II. Byłażby to ta sama?
Nazajutrz po przybyciu pani Warskiéj do Jodłowéj, w mieszkaniu dzierżawcy Dembowskiego panował ten smutny ruch i zachód, który znamionuje zwykłe wejście do domu nieproszonego gościa — choroby. Pani Dembowska leżała w silnéj gorączce, a zapłakane jéj córki, zapomniawszy już o tak zajmującém je wczoraj przybyciu dziedziczki i o swoich świeżych niebieskich sukienkach, krzątały się na palcach około choréj matki i szeptały z sobą pocichu, znosząc jéj do łóżka słoiczki i buteleczki z domowemi lekami.
Magdzia wybiegała często na ganek i, ręką zasłaniając wzrok od słonecznego światła, patrzyła w stronę szerokiéj drogi, wiodącéj z N., a gdy ją pustą ujrzała, wzdychała, ocierała łzy ponsową na szyi zawiązaną chusteczką i, wróciwszy do pokoju, szeptała siostrom:
— Jeszcze nie widać doktora.
A w domu dziedziczki cicho było i spokojnie. Od dziedzińca smugi słonecznych promieni przez okna płynęły na lśniące posadzki salonów, od ogrodu, przez drzwi otwarte, wiała do wschodniego gabinetu woń wiosennych kwiatów.
Około południa do gabinetu tego weszła z ogrodu pani Warska. Ubrana była w biały kaszmirowy szlafroczek, przewiązany w pasie grubym sznurem z niebieskiego jedwabiu, i takiż sznur w misternych skrętach zdobił jéj głowę, niby wąż opasując warkocze i wijąc się między włosami. Wbiegła do gabinetu, śpiewając aryą z Rigoletta: la donna e mobile; rękawiczki i parasolkę rzuciła na otomankę, a sama usiadła na taborecie przy drzwiach otwartych, wpatrując się w śnieżny i drżący rosą kielich narcyzu zerwanego w ogrodzie.
Uchyliła się portyera i we drzwiach stanął Ignacy.
— Co powiész, mój stary? — żartobliwie spytała, zwracając się ku niemu, Klotylda.
— Pan Dembowski pyta, czy może panią widziéć?
— Proś, proś, niech wejdzie tutaj.
Po chwili w przyległym salonie dały się słyszéć ciężkie kroki i niebawem ogromna statura szlachcica pojawiła się na tle wschodniéj draperyi gabinetu.
— Dzień dobry panu — rzekła Klotylda, powstając nieco i podając mu rękę, — niech pan siada. — I wskazała mu taboret naprzeciw swego.
Dembowski pocałował rękę pięknéj dziedziczki i usiadł tak lekko, aż taboret jęknął; ale nie zaśmiał się swojém serdeczném ha, ha, ha! tylko przygryzał siwego wąsa i dwie zmarszczki zrysowały jego zwykle rozpogodzone, otwarte czoło.
— Przyszedłem — rzekł usiadłszy, zdać pani dobrodziejce sprawę ze stanu gospodarstwa w Jodłowéj i zasięgnąć jéj zdania, a raczéj zezwolenia, co do pewnych zmian, jakie uczynić myślę.
Cały ten okres wypowiedział, nie wtrąciwszy ani razu „mosanie tego”, co było u niego oznaką niezmiernego zakłopotania czy zmartwienia.
— Wiem, panie Dembowski — uprzejmie odpowiedziała Klotylda, — że Jodłowa nie może być w lepszych ręku jak w pańskich i że wszystko, coś pan uczynił lub uczynić zamierzasz, musi być dobre. Wszakże nie uchylam się od osobistego wejrzenia w stan mego majątku, tylko odkładam to na potém. Za kilka dni przejrzymy z panem wszystko i wspólnie się naradzimy; dziś mam kilka korespondencyi do napisania i czuję się nieco zmęczona podróżą.
— Jeżeli tak — rzekł, powstając Dembowski, — wielką i mnie robi pani łaskę tą zwłoką, bo, Bogiem a prawdą mówiąc, przyszedłem dziś z mojém sprawozdaniem tylko przez poczucie obowiązku, ale, mosanie tego, łeb mam dziś czém inném zajęty.
I energicznie uderzył się dłonią w czoło.
— Cóż to? czy nie zmartwienie jakie? — życzliwie spytała Klotylda.
— Zmartwienie, zmartwienie, pani dobrodziejko! Żonisko mi się rozchorowało, mosanie tego, ni ztąd, ni z owąd, a nim doktor przyjedzie, Bóg wié, co się stać może.
Łzy zakręciły się w oczach starego szlachcia i chciał pożegnać dziedziczkę.
— A czy daleko mieszka doktor? — spytała ona.
— Dobrą milę ztąd, w N.
— Posłałeś pan po niego?
— Od kilku godzin, mosanie tego, ale widać go w domu nie znaleźli.
— A to nim doktor przyjedzie, ja pójdę chorą zobaczyć i może tymczasem poradzę cokolwiek, aby jéj ulgę przynieść. Idę z panem.
Mówiąc to, szybko włożyła rękawiczki, wzięła parasolkę i po chwili była z dzierżawcą na dziedzińcu.
— Bo to, widzisz pan — mówiła idąc, — gdym mieszkała w wielkich miastach, nieraz godziny całe rozmawiałam o medycynie z uczonymi doktorami i czytałam téż trochę książek, traktujących tę naukę; dla tego zdarza mi się niekiedy, w nagłéj potrzebie, tymczasową przynajmniéj dać radę choremu.
— Jakto, i pani dobrodziejka nad takiemi rzeczami łamała sobie głowę? — spytał Dembowski z pewném niedowierzaniem, spoglądając na piękną główkę, strojną w warkocze i sznur błękitny.
— A dla czegóż-by nie? — odparła Klotylda. — Przecież choć małą wiedzą w tym względzie można czasem komuś pomódz. Nie jest to zresztą nic nadzwyczajnego, bo są kraje na świecie, w których kobiety wiele się uczą i zostają naprzykład doktorami, profesorami i t. d., tak dobrze, jak mężczyźni. A i mnie bardzo często przychodziła myśl i ochota oddać się wyłącznie jakiemu naukowemu zawodowi, tylko, niestety! zawsze mi zabrakło wytrwania.
Dembowski uszom swoim nie wierzył; kobieta-doktor nie mogła się pomieścić w jego głowie.
— A to, Panie odpuść, piękni tam doktorowie: baby! — pomyślał, i dodał głośno:
— I nacóż-by to się zdało pani dobrodziejce, za pozwoleniem, mosanie tego?
— Na co? — odparłą Klotylda. — O! panie Dembowski, szczęśliwy każdy, czy to mężczyzna, czy kobieta, kto serce i umysł swój zajmie poważnemi rzeczami, nauką, pracą; bo przez to wiele dobrego innym zdziałać może i sam nierównie lepszym się staje.
W téj chwili weszli oboje do szarego domu dzierżawcy.
W bawialnym pokoju trzy panny Dembowskie, zarumienione i nieśmiałe, spotkały dziedziczkę Jodłowéj, którą nadchodzącą ujrzały przez okno.
— Dzień dobry paniom — rzekła uprzejmie Klotylda, ujmując je z kolei za ręce. — W przeszłym roku widziałyśmy się parę razy, ale króciutko; spodziewam się, że tego lata częściéj widywać się będziemy. Z góry wpraszam się do waszych młodziutkich serduszek i sama już kocham was, jako córki najzacniejszego ojca.
Elżusia i Antosia ze spuszczonemi oczyma oddały Klotyldzie nieśmiały uścisk ręki; jedna tylko Magdzia z zachwytem wpatrzyła się w jéj twarz, poczém schyliła się nagle i gorąco ucałowała jéj rękę. Klotylda podniosła jasnowłosą główkę dziewczęcia i na ustach jéj złożyła serdeczny pocałunek.
— Zaprowadźcie mnie do swojéj mamy — rzekła po chwili — nim doktor przyjedzie, może ja jéj co pomogę.
Dziewczęta zdziwione spojrzały po sobie, a piérwsza Magdzia wskazała drzwi sypialnego pokoju matki.
Klotylda stanęła przed łóżkiem Dembowskiéj, która w gorączce nie poznawała nikogo. Twarz bogatéj i świetnéj pani wyrażała w téj chwili serdeczne spółczucie i powagę. Ujęła rozpaloną rękę choréj, położyła dłoń na jéj czole i przez chwilę stała tak, pogrążona w głębokim namyśle. Potém zwróciła się do Magdzi i rzekła z cicha:
— Niech pani każe przynieść lodu; matce pani trzeba lód do głowy przykładać, inaczéj zapalenie rozwinie się szybko, nim doktor przyjedzie.
Magdzia wybiegła. Klotylda znowu zamyśliła się nad chorą, a Elżunia i Antosia szeptały między sobą:
— Jaka ona piękna!
— Jaka dobra, serdeczna!
— Czy ona się zna na doktorstwie?
— Zapewne, musi być bardzo rozumna.
Dembowski wysunął się pocichu z pokoju. Przyniesiono lód i córki podeszły do łóżka.
— Już ja to sama zrobię — rzekła Klotylda, — a do pomocy biorę tylko Magdzią. Wszakże tak ci na imię, miłę dziecię?
— Tak, proszę pani — odpowiedziała dziewczyna, podnosząc znowu z zachwytem do ust rękę pani Warskiéj.
Klotylda uklękła przy łóżku choréj i z pomocą Magdzi zaczęła przykładać lód do jéj głowy.
Dobra godzina tak minęła, gdy pod gankiem dał się słyszéć turkot kół i otworzyły się drzwi sypialnego pokoju.
Magdzia pokraśniała, a Klotylda zwróciła głowę ku drzwiom, w których pojawił się Lucyan Dolewski.
Wzrok młodego doktora padł najprzód na klęczącą u łóżka choréj i twarzą zwróconą ku niemu kobietę w bieli. Wązki promień słońca, przekradając się z za rolety zasłaniającéj okno, wyraźnie rozświecał na mroczném tle pokoju jéj strojną i piękną głowę.
Lucyan zatrzymał się u drzwi przez krótką chwilę i patrzył; nie znał on kobiety, którą ujrzał niespodzianie, nie wiedział kto ona, a jednak był pewny, że gdzieś, kiedyś ją widział. Twarzą jéj wywołana, stanęła w mgnieniu oka przed wyobraźnią jego ciemna głąb’ kościelnéj kaplicy i o biały filar oparta, zgięta boleścią, postać kobiety. „Byłaż-by to ta sama?” pomyślał i przypomniał sobie jeszcze, że tę samę twarz, tę samę postać kobiecą widział raz już w przeszłości... w jakimś pięknym, gorącym śnie...
Na widok wchodzącego doktora, Klotylda powstała i odeszła z Magdzią ku oknu, a pan Dembowski zbliżył się z Lucyanem do łóżka.
Lucyan badał przez chwilę chorą, a w końcu rzekł do Dembowskiego:
— Choroba nie rozwinęła się jeszcze zupełnie; mam nadzieję, że będziemy mogli zapobiedz złemu jéj kierunkowi. Ale — dodał — któż to z państwa tak trafnie zastępował mię dotąd przy choréj? Podziwiać należy niekiedy dobre przeczucie, bo przykładanie lodu do głowy niezmiernie tu było potrzebne i o wiele wstrzymało postęp choroby.
Dembowski rozjaśnił czoło i za całą odpowiedź pocałował w rękę Klotyldę.
Klotylda patrzyła ciągle na doktora, z wyrazem, który oznaczał lekkie podziwienie; zdawało się, jakby przypominała sobie także, gdzie i kiedy go widziała.
— Ja to — ozwała się w końcu, widząc, że doktor ze zdziwieniem patrzy na oznakę milczącéj wdzięczności Dembowskiego — ja to odważyłam się w nieobecności pana udzielić rady, któréj pomyślne skutki widziałam wiele razy.
Lucyan skłonił się lekko i całą uwagę swą zwrócił na chorą, obok któréj usiadł, a Klotylda z Magdzią wyszły do bawialnego pokoju i, chodząc, rozmawiały ze sobą. Prostota w obejściu się i serdeczność świetnéj pani Warskiéj tak ośmieliły wiejską dziewczynę, iż z całą naiwnością i szczerotą oddała się sympatyi, jaką poczuła do dziedziczki Jodłowéj i, trzymając jéj rękę, opowiadała o swoich zatrudnieniach, sposobie życia, sielskich przyjemnościach i t. d.
— Jak się nazywa doktor, który leczy twoję mamę? — spytała Klotylda.
— Pan Lucyan Dolewski — odpowiedziała Magdusia, a świeża, choć opalona jéj twarzyczka, zapłonęła żywym rumieńcem. Uśmiechnęła się, spostrzegłszy to, Klotylda.
— Czy pan Dolewski dawno tu mieszka? — spytała znowu.
— Zdaje mi się, że właśnie za miesiąc trzy lata się skończą od czasu, jak przyjechał do N.
Klotylda poruszyła głową, jakby namyślając się nad czémś, i szepnęła do siebie:
— Dziwna rzecz! więc chyba to nie on tam był.
— Co pani mówi? — spytała Magdzia.
— Nic, nic, moja droga. Powiedz mi, dlaczego pan Dolewski wybrał sobie miejsce pobytu w takiéj mieścinie, jak N.?
— Bo tam, proszę pani, mieszka jego matka, staruszka, któréj smutno-by było rozstać się albo z synem, albo z miejscem, w którém całe życie przepędziła. Pan Lucyan bardzo kocha swoję matkę i dla niéj pozostał w N.
— To bardzo pięknie z jego strony — odrzekła Klotylda i myślą pytała siebie ciągle: gdzie ja jego widziałam? czy to był on, czy któś do niego podobny?
Przeszło dobre pół godziny, nim pan Dembowski wyszedł z Lucyanem z pokoju choréj. Doktor poważny był i zamyślony, twarz Dembowskiego rozjaśniła się nadzieją.
— Oto jest, pani dobrodziejko — rzekł, zbliżając się do Klotyldy i wskazując jéj doktora, — nasz kochany eskulap, mosanie tego, Lucyan Dolewski, a to, Lucysiu, śliczna moja dziedziczka, pani Warska, któréj ja od lat dziewięciu jestem najpokorniejszy sługa i podnóżek, mosanie tego.
— Miło mi powitać w pani sąsiadkę — rzekł, kłaniając się Lucyan, — o ile zaś wnosić mogę z tak trafnie udzielonéj przed chwilą rady, trochę... kolegę w zawodzie medycznym.
— Gdybym była mężczyzną — odrzekła Klotylda — miałbyś pan ze mnie niezawodnie kolegę, bo w hierarchii nauk medycynę niezmiernie wysoko stawiam, a ludzi, którzy z zamiłowaniem oddają się trudnemu lekarskiemu powołaniu, bardzo wysoko szacuję. Jakże pan znajduje stan pani Dembowskiéj?
— Choroba jest dość ważna, ale środki zaradcze nie będą spóźnione. Mam nadzieję, że niebezpieczeństwo nie zagrozi choréj.
Gdy Lucyan to mówił, Magdzia z nieopisanym wyrazem patrzyła na niego. Błękitne jéj oczy, zaszłe mgłą łez na myśl o chorobie matki, wpatrywały się w twarz doktora z rodzajem wielbiącéj wdzięczności. Spojrzeniu temu towarzyszył ciągle znikający i odradzający się rumieniec. Ale ani rumieńca, ani wyrazu oczu Magdzi nie widział Lucyan, bo patrzył ciągle na panią Warską, a w myśli krążyły mu ciągle wyrazy:
— Byłaż-by to ta sama?
I Klotylda patrzyła na niego, ale inaczéj, niż Magdzia. Ciemne jéj oczy, w téj chwili bardzo czarne i migocące złotemi w głębi ognikami, wpatrzyły się w twarz doktora badawczo, uparcie, a w myśli jéj krążyło ciągle pytanie:
— Byłże-by to ten sam?
Cudowną jest gra oczów ludzkich! Kto umié w nich czytać, może z nich wysnuć całą historyą serc, minioną i przyjść dopiéro mającą. Inaczéj patrzą szczęśliwi zawsze; inaczéj ci, co wiele cierpią; inaczéj tacy, których uczucia burzliwe są i namiętne; inaczéj ci, którzy czują głęboko, ale łagodnie i słodko. A zawsze dla badacza język spojrzeń wymowniejszy być może niż mowa ludzka, któréj wyrazy, według słów poety:
„W ustach wietrzeją, na powietrzu stygną”.
Po kilku chwilach rozmowy, Lucyan skłonił się lekko dwom paniom i odszedł do stołu, na którym leżały przyrządy do pisania. Spojrzenie Klotyldy szło za nim ciągle, a on, jakby pociągnięty magnetyczną jego siłą, odwrócił się i spotkał się z jéj oczyma. Wyraz twarzy jego nie zmienił się, tylko ręka, rozdzierająca papier, lekko zadrżała.
Po zapisaniu recepty spojrzał znowu na Klotyldę, która, profilem zwrócona ku niemu, z zamyśleniem patrzyła w okno. Profil ten bardziéj jeszcze przypomniał mu mroczną kaplicę i rozpłakaną kobietę.
W téj chwili Klotylda, któréj się zdawało, że nikt na nią nie uważa, przesunęła zwolna rękę po czole i lekko westchnęła. Lucyan orzucił wzrokiem całą jéj postać, kształtną i smukłą; potém, oczy jego od błękitnéj przepaski przeniosły się na pochyloną nieco głowę, utonęły w bogactwie włosów, strojnych w smugi błękitne i zatrzymały się na białym profilu, którego linie były-by rozkoszą Fidyaszowego oka. Nikogo nie było w pokoju; Klotylda stała nieruchoma, sądząc zapewne, że doktor zajęty był jeszcze pisaniem; w końcu zwróciła nagle twarz ku niemu i dojrzała jego błyszczące, przykute do niéj spojrzenie. Oczy jéj nie były już w owéj chwili tak płonące, ani tak czarne, jak wprzódy, ale stały się ciemne, łagodne i smutne. Lucyan powstał i chciał się do niéj zbliżyć, gdy w tém ona sama postąpiła ku niemu i, podając mu rękę, rzekła:
— Mam nadzieję, że zechcesz pan zostać moim znajomym. Gdy mieszkam w Jodłowéj, przepędzam czas samotnie, jak pustelnica, i każdemu, kto mnie odwiedza, rada jestem bardzo.
Lucyan ukłonił się w milczeniu, Klotylda wydobyła z za przepaski zegarek i, patrząc nań, dodała:
Jeżeli chora nie potrzebuje ciągłéj obecności pana, to może pan zechcesz zjeść ze mną obiad. Jadam o godzinie szóstéj, a w téj chwili jest trzecia.
— Z przyjemnością skorzystam z zaproszenia pani, jeśli tylko pozwoli mi na to stan choréj — odpowiedział Lucyan z ukłonem.
Klotylda skinęła wdzięcznie głową, uśmiechnęła się i wyszła, a po chwili Lucyan słyszał, jak w przyległym pokoju żegnała Dembowskiego i jego córki. Stał, jakby czarem przykuty do miejsca, na którém z nią rozmawiał i, słuchając jéj głosu, pomyślał:
— Tak, najpewniéj jest to ta sama!
W godzinę potém, Lucyan oznajmił rodzinie Dembowskich, że chora nie jest i prawdopodobnie nie będzie zagrożona żadném niebezpieczeństwem, a uspokojona tém Magdzia rzekła do niego:
— Nie prawdaż, panie Lucyanie, że pani Warska jest bardzo piękna?
— Tak — odpowiedział doktor; — ale jakim sposobem znalazła się ona u państwa przy łóżku choréj?
— O, pani Warska taka jest dobra! Gdy się tylko dowiedziała od ojca, że mama chora, natychmiast przyszła, zaczęła pocieszać nas, serdecznie z nami rozmawiać, poszła do mamy i tak się nią zajmowała, że doprawdy mnie aż łzy wdzięczności w oczach stawały.
— Więc o tyle jest dobrą, o ile piękną — rzekł jakby do siebie Lucyan i dodał, zwracając się do Magdzi:
— Czy pani wié, co najwięcéj podoba się w kobiecie i co najczęściéj ku niéj pociąga?
Magdzia oderwała wzrok od zielonéj gałązki, z którą bawiła się machinalnie, i spojrzała na niego z lekkiém zdziwieniem.
— Dobroć i smutek — dodał z dziwnym oddźwiękiem w głosie i wyszedł do pokoju choréj.
Magdzia siedziała przez chwilę zamyślona, oskubując listki gałązki, a w końcu szepnęła:
— Więc jemu podobać się może kobieta dobra i smutna. Mój Boże! ja przecież nie jestem zła, i smutna bywam nieraz, o nieraz! a jednak...
Wstała i powoli podeszła do zwierciadła. Spojrzała na swoję okrągłą i opaloną twarz, na swoję ciemną perkalikową i niezbyt świeżą sukienkę i porównała siebie myślą z delikatną, strojną, pełną wytwornego piękna, panią Warską. Daleko odrzuciła od siebie gałązkę zieloną i zakryła twarz rękoma, szepcąc:
— Jaka ja jestem straszna! on mnie nie może nigdy kochać! On ją będzie kochał, tak, niezawodnie, przeczuwam, że ją będzie kochał!...
Z zakrytemi oczyma stała przez chwilę, potém podniosła głowę, jak do modlitwy złożyła ręce i, wznosząc oczy ku błękitnemu niebu, które za oknem lśniło pogodą, rzekła cicho:
— Boże mój, Boże! nie patrz na łzy moje i smutek i jemu tylko daj szczęście!
W téj chwili rumiana i niezbyt ładna twarz wiejskiego dziewczęcia opromieniła się aureolą wielkiéj, bezsamolubnéj miłości i bohaterskiego zaparcia się siebie.
Tak niekiedy w sercach ludzi, żadną zda się nie zasiane ręką, wyrastają cnoty wielkie, niby przez naturę pielęgnowane kwiaty na czystém polu. Co tchnęło je w piersi człowieka, on sam o tém nie wié; zaczął kochać, poświęcać się, wyrzekać się siebie, tak, jak kwiat zaczyna kwitnąć i woń rozlewać, z wyższego rozporządzenia jakiegoś, z rozkazu natury, na świadectwo czystości ludzkiego ducha.
Około godziny szóstéj po południu Lucyan wchodził do wytwornego mieszkania pani Warskiéj. Stary Ignacy, który otrzymał był widać od swéj pani rozkaz w tym względzie, z ganku wprowadził go do jadalnéj sali i szedł daléj przed nim, wskazując mu drogę i podnosząc ciężkie u każdych drzwi portyery.
Stanąwszy we drzwiach wschodniego gabinetu, kamerdyner z ukłonem wymówił nazwisko gościa i sam się cofnął, a Lucyan ujrzał pół-leżącą na otomance Klotyldę.
Powstała na jego widok, postąpiła kilka kroków i podała mu na powitanie ciepłą, miękką dłoń.
Drzwi od ogrodu były otwarte, woń narcyzów płynęła przez nie i łączyła się z silnym zapachem kwiatów, ustawionych po rogach pokoju w dwie spiralne kolumny. Zachodzące słońce złociło głowy białych posągów, stojących naprzeciw drzwi w ogrodzie i, przekradając się przez lustrzane szyby okien, rzucało czerwonawe smugi na barwną draperyą ścian. Cisza głęboka otaczała miękki i wonny pokój; tylko z ogrodu dochodził lekki szum jodeł i kiedyniekiedy przerywany śpiew słowika, który, w jednym z brzozowych gajów odbywał piérwsze wiosenne próby swego głosu.
Wszyscy ludzie w ogólności, a szczególniéj wrażliwi i namiętni, podlegli są niezmiernie wpływom zewnętrznego otoczenia. Klotylda, stojąca na środku wytwornego pokoju, otoczona grą barw i świateł, owiana upajającą wonią kwiatów, ukazała się Lucyanowi piękniejszą jeszcze, niż wprzódy. Przez chwilę wydało mu się, że siłą jakąś magiczną został przeniesiony do jednego z tych bajecznych, zaklętych pałaców, w którym przedziwnie piękne mieszkają księżniczki.
Wytworne piękno, śród którego się znalazł, silnie działając na estetyczny smak i gorącą wyobraźnią jego, upoiło go na chwilę, jak opium; ale szybko otrząsnął się z tego odurzającego wrażenia i, zaczynając piérwszy rozmowę, rzekł, iż bardzo się cieszy, mogąc udzielić pani Warskiéj dobrych wieści o choréj, którą tak żywo zajmować się zdawała. W końcu dodał:
— Jeżeli niebezpieczeństwo stanowczo usunięte zostało, pani przyczyniłaś się w części do tego trafną radą, która uprzedziła moje przybycie.
— Podwójnie więc zadowolona jestem — odrzekła Klotylda. — Innych środków nie odważyła-bym się używać dla choréj, bez zatwierdzenia medycznego autorytetu, ale ten, jaki radziłam, wiedziałam z pewnością, że jest niezbędny i pomocny.
— Czyś pani studyowała medycynę? — z uśmiechem spytał Lucyan.
— Zawsze miałam szczególną predylekcyą do téj nauki. Kilkakrotnie już zamyślałam expatryować się do Anglii lub Ameryki i oddać się wyłącznie temu zawodowi; nigdym jednak nie wytrwała w zamiarze i skończyło się na tém, żem nie opuszczała żadnéj sposobności słuchania kursów publicznych medycyny, oddając się przytém z wielkiém zamiłowaniem naukom przyrodniczym, które są jéj podstawą.
Lucyan przypatrywał się jéj już nie tylko z zajęciem, ale i z ciekawością.
— Pani więc jesteś rzadkim wyjątkiem między kobietami, które ogólnie mało oddają się nauce i poważnéj pracy — rzekł po chwili.
— O! i jam się téż mało, zbyt mało jéj oddawała. My, kobiety, w niedogodnych pod tym względem zostajemy warunkach. A jednak nauka i praca podnosi, tak kobietę, jak i mężczyznę, tak jéj, jak i jemu, bywa pociechą w cierpieniu, dźwignią w upadku, hamulcem w namiętności. Panowie szczęśliwsi jesteście, że się możecie uczyć wiele i gruntownie, że macie pole do wprowadzania w czyn waszéj wiedzy i rozwinięcia całéj energii waszéj działalności. To was zbawia... podczas kiedy my, jeśli życie nas zawiedzie, nie zapełniwszy nam serca miłością żony i matki, nic już więcéj na świecie do czynienia nie mamy i wszystkie siły nasze żywotne musimy wkładać w błahe próżnostki, we fraszki, w zboczenia nieraz, które opłakujemy same, ale w które wpadamy; bo taką jest nieubłagana logika życia ludzkiego, iż każdy człowiek w cośkolwiek wlać musi całą energią swoję i miłość.
— Nie zawsze tak bywa, jak pani mówi — odpowiedział doktor po chwili milczenia. — I my, mężczyźni, ustrojem społecznym, niezależnemi od nas okolicznościami, zbyt często skrępowani bywamy i, nie mogąc rozwinąć energii i myśli naszéj, rzucamy się jak w klatce i targamy nasze pęta, nie mogąc ich rozerwać. W podobnych położeniach jedni z nas rezygnują się i, poprzestając na szczupłym zakresie, umieją jako tako w mikroskopijném swojém kółku stać się spokojnymi i użytecznymi. Innych ogarnia apatya, sen moralny. Tacy, zdobywszy jaki taki dobrobyt, usypiają w wygodnym fotelu, po smacznym obiedzie, śmiejąc się z tych idei, które niegdyś tak bardzo kochali i starając się przekonać siebie samych, że ludzkość, kraj, nauka, są to mrzonki, za któremi w pogoni nóg sobie łamać niewarto. Inni jeszcze, najnieszczęśliwsi, ani zrezygnować się, ani usnąć w klatce nie mogą. Nie potrafią oni zgasić w sobie płomienia własnego ducha; więc, w ciasnych ścianach klatki swojéj, targają się nieustannie; pragnienia ich i myśli odlatują daleko, unosząc z sobą spokój, dręcząc ich obrazami szerokiego świata, w który im uleciéć nie wolno. Na takich czyhają straszne hydry namiętności, zgubnych często, w których objęcia rzucają się z szałem, radzi, że się upoją, że zapomną, że w cokolwiek wlać będą mogli ogniste siły swojéj natury. Tacy ludzie stają się czasem pijakami, a czasem — dodał z uśmiechem — zabijają się lub umierają z miłości dla kobiet.
— Więc pan sądzisz, że z miłości dla kobiet umierają ludzie tylko wtedy, gdy w miłość tę wleją siły, których gdzieindziéj zużytkować nie mogli? — spytała, śmiejąc się, Klotylda.
— Nieinaczéj — odpowiedział młody doktor. — Jestem daleki od lekceważenia indywidualnych uczuć, wiążących nieraz tak pięknie i trwale dwoje ludzi. Ale wierzę także, że uczucie takie nie ma być alfą i omegą ludzkiego istnienia, że ugiąć się, złamać się pod niém, może tylko taki człowiek, któremu ono zastąpić musiało wszystko: czyn, ideę, sławę. W klatce niéma wyboru pożywienia; zgłodniały bierze w niéj taki pokarm, jaki spotyka; a jeżeli pokarm ten jest trucizną, żyje nią czas jakiś, a potém... umiera, i tém się kończy jedna z tragi-komedyi ludzkich na świecie.
Klotylda patrzyła z zajęciem na rozumną i ożywioną twarz doktora.
— Masz pan słuszność — odrzekła po chwili namysłu. — Pod wpływem złego ustroju społecznego, ileż najlepszych usposobień psuje się i krzywi, ileż bogatych zasobów ducha upada w kał, albo przynajmniéj marnuje się bezużytecznie! A z tego wszystkiego wynika przekonanie, iż największém nieszczęściem ludzi są... klatki.
— Straszniejsze stokroć od owych klatek żelaznych krwawéj pamięci Ludwika XI — rzekł, uśmiechając się, Lucyan.
W téj chwili podjęto portyerę i we drzwiach stanął Ignacy, oznajmując podany obiad.
Niewielki stolik nakryty był na ganku od ogrodu, między drzewami pomarańcz, myrtu, kwitnących datur i kamelii.
Oboje młodzi ludzie zasiedli do stołu, nieco wzruszeni i zamyśleni. Nie chcąc i sami nie wiedząc o tém, wypowiedzieli sobie wzajem skryte udręczenia swoje; jedno drugiemu poruszyło struny, na dnie ich piersi drgające.
Tak na instrumencie dusz ludzkich gra przeznaczeń ręka; porusza ona strunę jednego serca, aby nią głos drugiego rozbudzić, a gdy się ozwią już obadwa tony, łączy ją w wiekuistą harmonią, albo... w fałszywy akord niezgody i zawodu.
Obiad był wytworny; przy stole rozmowa między Lucyanem i Klotyldą toczyła się nieustanna.
— Dawno pan był w Warszawie? — spytała od niechcenia niby, pani Warska; ale w oczach jéj błysnęła ciekawość, z jaką zadawała to pytanie.
— Byłem tam poraz ostatni w Październiku zeszłéj jesieni.
— Jam także w tym samym miesiącu przyjechała tam ze wsi.
Lucyan pomyślał, że właśnie w Październiku widział kobietę, płaczącą w kościelnéj kaplicy; Klotylda przypomniała sobie, że właśnie w Październiku widziała w kaplicy młodego człowieka, do którego Lucyan był niezmiernie podobny.
— Jakie piękne posągi! — rzekł młody doktor po chwili, wskazując na marmurowe postacie, stojące naprzeciw ganku pod jodłami. — Przywodzą mi one na myśl jedno z najlepszych dzieł sztuki, jakie posiada Warszawa, posąg złożonego w grobie Chrystusa, w kaplicy kościoła Karmelitów.
Mówiąc to, patrzył badawczo na Klotyldę.
— W kościele Karmelitów? O! widziałam, widziałam nieraz; lubię tam się modlić — odpowiedziała Klotylda.
Spostrzegła badawcze spojrzenie Lucyana i przezroczysty rumieniec przebiegł po twarzy jéj i czole.
Spuściła oczy, niby poprawiając fałdy swojéj sukni, i pomyślała:
— Tak, to on tam był!
A Lucyan, spostrzegłszy jéj rumieniec i lekkie zmieszanie, pomyślał również:
— Tak, to ona tam była!
Przez chwilę milczeli oboje. Klotylda, nie patrząc na gościa swego, obiegła wzrokiem parter kwiatowy, a gałęź mirtu, pod którego drzewem siedziała, spadając na jéj głowę, wieńczyła ją drobnemi listkami.
Lucyan nie odrywał od niéj spojrzenia; mimowoli pomyślał, że z tym mirtem nad czołem, z lekkim rumieńcem, który parę razy wrócił na twarz jéj, jakby pod wpływem myśli tajemnéj, w białym stroju swoim, podobna była do młodéj, idealnéj oblubienicy, idącéj ku ołtarzowi ślubnemu.
Myśl ta, jak ognista błyskawica, przebiegła mu przez głowę; nie zdawał sobie sprawy z uczucia swojego, ale czuł instynktownie jakieś ściśnienie serca, bolesne czy rozkoszne, sam tego rozpoznać nie mógł. Powiódł ręką po czole, które zapłonęło mu nagle.
W téj saméj chwili Klotylda, ciągle zamyślona, podniosła rękę i uchyliła z nad czoła gałęź mirtową; ale gdy ta ugięła się znowu w dawnym kierunku, wyciągnęła rękę i odłamała ją od drzewa.
— Pocoś pani złamała tę gałązkę? — mimowoli rzekł Lucyan.
— Ciężyła mi na głowie, a nie chciała ugiąć się w innym kierunku. Pan żałujesz roślin? Wierzysz pan pewno, że one czują i cierpią.
— Zapewne, pani... — zaczął Lucyan.
— A więc — przerwała mu Klotylda — na wynagrodzenie chwilowéj przykrości jaką panu sprawiłam, ofiarowuję panu tę gałązkę...
I, śmiejąc się, wyciągnęła do niego rękę z gałązką...
Lucyan ukłonił się z uśmiechem i wziął gałązkę, przy czém ręka jego dotknęła palców Klotyldy, a spojrzenie padło na karminowe, wilgotne jéj usta, które, rozwarte śmiechem, ukazywały dwa rzędy białych, drobnych zębów. I poczuł znowu takie samo ściśnienie serca, jakiego przed chwilą doświadczył, i znowu płomień przesunął mu się po czole. Otrząsnął się jednak szybko z wrażenia i zaczął mówić o... teatrach warszawskich.
Dziwne to serce ludzkie! Gdy jest młode, niezużyte, namiętne, wszystko niém wstrząsa. Uśmiech, spojrzenie, kwiatek podany, dotknięcie ręki czyjéjś, porusza w niém struny, które nie prześpiewały jeszcze pieśni swojéj. Drobnostka zda się nieraz rzucać w nie zaród potężnego uczucia, a ileż razy z kwiatka, którego oddanie i przyjęcie rozpoczyna dwojga serc związek, wysnuwa się długi wieniec cierniowy, mający się zakończyć kwiatem, u stóp grobowego krzyża rozkwitłym!
Po obiedzie zaraz zmrok zapadł; we wschodnim gabinecie, między zielenią wazonów, zapłonęły dwie szafirowe lampy, przeglądając się w naprzeciw stojących zwierciadłach. Uchylona portyera ukazywała salon, oblany pół-światłem, a za nim, żywiéj nieco oświetloną, bibliotekę. Zawsze tu ta sama cisza panowała w domu i za domem, ta sama woń rozlewała się po salonach, ten sam szum jodeł i daleki śpiew słowika dochodził z ogrodu.
Klotylda usiadła na otomance; błękitne światło okrywało jéj twarz przezroczystą bladością i na białą suknią rzucało smugi jakby niebieskawéj mgły.
Wyglądała jak huryska, owinięta w obłoki.
Lucyan zatrzymał się we drzwiach ogrodu i w milczeniu patrzył wokoło. Przed nim były wielkie salony, tonące w ciszy i pół-świetle, pokój wschodni pełen woni kwiatów, piękna kobieta owiana błękitnemi promieniami; za nim, na pogodném niebie, zapalały się gwiazdy, jodły szumiały, posągi bielały na mroczném tle i ciszę głęboką przerywał tylko daleki śpiew słowika.
Niech-by starożytny stoik, owinięty we wspaniałą togę powagi i zbrojny w stalowy pancerz hartu, znalazł się w otoczeniu takiém, a bogowie tylko wiedzą, czy nie rozmarszczyło-by się jego zamyślone czoło, czy wyobraźnia, serce, zmysły nie zawołały-by: „teraz koléj i na was!”
Lucyan czuł się pochłonięty pięknością, upojony wrażeniami; patrzył na Klotyldę długiém, dziwném spojrzeniem i milczał przez chwilę. W końcu, czyniąc wysilenie, aby zawładnąć sobą, rzekł:
— Ten dom duży, cichy, pełen kwiatów i światła, przywodzi mi na myśl bajeczne, czarnoksięzkie pałace...
— A ja zaklętą księżniczkę, nie prawdaż? — śmiejąc się, przerwała Klotylda.
— Którą z zaklętego pałacu wywieźć ma jakiś rycerz — dodał Lucyan.
— O, średnie wieki minęły — zaśmiała się znów Klotylda. — Ja z mego zaklętego pałacu wyjadę sama, gdy się tylko w nim... znudzę.
Lucyan na tę wzmiankę o wyjeździe poczuł znowu ściśnienie serca, ale tą razą wyraźnie już boleśne.
Spojrzał na Klotyldę: nie patrzała na niego, tylko wzrokiem obiegała wkoło pokój, a oczy jéj miały w owéj chwili kolor zielonawy jakiś i wyraz jakby nieco szyderczy.
W ogóle uderzała Lucyana dziwnie zmienna gra jéj fizyognomii i barwy oczu. Cały prawie dzień z nią przepędziwszy, nie mógł-by powiedziéć, czy była smutna, czy wesoła, i jakiego koloru były jéj oczy. Mimowoli przyszedł mu na myśl przyjaciel jego, Cypryan Karłowski, który przed kilku miesiącami tak zawzięcie szukał kobiety, nazywającéj się „Kameleon”.
— Znalazł-by tutaj prawdziwą kobietę-kameleona — pomyślał — i głośno dodał:
— Czy pani nie znasz w Warszawie pana Cypryana Karłowskiego?
Na te słowa Klotylda poruszyła się żywo na otomance, zawahała się z odpowiedzią, a w końcu odrzekła zwolna:
— Tak... znam pana Karłowskiego... Ale — przerwała nagle — może pan zechcesz zobaczyć obrazy, które mam w salonie, urządzonym jeszcze przez mego dziada, i bibliotekę, posiadającą kilka bardzo rzadkich dzieł.
Mówiąc to, powstała i poprowadziła gościa swego ku obrazom i bibliotece.
Nie uszło uwagi Lucyana żywe poruszenie się Klotyldy na jego pytanie i szybka zmiana rozmowy; sądził jednak, iż może niestosownie trochę zapytał ją tak nagle o swego przyjaciela, a zresztą przypisywał wszystko kameleonowemu układowi pięknéj pani.
Przed obrazami i w bibliotece rozmawiali wiele o szkołach malarstwa i piśmiennictwie różnych narodów. Lucyan był wymowny i ożywiony; Klotylda ukazywała mu się coraz piękniejsza wiedzą i szeroką, szlachetną myślą. Czuł się coraz żywiéj, coraz magnetyczniéj pociągany ku niéj; nie zdawał sobie sprawy z niczego, ale bezwiednie wydało mu się, że był przeniesiony w świat inny, niż ten, w którym żył dotąd, że coś zmienia się w nim i koło niego, że silniejszém tętnem uderzają wszystkie pulsy jego istoty.
W parę godzin Lucyan, śród téj czarownéj nawet atmosfery, jaką był otoczony, przypomniał sobie obowiązek lekarza i żegnał panią Warską.
— Nie zatrzymuję pana — rzekła — bo miałabym sobie do wyrzucenia, jeśliby z mojéj przyczyny biedna pani Dembowska ucierpiała. Ale mam nadzieję, że się będziemy widywali. Pan zostaniesz pewno w Jodłowéj aż do wyzdrowienia choréj?
— Nie, pani, mam wielu chorych w N. i w okolicy, i jednéj pacyentce wyłącznie oddać się nie mogę; ale często, codziennie może, przez czas jakiś przyjeżdżać tu będę.
— I zawsze dom mój zastaniesz pan otwartym dla siebie — rzekła Klotylda... — Zresztą — dodała — zresztą... — I zawahała się, jakby nie była pewna, czy ma dokończyć.
Lucyan stał przed nią, urokiem do miejsca przykuty, owładnięty żalem, że już opuścić ją musi.
— Zresztą — kończyła Klotylda — znamy się z panem dawniéj, niż od dzisiaj... Czy pan nie przypominasz sobie, żeśmy się już raz widzieli... kiedyś?...
Serce Lucyana uderzyło gwałtownie na to przypomnienie, które wydało mu się jakby zwierzeniem, dowodem zaufania.
— W kościele Karmelitów nad posągiem... — rzekł cicho.
— Tak — odpowiedziała, i głos jéj trochę zadrżał.
— Pani musiałaś być w owéj chwili bardzo nieszczęśliwą.
— Byłam wtedy — odrzekła zwolna — w jednéj z tych chwil, w których zaciężają nam na ramionach wszystkie przeszłości bóle i... grzechy... w których człowiek pyta się: po co żył, po co żyje, jakie są jego cele i drogi?
— Tak — mówiła znowu po krótkiém milczeniu — byłam w chwili owéj bardzo smutna. Pan, nieznajomy, obcy, podałeś mi rękę, a w głosie i w oczach pana widziałam współczucie. Odtąd, ile razy byłam tam nad tym posągiem, stawałeś mi pan w pamięci; a teraz, gdyśmy się spotkali, chcę widziéć w panu dawnego znajomego i... przyjaciela — dodała ciszéj, podając mu rękę.
Lucyan ujął za tę rękę miękką i białą, przycisnął ją silnie do ust gorących i wyszedł. Niepodobna mu było nic mówić; pocałunkiem tym powiedział wszystko, powiedział jeszcze wiele błyskiem oczu, który strzelił mu z pod powiek i oblał żarem rumieńca twarz Klotyldy.
Szybko przebiegł salony i dworski dziedziniec. Przed gankiem Dembowskiego zatrzymał się przez chwilę, aby ochłodzić płonące czoło. W głowie mu wirem kręciły się myśli bezładne; w piersi czuł płomień, ogarniała go gwałtowna namiętność, piérwsza namiętność życia...
Klotylda po wyjściu jego szybko przebiegła salon. Twarz jéj wyrażała niepokój i niezadowolenie, niezwykły rumieniec ją zalewał.
— Znowu, znowu to, co już być nie miało! — mówiła cicho do siebie. — Znowu wrażenie inne, znowu zmiana! Nie, to być nie może... ja się nie poddam... dziś już mi nie wolno!...
— Ależ, jaki on piękny!... — mówiła daléj — ile ognia w oczach, szlachetności w układzie, energii w mowie!... Mój Boże! i pocóż ja o tém myślę? A tamten... Ach! ręka mi się pali od tego pocałunku!
Wbiegła do swéj sypialni, uklękła przed obrazem Madonny, czołem uderzyła o ziemię i z łkaniem wyrzekła:
— O Maryo! siły, siły dla mnie biednéj! Czyż nigdy nie uspokoją się wewnętrzne burze moje? Ratuj mię, o przeczysta!
I w téj kornéj postawie, z rękoma splecionemi nad głową, długo została; potém usiadła przed biurkiem i napisała list, a gdy skończyła i powstała, spokój na twarz jéj powrócił; zawołała Marylki i, oddając jéj list, rzekła:
— Jutro, bardzo rano, niech list ten na pocztę odwiozą.
Zwinna subretka, przechodząc koło lampy, spojrzała na pismo, i figlarny uśmiech przebiegł jéj usta. Po chwili, oddając list Ignacemu, wraz z załączonym doń rozkazem pani, wspięła się na palce i, wskazując adres, szepnęła coś na ucho staremu słudze.
Ten zrazu się zmarszczył, ale po drugiém słowie Marylki, rozsunął brwi i rzekł:
— Daj Boże! daj Boże! Ale przypomnę pannie Maryannie przysłowie: „jest to cnota nad cnotami” i t. d. Wié panna Maryanna koniec?
— Wiem, wiem — odpowiedziała garderobiana — ja téż tylko panu Ignacemu powiedziałam.
I rozeszli się w różne strony.
A Lucyan około północy wjeżdżał do N. W oknach ubogich domów ciemno już było, mieszkańcy ich spali, znużeni dniem pracy i ubóztwa; w plebanii tylko błyskało światło. Pod gankiem właśnie proboszcza stanęła bryczka Lucyana i po chwili młody człowiek znalazł się w cichym, oświetlonym lampą pokoju księdza.
Pokój ten był dość obszerny, skromnie, choć wygodnie, urządzony; na białych ścianach wisiało kilka obrazów świętych, a w głębi pokoju, nad grubą otwartą książką, z czołem opartém na dłoni, siedział ksiądz Stanisław. Zatopiony w czytaniu, nie słyszał wejścia młodego człowieka; łagodny i blady profil jego wyraźnie rysował się w świetle lampy, które rzucało mu na włosy srebrne promienie, niby aureolą okalając mu czoło.
Głęboka cisza tego pokoju, otaczająca człowieka, spokojnie zatopionego w księdze i rozmyślaniach, dziwną sprzecznością z jego własném w owéj chwili usposobieniem uderzyła Lucyana.
Stał przez chwilę i patrzył, potém zbliżył się i powitał księdza.
— A, to ty, Lucyanie — rzekł proboszcz, podnosząc głowę i podając mu rękę. — Zkądże tak późno przybywasz?
— Z Jodłowéj. Pani Dembowska chora; wzywano mnie.
— Czy bardzo chora?
— Choroba dość jest ciężka, ale niebezpieczeństwa niéma.
— To dobrze — odpowiedział ksiądz, uważnie patrząc w twarz Lucyana, na któréj niezwykłym rumieńcem i wyrazem ust odbiły się wrażenia dnia tego.
Przez chwilę milczeli obadwa. Ksiądz Stanisław ujął za rękę doktora i rzekł:
— Lucyanie, co tobie jest?
— Nic, nic — odpowiedział żywo młody człowiek — zmęczony trochę jestem. Cóżby mi mogło być? Owszem, dzień mi zszedł użytecznie i miło. Poratowałem chorą matkę rodziny i poznałem panią Warską.
— A, poznałeś panią Warską? — rzekł ksiądz przeciągle i z kolei jego czoło nieco się zachmurzyło. — I jakże ją znajdujesz?
— Bardzo miła — obojętnie odrzekł Lucyan; ale ksiądz postrzegł, że usta mu lekko zadrżały.
— Przyjechałem, aby spytać się ciebie, księże Stanisławie — mówił daléj Lucyan — czy zechcesz pojechać do Jodłowéj, poprosić panią Warską o zaopiekowanie się synem Grodzickiéj.
— Owszem, pojadę z chęcią. A czy sądzisz, że ona zechce dopełnić tego dobrego czynu?
— O, niezawodnie! — zawołał z ożywieniem doktor. — Dziwnie ona jest dobrą.
— Zkądże wiész o tém?
— Wystaw sobie, księże Stanisławie, że znalazłem ją klęczącą przy łóżku Dembowskiéj i własnemi rękoma okładającą lodem głowę choréj. Dodaj do tego, że mało znała Dembowską i że wczoraj dopiéro wróciła z podróży, więc musiała być zmęczona.
— Prawda, że to pięknie z jéj strony — zwolna rzekł ksiądz — ale...
— Dziwna to kobieta — przerwał Lucyan — bez żadnych przesądów, trzymających się tak uparcie klasy, do któréj należy; serdeczna, uprzejma, cudnie piękna, a z tém wszystkiém, jakaś taka smutna chwilami...
— Dobrze, Lucyanie — wzajemnie przerwał mu ksiądz — ja pojadę do Jodłowéj i co będę mógł, zrobię dla syna Grodzickiéj; ale ty tam nigdy już nie jedź!
— Dlaczego? — zawołał Lucyan — i jak mogę to zrobić, mając tam pacyentkę?
— Do pacyentki jedź, ale u pani Warskiéj nie bywaj. Syrena cię już oczarowała.
Po czole Lucyana przesunęła się chmura niezadowolenia; miał coś odpowiedziéć, ale ksiądz mu przerwał.
— Słuchaj, Lucyanie, nie gniewaj się za to, co ci mówię. Sam młodość miałem burzliwą i wiem, jakie męki przynosi szlachetnemu sercu uczucie, nie w porę powzięte, albo niewłaściwie skierowane. Dziś jestem kapłanem; serce moje, moja wyobraźnia, ukołysały się u stopni ołtarza; duch mój uspokoił się myślą o życiu lepszém, niż ziemskie. Ale pamięć przebytych bólów została i boję się ich dla ciebie, Lucyanie, bom twój przyjaciel, bo nie chcę, aby szlachetne twoje serce zmęczyło się bezowocnemi i krwawemi walkami. I dlatego ostrzegam cię: z ogniem nie igraj, bo dla ciebie to niebezpieczne. Znam trochę panią Warską i wiele o niéj słyszałem. Mnóztwo ludzi ją kochało, a ona nikogo. Jest to jedna z tych kobiet, które grają na świecie rolę rusałek: pociągają za sobą ludzi, a potém ich topią. Zastanów się i badaj siebie. Jeżeli zgubne wrażenie wpadło już w piersi twoje, broń się póki czas, nie jedź tam, unikaj jéj, bo z naturą swoją będziesz musiał potém wiele cierpiéć...
Lucyan słuchał księdza w milczeniu, chodząc po pokoju. Po chwili rzekł:
— Zobaczymy! Tymczasem dobranoc ci, księże Stanisławie, bo już jest późno, a moje poczciwe matczysko pewnie swoim zyczajem na mnie czeka. A pojedź, proszę cię, do Jodłowéj, bo mi ten Mieczek na sercu leży.
W kilka chwil potém, w oknie Lucyana błysnęło światło, a on, z czołem na dłoni opartém, usiadł przy swojém biurku. Przed nim leżała mirtowa gałązka.
W bawialnym pokoju kukawka zegaru odzywała się donośnie, oznajmując piérwszą i drugą godzinę po północy, a młody doktor siedział jeszcze, nieruchomy, wpatrzony w siebie. Powstał nareszcie i rzekł:
— Tak, to szaleństwo, to gra niebezpieczna! Nie będę już u niéj wcale, a przynajmniéj nie prędko.
Mówiąc to, wziął w rękę gałązkę, popatrzył na nią przez chwilę ze smutnym uśmiechem, potém oberwał jéj drobne listki i ogołoconą łodygę daleko od siebie odrzucił.
— Był to sen piękny, ale tylko sen, o którym zapomniéć trzeba... — rzekł do siebie.
Zgasło światło w pokoju doktora; na posadzce leżały śród cieniów rozsypane listki mirtowe. Ślady te miały mu nazajutrz przypomniéć to, co on snem nazywał.
Niestety! łatwiéj jest obedrzéć z liści gałązkę zieloną, niż wyrwać z serca raz tam zrodzone uczucie; łatwiéj powiedziéć: zwyciężę! niż zgasić w sobie kipiący ogień wewnętrzny.
Kiedyż ludzie będą mogli rozkazywać własnemu sercu, tak, jak już w części rozkazują żywiołom? Kiedy, zawładnąwszy własnemi namiętnościami, jak władają ogniem, wodą i parą, rzucą zaprzeczenie słowom poety: „najstraszniejsze dla człowieka są sieci, które mu własne jego zastawia serce? “
III. Nie chcą się zejść, a schodzą się
Tydzień minął od bytności Lucyana u pani Warskiéj, a przez ten czas młody doktor codziennie odwiedział swoję pacyentkę, przyjeżdżając najczęściéj konno, na dzielnym i pięknym gniadoszu, i codziennie téż dziedziczka Jodłowéj przez okna swego domu widziała go, jak szybko mijał żelazne otoczenie jéj dziedzińca i ogrodu.
Czy to wypadkiem, czy umyślnie, młody doktor bywał u Dembowskich bardzo rano i odjeżdżał wtedy, gdy odsłaniały się zaledwie rolety w oknach sypialni pani Warskiéj.
Kiedy piérwszy raz Klotylda zobaczyła Lucyana, jadącego po-za jodłami, pochyliła się ku oknu tak, że aż z ręki Marylki wypadł grzebień, którym czesała gęste włosy swéj pani.
— Kto to przejechał konno? — spytała.
— To doktor z N., pan Dolewski — odpowiedziała dziewczyna, spojrzawszy uważnie przez szyby. — On, proszę pani, codzień o téj saméj porze przyjeżdża do pani Dembowskiéj.
Klotylda usiadła znowu przed zwierciadłem i schyliła czoło na dłoń, może dla ukrycia przed Marylką tego, że brwi jéj trochę ściągnęły się niezadowoleniem i lekki rumieniec szybko przebiegł twarz. Ale czegóż nie dostrzeże wprawne i ciekawe oko ulubionéj przez panią garderobiany?
Marylka widziała w zwierciedle pochyloną twarz Klotyldy, dojrzała rumieniec i ściągnięcie brwi.
Przez kilka chwil, milcząc, muskała grzebieniem włosy swéj pani, które ciemnemi smugami opływały całą jéj siedzącą postać; w końcu część ich zręcznemi palcami zaczęła splatać w gruby warkocz i ozwała się od niechcenia:
— Pan Dolewski, proszę pani, musi być bardzo dobry doktor, bo pani Dembowska ma się już znacznie lepiéj.
Klotylda odjęła rękę od oczu i rzekła:
— Zapewne. Splataj prędzéj włosy, Marylko, chcę wyjść do ogrodu.
Garderobiana ujęła drugie pasmo włosów i, splatając je, odezwała się znowu:
— Nie wiem, doprawdy, proszę pani, dlaczego mi tak żal tego pana Dolewskiego. Taki młody, piękny i rozumny, musi mieszkać w tém szkaradném N. Ale to on dla swojéj matki robi, proszę pani.
— Czyś widziała kiedy matkę pana Dolewskiego? — spytała Klotylda niedbale.
— A jakże, pani. Ciotka moja, Owsicka, w wielkiéj przyjaźni żyje z panią Dolewską, a ja, nim dostałam się do pani, mieszkałam u ciotki.
— Czy pan Dolewski był już wtedy w N.?
— Nie, proszę pani; pan Dolewski wrócił z uniwersytetu przed trzema laty, a ja szósty rok jestem u pani. Ale i wtedy, bywało, przyjeżdżał na wakacje, więc często widywałam i jego, i matkę.
— To pani Owsicka jest twoją ciotką, Marylko?
— Tak, proszę pani.
— Czy imię jéj Anna?
— Tak, pani. A zkądże pani wié imię mojéj ciotki?
— Przeszłéj jesieni jechałam z nią do Warszawy w jednym wagonie.
— Doprawdy, a gdzież to ja wtedy byłam?
— Czekałaś na mnie w Warszawie.
— A prawda! Toż dopiéro ciocia musiała być uszczęśliwiona, że panią poznała.
— Nie wiem, czy wiedziała nawet z kim jedzie, bo miałam twarz zasłonioną i nie powiedziałam mego nazwiska.
— To dopiéro! Wyobrażam sobie, jak ciocia musiała być ciekawa z kim jedzie; bo to, proszę pani, straszna ciekawska z téj cioci.
Klotylda nic nie odpowiedziała, a Marylka splatała trzeci warkocz; ale, że koniec czesania był daleki, bo warkoczów z włosów Klotyldy tworzyło się wiele, subretka ozwała się znowu po chwili:
— Nie wiem, co to jest, proszę pani, że pan Dolewski, wracając wczoraj od pani Dembowskiéj, był taki jakiś blady, mizerny, że strach. Wprawdzie on, jak zapamiętam, od dzieciństwa swego, był zawsze blady, ale takim, jak wczoraj, to go nigdy nie widziałam.
— Gdzieżeś wczoraj widziała pana Dolewskiego? — spytała Klotylda obojętnie niby, rozsuwając w palcach koronkę, zdobiącą szeroki jéj rękaw.
— Niosłam haftowany peignoir pani do pralni i przechodziłam koło bramy dziedzińca właśnie wtedy, kiedy pan Lucyan przed gankiem Dembowskich na koń siadał. Na ganku stała panna Magdalena i coś do niego mówiła. Ja patrzę na niego i myślę sobie: pozna mnie, czy nie pozna? a może i ukłonić się nie zechce? Aż poznał i ukłonił się, ale bardzo, proszę pani, był blady. Chory być musi chyba; sądziła-bym, że zmartwiony, ale śmiał się, rozmawiając z panną Magdaleną.
— No, kończ-że już to czesanie, Marylko — z gestem niecierpliwości rzekła Klotylda, i wziąwszy swoje warkocze z rąk układającéj je starannie służącéj, owinęła je niedbale wkoło głowy i przez wschodni gabinet wybiegła do ogrodu.
— Święty Boże! — zawołała po wyjściu jéj zdziwiona subretka — pani poszła do ogrodu bez parasolki i bez rękawiczek! widziane-ż to rzeczy, w takie słońce? I czesać się nie skończyła; siedziała jak na szpilkach! Ej, jakoś mi się zdaje... czy nie będzie to tylko coś nowego... umyślnie mówiłam o nim i widziałam... widziałam... no, ale cóż będzie z tamtym?...
I nad tém pytaniem swojém zadumała się Marylka, stojąc na środku pokoju i kładąc w usta koniec laski od parasolki, którą miała intencyą zanieść pani swéj do ogrodu.
Dumała tak dobrze z pięć minut, potém podniosła ramiona, uśmiechnęła się i odpowiedziała swoim myślom:
— A mnie co do tego? Pani dobra dla mnie i koniec, a zresztą niech sobie robi, co chce. Może i ja, gdybym była na miejscu pani, wolała-bym pana Lucyana, niż tamtego...
Tak rezonując sobie w duchu, subretka wybiegła do ogrodu za swoją panią, z parasolką i rękawiczkami; ale w środku kwiatowego parteru raz jeszcze przystanęła i, jakby sobie coś ważnego przypomniała, podniosła w górę wskazujący palec i rzekła do siebie:
— Tylko... że tamten bogaty, a ten biedny! ot co; ale, żeby nie to, dalibóg, gdybym była na miejscu pani, wolała-bym tego, niż tamtego...
Nazajutrz z rana, Klotylda, jak dnia poprzedniego, siedziała przed lustrem z rozplecionemi włosami, gdy Marylka, rzuciwszy w okno bystre spojrzenie, rzekła:
— Ot, znowu pan Dolewski jedzie.
Pani Warska ani się poruszyła, ale tylko spytała obojętnie:
— Przyjeżdża, czy odjeżdża?
— Odjeżdża, proszę pani — odpowiedziała służąca i badawczo spojrzała na odbitą w lustrze twarz swéj pani; ale nic nie zobaczyła, bo Klotylda szybkim rzutem twarz całą, niby niechcący, zarzuciła włosami.
Tegoż dnia, nad wieczorem, pani Warska długo chodziła samotna między staremi jodłami ogrodu; zamyślona patrzyła na pływające łabędzie i pod gajem brzozowym słuchała śpiewu słowika, aż zwróciła się powoli i poszła ku mieszkaniu państwa Dembowskich.
Żona dzierżawcy miała się już daleko lepiéj; uspokojony o nią, Dembowski, wyjechał do jednego z dalszych folwarków, aby zajrzéć do gospodarstwa. Antosia i Magdzia siedziały przy matce, a Elżunia w bawialnym pokoju bawiła gości, dwóch braci Harasimowiczów, z sąsiedztwa, którzy przyjechali odwiedzić Dembowskiego, a nie zastawszy go w domu, zostali na herbacie.
Młodszy z Harasimowiczów, Onufry, był konkurentem o rękę Elżuni. Dembowski chętnie go przyjmował, bo szlachcic miał spory kawał dobréj ziemi i gospodarował rządnie; ale Elżunia znieść go nie mogła, pomimo, że grał na gitarze i śpiewał przy tym instrumencie mnóztwo przedwiecznych pieśni.
Starszy Harasimowicz, Dyonizy, nie pieścił już matrymonialnych nadziei, bo mu piąty krzyżyk ciężył na łyséj głowie, ale pociechę i zapomnienie wszelkich młodzieńczych marzeń znajdował w płaskiéj flaszeczce, nie opuszczającéj nigdy kieszeni kamizelki jego. O kamizelce owéj dziwne po okolicy krążyły opowiadania, a wszystkie miały za źródło starego żyda Efraima, krawca obojga płci, mieszkającego w N. Raz naprzykład Efraim, zawezwany do sporządzenia kamizelki przez jednego z tamecznych elegantów, zażądał objaśnienia, czy ma zrobić w niéj kieszeń „na szerokość trzech palców, czy trzech rąk?”
— Co ty bredzisz, żydzie? — spytał właściciel mającéj się szyć kamizelki.
— Bo to, proszę jasnego pana — odpowiedział Efraim — pan Harasimowicz Dyonizy każe zawsze robić sobie kieszeń w kamizelce na trzech rąk.
— A to na co?
— Ny, on tam wstawia butelkę z wódką, ja widział — odpowiedział żyd.
Innym razem pytał kogoś, czy kieszeń w kamizelce ma być zrobiona na zegarek, czy na flaszkę? Spytany chwycił żyda za pejsy, myśląc, że ten bierze go za pijaka.
— Ny — krzyczał Efraim — niech jasny pan ma litość! A czego ja winien, że pan Harasimowicz każe mnie zawsze robić kieszeń na flaszkę. On jeździ często do Wilna, a ja myślał, że teraz nastąpiła taka moda.
Flaszeczka, spoczywająca zwykle w owéj anegdotycznéj kamizelce, zapełniona bywała bozkim nektarem kartoflowego wyciągu, którego-by pan Dyonizy za nic w świecie nie dotknął ustami publicznie, i gdy kto przed obiadem lub śniadaniem zapraszał go na kieliszek wódeczki, wymawiał się, upewniając, że mu doktorowie, pod karą śmierci, wzbronili używania jakichbądź trunków. Ale tak protestując, wychylał się milczkiem do innego pokoju i tam z rozkoszą przyciskał do ust szklaną szyję nieodstępnéj towarzyszki swego życia. Ślady gorącéj a tajonéj miłości jego ku niéj krwawym rumieńcem odbijały mu się na nosie i tłustych policzkach, czego sentymentalny pan Onufry okrutnie się wstydził, i za co niemiłosiernie mu dokuczał drwinkami i wymówkami. Pan Dyonizy mścił się, wyśmiewając matrymonialne zapędy brata, których łódź, pełna romansowych pieśni i dźwięków gitary, rozbiła się o twarde, jak skała, serca trzech komisarzówien, czterech asesorówien i pięciu czy sześciu córek dzierżawców i właścicieli z sąsiedztwa. Z tego wszystkiego wynikła między braćmi wzajemna niechęć. To téż i do Jodłowéj nie przyjechali oni razem, ale niespodzianie się tam zjechali, a niezbyt radzi ze spotkania, siedzieli milcząco w bawialnym pokoju Dembowskich.
Zmrok już zapadać zaczął, kiedy Klotylda weszła do tego pokoju. Na stole kipiał samowar, Elżunia zabierała się do nalewania herbaty, a wszyscy siedzieli odwróceni ode drzwi, któremi wchodziła pani Warska, pan Dyonizy z ręką przyciśniętą do oszklonéj flaszką piersi, pan Onufry z gitarą na kolanach.
— Niech-że pan co zaśpiewa — mówiła Elżunia, nie słysząc wejścia Klotyldy, która zatrzymała się nieco u drzwi.
Pan Onufry z gracyą ujął gitarę, brzęknął po strunach i, z przymileniem zwracając się ku pannie Dembowskiéj, zaśpiewał ochrypłym basem:
Niech mnie pani kocha,
Niech mię pani lubi
Przynajmniéj choć trocha,
Bo mię pani zgubi.
— Ach, stare jak świat! — zawołała Elżunia — słyszałam już to tysiąc razy. Proszę o co innego.
Onufry Harasimowicz znowu brzęknął po strunach, ale tą razą sentymentalnie zwiesił głowę na piersi i zawiódł żałośnie:
Pytasz mnie, Klimeno, czego wzdycham?
Bo kocham!
Pytasz mnie, Klimeno, czegom smutny?
Bo kocham!
— Ot, pij pan lepiéj herbatę — przerwała Elżunia — bo widzę, że nic już dzisiaj porządnego nie zaśpiewasz. Panie Dyonizy, może pan herbatę z rumem pić będziesz? — dodała, zwracając się z butelką w ręku do starszego brata.
— Z rączek pani — odparł z elegancyą pan Dyonizy — sama trucizna słodką-by mi była; ale wszelkich trunków doktorowie używać mi zabronili.
To mówiąc, zérknął ku drzwiom, obok których siedział, i wymknął się cichutko, szepcąc:
— Natychmiast będę służył!
— Aha! — mruknął brat młodszy — poszedł na ustronie, dać buzi kochance! — a zwracając się do Elżuni, dodał z uczuciem:
— Jakżem nieszczęśliwy, że śpiewaniem mojém nie mogę dziś ukontentować pani!
— A, bo pan śpiewasz rzeczy stare jak świat. Kiedy byłam w przeszłym roku w Wilnie, u ciotki Kaczyńskiéj, to mówiono mi, że tych wszystkich pana pieśni już od stu lat nikt nie śpiewa.
Harasimowicz młodszy westchnął i opuścił głowę na piersi, ale po krótkiéj chwili podniósł ją z miną tryumfatora i zawołał:
— Pani! umiem jednę nowiuteczką, jak Boga kocham, świeżuteńka, jak z igły zdjęta!
To mówiąc, uderzył po strunach i zaczął:
„Po stracie szczygła nieszczęsna szczyglica...”
Na piérwszym jednak wierszu przerwało mu otworzenie się drzwi do sypialni pani Dembowskiéj i wykrzyk. Magdzia wyszła z pokoju matki i, spostrzegłszy Klotyldę, przypatrującą się ciekawie charakterystycznéj scenie świata, obcego jéj całkiem, podbiegła i, pochwyciwszy obie ręce pani Warskiéj, do ust je przycisnęła. Klotylda delikatną swoją dłonią twarz jéj podniosła i serdecznie pocałowała ją w usta.
I Elżunia poczęła witać panią Warską, tłómacząc się z nieuwagi. Harasimowicz młodszy powstał z gitarą u łona, Harasimowicz starszy stanął we drzwiach, z ręką przyciśniętą do piersi.
— Może pani życzy sobie herbaty? — nieśmiało spytała Elżunia.
— Dziękuję — odpowiedziała pani Warska — przed chwilą jadłam obiad. Przyszłam odwiedzić chorą i zabrać ze sobą Magdzię, na krótką przechadzkę.
To mówiąc, weszła z Magdzią do sypialni Dembowskiéj.
— Czy to pani Warska? — cicho spytał Harasimowicz starszy.
— Tak — odpowiedziała Elżunia.
— Ładna bestyjka! niech ją... — zaszeptał Harasimowicz młodszy, ale nie dokończył swego zdania, przez szacunek dla obecnéj płci pięknéj.
A Klotylda, chwil kilka przesiedziawszy u łóżka choréj, innemi drzwiami wyszła z Magdzią z dziedzińca folwarcznego na dworski, gdzie zaczęły chodzić żwirową drogą pod jodłami.
— Kto są ci panowie, których znalazłam dziś u was? — spytała Klotylda.
— Sąsiedzi w okolicy, nazywają się Harasimowiczowie — odpowiedziała Magdzia, a na ustach jéj zawisł pogardliwy uśmiech.
— Może który z nich jest pretendentem do twojéj ręki, Magdziu? naprzykład ten, który gra na gitarze i śpiewa?
— O, niech Pan Bóg broni, takie straszydła!
— Dlaczego nazywasz ich straszydłami?
Magdzia zamyśliła się.
— Dlaczego?... dlaczego?... — odrzekła po chwili, patrząc w ziemię — alboż ja wiem dlaczego? Wszyscy ci ludzie, którzy bywają u ojca, wydają mi się tacy nieznośni, szpetni! Ja sama nie wiem, czego im braknie, ale przeczuwam, że ludzie insi być powinni.
— I nie myślałaś nigdy nad tém, czemu się oni tak tobie nie podobają?
— Owszem, najdroższa pani, myślałam, ale nic wymyśléć nie mogłam, może dlatego, że nie znam wcale świata i mało innych ludzi widziałam. Ale już to tak u mnie ze wszystkiém i zawsze; jeżeli widzę coś brzydkiego, natychmiast czuję, że to brzydkie, ale nie umiem sobie zdać sprawy, dlaczego ono jest takie i czego braknie brzydkiemu, aby było piękném. Ale za to wszystko, co piękne, kocham nad życie. Latem naprzykład, kiedy w domu niéma pilnéj roboty, całemi wieczorami siaduję sobie na ganku i patrzę na gwiazdy, i kocham je, bo czuję, że one piękne; albo idę do lasu i słucham szumu drzew, i czasem zdaje mi się, że gałęzie rozmawiają ze sobą, a czasem, że to z dalekich, dalekich stron jakieś głosy lecą, może echa wszystkich razem zebranych ludzkich śmiechów i płaczów. Ot, widzi pani, lubię gwiazdy i lubię szum lasu, bo czuję, że jedno i drugie jest piękne; lubię téż kwiaty, szczególniéj białe i ponsowe, i jak będę umierała, poproszę moich sióstr, aby mi na grobie zasadziły białe róże i zasiały ponsowe gwoździki.
— Wszystko, coś mi powiedziała — odrzekła po chwili milczenia Klotylda — dowodzi, że masz wrodzone przeczucie piękna, nie znając jego warunków. Ale zkądże ci, moja Magdziu, przyszła myśl o śmierci i mogile?
— Ja, pani, często o tém myślę.
— Czy być może? — ze zdziwieniem zawołała Klotylda. — Takaś młoda! Miałaż-byś być nieszczęśliwą?
Magdzia, milcząc, przycisnęła do ust rękę Klotyldy, która przy świetle gwiazd dojrzała na świeżéj jéj twarzyczce wyraz łagodnego, ale dojmującego smutku.
— Co tobie jest, Magdziu? — rzekła, obejmując ją i przyciskając do siebie — powiedz mi, co ci jest? czy może już twoje serduszko westchnęło do kogoś?
— Tak, pani — odparło dziewczę cicho i po lekkiém wahaniu się — ale to zupełnie tak, jak gdybym chciała gwiazdę zdjąć z nieba, albo na szumie lasu do raju zaleciéć, albo zamienić się sama w kwiatek biały. Wszak wszystko to jest niemożebne, nieprawdaż, pani najdroższa? Otóż tak samo i to, co czuję, musi zostać nazawsze w mojém sercu, niepowiedziane, nieokazane nikomu, jak gwiazda zostanie na niebie.
— I czemuż-by tak być miało? — spytała wzruszona tém wyznaniem Klotylda.
— Wszak pani sama powiedziała — odrzekła cicho Magdzia — że mam przeczucie piękna. Otóż i w nim jam przeczuła piękność tak wielką, że wobec niéj zgasły przede mną gwiazdy na niebie. Ze wszystkich ludzi, których dotąd widziałam, on jeden wydał mi się zupełnie, doskonale pięknym i dobrym. Wszyscy inni mieli zawsze w sobie coś brzydkiego lub niedobrego, co mię raziło i odtrącało... on jeden nigdy...
— Któż to ten on? — spytała, tuląc ją do siebie, Klotylda.
Magdzia ukryła twarz na jéj piersi i odszepnęła:
— Pani najdroższa! mój aniele złoty! tego nawet tobie nie powiem.
— Nie mów, jeśli ci to ma być przykro; ale dlaczegóż tak wątpisz o sobie? może i on ciebie kocha, albo będzie kochał.
— O nie, nigdy! nigdy! — zawołała Magdzia — ja przeczuwam, że to być nie może...
Klotylda wiedziała, o kim mówiła Magdzia; ręka jéj, obejmująca stan dziewczyny, lekko zadrżała.
— A on nigdy ci nie mówił, że cię kocha? — spytała po chwili.
— Nigdy — odparła Magdzia. — Ach! on taki szlachetny, taki prawy! czyż mógłby kłamać?
— Więc skądże przyszła ci ta miłość?
— Alboż ja wiem, pani? Znam go od bardzo dawna, ale długo nie czułam tego, co teraz czuję. Raz, pamiętam, był u nas i o czémś rozmawiał z ojcem, a ja sama nie wiedziałam, dlaczego oczu od niego oderwać nie mogłam. Patrzyłam na niego i robiło mi się dziwnie jakoś, miałam takie poczucie, jakby mi serce rozszerzało się w piersi i topniało w łzy; a te łzy biegły mi do oczu, do czoła, do twarzy, czémś takiém gorącém, że gdym spojrzała w lustro, przy którém siedziałam, zobaczyłam, że byłam ponsowa jak gwoździk. Odtąd, moja pani droga, niéma takiéj godziny dnia, żebym o nim nie myślała i niéma takiéj nocy, żebym o nim nie śniła; a gdy się zastanowię nad tém wszystkiém, przeczuwam, że ja go kocham!...
— Ale dlaczegóż tak straciłaś nadzieję otrzymania wzajemności?
— O, moja pani droga, bo przeczuwam, jaki on jest i jaką ja jestem. Ode mnie do niego tak daleko, jak od téj trawki do gwiazdy. Ja sobie prosta, nieumiejętna dziewczyna, ani piękna, ani rozumna, a jemu innéj trzeba.
— Ależ tobie to bardzo smutno być musi.
— Tak, moja pani droga. To téż siostry mówią, żem bardzo posmutniała. Czasem płakać mi się chce, czasem do niczego ochota nie bierze, i gdybym miała skrzydła, tobym tak, zdaje się, zaraz poleciała pod niebo, byle daléj od ziemi. A jednak nie pragnę, ażeby inaczéj było... bo wiem, że jemu nie było-by ze mną dobrze, bo jemu innéj trzeba... a jabym nieba mu przychyliła, gdybym mogła, całém życiem mojém kupiła-bym dla niego szczęście... Zresztą, dobrze mówi nasz ksiądz Stanisław, że życie człowieka jest króciuchne jak sen; wszystko w niém mija i tylko to zostawia po sobie ślady, co dobrego uczynimy na świecie. A mnie się zdaje, że dobrze jest cierpiéć w milczeniu i pokorze, zapomniéć o sobie saméj i pragnąć szczęścia tylko dla ukochanych naszych...
Klotylda ze wzruszeniem słuchała słów dziewczyny, popatrzyła chwilę na jéj oczy, wzniesione ku górze i zamglone wilgocią, a w końcu rzekła:
— Powiedz mi, dziecko, zkąd ci przyszły te myśli podniosłe i święte? zkąd w tobie uczucie to bohaterskie? Tak, masz słuszność, tyś wiejska dziewczyna, mało uczyłaś się, mniéj jeszcze widziałaś; jakimże więc cudem odgadłaś tajemnice najświętszych uczuć, posiadłaś szerokość najwznioślejszych myśli?...
Magdzi twarz zarumieniła się z razu, a potém powlokła wyrazem zamyślenia. Długo nie odpowiadała; szły obie ręka w rękę pod szumiącemi jodłami.
— Więc mówisz pani — ozwała się wreszcie dziewczyna — że mam jakieś myśli, jakieś uczucia niezwyczajne w położeniu mojém cichém i ciemném? Prawda, siostry moje, dobre i kochane, nie miewają takich myśli i uczuć. Jak się to stało? zaczekaj pani... powiem zaraz.
Znowu milczała przez chwilę, a potém mówiła:
— Najprzód, zdaje mi się, że już sam Bóg rozmaicie różnych ludzi tworzy. Zdarzało mi się widziéć dzieci, chowane razem, a jednak jedno z nich bywało smutne, inne wesołe, jedno dobre, inne złe. Jam z dzieciństwa smutniejsza była od moich sióstr; mało cieszyłam się zabawkami, patrzyłam więcéj na niebo, niż na ziemię. Potém, pani, kiedy obraz jego zaczął ukazywać mi się w każdéj godzinie dnia i w każdym śnie nocy, po-raz piérwszy położyłam rękę na sercu i zdało mi się, iż czułam, jak pod dłonią moją serce to rosło, rozszerzało się, żeby ogarnąć sobą wszystko, co żyje wkoło. Potém, przy każdém widzeniu jego, pilnie słuchałam tego, co mówił, a on tak pięknie mówi! I z jego słów tworzyły się w mojéj głowie obrazy, nad któremi myślałam po odjeździe jego długo, długo!... brzmienie ich zostawało w moich uszach, i mimowoli zaczynałam mówić tak, jak on. Raz byłam u Grodzickiéj w N. I on tam przyszedł i przyniósł z sobą książkę, i zapytał mię, czym jéj nie czytała. Powiedziałam, że nie, bom do owego czasu nigdy nic nie czytywała. Poprosiłam go o tę książkę; dał mi ją i czytałam, i nauczyłam się jéj na pamięć. Były to poezye Mickiewicza. I wszystkie słowa, i wszystkie obrazy tych wierszy osiadły odtąd w mojém sercu, a gdym się nad niemi zastanawiała, myśl mi krążyła po głowie tak szybko, że musiałam co najprędzéj czém inném się zająć, bo czułam, iż długo takiego stanu wytrzymać-bym nie mogła. Tak uczucie do uczucia, myśl do myśli, składały się, jak ziarnko do ziarnka, i dlatego może pani mówi, że dziwnie jakoś myślę i czuję.
Klotylda nic nie odpowiedziała; była wzruszoną naiwną spowiedzią dziewczęcia. Dochodząc do ganku Dembowskich, miały się już pożegnać.
— Czy pan Dolewski będzie jutro u was? — spytała Klotylda.
— Przyjedzie jeszcze jutro, a potém aż za dni kilka.
Mówiąc to, Magdzia patrzyła na Klotyldę i wyraźnie coś powiedziéć chciała; ale wahała się przez nieśmiałość, aż w końcu objęła ją rękoma i, tuląc się do jéj piersi, szepnęła:
— Moja droga pani! mój aniołku śliczny! nie będziesz się gniewała na mnie za to, co powiem?
— Ja miała-bym się na ciebie gniewać za cokolwiek? Mów, mów wszystko, moje miluchne dziecię!
— Pan Lucyan... — szepnęło dziewczę — pan Lucyan... od tego dnia, w którym był u pani... zrobił się jakiś inny...
— Jakiż to?... — spytała z uśmiechem Klotylda.
— Ja nie wiem — odrzekła Magdzia. — Nie jest smutny... nie... ale jakby zamyślony, jakby niespokojny... słowem nie taki jak zawsze. Mnie przykro na niego patrzéć, bo przeczuwam, że on cierpi, i dla tego, pani droga, mówię to tobie, bo nie chcę, żeby on cierpiał...
— A cóż ja na to poradzę, dziecko?
Magdzia wyprostowana stanęła naprzeciw Klotyldy, ujęła jéj rękę w swoje dłonie i rzekła pewniejszym już głosem:
— O pani, takie piękne jak ty anioły, mają skrzydła śnieżne i miękkie, któremi mogą z czoła ludzi chmury smutku spędzać. Takie piękne, jak ty, anioły od gwiazd pożyczyły promieni do oczu swoich, aby rozświecać niemi myśli tych, którzy są niespokojni i smutni. Ty pani jesteś pięknym i dobrym aniołem; powioń skrzydełkiem, spójrz błyszczącemi oczyma, a przestanie cierpiéć ten, który cierpiéć nie powinien.
To mówiąc, wysunęła rękę z dłoni Klotyldy i wbiegła do sieni, a pani Warska powoli zeszła z ganku i, bardzo zamyślona, ze schyloną głową, poszła ku swemu mieszkaniu.
Nazajutrz Marylka zdziwiła się mocno, usłyszawszy dzwonek pani swojéj, wzywający ją do sypialni o parę godzin wcześniéj niż zwykle.
Zaledwie ósma była godzina, gdy Klotylda w białém ranném ubraniu wyszła do ogrodu, minęła klomby kwiatowe, staw i obszerny trawnik i weszła do szerokiéj, ciemnéj alei, któréj jedna strona, otoczona żelazném ogrodzeniem, dotykała pocztowego gościńca. W środku alei téj, była w ogrodzeniu furtka, wychodząca na szeroką drogę, po obu stronach, mającą brzozowe ławeczki.
Klotylda z książką w ręku usiadła na ławeczce obok furtki, gdy zdala dał się słyszéć tentent konia. Podniosła głowę i niedaleko siebie ujrzała jadącego konno Lucyana. I on ją zobaczył, zwolnił bieg konia i przez chwilę zdawał się wahać, czy ma się zbliżyć do dziedziczki Jodłowéj, przez którą przed kilku dniami tak uprzejmie przyjętym został. Nie zbliżył się jednak, tylko ukłonił się z grzecznością i uszanowaniem. Klotylda oddała mu ukłon, ale, gdy odjechał, na twarzy jéj odmalował się wyraz zdziwienia i żalu. Wypuściła z rąk książkę, pochyliła czoło na obie dłonie i długo pod cieniem jodeł siedziała w zamyśleniu.
Gdy w godzinę potém weszła do swojéj sypialni, ubierającéj ją Marylce zdało się, że na jéj oczach widziała ślady łez; nie była jednak pewna tego, tém bardziéj, że, w czasie ubierania się, Klotylda rozmawiała z nią i parę razy głośno się rozśmiała z dowcipnéj gadaniny subretki. Śmiech ten wszakże uderzył garderobianę czémś niezwykłém, drżało w nim coś, z czego nie umiała zdać sobie sprawy, dla tego pewnie, że nigdy jeszcze dźwięku takiego w śmiechu swéj pani nie słyszała.
Kto uważnie słucha wszystkich odgłosów ludzkiego serca, ten w śmiechu nie samę tylko wesołość usłyszéć może; drżą w nim niekiedy tajone i tłumione łzy. Ale żeby ich w śmiechu czyimś dosłyszéć, trzeba wprzód samemu ścisłą z cierpieniem zawrzéć znajomość; trzeba, według słów jednego z pisarzy, posiąść jedyną naukę, mogącą wwieść człowieka w głębiny serc innych ludzi, trzeba się nauczyć „alchemii łez”.
Tego wieczora Magdzia przybiegła do Klotyldy, siedzącéj na ganku od ogrodu.
— No cóż, moja Magdeczko — spytała ją żartobliwie pani Warska, — czy pan Lucyan i dziś był „jakiś inny”?
— Dziś, pani — odrzekło dziewczę, — pan Lucyan był bardzo wesoły; opowiadając o czémś ojcu, śmiał się kilka razy; ale ja w tym śmiechu coś niedobrego przeczułam...
— I cóż ty tam w tym śmiechu przeczułaś, marzycielko?
Magdzia pochyliła się do ucha Klotyldy i szepnęła:
— Ja, pani, w śmiechu jego przeczułam łzy.
Potém Magdzia usiadła przy nogach Klotyldy na nizkim stołeczku i położyła głowę na jéj kolanach. Klotylda muskała jéj jasne włosy i zaczęła w nie wplatać gałązkę zieloną. Dziewczyna patrzyła w milczeniu w głąb’ oświetlonego szafirową lampą gabinetu, potém podniosła głowę i, spoglądając w twarz Klotyldy, rzekła znacząco:
— Jak tu pięknie, jak tu cicho, jak tu wonno! Dom twój, pani śliczna, to istny raj na ziemi, a tyś w nim jasnym aniołem!...
Klotylda uśmiechnęła się smutnie i ustami dotknęła czoła Magdzi, a dziewczyna, razem z pocałunkiem, poczuła spływającą na jéj czoło łzę.
— Czy i w raju nawet łzy płyną? — spytała cicho, patrząc ciągle w twarz Klotyldy.
— Dziecię moje — odrzekła piękna kobieta, — gdzieś daleko po-za światem tym, jest pewnie raj taki, zgotowany wybranym, w którym cichną wszystkie smutki i niepokoje serca ludzkiego; ale w każdym ziemskim raju, na dnie wszystkich rozkoszy i piękności, muszą zawsze znaléźć się łzy...
Gwiazdy pogodnéj nocy wiosennéj długo oświetlały grupę dwóch kobiet, pół ukrytą w cieniu mirtów i pomarańcz.
Kiedy około północy Klotylda została sama, zadzwoniła i wszedł Ignacy.
— Proszę cię, Ignacy — rzekła, — aby jutro o godzinie ósméj rano Pegaz stał osiodłany pod gankiem; chcę pojechać konno.
Nazajutrz Marylka znowu się zdziwiła, gdy dzwonek pani wezwał ją o wcześniejszéj, niż zwykle, godzinie.
Klotylda włożyła amazonkę i kapelusik z czarném piórkiem i stanęła na środku sypialni swojéj zamyślona. Potém szybko postąpiła ku drzwiom i znowu wróciła, przeszła parę razy pokój, patrząc w ziemię, nareszcie przebiegła salony i stanęła na ganku od dziedzińca.
Pegaz siwy w wielkie ciemne jabłka, z małą główką i wygiętym karkiem, stał przed gankiem osiodłany i grzebał nogą w piasku. Cugle wierzchowca trzymał stangret w angielskiéj liberyi.
Klotylda popatrzyła na konia i rzekła do Ignacego:
— Każ Pegaza odprowadzić do stajni — nie pojadę!...
Stangret z koniem zwrócili się ku stajni. W téj chwili, za jodłami i żelazném otoczeniem dziedzińca, dał się słyszéć tentent konia i szybko na tle zieleni przemknęła zgrabna postać jeźdźca.
Jadący z oddali nawet poznał stojącą na ganku panią domu, bo zdjął czapkę z pełnym grzeczności ukłonem.
— Ignacy — zawołała Klotylda — zawołaj na Michała, niech przyprowadzi Pegaza.
Ignacy łagodnie uśmiechnął się pod siwym wąsem z kaprysów swéj ukochanéj pani, a stangret z Pegazem zwrócili się znów ku gankowi.
Po chwili, piękna pani Klotylda wyjeżdżała konno z bramy dworskiego dziedzińca.
Lucyan Dolewski całą godzinę przesiedział przy choréj, poczém oświadczył, że przyjedzie dopiéro za tydzień, bo konwalescentka może się bez niego obejść, a on ma pacyentów, do których na dni kilka pojechać musi.
— A u pani Warskiéj, czy pan nie będzie? — spytała go Magdzia.
— Dziś nie — odrzekł obojętnie; — zawcześnie jeszcze na wizytę — dodał, patrząc na zegarek.
— Widziałam jednak — ozwała się Elżusia — że pani Warska pojechała już konno na spacer.
Na te słowa w oczach Lucyana zamigotało jakieś dziwne światło; znawca fizyognomii ludzkich rzekłby, iż byłto błysk nadziei.
— Jak się ma pani Warska? — spytał, zwracając się ku Magdzi.
— Zawsze śliczna i dobra jak anioł — odparło dziewczę.
Doktor pożegnał wszystkich, siadł na koń i zwolna jechał pocztową drogą.
Pogodnie i cicho było na świecie, znikąd odgłosów żadnych; spokój panował w naturze, a jednak Lucyan, jadąc, oglądał się ciągle wkoło, jakby czegoś szukał oczyma, jakby dosłuchiwał się jakichś odgłosów. Na drzewach, zdobiących drogę, drżały listki pozłacane słońcem, w powietrzu czystém krzyżowały się strugi błękitnych i złotych promieni. Młody człowiek jechał drogą zwolna, zamyślony, niespokojny, a przed nim migotały ciągle ciemne, smutne oczy Klotyldy i ukazywała się na promieniu zawieszona biała, przezroczysta jéj twarz. Jechał powoli i był już na zakręcie drogi pod samą górą, gdy między jodłami, wysoko nad sobą, posłyszał szelest niezwykły i chrzęst łamiących się gałęzi. Spojrzał w górę: śród czarnych i gęstych drzew, wąziuchną dróżką, zwolna i coraz niżéj, na siwym koniu, zstępowała Klotylda. Wybornie ujeżdżony koń z wdziękiem i ostrożnie stąpał po spadzistéj pochyłości, a ona, jedną ręką trzymając cugle Pegaza, drugą uchylała sobie z nad głowy opadające wciąż kolczaste gałęzie. Chwilami znikała całkiem po-za drzew gęstwiną i wychylała się znowu na szerszą przestrzeń, cała opromieniona słońcem i orzucona zielonemi kolcami jodeł.
Gniady koń jeźdźca na pocztowéj drodze, stanął jak wryty, wstrzymany nagle gwałtowną ręką swego pana. Lucyan patrzył na zjawisko, zstępujące ku niemu z góry.
Wązka dróżka, którą jechała Klotylda, rozszerzała się coraz bardziéj, spadzistość coraz mniéj była stromą, amazonka na siwym rumaku coraz prędzéj zbiegała ku drodze, i po chwili była już o kilka tylko kroków od jeźdźca na gniadoszu.
— Dzień dobry pani — zawołał, uchylając czapki Lucyan.
— Dzień dobry panu — odrzekła amazonka.
Pegaz stanął obok gniadosza i zwrócił się w tym samym co tamten kierunku.
Poranny wietrzyk i szybka jazda, lekkim rumieńcem zabarwiła twarz Klotyldy, Lucyan przeciwnie był blady tą bladością wzruszenia, która wszystką krew do serca sprowadza.
— Pani tak wcześnie odbywa konne przejażdżki? — ozwał się po chwili młody człowiek.
— Ranek był piękny, jeździłam na cmentarz. — I ukazała ręką widniejący na górze pomnik.
— To pomnik matki pani?
— Tak panie.
Rozmowa, obojętnym prowadzona tonem, przerwała się. Pegaz zwolna postąpił naprzód, gniadosz szedł za nim.
— Pan jedziesz od choréj? — ozwała się po chwili milczenia, Klotylda.
— Tak pani, a raczéj od konwalescentki.
— Czy długo jeszcze pan będziesz ją codziennie odwiedzał?
— Przeciwnie, przyjadę ledwie za dni kilka.
— A przez ten czas pan ciągle będziesz w N.?
— Mam odwiedziéć pacyentów, o kilka mil ode mnie mieszkających.
Znowu umilkli, jadąc ciągle razem drogą szeroką. Minęli górę, a wkoło nich rozłożyły się barwne kwiatami i ozłocone słońcem łąki. Pod lasem żółciały pasące się stada, z dali do pocztowéj drogi dochodził ryk bydła i smętna jakaś piosenka pasterza. Powietrze majowe drżało całe promieńmi i cichym gwarem owadów.
— Chcesz pan — ozwała się po długiém milczeniu Klotylda — chcesz pan sprobować doskonałości naszych wierzchowców? Kto z nas kogo prześcignie?
I, nie dając Lucyanowi czasu do odpowiedzi, pochwyciła silnie cugle swego konia, zawołała nań pieszczotliwie i popędziła drogą jak strzała.
Gniadosz Lucyana, targnięty ręką pana, zerwał się z miejsca i pogonił za Pegazem.
Biegli tak jedno za drugiém, unoszeni dzielnemi końmi, całą wiorstę; w końcu gniadosz doścignął Pegaza, przepędził go o kilkanaście kroków i stanął, silną ręką wstrzymany.
Klotylda téż stanęła.
— Zwycięztwo przy panu! — zawołała ze śmiechem, podnosząc rękę do kapelusika, niby rycerskim ukłonem.
Twarz jéj pałała żywym rumieńcem zmęczenia, pierś podnosiła się szybkim oddechem, wpół otwarte usta okazywały dwa rzędy białych zębów.
Wyraz twarzy Lucyana był obojętny, bladość tylko jego, zamiast zniknąć przez ruch i zmęczenie, powiększyła się jeszcze. Patrzył na Klotyldę i uśmiechał się zwykłym swoim poważnym uśmiechem.
Pani Warska spojrzała w stronę swego dworu.
— Daleko odjechałam od domu — rzekła — trzeba wracać. Pan mię odwiedzisz w Jodłowéj, nieprawdaż? — dodała, patrząc w twarz doktora i wyciągając ku niemu rękę.
Lucyan wziął drobną rączkę i przez chwilę zatrzymał ją w swéj dłoni.
— W Jodłowéj, pani — odpowiedział — w Jodłowéj... tak, będę... ale nie wiem kiedy.
To mówiąc, schylił się na koniu, pocałował rękę Klotyldy i miał odjechać, gdy ona raz jeszcze zwracając się ku niemu i wstrzymując swego konia, rzekła:
— Przyjedź pan, przyjedź, bo mi na seryo brak towarzystwa pana.
I rozjechali się w przeciwne strony; ale o parę wiorst od Jodłowéj, Lucyan zdjął czapkę z gorejącego czoła i rzekł gwałtownie do siebie:
— Szaleństwo! co się ze mną dzieje? dziwny wpływ wywiera na mnie ta kobieta. Pocóżem ją spotkał? Ha! los... wszakże nie chciałem tego... Głowa mi płonie! szalony jestem! Nie, tak być nie może, ja się od tego obronić muszę!...
A Klotylda, pożegnawszy Lucyana, nie pojechała prosto do domu, ale zwróciła się na prawo, drogą ku lasowi wiodącą. Jechała zwolna, a na twarzy jéj malowały się: niepokój i wzruszenie; wreszcie, gdy już wjechała w głąb’ lasu, poniosła rękę do czoła i rzekła do siebie:
— Pocóż go spotkałam? Dziwne wrażenie wywiera na mnie ten człowiek. Wolała-bym była go nie widziéć, a jednak sama go szukałam. Pocóż ta kobieta zachorowała? poco on tu przyjeżdżał? Ha! bądź co bądź, nie poddam się!