Pollyanna

Rozdział I. Panna Polly

Pewnego czerwcowego dnia panna Polly Harrington weszła gwałtownie do kuchni. Zazwyczaj panna Polly nie wykonywała ruchów nerwowych i szczyciła się swym opanowaniem — dziś jednak wyraźnie śpieszyła się. Zmywająca w tej chwili naczynia Nancy spojrzała na nią z pewnym zdziwieniem. Chociaż Nancy służyła u panny Polly dopiero od dwóch miesięcy, zdążyła jednak zauważyć, że jej pani nie okazywała nigdy zbytniego pośpiechu.

— Nancy!

— Słucham panią — odpowiedziała wesoło Nancy, wycierając półmisek.

— Nancy! — Głos panny Polly stał się surowy. — Gdy mówię, proszę przerwać pracę i słuchać!

Nancy zarumieniła się.

— Dobrze, proszę pani, rozumiem! — odrzekła, jąkając się i kładąc pośpiesznie półmisek i ścierkę. — Tylko że pani sama kazała, aby naczynia były jak najprędzej umyte.

Panna Polly zmarszczyła brwi.

— Dosyć, Nancy! Nie prosiłam o wyjaśnienia, tylko o uwagę.

— Słucham panią — westchnęła Nancy, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zdoła dogodzić swej pani.

Nancy nigdy dotychczas nie była na służbie, lecz położenie chorej matki, która nagle owdowiała i pozostała sama z trojgiem młodszych dzieci, zmusiło starszą córkę do poszukania jakiegoś zajęcia, aby dopomóc rodzinie — więc Nancy była bardzo zadowolona, gdy znalazła pracę w kuchni dużego domu stojącego na wzgórzu. Nancy mieszkała w wiosce oddalonej o jakieś sześć mil1 i słyszała o pannie Polly Harrington, właścicielce starej willi Harringtonów, jako o najbogatszej osobie w okolicy. Podczas swego dwumiesięcznego pobytu w jej domu poznała pannę Polly również jako gospodynię wymagającą, o zimnym i surowym wyrazie twarzy, która marszczyła brwi, gdy upuszczono na podłogę nóż lub zbyt głośno stuknięto drzwiami, i która nigdy się nie uśmiechała, nawet gdy z nożem i drzwiami obchodzono się bezszelestnie.

— Nancy — mówiła panna Polly — po ukończeniu pracy w kuchni proszę sprzątnąć pokoik na poddaszu, wstawić tam rozkładane łóżko i naturalnie powynosić na strych wszystkie kufry, ponieważ wkrótce przyjedzie moja jedenastoletnia siostrzenica, Pollyanna Whittier, i zamieszka w tym pokoiku.

— Czyżby naprawdę, proszę pani, miała tu zamieszkać mała dziewczynka? — zawołała Nancy, która przypomniała sobie swe życie na wsi i atmosferę radości i wesela rozsiewaną dokoła przez jej małe siostrzyczki. — Boże, jak to będzie cudnie!

— Cudnie? To nie jest odpowiednie w tym wypadku określenie — odrzekła sucho panna Polly. — Przyjmuję ją dlatego, że jestem, jak sądzę, dobrym człowiekiem; i znam swoje obowiązki!

Nancy zarumieniła się powtórnie.

— Bez wątpienia, proszę pani! Myślałam tylko, że mała dziewczynka panią rozweseli!

— Dziękuję — odparła szorstko panna Polly. — Na razie nie widzę pilnej tego potrzeby.

— Ale przecież będzie pani przyjemnie mieć przy sobie córeczkę swojej siostry — powiedziała znów Nancy, która za wszelką cenę chciała dobrze usposobić pannę Polly do samotnej dziewczynki.

— Jeśli moja siostra była na tyle nieostrożna, że wyszła za mąż i pozostawiła potem sierotę, to nie znaczy, że wychowywanie jej powinno mi sprawiać przyjemność. Jest to jedynie moim obowiązkiem, jak ci przed chwilą powiedziałam. Proszę tylko starannie sprzątnąć pokój — dodała, opuszczając kuchnię.

Wróciwszy do swego pokoju, panna Polly wzięła z biurka list, który otrzymała przed kilkoma dniami z małego miasteczka leżącego daleko na zachodzie.

List ten, adresowany do panny Polly Harrington w Beldingsville, brzmiał jak następuje:

Szanowna Pani!

Z przykrością donoszę, że dwa tygodnie temu zmarł wielebny John Whittier, osierocając jedenastoletnią córeczkę. Nie zostało po nim nic oprócz kilku książek, gdyż, jak pewnie Pani wiadomo, był pastorem przy kościółku w niewielkim miasteczku i nie miał żadnych dochodów.

Był on mężem siostry Szanownej Pani, lecz o ile wiem, rodziny nie komunikowały się ze sobą. Mimo to pastor wyrażał za życia nadzieję, że w razie jego śmierci zgodziłaby się Pani zaopiekować dziewczynką i dlatego zwracam się teraz do Pani.

Dziewczynka może wyjechać w każdej chwili i jeśli otrzymamy przychylną odpowiedź, państwo Gray, którzy wyjeżdżają do Bostonu, zabiorą ją ze sobą, a w Bostonie wsadzą do pociągu odchodzącego bezpośrednio do Beldingsville. Naturalnie Szanowna Pani zostanie powiadomiona o dniu i godzinie przybycia Pollyanny.

W oczekiwaniu odpowiedzi, łączę wyrazy szacunku.

Jeremiasz White.

Panna Polly włożyła list z powrotem do koperty. Wczoraj odpisała, że weźmie dziewczynkę do siebie. Zamierzała spełnić swój obowiązek, nawet gdyby pociągnęło to za sobą pewne nieprzyjemności.

Obecnie, siedząc w wygodnym fotelu, wspominała swą siostrę, Eugenię, matkę Pollyanny, gdy ta jako dwudziestoletnia panna wyszła wbrew woli rodziców za mąż za młodego pastora. Starał się o nią również pewien bogaty pan i uzyskał względy rodziny, ale nie Eugenii. Bogaty pan miał sporo pieniędzy, ale i lat niemało, pastor zaś posiadał młodą, pełną ideałów duszę i kochające serce. Eugenia wybrała to ostatnie i zaraz po ślubie wyjechała z nim jako żona misjonarza.

Wtedy nastąpiło rozluźnienie stosunków w rodzinie.

Panna Polly pamiętała to dobrze, chociaż miała wtedy zaledwie piętnaście lat.

Początkowo Eugenia pisywała od czasu do czasu kilka słów. Ostatnie dziecko — inne umarły — nazwała Pollyanną, od imion swoich dwu sióstr, Polly i Anny.

Wzmiankowała o tym w swym ostatnim liście.

W kilka lat później z paru zbolałych słów pastora dowiedziano się o jej śmierci.

Panna Polly, patrząc teraz przez okno na leżącą u stóp wzgórza szeroką dolinę, przebiegała myślą cały ten czas. Obecnie miała czterdzieści lat i była sama na świecie. Cała rodzina wymarła, a ona została jedyną właścicielką pozostawionego przez ojca majątku.

Namawiano ją, by przyjęła do siebie jakąś towarzyszkę, by nie żyła tak w samotności, lecz panna Polly odrzuciła wszystkie propozycje i pozostała sama.

A teraz...

Czuła, że obecnie jej tryb życia ulegnie zmianie, przecież jednak to, co zamierzała zrobić, stanowiło jej obowiązek!

Myślała o tym ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi wargami.

Ale co za niedorzeczne imię: Pollyanna!

Rozdział II. Przybycie Pollyanny

Nancy, stosując się do wskazówek swej pani, starannie wymyła i wyczyściła pokoik na poddaszu, lecz robiła to nie tyle z polecenia panny Polly, ile z pewnej sympatii, która zrodziła się w jej duszy do Pollyanny, chociaż jej jeszcze nie znała. Nancy, wiedziona instynktem, wyczuwała, że przybycie Pollyanny zmieni tryb życia w domu na wzgórzu i może rozgrzeje chłodną atmosferę, która panowała tu na każdym kroku.

Nancy zwierzyła się ze swymi myślami staremu Tomaszowi, ogrodnikowi, lecz on nie podzielał jej przypuszczeń i nadziei, bo służył tu znacznie dłużej i nie wierzył, aby coś mogło rozgrzać zlodowaciałą duszę panny Polly.

W kilka dni potem nadeszła krótka depesza zawiadamiająca o dniu przyjazdu Pollyanny.

Panna Polly nie uważała, aby oczekiwanie Pollyanny na dworcu wchodziło w zakres jej niezbędnych obowiązków, pozostała więc w domu, a na stację kolei wysłała Nancy.

Nie było trudno poznać małą pasażerkę, bowiem jedynie ona wysiadła z pociągu na stacji w Beldingsville.

W powrotnej drodze Pollyanna, która poczuła od razu sympatię do Nancy, opowiedziała jej w kilku słowach swoje przejścia po śmierci ojca. Ponieważ została sama, samiuteńka na świecie, umieszczono ją chwilowo w miejscowej ochronce2 Koła Opieki. Parę tygodni spędzonych tam do chwili wyjazdu wydawało się jej latami, a obecnie była tak szczęśliwa, że ukochana ciocia, choć nieznana, zgodziła się wziąć ją do siebie!

Nancy, chociaż była prostą dziewczyną, zrozumiała jednak od razu, że promienny i radosny nastrój dziewczynki nie spotka oddźwięku w duszy panny Polly, nic jednak nie mówiła, słuchając z przyjemnością szczebiotu dziewczynki.

Gdy wreszcie Pollyanna z Nancy stanęły na progu, panna Polly nie wstała, aby przywitać siostrzenicę. Podniosła tylko oczy znad książki, którą trzymała, i na powitanie wyciągnęła rękę, na każdym palcu której dużymi literami było jakby wypisane słowo „obowiązek”.

— Jak się masz, Pollyanno? Ja...

Nie mogła jednak powiedzieć nic więcej, gdyż dziewczynka w paru susach przebiegła pokój i rzuciła się w objęcia ciotki, zgorszonej3 tym niespodziewanym atakiem.

— Ciociu, kochana ciociu Polly! Jak bardzo się cieszę, że ciocia pozwoliła mi przy sobie zamieszkać — mówiła przerywanym głosem dziewczynka. — Ciocia nie ma pojęcia, jak przyjemnie będzie z ciocią i z Nancy po tych paniach z Koła Opieki!

— Możliwe; chociaż nie znam tych pań, należących do Koła Opieki — odparła panna Polly, starając się wyswobodzić z uścisku małych rączek i rzucając rozgniewany wzrok w stronę Nancy, stojącej wciąż na progu.

— Nancy może odejść! Pollyanno, proszę zachowywać się przyzwoicie. Nawet nie zdążyłam cię obejrzeć!

Pollyanna cofnęła się, wciąż uśmiechając się, już jednak z pewnym zakłopotaniem.

— Rzeczywiście! Ale ja nie jestem ładna, bo mam piegi. Poza tym muszę cioci wytłumaczyć pochodzenie tej sukienki w duże, czerwone kraty, dziurawej na łokciach. Ojciec mój mówił...

— Dosyć, Pollyanno! Proszę nie myśleć o tym, co mówił ojciec — przerwała sucho panna Polly. — Masz pewnie jakiś kuferek z rzeczami?

— O tak, ciociu! Panie z Koła Opieki podarowały mi ładny kuferek. Co prawda, nie ma tam nic nadzwyczajnego, gdyż ostatnimi czasy Koło Opieki nie otrzymywało prawie wcale ubrań dla dziewczynek; lecz są tam książki ojca, bo pani White mówiła, że muszę je wziąć ze sobą. Ciocia wie, że tatuś...

— Pollyanno! — przerwała znów ciotka — jedno musisz zrozumieć i zapamiętać: nie życzę sobie, abyś mi wspominała o swym ojcu!

Dziewczynka wstrzymała oddech.

— Czyżby ciocia chciała powiedzieć, że... — zatrzymała się, jakby szukając odpowiednich wyrazów, a panna Polly skorzystała z tej przerwy, mówiąc:

— Chodźmy teraz do twego pokoju. Kufer już pewnie tam jest. Chodź za mną.

Pollyanna bez słowa protestu udała się za ciotką z oczyma pełnymi łez, lecz z główką podniesioną do góry.

Rozdział III. Pokoik na poddaszu

„Może to i dobrze — myślała, — że ciocia nie pozwala mi mówić o ojcu, gdyż wspomnienie o nim jest dla mnie zawsze takie bolesne! Ona od razu wzięła to pod uwagę!”

I Pollyanna, upewniona coraz silniej o dobroci swej ciotki, wytarła łzy i zaczęła z zaciekawieniem rozglądać się dokoła.

Przez otwarte drzwi widziała wspaniałe pokoje, a w nich kosztowne meble i cudne obrazy; szła po miękkim dywanie głuszącym kroki, a słońce, rzucając swe promienie na złote ramy obrazów i prześliczne koronkowe firanki, pochłaniało całkowicie jej uwagę.

— Ciociu! — wykrzyknęła wreszcie z zachwytem. — Jakie wspaniałe mieszkanie! Ciocia musi być bardzo szczęśliwa, że posiada takie bogactwo!

— Pollyanno — odpowiedziała, odwracając się nagle, ciotka — zdziwiona jestem, że mi to mówisz. Jestem wdzięczna Najwyższemu za wszelkie jego łaski dla mnie, nie zaś wyłącznie za bogactwo.

Szły teraz schodami na górę.

Panna Polly cieszyła się w duchu, że dziewczynka będzie mieszkała na poddaszu. Od początku postanowiła ulokować ją jak najdalej od siebie, obecnie zaś, widząc jej próżność, cieszyła się tym bardziej, że pokoik przeznaczony dla Pollyanny nie posiadał żadnych zbytkownych mebli i był raczej podobny do celi samotnej mniszki.

Pollyanna zaś skwapliwie rozglądała się dokoła, jakby starając się zobaczyć każdy szczegół tego wspaniałego domu i odgadnąć, za którymi drzwiami kryje się jej pokoik, ten kochany, cudny pokoik z obrazami i dywanami, w którym ulokuje ją ciotka!

Minęły jeszcze jedne drzwi i znów szły schodami. Lecz tu ściany były puste i było prawie ciemno. Potem trzeba było iść ostrożnie, gdyż po obu stronach wąskiego przejścia stały jakieś kufry, pudła i walizy.

Powietrze było tu ciężkie, duszne.

Wreszcie panna Polly otworzyła małe, niskie drzwi.

— Oto, Pollyanno, twój pokój! Kufer już stoi na miejscu. Czy masz klucz od niego?

Pollyanna kiwnęła główką, niezdolna wymówić ani słowa, tak była zaskoczona różnicą w wyglądzie między tym pokojem, w którym się znalazła, a tym, jaki stworzyła w swej wyobraźni.

Ciotka zmarszczyła brwi.

— Pollyanno! Gdy o coś pytam, proszę mi odpowiadać jak należy, a nie kiwnięciem głowy.

— Rozumiem, ciociu!

— Znajdziesz tu wszystko, czego ci potrzeba. Zaraz przyślę Nancy, aby pomogła ci rozpakować rzeczy. Obiad jemy stale o godzinie szóstej — dodała, opuszczając pokój.

Pollyanna przez chwilę stała nieruchomo, potem przebiegła wzrokiem po gołej podłodze, gołych ścianach, oknach pozbawionych firanek i podeszła do swojego kuferka, tego samego, który tak niedawno jeszcze stał w jej małym pokoiku, tam, daleko na zachodzie; uklękła przy nim i ukryła twarzyczkę w swych drobnych dłoniach.

Tak ją zastała Nancy, gdy przyszła na górę.

W dobrej dziewczynie serce zadrżało współczuciem.

— Biedactwo! — szepnęła i zbliżywszy się do Pollyanny, uklękła przy niej, pieszczotliwie głaszcząc jej główkę; w końcu zapytała o klucz.

— Zajmiemy się rozpakowaniem kufra — rzekła, chcąc przerwać ponure myśli dziewczynki.

— Nic tam prawie nie ma — szepnęła ze smutkiem Pollyanna.

— Tym lepiej! Prędzej go rozpakujemy! — wesoło zawołała Nancy.

— Rzeczywiście! — ucieszyła się Pollyanna. — A więc mogę i z tego być zadowolona?

— No... niby tak! — odpowiedziała Nancy nieco zdziwiona tym pytaniem.

Wprawne ręce Nancy w okamgnieniu wydobyły z kufra całą jego zawartość, zaś Pollyanna równie szybko porozkładała książki na stole, a skąpą ilość bielizny i parę sukienek umieściła w szafie.

— Zdaje mi się, że jednak ten pokoik będzie ładny! — rzekła nagle Pollyanna, jakby chciała pocieszyć samą siebie. — Jak myślisz, Nancy?

Odpowiedzi nie było. Nancy czegoś tak gorliwie szukała w kufrze, że aż głowę do niego schowała.

Pollyanna tymczasem wodziła wzrokiem po gołych ścianach.

— Nawet lusterka nie ma — mówiła smutnie. — Ale może to lepiej, bo nie będę oglądała moich piegów!

Nancy wydała jakiś niezrozumiały dźwięk, lecz gdy Pollyanna odwróciła się, schowała znów głowę do kufra.

Pollyanna zbliżyła się do okna i nagle wydała okrzyk radości.

— Ach, Nancy! Ja tego przedtem nie widziałam. Spójrz na te drzewa, na te małe domki, starą dzwonnicę i tę srebrną wstęgę rzeki! Naprawdę, Nancy, gdy się ma przed sobą taki widok, niepotrzebne są żadne obrazy! Ach, jak się cieszę, że mam ten pokoik!

Lecz ku wielkiemu zdziwieniu Pollyanny, Nancy wybuchła nagle głośnym płaczem.

— Co się stało, Nancy? — zapytała Pollyanna, a potem nieco zmieszana dodała:

— A może... może... ja zajęłam twój pokój?

— Ach, Boże! — odparła, łkając, Nancy. — Ty jesteś naprawdę aniołkiem, co zszedł do nas wprost z nieba... — lecz nie zdążyła dokończyć, bo usłyszała dzwonek i pośpiesznie opuściła pokoik, szybko zbiegając po schodach.

Pollyanna wróciła do okna, aby się nacieszyć widokiem i otworzyła je szeroko, gdyż nie mogła wprost oddychać dusznym powietrzem pokoju. Następnie podbiegła do drugiego okna. Kilka much, które zdążyły już zawitać do pokoju, przeleciało koło jej twarzyczki, lecz Pollyanna nie zwróciła na nie żadnej uwagi, a otwierając drugie okno, zrobiła nowe odkrycie: tuż za oknem duże drzewo wyciągało ku niej swe rozłożyste gałęzie, jakby witając małą przybyszkę.

Pollyanna, niedługo namyślając się, wskoczyła na okno, chwyciła za gałąź, zgrabnym skokiem przeniosła się na drzewo i zaczęła schodzić na dół. Wreszcie zatrzymała się na ostatniej gałęzi. Zeskoczyć na ziemię było trochę trudno nawet dla Pollyanny, która przyzwyczajona była wspinać się po drzewach. Jednak, trochę ze strachem, wstrzymując oddech, dziewczynka zawisła przez chwilę na rękach na gałęzi, potem puściła gałąź i wylądowała na ziemi.

Znalazła się w dużym ogrodzie. O kilkanaście kroków od niej pracował zgarbiony staruszek, widocznie ogrodnik. Dalej, za ogrodem wąska ścieżka prowadziła przez pola do dużego wzgórza z samotną sosną stojącą na szczycie, jakby na straży.

To wzgórze i sosna pociągały ku sobie Pollyannę, która, niedługo namyślając się, udała się w drogę.

Przedzierając się przez krzaki i zarośla, wyszła na ścieżkę, przeszła pole i zaczęła wdrapywać się na wzgórze. Teraz przekonała się, że nie znajdowało się ono tak blisko i nie tak łatwo było się tam dostać, jak się wydawało, patrząc z okna.

*

W kwadrans potem wielki zegar w przedpokoju wybił szóstą i Nancy zadzwoniła na kolację.

Minęło kilka minut. Panna Polly zmarszczyła brwi, następnie wyszła do przedpokoju i niecierpliwie spojrzała na schody wiodące do pokoiku Pollyanny. Nadsłuchiwała przez chwilę, lecz panowała tam głęboka cisza. Wtedy panna Polly wróciła do jadalnego pokoju.

— Nancy — rzekła — moja siostrzenica spóźniła się! Nie, nie trzeba jej wołać — dodała, widząc ruch Nancy w stronę drzwi. — Wie, o której godzinie siadamy do stołu i powinna się zjawić punktualnie; skoro się spóźnia, nie siądzie do stołu. Otrzyma tylko mleko i chleb, i to w kuchni.

Natychmiast po obiedzie Nancy udała się na górę.

— Mleko i chleb! Właśnie! A biedne dziecko pewnie tak płakało, że aż usnęło — mruczała, otwierając powoli drzwi, lecz w tejże chwili wydała okrzyk przerażenia.

— Gdzie jesteś? Pollyanno! Odezwij się! Gdzie się schowałaś? — wołała, zaglądając do szafy, pod łóżko i nawet do kufra.

Następnie szybko zbiegła ze schodów i udała się do ogrodu.

— Tomaszu, Tomaszu! — wołała już z daleka. — Nasz aniołek pewnie wrócił tam, skąd przyszedł: do nieba!

— Do nieba to może nie — odparł, uśmiechając się, stary ogrodnik — ale w każdym razie jest bliżej nieba niż my.

I wskazał Nancy sylwetkę ledwie widoczną na tle zachodzącego słońca. Nancy, uszczęśliwiona, że znalazła Pollyannę, zapomniała o kuchni i naczyniach i pędem podążyła przez pole.

Rozdział IV. Gra w zadowolenie

— Jak można mnie tak nastraszyć! — mówiła z lekkim wyrzutem Nancy do Pollyanny, która ku wielkiemu swemu żalowi musiała w końcu rozstać się ze wzgórzem i sosną i schodziła teraz na dół.

— Straszyć? — zdziwiła się Pollyanna. — Nigdy nie trzeba się bać o mnie! Ojciec, a potem panie z Koła Opieki zawsze niepokoiły się o mnie, dopóki się nie przekonały, że mi się nigdy nic złego nie stanie.

— Ależ ja nie wiedziałam, dokąd poszłaś! — mówiła Nancy, biorąc Pollyannę za rękę. — Nikt cię nie widział wychodzącej; chyba wyszłaś przez komin!

Pollyanna roześmiała się szczerze.

— Ach, nie! — zawołała — nie przez komin, lecz przez okno i spuściłam się po drzewie na ziemię.

— Boże miłosierny! — krzyknęła Nancy. — Co by na to powiedziała panna Polly!

— Jesteś tego ciekawa? Dobrze! Opowiem jej o tym i dowiesz się, co powie — obiecała dziewczynka wesoło.

— Nie, nie, nie trzeba! — zaprotestowała Nancy, która za wszelką cenę chciała odwrócić od Pollyanny nową falę gniewu ciotki.

— Ale teraz śpieszmy się, bo muszę jeszcze pozmywać naczynia!

— Chętnie ci pomogę! — ofiarowała się Pollyanna.

Szły przez chwilę w milczeniu. Tymczasem ściemniło się zupełnie i Pollyanna tuliła się coraz bardziej do Nancy.

— Wiesz, jestem nawet zadowolona, że cię swą nieobecnością nastraszyłam, gdyż tylko temu zawdzięczam, że przyszłaś po mnie — powiedziała po chwili milczenia dziewczynka.

A Nancy tymczasem rozmyślała, jakby uprzedzić Pollyannę o karze, jaka ją czekała i jak to zrobić najdelikatniej.

— Wiesz — rzekła trochę zmieszana — jest już po obiedzie, więc... więc... dostaniesz tylko mleko i chleb!

— Ach! Jak to dobrze! Bardzo lubię mleko i chleb! — wesoło zawołała Pollyanna.

— Ale będziesz musiała zjeść w kuchni... ze mną! — dodała niespokojnie Nancy.

— W kuchni? Z tobą? O, bardzo się z tego cieszę!

— Zdaje mi się, że ty jesteś ze wszystkiego zadowolona, nawet z rzeczy nieprzyjemnych — zauważyła Nancy, która przypomniała sobie w tej chwili, jak Pollyanna starała się odnaleźć przyjemne rzeczy w małym pokoiku na poddaszu.

— To z przyczyny gry! — Uśmiechnęła się Pollyanna.

— Gry? Jakiej?

— Gry w zadowolenie!

— Gry w zadowolenie? Cóż to jest takiego? — pytała coraz bardziej zaciekawiona Nancy.

— Jest to bardzo piękna gra, której nauczył mnie mój ojciec. Graliśmy w nią już wtedy, gdy byłam zupełnie maleńka. Nauczyłam jej potem panie z dobroczynności4, przynajmniej niektóre z nich.

— Więc cóż to za gra?

Pollyanna uśmiechnęła się, ale i westchnęła równocześnie.

— Zaczęliśmy się bawić w tę grę od chwili, gdy przyszła do nas paczka misjonarska, a w niej znaleźliśmy... kule.

— Kule?

— A tak! Ja wtedy bardzo chciałam mieć lalkę. Tatuś mój spodziewał się, że ją otrzymam i nawet prosił o to, ale pani, która napełniała paczkę darami dla kolonii misjonarskiej, odpisała, że lalki nie ma i że zamiast lalki przysyła małe kule, które może przydadzą się dla jakiegoś kalekiego dziecka. Od tego czasu powstała nasza gra.

— Nie widzę tu nic zabawnego! — odparła szorstko Nancy, myśląc, że Pollyanna żartuje z niej.

— Nie ma nic zabawnego, ale jest gra. A polega na tym, aby w każdych, nawet najcięższych okolicznościach znaleźć coś, z czego można by było się cieszyć!

— Nie rozumiem, z czego można się cieszyć, gdy się otrzymuje zamiast upragnionej lalki kule! — niecierpliwie odezwała się Nancy.

Pollyanna klasnęła w dłonie.

— Można! Ja sama też początkowo nie mogłam się domyśleć. Dopiero ojciec mi wytłumaczył.

— Więc mi to powiedz — już nieco łagodniej rzekła Nancy.

— Owszem, powiem. Otóż mogłam się cieszyć, że kule te nie były mi potrzebne! — odparła wesoło Pollyanna. — Widzisz, jakie to jest proste, jeżeli się to zrozumie!

— Dziwna jakaś gra! — zauważyła Nancy, patrząc na Pollyannę niespokojnym wzrokiem.

A dziewczynka opowiadała jej, jak to było dobrze, gdy żył ojciec. W każdej smutnej chwili, a takich było wiele w jej życiu, znajdywała zawsze wespół z ojcem coś, z czego się można było cieszyć. A gdy się wyszukiwało coś przyjemnego, zapominało się wówczas o nieprzyjemnym. Powoli weszła ta „gra” w przyzwyczajenie i Pollyanna w każdej przykrej sytuacji, prawie nie szukając, odnajdywała dodatnie strony.

Obecnie jednak Pollyanna straciła na zawsze wiernego towarzysza gry. Czy będzie mogła bez niego skutecznie grać w zadowolenie?

— Chyba spróbuję nauczyć ciocię Polly — mówiła Pollyanna — może ona zgodzi się bawić ze mną.

— Ona? Przenigdy! — żywo zawołała Nancy. — Ale gdybyś chciała... — dodała niepewnym głosem — Mogłabym spróbować bawić się z tobą?

Pollyanna gorąco uścisnęła Nancy, a w parę chwil potem obie weszły do kuchni. Pollyanna z apetytem wypiła mleko i zjadła chleb, a następnie za radą Nancy udała się do salonu, gdzie zastała swą ciotkę czytającą książkę.

— Jesteś już po obiedzie? — zapytała panna Polly suchym tonem.

— Tak, ciociu!

— Jestem bardzo niezadowolona, że zmuszona byłam prawie na wstępie posłać cię do kuchni na obiad!

— Ależ, ciociu, to nic! Ciocia sprawiła mi wielką przyjemność! Ja ogromnie lubię mleko z chlebem i kocham Nancy!

Panna Polly wyprostowała się w fotelu.

— Pollyanno, już czas spać! Dziś jesteś zmęczona, ale jutro zajmiemy się przeglądem twego ubrania i sporządzimy plan zajęć. Otrzymasz od Nancy świecę, lecz obchodź się z nią ostrożnie. Śniadanie jest o pół do ósmej. Proszę, bądź punktualna. Dobrej nocy!

Pollyanna zbliżyła się do ciotki i ucałowała ją serdecznie.

— Jestem bardzo szczęśliwa! — mówiła wesoło. — I jestem przekonana, że będzie mi tu bardzo dobrze. Zresztą spodziewałam się tego. Dobrej nocy, ciociu — dodała, wychodząc z pokoju.

„Co za dziwne dziecko, — pomyślała panna Polly i swoim zwyczajem zmarszczyła brwi. — Cieszy się z tego, że ją ukarałam i jest zadowolona, że mieszka u mnie! Doprawdy nie rozumiem” — dodała, biorąc znów książkę do ręki.

W kwadrans potem w pokoiku na poddaszu mała, samotna dziewczynka przelewała gorzkie łzy, tuląc twarzyczkę w poduszkę.

— Ojcze drogi, który jesteś z aniołkami — szeptały jej usteczka — wiem dobrze, że w tej chwili nie gram „w zadowolenie”, ale myślę, że i ty nie znalazłbyś nic radosnego, gdy się tak leży samotnie i po ciemku. Gdyby była przy mnie Nancy albo ciocia Polly, albo nawet któraś z pań z dobroczynności, zawsze byłoby lepiej!

A w kuchni, zmywając naczynia, Nancy myślała głośno:

„Jeśli tylko ta głupia gra w znajdowanie zadowolenia w tym, że otrzymało się kule zamiast oczekiwanej lalki może być dla niej wybawieniem, postaram się i będę potrafiła, o, na pewno będę potrafiła bawić się z nią w tę grę!”

Rozdział V. Obowiązki

Gdy Pollyanna obudziła się następnego ranka, była już prawie siódma godzina. Ponieważ okna wychodziły na zachód, słońca nie było widać, lecz jasny błękit nieba zapowiadał pogodny dzień.

Ubrawszy się, Pollyanna podeszła do okna, aby przywitać radośnie śpiewające ptaszki i zobaczyła w ogrodzie swą ciotkę opatrującą ze starym ogrodnikiem krzaki róż. Natychmiast wybiegła z pokoju, zostawiając za sobą wszystkie drzwi otwarte i w mgnieniu oka była w ogrodzie, radośnie wołając:

— Ach, ciociu! Co za śliczny dzień! I jak mi tu dobrze!

— Pollyanno — przerwała szorstko panna Polly — czy to jest twój zwykły sposób witania się?

— Nie, ciociu! W ten sposób witam tylko te osoby, które kocham! Zobaczyłam ciocię przez okno i przypomniałam sobie natychmiast, że ciocia nie jest panią z dobroczynności, lecz moją prawdziwą, kochaną ciocią, taką bardzo, bardzo dobrą, i nie mogłam się powstrzymać, aby nie przybiec i nie przywitać się!

Stary ogrodnik odwrócił się w stronę dziewczynki, przyglądając jej się bacznie5. Panna Polly zaś usiłowała zmarszczyć brwi, lecz jakoś jej się to nie udawało.

— Tomaszu, na dziś dosyć! Mam nadzieję, że zrozumiałeś wszystko, co mówiłam o tych krzakach! — rzekła trochę zmieszana i oddaliła się pośpiesznie.

— Czy już dawno pracujecie w tym ogrodzie, panie... człowieku? — zapytała Pollyanna z zaciekawieniem.

Starzec odwrócił się. Usta jego drżały, a w oczach błyszczały łzy.

— O tak, panienko! Jestem stary Tomasz, ogrodnik — odpowiedział i swą ciężką, drżącą ręką pogłaskał jasne włosy dziewczynki.

— Jesteś bardzo podobna do twej matki, panienko! Znałem ją, gdy była małą dziewczynką, może mniejszą jeszcze od ciebie! Już wtedy pracowałem w tym ogrodzie.

Pollyanna westchnęła głęboko.

— Naprawdę? Więc znał pan moją matkę? Ach, proszę mi coś o niej opowiedzieć!

Lecz w tej chwili rozległ się dzwonek, a zaraz potem ukazała się Nancy.

— Pollyanno! — zawołała, chwytając dziewczynkę za rękę i ciągnąc w stronę domu. — To był dzwonek na śniadanie! Pamiętaj! Zawsze, gdy ten dzwonek usłyszysz, musisz wszystko rzucić i biec do domu!

To mówiąc, wepchnęła Pollyannę do przedpokoju jak kurczę do klatki.

Pierwsze pięć minut śniadania przeszło w milczeniu, gdy nagle panna Polly zwróciła uwagę na dwie muchy latające nad stołem.

— Nancy, skąd się tu wzięły muchy?

— Nie wiem, proszę pani. W kuchni nie ma ich wcale — odparła Nancy, która widocznie nie zauważyła otwartych okien w pokoju Pollyanny.

— To są prawdopodobnie moje muchy, ciociu! — zauważyła Pollyanna. — Dużo ich latało dziś na schodach.

— Twoje muchy? — zdziwiła się panna Polly. — Co to ma znaczyć? Którędy wleciały do domu?

— Przypuszczam, że przez okna mojego pokoju, ciociu — odpowiedziała spokojnie Pollyanna.

— Jak to? Otworzyłaś okna, które nie mają siatek?

— Tak, ciociu!

W tej chwili do pokoju weszła Nancy.

— Nancy, proszę natychmiast pozamykać okna w pokoju Pollyanny i powypędzać wszystkie muchy — rzekła surowo panna Polly, następnie zwracając się do siostrzenicy, dodała:

— Pollyanno! Siatki do okien są już obstalowane. Czyli że zrobiłam to, co było moim obowiązkiem, ale tyś zapomniała o swoim.

— O moim obowiązku?

Oczy Pollyanny zdradzały szczere zdziwienie.

— Oczywiście! Rozumiem, że w pokoju mogło być trochę ciepło, ale twoim obowiązkiem było nie otwierać okien, dopóki nie będą wstawione siatki. Zapamiętaj sobie, Pollyanno, że muchy są nie tylko dokuczliwe, lecz także niebezpieczne dla zdrowia. Po śniadaniu dam ci do przeczytania ciekawą książeczkę o tym.

— O dziękuję, ciociu! Ja tak lubię czytać.

Panna Polly głęboko westchnęła, następnie ściągnęła wargi, a Pollyanna, widząc surową twarz ciotki, dodała pośpiesznie:

— Naturalnie, ciociu, jest mi bardzo przykro i więcej już nie otworzę okien.

Panna Polly nic nie odpowiedziała i śniadanie do końca przeszło w milczeniu.

Po śniadaniu panna Polly podała Pollyannie małą książeczkę ze słowami:

— Udasz się teraz za karę do swego pokoju, by to przeczytać, a ja przyjdę za pół godziny zrobić przegląd twego ubrania.

Pollyanna wzięła książeczkę, podziękowała uprzejmie i pobiegła na górę.

Gdy po upływie pół godziny panna Polly, jak zawsze sztywna i zimna, weszła do pokoju Pollyanny, została przywitana wybuchem entuzjazmu.

— Ciociu! — zawołała Pollyanna z zachwytem — nigdy nie czytałam nic ciekawszego! Nie przypuszczałam nigdy, że muchy mogą być tak niebezpieczne i że...

— Dosyć! — przerwała panna Polly. — Proszę teraz wydostać z szafy ubranie i bieliznę. Muszę je obejrzeć.

Pollyanna posłusznie wydostała z szafy przywiezione sukienki i bieliznę. Panna Polly oglądała je uważnie, lecz z wyrazu jej twarzy nie można było wywnioskować, co myślała o garderobie swojej siostrzenicy.

Ukończywszy przegląd, panna Polly wypytała dokładnie, czy Pollyanna chodziła do szkoły, czy się uczyła muzyki, szycia, gotowania itp.

Dziewczynka na wszystkie pytania dawała dokładne odpowiedzi, lecz widać z nich było, że wszystkiego uczyła się po trochu, dorywczo, bez systemu.

Do szkoły nie chodziła. Uczono ją w domu czytać i pisać, ale nie lubiła czytać na głos; znała początki muzyki, lecz wolała słuchać niż grać; umiała szyć — ale tylko sukienki dla lalek. Co do gotowania, to umiała robić tylko krem czekoladowy.

Po wysłuchaniu tego wszystkiego panna Polly myślała długą chwilę, potem rzekła poważnym i jak zwykle surowym głosem:

— Pollyanno! Codziennie o godzinie dziewiątej rano będziesz czytała ze mną na głos przez pół godziny. Przedtem naturalnie sprzątniesz swój pokój! W środy i soboty, po ukończeniu czytania, będziesz w kuchni uczyć się gotować, w dni pozostałe będziesz szyła. Wszystkie popołudnia będziesz mogła swobodnie zająć się muzyką. Prócz tego postaram się niezwłocznie o nauczyciela, który rozpocznie z tobą systematyczną naukę — dodała, wstając z krzesła.

Lecz Pollyanna zatrzymała ciotkę, mówiąc ze szczerym przerażeniem:

— Ależ, ciociu! Ciocia nie zostawiła mi ani jednej chwili do... życia!

— Do życia? Ależ dziecko, co chcesz przez to powiedzieć? Czyż ty przy tych wszystkich zajęciach nie żyjesz?

— Oczywiście, ciociu! Oddychać będę, robiąc to wszystko, co ciocia wymieniła przed chwilą. Ciocia też oddycha, gdy śpi! Ale to nie jest życie! Robić to, co jest przyjemne, biegać po polach, czytać (oczywiście nie na głos), wdrapywać się na wzgórza, rozmawiać w ogrodzie z Tomaszem i Nancy, oglądać domy i ludzi na tych dużych ulicach, które widziałam wczoraj: oto co ja nazywam żyć.

Oczy panny Polly zabłysły gniewnie.

— Jesteś najdziwniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Samo przez się rozumie się, że będziesz miała dość czasu na zabawy i rozrywki. Lecz jeśli ja chcę spełnić mój obowiązek, czuwając nad tym, abyś otrzymała odpowiednie wykształcenie, tyś powinna spełnić swój obowiązek, czyniąc bez protestu to, co ci wyznaczyłam! Nie chciałabym, by moje starania spotkały się z niewdzięcznością z twej strony.

Pollyanna była bardzo zawstydzona, zażenowana.

— O ciociu! Czyż mogłabym być niewdzięczna wobec ciebie! Ja cię tak bardzo kocham! Ciocia nie jest przecież panią z Koła Opieki, lecz moją prawdziwą ciocią!

— Dobrze więc! Pamiętaj, abyś nie była niewdzięczna i nie zapominała o swoich obowiązkach! — rzekła panna Polly, kierując się ku wyjściu.

— Dziś po południu — dodała już w drzwiach — pojedziemy do miasta po sprawunki. Rzeczy, które z sobą przywiozłaś, nie nadają się dla mojej siostrzenicy i nie spełniłabym mego obowiązku, gdybym nie ubrała cię odpowiednio!

Pollyanna westchnęła. Odczuwała coraz żywszą niechęć do wyrazu tak często używanego przez swą ciotkę, a cała przyszłość stawała przed jej oczyma jako jeden długi szereg obowiązków bez końca.

Rozdział VI. Pollyanna zostaje ukarana

W południe panna Polly z siostrzenicą pojechała do miasta leżącego w odległości pół kilometra od jej willi, aby zaopatrzyć Pollyannę w komplet nowych sukienek i bielizny. Nie było to rzeczą zbyt łatwą, toteż z ostatniego sklepu panna Polly wychodziła z uczuciem ulgi, jak człowiek, który szedł gdzieś śliską, wąską ścieżką nad przepaścią i wreszcie stanął na równym miejscu, niezagrażającym żadnym niebezpieczeństwem.

Pollyanna zaś, odwrotnie, była zachwycona wyprawą, ponieważ, jak powiedziała jednemu z subiektów sklepowych — znacznie przyjemniej jest kupować sukienki w dużym, pięknym sklepie niż otrzymywać nie wiadomo co z przesyłek misjonarskich lub od pań z dobroczynności.

Wyprawa do miasta zajęła całe popołudnie; po powrocie do domu, gdy panna Polly pojechała odwiedzić jedną z sąsiadek, Pollyanna pobiegła do Tomasza i Nancy.

Stary ogrodnik dużo opowiadał Pollyannie o jej matce, co dziewczynka bardzo lubiła, a Nancy mówiła o swym rodzinnym domku, gdzie mieszkała jej ukochana matka i równie kochane siostry i bracia. Obiecywała że, o ile panna Polly pozwoli, zaprowadzi Pollyannę do swej rodziny.

— Moje siostrzyczki noszą takie piękne imiona — opowiadała Nancy — znacznie ładniejsze od mojego!

— Dlaczego? — zapytała Pollyanna.

— Bo byłam pierwszą córką i mamusia moja jeszcze wtedy nie czytała ciekawych powieści, w których znajdują się ładne imiona. Wprost nienawidzę mojego imienia!

— A mnie się to imię bardzo podoba; tym bardziej jeszcze, że ty je nosisz — zaśmiała się Pollyanna. — Zresztą powinnaś być zadowolona, że nie nazywasz się... na przykład: Pafnuca!

— O tym nigdy nie myślałam — odrzekła Nancy — i przyznam się otwarcie, iż widzę w tej chwili, że moje imię nie jest takie znów najbrzydsze!

— Ale powiedz, moja droga — dodała po chwili — czy nie była to gra w zadowolenie, gdy tłumaczyłaś mi przed chwilą, że powinnam się cieszyć, iż nie nazywam się Pafnuca?

Pollyanna zamyśliła się przez chwilę, potem roześmiała się szczerze.

— Masz słuszność, Nancy! Była to gra w zadowolenie, chociaż zastosowałam ją bezwiednie. Zdarza się to często, gdyż jestem przyzwyczajona do wyszukiwania zawsze czegoś pocieszającego i dlatego udaje mi się to znacznie łatwiej niż komu innemu.

— Możliwe — odparła Nancy, ale w głosie jej słychać było pewne niedowierzanie.

Koło godziny ósmej Pollyanna udała się na spoczynek.

Ponieważ siatki nie były jeszcze wstawione, pokoik na poddaszu przypominał raczej piec do wypalania. Pollyanna smutnym wzrokiem popatrzyła na zamknięte okna, lecz ich nie otworzyła. Rozebrała się, starannie poukładała sukienki, odmówiła pacierz, zgasiła świecę i wślizgnęła się pod kołdrę.

Jak długo przewracała się na łóżku z powodu dręczącej ją bezsenności — tego nie wiedziała. Czuła tylko, że upłynęło już dużo czasu do chwili, gdy zdecydowała się wreszcie wstać i otworzyć drzwi.

Na strychu było zupełnie ciemno i tylko promienie księżyca, przenikające przez małe okienko w dachu, znaczyły srebrzystą ścieżkę na podłodze.

Pollyanna bezwiednie skierowała swe kroki na tę ścieżkę, która doprowadziła ją do okienka.

Lecz wbrew oczekiwaniu, było ono również zamknięte, gdyż nie posiadało siatki! Ale za małą szybką rozpościerał się czarujący widok na tonącą w srebrzystych promieniach dolinę i było za nią powietrze — to czyste, świeże powietrze, którego tak bardzo pragnęły rozpalone policzki i gorące ręce dziewczynki!

Z tęsknotą spoglądała w dół i równocześnie zauważyła, że tuż prawie pod okienkiem rozpoczynał się płaski dach letniej werandy.

Boże! Jakby to było dobrze wydostać się na ten dach!

Spojrzała za siebie: tam czekał na nią pokój pełen rozżarzonego powietrza, z gorącym łóżkiem — a za oknem na dachu świecił księżyc i było dużo, dużo czystego, świeżego powietrza!

Gdyby można było wynieść na dach łóżko! Tylu przecież ludzi na świecie sypia pod gołym niebem!

Rozmyślając nad tym, Pollyanna przypominała sobie, że kiedyś w dzień zauważyła w pobliżu okienka szereg dużych worków zawieszonych na gwoździach. Nancy mówiła, że w workach tych były przechowywane zimowe ubrania i futra.

Pollyanna namacała jeden z nich. Był gruby i miękki (zawierał w sobie fokowe futro panny Polly), a więc nadawał się znakomicie na posłanie, drugi mniejszy na poduszkę i wreszcie trzeci — cienki i szeroki, doskonały do przykrycia się.

Otworzyła okienko, zepchnęła wszystkie trzy worki na dach, a następnie wyszła sama, nie zapomniawszy jednak przymknąć okienka, gdyż pamiętała wciąż o szkaradnych muchach, które tyle zarazków noszą na swych łapkach.

— Co za cudne powietrze!

Pollyanna zaczęła skakać z radości, a cienki dach werandy potrzaskiwał pod nóżkami, co wprawiało ją w jeszcze większy zachwyt.

Przeszła się kilka razy po dachu tam i z powrotem i nie mogła się nacieszyć, że wreszcie nie jest już u siebie, w dusznym pokoiku.

W końcu rozłożyła jeden worek zamiast materaca, podłożyła drugi pod głowę i przykryła się trzecim.

— Jak to dobrze — mówiła do siebie, przypatrując się gwiazdkom — że siatki nie zostały jeszcze wstawione w moim pokoiku! Inaczej nie byłabym tu!

*

Na dole zaś, w sypialnym pokoju przylegającym do werandy, panna Polly blada i wystraszona ubierała się pośpiesznie.

Przed chwilą drżącym głosem telefonowała do stangreta6.

— Natychmiast przychodź z ojcem... Przynieście latarnie... Jakiś... człowiek chodzi po dachu werandy. Prawdopodobnie przelazł przez sztachety w ogrodzie, a teraz może dostać się do mieszkania przez okienko w dachu... drzwi wiodące na strych zamknęłam na klucz... tylko prędzej, prędzej...

Nieco później, gdy Pollyanna zasnęła, obudził ją blask latarni i potrójny okrzyk zdumienia. Gdy otworzyła oczy, ujrzała stangreta Mateusza, stojącego na przystawionej do dachu drabinie, a stary Tomasz przełaził przez okienko w dachu. Za plecami Tomasza stała panna Polly, która ujrzawszy dziewczynkę śpiącą na dachu, zawołała:

— Pollyanno, co to znaczy?

Pollyanna całkowicie już otworzyła zaspane oczęta i usiadła.

— Tomaszu, ciociu Polly! Czegoście się tak przestraszyli?7 Przecież nic się nie stało, tylko było mi w pokoiku tak strasznie duszno, więc przyszłam spać tutaj! Ale okienko zamknęłam i żadna mucha nie dostanie się do mieszkania!

Mateusz, słysząc te wyjaśnienia, pośpiesznie zszedł z drabiny, a stary Tomasz, oddawszy latarnię pannie Polly, udał się za synem.

Panna Polly czekała z zagryzionymi wargami, aż służba odejdzie, po czym odezwała się do Pollyanny:

— Proszę natychmiast zabrać worki i iść ze mną! Doprawdy, chyba na całym świecie istnieje jedno tylko takie dziecko jak ty! — mówiła, wracając z siostrzenicą przez strych.

Pollyanna, która poczuła znów duszne powietrze strychu, westchnęła głęboko.

Po zejściu ze schodów panna Polly odezwała się sucho:

— Za karę resztę nocy będziesz spała ze mną, w moim pokoju! Jutro siatki będą już gotowe; tymczasem uważam za swój obowiązek umieścić cię tak, żebym w każdej chwili wiedziała, co robisz.

Pollyannie aż tchu zabrakło w piersiach.

— Będę spała z ciocią! W jednym pokoju! — zawołała wreszcie. — O, jaka ciocia dobra! Ja zawsze tak marzyłam, ażeby spać z kimś bliskim mi, nie z jakąś obcą panią z dobroczynności. Jak się cieszę, że nie ma jeszcze tych siatek!

Panna Polly poruszyła wargami, jakby chciała powiedzieć, że to przecież miała być kara; lecz powstrzymała się i milcząc, szła naprzód z głową podniesioną do góry.

Czuła się bezsilna. Już po raz trzeci od przyjazdu Pollyanny karała ją i zmuszona była przekonać się, że po raz trzeci kara ta została przyjęta z radością.

Nic więc dziwnego, że panna Polly czuła się kompletnie rozbrojona.

Rozdział VII. Znajomości Pollyanny

Wkrótce potem porządek w domu panny Harrington ustalił się na dobre, chociaż może nie był w zupełności taki, jak się tego spodziewała panna Polly.

Pollyanna szczebiotała bez przerwy, grała na fortepianie, czytała na głos, uczyła się gotować — to prawda, ale na wszystko to poświęcała znacznie mniej czasu, niż miała wyznaczone. Miała też dość czasu „na życie”, jak mówiła, gdyż od godziny drugiej do szóstej po południu mogła robić, co jej się podobało, z wyjątkiem, oczywiście, pewnych rzeczy zabronionych przez pannę Polly.

Nie wiadomo tylko, czy te wolne chwile dane były dla wypoczynku Pollyanny, czy też — panny Polly.

W tych pierwszych dniach pobytu siostrzenicy panna Polly miała dość okazji, by wydawać okrzyk:

— Boże, co za dziwne dziecko!

A po lekcjach czytania i szycia była prawie zawsze trochę zmieszana i trochę zmęczona.

W kuchni z Nancy szło znacznie lepiej. Ta nie była ani zmieszana, ani zmęczona i z upragnieniem czekała środy i soboty, kiedy Pollyanna przychodziła na „lekcje” gotowania.

W bezpośrednim sąsiedztwie willi Harrington nie było nikogo, z kim Pollyanna mogłaby się bawić. Dom oddalony był od miasta i chociaż w pobliżu stało kilka will, nie było tam ani dziewczynki, ani chłopca w wieku Pollyanny. Nie martwiło jej to jednak wcale.

— To nic nie znaczy — mówiła pewnego razu do Nancy — wystarcza mi najzupełniej, gdy mogę pójść na spacer i przyglądać się ulicom, domom i przechodniom.

Zazwyczaj w godzinach popołudniowych, gdy była ładna pogoda, Pollyanna prosiła, aby dano jej coś do załatwienia, chodziło jej bowiem o to, aby się przejść po mieście.

Podczas tych wędrówek często spotykała „Pana”.

Dla niej był on zawsze „Panem”, nawet gdy tego samego dnia spotykała wielu innych panów.

„Pan” nosił często czarne ubranie i jedwabny cylinder, czego zwyczajni ludzie prawie nigdy nie noszą. Twarz miał bladą, zawsze starannie wygoloną, a spod cylindra wyglądały siwiejące już włosy. Trzymał się prosto, chodził krokiem przyspieszonym i — był zawsze sam, co wzbudzało w Pollyannie jakiś niewyraźny smutek.

Może dlatego pewnego dnia przemówiła do niego.

— Jak się pan miewa? Jak pięknie dziś na dworze! — uprzejmie rzekła, zbliżając się do niego.

„Pan” spojrzał dokoła, następnie zatrzymał się.

— Do mnie mówiłaś? — zapytał sucho.

— Tak jest, do pana — odpowiedziała Pollyanna rozpromieniona. — Mówiłam, że śliczna dziś pogoda! Nieprawdaż?

— Co? Aha... hm... — mruknął i odszedł pospiesznie.

Pollyanna roześmiała się.

„Co za dziwny, człowiek!” — pomyślała.

Na drugi dzień znów go spotkała.

— Dziś już nie tak ładnie, jak wczoraj, lecz pomimo to jest bardzo przyjemnie — powiedziała wesoło.

— Co? Aha... hm... — mruknął znów „Pan” i odszedł.

Pollyanna znów się roześmiała.

Gdy jednak zaczepiła go po raz trzeci, „Pan” nagle zatrzymał się.

— Kim jesteś, dziewczynko, i dlaczego zaczepiasz mnie codziennie?

— Jestem Pollyanna Whittier. Widzę, że pan zawsze taki samotny! Cieszy mnie, że pan się zatrzymał. Teraz już się znamy... Tylko jeszcze chciałabym poznać pańskie imię.

— Hm... ze wszystkich...

„Pan” nie dokończył zdania i oddalił się pośpieszniej niż zwykle.

Pollyanna z rozczarowaniem patrzyła za odchodzącym.

„Może nie zrozumiał mnie — myślała, idąc przed siebie. — Zresztą nie było to całkowite zaznajomienie się, bo przedstawiłam się, ale przecież nie wiem jeszcze, jak on się nazywa!”

*

Dziś Pollyanna miała zanieść galaretę z nóżek cielęcych dla pani Snow. Polly Harrington stale co tydzień posyłała coś pani Snow. Mówiła, że było to jej obowiązkiem, ponieważ pani Snow była biedna i chora i należała do tej samej parafii, a starym zwyczajem członkowie jednej i tej samej parafii wspierali jedni drugich w biedzie i nieszczęściu. Swój obowiązek względem pani Snow panna Polly spełniała zazwyczaj co czwartek po południu, nie sama, oczywiście, lecz za pośrednictwem Nancy.

Dziś Pollyanna prosiła o pozwolenie odwiedzenia pani Snow, a Nancy chętnie przystała na to, naturalnie za uprzednią zgodą panny Polly.

— Jestem zadowolona, że mogę tam nie iść — mówiła Nancy do Pollyanny — chociaż, co prawda, to wstyd, abyś ty nosiła ten koszyk!

— A ja się bardzo cieszę! — odparła Pollyanna.

— Po pierwszej wizycie przestaniesz się cieszyć! — przepowiadała Nancy.

— Dlaczego?

— Dlatego, że nikt pani Snow nie lubi! Gdyby nie litość dla niej, żadna żywa dusza nie odwiedzałaby jej, tak jest niemiła. Żal mi tylko jej córki, która musi stale być przy niej.

— Ależ dlaczego, Nancy?

Nancy wzruszyła ramionami.

— Przede wszystkim dlatego, że pani Snow nie jest nigdy z niczego zadowolona. Nawet dni w tygodniu nie mogą jej dogodzić: gdy jest poniedziałek, ona wolałaby, żeby była niedziela. Gdy się jej zaniesie galaretkę, mówi, że wolałaby kurczę, a gdy otrzyma kurczę, wzdycha do rosołu.

— Co za dziwna osoba! — zaśmiała się Pollyanna. — Cieszę się tym bardziej, że ją zobaczę, gdyż lubię mieć do czynienia z „osobliwymi” ludźmi.

— Hm... a więc pani Snow jest może najosobliwszą ze wszystkich ludzi na świecie — rzekła Nancy, uśmiechając się ironicznie.

Pollyanna z lekko bijącym serduszkiem przestępowała próg małego domku, a oczęta jej błyszczały z ciekawości, by zobaczyć tę „osobliwą” panią Snow. Otworzyła jej dziewczynka o twarzyczce bladej i zmęczonej.

— Jak się masz — zaczęła grzecznie Pollyanna. — Przychodzę od panny Harrington i jeśli to możliwe, miałabym wielką chęć zobaczyć panią Snow.

— Owszem — odpowiedziała dziewczynka i dodała półgłosem — Jesteś pierwszą osobą, która ma chęć ją zobaczyć!

Lecz Pollyanna tych ostatnich słów nie słyszała, idąc za dziewczynką długim, wąskim i ciemnym korytarzem. Wreszcie dziewczynka otworzyła drzwi do pokoju chorej, a gdy Pollyanna weszła, zamknęła je z powrotem.

Pollyanna przystanęła tuż przy progu, gdyż wzrok jej nie był jeszcze przyzwyczajony do ciemności panujących w pokoju. Wreszcie zobaczyła kobietę na pół leżącą na łóżku wystawionym na środek pokoju.

Zbliżyła się do chorej.

— Jak się pani miewa? Ciocia Polly spodziewa się, że jest pani znacznie lepiej i przysyła galaretkę z nóżek cielęcych.

— O Boże, galaretka! — usłyszała Pollyanna zniecierpliwione westchnienie. — Oczywiście, jestem jej bardzo wdzięczna, ale spodziewałam się, że mi przyśle dziś rosołu!

Pollyanna zmarszczyła brwi.

— A ja myślałam, że gdy pani dostaje galaretkę, to prosi o kurczę!

— Co takiego? Coś ty powiedziała? — zawołała chora, odwracając się do Pollyanny.

— Nic takiego, proszę pani — pośpieszyła z odpowiedzią Pollyanna. — To tylko Nancy opowiadała mi, że pani pragnie kurczęcia, gdy otrzymuje galaretkę, a znów rosołu wtedy, gdy otrzymuje kurczę. Ale może być, że Nancy się pomyliła — dodała, jakby usprawiedliwiając się.

Na te słowa chora kobieta wyprostowała się na łóżku, czego nigdy nie robiła.

— A ty kim jesteś, panno Grubianno8? — zapytała zjadliwie.

— O, proszę pani, to wcale nie jest moje imię. Zresztą cieszę się bardzo, że go nie noszę. Nazywam się Pollyanna Whittier, jestem siostrzenicą panny Harrington i mieszkam u niej. Dlatego też dziś ja przynoszę pani galaretkę.

Z początku chora słuchała, zdradzając pewne zainteresowanie, lecz na wspomnienie galaretki opadła na poduszkę i przestała słuchać.

— Bardzo dobrze, dziękuję — przemówiła wreszcie — twoja ciotka jest bardzo uprzejma, lecz dziś właśnie miałam ochotę na rosół. Tej nocy ani na chwilę nie zmrużyłam oka — skarżyła się dalej.

— Ach, jakbym ja tak chciała! — westchnęła Pollyanna, stawiając galaretkę na nocnym stoliku i siadając na krześle przy łóżku. — Tyle się traci czasu, śpiąc!

— Traci się czas, śpiąc? — zawołała chora ze zdumieniem.

— A tak! Wtedy, kiedy można by żyć! Rozumie pani? Jaka szkoda, że my nie możemy żyć w nocy!

Chora znów się podniosła.

— Jesteś zadziwiająca, moje dziecko — zawołała. — Podejdź do okna i podnieś zasłonę, żebym mogła zobaczyć, jak wyglądasz!

Pollyanna podniosła się z krzesła niechętnie.

— Czy dlatego mam podnieść zasłonę, żeby pani zobaczyła moje piegi? Ja się tak cieszyłam, że tu jest ciemno!

Jednak gdy podniosła zasłonę i odwróciła się do chorej — wydała okrzyk zadowolenia.

— Ach, jaka pani jest ładna. Nikt mi o tym nie mówił!

— Ładna? — powtórzyła chora z szyderczym uśmiechem.

— Naturalnie! Pani tego nie wie? — szczerze zdziwiła się Pollyanna.

— Nie... nie wiem — odparła sucho pani Snow.

I rzeczywiście pani Snow nie wiedziała o tym, ponieważ z czterdziestu przeżytych lat piętnaście była zajęta tym, aby chcieć zawsze czegoś innego, niż to, co miała, i być wiecznie niezadowolona z tego, co jest.

— Pani ma duże, ciemne oczy i ładne, kręcone włosy — mówiła łagodnie Pollyanna. — Ja tak lubię kręcone włosy. Będę je miała chyba dopiero w niebie! Tak! Pani jest ładna! Myślałam, że pani widziała to wszystko, przeglądając się w lustrze!

— W lustrze!... — powtórzyła już mniej stanowczym głosem chora, opadając znów na poduszkę. — Tak dawno już nie miałam w rękach lustra i ręczę, że to samo byłoby z tobą, gdybyś była tak, jak ja, przykuta do łóżka!

— Być może! — odparła ze współczuciem Pollyanna — ale... chwileczkę, proszę pani...

Zobaczyła właśnie na komodzie niewielkie lusterko, chwyciła je i podeszła do łóżka, by je podać pani Snow, lecz w ostatniej chwili zatrzymała się.

— Czy mogłabym przedtem, zanim dam pani lusterko, trochę poprawić pani włosy? — spytała nieśmiało.

— Owszem, jeśli ci się podoba. Tylko że nie będą się trzymały — odpowiedziała chora niechętnie.

— Dziękuję pani! Tak lubię czesać włosy — zawołała radośnie Pollyanna, kładąc lusterko i szukając grzebienia.

— Dziś pewnie nie zdążę zrobić nic osobliwego, chcę tylko, by pani zobaczyła, jaka pani jest ładna. Następnym razem jednak zrobię śliczne uczesanie — dodała, biorąc delikatnie włosy chorej w swe drobne, zgrabne rączki.

W ciągu pięciu minut Pollyanna jako tako ułożyła włosy chorej, poprawiła koronkowy kołnierzyk nocnej koszuli, poprawiła poduszkę tak, żeby mogła wygodniej spoczywać, wreszcie wyjęła z wazonika goździk i przypięła go pani Snow do włosów.

— Już skończone! — zawołała, podając lusterko. — Teraz może pani spojrzeć na siebie!

— Hm... — mruknęła chora — wolę goździki czerwone od różowych, ale ponieważ i tak do wieczora zwiędną, więc to wszystko jedno!

— Ależ to dobrze, że zwiędną! — zawołała Pollyanna. — Inaczej nie miałaby pani jutro świeżych!

Następnie Pollyanna w dalszym ciągu zachwycała się czarnymi włosami pani Snow. Gdyż, jak mówiła, mieć czarne włosy było jej nieziszczalnym marzeniem.

— Boże! Jaka ja byłabym szczęśliwa, gdybym miała czarne włosy — dodała z westchnieniem.

— O, gdybyś była na moim miejscu — odparła podrażnionym głosem pani Snow — nie mówiłabyś tego. Gdybyś zmuszona była leżeć cały czas, tak jak ja, nie uszczęśliwiłyby cię czarne włosy!

— Tak — dodała po namyśle Pollyanna — w tych warunkach trudno być zadowoloną!

— Z czego? — zapytała pani Snow.

— Ze wszystkiego!

— Ze wszystkiego? Gdy się jest chorą i przykutą do łóżka? O, moja droga, zapewniam cię, że to niemożliwe!

Lecz ku wielkiemu zdumieniu pani Snow Pollyanna podskoczyła z krzesła i klasnęła w dłonie.

— To bardzo trudne — zawołała. — Teraz muszę już iść, lecz będę myślała o tym przez całą drogę, a gdy przyjdę następnym razem, pewnie będę mogła coś pani o tym powiedzieć! Do widzenia! Było mi bardzo przyjemnie spędzić u pani tych parę chwil!

— Do widzenia! — dodała jeszcze raz, już stojąc na progu.

— Coś nie do uwierzenia! Co ona chciała powiedzieć? — ze zdumieniem mówiła do siebie pani Snow, patrząc za odchodzącą dziewczynką.

Wzięła następnie lusterko i długo się w nim przeglądała, a gdy weszła do pokoju Milly, jej córka, chora nieznacznie schowała lusterko pod kołdrę.

— Mamusiu! Zasłona podniesiona? — zapytała dziewczynka, przenosząc zdziwiony wzrok z odsłoniętego okna na goździk we włosach matki.

— A tak — odparła ostro chora. — To, że jestem chora, nie oznacza, że mam całe życie siedzieć po ciemku!

— Pewnie, że nie, mamusiu — zgodziła się Milly, szukając lekarstwa. — Tylko przecież nieraz chciałam wpuścić do pokoju trochę światła, a mamusia mi nigdy nie pozwalała!

Pani Snow nic nie odpowiedziała: zajęta była poprawianiem koronek na nocnej koszuli.

— Naprawdę, mógłby ktoś domyślić się i ofiarować mi nową koszulę nocną zamiast rosołu lub galaretki — powiedziała po chwili zgryźliwie.

— Po co, mamusiu?

Nic dziwnego, że Milly była mocno zdumiona, gdyż w jednej z szuflad komody leżały dwie nowe koszule nocne, a Milly nie mogła namówić matki, by je włożyła!

Rozdział VIII. Nieco o „Panu”

W parę dni potem Pollyanna znów spotkała „Pana”. Pogoda była pochmurna i padał drobny deszcz.

— Dziś już nie jest tak ładnie — powiedziała uprzejmie — pomimo to cieszę się jednak, że deszcz pada.

Tym razem „Pan” nie zatrzymał się i nawet nie spojrzał.

Pollyanna oczywiście wytłumaczyła sobie, że jej nie słyszał, toteż następnego dnia przemówiła doń głośniej. „Pan” szedł dużymi krokami, ręce miał założone w tył i oczy spuszczone.

Pollyanna uważała podobne zachowanie się za uwłaczające względem słońca i czystego powietrza poranku.

Dziś otrzymała polecenie, by załatwić coś na mieście i dlatego spotkała go o niezwykłej porze — z rana.

— Jak się pan miewa? — zaszczebiotała. — Jak to dobrze, że dzisiejszy dzień nie jest podobny do wczorajszego. Nieprawdaż?

„Pan” zatrzymał się raptownie. Zdawał się być zagniewany.

— Podejdź, mała dziewczynko, musimy raz z tym skończyć — powiedział ponuro. — Mam zbyt wiele pracy, żeby zajmować się obserwowaniem pogody. Możesz być pewna, że nawet nie zwracam uwagi na to, czy słońce jest, czy go nie ma!

— Właśnie to zauważyłam i dlatego też mówię do pana o tym — zawołała Pollyanna rozpromieniona.

— Hm... co? Jak mówisz? — zapytał „Pan”, jakby zaczynając rozumieć, co do niego mówiono.

— Powtarzam, że mówię panu o tym dlatego, że pan sam nie widzi. Przypuszczam, że panu przyjemnie by było pomyśleć trochę o słońcu, ale pan wygląda tak, jakby nigdy tego nie robił.

— Jesteś bardzo dziwna... — nie dokończył i odszedł, ale po kilku krokach zawrócił i znów zbliżył się do Pollyanny.

— Czemu nie znajdziesz sobie dziecka w twoim wieku, by z nim rozmawiać?

— Chciałabym bardzo, lecz w sąsiedztwie nie ma nikogo. Zresztą nie martwię się tym. Nawet wolę czasem dorosłe osoby, bo się przyzwyczaiłam do pań z dobroczynności!

— Hm... Pań z dobroczynności! Czy czasem nie bierzesz mnie za jedną z nich?

„Pan” skrzywił usta, jakby się chciał zaśmiać, lecz zaraz się powstrzymał.

Za to Pollyanna wybuchnęła szczerym śmiechem.

— O nie! Pan nie jest podobny do żadnej z tych pań! I nie dlatego, aby pan był mniej dobry niż one! Jestem przekonana, że pan jest znacznie lepszy, niż się wydaje.

Po tych słowach „Pan” zdawał się być mocno zmieszany i odszedł, nic nie odpowiedziawszy.

Gdy w parę dni potem znów go spotkała, spojrzał na nią z uśmiechem ironicznym.

— Dzień dobry! — zwrócił się do niej. — Czy będziesz zadowolona, gdy ci powiem, iż wiem, że słońce dziś świeci?!

— O, nie potrzebuje mi pan tego mówić — odpowiedziała rozpromieniona Pollyanna — zauważyłam to w chwili, gdy pana zobaczyłam!

— Jak to?

— A tak, proszę pana. Widziałam to w pana spojrzeniu, w pana uśmiechu.

— Hm... — mruknął znów „Pan” i odszedł.

Od tego dnia jednak „Pan” zawsze pierwszy zaczynał rozmowę, chociaż czasem ograniczał się tylko do jednego „dzień dobry”. Ale i tych parę słów wystarczało, aby wywołać wybuch zdziwienia Nancy, gdy ta towarzyszyła pewnego razu Pollyannie w chwili, gdy „Pan” ją przywitał.

— O Boże! — zawołała — Pollyanno! Ten człowiek mówi do ciebie?

— Owszem! Teraz zawsze się ze mną wita — odpowiedziała, uśmiechając się, Pollyanna.

— Nadzwyczajne!

— A wiesz ty, kto to jest? — pytała dalej Nancy.

Pollyanna poruszyła przecząco główką.

— Przyznaję się, że nie znam jego nazwiska!

Nancy była wyraźnie wzburzona.

— Ależ dziecko, ten człowiek od dawna do nikogo nie mówi, chyba że ma do niego jakiś interes! Jest to John Pendleton. Mieszka samotnie w dużym domu, nie trzyma żadnej służby, stołuje się w restauracji. Znam kobietę, która sprząta mu mieszkanie. Opowiadała kiedyś, że ledwie otwiera usta, aby jej dać jakieś rozporządzenia. Zresztą chodzi mu głównie o to, aby wydać jak najmniej pieniędzy.

Pollyanna w tej chwili stanęła w obronie swego „Pana”.

— Gdy ktoś jest biedny — mówiła — powinien się starać, aby urządzać się jak najtaniej. Pamiętam, jak czasem, gdy nam brakło pieniędzy, jedliśmy z ojcem samą tylko fasolkę. A jednak cieszyliśmy się, że nam smakowała, chociaż obok nas ktoś zajadał indyka! Ciekawa jestem, czy pan Pendleton lubi fasolkę?

— Lubi czy nie lubi, to wszystko jedno — odparła Nancy. — Przede wszystkim powinnaś wiedzieć, że jest bardzo bogaty. Odziedziczył po ojcu ogromny spadek i jest bodajże najbogatszy w mieście. Mógłby śmiało żywić się samymi banknotami i wcale nie odczułby tego!

— Niby to można zjadać banknoty, nie zauważywszy tego przy łykaniu? — roześmiała się Pollyanna, która zrozumiała dosłownie przytoczone przez Nancy porównanie.

— Mówię, że jest tak bogaty, iż mógłby zjadać pieniądze! — odparła nieco zniecierpliwiona Nancy. — A oszczędza, bo jest skąpcem. Sknerą!

— Ach, nie! nie! Na pewno oszczędza dla kogoś! Już wiem! Pewnie daje dużo na tych nawróconych pogan! — zawołała Pollyanna. — Jak to ładnie z jego strony! Wyrzeka się wszystkiego dla innych! Ja to wiem! Ojciec często mi o takich ludziach mówił.

Nancy już otworzyła usta, aby powiedzieć Pollyannie, że się myli, lecz spojrzawszy na rozpromienioną twarzyczkę dziewczynki, zatrzymała się. Po co jej robić przykrość?

— Hm... jednak to dziwne, że on z tobą rozmawia. W ogóle nie mówi z nikim bez wyraźnej potrzeby. Niektórzy nazywają go wariatem, inni człowiekiem złym, jeszcze inni zaś mówią, że stał się dziwakiem po jakimś ciężkim przejściu, które miał kiedyś w życiu! Jest on w ogóle bardzo tajemniczy. Czasami wyjeżdża i przez kilka lat podróżuje po Azji, Egipcie i Saharze.

— A więc jest na pewno misjonarzem! — wykrzyknęła radośnie Pollyanna.

Nancy roześmiała się.

— Tego nie powiedziałam. To tylko pewne, że gdy powraca, pisze książki, w których opisuje swoje podróże i odkrycia w dzikich krajach. Ale gdy jest tu, w kraju, wydaje zaledwie tyle, ile potrzeba na życie.

— Bo on na pewno oszczędza dla tych dzikich pogan — upierała się Pollyanna. — W każdym razie to dziwny człowiek! I jestem bardzo zadowolona, że mówi ze mną.

Rozdział IX. Niespodzianka pani Snow

Gdy Pollyanna po upływie kilku dni odwiedziła powtórnie panią Snow, zastała ją leżącą jak poprzednio w ciemnym pokoju.

— To ta mała dziewczynka od panny Harrington, mamusiu — oznajmiła cichym głosem jej córka, Milly.

Pollyanna zbliżyła się do chorej.

— Ach, to ty — odezwał się zniecierpliwiony głos z łóżka. — Pamiętam cię! Zresztą mam wrażenie, że kto cię raz zobaczy, nie zapomni cię. Pragnęłam bardzo, byś przyszła wczoraj. Byłaś mi potrzebna!

— Naprawdę? Cieszę się, że pani czekała na mnie tylko od wczoraj do dziś — odpowiedziała wesoło Pollyanna, stawiając na krzesło koszyczek.

— Boże, jak tu ciemno! — dodała, idąc do okna, aby podnieść zasłonę. — Chciałabym zobaczyć, czy pani się czesze tak, jak pani pokazałam. O, widzę, że nie! Ale to nic nie szkodzi! Przynajmniej będę mogła znów panią uczesać! Ale to potem, a teraz pokażę, co pani dziś przyniosłam!

Chora poruszyła się niespokojnie na łóżku.

— Jak by to, co mi pokażesz, mogło wpłynąć na zmianę mego gustu — powiedziała niechętnie.

— Ale niech pani zgadnie! Na co ma pani dziś chęć? — szczebiotała rozpromieniona Pollyanna, biorąc do ręki koszyk.

Chora zmarszczyła brwi i milczała przez chwilę. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ponieważ była przyzwyczajona chcieć zawsze tego, czego nie miała, a nie wiedziała, co jest w koszyczku, była trochę zakłopotana.

— Jest tam pewnie rosół — powiedziała wymijająco.

— Właśnie go przyniosłam — odpowiedziała Pollyanna.

— Ale to nie jest to, na co dziś miałam ochotę — westchnęła teraz chora — dziś zjadłabym chętnie kawałek kurczęcia!

— Przyniosłam i kurczę! — zawołała wesoło Pollyanna.

Pani Snow podniosła się na łóżku bardzo zdziwiona.

— Jak to? Przyniosłaś i rosół, i kurczę? — zapytała.

— Nawet i galaretkę z nóżek cielęcych — odpowiedziała Pollyanna z dumą, zadowolona ze swej pomysłowości. — Chciałam, żeby pani wreszcie miała to, co zechce. Oczywiście, wszystkiego jest po trochu, ale jest. Chciała pani kurczę: jest. Naturalnie, idąc do pani, bałam się okropnie, że pani właśnie dziś będzie miała chęć na pasztet lub potrawkę, a tego nie miałam ze sobą. Ale, chwała Bogu, wszystko poszło dobrze!

Mówiąc to, Pollyanna wyjęła z koszyka trzy małe salaterki.

Chora zaś tak była zaskoczona tym wszystkim, że słowa nie mogła wymówić.

— Zostawiam to wszystko — powiedziała Pollyanna, stawiając salaterki na stół. — A teraz chciałabym się dowiedzieć, jak się pani miewa? — dodała grzecznie.

— Dziękuję, nie bardzo dobrze — odparła pani Snow, która zdążyła przez ten czas odzyskać swój zwykły nastrój niezadowolenia ze wszystkiego. — Nie mogłam zasnąć, gdyż Nelly Higgins, która mieszka za ścianą, zaczęła grać na fortepianie ćwiczenia i to wytrąciło mnie zupełnie ze snu. Jestem od tej muzyki na pół przytomna i nie wiem, co zrobię, jeśli to będzie trwało dłużej!

Pollyanna kiwnęła ze współczuciem główką.

— O, ja to rozumiem, proszę pani! To straszne! Pani White, jedna z pań z dobroczynności, przechodziła to samo. Z powodu silnego reumatyzmu zmuszona była dłuższy czas leżeć w łóżku, a ćwiczenia muzyczne sąsiadki za ścianą doprowadzały ją do rozpaczy... dopóki nie przyjechała do niej jej siostra.

— Cóż ta siostra pomogła? — zapytała z zaciekawieniem pani Snow.

— Pomogła, bo była zupełnie głucha.

— Nie rozumiem — przerwała pani Snow tonem nieco podrażnionym.

— Zaraz powiem. Otóż potem pani White cieszyła się, słysząc muzykę, że nie jest głucha, jak jej siostra. Bo, widzi pani, ja ją nauczyłam mojej gry!

— Jakiej gry?

Pollyanna klasnęła w rączki.

— Ach prawda, zapomniałam zupełnie! Przecież szukałam czegoś, z czego pani też mogłaby się cieszyć!

— Co chcesz przez to powiedzieć? — mówiła zniecierpliwiona i już wyraźnie podrażniona chora.

— Przecież obiecałam pani! Czyż pani nie pamięta, jak będąc u pani zeszłym razem, obiecałam wyszukać coś, z czego mogłaby pani być zadowolona, nawet leżąc przez cały dzień w łóżku?

— No, tak, przypominam sobie, ale nie myślałam, żeś mówiła to poważnie.

— Jak najpoważniej, proszę pani — odparła Pollyanna. — I znalazłam! Co prawda, było to niełatwe i muszę się przyznać, że przez długi czas nie przychodziło mi nic do głowy, lecz w końcu znalazłam!

— Hm... Ciekawa jestem, co to jest — rzekła pani Snow tonem niedowierzającym i trochę drwiącym.

Pollyanna chwileczkę milczała, a potem zaczęła uroczyście:

— Otóż myślę, że pani powinna cieszyć się z tego, że nie wszyscy zmuszeni są, tak jak pani, pozostawać w łóżku... bo... — dodała pośpiesznie, widząc rozgniewany wzrok pani Snow — ...wtedy i ja bym leżała i nie mogłabym przyjść do pani i przynieść jej smacznych rzeczy! A teraz nauczę panią tej gry!

I Pollyanna opowiedziała pani Snow o paczce misjonarskiej, o kulach i o lalce, której nie otrzymała.

Zaledwie skończyła opowiadanie, gdy we drzwiach stanęła Milly, oznajmiając, że panna Polly telefonowała, prosząc, żeby Pollyanna wracała, gdyż czeka na nią lekcja muzyki.

— Ha, trudno! — rzekła na to Pollyanna. — Skoro ciocia mnie wzywa, muszę iść, lecz jestem zadowolona, że choć tyle czasu mogłam być z panią! Nieprawdaż, proszę pani?

Odpowiedzi nie było, lecz Milly, która w tej chwili podeszła do matki, zauważyła dwie duże łzy ściekające po policzkach chorej.

— Do widzenia — wołała Pollyanna, już zbliżając się do drzwi. — Przykro mi bardzo, że dziś nie uczesałam pani, ale cieszę się, że będę mogła to zrobić następnym razem! Do widzenia!

*

Tak spędzała czas Pollyanna, radosna zawsze i wesoła, nie szczędząc ciotce swych zachwytów nad wszystkim, zapewniając często, że się ogromnie cieszy, iż mieszka u niej.

— Wszystko to bardzo pięknie, Pollyanno — odpowiadała zazwyczaj na te wyznania panna Polly tonem oschłym i znudzonym. — Cieszy mnie wielce, że ci tak przyjemnie u mnie, lecz chciałabym, żeby ten czas był dla ciebie również pożyteczny. Bo gdyby tak nie było, nie spełniłabym swego obowiązku wobec ciebie.

Pollyanna zwykle odpowiadała na to serdecznie, co zawsze zupełnie rozbrajało pannę Polly.

Pewnego razu jednak, podczas jednej z lekcji szycia, których panna Polly udzielała siostrzeniczce osobiście, Pollyanna wszczęła na ten temat rozmowę:

— Więc ciocia powiada, że nie wystarcza, jeśli spędzone dni są tylko radosne? — zapytała.

— Naturalnie, że nie. Muszą być i pożyteczne — odparła panna Polly.

— Jak mam to rozumieć? — pytała dalej Pollyanna.

— To znaczy, że każdy spędzony dzień musi być z pewną dla ciebie korzyścią. Co za dziwne z ciebie dziecko! — dodała ciotka.

— A więc to, co przyjemne, nie zawsze jest korzystne?

— Pewnie, że nie.

— Ach, jaka szkoda! — zawołała Pollyanna ze szczerym zmartwieniem w głosie. — Wobec tego ciocia nie mogłaby bawić się w tę grę!

— W jaką grę?

— Tę, co ojciec...

Lecz w tej chwili przykryła paluszkami usteczka i bojaźliwie spojrzała na ciotkę.

Panna Polly zmarszczyła brwi.

— Na dziś wystarczy — odpowiedziała szorstko. — Lekcja szycia skończona!

Tego dnia po południu, wychodząc ze swego pokoiku, Pollyanna spotkała ciotkę idącą na strych.

— Ach, ciociu, jaka ciocia dobra! Ciocia przychodzi pewnie mnie odwiedzić! Boże, jak się cieszę! Ja tak lubię, gdy ktoś do mnie przychodzi — mówiła, otwierając szeroko drzwi swego pokoiku.

Co prawda, panna Polly wcale nie miała zamiaru odwiedzać Pollyanny. Szła na strych, aby wydostać z szafy biały wełniany szal, lecz zamiast tego znalazła się w pokoiku siostrzenicy. Nie był to od przyjazdu Pollyanny pierwszy wypadek, że panna Polly nieoczekiwanie robiła coś wręcz przeciwnego swym zamiarom.

— To takie miłe, gdy ktoś nas odwiedza, — mówiła Pollyanna, podsuwając ciotce krzesło gestem takim, jak gdyby ofiarowywała gościnę przynajmniej w jakimś pałacu — zwłaszcza, gdy się posiada swój własny pokój! Co prawda, przedtem też miałam oddzielny pokoik, ale był wynajęty, a to nie jest tak przyjemnie, jak posiadać własny! Wszak to jest mój pokoik, ciociu?

— No tak, twój, Pollyanno — zgodziła się panna Polly, dziwiąc się w duszy samej sobie, że jeszcze tu siedzi i nie poszła po szal.

— Bardzo lubię ten pokoik, chociaż nie ma w nim ani dywanów, ani firanek, ani obrazów...

Pollyanna chciała jeszcze coś mówić, gdy wtem panna Polly przerwała szorstko:

— Pollyanno! Co chcesz przez to powiedzieć?

— Nic, ciociu — odpowiedziała, rumieniąc się, Pollyanna — naprawdę nic!

— Skoro jednak zaczęłaś, proszę dokończyć! — nakazującym tonem rzekła ciotka.

— Chciałam tylko powiedzieć — mówiła mocno zażenowana9 Pollyanna — że kiedyś marzyłam o dywanach, o koronkowych firankach, ale naturalnie...

— Marzyłaś o dywanach i o firankach? — przerwała panna Polly.

Pollyanna zaczerwieniła się jeszcze bardziej.

— Ja wiem... nie powinnam była tego robić — mówiła, jakby usprawiedliwiając się. — Zaraz cioci wytłumaczę... To może dlatego, że tak pragnęłam to mieć, a nigdy nie miałam... Pewnego razu przyszły w paczce misjonarskiej dwa małe dywaniki przed łóżko, ale jeden był zaplamiony atramentem, a drugi cały dziurawy... Następnie dwa obrazy... Jeden sprzedano, bo był dobry, drugi zaś był poszarpany i miał ramy strzaskane... A potem, gdy przyjechałam tu i zobaczyłam te śliczne pokoje, to... to... Ale naprawdę, ciociu, to trwało niedługo, bo przecież ten prześliczny widok z okna wart jest więcej niż wszystkie obrazy, a ciocia była przecież tak dobra dla mnie...

Panna Polly nagle zerwała się z krzesła. Na twarz jej wystąpiły mocne rumieńce.

— Wystarczy, Pollyanno — rzekła zduszonym głosem — powiedziałaś dosyć!

W parę godzin po tej rozmowie panna Polly mówiła do Nancy:

— Dziś jeszcze przeniesiesz wszystkie rzeszy Pollyanny do pokoju na pierwszym piętrze, który się mieści pod jej obecnym. Postanowiłam chwilowo umieścić moją siostrzenicę bliżej siebie.

— Słucham pani — odpowiedziała służbiście Nancy.

„Co za cud!” — dodała w duszy, a za chwilę radośnie oznajmiała Pollyannie:

— Czy wiesz, maleńka, że dziś będziesz spała w pokoju, który się mieści na pierwszym piętrze, pod tym, który zajmujesz obecnie?

Pollyanna pobladła ze wzruszenia.

— Co ty mówisz, Nancy? To niemożliwe! To nie może być prawda!

— Właśnie, że prawda — odpowiedziała Nancy triumfalnie — kazano mi przenieść wszystkie twoje rzeczy o piętro niżej i robię to na wszelki wypadek jak najprędzej, aby czasem nie zaszła jakaś zmiana w postanowieniu.

Pollyanna już nie słuchała. Przeskakując po dwa stopnie naraz, zbiegła schodami na dół, a dwoje z hukiem zatrzaśniętych drzwi i przewrócone krzesło świadczyły wymownie o pośpiechu, z jakim szukała swej ciotki.

— Ciociu! Kochana ciociu! Czy to możliwe, że ciocia daje mi ten pokój, w którym jest wszystko: dywany, firanki i trzy obrazy, nie licząc cudnego widoku z okna, gdyż wychodzi ono na tę samą stronę, co i okna pokoiku na poddaszu! O ciociu!

— Pollyanno — przerwała panna Polly — cieszy mnie, że jesteś zadowolona z tej zmiany, a ponieważ lubisz ładne rzeczy, przypuszczam, że potrafisz odpowiednio się z nimi obchodzić. Oto wszystko! A teraz podnieś i postaw na miejsce krzesło. Poza tym w ciągu pół minuty dwa razy trzasnęłaś drzwiami.

Panna Polly mówiła tonem surowym, bardziej może surowym niż zwykle, gdyż coś ściskało ją za gardło i bała się, że się rozpłacze. A to się u niej nie zdarzyło już dawno.

Pollyanna podniosła krzesło.

— Ja wiem, ciociu, że dwa razy trzasnęłam drzwiami, ale ciocia rozumie przecież, że ja dopiero przed chwilą dowiedziałam się, że otrzymuję ten pokoik i jestem pewna, że ciocia, będąc na moim miejscu, zrobiłaby to samo!

Pollyanna przez chwilę przyglądała się ciotce z zaciekawieniem.

— A czy cioci nigdy się nie zdarzy trzasnąć drzwiami? — zapytała.

— Naturalnie, że nie — odpowiedziała panna Polly tonem nieco urażonym.

— To bardzo źle!

— Źle? — ze zdumieniem powtórzyła panna Polly.

— Pewnie, że źle! I to właśnie mnie martwi. Bo gdyby ciocia miała okazję trzasnąć drzwiami, zrobiłaby to na pewno, ponieważ robi się to mimo woli. Jeśli zaś okazji tej nie było, to znaczy, że cioci nic w życiu nie spotkało takiego, co mogłoby ją uszczęśliwić lub sprawić chwilowo dużą radość!

— Pollyanno! — zawołała ciotka.

Lecz Pollyanny już nie było, a zatrzaśnięte z hukiem drzwi wiodące na strych mówiły same za nią. Pollyanna pobiegła na górę pomagać Nancy znosić rzeczy.

Panna Polly, pozostawszy sama w salonie, była zmieszana, ale jednocześnie czuła dziwne ciepło w okolicy serca i musiała przyznać, że jest bardzo zadowolona, chociaż dokładnie nie wiedziała z czego.

Rozdział X. Jimmy

Nadszedł sierpień i przyniósł ze sobą kilka niespodzianek i zmian, które wcale jednak nie dziwiły Nancy, bowiem od chwili przybycia Pollyanny przyzwyczaiła się już do różnych niespodzianek.

Przede wszystkim zjawił się w mieszkaniu kotek.

Pollyanna znalazła go miauczącego żałośnie na ulicy koło domu. Sprawdziwszy i upewniwszy się dokładnie, że nie należał do nikogo z sąsiadów, przyniosła go do domu.

— Cieszę się bardzo, że kotek ten do nikogo nie należy — zwierzyła się pannie Polly — bo miałam wielką chęć zabrać go ze sobą. Bardzo lubię koty i jestem przekonana, że ciocia pozwoli zostawić go u nas.

Panna Polly niemal z obrzydzeniem spojrzała na małe, szare, zaniedbane stworzonko, które drżało całym ciałkiem na rączkach Pollyanny.

Zaznaczyć trzeba, że panna Polly nie lubiła kotów, nawet ładnych i czystych.

— Fe, Pollyanno, takie brudne stworzenie! Pewnie jest chory, może mieć świerzb10 i pchły!

— Zapewne, ciociu! To przecież takie biedactwo — odparła Pollyanna, z tkliwością patrząc na wystraszonego kociaka. — Patrz, jak drży ze strachu! Ale ciocia rozumie, że on przecież jeszcze nie wie, że go zatrzymamy u siebie!

— Ani on tego nie wie, ani nikt inny — przerwała panna Polly tonem zdecydowanym.

— Ależ nie, ciociu! Sąsiedzi już wiedzą! Powiedziałam wszystkim, że weźmiemy go do siebie, o ile nie znajdzie się właściciel. Przecież wiedziałam, że ciocia się z niego ucieszy. Biedne, zaniedbane kociątko!

Panna Polly otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, lecz daremnie: dziwne uczucie niemocy, którego doznawała już nieraz od chwili przyjazdu Pollyanny, ogarnęło ją i teraz.

— Przecież — mówiła tymczasem w dalszym ciągu Pollyanna — ciocia nie zechce pozostawić tego biednego stworzonka bez opieki. Przecież ciocia i mnie wzięła do siebie! Powiedziałam to właśnie sąsiadce, pani Ford, kiedy wyraziła wątpliwość, czy ciocia pozwoli zatrzymać kotka. Ja przecież miałam panie z dobroczynności, a biedny kotek nie ma nikogo!

I wybiegając z pokoju, dodała wesoło:

— Wiedziałam, że ciocia będzie tak samo myślała!

— Pollyanno, Pollyanno — wołała za nią panna Polly — ja nie chcę...

Lecz Pollyanna już była w kuchni.

— Nancy, zobacz to małe kociątko, które ciocia Polly będzie wychowywać razem ze mną!

A panna Polly, która nienawidziła kotów, zostawszy sama, upadła na fotel rozgniewana, lecz zarazem niezdolna do protestu.

Następnego dnia zjawił się pies, bardziej może brudny i opuszczony niż kotek, a panna Polly, ku swemu wielkiemu przerażeniu, znalazła się znów w roli protektorki — roli, którą Pollyanna przeznaczyła jej bez namysłu, tak jakby to było całkiem naturalne, i nienawidząc psów jeszcze bardziej niż kotów, była znów zbyt bezsilna, aby zaprotestować.

Gdy jednak po tygodniu Pollyanna przyprowadziła do domu małego, obdartego chłopca i zażądała od ciotki takiej samej dla niego opieki, panna Polly tym razem stanowczo zaprotestowała.

A było to tak.

Pewnego ślicznego poranka Pollyanna niosła galaretkę z nóżek cielęcych dla pani Snow. Pollyanna i pani Snow były teraz najserdeczniejszymi przyjaciółkami, a przyjaźń ta zawiązała się od chwili, gdy Pollyanna powiedziała pani Snow o grze w zadowolenie. Chora bawiła się teraz stale z Pollyanną w tę grę, chociaż z początku nie szło jej dobrze. Zresztą nic w tym dziwnego: ponieważ zawsze była niezadowolona, teraz trudno jej było ze wszystkiego się cieszyć! Ale pod świetnym kierownictwem Pollyanny pani Snow robiła coraz większe postępy. Dziś na przykład, ku wielkiej radości Pollyanny, oświadczyła, że cieszy się bardzo z przyniesionej galaretki, gdyż właśnie na nią miała ochotę!

Rozmyślając o tym wszystkim, Pollyanna wracała do domu, gdy wtem ujrzała małego chłopca, siedzącego na trawie przy drodze i strugającego gałązkę.

— Dzień dobry! — zawołała grzecznie Pollyanna.

Chłopiec spojrzał na nią, lecz zaraz się odwrócił.

— Czego chcesz? — mruknął ponuro.

Pollyanna roześmiała się.

— O, ty wyglądasz na takiego, który by się nie ucieszył nawet z galaretki z nóżek cielęcych — rzekła, zatrzymując się przy nim.

Chłopiec spojrzał na nią ze zdziwieniem, lecz nic nie odpowiedział i znów strugał gałązkę starym, powyszczerbianym scyzorykiem.

Pollyanna namyślała się chwilkę, a potem usiadła obok chłopca na trawie.

Pomimo stanowczych zapewnień Pollyanny, że dzięki paniom z dobroczynności jest przyzwyczajona do ciągłego obcowania z dorosłymi, czuła bezwiedny pociąg do towarzystwa rówieśników. Stąd właśnie ta chęć skorzystania z okazji, którą nasunął jej przypadek.

— Nazywam się Pollyanna Whittier — zaczęła grzecznie. — A ty?

Chłopiec podniósł się ze zdziwienia, a potem znów usiadł.

— Jimmy Bean — odpowiedział ponuro.

— Dobrze, teraz już się znamy! Bardzo ładnie z twej strony, żeś mi powiedział swoje imię. Nie wszyscy to robią — dodała, mając na myśli pana Pendletona.

— Mieszkam u panny Polly Harrington. A ty gdzie mieszkasz?

— Nigdzie.

— Nigdzie? To niemożliwe! Zawsze się przecież gdzieś mieszka — zapewniła Pollyanna.

— Właśnie szukam nowego przytułku.

— A gdzież on będzie?

Chłopiec spojrzał na nią z lekceważeniem.

— Głupia jesteś! Czyżbym szukał, gdybym wiedział, gdzie będzie?

Pollyanna poruszyła główką: chłopiec był niegrzeczny, a ona nie lubiła, gdy ją nazywano głupią.

„Zresztą to przecież nie jest dorosły człowiek” — pomyślała.

— Gdzie mieszkałeś przedtem? — zapytała znów.

— Może byś tak przestała ciągle pytać i pytać — powiedział niecierpliwie chłopiec.

— Muszę — odparła spokojnie Pollyanna — gdyż inaczej nic bym nie mogła się o tobie dowiedzieć! Powiedz więcej, wtedy nie będę pytała.

Chłopiec uśmiechnął się i zaczął mówić, już znacznie mniej ponuro:

— A więc jestem Jimmy Bean. Mam dziesięć lat, wkrótce kończę jedenaście. W zeszłym roku byłem przyjęty do przytułku dla sierot, ale tam jest tak pełno, że nie mają dla mnie miejsca. Zresztą nie jestem im potrzebny!... Dlatego też opuściłem przytułek. Obecnie muszę gdzieś zamieszkać, ale nie wiem gdzie. Chciałbym znaleźć przytułek, ale wiesz, taki zwyczajny, gdzie by była matka, ale nie przełożona. Ty pewnie masz rodziców, masz domowe ognisko, a ja go nie mam od czasu... jak umarł mój ojciec. Szukam więc teraz. Byłem już w czterech domach, ale tam mnie nie chciano, chociaż mówiłem, że będę pracował! Czy to wszystko, co chciałaś wiedzieć?

Przy końcu mówił głosem nieco wzruszonym.

— Jak to brzydko, że cię nie chcieli przyjąć. — powiedziała ze współczuciem Pollyanna. — Więc nikt cię nie chce! O, rozumiem dobrze, co to znaczy! Ja też po śmierci ojca nie miałam, prócz pań z dobroczynności, nikogo, kto by się mną zaopiekował, dopóki ciocia Polly nie zgodziła się przyjąć mnie do siebie...

Pollyanna przerwała. Jakaś myśl przyszła jej raptem do głowy.

— O, mam dla ciebie miejsce! — zawołała. — Ciocia Polly przyjmie cię, jestem przekonana. Czyż nie przyjęła mnie? Czyż nie przyjęła Fluffi i Buffi, którzy też nie mieli przytułku, a to przecież tylko kotek i piesek! Chodź ze mną! Zobaczysz, że ciocia Polly cię przyjmie! Nie masz pojęcia, jaka ona jest dobra!

Mała, chuda twarzyczka chłopca rozjaśniła się.

— Co za szczęśliwy traf! Ale czy ona naprawdę mnie przyjmie? Ja mogę pracować! Wiesz, jestem silny — mówił, zakasując rękaw i pokazując małą, chudą rączynę.

— Ależ naturalnie, że zechce! Moja ciocia jest najlepszym człowiekiem na świecie... od chwili gdy mamusia została wzięta do nieba, aby zostać aniołem. Jest tam dużo pokoi — dodała, zrywając się i ciągnąc Jimmy’ego za rękaw. — Jest duży dom... Możliwe, że dostaniesz mały pokoik na poddaszu. Ja go miałam z początku... Ale teraz są tam siatki i będziesz mógł otwierać okna, gdy ci będzie bardzo duszno... I muchy nie nalecą, a to są takie szkodliwe stworzenia... Ciocia pewnie da ci do przeczytania książeczkę o nich, jeśli będziesz grzeczny... Nie, raczej za karę, jeśli będziesz niegrzeczny... Ty też masz piegi... Bądź więc zadowolony, bo tam nie ma lustra... A widok, który będziesz miał z okna, jest piękniejszy nad wszystkie obrazy, które można by porozwieszać na ścianach. Jestem przekonana, że będziesz z tego pokoju zadowolony...

Pollyanna zatrzymała się, gdyż brakło jej tchu.

— Co za szczęście — zawołał Jimmy, bardziej odczuwając może, niż rozumiejąc to, co mu mówiła Pollyanna; następnie dodał — nigdy nie myślałem, że można tak długo mówić jednym tchem!

Pollyanna roześmiała się.

— Bądź więc zadowolony, bo gdy w ten sposób mówię, ty możesz nie mówić!

Gdy przyszli do domu, Pollyanna, przyprowadziwszy z lekka do porządku zewnętrzny wygląd Jimmy’ego, wprowadziła go do pokoju ciotki, mocno zdziwionej widokiem obcego chłopca.

— Ciociu Polly! — powiedziała dumnie. — Tym razem znalazłam i przyprowadziłam kogoś, kto jest znacznie więcej wart niż Fluffi i Buffi! Jest to prawdziwy, żywy chłopiec! Z początku będzie mógł spać w pokoiku na poddaszu: nic mu to nie zaszkodzi. Powiada, że będzie pracował, ale ja bym go przez większą część dnia potrzebowała do zabaw.

Panna Polly z początku zbladła, potem zaczerwieniła się tak, jakby cała krew spłynęła jej do twarzy. Nie rozumiała wszystkiego, lecz to, co zrozumiała, wystarczyło.

— Pollyanno, co to znaczy? Kim jest ten brudny, mały chłopiec? Gdzieś go znalazła? — pytała ostro.

„Brudny, mały chłopiec” zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. Pollyanna śmiała się radośnie.

— Ach, ciociu, zapomniałam powiedzieć ci jego imię! Jestem taka sama jak „Pan”. Jest brudny? Nieprawdaż? Jak Fluffi i Buffi, kiedy ich cioci przyprowadziłam! Ale będzie znacznie ładniejszy, gdy się umyje i wyczyści... Tak samo jak i oni, i... ach, znów zapomniałam — dodała, wciąż się śmiejąc — to jest Jimmy Bean, ciociu!

— Lecz co on tu robi?

Pollyanna spojrzała na ciotkę ze zdumieniem.

— Zaraz powiem, ciociu — rzekła. — Przyprowadziłam go, aby tu mieszkał, gdyż szuka przytułku i opieki. Opowiedziałam mu, jaka ciocia była dobra dla mnie, dla Fluffi i Buffi, i powiedziałam, iż wiem, że ciocia będzie taka sama i dla niego, lepsza nawet niż dla kota i psa.

Panna Polly wgłębiła się w fotel i drżącą ręką dotknęła gardła. Czuła, że znów opanowuje ją znana jej niemoc. Postanowiła jednak walczyć. Wyprostowała się.

— Wystarczy, Pollyanno! Większego głupstwa nie mogłaś chyba popełnić! Tak jakby świerzbowatych kotów i opuszczonych psów nie wystarczało, przyprowadzasz mi jeszcze z ulicy małego żebraka, który...

Na te słowa chłopiec drgnął. Oczy mu zabłysły, blada twarzyczka zbladła jeszcze bardziej. Zrobił kilka kroków naprzód i stanął odważnie tuż przed panną Polly.

— Nie jestem żebrakiem i nic od pani nie chcę. Naturalnie, pracowałbym na moje utrzymanie. Nie przyszedłbym tu nigdy, gdyby ta dziewczynka nie powiedziała mi, że pani jest dobra i że mnie pani przyjmie na pewno!

Zawrócił się na obcasach z godnością, która byłaby śmieszna, gdyby nie była tak smutna.

— O, ciociu! — zawołała zdławionym głosem Pollyanna. — Ja myślałam, że ciocia będzie zadowolona! Tak, to prawda! Byłam przekonana, że...

Panna Polly podniosła rękę, nakazując milczenie. W końcu było tego za wiele! Rzucone przez chłopca słowa: „że pani jest dobra” — dźwięczały jeszcze w jej uszach i straszne uczucie niemocy powtórnie nadchodziło. Trzymała się całą siłą woli.

— Pollyanno — powiedziała stanowczo — proszę wreszcie przestać używać tego słowa „zadowolona”. Słyszę to od rana do nocy i to mnie doprowadzi w końcu do utraty zmysłów.

— Ależ, ciociu! — zawołała Pollyanna. — Myślałam, że ciocia będzie zadowolona, widząc mnie zadowo... ach! — zatrzymała się nagle i zakryła dłonią usta. Następnie wybiegła z pokoju.

Dopędziła Jimmy’ego na podwórku, nim zdążył wyjść na ulicę.

— Chłopcze! Chłopcze! Jimmy! Gdybyś wiedział, jak mi jest strasznie przykro — mówiła, chwytając go za ubranie.

— Zupełnie niesłusznie — odparł chłopiec — nie robię ci żadnych wyrzutów. Lecz żebrakiem nie jestem! — dodał dumnie.

— Wiem, że nie jesteś, ale nie trzeba też brać tego za złe cioci — błagała Pollyanna. — To widocznie dlatego, że nie umiałam jej dobrze wytłumaczyć, kim jesteś. Ona naprawdę jest dobra i taka zawsze była! Tak! Źle jej wytłumaczyłam... Tak bym chciała znaleźć dla ciebie przytułek!

Chłopiec wzruszył ramionami i skierował się ku wyjściu.

— Nie myśl o tym więcej. Znajdę go sobie sam! Tylko pamiętaj: żebrakiem nie jestem!

Pollyanna zamyśliła się, lecz nagle twarzyczka jej się rozpromieniła.

— Posłuchaj! Chcę coś dla ciebie zrobić: panie z dobroczynności zbierają się dziś po południu. Otóż przedstawię im twoje położenie. Ojciec zawsze tak robił, gdy chodziło o nawracanie pogan albo o zakupienie nowego dywanu.

Chłopiec wyprostował się i spojrzał dumnie.

— Nie jestem ani poganinem, ani nowym dywanem. A zresztą, co to są „panie z dobroczynności”?

Pollyanna spojrzała na chłopca z wyrzutem.

— Jimmy! Gdzieś ty się wychowywał, jeśli nie wiesz, co to są panie z dobroczynności?

— Zamiast pytać, mogłabyś mi powiedzieć.

— A więc to... to jest takie stowarzyszenie pań, które zbierają się, aby szyć, dawać obiady, zbierać pieniądze i... rozmawiać. One przeważnie są dobre, przynajmniej te, które znałam tam... Tutejszych jeszcze nie znam, ale one też powinny być dobre i dziś po południu będę im o tobie mówiła!

Chłopiec znów się wyprostował.

— Nie chcę! Czy może myślisz, że pójdę tam, aby usłyszeć, jak kilkanaście pań znów nazwie mnie żebrakiem?! Wystarczy jedna!

— Ależ ciebie tam nie będzie — zawołała Pollyanna — ja pójdę sama!

— Naprawdę? — zapytał już łagodniej Jimmy.

— Naturalnie — odparła Pollyanna — postaram się tym razem przedstawić sprawę lepiej i jestem przekonana, że na pewno któraś z nich ofiaruje ci przytułek!

— Nie zapomnij tylko powiedzieć, że będę pracował!

— Nie, nie zapomnę — odpowiedziała Pollyanna, prawie pewna wygranej — a jutro dowiesz się o wyniku.

— Gdzie?

— Na drodze, w tym samym miejscu, gdzie cię dziś spotkałam.

— Dobrze, będę — a po chwili dodał — może by dziś jeszcze wrócić do przytułku dla sierot, bo właściwie nie wiem dokąd pójść. Gdy wychodziłem dziś z rana, nic im nie powiedziałem, że nie wrócę, boby mnie nie wypuścili! Chociaż gdybym nie wrócił, toby też się bardzo nie gniewali! Rozumiesz przecie: to nie są rodzice! Oni się nie niepokoją.

— O, ja wiem — zgodziła się Pollyanna. — Ale gdy cię zobaczę jutro, jestem przekonana, że będę miała dla ciebie przytułek i rodziców. Do widzenia! — dodała, wracając radośnie do domu.

Panna Polly tymczasem patrzyła na dzieci przez okno i śledziła chłopca, dopóki nie zniknął na zakręcie ulicy. Wtedy odwróciła się i ciężko westchnęła, czego zazwyczaj nie robiła. W uszach wciąż brzmiały jej słowa chłopca: „powiedziała mi, że pani jest dobra”, a w serce zakradło się dziwne uczucie smutku — tak jakby coś zgubiła.

Rozdział XI. Pollyanna na zebraniu pań z dobroczynności

Dnia tego drugie śniadanie upłynęło prawie w milczeniu. Wprawdzie Pollyanna zaczynała mówić, ale jakoś bez powodzenia, przeważnie dlatego, że cztery razy zmuszona była zatrzymać się w środku zdania z powodu słowa „zadowolona”, które aczkolwiek zakazane przez pannę Polly, nasuwało się na usta jej bez przerwy i za każdym razem sprowadzało rumieniec na twarzyczkę Pollyanny.

Za piątym razem jednak panna Polly powiedziała:

— Mów już, mów, dziecko, jeśli nie możesz się powstrzymać od tego. Wolę już słyszeć to słowo, niż widzieć, że robię ci tym zakazem tyle kłopotu.

Pollyanna z wdzięcznością spojrzała na ciotkę.

— Dziękuję ciociu, było tak trudno nie używać tego słowa! Ciocia rozumie przecież: ja tak długo bawiłam się w tę grę!

— W jaką grę? — zapytała znów panna Polly.

— W tę, którą ojciec... — lecz znów się zatrzymała, widząc, że wkracza ponownie na zakazany temat. Panna Polly zmarszczyła brwi i już do końca śniadania nie przemówiła ani słowa.

Gdy po śniadaniu Pollyanna usłyszała, że ciotka jej telefonuje do przewodniczącej Koła Opieki, zawiadamiając ją, że nie będzie mogła przyjść na dzisiejsze zebranie z powodu bólu głowy — nie zmartwiła się wcale. A gdy po tej rozmowie panna Polly udała się do swego pokoju i zamknęła za sobą drzwi, Pollyanna nawet się ucieszyła: ciocia nie będzie więc obecna na zebraniu, na którym ona przedstawi paniom z dobroczynności sprawę Jimmy’iego Beana.

Nie mogła zapomnieć, że ciotka nazwała Jimmy’ego żebrakiem, a mogła przecież powtórzyć to samo tym paniom!

Pollyanna wiedziała, że zebranie odbędzie się o godzinie drugiej po południu w mieszkaniu pastora, odległym mniej więcej o pół kilometra od willi panny Harrington.

Postanowiła zjawić się tam przed trzecią. Chciała bowiem zastać już wszystkie panie na miejscu.

„Przecież mogłoby być tak, że nużby11 się spóźniła ta właśnie, która by chciała przyjąć Jimmy’ego do siebie” — kombinowała w swej małej główce.

Spokojna i pełna powagi Pollyanna otworzyła drzwi mieszkania pastora i weszła do przedpokoju. Z salonu dochodziły już głosy, przerywane od czasu do czasu wybuchami śmiechu. Pollyanna zatrzymała się na chwilę, następnie weszła. Teraz w pokoju zapanowała cisza i wszystkie panie z zaciekawieniem przyglądały się przybyszce. Pollyanna poczuła się nieco zażenowana i może po raz pierwszy opuściła ją zwykła śmiałość. Zdawało jej się, że wszystkie te panie, których połowę znała, nie były jednak podobne do tamtych pań z dobroczynności.

— Dzień dobry! Jak się panie miewają? — przemówiła wreszcie grzecznie. — Jestem Pollyanna Whittier. Przypuszczam, że niektóre z pań znają mnie, ja zaś, chociaż nie znam wszystkich, wiem, kim panie są!

W pokoju wciąż panowała cisza. Wprawdzie kilka z obecnych pań znało „niesamowitą” siostrzenicę panny Harrington, a prawie wszystkie słyszały o niej, żadna z nich jednak nie wiedziała w tej chwili, co powiedzieć.

— Przyszłam tu, by przedstawić paniom pewną sprawę — mówiła dalej Pollyanna, bezwiednie naśladując ojca, którego pamiętała, jak przemawiał na podobnych zebraniach, które odbywały się u nich w domu.

Powstał lekki szmer.

— Czy to ciotka przysyła cię? — spytała pani Ford, żona pastora.

Pollyanna zarumieniła się.

— Nie, proszę pani, przychodzę sama. Przyzwyczajona przecież jestem do pań z dobroczynności, gdyż to one wraz z ojcem wychowały mnie!

Jedna z obecnych pań starała się stłumić śmiech, lecz przewodnicząca zebrania zmarszczyła brwi.

— Dobrze, moja kochana, ale czego sobie od nas życzysz?

— Chodzi mi o Jimmy’ego Beana — westchnęła Pollyanna. — Jedynym jego przytułkiem jest ochronka dla sierot, która jest w dodatku przepełniona. Poszukuje więc domu, który by mu zastąpił rodzicielski. Jimmy ma dziesięć lat, wkrótce nawet kończy jedenaście. Myślę, że któraś z pań zechce wziąć go do siebie!

— Naprawdę tak myślisz? — jedna z pań przerwała ciszę, która zapanowała w pokoju po słowach Pollyanny.

Dziewczynka wylęknionym wzrokiem przebiegła po twarzach siedzących wokoło pań.

— Tak, proszę pani. Zapomniałam jeszcze powiedzieć, że on przecież będzie pracował!

Znów chwila ciszy. Następnie dwie czy trzy panie zaczęły ją wypytywać, a dowiedziawszy się szczegółów, rozmawiały między sobą z widocznym ożywieniem.

Z drżeniem serca przysłuchiwała się Pollyanna rozmowie i chociaż nie mogła pochwycić wszystkiego, zrozumiała jednak, że żadna z tych pań nie miała u siebie miejsca dla chłopca i każda myślała, że zrobi to inna. Słyszała, jak żona pastora zaproponowała, aby Koło Opieki pokrywało ze swych funduszów koszty wychowania chłopca. Można by było w tym roku posłać trochę mniej dla dzieci w Indiach! Propozycja ta wywołała ożywioną rozmowę, ale tym razem głosy były mniej przychylne.

Pollyanna zrozumiała, że Koło Opieki słynęło ze swych hojnych ofiar dla misji w Indiach i że byłoby ujmą12 posłać w tym roku mniej pieniędzy niż zwykle. Z dalszej rozmowy wynikało, że żadna z pań nie interesowała się wcale, w jaki sposób używano tych pieniędzy, chodziło tylko o to, aby nazwiska ich figurowały na liście ofiarodawców odsyłanej prawdopodobnie wraz z datkami pieniężnymi do Indii.

Wszystko to było tak męczące, że Pollyanna swobodnie i głęboko odetchnęła dopiero wtedy, gdy się znalazła na świeżym powietrzu.

Zmartwiona jednak była bardzo, gdyż nie należało do przyjemności oznajmić jutro Jimmy’emu, że panie z dobroczynności, o których mówiła mu z takim entuzjazmem, zdecydowały, iż wolą posyłać wszystkie pieniądze na wychowanie małych Hindusów, zamiast użyć część na wychowanie małego chłopca we własnym kraju.

Gorzej jeszcze: przyczyną tego było, że „nazwisko ich nie byłoby umieszczone na liście”, jak to powiedziała jedna z pań w dużych okularach.

„Nie to jest złe, że wysyłają pieniądze do Indii, ale że zajmują się cudzoziemcami tak, jak gdyby we własnym kraju nie było dzieci, które potrzebują pomocy i opieki! Jestem przekonana, że lepsza i pożyteczniejsza byłaby pomoc dla Jimmy’ego niż chęć figurowania na liście ofiarodawców!”

Tak rozmyślała Pollyanna, wychodząc z domu pastora.

Rozdział XII. W lasku „Pana”

Opuściwszy dom pastora, Pollyanna poszła nie do domu, lecz udała się w stronę niewielkiego lasku przylegającego do willi pana Pendletona i stanowiącego jego własność.

Czuła, że musi się trochę uspokoić, a ponieważ był to dzień odpoczynku (tak nazywała Pollyanna wszystkie dni, w których nie było lekcji szycia ani pracy w kuchni), pomyślała sobie, że nic jej tak dobrze nie zrobi, jak spacer w lasku.

Las ów znajdował się na dość wysokim wzgórzu, więc Pollyanna zaczęła wspinać się pod górę, pomimo że słońce silnie przypiekało jej szyjkę i plecy.

— Muszę być w domu dopiero przed piątą — mówiła sobie — a podczas tego nieznośnego upału tak przyjemnie będzie przejść się po lesie.

Lasek pana Pendletona był bardzo piękny, ale dziś wydawał się Pollyannie jeszcze piękniejszy niż zwykle, jakby na przekór niepowodzeniu, o którym miała jutro powiedzieć Jimmy’emu.

— Chciałabym, żeby wszystkie te panie, które przed chwilą tak zawzięcie dyskutowały, były teraz tu — westchnęła Pollyanna, podnosząc oczy do góry i szukając nieba wśród oświetlonych słońcem wierzchołków drzew. — Bo gdyby tu były w tej chwili, na pewno przyjęłyby bez wahania małego Jimmy’ego — zadecydowała stanowczo, jakkolwiek nie umiałaby wytłumaczyć, dlaczego piękno lasku miało tak podziałać na panie z dobroczynności.

Nagle przystanęła i zaczęła nasłuchiwać: gdzieś niedaleko rozległo się szczekanie, a po chwili z krzaków wybiegł duży pies i podbiegł do Pollyanny.

— Hallo, piesku. Piesku! — zawołała Pollyanna, poznawszy psa, który często chodził z „Panem”.

Spodziewała się też, że zaraz zobaczy pana Pendletona, lecz ten jakoś nie nadchodził. Za to uwagę dziewczynki zwróciło dziwne zachowanie się psa, który szczekał ciągle, niespokojnie, nerwowo, jakby na alarm i wracał bezustannie na ścieżkę, którą przybiegł, to znów podbiegał do Pollyanny i znów wracał.

Dziewczynka, zdziwiona, poszła za nim i wkrótce wydostała się na drogę. Pies pobiegł szybko naprzód, ale za chwilę znów wrócił, szczekając, jakby chciał poprowadzić Pollyannę i wskazać jej, dokąd ma iść.

„Ale to nie jest droga do domu” — pomyślała Pollyanna, idąc za psem.

Ten zaś był coraz bardziej zaniepokojony i nie przestawał biegać i naszczekiwać. Wzrok jego, skierowany na Pollyannę, był tak wymowny, że Pollyanna zrozumiała, iż musiało coś się stać i pies błaga ją o pomoc. Przyśpieszyła więc kroku i niemal biegła za psem wąską ścieżką, którą ją teraz prowadził.

Nagle pies zaszczekał jeszcze żałośniej i zatrzymał się, a Pollyanna zobaczyła leżącego nieruchomo u stóp skały, w odległości kilku metrów od ścieżki, jakiegoś człowieka.

Na trzask złamanej nóżką Pollyanny gałęzi człowiek ów z lekka się podniósł i odwrócił głowę.

Z okrzykiem zdziwienia Pollyanna rzuciła się ku niemu:

— Panie Pendleton, co się stało? Pan jest ranny?

— Ranny? Ależ nie! Wygrzewam się tylko na słońcu — odpowiedział głosem podrażnionym. — Chodź no tu i powiedz mi, co umiesz robić, do czego jesteś zdolna i czy jesteś rozsądna?

— Dużo, proszę pana, nie umiem, ale panie z dobroczynności mówiły, że jestem zdolną i rozsądną dziewczynką. A mówiły tak, nie wiedząc, że to słyszałam.

„Pan” uśmiechnął się ponuro.

— No, no, przepraszam cię, dziecko! Wszystko przez tę głupią nogę! A teraz posłuchaj! — zatrzymał się na chwilę, przezwyciężając widocznie ból, wsunął rękę do kieszeni, wydobył pęk kluczy i oddzieliwszy jeden, podał go Pollyannie.

— O pięć minut drogi, idąc tą oto ścieżką, jest mój dom. Tym kluczem otworzysz drzwi wejściowe i wejdziesz do przedpokoju. Na wprost będą drugie drzwi, a gdy je otworzysz, zobaczysz na małym stoliku telefon. Czy potrafisz posługiwać się telefonem?

— Owszem, proszę pana! Pewnego razu, gdy ciocia Polly...

— Teraz nie chodzi o ciocię Polly — przerwał pan Pendleton, usiłując poruszyć się. — Przy telefonie leży książka, spis abonentów, poszukasz w niej numeru telefonu doktora Chiltona. Przypuszczam, że potrafisz to zrobić?

— O, proszę pana, często przeglądałam u cioci spis abonentów! Jest tam tyle takich śmiesznych nazwisk i...

— Powiesz więc doktorowi Chiltonowi, że John Pendleton leży u stóp skały Małego Orła ze złamaną nogą i że prosi pana doktora o natychmiastowe przybycie z ludźmi i noszami. Resztę będzie wiedział on sam. Powiedz mu tylko, aby szedł ścieżką prowadzącą od domu, gdyż tędy będzie najbliżej.

— Boże! Złamana noga! Jakie to okropne! — zawołała drżącym głosem Pollyanna. — Jak dobrze, że tu przyszłam! Czy mogłabym czymś panu dopomóc?

— Owszem, mogłabyś, ale widocznie nie chcesz. Proszę natychmiast iść i zrobić to, co powiedziałem — rzekł ostro pan Pendleton.

Pollyanna wydała lekki okrzyk i zniknęła, biegnąc szybko we wskazanym kierunku.

Tym razem nie szukała wśród wierzchołków drzew błękitnego nieba, lecz uważała bacznie, aby się nie potknąć o jakąś gałąź lub kamień. Ani się spostrzegła, jak stanęła przed domem. Widziała go już przedtem, ale nigdy nie była tak blisko niego. Odstraszał ją swym ogromem, dużymi kolumnami po obu stronach drzwi wejściowych i swoim ponurym wyglądem.

Przezwyciężając strach, podbiegła do drzwi i wsadziła klucz do zamka. Z początku nie mogła go przekręcić, lecz po kilku wysiłkach drżących paluszków zamek ustąpił i drzwi się otworzyły.

Pollyanna nabrała tchu, starając się dodać sobie odwagi. Miała przed sobą duży, ciemny przedpokój tajemniczego domu, do którego nikt prawie nie wchodził prócz właściciela. A teraz ona miała sama jedna wejść tu, do tych dużych, ponurych pokoi i stamtąd telefonować do doktora, że gospodarz domu leży bezwładny w lesie...

Nie oglądając się, przebiegła przedpokój i otworzyła drzwi, za którymi, według wskazówek, powinien był znajdować się telefon. Pokój ten był również ciemny, gdyż, widocznie z powodu upału, okiennice były przymknięte i tylko wąski promień słońca, przedzierając się przez szparę, padał na posadzkę i rozsiewał trochę światła.

Spostrzegłszy telefon na wskazanym miejscu, podbiegła doń i odszukawszy w spisie abonentów nazwisko doktora Chiltona, zadzwoniła.

Doktor osobiście odebrał telefon, a gdy rezolutnie13 odpowiedziała mu na szereg pytań, powiesiła słuchawkę i odetchnęła z uczuciem ulgi.

Teraz dopiero rozejrzała się dokoła: ciężkie, czerwone portiery14, olbrzymie drzwi prowadzące do innych tajemniczych pokoi, nieporządek na biurku i stołach, książki porozrzucane i pokryte grubą warstwą kurzu — wszystko to wywarło na Pollyannie takie wrażenie, że czym prędzej opuściła ponury dom, wybiegając przez drzwi wejściowe, które zostawiła otwarte.

Po chwili, która nawet dla rannego zdawała się bardzo krótka, Pollyanna zjawiła się przy nim.

— Co się stało? Pewnie nie mogłaś wejść do mieszkania? — spytał zaniepokojony.

— Owszem, proszę pana, weszłam! Przecież inaczej bym tu nie wróciła. Doktor przybędzie zaraz z ludźmi i ze wszystkim, co potrzeba. Mówił mi, że doskonale zna to miejsce, dlatego też nie czekałam na niego i pośpieszyłam z powrotem do pana!

— Podziwiam twój gust! — rzekł ranny ironicznie. — Przypuszczam, że mogłabyś znaleźć sobie przyjemniejsze towarzystwo!

— Tak pan sądzi? Czy dlatego, że pan jest taki ponury i mrukliwy?

— Dziękuję ci za szczerość! Więc chociażby dlatego.

Pollyanna uśmiechnęła się.

— Pan tylko wydaje się ponury, a w rzeczywistości nie jest pan taki — odpowiedziała.

— Z czego to wnioskujesz? — zapytał „Pan”, starając się zmienić pozycję głowy, nie ruszając jednak reszty ciała.

— Z wielu drobnych rzeczy, proszę pana! Chociażby, na przykład, z tego, jak pan obchodzi się z psem — rzekła, wskazując na rękę „Pana” spoczywającą na głowie zwierzęcia. — A trzeba przyznać, że czasem zwierzęta daleko lepiej wyczuwają ludzi, niż sami ludzie, nieprawdaż? Ale niech pan pozwoli, podtrzymam panu głowę!

Pan Pendleton, aczkolwiek15 kilka razy jęknął podczas tej zmiany pozycji, poczuł wkrótce, że kolana Pollyanny z powodzeniem zastąpiły odłamek skały, na którym dotychczas spoczywała jego głowa.

— Tak mi lepiej — wyszeptał słabym głosem i na chwilę zamilkł.

Pollyannie już zdawało się, że się zdrzemnął, gdy spostrzegła, że zaciska wargi, starając się tłumić jęk.

Łzy stanęły jej w oczach na widok tego dużego człowieka, który leżał teraz taki bezsilny i niedołężny. Jedna ręka jego z kurczowo zaciśniętymi palcami leżała na ziemi, druga zaś spoczywała na głowie psa, który leżał również nieruchomo, nie spuszczając mądrych oczu z twarzy swego pana.

Czas upływał powoli. Słońce skłaniało się coraz bardziej ku zachodowi, zwiększając cień. Pollyanna bała się poruszyć i chwilami wstrzymywała oddech, by nie przeszkadzać rannemu.

Jakiś ptaszek fruwał niedaleko jej ręki, a mała wiewióreczka, siedząc na gałęzi tuż nad jej głową, wpatrywała się wylęknionymi, błyszczącymi oczkami w nieruchomego psa.

Po dość długim czasie pies podniósł uszy i z lekka zawarczał, a w chwilę potem Pollyanna usłyszała głosy i zobaczyła trzech ludzi, z których dwóch niosło nosze, trzeci zaś niewielką, skórzaną torbę. Ten ostatni, o wygolonej, sympatycznej twarzy, znany Pollyannie z widzenia, był właśnie doktorem Chiltonem.

— A więc, mała kobietko, bawisz się w pielęgniarkę? — przemówił wesoło, zbliżając się szybko.

— O nie, proszę pana! Podtrzymywałam tylko z lekka głowę, ale lekarstw żadnych nie dawałam. W każdym razie cieszę się, że tu jestem!

— Ja również — odparł doktor i natychmiast zajął się chorym.

Rozdział XIII. Pomysł Pollyanny

Oczywiście tego dnia Pollyanna spóźniła się na obiad, lecz uszło jej to bezkarnie z następującej przyczyny.

Przy bramie oczekiwała ją Nancy.

— Boże! Jak się cieszę, że cię widzę — westchnęła z ulgą. — Przecież jest już po szóstej!

— Wiem o tym — odpowiedziała trochę wylękniona Pollyanna — ale wierz mi, że nie zasłużyłam na karę! Jestem prawie pewna, że nawet ciocia Polly nie będzie robić mi wymówek!

— To więcej niż pewne, że ci nic nie powie, bo jej nie ma: wyjechała! — odpowiedziała na to Nancy.

— Wyjechała? Ale to nie przeze mnie? Nieprawdaż? No, powiedz, powiedz mi prędzej, że nie przeze mnie! — wołała przerażona Pollyanna, gdyż w tej chwili opanowały ją wspomnienia wszystkiego, co zaszło w ostatnich czasach, i zaczęła robić sobie wyrzuty za kotka, za pieska, za Jimmy’ego, za słowo „zadowolona”, które tak drażniło ciotkę, wreszcie za zakazany wyraz „ojciec”, który, pomimo najszczerszych chęci, tak często wyrywał się z jej małych usteczek.

— Ależ nie, nie! Uspokój się, kochanie! — pocieszała ją Nancy. — Po prostu podczas twej nieobecności nadeszła depesza z zawiadomieniem o nagłej śmierci jej stryjecznego brata, który mieszkał w Bostonie, i panna Polly wyjechała najbliższym pociągiem. Wcześniej niż za trzy dni nie wróci, a my możemy się cieszyć, żeśmy zostały same! Pokażemy, jak dobrze umiemy gospodarować!

Lecz Pollyanna nie podzielała jej radości.

— Cieszyć się, Nancy, gdy chodzi o czyjąś śmierć?

— Ja przecież cieszę się nie z powodu śmierci, a tylko dlatego że...

Nancy zamyśliła się na sekundę, a potem z uśmiechem dodała:

— Przecież to ty nauczyłaś mnie grać w zadowolenie?

— Owszem, Nancy, ale są wypadki, w których moja gra nie ma zastosowania, i jednym z takich wypadków jest śmierć! Tu nie można się cieszyć!

Nancy roześmiała się.

— Przede wszystkim — rzekła — możemy cieszyć się, że śmierć ta nie dotknęła nas i że...

Lecz Pollyanna nie chciała dalej słuchać i przerywając Nancy, zaczęła opowiadać o wypadku pana Pendletona.

*

Następnego dnia Pollyanna spotkała się w umówionym miejscu z Jimmym.

Jak się spodziewała, Jimmy był bardzo przygnębiony wiadomością, że panie z dobroczynności wolały małych Hindusów niż jego.

— Zresztą — dodał na pocieszenie — to zupełnie zrozumiałe, że to, co jest dalej, zdaje się być bardziej interesujące niż to, co mamy przed sobą! Ale wobec tego może by tak zaopiekował się mną ktoś, kto mieszka w Indiach?

Na te słowa Pollyanna klasnęła w dłonie.

— Wiesz, Jimmy, masz rację! Napiszę do tych pań z dobroczynności, które opiekowały się mną, nim tu przyjechałam! One mieszkają, co prawda, nie w Indiach, ale również bardzo daleko, a więc to będzie doskonale!

Twarzyczka Jimmy’ego rozjaśniła się nieco.

— Przypuszczasz, że zechcą mnie przyjąć?

— Naturalnie — odparła Pollyanna — jeśli się opiekują małymi Hindusami, to przecież mogą cię z powodzeniem uważać za jednego z nich, tym bardziej, że mieszkasz również daleko! O, napiszę do nich, zaraz napiszę!

— Nie zapomnij tylko wspomnieć, że żebrakiem nie jestem i będę pracował na swoje utrzymanie; a zanim otrzymasz odpowiedź, pozostanę na dawnym miejscu. Tak będzie może najlepiej!

— Pewnie — zgodziła się Pollyanna — przynajmniej będę wiedziała, gdzie cię szukać!

*

Mniej więcej po tygodniu od dnia, w którym pan Pendleton złamał nogę, Pollyanna pewnego poranku zwróciła się do ciotki:

— Droga ciociu! Czy mogłabym dziś zanieść galaretkę z nóżek cielęcych, zamiast do pani Snow, do kogoś innego? Tylko ten jeden raz!

— Coś ty znów wymyśliła, Pollyanno? Jesteś naprawdę najoryginalniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam! — odparła zdumiona panna Polly.

Pollyanna miała twarzyczkę mocno zakłopotaną.

— Ciociu, ja bym nie chciała nigdy robić cioci przykrości, ale ponieważ ciocia pozwala mi nosić galaretkę dla niej, myślałam, że mi pozwoli zanieść tym razem dla niego! Przecież ze złamaną nogą nie choruje się tak długo, jak pani Snow, a potem ona znów będzie mogła otrzymywać swoją porcję w dalszym ciągu!

— „On”? Złamana noga? O kim i o czym ty mówisz, Pollyanno?

Na to pytanie Pollyanna nasamprzód się zdziwiła, lecz zaraz potem wesoło się roześmiała.

— Ach, zapomniałam zupełnie, że ciocia nic o tym nie wie! To się zdarzyło podczas cioci nieobecności!... Znalazłam go w lasku w dniu wyjazdu cioci... a potem musiałam otworzyć drzwi do mieszkania, telefonować po doktora, podtrzymywać głowę... Następnie wróciłam do domu i już go więcej nie widziałam! Lecz dziś, gdy Nancy przygotowywała galaretkę dla pani Snow, pomyślałam sobie, jakby to było uprzejmie i miło, gdybym mogła ją zanieść dla niego, zamiast dla niej. Tylko ten jeden raz! Ciocia pozwoli? Nieprawdaż?

— No dobrze, dobrze, naturalnie — zgodziła się panna Polly, już trochę znudzona — lecz powiedz mi, o kogo chodzi?

— O „Pana”, to znaczy o pana Pendletona.

Panna Polly podskoczyła na krześle.

— Co? Mówisz o Johnie Pendletonie?

— Tak. Właściwie to Nancy powiedziała mi, jak się nazywa! Czy ciocia go zna?

— A ty znasz go? — usłyszała zamiast odpowiedzi.

— Owszem! Rozmawiamy ze sobą i teraz nawet czasem się uśmiecha! Ale on tylko zewnętrzny wygląd ma taki ponury! Więc idę po galaretkę, bo Nancy już pewnie wszystko przygotowała — szczebiotała Pollyanna, kierując się do drzwi.

— Zaczekaj! — głos panny Polly przyjął odcień zimny i stanowczy. — Zmieniłam postanowienie: pani Snow otrzyma dziś swoją galaretkę jak zwykle. Oto wszystko. Poza tym możesz iść!

Twarzyczka Pollyanny posmutniała.

— Ciociu, przecież pani Snow będzie długo chorowała i będzie zawsze otrzymywała galaretkę, on zaś prędko wyzdrowieje, bo ma tylko nogę złamaną. I tak już tydzień upłynął!

— Owszem, przypominam sobie, że słyszałam o wypadku pana Pendletona — odparła sucho panna Polly — lecz wcale nie mam zamiaru posyłać mu galaretki!

— Rozumiem, że ciocia go nie lubi... pewnie za to, że jest taki ponury! Ale naprawdę on tylko tak wygląda. Zresztą to przecież ja zaniosłabym galaretkę. Ja go tak lubię! Niech ciocia pozwoli! — błagała Pollyanna.

Panna Polly zaprzeczyła ruchem ręki, lecz nagle zapytała już nieco spokojniej:

— Czy on wie, kim jesteś, Pollyanno?

Dziewczynka westchnęła.

— Zdaje mi się, że nie! Raz jeden powiedziałam mu moje imię, lecz go prawdopodobnie nie zapamiętał.

— A czy wie, gdzie mieszkasz?

— Nie, tego mu nigdy nie mówiłam!

— A więc nie wie, że jesteś moją siostrzenicą?

— Przypuszczam, że nie.

Nastąpiła chwila milczenia. Panna Polly patrzyła na siostrzenicę wzrokiem, który, zdawało się, nic nie widział, a dziewczynka, przestępując z nóżki na nóżkę z drżeniem w sercu czekała, czy ciotka pozwoli jej zrobić ten dobry, jak jej się zdawało, uczynek, czy też nie. Wreszcie panna Polly zrobiła ruch, jakby odpędzała od siebie jakąś wizję.

— Dobrze, Pollyanno — powiedziała stłumionym, jakby nieswoim głosem — pozwalam ci zanieść galaretkę panu Pendletonowi jako prezent od ciebie! Lecz zapamiętaj sobie, że to nie ja ją posyłam i uważaj, żeby on też tego nie pomyślał.

— Owszem, ciociu... nie, ciociu... dziękuję... dobrze, ciociu — wołała, podskakując z radości Pollyanna i jak fryga16 wybiegła z pokoju.

Rozdział XIV. Odwiedziny u „Pana”

Gdy Pollyanna stanęła po raz drugi przed domem pana Pendletona, nie wydał się jej już taki ponury, jak poprzednio. Okna były pootwierane, jakaś starsza kobieta wieszała na podwórku bieliznę, a przed bramą stał powóz doktora.

Pollyanna śmiało zadzwoniła, a pies poznał ją od razu i zaczął się radośnie witać i machać ogonem.

Chwilę czekała, po czym otworzyła jej ta sama kobieta, która rozwieszała bieliznę.

— Przyniosłam dla pana Pendletona trochę galaretki z nóżek cielęcych — rzekła Pollyanna, uśmiechając się mile.

— Dziękuję — odpowiedziała kobieta, biorąc z rąk Pollyanny salaterkę — jak mam powiedzieć, od kogo?

W tej chwili doktor, który przechodząc, usłyszał słowa służącej i zobaczył zmartwioną minkę Pollyanny, zbliżył się do dziewczynki.

— Co? Galaretka z nóżek? Doskonale! — zawołał wesoło. — A może byś chciała zobaczyć naszego chorego?

— Ach, owszem, proszę pana!

I kobieta na znak doktora, aczkolwiek mocno zdziwiona, poprowadziła Pollyannę w głąb mieszkania.

Przy drzwiach wiodących do pokoju chorego sanitariusz, pielęgnujący pana Pendletona, wydał okrzyk zdziwienia.

— Ależ, panie doktorze, pan Pendleton rozkazał, aby nikogo do niego nie wpuszczać!

— Być może — odpowiedział doktor — lecz ja wydaję inny rozkaz i biorę za niego odpowiedzialność!

Potem zaś dodał z uśmiechem:

— Pan zapewne nie wie, że ta dziewczynka jest doskonałym lekarstwem. Jeżeli coś lub ktoś może dziś rozerwać nieco pana Pendletona, to tylko ona! Dlatego też ją posyłam!

— A któż to jest?

Doktor namyślał się przez chwilę, potem powiedział:

— Jest to siostrzenica jednej z najbardziej szanowanych osób naszego miasta. Nazywa się Pollyanna Whittier. Wielu z moich pacjentów zna ją i wszyscy wyrażają się o niej jak najlepiej.

Sanitariusz uśmiechnął się.

— A jakież są cechy tego cudownego lekarstwa?

Doktor poruszył głową przecząco.

— Nie wiem! Słyszałem tylko, że jest ona uosobieniem stałego i niewygasłego zadowolenia w stosunku do wszystkiego, co się dzieje i co się ma dziać. Powtarzano mi szereg prowadzonych z nią rozmów i, o ile z nich mogę wnioskować, hasłem jej we wszystkich okolicznościach życia jest „być zawsze zadowoloną”. Gdyby takich jak ona — dodał, uśmiechając się — było dużo na świecie, to ani pan, jako sanitariusz, ani ja, jako lekarz, nie mielibyśmy z czego żyć!

Tymczasem Pollyanna na rozkaz doktora została wprowadzona do pana Pendletona. Przechodząc przez pokój, z którego tydzień temu telefonowała, Pollyanna zauważyła, że i tu zaszły pewne zmiany: czerwone portiery, co prawda, wisiały jak przedtem, lecz książki były pozbierane i poukładane na miejscu, a kurz starannie pościerany.

Jedne z kilku tajemniczych drzwi były otwarte i tam właśnie skierowała Pollyannę służąca.

Za chwilę dziewczynka znalazła się w zbytkownie umeblowanym sypialnym pokoju, a służąca nieco wylęknionym głosem zameldowała.

— Proszę pana, ta mała dziewczynka przyniosła panu galaretkę, a doktor kazał mi ją wprowadzić!

I wyszła natychmiast.

Pollyanna została sam na sam z chorym, ponurym człowiekiem, leżącym nieruchomo na łożu.

— Kazałem przecież — odezwał się rozgniewanym głosem — żeby nikogo... Ach, to ty! — dodał łagodniej, gdy Pollyanna zbliżyła się do łóżka.

— Tak, to ja — odpowiedziała, uśmiechając się Pollyanna. — Cieszę się bardzo, że mi pozwolono wejść do pana! Niech pan sobie wyobrazi, że służąca początkowo chciała wziąć galaretkę i już się bałam, że pana nie zobaczę. Ale potem nadszedł doktor i pozwolił mi wejść do pana. To było bardzo uprzejmie z jego strony!

— Hm... — mruknął „Pan” i z lekka się uśmiechnął.

— Przyniosłam panu trochę galaretki z nóżek cielęcych! Lubi pan galaretkę?

— Nigdy tego nie jadłem — odparł i uśmiech znów opuścił jego ponure oblicze.

A Pollyanna, stawiając salaterkę na szafce przy łóżku, mówiła dalej:

— Naprawdę? Skoro więc pan nigdy nie jadł, nie może pan wiedzieć, czy ją lubi, czy nie! Bardzo się cieszę! Ach, żeby pan wiedział...

— Tylko to jedno wiem doskonale, że jestem w tej chwili niedołężny i że mogę tak przeleżeć aż do dnia Sądu Ostatecznego!

Pollyanna była tym stwierdzeniem nieprzyjemnie zaskoczona.

— O nie, nie potrwa to do dnia Sądu Ostatecznego, chyba żeby dzień ten nastąpił wcześniej, niż się spodziewamy. Co prawda, Pismo Święte powiada, że nastąpi on nieoczekiwanie, nie wierzę jednak... to znaczy, wierzę temu, co mówi Pismo Święte, ale nie wierzę, żeby to było tak prędko!

Pan Pendleton roześmiał się szczerze. Sanitariusz, który w tej chwili otworzył drzwi i usłyszał ten śmiech, cofnął się natychmiast, jakby bojąc się spłoszyć nastrój panujący w pokoju.

— Trochę ci się wszystko poplątało — rzekł pan Pendleton.

Teraz roześmiała się Pollyanna.

— Może, proszę pana. Chciałam tylko powiedzieć, że złamanie nogi nie jest chorobą chroniczną, tak jak na przykład choroba pani Snow, a więc nie potrwa do dnia Sądu Ostatecznego. Pan się powinien z tego cieszyć!

— O tak, bardzo się cieszę — odpowiedział ponuro chory.

— Poza tym — mówiła dalej Pollyanna — ma pan złamaną tylko jedną nogę, a przecież mógłby pan złamać obie!

— O, naturalnie! — odparł chory, podnosząc do góry brwi. — Przyjmując twój punkt widzenia, powinienem w ogóle cieszyć się, że nie jestem stonogą i że nie mam pięćdziesięciu nóg, wszystkich złamanych!

Pollyanna znów się roześmiała.

— Ach, to naprawdę zabawne! Znam stonogi, one mają taką moc nóżek i...

— A może — przerwał „Pan” swym zwykłym ponurym głosem — powinienem cieszyć się i z tego, że mam przy sobie sanitariusza, doktora i tę kobietę w kuchni?

— Ależ naturalnie, proszę pana. Niech pan tylko pomyśli, jakby tu było smutno, gdyby ich nie było!

— Tak myślisz?

— Naturalnie! Przecież pan leży w łóżku, więc co by pan robił bez ludzi?

— Właśnie cała rzecz w tym, że leżę w łóżku. Ale nie mogę przecież być zadowolony z tej kobiety, która mi wszystko wywraca do góry nogami, mówiąc, że robi porządki, albo z tego sanitariusza, który jej pomaga, a mówi, że mnie pielęgnuje, lub też z doktora, który tylko ich popiera, a wszyscy troje każą sobie za to dobrze płacić.

— Teraz rozumiem — odparła Pollyanna ze współczuciem w głosie. — Naturalnie, że trudno jest tak od razu rozstać się z tym, co się oszczędza przez lata!

— Co chcesz przez to powiedzieć, dziecko?

— Mówię o pieniądzach, które pan, odmawiając poniekąd sobie, oszczędza i odkłada dla dzikich pogan. Widzi pan, że ja wiem o tym. I dlatego też doszłam do wniosku, że pan tylko zewnętrzny wygląd ma taki surowy i ponury, a w rzeczywistości jest pan bardzo dobry! Nancy mi to powiedziała.

— Nancy powiedziała ci, że ja oszczędzam pieniądze dla dzikich? Któż to jest Nancy?

— Nasza Nancy, która pracuje u cioci Polly!

— U cioci Polly? A któż to jest ciocia Polly?

— Panna Polly Harrington. Mieszkam u niej.

— Panna Polly Harrington? I ty u niej mieszkasz?

— Jestem jej siostrzenicą, córką jej siostry, która już dawno nie żyje — odpowiedziała Pollyanna wzruszonym głosem. — A gdy niedawno straciłam i ojca i nie miałam już nikogo, prócz pań z dobroczynności, ciocia Polly wzięła mnie do siebie!

„Pan” nic nie odpowiedział, lecz twarz jego zbladła tak raptownie, że Pollyanna aż się przestraszyła.

— Chciałabym już odejść — powiedziała — przypuszczam, że galaretka będzie panu smakowała!

Na te słowa pan Pendleton otworzył oczy i spojrzał na nią wzrokiem takim jakimś dziwnym, że Pollyanna stanęła zmieszana.

— A więc ty jesteś siostrzenicą panny Harrington? — spytał łagodnie po chwili.

— Tak jest, proszę pana.

Wzrok chorego był wciąż tak badawczo skierowany na twarzyczkę dziewczynki, aż ta wreszcie spytała:

— Pan pewnie ją zna?

Na ustach chorego zjawił się dziwny uśmiech.

— Owszem, znam!

— Ale — dodał wciąż z tym samym uśmiechem — nie zechcesz przecież twierdzić, że to ona przysyła mi galaretkę?

Pollyanna była coraz bardziej zmieszana.

— Nie, proszę pana. Nawet powinnam tak się zachowywać, żeby pan nie mógł choćby przypuścić, że to ona.

— Domyślałem się tego — powiedział pan Pendleton i odwrócił głowę, a Pollyanna, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, po cichu wysunęła się z pokoju.

W bramie zastała doktora, siedzącego w powozie i rozmawiającego z sanitariuszem, który stał przy nim.

— Słuchaj, Pollyanno, czy pozwolisz, że cię odwiozę do domu? — zapytał, uśmiechając się. — Chciałem już odjechać, lecz przyszło mi do głowy, że mogę na ciebie zaczekać!

— Dziękuję panu, bardzo się z tego cieszę, gdyż lubię jeździć powozem — odpowiedziała Pollyanna, podczas gdy doktor podawał jej rękę, by pomóc wsiąść.

— Naprawdę? — zapytał doktor, kiwnięciem głowy żegnając sanitariusza. — Ale pewnie lubisz jeszcze wiele innych rzeczy?

Pollyanna roześmiała się.

— Nie wiem... może — rzekła. — Nie lubię tylko takich rzeczy, jak szycie, gotowanie, czytanie na głos...

— Ale te rzeczy do czegoś wszakże służą — mówił doktor.

— Ciocia Polly powiada, że one „uczą żyć” — odpowiedziała Pollyanna ze smutnym uśmiechem.

— Doprawdy? Spodziewałem się, że tak powiada! — rzekł na to doktor.

— Ale ja jestem innego zdania — odparła Pollyanna — i nie uważam, żeby potrzeba było koniecznie uczyć się żyć.

— Dla wielu z nas jest to jednak potrzebne — westchnął ciężko doktor i zamyślił się głęboko.

Pollyanna, widząc jego zasmuconą twarz, chciała w jakiś sposób rozerwać go i odpędzić smutne myśli.

— Panie doktorze — powiedziała po chwili milczenia — myślę, że być, tak jak pan, doktorem musi być najprzyjemniejszym w świecie zajęciem!

Doktor spojrzał na nią ze zdziwieniem.

— Jak to najprzyjemniejszym? Widzieć wszędzie tyle cierpień?

— Wiem o tym, proszę pana, ale pan powinien być szczęśliwy, mając możność niesienia ulgi wszystkim tym cierpieniom! Wszak pan mnie rozumie?

Duże dwie łzy ukazały się w oczach doktora. Życie jego było niewesołe. Nie posiadając ani rodziny, ani własnego kąta, mieszkając w dwóch wynajmowanych w pensjonacie pokojach, cały czas poświęcał swemu zawodowi, który po prostu kochał.

Teraz, gdy widział świecące zapałem oczęta Pollyanny, zdawało mu się, że jakaś kochająca dłoń dotknęła jego głowy jakby z błogosławieństwem, i rozumiał, że od tej chwili podczas dni pracy, jak i podczas nocy czuwania wypowiedziane właśnie słowa Pollyanny będą mu gwiazdą przewodnią.

— Niech cię Bóg błogosławi, dziecko! — powiedział drżącym głosem.

Potem z uśmiechem, tak dobrze znanym i lubianym przez jego pacjentów, dodał:

— Wiedz, kochanie, że czasem i doktor, jak jego pacjenci, potrzebuje lekarstwa!

Słowa te mocno zaciekawiły Pollyannę, ale myślała o nich dopóty tylko, dopóki przeskakująca z drzewa na drzewo wiewiórka nie zaprzątnęła całkowicie jej uwagi.

Doktor wysadził Pollyannę przy samej bramie, uśmiechnął się do Nancy, która myła schodki, i odjechał.

— Ach, jaka przyjemna była ta przejażdżka powozem! — zawołała Pollyanna, podbiegając do Nancy. — A jaki ten doktor miły!

I w kilku słowach opowiedziała Nancy swoją rozmowę z doktorem, po czym pobiegła do ciotki.

Pannę Polly zastała w salonie.

— Pollyanno, czyj to powóz zatrzymał się przed chwilą przed bramą? — zapytała, jak zwykle, sucho panna Polly.

— Doktora Chiltona! Nie zna go ciocia?

— Doktor Chilton? Cóż on tu robił?

— Odwiózł mnie swoim powozem. Ach, ciociu, zaniosłam galaretkę panu Pendletonowi i...

— Pollyanno, czy on się tylko nie domyśla, że to ja ją posłałam? — przerwała panna Polly, podnosząc głowę.

— Ależ nie! Nawet mu powiedziałam, że to nie ciocia!

Twarz panny Polly zaczerwieniła się w jednej chwili.

— Jak to? Więc powiedziałaś mu, że to nie ja przysyłam?

Pollyanna szeroko otworzyła oczy, zdziwiona potępiającym głosem panny Polly.

— Ależ ciociu! Czy mi ciocia tego nie mówiła?

Panna Polly westchnęła ciężko.

— Mówiłam ci, Pollyanno, że to nie ja posyłam i prosiłam, abyś tak się zachowywała, by on czasem tego nie pomyślał! A to wielka różnica, zamiast mu powiedzieć, że to nie ja posyłam.

I po tych słowach wyszła z pokoju.

— O Boże! Zrobiłam coś złego! A najgorsze, że nie widzę w tym żadnej różnicy — westchnęła ciężko Pollyanna.