Rozdział XV. Czerwona róża
Mniej więcej w tydzień po wizycie Pollyanny u pana Pendletona odbyło się następne zebranie Towarzystwa Dobroczynności. Dzień był wietrzny i dżdżysty, a kiedy Mateusz koło godziny trzeciej po południu odwiózł pannę Polly z posiedzenia do domu, Pollyanna, zobaczywszy ją, wydała okrzyk zachwytu.
Panna Polly była lekko zaróżowiona, a włosy, potargane przez wilgotny wiatr, potworzyły ładne loki w tych wszystkich miejscach, gdzie się szpilki rozluźniły.
Pollyanna nigdy jeszcze nie widziała swej ciotki takiej.
— O, ciocia też ma, też ma!— wołała radośnie, skacząc wokoło panny Polly, która wchodziła do salonu.
— Co mam, ty nieznośna dziewczyno?
Lecz Pollyanna wciąż skakała dokoła.
— Nigdy się nie spodziewałam i nigdy tego nie widziałam! Ach! To naprawdę ładnie wygląda!
— Pollyanno! Co to znaczy? — pytała panna Polly, pośpiesznie zdejmując kapelusz, aby poprawić rozwichrzone włosy.
— Nie, nie, ja proszę... ciociu! — głos Pollyanny z wesołego stał się błagalny. — Nie trzeba! Ja właśnie o nich mówię, o tych ślicznych lokach! Jakie one cudne!
— Głupstwa mówisz — niecierpliwie zawołała panna Polly. — Powiedz mi lepiej, coś ty sobie myślała, idąc na zebranie Towarzystwa Dobroczynności i prosząc w tak niedorzeczny sposób o opiekę dla tego małego żebraka?
— To nie głupstwo — mówiła Pollyanna, pozostawiając bez odpowiedzi pytanie ciotki. — Ciocia nie ma pojęcia, jaka jest teraz ładna! Ach, ciociu, proszę mi pozwolić uczesać się, jak to robiłam z panią Snow, i przypiąć do włosów kwiat! Tak bym chciała widzieć, jak by to wyglądało!
— Pollyanno!
Panna Polly mówiła głosem suchym, bardziej może suchym tym razem, gdyż nie chciała zdradzić pewnej radości, którą jej sprawiły słowa Pollyanny! Bo kogóż w ogóle interesowały jej włosy? Kto chciał widzieć ją piękną?
— Pollyanno, nie odpowiedziałaś mi na moje pytanie. Dlaczego w tak niedorzeczny sposób zwróciłaś się do pań w sprawie tego chłopca?
— Wiem, ciociu, że było to niedorzeczne, ale nie myślałam tak, dopóki nie przekonałam się, że one wolą widzieć swoje nazwiska wydrukowane na papierze niż wychowywać tego chłopca! Napisałam więc do moich pań: może one coś zrobią! Przecież od nich Jimmy jest daleko! A teraz czy mogę ciocię uczesać?
Panna Polly przesunęła ręką po twarzy; czuła, że ogarnia ją znane jej od czasu przybycia Pollyanny uczucie niemocy.
— Ależ Pollyanno. Gdy te panie opowiedziały mi dziś, jak wtedy postąpiłaś, wstyd mi było za ciebie! Spodziewałam się, że...
Lecz Pollyanna, skacząc znów dokoła ciotki, zawołała:
— Ciocia nie zabroniła mi uczesać się! Kto milczy, ten się zgadza... Tak, jak wtedy było z tą galaretką dla pana Pendletona! A teraz proszę zaczekać... zaraz przyniosę grzebień.
I wybiegła z pokoju.
— Ależ, Pollyanno, Pollyanno — protestowała ciotka, idąc bezwiednie za siostrzenicą do jej pokoju na pierwsze piętro.
— Ach, ciocia nawet przyszła do mnie — wołała dziewczynka, witając ciotkę na progu swego pokoju. — Tak będzie lepiej... już mam grzebień... proszę siadać... o, jak to będzie wspaniale!
— Ależ Pollyanno, ja...
Panna Polly nie dokończyła zdania, bo ku wielkiemu swemu zdziwieniu zobaczyła, że siedzi już na małym krzesełku przed lustrem, a na włosach poczuła niecierpliwe, lecz wprawne paluszki Pollyanny.
— Jakie śliczne ciocia ma włosy! I jakie gęste! Uczeszę je tak ładnie, że wszyscy będą podziwiali!
— Pollyanno — mówiła tymczasem stłumionym głosem panna Polly. — W ogóle nie rozumiem, dlaczego pozwalam ci robić te wszystkie głupstwa!
— Przecież cioci będzie przyjemnie, kiedy wszyscy będą na ciocię patrzyli z zachwytem. Ja sama tak lubię patrzeć na wszystko co piękne!
— Ależ...
— Często czesałam moje panie z dobroczynności, ale żadna z nich nie miała tak pięknych i obfitych włosów, jak ciocia! Ach, mam pewien pomysł, ale teraz nie powiem... to sekret... Widzi ciocia, że już prawie skończyłam! A teraz muszę na chwilkę wyjść z pokoju; tylko niech ciocia mi obieca, że się stąd nie poruszy i że nie będzie podglądała! Dobrze?
I wybiegła z pokoju.
Panna Polly nic nie odpowiedziała, ale postanowiła natychmiast zmienić niedorzeczne dzieło siostrzenicy na zwykłe uczesanie. Zamiast tego jednak, bezwiednie spojrzała do lustra i to, co zobaczyła, wywołało lekki rumieniec na jej twarzy, a gdy poczuła, że się rumieni, zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Zobaczyła w lustrze twarz, aczkolwiek nie bardzo młodą, lecz ożywioną, zobaczyła różowe policzki, świecące się oczy i piękne czarne włosy, które, nieco wilgotne jeszcze, tworzyły pod wpływem czarodziejskich paluszków Pollyanny prześliczne loki.
Panna Polly była tak zaskoczona zmianą swego wyglądu, że zapomniała zupełnie o postanowieniu, by zmienić uczesanie jeszcze przed powrotem Pollyanny, gdy nagle poczuła, że zawiązywano jej oczy.
— Pollyanno, Pollyanno, co ty znów robisz? — zawołała.
W odpowiedzi usłyszała dźwięczny śmiech dziewczynki.
— Właśnie to, czego nie chcę, żeby ciocia teraz widziała. A ponieważ bałam się, że ciocia jednak zobaczy za wcześnie, więc zawiązałam jej oczy. Chwileczkę tylko proszę się nie ruszać, a zobaczy ciocia wszystko!
— Ależ, dziecko moje, proszę natychmiast rozwiązać i zdjąć mi z oczu chusteczkę! Co ty robisz? — dodała, czując, że coś miękkiego i delikatnego spadło na jej ramiona.
Pollyanna wciąż śmiała się radośnie. Drżącymi rączkami zarzuciła na ramiona ciotki szal koronkowy, śliczny, chociaż pachnący lawendą i z lekka pożółkły od długich lat spoczynku.
Kilka dni temu Pollyanna przypadkowo odkryła ten szal w jednym z kufrów na strychu, podczas gdy Nancy przekładała rzeczy, a dziś przyszło jej na myśl ubrać w niego ciotkę.
Następnie, wziąwszy pannę Polly za rękę, przeprowadziła ją, wciąż jeszcze z zawiązanymi oczami na werandę, gdzie widziała rozkwitłą czerwoną różę.
— Co ty robisz, Pollyanno? Dokąd mnie prowadzisz? — wołała, sprzeciwiając się panna Polly — ja nie chcę...
— Tylko na werandę, ciociu! W mgnieniu oka wszystko będzie skończone — odpowiedziała Pollyanna, zrywając różę i wkładając ją we włosy ciotki.
— Już! — zawołała wreszcie, zdejmując chusteczkę z oczu panny Polly. — A teraz niech mi ciocia powie, czy nie ładnie ciocię wystroiłam?
Panna Polly przez chwilę patrzyła na siebie, potem spojrzała dookoła, lecz nagle wydała okrzyk przerażenia i pośpiesznie cofnęła się do pokoju. Zdziwiona Pollyanna skierowała wzrok w tę samą stronę i zobaczyła na ulicy konia i powóz. Oczywiście natychmiast poznała człowieka, który trzymał lejce i zawołała uprzejmie:
— Panie doktorze! Panie doktorze Chilton, czy przypadkiem nie mnie pan szuka?
— Właśnie ciebie! Zechcesz może zejść?
A tymczasem w sypialnym pokoju panna Polly, czerwona z gniewu, wyciągała szpilki przytrzymujące szal.
— Jak mogłaś, Pollyanno — mówiła z wyrzutem w głosie. — I pomyśl tylko, że mnie w tym przebraniu widziano!
Pollyanna stanęła zmieszana.
— Przecież ciocia wyglądała tak pięknie, tak naprawdę pięknie!
— Pięknie! — powtórzyła z pogardą panna Polly, odrzucając na krzesło szal i zaczęła doprowadzać „do porządku” uczesanie.
— O ciociu, proszę... Niech ciocia tak zostawi...
— Zostawić tak, jak jest? — odparła panna Polly z oburzeniem. — Nie, moje dziecko, przenigdy!
I w mgnieniu oka znikło arcydzieło rąk Pollyanny!
— Ach, jaka szkoda! Ciocia była taka ładna! — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna, wychodząc z pokoju.
Doktor czekał na nią w powozie.
— Zapisałem choremu lekarstwo i przyjechałem po nie — rzekł, uśmiechając się. — Jedziemy?
— Pan pewnie ma na myśli receptę do apteki! O, ja to umiem! Dawniej często przynosiłam z apteki lekarstwa dla pań z dobroczynności!
Doktor znów się uśmiechnął.
— Tymczasem chodzi o pana Pendletona, który chciałby cię dziś widzieć, a ponieważ deszcz przestał padać, więc przyjechałem po ciebie. Czy zechcesz pojechać? Odwiozę cię z powrotem przed szóstą.
— Bardzo chętnie, proszę pana — odpowiedziała Pollyanna — tylko muszę wpierw otrzymać pozwolenie cioci Polly.
Za chwilę wybiegła z kapeluszem w ręce, lecz minkę miała poważną, prawie smutną.
— Naturalnie ciocia pozwoliła — zaczął rozmowę doktor, gdy powóz ruszył.
— Owszem — westchnęła Pollyanna — boję się, że nawet jest zadowolona z tego, że wyszłam z domu!
— A to dlaczego?
Pollyanna westchnęła powtórnie.
— Myślę, że nie chciała widzieć mnie przy sobie. Powiedziała nawet: „No idź już sobie, idź! Chciałabym, żebyś już była daleko!”
Doktor uśmiechnął się z lekka, lecz nic nie powiedział. Zdawało się, że się nad czymś głęboko zamyślił i dopiero po chwili spytał:
— Czy to twoja ciocia była z tobą na werandzie?
Pollyanna znów ciężko westchnęła.
— Tak i właśnie od tego się zaczęło! Ubrałam ją w bardzo piękny koronkowy szal, zrobiłam ładne uczesanie, włożyłam różę we włosy! Wyglądała tak pięknie! Czy pan doktor widział, jak pięknie wyglądała?
Ale doktor odpowiedział dopiero po pewnej chwili.
— Tak, Pollyanno, wyglądała pięknie!
— Naprawdę? Ach, jak się cieszę — zawołała uszczęśliwiona dziewczynka — powiem jej to po powrocie!
Lecz ku wielkiemu jej zdziwieniu doktor natychmiast zawołał:
— Boże uchowaj, Pollyanno! Proszę cię, nie rób tego!
— A dlaczego, panie doktorze? Myślałam, że byłoby panu przyjemnie...
— Ale jej mogłoby być nieprzyjemnie! — przerwał doktor.
Pollyanna zamyśliła się.
— Możliwe — powiedziała po chwili. — Teraz domyślam się, że uciekła do pokoju tak prędko dlatego, że zobaczyła pana. A potem była strasznie rozgniewana, że ją widziano w tym przebraniu!
— Spodziewam się! — powiedział doktor.
— Jednak nie rozumiem dlaczego — nie mogła się uspokoić Pollyanna — wyglądała przecież tak pięknie!
Doktor Chilton nie odpowiedział i nie mówił już nic aż do końca drogi.
Rozdział XVI. Zupełnie jak w powieści
Tym razem pan Pendleton przywitał Pollyannę z uśmiechem.
— Mam wrażenie, Pollyanno, że jesteś osóbką, która łatwo przebacza, gdyż w przeciwnym razie nie odwiedziłabyś mnie dziś!
— Ależ, proszę pana, bardzo mi przyjemnie odwiedzać pana i nie widzę przyczyny, dla której miałabym nie przyjść.
— Po prostu dlatego, że byłem bardzo nieprzyjemny i ostatnim razem, i wtedy, gdyś mnie znalazła ze złamaną nogą w lasku! Następnie, o ile sobie przypominam, nawet nie podziękowałem ci za okazaną pomoc. A teraz widzisz, iż mam słuszność, mówiąc, że łatwo przebaczasz, gdyż przychodzisz do mnie pomimo mej niewdzięczności!
— Ach, nie! Ja się tak ucieszyłam, gdy pana wtedy znalazłam... To znaczy nie z tego, że pan złamał nogę, tylko że mogłam panu dopomóc!
Pan Pendleton uśmiechnął się.
— Rozumiem, rozumiem — odpowiedział — ale twój języczek jest zawsze prędszy od ciebie. W każdym razie dziękuję ci bardzo i oświadczam, że jesteś dzielną dziewczynką. Dziękuję również za galaretkę.
— A czy smakowała panu? — z ciekawością zapytała Pollyanna.
— Bardzo! Przypuszczam jednak, że dziś mi jej nie przyniosłaś! Nieprawdaż? — zapytał z nieco dziwnym uśmiechem.
Pollyanna była mocno zmieszana.
— N... nie, proszę pana — zatrzymała się na chwilę, a potem, coraz bardziej się rumieniąc, dodała — ja zeszłym razem wcale nie chciałam być niegrzeczna, mówiąc, że ciocia Polly nie przysyła panu galaretki! Naprawdę nie!
Odpowiedzi nie było. Pan Pendleton już się nie śmiał, lecz patrzył przed siebie wzrokiem, który jak się zdawało, nie widział otoczenia. Po chwili westchnął głęboko i odwrócił się do Pollyanny.
— No, no, dość już tego — mówił swym zwykłym, niecierpliwym tonem — posłałem po ciebie nie dlatego, żebyś widziała mnie smutnym i ponurym! Posłuchaj! W bibliotece, na półce oszklonej szafy, stojącej w rogu pokoju, znajdziesz niewielką rzeźbioną szkatułkę (naturalnie, o ile moja służąca, robiąc „porządki”, nie postawiła jej gdzie indziej). Przynieś mi ją. Będzie trochę ciężka, ale sądzę, że ją udźwigniesz!
— O, jestem bardzo silna — zawołała Pollyanna, wybiegając z pokoju, a za chwilę wróciła ze szkatułką.
Następne chwile były arcyprzyjemne.
Pudełko było pełne różnych osobliwości, które pan Pendleton zebrał podczas swoich podróży, a każdy przedmiot posiadał swoją historię, niezależnie od tego, czy była to misternie rzeźbiona szachownica z Chin, czy też bożek kamienny przywieziony z Indii.
Po wysłuchaniu historii bożka Pollyanna zamyśliła się.
— Właściwie to może i większą zasługą jest — szeptały jej usteczka — wychowywać małego Hindusa, jednego z tych, co to myślą, że Bóg jest w tym kamiennym posążku niż takiego Jimmy’ego, który zna Boga i wie, że Bóg jest w niebie! A jednak żal mi bardzo, że one wolały wychowywać poganina niż Jimmy’ego.
Pan Pendleton znów pogrążył się w zadumie i nie słuchał, co mówi Pollyanna, lecz po chwili opanował się i zaczął dalej opowiadać historie różnych zebranych osobliwości.
Ta wizyta była naprawdę przemiła! Rozmawiali nie tylko o cudach, które zawierała rzeźbiona szkatułka, ale i o Pollyannie, o jej codziennym trybie życia, o cioci Polly, o Nancy i nawet o życiu Pollyanny jeszcze tam, w domu z ojcem!
A kiedy Pollyanna musiała już wracać do domu, pan Pendleton przemówił do niej głosem, którego nie poznała, tak był odmienny od zwykłego głosu chorego.
— Pollyanno! Chciałbym, żebyś mnie odwiedzała częściej! Dobrze? Czuję się samotny i potrzeba mi ciebie. Jest jeszcze coś, co mnie skłania do tej prośby. Kiedy się dowiedziałem, kim jesteś, myślałem, że już nigdy więcej nie zechcę cię widzieć, ponieważ przypominasz mi coś, co od szeregu lat starałem się i nadal staram zapomnieć! Za każdym razem, kiedy doktor pytał, czy ma cię sprowadzić, odpowiadałem: nie! Lecz z biegiem czasu doszedłem do przekonania, że muszę cię widywać, bo to właśnie twoja nieobecność nasuwa mi myśli o tym, co tak bardzo chciałbym zapomnieć. Dlatego też proszę cię, abyś przychodziła! Czy spełnisz moją prośbę?
— Ależ naturalnie, proszę pana — odpowiedziała Pollyanna, patrząc oczyma pełnymi sympatii na leżącego przed nią chorego człowieka o smutnej twarzy. — Sprawi mi to wielką przyjemność.
— Dziękuję — odpowiedział pan Pendleton.
Tegoż wieczoru Pollyanna opowiedziała Nancy o swej wizycie u pana Pendletona, o jego zbiorach z podróży, o ciekawych historiach, które jej opowiadał.
— I pomyśleć tylko — westchnęła Nancy — że on ci to wszystko pokazywał i opowiadał, on, zawsze taki ponury i nigdy z nikim nie rozmawiający!
— Ach, on tak wygląda, lecz taki nie jest — stanęła znów w obronie „Pana” Pollyanna. — Nie rozumiem naprawdę, dlaczego wszyscy tak źle o nim mówią! Gdyby go znali lepiej, myśleliby inaczej. Nawet ciocia Polly: i ona go nie lubi. Nie chciała na przykład posłać mu galaretki i wiesz, tak się bała, żeby czasem nie pomyślał, że to ona mu ją posyła.
— Zapewne nie wchodzi to w zakres jej „obowiązków” — wzruszyła ramionami Nancy. — Lecz co mnie w tym wszystkim dziwi, to to, że on, który nie należy w ogóle do ludzi lubiących dzieci, ciebie jednak lubi!
— Ja też myślę, że on nie lubi dzieci — potwierdziła Pollyanna. — Dziś nawet powiedział mi, że początkowo miał zamiar nigdy mnie więcej nie widzieć, ponieważ przypomniałam mu coś, co pragnął zapomnieć, lecz potem...
— Co to mogło znaczyć? — przerwała Nancy. — Powiedział ci, że przypomniałaś mu coś, co by chciał... zapomnieć?
— Tak, lecz potem...
— A co to było?
— Tego mi nie powiedział!
— Tajemnica! — zawołała uroczyście Nancy. — To dlatego tak cię lubi! Ach, Pollyanno, to zupełnie jak w powieści! Dużo czytałam książek, na przykład Tajemnicę lady Andley albo jeszcze inne! W każdej z nich była jakaś tajemnica, a teraz taką tajemnicę mamy przed sobą! Pollyanno, opowiedz mi dokładnie wszystko. O, rozumiem, dlaczego do ciebie właśnie czuje sympatię!
— Przedtem jednak byłam mu obojętna aż do chwili, kiedy powiedziałam, kim jestem i kiedy musiałam tłumaczyć, że to nie ciocia Polly posyła mu...
Nancy zerwała się z krzesła i klasnęła w ręce.
— O, Pollyanno! Teraz już wiem wszystko! Powiedz mi tylko, czy to wtedy nie chciał cię widzieć, gdy się dowiedział, że jesteś siostrzenicą panny Polly?
— Zdaje mi się, że tak.
— A panna Polly nie chciała posłać mu galaretki?
— Tak i bała się, żeby czasem nie pomyślał, że to ona...
— Tak... teraz już wszystko jasne — westchnęła głęboko Nancy. — Posłuchaj! Otóż pan Pendleton był narzeczonym panny Polly! — dodała z przekonaniem.
— Ależ, Nancy, to niemożliwe! Ona go nie lubi!
Nancy uśmiechnęła się.
— Pewnie, że nie lubi: bo oni przecież poróżnili się17!
Ponieważ jednak Pollyanna patrzyła wciąż niedowierzająco, Nancy zaczęła opowiadać jej całą historię.
— Otóż było to tak: jeszcze przed twoim przyjazdem opowiadał mi pewnego razu Tomasz, że panna Polly miała narzeczonego. Nie chciałam wierzyć, ale Tomasz zapewnił mnie, że pan ten mieszka w naszym mieście. A teraz wiem już, że jest to właśnie pan Pendleton! Bo czy nie stroni od ludzi i czy nie zamknął się samotnie w swoim domu, nie dopuszczając nikogo do siebie? Czy obojętnie przyjął wiadomość, że jesteś siostrzenicą panny Polly? Czyż nie powiedział ci, że przypominasz mu coś, co pragnąłby zapomnieć? Jasne przecież, że chodzi tu o pannę Polly! A jej niechęć, by posłać mu galaretkę? Wszystko to jest tak oczywiste, jak to, że w tej chwili mówimy ze sobą!
Pollyanna ze zdumieniem szeroko otworzyła oczęta.
— Ależ Nancy! Gdyby byli narzeczonymi, to by się już dawno pogodzili!
— Ty się na tym nie znasz — odpowiedziała z lekką pogardą w głosie Nancy — jesteś jeszcze za mała! To tylko wiedz, że jeśli są na świecie ludzie, którzy nie potrafiliby „grać w zadowolenie”, to na pewno poróżnieni ze sobą narzeczeni!
— Pollyanno — krzyknęła nagle Nancy, jakby jej jakaś szczęśliwa myśl przyszła do głowy. — Czy nie byłoby nadzwyczajne, gdybyś nauczyła ich twojej gry w zadowolenie tak, żeby się w końcu pogodzili i pobrali? Jakby się wszyscy dziwili! Tylko że to ci się nie uda!
Pollyanna nic nie odpowiedziała, ale gdy wieczorem wracała do swego pokoju, była bardzo zamyślona.
Rozdział XVII. Widma słoneczne
Podczas upalnych dni sierpniowych Pollyanna dość często odwiedzała pana Pendletona.
Wizyty te nie zawsze były jednakowo miłe. Nie dlatego, żeby chory ich nie chciał, bo często po nią posyłał, lecz Pollyannie zdawało się, że jej obecność nie za każdym razem wpływała dodatnio na zmianę humoru chorego. Rozmawiał z nią, pokazywał jej różne osobliwości, książki, obrazy, lecz widocznie drażniło go przymusowe niedołęstwo i bezczynność, oraz „porządki” wprowadzane w jego domu przez zajmujące się nim teraz osoby, najwyraźniej niepodzielające jego wizji ładu w najbliższym otoczeniu.
Lubił jednak szczebiot Pollyanny, a dziewczynka, instynktownie to odczuwając, szczebiotała przez cały czas swoich wizyt.
Lubiła rozmawiać z nim, ale nigdy nie była pewna, czy spojrzawszy na niego, nie zobaczy zmęczonego, smutnego wzroku, który ją tak niepokoił. I bała się, że może to ona właśnie jakimś nieostrożnym słowem wywoła na jego twarzy ten smutek.
Jakoś nie miała dotąd okazji mówić mu o grze w zadowolenie. Parę razy, co prawda, zaczynała, lecz pan Pendleton natychmiast zmieniał temat rozmowy.
Pollyanna już nie wątpiła teraz, że pan Pendleton był kiedyś narzeczonym panny Polly i całą siłą swego szczerego i kochającego serduszka chciała wnieść w samotne życie obojga choć odrobinę szczęścia.
Gdy próbowała mówić z panem Pendletonem o ciotce, słuchał jej, czasem spokojnie, czasem niecierpliwie, zwykle z lekkim, drwiącym uśmiechem na zaciśniętych wargach. Gdy zaś mówiła, a raczej usiłowała mówić o panu Pendletonie z ciotką, panna Polly zazwyczaj słuchała niedługo i zawsze wynajdywała jakiś inny temat do rozmowy. To samo robiła jednak, gdy Pollyanna zaczynała czasem mówić o innych osobach, jak na przykład o doktorze Chiltonie. Lecz Pollyanna tłumaczyła to sobie tym, iż pannie Polly wciąż jeszcze było przykro, że doktor Chilton zobaczył ją wówczas ustrojoną w szal i z różą we włosach.
Stosunek panny Polly do doktora Chiltona był jednakże wyjątkowo nieprzychylny, co mogła skonstatować18 Pollyanna, gdy pewnego razu przeziębienie i silny katar zmusiły ją do pozostania w domu.
— Jeśli do wieczora nie będzie ci lepiej, wezwę lekarza — oświadczyła panna Polly.
— Naprawdę? Ach, jak to dobrze! Spodziewam się, że nie będzie mi lepiej — odpowiedziała zachrypniętym głosem Pollyanna. — Tak bardzo chciałabym, żeby doktor Chilton mnie odwiedził!
Zdziwił ją jednak wzrok, jakim panna Polly na nią spojrzała.
— Doktor Chilton do ciebie nie przyjdzie, Pollyanno — powiedziała oschle panna Polly. — Doktor Chilton nie jest naszym domowym lekarzem. Jeśli nie będzie ci lepiej, wezwę doktora Warrena!
Jednak stan zdrowia Pollyanny nie pogorszył się i doktor Warren nie został wezwany.
— Zresztą bardzo się z tego cieszę, — mówiła tego wieczoru Pollyanna do ciotki. — Naturalnie, doktor Warren jest też bardzo miły, lecz wolałabym doktora Chiltona i bałabym się, żeby się nie obraził, gdyby ciocia wezwała kogo innego! Naprawdę nie trzeba ganić go za to, że wtedy zobaczył ciocię tak ładnie ubraną — dodała filuternie.
— Dosyć, Pollyanno! Wcale nie mam zamiaru rozprawiać z tobą o doktorze Chiltonie — przerwała panna Polly stanowczym głosem.
Pollyanna przez chwilę patrzyła na nią zaciekawionym, lecz smutnym wzrokiem, potem westchnęła:
— Bardzo cioci do twarzy tak jak teraz, z zaróżowionymi policzkami! Tak chciałabym kiedyś znów ciocię uczesać!
Lecz panny Polly nie było już w pokoju.
*
Kiedyś w końcu sierpnia, kiedy Pollyanna była znów u pana Pendletona, zauważyła na poduszce wąski pas światła, złożonego z kolorów niebieskiego, zielonego, żółtego, czerwonego i fioletowego. Stanęła oczarowana!
— Ach, panie Pendleton, czy pan widział to dziecko tęczy, które przyszło pana odwiedzić? — zawołała z zachwytem. — Ach, jakie to cudne! Jak to się robi?
Pan Pendleton uśmiechnął się od niechcenia. Tego dnia był w wyjątkowo złym humorze i usposobiony nieprzychylnie względem całego otoczenia.
— Mam wrażenie, że te widma słoneczne powstały z promieni odbijających się w ukośnie ściętej krawędzi szkła termometru, umocowanego w oknie. Właściwie termometr jest prawie zawsze w cieniu i tylko z rana przez parę chwil pada na niego słońce!
— Ach, jakie to ładne! — wołała Pollyanna. — I to robi słońce? Gdybym miała taki termometr, trzymałabym go cały dzień na słońcu!
— Ładne byś miała pojęcie o właściwej temperaturze, gdyby tak termometr był stale wystawiony na słońce — roześmiał się pan Pendleton.
— Nie kłopotałabym się wcale o to — odparła Pollyanna, wciąż jeszcze oczarowana blaskami tęczowymi na poduszce. — Czy kogoś, kto by przez cały dzień przebywał w tęczy, mogłaby obchodzić temperatura?
Pan Pendleton znów się uśmiechnął. Obserwował uważnie rozpromienioną twarzyczkę Pollyanny i nagle przyszła mu jakaś myśl do głowy. Nacisnął guzik dzwonka elektrycznego.
— Noro — rzekł do służącej, która ukazała się we drzwiach — proszę mi przynieść brązowy świecznik, stojący w salonie na kominku.
— Dobrze, proszę pana — odpowiedziała nieco zdziwiona służąca i po chwili wróciła ze świecznikiem.
Wejściu jej towarzyszyło melodyjne brzęczenie trójgraniastych wisiorków kryształowych, zdobiących stary świecznik.
— Dziękuję! Proszę postawić na stoliku. A teraz proszę wziąć sznurek i przeciągnąć w poprzek okna, zaczepiając o haczyki. Więcej nic, dziękuję! — dodał, gdy służąca zrobiła wszystko podług wskazówek.
A gdy wyszła z pokoju, spojrzał uśmiechnięty na Pollyannę.
— Podaj mi teraz, dziecinko, świecznik.
Pollyanna, trzymając mocno rączkami ciężki świecznik, podała mu go, a pan Pendleton zaczął jeden po drugim odczepiać wiszące kryształki. Gdy ich odczepił kilkanaście, zwrócił się do Pollyanny:
— A teraz, moja mała, jeśli chcesz naprawdę przebywać w tęczy, zawieś te kryształki jeden przy drugim na sznurku przeciągniętym w poprzek okna.
Już po zawieszeniu pierwszych kilku kryształków w oknie oświetlonym słońcem Pollyanna zauważyła to, co miało się stać. Tak była podniecona, że małe paluszki jej drżały po prostu przy zawieszaniu reszty kryształków. A gdy skończyła, wydała okrzyk zachwytu.
Pokój wyglądał jak w zaczarowanej bajce: tęczowe kręgi w niezliczonej liczbie pokryły ściany, sufit, podłogę... wszędzie tańczyły promienie czerwone, żółte, niebieskie, zielone, fioletowe...
— Boże, jak cudnie! Czy panu się nie zdaje, że samo słońce w tej chwili gra w zadowolenie! — zawołała, zapominając zupełnie, że pan Pendleton nic jeszcze o tej grze nie wiedział. — Jakbym chciała mieć dużo takich kryształków! Dałabym cioci Polly, pani Snow i... wielu innym osobom... Wszyscy byliby zadowoleni... a ciocia Polly pewnie by się tym razem nie powstrzymała, żeby nie trzasnąć drzwiami z radości! Nieprawdaż?
Pan Pendleton wciąż się śmiał.
— Jednak, Pollyanno — powiedział — wspomnienia, które mam o twej ciotce, zmuszają mnie przypuszczać, że trzeba by było czegoś więcej niż oświetlone słońcem kryształki, żeby zmusić ją do trzaśnięcia drzwiami z radości. Ale o jakiej to grze wspominałaś przed chwilą?
Pollyanna zrobiła zdziwioną minkę, lecz zaraz zawołała:
— Ach, zapomniałam zupełnie, że pan nie zna jeszcze gry w zadowolenie!
— Gry w zadowolenie? Powiedz mi, co to jest.
Wówczas Pollyanna opowiedziała mu wszystko, począwszy od lalki, której oczekiwała i zamiast której nadeszły kule. Opowiadając, nie patrzyła jednak wcale na chorego.
Jej zachwycony wzrok spoczywał cały czas na przecudnych widmach słonecznych wywołanych przez rozwieszone w oknie kryształki.
— Oto wszystko — zakończyła. — A teraz rozumie pan, że miałam słuszność, mówiąc, że w tej chwili nawet samo słońce usiłuje grać w zadowolenie!
Przez chwilę trwało milczenie, następnie dał się słyszeć słaby i wyczerpany głos chorego:
— Może... Lecz ze wszystkich tych kryształków, wytwarzających słoneczne widma, najpiękniejszym i najlepszym jesteś ty, Pollyanno!
— Ależ ze mnie nie promienieją tęczowe blaski, gdy na mnie padnie światło słoneczne! — zaprotestowała żywo dziewczynka, pojmując dosłownie słowa chorego.
— Myślisz, że nie? — zapytał z uśmiechem, a Pollyanna, spojrzawszy teraz na twarz chorego, zobaczyła ze zdziwieniem, że oczy miał pełne łez.
— Na pewno nie, proszę pana — odpowiedziała poważnie, a po chwili dodała smutnie:
— Zdaje mi się, że promienie słońca, gdy padają na mnie, wywołują tylko piegi, nic więcej! Tak przynajmniej mówiła mi ciocia Polly!
Pan Pendleton znów się roześmiał, lecz Pollyannie zdawało się, że w śmiechu tym brzmiało stłumione łkanie.
Rozdział XVIII. Coś zdumiewającego
We wrześniu Pollyanna poszła do szkoły. Egzaminy wykazały, że była dostatecznie przygotowana, aby zająć w szkole miejsce obok swych rówieśniczek.
Do pewnego stopnia szkoła była niespodzianką dla Pollyanny, ale i Pollyanna może jeszcze w większym stopniu była niespodzianką dla szkoły. W końcu jednak dopasowały się wzajemnie i Pollyanna pewnego razu oświadczyła ciotce, że chodzić do szkoły to znaczy — żyć, w co przedtem mocno wątpiła.
Aczkolwiek Pollyanna miała teraz znacznie mniej czasu, nie zapominała jednak o starych przyjaciołach. Naturalnie nie mogła poświęcać im tyle czasu, co przedtem, lecz nadal utrzymywała kontakty z nimi. Jednak pan Pendleton był niezadowolony z takiego stanu rzeczy i miał ciągłe pretensje, że Pollyanna go zaniedbuje.
Gdy pewnej soboty odwiedziła go po południu, zagadnął niespodzianie:
— A gdybyś tak, Pollyanno, zamieszkała u mnie? W ostatnich czasach prawie wcale cię nie widuję!
Pollyanna roześmiała się. Pan Pendleton bywał taki dziwny czasami!
— Myślałam, że pan nie lubi ludzi koło siebie — odparła po chwili.
— To było przedtem, nim mnie nie nauczyłaś twej cudownej gry. Teraz jestem zadowolony, gdy się mną opiekują! Cieszy mnie i to, że już za kilka dni wstanę i wtedy zobaczymy, jak mi pójdzie z nimi — rzekł, wskazując na oparte o ścianę kule.
— A jednak pan nie zawsze jest ze wszystkiego zadowolony — zauważyła Pollyanna — pan tylko tak mówi. Zresztą wie pan sam, że jeszcze niezupełnie dobrze umie grać w zadowolenie! Tak, pan to wie dobrze!
Twarz pana Pendletona spochmurniała.
— Właśnie dlatego jesteś mi potrzebna, żebyś mnie nauczyła grać, jak należy. Zechcesz więc zamieszkać u mnie?
— Czy pan to mówi serio?
— Najzupełniej! Jesteś mi potrzebna! A więc zgoda?
— Ależ ja nie mogę! Pan wie przecież, że należę do cioci Polly!
Twarz pana Pendletona przybrała jakiś dziwny wyraz, którego Pollyanna nie mogła zrozumieć. Podniósł głowę.
— Mniej należysz do niej niż do... Może ona pozwoli ci jednak... — nie dokończył rozpoczętego zdania. — Czy zamieszkałabyś u mnie, gdyby się ciotka na to zgodziła?
Pollyanna nie mogła się zdecydować.
— Ciocia Polly była zawsze tak dobra dla mnie — odpowiedziała wreszcie — przyjęła mnie do siebie, kiedy nie miałam nikogo, kto by się mną zajął, prócz pań z dobroczynności, a potem...
Twarz pana Pendletona przybrała znów ten niezrozumiały wyraz, lecz tym razem przerwał jej głosem cichym i smutnym:
— Pollyanno! Przed laty kochałem bardzo pewną osobę. Spodziewałem się, że wprowadzę ją tu, do tego domu; marzyłem o tym, jak szczęśliwi będziemy przez całe życie!...
Pollyanna, pełna sympatii i współczucia, słuchała uważnie.
— Nie sprowadziłem jej jednak — mówił dalej pan Pendleton. — Dlaczego?... To wszystko jedno. Nie stało się zadość mym marzeniom! Od tej chwili dom mój jest dla mnie tylko miejscem, gdzie mogę spędzić noc lub schronić się od deszczu i wiatru, lecz nie jest domem, ogniskiem, w pełnym słowa tego znaczeniu. Żeby stworzyć ognisko domowe, potrzebne są ręka i serce kobiety lub obecność dziecka, Pollyanno! Ja nie mam ani jednego, ani drugiego. A teraz, po tym co ci powiedziałem, czy zgodzisz się zamieszkać u mnie?
Pollyanna ciągle słuchała w skupieniu, ale gdy skończył, twarzyczka jej rozpromieniła się i dziewczynka podskoczyła radośnie.
— Więc pan mówi, że przez cały czas brak panu było serca kobiety?
— Tak, dziecino.
— Ach, jak się cieszę! Jak wszystko dobrze się składa! A więc pan będzie mógł wziąć nas obie! Jak to będzie cudnie!
— Wziąć nas obie? — powtórzył zdumiony pan Pendleton.
Pollyanna zmieszała się nieco.
— Jeżeli ciocia Polly gniewa się wciąż jeszcze na pana, to na pewno przestanie, gdy jej pan powie wszystko to, co mi powiedział przed chwilą. A wtedy zamieszkamy tu obie!
Po tych słowach Pollyanny w oczach pana Pendletona można było odczytać wyraźne przerażenie.
— Ciocia Polly ma tu zamieszkać! — zawołał ze zdumieniem.
Pollyanna szeroko otworzyła oczęta.
— A może by pan chciał przenieść się do niej? Co prawda dom nie jest taki ładny, ale za to...
— Pollyanno, co ty wygadujesz? — przerwał pan Pendleton z wyrzutem w głosie.
— Pytam tylko, gdzie będziemy mieszkały — odpowiedziała zdziwiona dziewczynka — przecież pan powiedział wyraźnie, że przez szereg lat pragnął posiadać rękę i serce cioci Polly, aby stworzyć ognisko domowe i...
Okrzyk przerażenia wydarł się z ust pana Pendletona. Podniósł rękę, zaczął coś mówić, lecz po chwili umilkł, a podniesiona ręka opadła bezwładnie na łóżko.
W tej chwili weszła służąca, meldując przybycie doktora Chiltona.
Gdy Pollyanna podniosła się z krzesła z zamiarem odejścia, pan Pendleton gorączkowo odwrócił się do niej.
— Pollyanno, na Boga, nie mów nikomu, o co cię prosiłem — wyszeptał błagalnie.
Pollyanna z promienną twarzyczką odrzekła:
— Pewnie! Ja się od razu domyśliłam, że pan woli to sam powiedzieć!
Pan Pendleton bezwładnie opadł na poduszki.
— Co się stało? — pytał po chwili doktor Chilton, badając przyśpieszony puls swego pacjenta.
Zagadkowy uśmiech przebiegł po twarzy chorego.
— Zdaje mi się, że przyjąłem za wielką dozę pańskiego lekarstwa — zaśmiał się w odpowiedzi, widząc wzrok doktora goniący za odchodzącą Pollyanną.
Rozdział XIX. Coś jeszcze bardziej zdumiewającego
Następnego dnia była niedziela. W ten dzień Pollyanna zwykle rano chodziła do kościoła, a potem do szkoły niedzielnej. Po południu zaś odbywała z Nancy dłuższe spacery. Na dziś był również projektowany ładny spacer w okolice, lecz wracając ze szkoły, Pollyanna niespodziewanie zobaczyła doktora Chiltona, który dopędzał ją w swym powozie.
Gdy ją ujrzał, zatrzymał konie.
— Pozwól, że cię odwiozę do domu — rzekł. — Chciałbym z tobą pomówić. Właśnie szukałem cię — mówił dalej, gdy Pollyanna zajęła miejsce w powozie — ponieważ pan Pendleton polecił mi prosić cię, abyś koniecznie odwiedziła go dziś po południu. Mówił mi, że chodzi o coś bardzo ważnego.
Pollyanna zgodziła się radośnie.
— O, tak, wiem! Przyjdę na pewno!
Doktor spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Tylko nie jestem pewien, czy mam ci pozwolić iść! Zdawało mi się, że wczoraj podziałałaś na chorego bardziej podrażniająco niż uspokajająco, moja panno!
Pollyanna roześmiała się.
— Ach, to nie moja wina, a raczej nie tyle moja, ile cioci Polly!
— Jak to cioci Polly? — zawołał zdziwiony doktor.
— A tak... I wie pan, to takie ciekawe... Zresztą opowiem panu. Co prawda pan Pendleton prosił, abym nie opowiadała o tym, ale pewnie nie rozgniewa się, jeśli się pan o tym dowie. Przecież szło raczej o to, aby jej tego nie mówić.
— Komu: jej?
— No, cioci Polly! Pan Pendleton woli pewnie sam z nią pomówić, zamiast tego, żebym ja to zrobiła! Gdy się ludzie kochają, zawsze są tacy! — dodała z wielką powagą.
— Gdy się ludzie kochają?
W tejże chwili koń szarpnął powozem tak, jakby ręka trzymająca lejce doznała nagłego wstrząśnienia.
— A tak — mówiła Pollyanna — z początku nic o tym nie wiedziałam, dopóki Nancy mi nie opowiedziała, że ciocia Polly miała narzeczonego i że przed wielu laty zerwała z nim. Wprawdzie Nancy nie wiedziała z początku, kto to był, lecz teraz doszłyśmy wspólnie, że to pan Pendleton! Czy pan o tym nie wiedział?
Na te słowa doktor wypuścił lejce, a ręka jego bezwładnie opadła na kolana.
— Ach, nie, nie wiedziałem — odparł.
— I, wie pan, to wyszło tak nadzwyczajnie — śpieszyła dokończyć Pollyanna, ponieważ już się zbliżali do willi panny Harrington. — Pan Pendleton prosił, abym u niego zamieszkała, ale naturalnie nie chciałam opuścić cioci Polly, która przecież była tak dobra dla mnie! Wtedy zaczął mi mówić o tym, że pragnął posiadać rękę i serce kobiety, i zdawało mi się, że i teraz wciąż o tym myśli! Byłam uszczęśliwiona! Bo przecież jeśli się pogodzi z ciocią, to obie zamieszkamy u niego albo on u nas. Naturalnie ciocia Polly jeszcze o niczym nie wie, bośmy jeszcze niezupełnie wszystko przygotowali. Przypuszczam, że dlatego właśnie pan Pendleton chce mnie widzieć dziś po południu.
Doktor wyprostował się. Zagadkowy uśmiech błąkał się po jego twarzy.
— O, bardzo dobrze rozumiem, czemu pan Pendleton pragnie cię widzieć — powiedział, zatrzymując powóz przed bramą.
— A oto i ciocia w oknie — zawołała Pollyanna, lecz zaraz potem dodała:
— Ach nie, nie ma jej! A zdawało mi się, że ją widziałam.
— Nie, teraz już jej nie ma — odpowiedział doktor Chilton, lecz już się nie uśmiechnął.
*
Pan Pendleton oczekiwał Pollyannę bardzo podekscytowany.
— Pollyanno — powiedział, gdy tylko weszła — przez całą noc starałem się rozwiązać zagadkę, jaką mi zadałaś, mówiąc o chęci posiadania przeze mnie ręki i serca twej cioci Polly. Co chciałaś przez to powiedzieć?
— No to, że pan był narzeczonym cioci Polly! — odparła spokojnie Pollyanna.
— Ja? Narzeczonym cioci Polly?
Zdziwienie, jakie brzmiało w głosie pana Pendletona, wywołało jeszcze większe w oczach Pollyanny.
— Ależ, proszę pana, Nancy mi to wyraźnie powiedziała!
Wówczas pan Pendleton wybuchnął śmiechem.
— Naprawdę? A więc muszę ci powiedzieć, że Nancy bardzo się omyliła — rzekł, gdy się nieco uspokoił i przestał śmiać.
— Jak to, więc pan nie był narzeczonym cioci?
Głos Pollyanny zdradzał rozpaczliwe po prostu rozczarowanie.
— Nigdy.
— A więc to nie było tak, jak w powieści?
Pan Pendleton nic nie odpowiedział: smutnym, zadumanym wzrokiem patrzył przez okno.
— Boże, jaka szkoda! A wszystko szło przecież tak dobrze — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna — tak chciałam zamieszkać tu... z ciocią Polly.
— A teraz już nie chcesz? — zapytał pan Pendleton, nie odwracając głowy.
— Pewnie, że nie! Należę przecież do cioci Polly!
Pan Pendleton odwrócił się nagle do niej.
— Przedtem, zanim należałaś do niej, Pollyanno, należałaś do twojej matki. I właśnie jej rękę i serce pragnąłem posiadać.
— Mojej matki?
— Tak. Wprawdzie nie miałem zamiaru ci o tym mówić, ale może będzie lepiej, gdy będziesz to wiedziała!
Twarz pana Pendletona pobladła, mówił z wysiłkiem. Pollyanna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma.
— Kochałem twoją matkę, lecz ona mnie nie kochała i po pewnym czasie odjechała z twoim ojcem.
Wtedy dopiero uprzytomniłem sobie, jak bardzo ją kochałem. Świat stał się dla mnie bezbarwny, smutny, pusty... Ale co tam!... Podczas długich lat, które nastąpiły potem, zrobiłem się starcem, dziwacznym, ponurym, nieprzyjemnym, chociaż nie jestem jeszcze stary, Pollyanno.
Potem, pewnego dnia jak to widmo słoneczne, które tak lubisz, ty weszłaś w moje życie i zabarwiłaś je, dzięki swej szczerej wesołości, purpurą i złotem! Gdy po pewnym czasie dowiedziałem się, kim jesteś, myślałem, że już nie będę mógł cię widywać. Nie chciałem, żebyś mi przypominała twoją matkę! Lecz wiesz dobrze, co się stało. Muszę cię widywać i chciałbym mieć cię zawsze przy sobie! Pollyanno, zechciej więc zamieszkać u mnie!
— Ależ, panie Pendleton, ja... jest przecież ciocia Polly!
Dziewczynka miała oczęta pełne łez.
— Pomyśl trochę o mnie. Czy myślisz, że mogę być z czegokolwiek zadowolony bez ciebie? Wszak wiesz, Pollyanno, że dopiero począwszy od chwili, gdy cię poznałem, jestem zadowolony z życia! A gdybyś została moją małą córeczką, byłbym zadowolony ze wszystkiego i postarałbym się zrobić cię szczęśliwą. Czyniłbym zadość każdej twej chęci! Cały mój majątek, do ostatniego grosza, użyłbym na to, aby cię uszczęśliwić!
Pollyanna była jednak jakby urażona ostatnimi słowami.
— Czy pan myśli, że pozwoliłabym panu wydawać na mnie pieniądze, które pan oszczędzał dla biednych pogan?
Pan Pendleton zarumienił się. Chciał coś powiedzieć, lecz Pollyanna nie dała mu przyjść do słowa.
— Poza tym człowiek tak bogaty, jak pan, nie powinien mnie wcale potrzebować do szczęścia. Pan przecież uszczęśliwia innych i przez to powinien pan być sam szczęśliwy! Dał pan mnie i pani Snow widma słoneczne, Nancy złotą monetę...
— Ach, nie mówmy o tym — przerwał pan Pendleton.
Rumieniec na jego twarzy wzmógł się jeszcze bardziej. I nic dziwnego: pan Pendleton nigdy nie był człowiekiem zbyt hojnym i dobroczynnym.
— To wszystko drobnostki — mówił dalej — a i to stało się przez ciebie! Owszem, tak jest — dodał, widząc przeczący ruch Pollyanny — i wszystko to świadczy właśnie o tym, jak bardzo jesteś mi potrzebna. Jeśli chcesz, Pollyanno, abym nadal grał w zadowolenie, powinnaś na stałe do mnie przyjść, aby grać ze mną razem — mówił głosem coraz to cichszym i bardziej błagalnym.
Pollyanna zamyśliła się.
— Ciocia Polly jest tak dobra dla mnie — zaczęła, lecz pan Pendleton przerwał natychmiast. Twarz jego znów przybrała dawny wyraz podrażnienia. Niecierpliwość nieznosząca sprzeciwu za długo trzymała go w swych więzach, aby mógł od razu się jej wyzbyć.
— Pewnie, że jest dobra dla ciebie, ale ani w połowie nie potrzebuje cię tak, jak ja!
— Ależ, proszę pana, ja wiem, że ona jest zadowolona, że ma...
— Zadowolona? — przerwał znów pan Pendleton, tracąc ostatecznie cierpliwość. — Mogę się założyć, że panna Polly nie wie nawet, co znaczy być zadowoloną! Ona tylko spełnia swój obowiązek! O, tak! Jest to osoba nadzwyczaj obowiązkowa. Doświadczyłem tego sam w swoim czasie! Przez te ostatnie piętnaście czy dwadzieścia lat nie byliśmy wielkimi przyjaciółmi! Znam ją dobrze i wszyscy ją znają! Nie należy ona do rodzaju ludzi „zadowolonych”, Pollyanno! Niezdolna jest do tego... Zresztą zapytaj, czy się zgodzi oddać cię. Bo ty, moja maleńka, jesteś mi bardzo, bardzo potrzebna!
Pollyanna westchnęła głęboko i wstała.
— Dobrze, zapytam — powiedziała. — Oczywiście nie znaczy to, żebym nie chciała u pana zamieszkać, lecz...
Ale nie dokończyła zdania i na chwilę cisza zapanowała w pokoju.
— W każdym bądź razie — dodała po chwili — cieszę się bardzo, że nie powiedziałam jej tego wczoraj, gdyż przypuszczałam, że pan jej również potrzebuje.
Pan Pendleton uśmiechnął się.
— O tak, Pollyanno, to lepiej, żeś z ciocią wczoraj o tym nie mówiła.
— Właśnie — powiedziała wesoło Pollyanna — mówiłam tylko z doktorem, ale to się nie liczy!
— Z doktorem? — zawołał nagle pan Pendleton, widocznie zaniepokojony. — Mam nadzieję, że nie z doktorem Chiltonem?
— Właśnie z nim, kiedy odszukał mnie i powiedział, że pan tak pragnie mnie widzieć!
— Ależ, dziecko...
I pan Pendleton znów osłabł z przerażenia. Po chwili przemógł się i zapytał:
— A cóż doktor powiedział na to?
— Nie przypominam sobie dokładnie — odpowiedziała po namyśle Pollyanna — w każdym razie nic nadzwyczajnego. Ach tak, powiedział, że rozumie, dlaczego pan pragnie mnie widzieć!
— Naprawdę? — zawołał pan Pendleton, a Pollyannie zdawało się, że zobaczyła łzy w jego oczach.
Rozdział XX. Rozstrzygnięta kwestia
Wychodząc od pana Pendletona, Pollyanna zauważyła, że niebo ściemniło się, jakby przed nadejściem burzy. Przyśpieszyła więc kroku, lecz w połowie drogi zobaczyła Nancy, która szła naprzeciw niej z parasolem.
Właśnie w tej chwili chmury zaczęły się nieco rozpraszać.
— Byłam pewna, że burzy nie będzie — rzekła Nancy, witając się z dziewczynką — ale panna Polly kazała koniecznie wyjść ci naprzeciw z parasolem. Bardzo się niepokoiła!
— Naprawdę? — machinalnie zapytała Pollyanna, przyglądając się chmurom.
— Ale ty, zdaje mi się, myślisz o czymś innym — zauważyła Nancy, nieco zgorszona. — Mówię ci jeszcze raz, że panna Polly niepokoiła się o ciebie bardzo!
— Ach tak! — odparła Pollyanna, przypominając sobie pytanie, jakie miała zadać ciotce po powrocie. — Bardzo mi przykro, że się niepokoiła z mojego powodu.
— A ja się z tego bardzo cieszę — odparła Nancy.
Pollyanna spojrzała na nią ze zdziwieniem.
— Cieszysz się, że ciocia niepokoiła się o mnie? Ależ, Nancy, wcale nie tak się gra w zadowolenie! Tu się nie ma z czego cieszyć.
— Ach, wcale nie zamierzałam grać w zadowolenie! Ty nawet nie domyślasz się, co to znaczy, że panna Polly niepokoiła się o ciebie, dziecinko!
— To znaczy, że się męczy, a to jest bardzo przykre uczucie. Cóż to może znaczyć więcej?
— A więc ci powiem: to znaczy, że panna Polly tym razem zrobiła to nie z obowiązku!
— Jak to, Nancy? — zawołała Pollyanna zgorszona. — Ciocia Polly zawsze przecież spełnia swe obowiązki. Jest to osoba bardzo obowiązkowa — mówiła, bezwiednie powtarzając słowa pana Pendletona.
Nancy roześmiała się.
— Owszem, jest taka i taka zawsze była, ale odkąd jesteś u nas, zaszła w niej pewna zmiana.
Pollyanna zamyśliła się.
— Wiesz, Nancy, chciałam cię o coś zapytać. Jak ci się zdaje, czy ciocia Polly chętnie trzyma mnie u siebie? Czy odczułaby moją nieobecność?
Nancy zastanawiała się nad tą sprawą dość często i gdyby pytanie to było zadane dawniej, czuła, że trudno by jej było odpowiedzieć szczerze, nie raniąc serduszka dziewczynki. Lecz dziś niepokój panny Polly i wysłanie parasola zmieniły jej przekonanie o stosunku panny Polly do siostrzenicy. Mogła więc na to pytanie odpowiedzieć inaczej.
— Czy chętnie cię trzyma? — zawołała. — Czy odczułaby twą nieobecność? A czyż nie o tym właśnie mówiłam ci przed chwilą? Czy nie posłała mnie w pośpiechu z parasolem, zauważywszy na niebie chmury? Czy nie kazała przenieść cię o piętro niżej, żebyś miała ładniejszy pokoik? A tyle innych drobnych dowodów czyż nie świadczy o tym, żeś złagodziła jej charakter? A piesek? A kotek? A chociażby jej sposób mówienia do mnie i wiele, wiele innych rzeczy? Nie wyobrażasz sobie nawet, do jakiego stopnia brakłoby jej ciebie, gdybyś stąd odeszła.
Twarzyczka Pollyanny zajaśniała po tych słowach radością.
— Ach, Nancy, jak to dobrze! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że jestem cioci Polly potrzebna!
„Teraz naprawdę nie mogłabym jej opuścić — myślała Pollyanna, idąc do swego pokoju. — Wiedziałam, że mi jest dobrze z ciocią, ale nie przypuszczałam nigdy, aby jej było dobrze ze mną!”
Pozostawało więc zawiadomić o tym postanowieniu pana Pendletona, co było zadaniem niełatwym i Pollyanna trochę się tego bała.
Lubiła bardzo pana Pendletona i szczerze mu współczuła, gdy go widziała smutnym lub gdy jej opowiadał o swym samotnym, nieszczęśliwym życiu. Wyobrażała sobie po wyzdrowieniu pana Pendletona ten duży dom o ponurych, milczących pokojach, zakurzonych stołach, porozkładanych w nieporządku książkach i serduszko jej ścisnęło się mocno. Pragnęła znaleźć kogoś, kto by...
I nagle podskoczyła, wydając okrzyk radości na myśl, która się urodziła w jej małej główce.
Udała się, jak mogła najprędzej, do pana Pendletona. Zastała go w bibliotece, już siedzącego na fotelu, ze swym wiernym psem u nóg.
— A więc, Pollyanno, czy będę mógł podczas resztek moich dni spokojnie grać w zadowolenie? — zapytał chory niecierpliwym tonem, zaledwie przestąpiła próg pokoju.
— Owszem — odpowiedziała Pollyanna — znalazłam najlepszy sposób, ażeby panu...
— Ale z tobą? — przerwał pan Pendleton.
— N... nie, ale...
— Pollyanno! Wszak nie powiesz mi „nie” — powiedział głosem wzruszonym.
— Muszę, proszę pana! Naprawdę muszę! Ciocia Polly...
— Odmówiła ci? — przerwał znów chory.
— Nie pytałam jej — z trudem wyjąkała dziewczynka.
— Pollyanno!
Odwróciła oczy. Nie mogła znieść rozżalonego wzroku swego przyjaciela.
— Więc nawet jej nie pytałaś? — zapytał po chwili milczenia pan Pendleton.
— Naprawdę nie mogłam — wyszeptała Pollyanna. — Zanim ją o to zapytałam, dowiedziałam się, że moja obecność jest jej potrzebna. A i ja też nie chciałabym jej opuszczać. Pan nie wie nawet, jaka dobra była zawsze dla mnie! I zdaje mi się czasami, że ona zaczyna się z wielu rzeczy cieszyć, a pan wie, że przedtem tak nie było. Zresztą pan sam mi to powiedział. Ach, proszę pana, ja nie mogę opuścić cioci Polly!
Nastąpiła długa chwila milczenia, przerywana tylko od czasu do czasu szumem drzew za oknami.
— Tak, Pollyanno, nie możesz jej teraz opuścić — powiedział wreszcie pan Pendleton. — I więcej już cię o to nie poproszę.
Ostatnie słowa wymówił prawie szeptem, lecz pomimo to Pollyanna usłyszała je.
— Ale jeszcze nie powiedziałam panu wszystkiego i to tego, co jest właśnie najlepsze ze wszystkiego, co by pan mógł zrobić!
— Nie dla mnie, Pollyanno!
— Owszem! Mówił pan, że dla stworzenia ogniska domowego potrzebne jest serce i ręka kobiety lub też obecność dziecka. Otóż to drugie znalazłam. Oczywiście, nie będę to ja, lecz ktoś inny!
— Ależ ja nie chcę nikogo oprócz ciebie! — zawołał z oburzeniem pan Pendleton.
— Zechce pan, gdy się wszystkiego dowie. Pan jest taki dobry i życzliwy! Niech pan tylko pomyśli o widmach słonecznych, o złotej monecie, o swoich oszczędnościach dla pogan, o...
— Pollyanno — przerwał podrażniony pan Pendleton — raz na zawsze skończ te brednie! Już dziesięć razy mówiłem ci, że nie mam żadnych pieniędzy dla pogan. Przez całe moje życie nic im nie dałem.
Spodziewał się zobaczyć po tych słowach wyraz rozczarowania w oczach Pollyanny, lecz zawiódł się zupełnie, gdyż ku wielkiemu swemu zdumieniu ujrzał twarzyczkę dziewczynki promieniejącą z radości.
— Ach, jak się cieszę — zawołała, klaszcząc w dłonie — to znaczy — poprawiła się, rumieniąc — nie z tego, że pan nie zbiera pieniędzy dla pogan, bo o nich i tak troszczy się wiele innych osób, ale dlatego, że pan na pewno zajmie się Jimmym Beanem. O, teraz jestem pewna, że go pan weźmie do siebie!
— Kogo?
— Jimmy’ego Beana! On da panu „obecność dziecka”, która przyczyni się do stworzenia ogniska domowego, a i on też będzie bardzo zadowolony. Przed tygodniem zmuszona byłam powiedzieć mu, że panie z dobroczynności, do których pisałam, odmówiły zajęcia się nim i był tym bardzo zmartwiony. A teraz, gdy się dowie, będzie uszczęśliwiony!
— On tak, ale nie ja! — powiedział stanowczo pan Pendleton. — Zresztą, Pollyanno, to, co mówisz, jest niedorzecznością.
— Ale pan nie chce przez to powiedzieć, że go do siebie nie weźmie?
— Właśnie to chcę powiedzieć.
— Przecież gdy on tu będzie — mówiła prawie ze łzami w oczach Pollyanna — nie będzie pan się czuł tak samotnie!
— Nie wątpię o tym — odparł pan Pendleton — ale w tym wypadku wolę moją samotność.
Wtedy Pollyanna postanowiła użyć ostatniego oręża. Kiedyś Nancy, opowiadając Pollyannie o panu Pendletonie i chcąc powiedzieć, że jest taki ponury dlatego, że prawdopodobnie ma jakieś kłopoty i zmartwienia, które go gnębią, użyła pewnego alegorycznego określenia, a mianowicie — że „trzyma kościotrupa w szafie”19. Pollyanna zrozumiała to dosłownie i od tej chwili, aczkolwiek nigdy o tym nie mówiła, zawsze ciekawa była zobaczyć tę szafę z kościotrupem.
— O tak — powiedziała więc teraz — chyba pan uważa, że mały, żywy chłopiec mniej jest wart niż kościotrup, którego pan gdzieś przechowuje! Ja jestem innego zdania!
— Kościotrup?
— Tak. Mówiła mi Nancy, że pan ma kościotrupa w szafie.
— No tak, ale...
I nie dokończywszy zdania, pan Pendleton roześmiał się serdecznie. Napięte nerwy Pollyanny nie wytrzymały jednak dłużej i dziewczynka rozpłakała się na dobre.
Zobaczywszy rzęsiste łzy małej przyjaciółki, pan Pendleton natychmiast przestał się śmiać i zamyślił się na chwilę.
— Pollyanno — rzekł następnie — masz rację! Może bardziej, niż sądzisz! Wiem, że „mały, żywy chłopiec” jest więcej wart niż mój kościotrup w szafie. Jednak nie zawsze chętnie robimy zamiany. Czasem „kościotrupy w szafie” są nam bardzo drogie, Pollyanno! Ale opowiedz mi cośkolwiek o tym chłopcu!
I Pollyanna opowiedziała mu wszystko, co wiedziała o Jimmym.
Wybuch śmiechu pana Pendletona nieco złagodził ciężki nastrój, a szczere opowiadanie o Jimmym poruszyło rozczulone już serce, tak że Pollyanna, wychodząc od pana Pendletona, dostała polecenie, aby w najbliższą sobotę po południu przyprowadzić do dużego domu Jimmy’ego.
— Ach, jak się cieszę — mówiła, żegnając się z panem Pendletonem — i jestem pewna, że pan go pokocha. Tak bym chciała, żeby Jimmy znalazł wreszcie przytułek i kogoś, kto by go szczerze kochał!
Rozdział XXI. Katastrofa
Pewnego razu Pollyanna na prośbę pani Snow udała się do mieszkania doktora Chiltona, aby go zapytać o lekarstwo, na które receptę zgubiła.
Pollyanna nigdy przedtem nie była w gabinecie doktorskim.
— Nigdy jeszcze u pana nie byłam! Czy to pańskie mieszkanie? — zapytała, rozglądając się z ciekawością dokoła.
Doktor uśmiechnął się smutnie.
— Owszem — odpowiedział, pisząc receptę — ale nie dom: to są tylko pokoje, w których mieszkam.
Pollyanna kiwnęła potakująco główką.
— Wiem, proszę pana. Aby stworzyć ognisko domowe, potrzebna jest ręka i serce kobiety albo obecność dziecka — powiedziała poważnie.
— Co takiego? — zapytał doktor, odwracając się do niej.
— Pan Pendleton mi to powiedział! Dlaczego pan nie poszuka ręki i serca kobiety? A może by pan przyjął do siebie Jimmy’ego Beana, gdyby Pendleton tego nie zrobił?
Doktor uśmiechnął się.
— A więc to pan Pendleton powiedział ci, że dla stworzenia ogniska domowego potrzebna jest kobieta lub dziecko? — zapytał.
— Owszem! Dlaczego pan tego nie stworzy?
— Czego?
— No, ogniska domowego! Ach, zapomniałam — dodała, rumieniąc się. — Wie pan, że ta osoba, którą pan Pendleton kochał przez tyle lat, to nie ciocia Polly, a więc nie zamieszkamy u niego. Omyliłam się wtedy, mówiąc o tym panu, ale spodziewam się, że pan tego nikomu nie powtórzył — powiedziała z obawą w głosie.
— Nie, dziecino, nie powtórzyłem nikomu.
— To dobrze — odetchnęła z ulgą — pan był jedyną osobą, której to powiedziałam, a pan Pendleton nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział, tym bardziej, że to nie była prawda! A więc czemu pan nie poszuka ręki i serca kobiety? — dopytywała natarczywie Pollyanna.
— Bo to nie tak łatwo, jak się zdaje!
Pollyanna zmarszczyła czoło.
— Czy pan chce powiedzieć, że pan już się o to starał i że odmówiono panu, tak jak to było z panem Pendletonem? — zapytała.
Doktor podniósł się z krzesła.
— No, no, Pollyanno, nie myśl więcej o tym i nie zaprzątaj swej małej główki cudzymi kłopotami. Udasz się teraz do pani Snow. Tu napisałem receptę i sposób używania lekarstwa. Czy masz jeszcze coś do mnie?
Pollyanna potrząsnęła przecząco główką.
— Nie, proszę pana, więcej nic, dziękuję.
I skierowała się do drzwi.
*
Było to w ostatnich dniach października. Pollyanna, po wyjściu ze szkoły, przechodziła przez ulicę w odległości na pozór dostatecznej od przejeżdżającego szybko samochodu. W jaki sposób zderzenie miało miejsce i kto był winien — tego nikt nie mógł powiedzieć, dość, że koło godziny piątej po południu wniesiono Pollyannę nieprzytomną do jej małego, kochanego pokoiku.
Panna Polly, blada jak papier, i zalana łzami Nancy rozebrały ją delikatnie i położyły do łóżka, podczas gdy zawezwany telefonicznie domowy lekarz panny Polly, doktor Warren, pędził z szybkością, na jaką tylko mógł się zdobyć jego samochód.
— Nie trzeba było nawet patrzeć na twarz jej ciotki — opowiadała w ogrodzie staremu Tomaszowi ze łzami w oczach Nancy — żeby widzieć, że w tej chwili nie było to z jej strony tylko spełnianiem obowiązku! Gdy się spełnia swój obowiązek, ręce nie drżą, a oczy nie patrzą tak, jakby błagały anioła stróża o pomoc i opiekę.
— Czy bardzo ciężko ranna? — pytał Tomasz.
— Nie wiadomo. Gdy położono ją na łóżko, wyglądała tak, jak gdyby już nie żyła, ale panna Polly powiedziała, że żyje, bo czuła słaby oddech i bicie serca.
— A jakże to się stało? Kto... kto?...
I stary ogrodnik zacisnął pięści, a twarz jego przybrała zły wyraz.
— Ach, ja bym sama chciała to wiedzieć! I pomyśleć tylko, że omal nie zmiażdżono zupełnie naszego aniołka! Zawsze nienawidziłam tych ryczących maszyn!
— Czy ma jakieś rany? — rozpytywał wciąż stary Tomasz.
— Owszem, ma małą rankę na głowie, ale panna Polly powiedziała, że to nic, tylko że musiało być jakieś wstrząśnienie wewnętrzne. Nie mogę się doczekać, aż doktor wyjdzie. Tak strasznie się niepokoję! Wolałabym zamiast tego najgorsze pranie! — dodała, odchodząc.
Ale i po wyjściu doktora Nancy nie mogła powiedzieć Tomaszowi nic nowego. Wewnątrz nie było nic złamanego, a mała rana na głowie była bez znaczenia. Jednakże doktor, wychodząc od chorej, miał wyraz twarzy bardzo poważny i powiedział, że dopiero czas pokaże, co to jest.
Po jego odjeździe panna Polly, zdawało się, była jeszcze bardziej blada i bardziej niż przedtem zaniepokojona. Chora nie odzyskała jeszcze przytomności, ale wyglądała tak, jakby spała. Na noc miała przyjść pielęgniarka. To było wszystko, czego się dowiedziała Nancy.
Dopiero na drugi dzień po południu Pollyanna otworzyła oczy i z pełną świadomością obejrzała się dokoła.
— Ach, ciociu Polly — zawołała — co to? Już tak późno? Dlaczego jeszcze jestem w łóżku? Co to jest, ciociu? Nie mogę wstać? — dodała, opadając na poduszki po zrobieniu wysiłku, aby się podnieść.
— Nic, nic, jeszcze teraz nie próbuj, kochanie — mówiła, prawie płacząc, panna Polly.
— Ale co się stało? Dlaczego nie mogę się podnieść?
Panna Polly skierowała pytający wzrok na pielęgniarkę, która stała przy oknie, niewidzialna dla Pollyanny. Ta kiwnęła twierdząco głową, a wtedy panna Polly odpowiedziała:
— Wczoraj wieczorem zranił cię samochód. Ale nie myśl o tym, dziecinko. Trzeba, żebyś dobrze wypoczęła!
— Zranił mnie? A tak, biegłam wtedy...
Oczy Pollyanny wyrażały zaniepokojenie; podniosła rękę do głowy.
— Jest zabandażowana i boli mnie trochę!
— To nic, kochanie, trzeba być spokojną i tylko dobrze wypocząć!
— Ale, ciociu, ja się tak jakoś dziwnie czuję i tak niedobrze — mówiła znów Pollyanna. — Nogi mam jakieś dziwne, jakby nie należały do mnie!
Panna Polly nic nie odpowiedziała, lecz rzuciwszy zrozpaczony wzrok w stronę pielęgniarki, odeszła do okna.
— Pozwól, że teraz ja ci coś powiem — zaczęła pielęgniarka wesołym głosem. — Najwyższy czas, żebyśmy się poznały. Więc ci się przedstawię: nazywam się Hunt i jestem tu, by pomagać twej cioci pielęgnować cię. A pierwsza rzecz, jaką powinnaś zrobić, aby mi sprawić przyjemność, to przełknąć te małe, białe pigułki.
Pollyanna spojrzała na nią z niepokojem.
— Ależ, proszę pani, ja nie potrzebuję, aby mnie pielęgnowano! Ja chcę wstać! Pani wie przecież, że chodzę do szkoły! Czy jutro jeszcze nie będę mogła pójść?
Z ust panny Polly, która stała przy oknie i słuchała tej rozmowy, wydarł się cichy jęk.
— Jutro? — odpowiedziała, uśmiechając się, pielęgniarka. — No, tak prędko pewnie, że ci nie pozwolę wychodzić, Pollyanno. Ale przełknij te pigułki, a wtedy poznamy ich działanie.
— Dobrze — zgodziła się Pollyanna. — Ale pojutrze będę musiała koniecznie pójść do szkoły, bo mam egzaminy, których nie mogę opuścić!
Potem mówiła jeszcze trochę o szkole, o samochodzie, o główce, która ją jednak bolała, lecz powoli głos jej zaczął słabnąć. W końcu pigułki nasenne zrobiły swoje i chora zasnęła.
Rozdział XXII. Pan John Pendleton
Ani na drugi dzień, ani przez kilka następnych Pollyanna nie poszła do szkoły. Nie zauważyła tego jednak, gdyż z powodu gorączki, która nie ustępowała, nie zdawała sobie dokładnie sprawy z tego, co się działo wokoło. Dopiero po tygodniu gorączka spadła, ból ustąpił i wtedy Pollyannie trzeba było opowiedzieć na nowo wszystko, co się z nią stało.
— Więc jestem tylko zraniona, a nie chora — powiedziała, wysłuchawszy opowiadania. — To bardzo dobrze!
— Dlaczego dobrze, Pollyanno? — zapytała ze zdziwieniem ciotka.
— No pewnie, ciociu — odparła Pollyanna — że lepiej mieć złamaną nogę, jak pan Pendleton, niż być chorą przez całe życie, tak jak pani Snow! Złamana noga zrośnie się, a kaleka pozostanie zawsze kaleką.
Panna Polly gwałtownie wstała, gdyż nie mogła znieść wzroku siostrzenicy, i podszedłszy do biurka, zaczęła odruchowo przerzucać książki i bezcelowo przestawiać z miejsca na miejsce różne przedmioty. Nie wyobrażała sobie, czy kiedykolwiek będzie miała odwagę powiedzieć dziewczynce, że to nie było złamanie, lecz zupełnie co innego.
Pollyanna tymczasem przypatrywała się ruchomym promieniom tęczowym, których pełno było w pokoju z powodu porozwieszanych na oknie szkiełek.
— Cieszę się także — mówiła w dalszym ciągu — że nie jest to żadna zakaźna choroba, ponieważ ciocia nie mogłaby wtedy być przy mnie!
— Widzę, kochanie, jesteś z wielu rzeczy zadowolona — powiedziała panna Polly.
— A tak, ciociu! I to zawsze wtedy, gdy patrzę na te widma słoneczne. Tak bardzo je lubię i tak bardzo wdzięczna jestem za nie panu Pendletonowi. Nie wiem dlaczego, ale zdaje mi się, że się cieszę nawet z tego wypadku samochodowego.
— Pollyanno!
Pollyanna z łagodnym uśmiechem spojrzała na pannę Polly.
— Bo od chwili, gdy jestem chora, ciocia, mówiąc do mnie, powiedziała kilka razy „kochanie”, co się dawniej nigdy nie zdarzało. A to takie przyjemne! Przedtem kilka pań z dobroczynności nazywało mnie tak. Było to bardzo uprzejmie z ich strony, ale nie robiło takiej przyjemności, jak teraz, gdy wyraz ten słyszę z ust cioci, która jest moją, moją!
Panna Polly dotknęła ręką szyi, jakby chcąc odepchnąć coś, co ją dusiło, a nie mogąc powstrzymać łez, pośpiesznie opuściła pokój, korzystając z tego, że w tej chwili właśnie weszła pielęgniarka.
*
Tego samego dnia po południu Nancy, zobaczywszy w ogrodzie starego Tomasza, co tchu pobiegła do niego, wołając:
— Tomaszu! Tomaszu! Zgadnijcie, co się stało! Chociażbyście sto lat zgadywali, nie zgadniecie!
— A więc nie warto nawet, żebym próbował — odparł flegmatycznie ogrodnik — tym bardziej, że mocno wątpię, żebym żył jeszcze sto lat! Lepiej będzie, jeśli po prostu powiesz mi, o co chodzi.
— A więc dobrze. Czy wiecie, kto jest w tej chwili w salonie u panny Polly?
Stary Tomasz poruszył przecząco głową.
— Nie wiem.
— Jest... pan Pendleton!
— Żartujesz, Nancy!
— Ależ nie, sama go wprowadziłam! Przyszedł o kulach, a powóz jego czeka na ulicy. I pomyśleć tylko: on u niej!
— A dlaczego nie? — zapytał stary ogrodnik.
— Jak to? Wiecie przecież, że pan Pendleton nie przychodził tu od wielu lat.
— A cóż panna Polly na tę wizytę powiedziała?
— Nic! Była tak spokojna, iż zdawało mi się, że mnie nie słyszała. Powtórzyłam więc jeszcze raz, a wtedy najspokojniej odpowiedziała: „proszę powiedzieć panu Pendletonowi, że zaraz przyjdę”. Powiedziałam mu to i natychmiast przybiegłam do was!
— No, no — zamruczał stary Tomasz, zabierając się do pracy.
*
Pan Pendleton czekał niedługo, gdyż wkrótce szybkie kroki upewniły go o zbliżaniu się panny Polly Harrington. Usiłował wstać, lecz powstrzymała go ruchem ręki, której mu jednak nie podała, a twarz jej zachowała wyraz sztywny i zimny.
Przez chwilę panowało milczenie.
— Przyszedłem dowiedzieć się o zdrowie Pollyanny — przemówił wreszcie pan Pendleton.
— Dziękuję, jest bez zmiany — odpowiedziała panna Polly.
— To znaczy, że... Czy nie mogłaby mnie pani objaśnić dokładniej, co to jest właściwie?
Twarz panny Polly przybrała wyraz rozpaczy.
— Chciałabym, ale nie mogę!
— Czy pani chce przez to powiedzieć, że nie wie sama, co jej jest?
— Tak.
— A cóż lekarz?
— Doktor Warren, zdaje mi się, też nie może tego określić. Skomunikował się ze specjalistą z Nowego Jorku, który ma przyjechać na konsylium20.
— Ale czy ma jakieś rany?
— Miała lekką ranę na głowie, poza tym kilka sińców, ale co najważniejsze, to jest coś w kręgosłupie, co spowodowało paraliż obu nóg.
Pan Pendleton westchnął głęboko, chwilę milczał, potem zapytał:
— Jakże ona to przyjęła?
— Nie zdaje sobie sprawy z tego, co w rzeczywistości się stało, a ja nie czuję się na siłach powiedzieć jej tego.
— Czyż nie czuje, że nie może poruszać nogami?
— Czuje, naturalnie! Ale myśli, że jest to złamanie i cieszy się z tego, mówiąc, że woli mieć złamane nogi, tak jak pan, niż być stale chora, jak pani Snow. Cały czas mówi o tym! Boże, jakie to straszne!
Pan Pendleton widział znękaną pannę Polly oraz oczy jej pełne łez i bezwiednie myśli jego wróciły do tego dnia, kiedy Pollyanna, opierając się namowie, aby zamieszkać u niego, powiedziała mu, że nie mogłaby opuścić swej ciotki. Wspomnienia te spowodowały, że zwrócił się do panny Polly i cichym, stłumionym głosem odezwał się:
— Czy pani wie, panno Harrington, że ja usiłowałem namówić Pollyannę, aby zamieszkała u mnie?
— U pana?
Pan Pendleton zadrżał na dźwięk głosu, jakim te słowa zostały wypowiedziane, lecz mówił dalej:
— Tak! Domyśla się pani zapewne, że chciałem ją adoptować i, naturalnie, uczynić moją spadkobierczynią.
Panna Polly zmiękła. Zrozumiała nagle, jaka świetna przyszłość otwierałaby się przed Pollyanną dzięki takiej adopcji i zapytała siebie w duchu, czy Pollyanna ze względu na swój wiek mogłaby być na tyle interesowna21, aby ją nęcił majątek pana Pendletona.
— Kocham bardzo Pollyannę — mówił w dalszym ciągu pan Pendleton — kocham ją dla niej samej i dla jej matki i na nią chciałem przenieść całą, ukrytą we mnie w ciągu lat, miłość.
Miłość! Panna Polly raptem uprzytomniła sobie, że to ona pierwsza wzięła do siebie dziewczynkę, tę tak spragnioną czułości i pieszczot dziewczynkę, że nawet słowo „kochanie”, powiedziane do niej przez pannę Polly, było w stanie wynagrodzić ból i cierpienia spowodowane wypadkiem. I teraz dziewczynce tej ofiarowano ukrywaną przez szereg lat miłość, a nie była przecież na tyle mała, żeby tego nie odczuć i nie zrozumieć!
Panna Polly rozmyślała o tym wszystkim z bijącym sercem i straszną myślą, jak smutne byłoby jej życie teraz — bez Pollyanny!
— No i cóż? — zapytała sztywnym głosem.
Pan Pendleton wyczuł w jej głosie, że panna Polly dużym wysiłkiem woli panowała nad sobą i uśmiechnął się smutnie.
— Nie chciała się zgodzić — odpowiedział.
— Dlaczego?
— Nie chciała pani opuścić. Mówiła, że pani była tak dobra dla niej, że chciała z panią pozostać. Powiedziała również, iż zdaje jej się, że i pani chciałaby, żeby ona pozostała — dodał, podnosząc się z krzesła.
Nie patrząc na pannę Polly, skierował się do drzwi, lecz usłyszał za sobą śpieszne kroki, a gdy się odwrócił, ujrzał wyciągniętą do siebie drżącą rękę.
— Gdy przybędzie z Nowego Jorku doktor i będę wiedziała o zdrowiu Pollyanny coś określonego, nie omieszkam22 pana zawiadomić — powiedziała panna Polly wzruszonym głosem. — Do widzenia! Dziękuję za odwiedziny! Pollyanna bardzo, bardzo się ucieszy, gdy się o tym dowie!
Rozdział XXIII. Gra pozostaje w zawieszeniu
Następnego dnia po wizycie pana Pendletona panna Polly wzięła na siebie trudne zadanie przygotowania Pollyanny do przyjęcia lekarza specjalisty.
— Pollyanno, kochanie — zaczęła. — Postanowiliśmy, że doktor Warren przyprowadzi ze sobą innego lekarza, który może da jakieś wskazówki, jak przyśpieszyć twój powrót do zdrowia.
Twarzyczka Pollyanny zajaśniała radością.
— Ach, to doktor Chilton! Ciociu, ja tak pragnęłam go zobaczyć! Chciałam ciągle prosić ciocię o to, ale nie śmiałam od czasu, kiedy on zobaczył ciocię na werandzie. Jak to dobrze, że ciocia sama o tym pomyślała!
Twarz panny Polly to bladła, to czerwieniła się, a gdy zaczęła mówić, z wielkim wysiłkiem zdobyła się na ton lekki i wesoły.
— O nie, kochanie! Nie mówię w tej chwili o doktorze Chiltonie. Będzie to zupełnie kto inny: znany lekarz z Nowego Jorku, który zna się na podobnych chorobach.
Twarzyczka Pollyanny, rozjaśniona przed chwilą, posmutniała od razu.
— Wątpię, ciociu, żeby się znał choć w połowie tak dobrze, jak doktor Chilton!
— Ach, kochanie, na pewno zna się lepiej. Jestem przekonana!
— Ale przecież to doktor Chilton wyleczył nogę pana Pendletona. Jeśliby tylko było można, chciałabym bardzo, ciociu, zobaczyć doktora Chiltona.
Panna Polly nie od razu odpowiedziała.
— Wiesz, dziecinko, toby mi było nie na rękę. Zrobiłabym dla ciebie wszystko na świecie, lecz z pewnych powodów, których nie mogę ci teraz wytłumaczyć, nie chciałabym widzieć doktora Chiltona tu, w tym domu. Zresztą bądź przekonana, że na pewno nie potrafiłby pielęgnować cię lepiej, niż to zrobi specjalista z Nowego Jorku, który przybędzie jutro.
Pollyanna nie była jednak całkowicie przekonana.
— Ale jeśliby ciocia lubiła doktora Chiltona...
— Co chcesz przez to powiedzieć, Pollyanno? — zapytała panna Polly, rumieniąc się po uszy.
— Chcę powiedzieć, że jeśliby ciocia lubiła doktora Chiltona, a nie tego drugiego — westchnęła Pollyanna — myślę, że mógłby on znacznie więcej mi pomóc! Ja tak lubię doktora Chiltona!
W tej chwili weszła do pokoju pielęgniarka i panna Polly podniosła się z krzesła.
— Pozwól mi, Pollyanno — powiedziała, z trudem hamując rozdrażnienie — załatwić tę sprawę! Zresztą jest to już zdecydowane: lekarz z Nowego Jorku przyjedzie jutro.
Lecz nazajutrz lekarz nie przybył. W ostatniej chwili nadeszła depesza zawiadamiająca o zwłoce z powodu choroby samego doktora. To dało Pollyannie powód do wznowienia próśb, aby specjalistę zastąpiono doktorem Chiltonem.
— To byłoby przecież takie proste! — mówiła.
Lecz panna Polly wciąż odmownie kręciła głową.
— Nie, kochanie! — mówiła stanowczo, równocześnie zapewniając Pollyannę, że zrobiłaby dla niej wszystko na świecie — tylko nie to.
I rzeczywiście, zdawało się, że panna Polly naprawdę robiła wszystko, co mogła, dla swej siostrzenicy.
— Nigdy bym w to nie uwierzyła — mówiła Nancy pewnego poranka Tomaszowi — ale nie ma po prostu chwili, żeby panna Polly nie starała się czegoś zrobić dla Pollyanny. Na przykład wpuszcza do pokoju kota i psa, którym przedtem nie wolno było pokazać się nawet na schodach. Wolno im nawet wskakiwać na łóżko, ponieważ to się podoba Pollyannie. Ciągle porusza szkiełka, wiszące na oknie, aby spowodować „taniec tęczy”, jak go nazywa mała! Kilka razy posyłała Mateusza po świeże kwiaty, a wczoraj widziałam, jak siedząc przy łóżku chorej, pozwoliła pielęgniarce czesać się podług wskazówek Pollyanny. I nosi teraz loki, aby sprawić siostrzenicy przyjemność!
— Spodziewam się, że to uczesanie nie szpeci jej — zauważył stary ogrodnik.
— Pewnie, że nie! Wygląda w tym nawet...
— Ładnie, nieprawdaż? — przerwał Tomasz. — A pamiętasz, jak nie wierzyłaś mi, kiedy cię zapewniałem, że była piękną kobietą.
Nancy wzruszyła ramionami.
— Oczywiście, nie można powiedzieć, żeby była piękna, lecz w każdym razie nie jest to ta sama panna Polly, odkąd na prośbę Pollyanny zaczęła nosić koronki i wstążki.
— No pewnie, bo przecież wcale nie jest stara — zauważył Tomasz.
— Jeśli nie jest, to w każdym razie wyglądała na taką przed przyjazdem Pollyanny. Powiedzcie no mi, Tomaszu, kto był jej narzeczonym? Tego dotychczas jeszcze nie wykryłam!
— Naprawdę? — zapytał starzec zagadkowo. — A więc jeśli kiedykolwiek dowiesz się o tym, to w każdym razie nie ode mnie.
— Proszę powiedzieć, Tomaszu — nastawała Nancy — wszak wiecie, że jest moc osób, które mogłabym o to zapytać.
— Możliwe, ale jest jedna, która ci nie odpowie: to ja!
Nagle twarz starego rozpromieniła się.
— No, a jakże czuje się dziś nasza maleńka? — zapytał.
— Ciągle bez zmiany! Właściwie śpi, mówi, usiłuje uśmiechać się i cieszyć, gdy się pokaże słońce lub księżyc: oto i wszystko! Czasami aż mi się chce płakać, gdy na nią patrzę.
— A tak, to jej gra! Niech ją Bóg błogosławi — powiedział staruszek wzruszony.
— Czy i wy też wiecie o tej grze? — zapytała Nancy.
— O, od dawna!
Starzec zamilkł na chwilę, a potem dodał drżącym ze wzruszenia głosem:
— Pewnego razu narzekałem, że jestem taki zgarbiony i zbolały, i czy wiesz, co mi na to powiedziała?
— Nie domyślam się, bo na to naprawdę nie można wyszukać nic pocieszającego!
— Ale ona znalazła! Powiedziała mi, że powinienem się cieszyć, gdyż będąc stale zgięty, nie potrzebuję nachylać się, kopiąc grzędy!
— Spodziewałam się, że zawsze potrafi coś wynaleźć pocieszającego! — zauważyła Nancy. — Gram z nią w tę grę prawie od jej przyjazdu, ponieważ nie miała nikogo, kto by z nią grał w zadowolenie. Bo przecież nie jej ciotka...!
— O, panna Polly!
Nancy roześmiała się.
— Widzę, że wasza opinia co do naszej pani nie bardzo się różni od mojej — powiedziała.
Na te słowa stary ogrodnik wyprostował się.
— Chciałem tylko powiedzieć, że byłoby to w jej przypadku coś zdumiewającego — odparł z powagą.
— Tak, byłoby przedtem, lecz nie jestem pewna, czy tak samo by było teraz. Mam wrażenie, że nasza pani byłaby teraz zdolna do wszystkiego, nawet do gry w zadowolenie.
— Ale czyżby mała nie mówiła jej o tej grze? — pytał Tomasz. — Przecież opowiadała o niej wszystkim.
— Nie — odpowiedziała Nancy — pannie Polly nie mówiła o tym nigdy. Nadmieniła mi kiedyś, że jej ciotka nie lubi, by wspominać o jej szwagrze, a ponieważ gra w zadowolenie jest ściśle związana z ojcem Pollyanny, więc nie mówi o tym ciotce.
— A tak, pamiętam, pamiętam — rzekł starzec — panna Polly była zawsze wrogo względem niego usposobiona. Mówiła, że odebrał jej siostrę, którą bardzo kochała, i nigdy nie mogła mu tego przebaczyć! Tak, tak, pamiętam... to było bardzo smutne.
Nancy nic na to nie powiedziała i westchnąwszy głęboko, wróciła do kuchni.
Dni oczekiwania na doktora z Nowego Jorku były dla wszystkich bardzo męczące. Pielęgniarka usiłowała być wesoła, lecz oczy jej zdradzały lęk i bojaźń; doktor Warren był wyraźnie zniecierpliwiony i zdenerwowany. Panna Polly mówiła mało i ani koronki, ani wstążki na szyi nie zdołały ukryć tego, że chudnie z każdym dniem i staje się coraz bledsza. Pollyanna zaś pieściła psa, głaskała kota, zachwycała się kwiatami, jadła owoce i ciastka i odpowiadała na liczne wyrazy współczucia, nadsyłane zewsząd, ale również chudła i bladła, zgnębiona w głębi duszy niemożnością władania nóżkami, które teraz spoczywały nieruchomo pod kołdrą.
Gra w zadowolenie zaś pozostawała chwilowo w zawieszeniu. Pollyanna często mówiła Nancy, jakby to było dobrze, gdyby mogła już chodzić do szkoły, odwiedzać panią Snow i pana Pendletona i jeździć na spacer z doktorem Chiltonem, ale były to tylko widoki na przyszłość, w chwili obecnej zaś nie znajdowała dla siebie nic pocieszającego.
Nancy rozumiała to dobrze i płakała gorzko, gdy nikt tego nie widział.
Rozdział XXIV. Niedomknięte drzwi
Mniej więcej po upływie tygodnia przybył z Nowego Jorku specjalista, pan Mead. Był to wysoki mężczyzna o szerokich ramionach i dużych, błękitnych, łagodnie uśmiechających się oczach. Pollyanna od pierwszego spojrzenia poczuła do niego sympatię.
— Pan jest bardzo podobny do mojego doktora — zauważyła na wstępie.
— Do twojego doktora, dziecino?
I pan Mead spojrzał ze zdziwieniem na doktora Warrena, który był niskiego wzrostu i miał małe, czarne oczy oraz brodę.
— Ach, to nie jest mój doktor — uśmiechnęła się Pollyanna, zgadując jego zdziwienie. — Doktor Warren jest lekarzem cioci Polly, moim zaś jest doktor Chilton.
— Hm... — mruknął doktor Mead, patrząc na pannę Polly, która zaczerwieniła się i odwróciła pośpiesznie.
Pollyanna zamilkła na chwilę, a potem z właściwą jej szczerością mówiła dalej:
— Wie pan, ja tak pragnęłam widzieć doktora Chiltona, ale ciocia Polly sprowadziła pana! Mówiła mi, że pan zna się lepiej od niego na złamanych nóżkach! Zresztą, jeśli tak jest rzeczywiście, będę bardzo zadowolona, gdy mnie pan wyleczy!
Twarz doktora przybrała dziwny, niezrozumiały dla Pollyanny wyraz.
— Zobaczymy, zobaczymy, dziecinko — odparł łagodnie, odwracając się do doktora Warrena, który w tej chwili zbliżył się do niego.
To, co się stało potem, było, jak zapewniali wszyscy, winą kotki. Drzwi do pokoju Pollyanny były przymknięte i gdyby Fluffi, rozsuwając je łapką i pyszczkiem, nie powiększyła otworu, Pollyanna nie usłyszałaby rozpaczliwego okrzyku ciotki.
W sąsiednim pokoju obaj doktorzy, panna Polly i pielęgniarka rozmawiali szeptem.
Tymczasem koteczka wskoczyła na łóżko Pollyanny z radosnym „miau”, gdy wtem z przyległego pokoju dał się słyszeć wyraźnie rozpaczliwy głos panny Polly:
— Ach nie, doktorze, to niemożliwe. Przecież pan nie chce powiedzieć, że ona nigdy już nie będzie mogła chodzić!
Wtedy nastąpiło ogólne zamieszanie: z pokoju Pollyanny rozległo się przeraźliwe wołanie:
— Ciociu Polly... ciociu Polly!!!
Następnie panna Polly, zobaczywszy niedomknięte drzwi i zrozumiawszy, że słowa jej doszły do uszu Pollyanny, wydała głuchy jęk i po raz pierwszy w życiu zemdlała.
Pielęgniarka, dygocąc z przerażenia, ze stłumionym okrzykiem: „Boże, ona słyszała!” rzuciła się do pokoju Pollyanny, obaj doktorzy zaś pozostali na miejscu, przy czym doktor Mead trzymał omdlałą pannę Polly, a doktor Warren stał bezradnie przy nim.
Dopiero powtórny okrzyk Pollyanny wrócił im przytomność i zmusił do zajęcia się cuceniem panny Polly.
Pielęgniarka zastała na łóżku szarą koteczkę, która daremnie starała się zwrócić na siebie uwagę biednej dziewczynki o bladej twarzyczce i prawie błędnym wzroku.
— Ach, proszę pani, ja muszę widzieć ciocię... potrzebuję jej natychmiast... błagam panią! — mówiła drżącym, przerywanym głosem.
— Ciocia nie może przyjść w tej chwili, kochanie. Przyjdzie trochę później. Ale co się stało? Może mogłabym ją zastąpić?
Pollyanna potrząsnęła przecząco główką.
— Muszę wiedzieć, co ciocia powiedziała przed chwilą! Czy pani słyszała? Ona przecież coś powiedziała. Chciałabym, żeby mi powiedziała, że to nieprawda, nieprawda!!!
Pielęgniarka chciała mówić, lecz, ku jeszcze większemu przerażeniu Pollyanny, nie mogła wydobyć głosu.
— Pani słyszała... to prawda... o nie... to nie może być prawdą! Przecież to niemożliwe, żebym już nigdy nie mogła chodzić!
— Uspokój się, uspokój się, dziecinko! Doktor mógł się przecież mylić!
— Ach nie, ciocia mówiła, że on wie! Mówiła, że on zna się na tym lepiej od innych lekarzy!
— Owszem, kochanie, ale lekarze tak często się mylą! Nie myśl o tym teraz, proszę cię! Nie trzeba!
Pollyanna spojrzała na nią z rozpaczą.
— Ależ ja nie mogę nie myśleć o tym — mówiła, szlochając — nie mogę myśleć o czymś innym! Jakże teraz pójdę do szkoły? Jak będę odwiedzała pana Pendletona i panią Snow?
Szlochała coraz silniej, a po chwili podniosła główkę i z przerażeniem w oczach dodała:
— Jeśli nie będę mogła chodzić, jakże będę mogła być zadowolona ze wszystkiego?
Pielęgniarka nie wiedziała nic o grze, wiedziała tylko, że chorą trzeba natychmiast uspokoić. Wzięła więc ze stolika proszek i podając go Pollyannie, powiedziała:
— No, no, już dość, kochanie. Przyjmij teraz ten proszek, to cię uspokoi, a potem zobaczymy. Wiele rzeczy zdaje się z daleka straszniejsze niż są w rzeczywistości.
Pollyanna posłusznie przełknęła proszek.
— Wiem to, ojciec też tak mówił — odpowiedziała nieco już spokojniej, wycierając łezki — mówił zawsze, że każda rzecz mogłaby być jeszcze gorsza... Ale on mógł chodzić! A nie wiadomo, co by powiedział, gdyby był w moim położeniu! Jak się pani zdaje?
Pielęgniarka nic nie odpowiedziała. Nie miała odwagi odezwać się w tej chwili.
Rozdział XXV. Największe zmartwienie Pollyanny
Panna Polly pamiętała dobrze obietnicę daną panu Pendletonowi i dlatego właśnie Nancy szła teraz, by mu zanieść smutną nowinę. W innych okolicznościach Nancy cieszyłaby się niezmiernie ze sposobności przestąpienia progu tajemniczego domu pana Pendletona. Dziś jednak szła z ciężkim sercem i nic nie mogło jej rozchmurzyć. Nawet nie rozglądała się po przedpokoju przez tych kilka minut, przez które czekała na pana Pendletona.
— Jestem Nancy — odezwała się pełnym szacunku tonem w odpowiedzi na pytający wzrok pana Pendletona. — Panna Harrington przesyła panu przeze mnie wiadomości o Pollyannie.
— A więc?
Z tonu, jakim powiedziane były te dwa słowa, Nancy zrozumiała, że pan Pendleton przeczuwa coś złego.
— Nowiny nie są dobre, proszę pana.
— Nie chcecie przecież powiedzieć...
Pan Pendleton nie dokończył, a Nancy opuściła oczy.
— Niestety, proszę pana, lekarz specjalista powiedział, że już nigdy nie będzie mogła chodzić!
Grobowa cisza zapanowała przez chwilę w pokoju, po czym pan Pendleton stłumionym głosem wyszeptał:
— Biedne, biedne dziecko!
Nancy spojrzała na niego, lecz natychmiast opuściła oczy. Nie spodziewała się nigdy, aby ten człowiek, taki zwykle ponury i zgorzkniały, mógł się zdobyć na tak szczere i głębokie współczucie.
Po chwili milczenia odezwał się głosem ciężko zgnębionym:
— Boże! Jakie to okrutne: nie móc już nigdy tańczyć w słońcu! Mój biedny, mały promyk tęczowy!
Nancy milczała.
— Oczywiście Pollyanna nic jeszcze o tym nie wie? — zapytał nagle.
— Niestety, wie, proszę pana — odpowiedziała, nie mogąc powstrzymać łkania, Nancy. — I to jest właśnie najsmutniejsze! Dowiedziała się o tym przez kotkę! Tak, proszę pana! Kotka otworzyła drzwi i Pollyanna usłyszała, co mówił lekarz!
— Biedna, biedna dziecina! — westchnął znów pan Pendleton.
— O, tak, proszę pana! Widziałam ją od tej chwili dwa razy i za każdym razem po prostu serce mi pękało! Mówi ciągle o rzeczach, których nie będzie mogła robić. Rozpacza również i z tego powodu, iż zdaje się jej, że już z niczego nie będzie mogła być zadowolona! A może pan nie wie o grze? — dodała, jakby się tłumacząc.
— Gra w zadowolenie? — zapytał pan Pendleton. — O, wiem, mówiła mi o niej!
— Naprawdę? Zdaje mi się, że mówiła o niej prawie wszystkim. Ale niech pan zrozumie, że ona nie może w tych warunkach grać w zadowolenie! I to ją najbardziej smuci! Mówi, że nie może znaleźć nic, co by ją mogło pogodzić z myślą, że nigdy nie będzie mogła chodzić!
— Nic dziwnego! — zgodził się pan Pendleton.
— Ja to również rozumiem! — mówiła dalej Nancy. — Ach, gdyby można było znaleźć coś, co by jej dodało otuchy! Usiłowałam przypomnieć jej...
— Co przypomnieć? — przerwał pan Pendleton.
— Przypomnieć, jak sama uczyła tej gry innych! Panią Snow i innych, i to, co mówiła, by ich do gry zachęcić! Ale biedactwo płacze i powiada, że to zupełnie co innego. Że znacznie łatwiej radzić innym, jak się mają pocieszać, niż się pocieszać samej. Mówi, że próbowała cieszyć się z tego, że inni nie są w jej położeniu, ale w tejże chwili przypominała sobie, że już nigdy nie będzie mogła chodzić! Przecież to okropne!
Nancy zamilkła na chwilę; pan Pendleton nie odzywał się również, siedząc z zakrytymi oczyma.
— Wtedy — mówiła smutnie — przytoczyłam jej własne słowa, że gra jest tym ciekawsza, im trudniejsza; powiedziała mi na to, że w tych warunkach jest to zbyt trudne. Ale — dodała pośpiesznie — muszę już iść!
We drzwiach jednak zatrzymała się na chwilkę.
— Ach, proszę pana, co mam powiedzieć Pollyannie? Czy pan widział się powtórnie z Jimmym?
— Nie! Widziałem go raz tylko — odpowiedział pan Pendleton — ale o co chodzi?
— Bo jest to, zdaje mi się, największym jej zmartwieniem, że nie będzie go mogła znów do pana przyprowadzić. Podobno już raz go do pana przyprowadziła, ale nie była pewna, jak został przyjęty. Obawia się, że jego towarzystwo nie przypadnie panu do gustu! Nic jednak z tego wszystkiego nie zrozumiałam!
— Za to ja rozumiem wszystko — powiedział poważnie pan Pendleton.
— Biedactwo! Ciągle powtarza, że tak by chciała jeszcze raz przyprowadzić Jimmy’ego do pana! Ale jest to niemożliwe! Ach, mój Boże! Co to za nieszczęście! No, ale teraz już naprawdę idę! Przepraszam pana i do widzenia! — dodała, wychodząc.
Wkrótce wiedzieli wszyscy, iż znakomity lekarz, specjalista z Nowego Jorku orzekł, że Pollyanna nie będzie mogła chodzić, i nigdy jeszcze całe miasto nie było niczym tak wzruszone. Wszyscy znali przynajmniej z widzenia radosną, z lekka piegowatą twarzyczkę, mile i uprzejmie uśmiechającą się do każdego i prawie wszyscy wiedzieli o słynnej grze Pollyanny.
I pomyśleć tylko, że nie spotkają już tej promiennej twarzyczki, nie zobaczą już radosnego uśmiechu o każdej porze dnia! Wszystko to zdawało się czymś niemożliwym, okrutnym, czymś nie do uwierzenia.
Mówiono o niej i w kuchni, i w salonie, i na spacerach, a miejscowe panie płakały przy tym rzewnie; panowie, gdy się spotkali czy na ulicy, czy w sklepie, mówili o niej ze szczerym współczuciem.
A tymczasem Pollyanna martwiła się i rozpaczała — że nie będzie mogła nadal grać w zadowolenie.
Każdy chciał się czegoś dowiedzieć o chorej i panna Polly ze zdziwieniem przyjmowała odwiedziny znajomych i nieznajomych panów, pań i dzieci, dopiero teraz dowiadując się, jak wielką sympatią cieszyła się jej siostrzenica.
Jedni przychodzili, aby zapytywać, czy się czasem nie polepszyło, inni przynosili książki, kwiaty lub jakieś łakocie, niektórzy płakali szczerze i otwarcie lub tylko ukradkiem ocierali łzy.
Jednym z pierwszych był pan Pendleton, który tym razem przyszedł już nie o kulach.
— Nie potrzebuję mówić pani, jak bardzo jestem zmartwiony — przemówił oschle. — Czy nic się nie da zrobić?
Panna Polly spojrzała na niego z rozpaczą.
— Robimy wszystko, co się da! Specjalista przepisał różne lekarstwa, które, ewentualnie, mogą polepszyć stan chorej, lecz nie zostawił żadnej nadziei. Doktor Warren na razie zastosowuje się ściśle do jego wskazówek.
Pan Pendleton wstał i pomimo że dopiero co przyszedł, skierował się ku wyjściu. Był blady i wargi mu drżały; doszedłszy do drzwi, odwrócił się i spojrzał na pannę Polly.
— Mam wiadomość dla Pollyanny — rzekł. — Zechce pani powiedzieć jej, że widziałem Jimmy’ego i że zostanie on wkrótce moim małym chłopcem! Sądzę, że Pollyanna ucieszy się z tej nowiny. Prawdopodobnie adoptuję Jimmy’ego.
Panna Polly straciła na chwilę panowanie nad sobą.
— Jak to? Pan chce adoptować tego chłopca? — zawołała.
— Przypuszczam, że Pollyanna to zrozumie — odparł łagodnie. — Niech jej pani powie, że mam nadzieję, iż ją tym ucieszę!
— No... tak... powiem — odpowiedziała machinalnie panna Polly.
— Dziękuję — rzekł pan Pendleton i pośpiesznie wyszedł z pokoju.
Panna Polly stała wciąż nieruchomo i nie mogła dojść do siebie. Po prostu nie wierzyła własnym uszom! Więc pan Pendleton adoptuje Jimmy’ego! Pan Pendleton! Ten bogacz mrukliwy, uważany powszechnie za największego egoistę i skąpca — adoptuje chłopca! I to jakiego!
Po chwili jednak panna Polly, jeszcze nie całkiem przyszedłszy do siebie, udała się do pokoju Pollyanny.
— Pollyanno! Mam dla ciebie nowinę! Otóż przed chwilą był tu pan Pendleton i prosił, aby ci powiedzieć, że bierze do siebie Jimmy’ego. Pan Pendleton spodziewa się, iż ta nowina sprawi ci przyjemność!
Zamyślona twarzyczka Pollyanny zapłonęła nagle szczerą radością!
— Przyjemność? — zawołała. — Ależ ja jestem wprost szczęśliwa! Ciocia nie ma pojęcia, jak pragnęłam znaleźć dla Jimmy’ego przytułek! A tym bardziej taki! Poza tym cieszę się również i za pana Pendletona, gdyż teraz wreszcie będzie miał w domu „obecność dziecka”.
— Co będzie miał?
Pollyanna zarumieniła się. Przypomniała sobie, że ciotka nic nie wie o tym, iż pan Pendleton chciał ją adoptować, a teraz za nic nie mogła tego powiedzieć, bo nużby panna Polly pomyślała, że Pollyanna choć przez moment miała zamiar ją opuścić! Ją, taką bardzo, bardzo kochaną!
— O... obecność dziecka — odpowiedziała, jąkając się z lekka. — Pan Pendleton powiedział mi kiedyś, że tylko serce kobiety lub obecność dziecka są w stanie stworzyć ognisko domowe. I to właśnie będzie miał teraz!
— Rozumiem, rozumiem — powiedziała łagodnie panna Polly i rzeczywiście rozumiała więcej może, niż Pollyanna mogła się spodziewać. Wyczuła, że pan Pendleton w swoim czasie wywierał zapewne nacisk na Pollyannę i że dziewczynka chciała i jemu dogodzić, i jednocześnie nie opuścić ciotki.
— Rozumiem — powtórzyła jeszcze raz ze łzami w oczach.
Tymczasem Pollyanna, bojąc się, aby ciotka nie zaczęła ją na ten temat wypytywać, skierowała rozmowę na inny temat.
— A wie ciocia, że i doktor Chilton mówił również to samo!
Panna Polly podskoczyła na krześle ze zdziwienia.
— Doktor Chilton? Skąd wiesz o tym?
— Mówił mi kiedyś, gdy byłam u niego, że nie ma ogniska domowego, lecz tylko parę pokoi, w których mieszka!
Panna Polly nic nie odpowiedziała, patrząc w zadumie przez okno.
— Wtedy zapytałam go — mówiła dalej Pollyanna — dlaczego nie stworzy sobie ogniska domowego.
— Naprawdę? Zapytałaś go? — z przymusem wymówiła panna Polly, jakby wbrew jakiejś sile, która wstrzymywała ją od tego pytania.
— Przez chwilę nic nie mówił, a potem powiedział, że nie zawsze można to zrobić, nawet gdy się tego bardzo pragnie!
Nastąpiła chwila milczenia. Panna Polly wciąż patrzyła przez okno, a twarz jej pokrywała się coraz to silniejszym rumieńcem.
Pollyanna westchnęła.
— On bardzo pragnie ogniska domowego i tak bardzo bym chciała, żeby je miał!
— Ale skąd ty to wnioskujesz, Pollyanno!?
— Bo pewnego razu powiedział bardzo po cichu, ale ja usłyszałam, że oddałby wszystko na świecie za serce jednej kobiety... Ale, ciociu, co się stało? — zawołała, zobaczywszy, że panna Polly nagle zerwała się z krzesła i pobiegła do okna.
— Nic, kochanie, chciałam tylko poprawić te oto szkiełka — odpowiedziała po chwili drżącym głosem, a gdy się odwróciła, twarz jej wyrażała wielkie wzruszenie.
Rozdział XXVI. Gra i jej zwolennicy
Któregoś dnia po południu Nancy zameldowała pannie Polly córkę pani Snow.
Milly była bardzo zażenowana, gdyż była tu po raz pierwszy i zaczerwieniła się jak raczek, gdy panna Polly weszła do pokoju.
— Przyszłam dowiedzieć się o zdrowie Pollyanny — przemówiła nieśmiało.
— Bardzo to uprzejmie z twojej strony — odpowiedziała panna Polly. — Niestety, nie mogę ci powiedzieć nic dobrego, stan zdrowia bowiem Pollyanny pozostaje bez zmian. A jak się miewa twoja mateczka?
— Właśnie przychodzę, aby mówić o niej, to jest właściwie prosić, żeby pani powiedziała Pollyannie — mówiła Milly bezładnie i prawie jednym tchem — że my obie z matką uważamy, że to jest naprawdę straszne: nie móc chodzić! I po tym wszystkim, co ona zrobiła dla nas, to znaczy dla matki, ucząc ją tej gry! Teraz, kiedyśmy się dowiedziały, że nie będzie mogła grać sama... biedna, biedna dziewczynka... Ale to, co zrobiła dla nas, czy nie mogłoby jej samej dopomóc? Właśnie z powodu gry... przecież mogłaby się cieszyć... to znaczy mogłaby być choć trochę zadowolona...
Milly przerwała, nie wiedząc, co mówić dalej. Zdawało się, że pragnie, aby panna Polly jej pomogła. Tymczasem ta słuchała uważnie, lecz widać było, że z tego, co mówiła Milly, zrozumiała tylko coś niecoś. Słyszała, że Milly jest trochę „dziwna”, ale nie spodziewała się, że aż do tego stopnia! Nie mogła sobie wytłumaczyć całego tego potoku słów bez znaczenia, bezładnych i nielogicznych.
Toteż gdy Milly zatrzymała się, panna Polly odezwała się spokojnie:
— Niezupełnie dobrze cię rozumiem, Milly! Zechciej wytłumaczyć mi dokładniej, co chcesz, abym powiedziała mej siostrzenicy!
— Chciałam tylko, żeby pani w jakikolwiek sposób dała Pollyannie do zrozumienia, ile ona dla nas zrobiła dobrego. Niewątpliwie, ona sama też trochę wie o tym, gdyż nie mogła nie zauważyć zmiany, jaka zaszła w matce i we mnie. Ja również próbowałam grać... trochę!
Panna Polly ściągnęła brwi. Chciała zapytać, co to za gra i na czym polega, lecz nie zdążyła, gdyż Milly mówiła dalej:
— Pani wie, jak przedtem było z matką trudno. Zawsze pragnęła czegoś innego, niż to, co miała; wiecznie była ze wszystkiego niezadowolona, zgryźliwa. Co prawda, nie można było się jej dziwić, wobec stanu jej zdrowia.
Teraz jest zupełnie inaczej, pozwala mi otwierać okno, wszystkim się interesuje, opiekuje się mną! Prócz tego robi skarpetki i ciepłą bieliznę dla szpitala i cieszy się, że może to robić! Wszystko to, proszę pani, jest dziełem Pollyanny. Ona wytłumaczyła matce, że chociaż nie włada nogami, ma jednak ręce i powinna się cieszyć z tego, że może nimi coś robić! Wtedy matka, pomyślawszy nieco, wzięła się do robienia skarpetek i ciepłej bielizny! A gdyby pani widziała, jak się teraz zmienił nasz pokój! Dawniej był ciemny i ponury, tak że aż nieprzyjemnie było wchodzić, obecnie zaś jest jasny, a widma słoneczne z rozwieszonych przez Pollyannę w oknie szkiełek nadają mu wygląd wesoły i promienny! Chciałybyśmy, żeby pani powiedziała Pollyannie, iż całą tę zmianę ku lepszemu zawdzięczamy tylko jej! I niech pani powie jej jeszcze, że jesteśmy szczęśliwe, żeśmy ją poznały i że może ją to choć trochę ucieszy, gdy będzie o tym wiedziała. To już wszystko — dodała zażenowana. — Pani jej to powie? Nieprawdaż?
— Ależ oczywiście, moje dziecko — odpowiedziała panna Polly, nie będąc jednak pewna, czy potrafi dokładnie powtórzyć, co jej w tak bezładny sposób opowiedziała Milly.
*
Pomimo że panna Polly nie wpuszczała do pokoju chorej nikogo, ilość odwiedzin zwiększała się z każdym dniem, a każdy z odwiedzających miał jakieś dla chorej polecenia, które chwilami bardzo zaciekawiały pannę Polly.
Pewnego razu przyszła niejaka pani Benton. Panna Polly znała ją z widzenia, ale przedtem nigdy nie zamieniły ze sobą ani słowa. Była to najnieszczęśliwsza może w całym mieście osoba, gdyż w przeciągu krótkiego czasu straciła męża i dwoje dzieci. Pozostał jej tylko jedyny syn, cała jej pociecha. Chodziła stale w żałobie, ale dziś panna Polly spostrzegła, że miała na sobie biały koronkowy kołnierzyk i kolorowy krawacik.
Pani Benton ze łzami w oczach opowiadała, jak bardzo się zmartwiła, gdy się dowiedziała o wypadku, i zapytała, czy mogłaby zobaczyć Pollyannę. Panna Polly odmówiła:
— Na razie nie wolno jej jeszcze nikogo widywać. Potem: być może!
Ale pani Benton, wychodząc, zwróciła się do panny Polly:
— Czy jednak nie zgodziłaby się pani powiedzieć coś Pollyannie w moim imieniu?
— Ależ naturalnie, proszę pani, z przyjemnością!
— A więc niech jej pani powie, że noszę to — i wskazała na kołnierzyk i krawat.
Następnie, widząc, że panna Polly patrzy na nią ze zdziwieniem, dodała:
— Siostrzenica pani od dłuższego czasu namawiała mnie, bym przestała nosić czarny kolor i włożyła na siebie coś kolorowego, więc myślę, że się ucieszy, dowiedziawszy się, że jej usłuchałam. Mówiła mi zawsze, że najbardziej by się z tego ucieszył Fred, a pani wie przecież, że Fred to jest wszystko, co mi jeszcze pozostało na świecie, wszyscy inni...
Pani Benton nie dokończyła, odwracając się pośpiesznie.
— Niech pani jej to powie! Ona zrozumie — dodała, kierując się ku wyjściu.
Tego samego dnia, tylko nieco później, przyszła jakaś całkiem nieznajoma pani w żałobie. Panna Polly nie widziała jej nigdy i dziwiła się, skąd Pollyanna mogła ją znać.
Nazwisko „Tarbell”, umieszczone na wizytowej kartce podanej przez Nancy, również nic nie mówiło.
— Jestem obca dla pani, ale nie jestem obca dla pani siostrzenicy — powiedziała na wstępie pani Tarbell. — Jestem przyjezdna; mieszkam tu w lecznicy i codziennie z nakazu lekarza odbywam długie spacery. Podczas jednego z nich właśnie poznałam siostrzenicę pani. To drogie, kochane dziecko! Chciałabym, żeby pani zrozumiała, czym ta słoneczna dziewczynka stała się dla mnie! Gdy przyjechałam tu, czułam się tak bardzo osamotniona i smutna! Promienna jej twarzyczka przypomniała mi moją córeczkę, którą straciłam przed kilku laty! Wiadomość o wypadku poruszyła mnie do głębi serca, a gdy się dowiedziałam, że biedactwo nie będzie mogło chodzić, przez co musi się czuć bardzo nieszczęśliwa, przyszłam odwiedzić panią i zakomunikować jej wyrazy szczerego współczucia!
— To bardzo uprzejmie z pani strony — odpowiedziała grzecznie panna Polly.
— A teraz poproszę panią o następującą przysługę: może pani zechce powiedzieć Pollyannie, że „pani Tarbell jest już zadowolona”. Wiem, że te słowa wydają się pani dziwne, że pani mnie nie rozumie, i przepraszam bardzo, że nie mogę pani wytłumaczyć tego dokładniej — oczy jej nabrały smutnego wyrazu, a uśmiech powoli znikł z twarzy. — Lecz siostrzenica pani zrozumie, co chciałam przez to powiedzieć! Dziękuję pani z góry i przepraszam, że pozwoliłam sobie panią niepokoić — dodała, wychodząc.
Panna Polly, zupełnie tym razem oszołomiona, udała się bezpośrednio po tej wizycie do pokoju Pollyanny.
— Pollyanno, czy znasz panią Tarbell? — zapytała na wstępie.
— O tak, i bardzo ją lubię! Ona jest bardzo chora i zawsze taka smutna! Mieszka w lecznicy i stale odbywa długie spacery. Odbywamy je razem... to znaczy odbywałyśmy...
Głos Pollyanny załamał się i dwie duże łzy stoczyły się po twarzyczce.
— Była przed chwilą u mnie — przerwała panna Polly — i prosiła, aby powiedzieć ci, że jest teraz zadowolona!
Pollyanna klasnęła w dłonie.
— Tak powiedziała? Naprawdę? Ach, jak się cieszę!
— Ale co to miało znaczyć? — zapytała z ciekawością panna Polly.
— To była gra, ciociu, bo...
Ale w tej chwili zamilkła i zakryła dłonią usteczka.
— Jaka gra?
— Nie, nic... ciociu, to... nie, nie mogę powiedzieć, ciociu, bo musiałabym mówić o rzeczach zakazanych!
Panna Polly miała wielką ochotę wypytywać Pollyannę dalej, ale na twarzy dziewczynki tak wyraźnie odmalowało się zmieszanie i przykrość, że pomimo szczerej chęci nie odważyła się zadać żadnego zapytania.
Jedna z wizyt, która nastąpiła po kilku dniach, doprowadziła jednak ciekawość panny Polly do ostateczności. Przyszła mianowicie jakaś biednie ubrana kobieta i chciała koniecznie widzieć Pollyannę.
Panna Polly przyjęła ją sztywno i jak zwykle odmówiła zobaczenia Pollyanny.
Wtedy kobieta zaczęła opowiadać, że mieszka na krańcu miasta, jest bardzo biedna i ma dużą rodzinę. Pollyanna od czasu do czasu zaglądała do małego domku i bawiła się z dziećmi. Nauczyła ich wszystkich cudownej gry i teraz w małym domku panuje radość i zadowolenie. Przyszła, by podziękować jej za to dobrodziejstwo!
Opowiadanie biednej kobiety rozbroiło pannę Polly, która pożegnała wychodzącą bardzo uprzejmie, obiecując powiedzieć wszystko Pollyannie.
Lecz gdy tylko kobieta wyszła, panna Polly zawołała Nancy.
Nancy trochę się przestraszyła, bo od dnia wypadku panna Polly po raz pierwszy wołała ją takim oschłym i surowym tonem.
— Nancy, proszę mi wytłumaczyć, co to jest za jakaś niesamowita gra i jak moja siostrzenica w nią grała? Dlaczego wszyscy, począwszy od pani Snow, a kończąc na tej biednej kobiecie z przedmieścia, proszą, abym powiedziała Pollyannie, że grają w jakąś grę? O ile mogę wywnioskować, każdy z nich jest z czegoś zadowolony, cieszy się, a wszyscy mówią, że zawdzięczają to Pollyannie! Początkowo chciałam dowiedzieć się o tym bezpośrednio od niej, ale nie odpowiedziała mi, a ponieważ słyszałam coś niecoś z twojej wczorajszej rozmowy z Pollyanną, domyślam się, że wiesz, o co chodzi. Proszę mi więc wytłumaczyć, co to wszystko znaczy!
Na te słowa Nancy najniespodziewaniej wybuchnęła płaczem.
— To znaczy — mówiła, łkając — że, począwszy prawie od dnia przyjazdu, kochana nasza dziecina starała się pocieszyć całe miasto! A teraz znów oni przychodzą, aby ją pocieszać!
— Ale jak pocieszać? W jaki sposób?
— Po prostu tak, proszę pani, to jest gra...!
Panna Polly tupnęła nogą ze zdenerwowania.
— Nancy! Jesteś jak i tamci wszyscy! Wytłumaczże23 mi, co to za gra!
Nancy spojrzała na pannę Polly, wahając się przez chwilę.
— Dobrze, opowiem pani wszystko — powiedziała wreszcie z rezygnacją. — Jest to gra, której nauczył Pollyannę jej ojciec. Pewnego razu, gdy jeszcze była zupełnie mała, otrzymała w paczce misjonarskiej zamiast oczekiwanej lalki kule. Naturalnie, rozpłakała się, jak każde dziecko, ale ojciec powiedział jej na to, że w każdej okoliczności można zawsze znaleźć coś pocieszającego, a więc, że otrzymawszy kule, powinna się również cieszyć!
— Cieszyć się, otrzymując kule? — zawołała panna Polly i w tej chwili poczuła, jak łzy ściskają jej gardło, pomimo woli bowiem pomyślała o bezwładnych nóżkach dziewczynki.
— Tak jest, proszę pani! Ojciec wytłumaczył jej, że powinna się cieszyć z tego, że ich nie potrzebuje!
— O, Boże! — zawołała panna Polly wzruszona.
— Od tego czasu — mówiła dalej Nancy — Pollyanna starała się zawsze, wszędzie i we wszystkim znaleźć coś pocieszającego. Opowiadała mi, że wówczas nie myślała już o lalce, lecz cieszyła się, że nie potrzebuje kul. Grę tę nazwała „grą w zadowolenie” i stosuje ją zawsze i wszędzie!
Nancy opowiedziała w dalszym ciągu, jak Pollyanna stosowała grę w zadowolenie do niej samej, do jej rodziny, do pani Snow i do wielu, wielu innych osób, a panna Polly słuchała z zapartym oddechem, nie mogąc dojść do siebie ze wzruszenia.
— Ale dlaczegóż mnie nic o tym nie mówiła? — spytała wreszcie. — Dlaczego zawsze, gdy ją o to pytałam, robiła z tego taką tajemnicę?
— Pani wybaczy — powiedziała wtedy Nancy — pani sama zabroniła jej mówić o ojcu, a przecież nie mogła wytłumaczyć tej gry, nie wspominając o nim.
Panna Polly przygryzła wargi.
— Pollyanna chciała pani pierwszej powiedzieć o wszystkim, gdyż potrzebowała do tej gry kogoś bliskiego, ale wobec tego zakazu nie odważyła się, i wtedy ja ofiarowałam się grać z nią!
— A ci wszyscy inni? — zapytała panna Polly wzruszonym głosem.
— Ach, proszę pani! Obecnie już wszyscy niemal znają tę grę, gdyż Pollyanna nie robiła z niej tajemnicy. Dlatego też teraz, gdy stał się ten okropny wypadek, wszyscy są po prostu zrozpaczeni, martwią się, że biedne dziecko nie będzie mogło zastosować swej ulubionej gry do siebie. A chcą, żeby Pollyanna wiedziała, że grają w tę grę, gdyż pragnieniem jej było mieć jak najwięcej zwolenników!
— Znam kogoś, kto będzie bardzo gorliwym jej zwolennikiem — szepnęła drżącym ze wzruszenia głosem panna Polly, kierując się ku wyjściu.
Nancy spojrzała za wychodzącą i pomyślała:
„Zdaje mi się, że gdy chodzi o Pollyannę, panna Polly byłaby teraz zdolna do wszystkiego!”
Tym razem, rozmawiając z Pollyanną, panna Polly opowiedziała o odwiedzinach biednej kobiety, która prosiła, by podziękować Pollyannie za nauczenie jej samej i jej dzieci gry.
— A wychodząc — mówiła panna Polly — dodała, iż teraz zawsze będzie grać w zadowolenie i że wiadomość ta powinna cię ucieszyć.
— Ależ naturalnie, ciociu! Cieszę się bardzo, bardzo! Ale... ciocia tak mówi, jakby coś o mojej grze wiedziała?
— Tak jest, kochanie! Wiem o niej od Nancy i uważam, że jest to bardzo dobra gra. Chciałabym nawet spróbować w nią zagrać z tobą!
— Ach, Boże... ciociu... kochana...
Pollyanna ledwie mówić mogła ze wzruszenia.
— Tak zawsze chciałam, żeby ciocia pierwsza wiedziała o tej grze — mówiła, ochłonąwszy nieco — tak zawsze pragnęłam z ciocią, przede wszystkim z ciocią grać w zadowolenie!
— Otóż, dziecino — rzekła poważnie panna Polly — jeśli nie jestem pierwszą, to w każdym razie będę bardzo gorliwą zwolenniczką twej gry. Wie o niej całe prawie miasto, wszyscy szukają i znajdują pocieszenie w różnych troskach i kłopotach dlatego tylko, że pewna mała dziewczynka nauczyła ich swojej cudownej gry!
— Ach, ciociu! — zawołała ze łzami w oczach Pollyanna. — Jest mi teraz tak dobrze i jeśli nawet nigdy już nie będę mogła chodzić, to cieszę się z tego, że mogłam chodzić przedtem, gdyż inaczej nie nauczyłabym nikogo mojej gry!