zdawała sobie dokładnie sprawę, że pragnęła go mieć u siebie nie dlatego, że kierowało nią jakieś głębsze uczucie lub że chciała biedakowi pomóc, lecz dlatego, że była pewna, iż raz na zawsze osiągnie upragniony spokój i przestanie ją dręczyć to wiecznie szumiące w uszach pytanie: „A jeżeli to jest prawdziwy Jamie?”.

Nie wyjaśniał sprawy fakt, że chłopak jako przyczynę swojej odmowy podał to, że ona do niego „nic nie czuje”. Teraz pani Carew z wielką dumą przyznawała się, że istotnie nie żywi dla tego kaleki żadnego uczucia, że przekonana jest, iż to nie jest syn jej siostry i że postara się jak najśpieszniej „o tym wszystkim zapomnieć”.

Zapomnieć jednak nie mogła. Myśl o chłopcu nie dawała jej po prostu spokoju i nawiedzały ją teraz coraz częstsze zwątpienia. Chociaż usiłowała myśli swe kierować na inne sprawy, ustawicznie przed oczami jej wyobraźni majaczyła rozgorączkowana twarz chłopca i wnętrze ubogiej, ciasnej izdebki.

A poza tym była jeszcze Pollyanna. Wszystko wskazywało na to, że dziewczynka nieoczekiwanie przestała być sobą. Po całych dniach snuła się po domu, nie znajdując nic takiego, co by ją mogło zainteresować.

— Ach, nie, nie jestem chora — odpowiadała, gdy ją wypytywano na ten temat.

— A co ci jest właściwie?

— Nic. Ja... ja tylko wciąż myślę o Jamiem... jakby on się cieszył, gdyby widział te wszystkie piękne rzeczy, dywany, obrazy i zasłony.

To samo było z jedzeniem. Pollyanna straciła zupełnie apetyt, lecz i w tym wypadku nie z powodu choroby.

— Ach, nie — wzdychała ponuro. — Po prostu nie jestem głodna. Zresztą gdy tylko zaczynam jeść, zawsze przypomina mi się Jamie, bo on, biedak, często nawet suchych bułek nie ma. I wtedy właśnie odechciewa mi się jeść.

Niezupełnie rozumiejąc ten dziwny stan dziewczynki, pani Carew postanowiła za wszelką cenę rozweselić trochę Pollyannę, a w tym celu na święta Bożego Narodzenia zakupiła wspaniałe drzewko, dwa tuziny kolorowych świeczek i całe mnóstwo kolorowych szklanych kulek do przystrojenia choinki. Po raz pierwszy od wielu lat w obszernym, ponurym salonie stało się widno i wesoło. Miało się odbyć nawet świąteczne przyjęcie, bowiem pani Carew skłoniła Pollyannę, aby ta zaprosiła kilkanaście swych szkolnych koleżanek na wieczór wigilijny.

Lecz i w tym wypadku czekało panią Carew rozczarowanie, bo chociaż Pollyanna była jej za to bardzo wdzięczna i przez pewien czas wykazywała radość i podniecenie, jednak twarzyczki jej ani na chwilę nie rozjaśnił dawny, pogodny uśmiech. Jednym słowem, przyjęcie świąteczne było raczej smutne niż wesołe, a na widok pierwszej zapalonej świeczki Pollyanna wybuchnęła głośnym płaczem.

— Co to znaczy, Pollyanno? — zawołała pani Carew. — Na miłość boską, co ci się stało?

— Nic — szlochała Pollyanna. — Tylko tutaj jest tak pięknie, że mi się nagle zachciało płakać. Pomyślałam o tym, jak Jamie chciałby takie drzewko zobaczyć.

W tej chwili wyczerpała się cierpliwość pani Carew.

— Jamie, Jamie i znowu Jamie! — zawołała gniewnie. — Pollyanno, czy nie przestaniesz nigdy mówić o tym chłopcu? Wiesz przecież, że nie z mojej winy nie ma go tutaj. Prosiłam, żeby u nas zamieszkał. Zresztą, gdzie się podziała twoja „gra w zadowolenie”? Przypuszczam, że dobrze byłoby, gdybyś teraz do niej powróciła.

— Ależ ja o niej nie zapomniałam — skarżyła się Pollyanna. — I właśnie dlatego nic nie rozumiem. Nigdy jeszcze tak dziwnie się nie czułam. Zawsze dawniej, gdy myślałam o tej grze, byłam szczęśliwa. A teraz przez Jamiego jestem zadowolona, że widzę te piękne dywany i obrazy, że mogę jeść dobre rzeczy, spacerować, biegać i chodzić do szkoły, lecz im bardziej cieszę się z tego, co sama mam, tym bardziej przykro mi, że on nie ma tego wszystkiego. Nigdy mi tak dziwnie nie było i nigdy tak się jeszcze nie czułam, a pani?

Lecz pani Carew z rozpaczliwym gestem odwróciła się tylko bez słowa.

Było to nazajutrz po Bożym Narodzeniu, kiedy zaszło coś tak niezwykłego, że Pollyanna na pewien czas zapomniała zupełnie o Jamiem. Pani Carew wybrała się po zakupy i gdy zastanawiała się nad wyborem jakiegoś koronkowego kołnierzyka, Pollyanna wypatrzyła za ladą sklepową twarz młodej sprzedawczyni, która wydała jej się dziwnie znajoma. Przez chwilę stała zamyślona, marszcząc brwi, po czym z radosnym okrzykiem podbiegła do lady.

— Ach, to pani, to pani! — zawołała do dziewczyny, która wyjmowała z pudełka naręcz sztucznych kwiatów. — Tak się cieszę, że panią widzę!

Dziewczyna stojąca za ladą podniosła głowę i spojrzała na Pollyannę. Lecz prawie w tej samej chwili jej ponura, wychudzona twarzyczka rozjaśniła się wesołym uśmiechem.

— Przecież to moja mała znajoma z publicznego parku! — zawołała.

— Tak. Jak to dobrze, że pani pamięta — cieszyła się Pollyanna. — Ale pani już nigdy więcej tam nie była. Nieraz szukałam pani po wszystkich alejkach.

— Nie mogłam. Muszę pracować. Wtedy wyjątkowo byłam wolna. Pięćdziesiąt centów, proszę pani. — zwróciła się z odpowiedzią do jakieś starszej damy, która zapytywała o cenę biało-czarnego żabocika16 leżącego na kontuarze.

— Pięćdziesiąt centów? Hm! — starsza dama wzięła w palce żabocik, zawahała się, po czym odłożyła go znowu z głębokim westchnieniem. — Hm, tak. Jest rzeczywiście bardzo ładny, moje dziecko — pochwaliła, odchodząc.

Tuż za nią podeszły dwie roześmiane dziewczyny, które chichocąc i rozmawiając głośno zainteresowały się najmodniejszym przybraniem do sukni z czerwonego aksamitu, przybranego tiulem i drobnymi kwiatuszkami. Gdy dziewczęta po chwili odeszły, Pollyanna spojrzała na sprzedawczynię z głębokim westchnieniem.

— Więc pani to przez cały dzień robi? Mój Boże, jaka pani musi być zadowolona!

— Zadowolona?

— Tak. Bo to musi być przyjemnie widzieć ciągle tylu rozmaitych ludzi! A poza tym może pani z nimi rozmawiać. Nawet musi pani rozmawiać, bo leży to w pani interesie. Ja bym strasznie chętnie to robiła i na pewno zajmę się tym, jak dorosnę. To tak przyjemnie patrzeć, co oni wszyscy kupują!

— Przyjemnie! — uśmiechnęła się z przekąsem dziewczyna spoza kontuaru. — Widzisz, dziecko, gdybyś znała choć połowę... — To kosztuje dolara proszę pani — przerwała samej sobie pośpiesznie, odpowiadając młodej klientce na zapytanie o cenę żółtego żabotu wyłożonego na wystawę.

— Najwyższy czas, żeby mi pani dała odpowiedź — ofuknęła ją młoda dama. — Już dwa razy o to panienkę pytałam.

Dziewczyna za ladą przygryzła wargi.

— Bardzo przepraszam, nie słyszałam.

— Na to już nie mam rady. Pani jest tu po to, żeby słyszeć. Płacą pani za to, nieprawdaż? A ile kosztuje ten czarny?

— Pięćdziesiąt centów.

— A ten niebieski?

— Dolara.

— Tylko bez impertynencji, moja panno! Proszę odpowiadać grzecznie, bo poskarżę się dyrekcji. Proszę mi pokazać te czerwone żaboty.

Usta sprzedawczyni zadrżały, lecz nie padło z nich ani słowo. Posłusznie podeszła do gablotki i wyjęła z niej kilka czerwonych żabotów. Oczy jej tylko pałały, a ręce drżały wyraźnie, gdy kładła żaboty na kontuarze. Młoda klientka, którą obsługiwała, obejrzała pięć żabotów, zapytała o cenę czterech i odeszła, wyjaśniając krótko:

— Nie ma tu nic takiego, co by mi się naprawdę podobało.

— No — szepnęła dziewczyna zza lady, zwracając się do zdziwionej Pollyanny — cóż teraz myślisz o moim zawodzie? Czy jest się z czego cieszyć?

Pollyanna zaśmiała się trochę histerycznie:

— O Boże, czy ona była zła? Ale jednocześnie była śmieszna, nie uważa pani? W każdym razie powinna się pani cieszyć, że nie wszystkie klientki są takie.

— To prawda — przyznała sprzedawczyni, uśmiechając się blado. — Muszę ci jednak powiedzieć, dziecinko, że ta twoja „gra w zadowolenie”, o której mi wtedy mówiłaś, jest może dobra dla ciebie, bo dla... — znowu urwała nieoczekiwanie. — Pięćdziesiąt centów, łaskawa pani — zwróciła się do kogoś, kto ją zapytywał z przeciwnej strony kontuaru.

— Czy jest pani tak samo samotna jak zawsze? — zapytała Pollyanna poważnie, gdy sprzedawczyni po chwili znowu była wolna.

— Nie wiem, czy pięć razy od czasu, jak się z tobą widziałam, byłam w jakimś towarzystwie — odpowiedziała dziewczyna z goryczą.

— Ach, ale święta Bożego Narodzenia spędziła pani przyjemnie, nieprawdaż?

— O tak. Leżałam cały dzień w łóżku, mając nogi okręcone kocem i czytałam gazety. Później, pod wieczór wyskoczyłam do restauracji, aby zjeść za trzydzieści pięć centów kawałek pasztetu.

— Czy nogi panią tak bardzo bolały?

— Porobiły mi się nawet pęcherze. Pracuję przecież, stojąc, a przed świętami ruch był okropny.

— Ach! — zadrżała Pollyanna ze współczuciem. — I nie miała pani ani choinki, ani towarzystwa, ani nic zupełnie? — zawołała zdziwiona i zgorszona.

— Nic absolutnie!

— O Boże! Jaka szkoda, że nie widziała pani mojego drzewka! — westchnęła dziewczynka. — Była naprawdę piękne i... Ale zaraz! — zawołała radośnie. — Przecież teraz jeszcze może je pani zobaczyć. Stoi nierozebrane. Nie mogłaby pani przyjść dzisiaj albo jutro wieczorem i...

— Pollyanno! — Przerwał rozmowę zimny, stalowy głos pani Carew. — Co to wszystko ma znaczyć? Gdzieżeś ty była? Szukałam cię po całym magazynie. Zaglądałam nawet do działu okryć.

Pollyanna odwróciła się z radosnym okrzykiem.

— Ach, jak się cieszę, że pani przyszła — zawołała. — Nie znam nazwiska tej panienki, ale poza tym znam ją doskonale. Kiedyś, bardzo dawno temu, poznałam ją w parku, a biedaczka jest strasznie samotna i nie ma zupełnie nikogo. Jej ojciec też był pastorem, tak samo jak mój, tylko że on żyje. Biedna, nie miała nawet drzewka świątecznego, tylko pęcherze na nogach i kawałek pasztetu, a ja bym tak chciała, żeby mogła zobaczyć moje drzewko — szczebiotała Pollyanna, wstrzymując oddech. — Prosiłam ją, żeby przyszła dziś albo jutro wieczorem. Pani mi pozwoli zapalić wtedy choinkę, prawda?

— Naprawdę, Pollyanno... — zaczęła pani Carew z chłodnym niezadowoleniem. Lecz dziewczyna spoza lady przerwała jej głosem równie chłodnym i wyrażającym jeszcze większą niechęć:

— Proszę się nie martwić, łaskawa pani. Ja nie mam zamiaru przyjść.

— Ach, ależ ja bardzo proszę — szepnęła Pollyanna. — Pani wcale nie wie, jak bardzo mi na tym zależy...

— Zauważyłam jednak, że tej pani o wiele mniej zależy na mojej wizycie — przerwała znowu sprzedawczyni z wyrazem okrucieństwa w oczach.

Pani Carew zarumieniła się z gniewu i skierowała się ku wyjściu, Pollyanna jednak uczepiła się jej ramienia, mówiąc w międzyczasie prawie z rozpaczą do dziewczyny za kontuarem, która akurat była wolna od klientów:

— Wcale tak nie jest — przekonywała sprzedawczynię. — Pani Carew bardzo chce panią widzieć, ja wiem, że chce. Pani nie wie, jaka ona jest dobra, ile pieniędzy daje rozmaitym dobroczynnym instytucjom.

— Pollyanno! — zawołała pani Carew ostro. Znowu chciała wyjść ze sklepu, lecz tym razem zatrzymał ją pełen przekąsu i ironii głos sprzedawczyni.

— O, tak, ja wiem! Jest wiele takich, którym się nie chce pracować. A ileż to potrzebujących rąk wyciąga się do takich pań, lecz ci, którzy naprawdę potrzebują, zazwyczaj nic nie dostają. I to jest właśnie w porządku. W takich sytuacjach nie ma niczyjej winy. Czasami tylko dziwię się, że te dobroczynne panie nie potrafią pomóc młodej dziewczynie, nim jeszcze wkroczyła na złą drogę. Dlaczego te dobrodziejki nie mogą dać przyzwoitym dziewczynom czystego mieszkania, książek, obrazów, miękkich dywanów, muzyki i kogoś, kto by o nie dbał? Może wtedy nie byłoby tyle... Boże święty, co ja mówię? — urwała nagle, wstrzymując oddech, po czym zmęczoną twarz odwróciła w stronę eleganckiej młodej damy, która zatrzymała się przed nią, oglądając z zaciekawieniem błękitny, koronkowy żabot.

— To kosztuje pięćdziesiąt centów, łaskawa pani — usłyszała pani Carew jej monotonną odpowiedź, gdy spiesznie wychodziła ze sklepu z Pollyanną.

Rozdział XIII. Oczekiwanie i zwycięstwo

Był to zachwycający plan. Pollyanna obmyśliła go w ciągu pięciu minut i przedłożyła pani Carew. Pani Carew nie uważała go za tak nadzwyczajny i wypowiedziała się na ten temat całkiem wyraźnie.

— Ach, a ja jestem pewna, że tak im się będzie zdawało — argumentowała Pollyanna, odpowiadając na zastrzeżenia pani Carew. — I proszę pomyśleć, jak łatwo możemy to zrobić! Choinka jest, tak jak była, z wyjątkiem prezentów, ale i z nimi można dać jakoś radę. Do wigilii Nowego Roku już bardzo niedaleko, a wyobraźmy sobie, jak oni będą się cieszyć! A pani by się nie cieszyła, gdyby pani na święta nie miała nic, tylko pęcherze na nogach i kawałek pasztetu?

— Boże, Boże, cóż za niemożliwe dziecko z ciebie! — nachmurzyła się pani Carew. — Nie pomyślałaś nawet o tym, że zupełnie nie znamy nazwiska tej młodej osoby.

— To cóż z tego? A czyż nie zabawne jest to, że ja jednak znam ją bardzo dobrze? — uśmiechnęła się Pollyanna. — Widzi pani, tak przyjemnie rozmawiałyśmy wtedy w ogrodzie, a ona mi powiedziała o tym, że jest samotna i że najbardziej samotna się czuje wśród tłumu wielkiego miasta, bo w tłumie ludzie ani nie myślą, ani też nie zwracają uwagi. Owszem, był taki jeden, który zwrócił na nią uwagę, ale za bardzo, jak sama powiedziała, a nie powinien był tego robić. Strasznie śmiesznie jest, jak się o tym pomyśli. W każdym razie przyszedł po nią do ogrodu, żeby z nim gdzieś tam poszła, ale ona nie chciała iść, a to był bardzo ładny jegomość, tylko później strasznie się na nią rozgniewał. Ludzie przeważnie brzydną, jak się gniewają, prawda? A dzisiaj tam była w sklepie jedna pani, która oglądała żaboty i powiedziała bardzo dużo brzydkich rzeczy. Jak zaczęła tak brzydko mówić, to też nie była ładna. Ale pani mi pozwoli zaprosić ich na choinkę w wigilię Nowego Roku, prawda? Zaproszę tę panienkę, co sprzedaje żaboty i Jamiego. On jest już teraz zdrowszy, więc będzie mógł przyjść. Jerry go oczywiście przywiezie, ale później będzie mógł też zostać u nas.

— Ach, oczywiście, jeszcze Jerry! — zawołała pani Carew z ironią. — Dlaczego ma być tylko Jerry? Jestem pewna, że Jerry ma mnóstwo przyjaciół, którzy też na pewno chętnie przyjdą. A poza tym...

— Ach, proszę pani, więc naprawdę mogę? — przerwała jej Pollyanna w najwyższym zachwycie. — Jaka pani jest strasznie dobra! Ja bym tak chciała... — Lecz pani Carew aż krzyknęła głośno ze zdziwienia i przestrachu.

— Nie, nie, Pollyanno, ja... — zaczęła, akcentując swój protest. Ale Pollyanna, rozumiejąc mylnie znaczenie tych słów, nie dała za wygraną i ciągnęła dalej:

— Naprawdę pani jest bardzo dobra, lepsza nawet niż dotychczas. Niech mi pani pozwoli to sobie powiedzieć. Teraz będę mogła urządzić prawdziwe przyjęcie! Zaproszę Tomka Dolana i jego siostrę Jennie, dwie dziewczynki od Macdonaldów i trzy dziewczynki, których nazwiska nie znam, ale wiem, że mieszkają pod Murphymi, żebym tylko dla wszystkich miała dosyć miejsca. Dopiero się ucieszą, jak im powiem o tym! Naprawdę, proszę pani, nigdy nie przeżywałam nic podobnie przyjemnego, a wszystko to tylko pani zawdzięczam! Czy mogę ich wszystkich zaraz dzisiaj zaprosić, żeby wiedzieli, jaka ich radość czeka?

I pani Carew, która nigdy by nie uwierzyła, że może zajść taka ewentualność, usłyszała całkiem nieoczekiwanie swój własny głos, wypowiadający nieśmiało „tak”, co, jak się orientowała, zobowiązywało ją do urządzenia przyjęcia dla dzieci sąsiadujących z Murphymi oraz dla młodej dziewczyny ze sklepu, której nawet nazwiska nie znała.

Może w pamięci pani Carew majaczyły jeszcze słowa wypowiedziane przez młodą sprzedawczynię: „Dlaczego te dobrodziejki nie potrafią pomóc młodej dziewczynie, nim jeszcze ta wkroczyła na złą drogę?”. Może w uszach jej szumiało jeszcze opowiadanie Pollyanny o tej samej dziewczynie, która znajdując się wśród tłumu wielkiego miasta, czuła się tak bardzo samotna i która zdecydowała się nie pójść z owym przystojnym jegomościem, twierdząc, że nie powinien on był zwrócić na nią uwagi. A może pani Carew gdzieś w głębi serca żywiła nadzieję, że w tym nowym przedsięwzięciu znajdzie ten upragniony spokój, za którym od tak dawna tęskniła. Jakakolwiek istniała przyczyna, dość, że sprawa została załatwiona w ten sposób, a pani Carew znalazła się nieoczekiwanie w wirze gorączkowych przygotowań, projektów i planów, czego główną osią była Pollyanna i jej goście.

Do siostry swej pani Carew napisała wyczerpująco o całym zdarzeniu, kończąc w sposób następujący:

„Sama nie wiem, co mam robić, ale przypuszczam, że powinnam dotrzymać danego słowa. Jest to jedyne wyjście z sytuacji. Oczywiście, gdyby Pollyanna choć raz zaczęła prawić mi morały... Ale nie zdarzyło się to ani razu, więc przecież nie mogę znaleźć powodu odesłania jej z powrotem”.

Czytając ten list w lecznicy, Della wybuchnęła głośnym śmiechem.

— Jeszcze nie prawiła morałów, istotnie! — uśmiechnęła się do siebie. — Niech Bóg błogosławi temu maleństwu! A jednak ty, Ruto Carew, zmuszona zostałaś do tego, aby wyprawić dwa dziecinne przyjęcia w ciągu jednego tygodnia i pozwalasz nawet gościom swojej pupilki przewracać swój ponury dom do góry nogami. Ale ona ci morałów nie prawi, o nie, i na pewno prawić nie będzie!

Przyjęcie udało się wspaniale. Nawet pani Carew nie mogła temu zaprzeczyć. Jamie w swoim fotelu na kółkach, Jerry ze swoim niepokojącym, lecz dosadnym słownikiem i dziewczyna, której nazwisko, jak się okazało, brzmiało Sadie Dean, która ze wszystkich gości może najlepiej się czuła w tym otoczeniu. Sadie Dean ku zdziwieniu wszystkich, znała całe mnóstwo rozmaitych gier towarzyskich, a gry te w połączeniu z ciekawymi historiami, jakie umiał opowiadać Jamie, oraz z nadzwyczajnym poczuciem humoru Jerry’ego, sprawiły, że mieszkanie pani Carew rozbrzmiewało wesołym śmiechem aż do kolacji, po której goście, obdarowani prezentami znajdującymi się pod choinką, wrócili do swych domów z uczuciem prawdziwego zadowolenia. Nikt z obecnych nie zwrócił specjalnej uwagi na to, że Jamie (który wraz z Jerrym jako ostatni opuścił gościnny dom pani Carew) rozglądał się po salonie w zamyśleniu uważniej i bardziej szczegółowo od innych. Tylko sama pani Carew, życząc mu dobrej nocy, szepnęła do ucha cicho, zniecierpliwiona i zażenowana:

— No, Jamie, czyś zmienił17 już swój zamiar co do przeniesienia się tutaj?

Chłopiec zawahał się. Lekki rumieniec okrasił jego policzki. Spojrzał na panią Carew z wymownym smutkiem, po czym wolno potrząsnął głową.

— Gdyby zawsze tak było, jak dzisiaj, to mógłbym — szepnął z westchnieniem. — Ale zawsze tak nie będzie. Nadejdzie jutro, następny tydzień, miesiąc i następny rok, a ja już w następnym tygodniu zdam sobie z tego sprawę, że nie powinienem był18 się na to zgodzić.

Jeżeli pani Carew sądziła, że przyjęcie, które odbyło się w wigilię Nowego Roku położy kres wszystkim wysiłkom Pollyanny odnośnie młodej sprzedawczyni, Sadie Dean, to wkrótce skonstatowała19, że się myli, bo już nazajutrz rano Pollyanna znów zaczęła o niej mówić.

— Taka jestem zadowolona, że ją znalazłam — szczebiotała z radością. — Jeżeli nawet nie będę mogła odnaleźć dla pani prawdziwego Jamiego, to w każdym razie cieszę się, że znalazłam dla pani kogoś, kogo może pani lubić, a lubić ją będzie pani na pewno, chociaż w inny sposób niż swego Jamiego.

Pani Carew zaczerpnęła w piersi powietrza i otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia. Ta niezachwiana wiara w jej dobre serce i w ustawiczne pragnienie dopomożenia komuś była po prostu onieśmielająca i przyczyniała się do jeszcze większego zdenerwowania. Z drugiej jednak strony trudno było temu zaprzeczyć, szczególnie w obecnej sytuacji, kiedy Pollyanna była taka szczęśliwa i tak pełna szczerego zaufania.

— Ależ, Pollyanno — zaoponowała20 pani Carew bezradnie, czując że w obecności dziewczynki zatraca zupełnie siłę woli. — Przecież ta dziewczyna to nie jest Jamie, sama wiesz o tym.

— Oczywiście — przyznała Pollyanna pośpiesznie. — I właśnie to mnie najbardziej martwi, że ona nie jest Jamiem. Ale może dla kogoś właśnie jest tym samym, to znaczy dla kogoś, kto ją kocha i kto zwrócił na nią uwagę. Jak pani przypomina sobie Jamiego, to musi pani być szczęśliwa, że może komuś innemu pomóc, bo pragnęłaby pani przecież, aby inni ludzie też pomogli Jamiemu w chwili, gdy mu ta pomoc jest potrzebna.

Pani Carew zadrżała i wydała głuchy jęk.

— Ale ja pragnę mieć mojego Jamiego — wyszeptała po chwili.

Pollyanna skinęła głową, patrząc na nią wzrokiem pełnym zrozumienia.

— Wiem, chodzi o „obecność dziecka”. Pan Pendleton mówił mi o tym. Pani ma chociaż „kobiecą rękę”.

— Kobiecą rękę?

— Tak, żeby prowadzić dom. Pan Pendleton powiedział mi, że aby dom był prawdziwym domem, potrzebna jest kobieca ręka albo obecność dziecka. Było to wtedy, kiedy mnie chciał wziąć do siebie, a ja mu znalazłam Jimmy’ego, którego zaadoptował.

— Jimmy’ego? — pani Carew podniosła głowę z zaciekawieniem w oczach, jakie zdradzała zawsze, gdy ktoś wymieniał imię podobne do imienia jej zaginionego siostrzeńca.

— Tak, Jimmy’ego Beana.

— Ach, Beana — powtórzyła pani Carew z przygasłym nagle spojrzeniem.

— Tak. Był w sierocińcu i uciekł stamtąd, a ja go znalazłam. Mówił, że pragnie innego domu i matki zamiast przełożonej sierocińca. Nie mogłam mu znaleźć matki, lecz znalazłam mu za to pana Pendletona, który go zaadoptował. Już teraz nazywa się Jimmy Pendleton.

— Ale nazywał się Bean?

— Tak, nazywał się Bean.

— Ach! — westchnęła z żalem pani Carew.

Pani Carew poznała bliżej w ciągu następnych dni Sadie Dean i małego Jamiego, bowiem Pollyanna korzystała z każdej okazji, aby zapraszać ich do siebie, a zaprosinom tym pani Carew, mimo swej niechęci, nie mogła się w żaden sposób przeciwstawić. Wobec Pollyanny czuła się najzupełniej bezradna, zresztą nie potrafiła już teraz odmawiać dziewczynce tego, co jej sprawiało tak wiele przyjemności i satysfakcji.

Ale jednocześnie pani Carew, choć może nie orientowała się w tym dokładnie, dowiedziała się wielu rzeczy, o których nie wiedziała dawniej, żyjąc zamknięta w czterech ścianach swego mieszkania i nie pozwalając nikogo do siebie wpuszczać. Nauczyła się mianowicie, jak się może czuć młoda dziewczyna w dużym mieście, zmuszona zarabiać na własne utrzymanie i niemająca niczyjej opieki.

— Właściwie coś wtedy miała na myśli? — nerwowo zwróciła się do Sadie Dean pewnego wieczora. — O czym myślałaś owego dnia w sklepie, gdy mówiłaś o niesieniu pomocy młodym dziewczętom?

Sadie Dean spłonęła purpurowym rumieńcem.

— Obawiam się, że byłam niegrzeczna — zaczęła się usprawiedliwiać.

— Mniejsza o to. Powiedz mi, co wtedy myślałaś? Już niejednokrotnie zastanawiałam się nad tym.

Dziewczyna przez chwilę milczała, po czym zaczęła mówić z wyraźną nutą goryczy:

— Bo właśnie kiedyś znałam pewną dziewczynę i wtedy przyszła mi na myśl. Pochodziła z mego miasteczka, była ładna i dobra, tylko nie posiadała silnego charakteru. Przez rok mieszkałyśmy razem, razem gotowałyśmy jajka na gazowej maszynce, razem jadłyśmy skromne kolacje w taniej restauracji. Wieczorami nie było co robić, wychodziło się najwyżej na spacer, czasem do kina, jeżeli miało się na kino parę centów, ale przeważnie siedziałyśmy w domu. Pokój nasz nie należał do przyjemnych. Było w nim gorąco w lecie i zimno w zimie, a przy wątłym świetle gazowym nie mogłyśmy ani szyć, ani czytać, nawet gdy byłyśmy mniej zmęczone, niż bywałyśmy zazwyczaj. Poza tym nad głowami miałyśmy spadzisty sufit, a pod nami mieszkał jakiś jegomość, który uczył się grać na kornecie. Czy słyszała pani, kiedy jak ktoś się uczy grać na kornecie?

— Nie, mam wrażenie, że nie — wyszeptała pani Carew.

— To bardzo wiele pani straciła — uśmiechnęła się ironicznie dziewczyna, po czym kontynuowała nadal swe opowiadanie.

— Czasami, szczególnie w święta, wybierałyśmy się na spacer tutaj, na tę ulicę, lub na inne ulice w śródmieściu, zaglądając do niezasłoniętych okien. Byłyśmy przecież takie samotne, zwłaszcza podczas świąt, więc dobrze nam robiło patrzenie do wnętrz domów, gdzie byli ludzie, gdzie lampy płonęły nad stołami i dzieci bawiły się wesoło. Ale później czułyśmy się jeszcze gorzej, uświadamiając sobie, że to wszystko jest nie dla nas. Przykro było patrzeć na samochody i na jadących w nich ludzi, wesołych i roześmianych. Widzi pani, i my byłyśmy młode, i nam się chciało śmiać się i weselić. Zapragnęłyśmy innego życia i przyjaciółka moja to życie sobie stworzyła.

Mówiąc krótko, zerwałyśmy pewnego dnia naszą przyjaźń, ona poszła w jedną stronę, a ja w drugą. Nie podobało mi się towarzystwo, w jakim przebywała i powiedziałam jej o tym całkiem szczerze. Ponieważ z towarzystwem tym zerwać nie chciała, musiałyśmy się rozstać. Nie widziałam jej prawie przez dwa lata, aż pewnego dnia napisała do mnie, więc poszłam. Było to właśnie miesiąc temu. Mieszkała w jednym z domów wychowawczych. Ślicznie tam było. Miękkie dywany, piękne obrazy, rośliny, kwiaty i książki, pianino, prześliczny pokój i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Bogate damy przyjeżdżały własnymi samochodami i powozami, zabierały ją na przejażdżki, na koncerty i zebrania. Uczyła się stenografii, a damy te miały jej pomóc w objęciu posady, gdy tylko już będzie miała potrzebne kwalifikacje. Mówiła, że wszyscy są dla niej bardzo dobrzy i że pragną jej pomóc na wszelkie możliwe sposoby. Ale przy okazji powiedziała mi coś jeszcze.

„Sadie — mówiła — gdyby one zadały sobie choć połowę tego trudu wówczas, gdy byłam jeszcze uczciwą, przyzwoitą i ciężko pracującą dziewczyną, nie potrzebowałabym teraz być tutaj i przyjmować ich pomocy”. Tego chyba nigdy nie zapomnę. To wszystko. Nie znaczy to, że pogardzam pracą tych pań-wybawicielek, przeciwnie, pochwalam ją bardzo. Tylko myślę, że wiele więcej dobrego by przyniosła, gdyby zechciały obdarzać ludzi swym zainteresowaniem wcześniej.

— Zdaje się jednak, że istnieją domy pracy dla dziewcząt, świetlice i tym podobne instytucje — szepnęła pani Carew głosem jakimś dziwnym i nieswoim.

— Owszem są. A czy je pani kiedyś widziała z bliska?

— Nie, lecz daję na nie pieniądze. — Tym razem pani Carew mówiła takim tonem, jakby się chciała usprawiedliwić.

Sadie Dean uśmiechnęła się.

— Tak, wiem o tym. Istnieje całe mnóstwo pań, które dają pieniądze na takie domy, ale same nigdy ich z bliska nie widziały. Proszę mnie zrozumieć, że nie mam nic przeciwko takim dobroczynnym instytucjom. Są one bardzo dobre, niosą pomoc biednym ludziom, ale stanowią jedynie kroplę w morzu wszystkich potrzeb. Ja sama raz także się do nich zwróciłam, ale jakoś tak mnie przyjęto, że czułam... Ale co z tego wszystkiego? Może nie wszystkie te panie oddane dobroczynności są takie, może zresztą było w tym i trochę mojej winy. Gdybym nawet chciała pani to opowiedzieć, na pewno by mnie pani nie zrozumiała. Musiałaby pani żyć w tym, a pani przecież nawet nie widziała tego z bliska. Zresztą nie mówmy już o tym i tak za dużo powiedziałam. Ale pani mnie przecież pytała.

— Tak, pytałam cię — przyznała pani Carew ponurym głosem, wychodząc z pokoju.

Jednakże nie tylko od Sadie Dean dowiedziała się pani Carew rzeczy, o których przedtem nie miała pojęcia. Wiele nauczyła się również od małego Jamiego. Pollyanna ogromnie lubiła, gdy Jamie ją odwiedzał, a on również lubił składać jej wizyty. Z początku po każdym zaproszeniu wahał się nieco, lecz wkrótce wyzbył się tej swojej niepewności, składając wizyty coraz częściej i tłumacząc sobie i Pollyannie, że przecież takie odwiedziny nie zobowiązują go do tego, żeby miał „zostać na zawsze”.

Pani Carew często zastawała Jamiego i Pollyannę siedzących w zadowoleniu w bibliotece na parapecie okiennym. Fotel na kółkach stał zawsze tuż przy nich. Czasami siedzieli obydwoje pochyleni nad jakąś książką, czasami znów chłopak opowiadał jakąś historię, a Pollyanna słuchała zainteresowana, utkwiwszy w jego twarzy spojrzenie szeroko otwartych oczu.

Pani Carew dziwiła się pod tym względem Pollyannie, dopóki pewnego dnia sama nie przystanęła i nie zaczęła słuchać. Później już nigdy nie patrzyła bez zrozumienia na dziewczynkę, lecz za to coraz częściej i chętniej słuchała opowiadań chłopca. Aczkolwiek używał języka prostwgo i niezbyt poprawnego, to jednak opowiadał tak żywo i obrazowo, że pani Carew na równi z Pollyanną śledziła każde jego słowo.

Mgliście zaczęła sobie uświadamiać brawurę i bohaterstwo średniowiecznych rycerzy, widziała ich nawet oczami wyobraźni, choć w rzeczywistości każdym z nich był tylko mały kaleka w fotelu na kółkach. Nie uświadamiała tylko sobie pani Carew tego, że ten mały kaleka zaczynał w jej własnym życiu odgrywać tak potężną rolę, nie uświadamiała sobie, jak ważną rzeczą stała się teraz jego obecność w jej domu i jak ona sama usiłowała znaleźć coraz coś nowego do pokazania małemu Jamiemu. Nie uświadamiała sobie również, że z każdym dniem bardziej ten chłopiec zastępował jej tamtego Jamiego, zaginionego synka zmarłej siostry.

Gdy minął luty, marzec i kwiecień, gdy nadszedł maj, przynosząc wraz z sobą oznaczoną datę wyjazdu Pollyanny, w duszy pani Carew zbudziła się nagle świadomość, czym będzie dla niej wyjazd pupilki.

Sama była zdziwiona i zaskoczona. Przecież do tej pory radowała się na samą myśl o jak najszybszym rozstaniu z Pollyanną. Obiecywała sobie, że wreszcie po wyjeździe małej w domu zapanuje spokój i będzie można przysłonić jak dawniej okna, aby nie raziły oczu zbyt jasne promienie słoneczne. I ona wtedy sama zazna trochę spokoju, mogąc odseparować się od hałaśliwego i męczącego świata. Będzie wreszcie miała możność oddać się niepodzielnie swemu bólowi, swym najdroższym wspomnieniom o ukochanym, zaginionym siostrzeńcu, który już tak dawno temu wkroczył w krainę nieznaną i za którym podwoje dotychczasowego życia zamknęły się na zawsze. To wszystko obiecywała sobie pani Carew wówczas, gdy Pollyanna wreszcie wyjedzie do domu.

Lecz teraz, kiedy Pollyanna rzeczywiście miała wyjechać, ten pełen obietnic obraz nabrał zupełnie innego wyglądu. „Spokojny dom z przysłoniętymi oknami” stał się nieprzyjemną wizją czegoś „ponurego i nie do zniesienia”. Upragniony „spokój” wydawał się pani Carew „straszliwą samotnością”, a „odsunięcie się od hałaśliwego męczącego świata i całkowite oddanie bólowi oraz najdroższym wspomnieniom” — jednoczyło się z myślą o nowym Jamiem (który mógł być przecież prawdziwym Jamiem), patrzącym na nią pełnymi skargi i błagania oczami!

Jednym słowem, pani Carew zdała sobie dokładnie sprawę z tego, że bez Pollyanny w domu jej zapanuje beznadziejna pustka, orientowała się jednak również, że jeszcze gorzej czułaby się, gdyby po wyjeździe Pollyanny nie miała przy sobie małego Jamiego. Ze względu na wrodzoną dumę, świadomość ta nie była dla niej przyjemna. Przeżywała istne tortury, gdy chłopiec dwukrotnie nie chciał przyjąć jej propozycji. W ciągu ostatnich dni pobytu Pollyanny walka wewnętrzna napawała ją prawdziwą goryczą, chociaż duma nie pozwalała jej tych najskrytszych uczuć okazywać. Gdy uświadomiła sobie, że Jamie przybył do Pollyanny z ostatnią wizytą, zdecydowała się raz jeszcze poprosić go, aby zamieszkał u niej i aby zastąpił jej zaginionego siostrzeńca.

Jakimi słowami to wypowiedziała, nie pamiętała potem zupełnie, natomiast nie zapomniała nigdy tego, co jej odpowiedział chłopiec. Odpowiedź małego Jamiego zawarta była w kilku zaledwie krótkich wyrazach.

Przez długą, bardzo długą chwilę zdawał się rozognionym wzrokiem szukać czegoś na jej twarzy, po czym odetchnął głęboko i z radosnym uśmiechem wyszeptał:

— Dobrze! Tak, teraz kieruje panią uczucie!