Rozdział XXVII. Przez otwarte okno
Krótkie dni zimowe przechodziły szybko, jeden po drugim, dla Pollyanny jednak były one długie i smutne. Pomimo to uśmiechała się mile do wszystkich odwiedzających ją. Bo czyż nie powinna grać w zadowolenie właśnie teraz, gdy znalazła towarzyszkę w osobie panny Polly? A panna Polly wyszukiwała wciąż coś, z czego można było się cieszyć. Pollyanna, jak i pani Snow, robiła teraz szydełkowe robótki i cieszyła się, że może władać rączkami. Od czasu do czasu ktoś z odwiedzających wpuszczany był do pokoju Pollyanny, bo panna Polly zauważyła, iż jest to dla niej pewnego rodzaju rozrywka, zwłaszcza gdy byli to ludzie cieszący się specjalną sympatią Pollyanny.
W ten sposób odwiedził ją pan Pendleton i kilka razy Jimmy Bean. Pan Pendleton opowiadał o tym, że Jimmy jest bardzo miłym, posłusznym i porządnym chłopcem, a Jimmy cieszył się, że znalazł przytułek, jak się wyrażał, „pierwszej klasy”, wychwalał pana Pendletona jako opiekuna i zawsze nadmieniał, że wszystko to ma do zawdzięczenia tylko Pollyannie. Po takiej wizycie Pollyanna pewnego razu powiedziała pannie Polly:
— Coraz bardziej cieszę się, ciociu, że mogłam kiedyś chodzić, bo inaczej nie zrobiłabym wielu rzeczy!
Tak dzień po dniu przeszła zima i nastąpiła wiosna. Jednak osoby stojące bliżej chorej, jak doktor Warren, panna Polly, pielęgniarka i nawet Nancy, przekonywały się z bólem w sercu, że stosowane wciąż środki lekarskie nie przynosiły poprawy. Zdawało się, że spełnia się smutna przepowiednia specjalisty z Nowego Jorku i że Pollyanna naprawdę nigdy już nie będzie mogła chodzić.
Całe miasto również śledziło z zainteresowaniem doniesienia o zdrowiu Pollyanny, ale był jeden człowiek, którego wyjątkowo niepokoił stan chorej i który z większą niż wszyscy niecierpliwością oczekiwał pozytywnych jego zmian. Lecz czas upływał i nie przynosił żadnego polepszenia, więc człowiek ów był coraz bardziej zdenerwowany i zaniepokojony; zdawało się, że toczy jakąś wewnętrzną walkę.
Rezultatem tej walki było to, że pewnego poranku zameldowano panu Pendletonowi wizytę doktora Chiltona.
— Przyszedłem do pana — zaczął doktor — dlatego, iż pan lepiej niż kto inny w mieście zna mój stosunek do panny Harrington.
Twarz pana Pendletona z lekka drgnęła, gdyż rzeczywiście wiedział o wszystkim, lecz od lat piętnastu nikt nie wspominał o tym nigdy.
— Owszem — odpowiedział, starając się nie zdradzać zbyt wielkiej ciekawości, tym bardziej, że zauważył od razu, że doktor Chilton był mocno poruszony.
— Panie Pendleton, ja powinienem zobaczyć to dziecko, zbadać je! Muszę to zrobić! — zawołał ten zupełnie niespodziewanie.
— A więc dlaczego pan tego nie zrobi?
— Przecież pan wie dobrze, że od piętnastu lat nie przestąpiłem progu tego domu. Natomiast nie wie pan oczywiście tego, że właścicielka jego powiedziała mi, że z chwilą, gdy mi zaproponuje wejście do swego domu, będzie to jakby przeproszenie z jej strony i że wtedy wszystko ma być po staremu, co znaczy, że zgodzi się zostać moją żoną. Pan przecież nie może zaprosić mnie do jej domu w jej imieniu!
— A czy nie mógłby pan pójść tak, bez zaproszenia?
Doktor Chilton zmarszczył brwi.
— Nie! Mam przecież trochę ambicji.
— Ale ponieważ pan tak się obawia o dziewczynkę, czy nie można by chociaż na chwilę zapomnieć o kłótni, która was poróżniła?
— Ach nie, nie to mam na myśli! Gdyby o to tylko chodziło, naturalnie poszedłbym bez wahania, lecz tu wchodzi jeszcze w grę ambicja zawodowa. Rozumie pan: dziecko jest chore, a ja jestem lekarzem! Nie mogę przecież powiedzieć: „Zawołajcie, zaproście mnie”!
— Lecz cóż takiego między wami zaszło?
— Nic... głupstwo... drobiazg... Ale w tej chwili chodzi o to, żebym zobaczył Pollyannę! Jest to po prostu kwestia życia. Powiem panu szczerze, iż jestem prawie przekonany, że można jej będzie przywrócić zdolność chodzenia.
Słowa te, wypowiedziane stanowczo i dobitnie i przeznaczone w tej chwili wyłącznie dla pana Pendletona, usłyszał wypadkiem jeszcze ktoś! Mianowicie panowie rozmawiali przy otwartym oknie, a tuż w ogródku pracował przy kwiatach Jimmy. Usłyszawszy te słowa, przystanął jak skamieniały i zaczął przysłuchiwać się dalszej rozmowie.
— A więc, doktorze, powiada pan, że Pollyannie można by przywrócić władzę w nóżkach? Ależ w jaki sposób?
— Otóż — odpowiedział poważnie doktor Chilton — aczkolwiek wiem o jej przypadku tylko z opowiadań, gdyż nie mam do niej przystępu, wypadek ten przypomina mi identyczny, który kiedyś miał w swej praktyce lekarskiej jeden z moich kolegów. Studiował on przez dłuższy czas ten rodzaj choroby, a ponieważ mieszkaliśmy wówczas razem, więc i ja miałem możność zaznajomienia się nieco i z tą dziedziną. Z tego wnioskuję... Ale ja muszę ją zobaczyć, zbadać... muszę!
Pan Pendleton podniósł się z krzesła.
— Tak, powinien pan ją zobaczyć i zbadać! Czy nie mógłby pan zrobić tego przez doktora Warrena?
Doktor Chilton poruszył przecząco głową.
— Mam wrażenie, że nie. Doktor Warren i tak już postąpił względem mnie bardzo lojalnie. Mówił mi, że proponował konsylium, w którym ja też miałem przyjąć udział, ale panna Polly odmówiła w sposób tak stanowczy, że nie mógłby wszczynać w tym kierunku żadnych dalszych kroków, nawet wiedząc, jak bardzo mi na tym zależy. Ale ja muszę, muszę ją zobaczyć! Niech pan coś wymyśli, aby to zrobić! Nie mogę przecież udać się z tym do jej ciotki, tym bardziej, że jestem przekonany, że mi odmówi.
— Więc trzeba zrobić tak, aby sama pana zaprosiła!
— Ale jak to zrobić?
— Na razie nie wiem... pomyślę.
— Rozumiem ją dobrze — mówił doktor Chilton — ale cóż z tego! Zanadto jest dumna, aby zrobić pierwszy krok pojednawczy. A tymczasem, gdy pomyślę, że to biedne dziecko skazane jest na mękę wiecznego leżenia, to...
Doktor Chilton nie skończył, lecz, nerwowo ściskając ręce, zaczął chodzić dużymi krokami z kąta w kąt.
— A gdyby tak ktoś inny dał jej do zrozumienia...? — powiedział pan Pendleton.
— Dobrze, ale kto?
— Nie wiem... nie mam pojęcia — odparł bezradnie pan Pendleton.
Jimmy, który przez cały czas słuchał uważnie, bojąc się opuścić choć jedno słówko, nagle wyprostował się.
— A więc, na Boga, ja to zrobię — wyszeptał — ja jej powiem!
I wyślizgnąwszy się niepostrzeżenie przez furtkę, pobiegł co tchu w kierunku willi panny Harrington.
Rozdział XXVIII. Jimmy zaczyna działać
— Jimmy Bean chce się z panią zobaczyć! — zameldowała Nancy.
— Ze mną? — zapytała panna Polly zdziwiona. — Pewnie chodzi o Pollyannę? Owszem, powiedz mu, że jeśli sobie życzy, może ją dziś odwiedzić!
— Powiedziałam mu to — odparła Nancy — ale powtórzył mi wyraźnie, że pragnie mówić z panią.
— A więc dobrze, zaraz wyjdę!
Panna Polly opuściła fotel i powolnym krokiem skierowała się do salonu.
Zaledwie ukazała się we drzwiach, Jimmy, niezwykle podniecony, podbiegł do niej i zaczął mówić bezładnie:
— Proszę pani... zdaje mi się, że to, co zrobiłem, jest niedobre... Zaraz pani powiem... ale nie mogłem postąpić inaczej! To dla Pollyanny... przecież dla niej zrobiłbym wszystko na świecie... Pani pewnie też mnie zrozumie, jeśli powiem, że przez to jest nadzieja przywrócenia jej zdolności chodzenia! Dlatego właśnie przyszedłem... bo przecież zwyczajna sprzeczka nie może... nie powinna stanąć na przeszkodzie... Ja wiem, że gdy pani zrozumie, to na pewno poprosi doktora Chiltona...
— Co takiego? — przerwała panna Polly tonem pełnym oburzenia.
Jimmy westchnął.
— Nie chciałem wcale pani rozgniewać — powiedział — dlatego też od razu powiedziałem o możliwości uzdrowienia Pollyanny... Spodziewałem się, że pani wysłucha do końca.
— Jimmy, co chcesz przez to powiedzieć?
Jimmy znów westchnął.
— Postaram się wszystko, wszystko pani opowiedzieć.
— Dobrze, chłopcze, ale mów spokojnie, po kolei, a wtedy bądź przekonany, że cię zrozumiem. Nie staraj się tylko powiedzieć wszystkiego naraz, bo nic z tego nie wyjdzie.
Jimmy nabrał tchu.
— A więc przyszedł dziś do pana Pendletona pan doktor Chilton i rozmawiali w bibliotece.
Jimmy zatrzymał się i pytającym wzrokiem spojrzał na pannę Polly.
— Dobrze, rozumiem. Cóż dalej?
— Okno było otwarte, a ja pracowałem w ogródku tuż pod oknem i słyszałem całą rozmowę.
— Jak to! Podsłuchiwałeś?
— Nie, proszę pani! — Jimmy wyprostował się dumnie. — Nie podsłuchiwałem, tylko usłyszałem niechcący rozmowę i bardzo się z tego cieszę. Pani to zrozumie, gdy jej wszystko opowiem: otóż jest możliwość przywrócenia Pollyannie zdolności chodzenia!
— Co to ma znaczyć, Jimmy?
Panna Polly zdradzała coraz większe zainteresowanie.
— Doktor Chilton zna jednego doktora, który mógłby uleczyć Pollyannę, ale przedtem powinien sam ją zbadać i dlatego bardzo chce ją zobaczyć. Tylko powiedział panu Pendletonowi, że pani nie zgodziłaby się na to...
Twarz panny Polly pokryła się silnym rumieńcem.
— Ależ, Jimmy, ja nie mogę... nie mogłabym... to znaczy... ja nie wiem — wołała panna Polly, załamując ręce.
— Właśnie dlatego przyszedłem — powiedział Jimmy spokojnie. — Mówili, że z pewnych powodów, których nie zrozumiałem, pani nie zgodzi się, aby doktor Chilton przyszedł, że pani odmówiła już doktorowi Warrenowi, że doktor Chilton sam nie może przyjść bez zaproszenia z powodu jakiejś tam ambicji zawodowej i jeszcze dużo innych rzeczy. Mówili potem, że gdyby tak ktoś powiedział pani o tym wszystkim... tylko nie wiedzieli kto, a wtedy ja pod oknem pomyślałem, że mógłbym to zrobić i natychmiast przybiegłem. Czy pani teraz wszystko zrozumiała?
— Owszem, Jimmy, ale kto jest ten doktor? — pytała nerwowo panna Polly. — Gdzie on jest? Czy oni są pewni, że potrafi uzdrowić Pollyannę?
— Nie wiem, tego nie mówili. Tylko doktor Chilton wspominał, że ów doktor wyleczył już podobny wypadek. Zresztą chodziło im o to tylko, żeby doktor Chilton mógł zobaczyć i zbadać Pollyannę. Pani go teraz zaprosi! Nieprawdaż?
Panna Polly odwróciła głowę. Początkowo nawet Jimmy myślał, że płacze. Lecz panna Polly nie płakała i po chwili powiedziała stanowczo:
— Owszem, zawezwę go! Zrobię to nawet zaraz za pośrednictwem doktora Warrena, który, zdaje mi się, poszedł przed chwilą na górę. A tobie, Jimmy, dziękuję i... wracaj teraz do domu!
Doktor Warren zdziwił się, zobaczywszy w przedpokoju pannę Polly, wyglądającą na podnieconą, z zaczerwienionymi policzkami, a jeszcze bardziej był zdumiony, gdy mu powiedziała:
— Panie doktorze! Prosił pan o pozwolenie zaproszenia na konsylium doktora Chiltona, wówczas nie zgodziłam się na to. Otóż obecnie rozmyśliłam się i życzę sobie, aby go pan zaprosił. Chciałabym, aby pan to zrobił zaraz... natychmiast... i z góry dziękuję!
Rozdział XXIX. Nowy wuj
Gdy następnym razem doktor Warren wchodził do pokoju Pollyanny, szedł za nim drugi, wysoki, barczysty mężczyzna.
— Doktor Chilton, ach, doktor Chilton! Boże, jak się cieszę, że pana widzę! — zawołała Pollyanna ze łzami wzruszenia w głosie. — Ale przecież ciocia Polly nie życzyła sobie...
— Wszystko jest w porządku, kochanie — przerwała panna Polly, która, wchodząc za nimi, usłyszała ostatnie słowa Pollyanny. — Chciałam, żeby doktor Chilton zbadał cię dziś razem z doktorem Warrenem.
— Więc ciocia prosiła go o przybycie?
— Owszem, kochanie, prosiłam... to znaczy...
Ale już było za późno: uszczęśliwiony wzrok, jakim doktor Chilton po tych słowach spojrzał na pannę Polly, mógł mieć tylko jedno znaczenie. Panna Polly zrozumiała go dobrze i zarumieniwszy się, wyszła z pokoju.
Podczas gdy doktor Warren, stojąc przy oknie, rozmawiał z pielęgniarką, doktor Chilton podszedł do Pollyanny i wyciągnął do niej ręce.
— Najlepszy uczynek, jaki kiedykolwiek zrobiłaś w życiu, zrobiłaś dziś, kochanie! — powiedział wzruszonym głosem.
A gdy tegoż dnia o zmroku, podczas gdy pielęgniarka jadła na dole kolację, ciocia Polly, jakaś inna, jakby odmieniona, usiadłszy przy łóżku Pollyanny, powiedziała jej drżącym ze wzruszenia głosem:
— Pollyanno, dziecino kochana, chcę ci coś powiedzieć... tobie pierwszej... Otóż w tych dniach będziesz miała nowego wuja, a wujem tym będzie... doktor Chilton! I żebyś wiedziała, dziecinko, że jest to twoja zasługa, że jestem w tej chwili szczęśliwa i zadowolona!
...Pollyanna na chwilę zaniemówiła — tak zaskoczyła ją ta nowina.
— Ciociu — powiedziała po chwili — czyżby to ciocia była tą, której serce doktor Chilton tak od dawna pragnął posiadać? O tak, to ciocia, na pewno ciocia! Rozumiem teraz, dlaczego powiedział mi, że dziś zrobiłam najlepszy uczynek w życiu! Ciociu kochana, tak mi dobrze, tak się cieszę, że nawet nie myślę o moich nóżkach!
Panna Polly wstrzymała łkanie.
— Nie wiadomo, kochanie, może pewnego dnia... — lecz nie dokończyła, gdyż nie śmiała jeszcze mówić o tej nadziei, którą dał jej doktor Chilton. Po chwili jednak powiedziała coś, co już było wystarczającym pocieszeniem dla Pollyanny:
— Pollyanno! W przyszłym tygodniu udasz się w podróż. W wygodnym małym łóżeczku przeniosą cię do wagonu i zawiozą daleko stąd, do lecznicy pewnego doktora, który leczy podobne wypadki bezwładu nóg. Jest to przyjaciel doktora Chiltona. Zobaczymy, co potrafi dla ciebie zrobić.
Rozdział XXX. List Pollyanny
„Kochani Ciociu i Wuju!
Już, już mogę chodzić! Przeszłam dziś od łóżka do okna! Co prawda, to sześć kroków tylko, ale jak dobrze stać na własnych na nogach! Wszyscy doktorzy patrzyli i uśmiechali się, a pielęgniarka płakała. Jedna pani, która jest tu w lecznicy i zaczęła chodzić w zeszłym tygodniu, przyszła sama popatrzeć, a druga, która spróbuje chodzić dopiero za kilka dni i którą przyniesiono, aby zobaczyła, jak się to odbywa, śmiała się i klaskała z radości w dłonie. Nawet mała Murzynka, która myje podłogi, patrzyła przez drzwi i, zdaje mi się, też płakała. Nie rozumiem tylko, dlaczego one płaczą? Ja bym krzyczała i śpiewała z radości! Pomyśleć tylko, że mogę chodzić, chodzić, chodzić! Teraz już nie szkoda mi tych sześciu miesięcy, które tu przeleżałam. Zresztą byłam przecież obecna przy ślubie, bo ciocia była tak dobra, żeście wtedy przyjechali tu, bym mogła was widzieć.
Doktorzy powiadają, że prędko już będę mogła wrócić. Chciałabym wracać do domu na piechotę! Nie wiem, czy będę miała ochotę wracać koleją: przecież to tak przyjemnie chodzić! Tak mi dobrze, tak się ze wszystkiego cieszę! Cieszę się nawet z tego, że przez pewien czas nie mogłam władać nogami, bo wy nigdy, nigdy nie zrozumiecie, jak to przyjemnie móc chodzić, gdy się przedtem nie mogło. Jutro już zrobię osiem kroków!
A teraz ściskam Was oboje mocno, mocno.
Pollyanna”.
Przypisy:
1. mila — dawna miara odległości równa ok. 1,6 km; sześć mil to ok. 10 km. [przypis edytorski]
2. ochronka — dom opiekuńczy; tu: dom sierot. [przypis edytorski]
3. zgorszony — taki, który zgorszył się czymś, tzn. poczuł, że naruszono zasady przyzwoitości, moralności. [przypis edytorski]
4. dobroczynność — tu: towarzystwo dobroczynności, instytucja zajmująca się niesieniem pomocy osobom jej potrzebującym. Instytucje takie najczęściej dbają o zapewnianie swoim podopiecznym mieszkania, wyżywienia, ubrania, środków higieny i innych rzeczy niezbędnych do życia. [przypis edytorski]
5. bacznie — uważnie. [przypis edytorski]
6. stangret — służący powożący końmi w bryczce, powozie lub karecie. [przypis edytorski]
7. Czegoście się tak przestraszyli? — inaczej: Czego się tak przestraszyliście? [przypis edytorski]
8. Grubianno — przezwisko utworzone od przymiotnika grubiański, tj. niegrzeczny, prostacki. [przypis edytorski]
9. zażenowany — zawstydzony. [przypis edytorski]
10. świerzb — choroba skóry spowodowana przez pajęczaka, świerzbowca, objawiająca się swędzeniem i zmianami na skórze, same pasożyty trudno zobaczyć (mierzą ok. 0,3 mm). [przypis edytorski]
11. nużby się spóźniła — akurat spóźniłaby się. [przypis edytorski]
12. ujma — coś, co obraża a. poniża; być ujmą dla kogoś: przynosić komuś wstyd, hańbić kogoś. [przypis edytorski]
13. rezolutnie — śmiało, inteligentnie. [przypis edytorski]
14. portiera — ciężka zasłona, szczególnie: zasłona zawieszona w drzwiach wejściowych do pomieszczenia. [przypis edytorski]
15. aczkolwiek — choć, chociaż. [przypis edytorski]
16. fryga (daw.) — zabawka dziecięca: bączek; w przenośni: ktoś zwinny, ruchliwy. [przypis edytorski]
17. poróżnić się — posprzeczać się, pokłócić się. [przypis edytorski]
18. skonstatować — stwierdzić. [przypis edytorski]
19. trzymać kościotrupa w szafie (ang. skeleton in the closet a. skeleton in the cupboard) — Przenośnia używana w języku angielskim na określenie tajemnicy ukrywanej przez kogoś. [przypis edytorski]
20. konsylium — narada lekarzy, mająca na celu ustalenie, co dolega pacjentowi (tj. diagnozy choroby) oraz sposobu leczenia. [przypis edytorski]
21. interesowny — kierujący się korzyściami materialnymi. [przypis edytorski]
22. nie omieszkać — nie zaniedbać sposobności zrobienia czegoś. [przypis edytorski]
23. wytłumaczże — konstrukcja z partykułą -że; znaczenie: wytłumacz koniecznie. [przypis edytorski]