II. Doktor
W popołudniowych godzinach, tego samego dnia, w którym pan Karłowski wrócił z wycieczki swojéj w wileńskie okolice, w niewielkim pokoju jednego z warszawskich hotelów, stał przed oknem młody mężczyzna. Wyglądał na lat dwadzieścia siedm, wzrost miał dość wysoki, pierś szeroką, a cała jego postać, choć nie nacechowana wytworną elegancyą, jaką nadaje ciągły pobyt w wielkiém mieście, miała przecież pełne męzkiéj piękności kształty. Twarz jego, o ściągłych i regularnych rysach, bladą była tą gorącą, namiętną bladością, jaka pokrywa zwykle ogniste, a ciągle zwalczane uczucie. Gęste, czarne włosy opadały nieco na gładkie czoło, a z pod brwi, gęstych także i czarnych, duże, ale głęboko osadzone, ciemno-szafirowe oczy myślącém i łagodném spojrzeniem zgadzały się z wyrazem kształtnie zarysowanych ust. Niewielki czarny zarost otaczał to męzkie i piękne oblicze.
Po-za oknem, na szerokiéj ulicy wielkiego miasta, wrzał tłum różnorodny; z głuchym turkotem przesuwały się powozy, pełne niekiedy pięknych twarzy kobiecych. Nagle, nawpół stłumiona ulicznym gwarem, ale niedaleka, zabrzmiała muzyka ulicznego instrumentu, grająca aryą z opery. Na odgłos ten, patrzący oknem mężczyzna, jakby się ze snu obudził; brwi lekko mu drgnęły, a w miarę jak instrument śpiéwał coraz boleśniéj, z pod powiek jego i długich rzęs coraz żywsze i gorętsze błyskały promienie. W chwili owéj twarz jego nabrała wyrazu namiętnéj wrażliwości, i kto-by nań wówczas spojrzał, bardziéj niż kiedy musiał-by się w nim domyślić natury gwałtownéj, tłumionéj wprawdzie wolą, ale za lada dźwiękiem, za lada dotknięciem wybuchnąć gotowéj pożarem pragnień i porywów. Widząc go tak bladym, wsłuchanym w muzykę, ze ściągniętemi brwiami i oczyma pałającemi w głębi, można było odgadnąć, że jest to jeden z ludzi, co we własnéj piersi noszą zarody fatalizmu, dla których w życiu niéma środka między rajem i piekłem, i którzy, ulegając prądowi namiętności, znajdują śmierć tam, zkąd inni czerpią zaledwie drobną, przelotną łezkę.
Otworzyły się drzwi i stanął w nich, z wytworną miejską elegancyą ubrany, Cypryan Karłowski.
Odwrócił się od okna zamyślony mężczyzna i, postępując kilka kroków, zawołał:
— Cypryan!
— A! nareszcie znalazłem cię, Lucyanie, — wołał Karłowski — z otwartemi rękoma idąc do przyjaciela.
— Wracam z N., — mówił daléj Cypryan, po przywitaniu. — Chciałem skorzystać z niedawno w tych stronach ułatwionego podróżowania i odwiedzić cię. Ale powiedz, jak mogliśmy tak nieszczęśliwie się rozminąć?
— Nie byłem uwiadomiony o twoich dobrych chęciach — odpowiedział Lucyan Dolewski — i przyjechałem tu w sprawie mojéj matki, która poleciła mi odebrać od jednego z tutejszych mieszkańców, pożyczoną mu przez ojca mego, sumę pieniężną. Serdecznie żałuję, żem nie mógł przyjąć cię, ale rad jestem, że się choć tutaj spotykamy nareszcie.
Dwaj młodzi ludzie usiedli obok siebie. Sprzeczność między nimi zachodziła wielka. Młody syn bogatego właściciela i przemysłowca był obrazem swobodnéj, pełnéj wiary w przyszłość i w siebie, niczém jeszcze nie zawiedzionéj młodości. Znać było, że życie słało mu dotąd drogę kwiatami tylko, że patrzył na świat okiem Cezara, biorąc za dewizę przyszłości swojéj: veni, vidi, vici. Młody doktor, zaledwie może o rok starszy od kolegi i przyjaciela swojego, miał na sobie cechę przebytych walk i zapowiedź przyszłych burz. On także czuł się silnym; ale gdy w samego siebie spojrzał, zdawało mu się, że w piersi własnéj czyta ręką ciemnego anioła kreślone wyrazy: Mane, Tekel, Phares. Mimo téj sprzeczności jednak, wiązała ich ścisła przyjaźń, oparta na wspólnéj miłości dla piękna i światła, na wspólnych wspomnieniach dziecięcych i młodzieńczych zabaw i prac. Połączeni byli ze sobą braterstwem przeszłości i wyrazem: czy pamiętasz? którym wzajemnie tę przeszłość wywoływać mogli.
— No, mój poczciwy Lucyanie — mówił Cypryan — powiédz mi, jak ty żyć możesz w téj mieścinie N.? Nigdym sobie nie wyobrażał podobnie szkaradnego miejsca. Samo żydostwo włóczy się po błotnistych ulicach. Nie macie tam chyba ani koncertów, ani teatru, ani księgarni, ani żadnych zebrań publicznych, bo nie widziałem nawet budynków, które-by mogły ku tym celom służyć. Jak ty tam żyć możesz, biedny mój Lucyanie?
Uśmiechnął się Lucyan swoim łagodnym, poważnym uśmiechem.
— Nie jestem ja tak biedny, jak ci się zdaje — odpowiedział zwolna. — Prawda, że N. jest bardzo nędzną mieściną, że o koncertach i teatrze nikomu się tam nie śni, że założenia księgarni spodziewać się możemy, chyba za lat sto; ale czyż nie przypuszczasz, nawet śród pustyni takiéj, spokojnego i użytecznego życia, dla ludzi, którzy mają tam do spełnienia jakieś zadanie?
— Zapewne, zapewne — żywo przerwał Cypryan — przypuszczam, że niejeden Lejba lub Szymel prowadzić może w téj błotnistéj dziurze byt spokojny i po swojemu użyteczny; że niejedna Sura lub Leja, świętobliwie i ku zadowoleniu swemu, przepędza tam życie, robiąc czarne pończochy z szafirowemi klinami i hodując izraelską progeniturę; stara nawet dewotka jaka może tam przebyć długie lata, klepiąc pacierze i nie jedząc mięsa przez trzy czwarte części roku, bo ryby na ulicach musicie tam poławiać. To wszystko przypuszczam; ale ty, mój Lucyanie, ty, rozkochany zawsze we wszelkich objawach piękności ducha i formy, ty, oświecony, ze smakiem wykształconym, jak ty tam żyć możesz?
Wesołość zniknęła na chwilę z twarzy Cypryana.
— Pisałeś mi wprawdzie o tém — mówił daléj Lucyan — że mieszkasz w małém i biedném miasteczku: ale rzeczywistości nigdym sobie wyobrazić nie mógł. Dziecię okolic Warszawy, tu wzrosłem, tu żyłem i nigdy nie widziałem nic podobnego; a nie widząc, trzeba miéć chyba wyobraźnią romansopisarzy francuzkich, aby stworzyć sobie obraz twego siedliska. Powiadam ci, Lucyanie, że gdybym tam rok przemieszkał, albo-bym umarł, albo z rozpaczy przyjął żydowską wiarę i pojął za małżonkę najpiękniejszą z całego miasta Surę.
— Otóż widzisz — śmiejąc się, odpowiedział Lucyan — że, choć mieszkam w N. od lat trzech, anim umarł, anim się zapisał pod izraelski sztandar. Nie powiem zapewne, że mi tam jest jak w raju, i nie uwierzył-byś nawet, gdybym ci mówił, że nie mam pragnień, przekraczających ciasny zakres, w którym się zamknąłem. Wszakże zostanę w N., długo może, bo mam do spłacenia dług serca, w przekonaniu mojém święty.
— Chcesz mówić pewnie o twojéj matce?
— Tak, Cypryanie. W dzieciństwie nieraz mawiałem tobie o téj mężnéj, z mało oświeconym umysłem, ale bohaterskiém sercem, kobiecie; nie potrzebuję ci więc wszystkiego, co wiész, powtarzać. Powiem ci tylko, że jeżeli dziś w hierarchii społecznéj należę do rzędu stojących na wyższym szczeblu oświaty, jéj to winieniem; rozum mój — jéj łzami zdobyty, moja wiedza — okupiona jéj pracą. Kiedy ojciec mój umarł i zostawił mnie kilkoletniém dzieckiem, matka stała się silną swojém macierzyńskiém uczuciem. Jak pracowała? co robiła? nie wiem i niepodobna zapewne zliczyć wszystkich jéj nocy, bez snu, i dni, bez wytchnienia spędzonych. Aż wreszcie miłość matki dokonała cudu: jak Chrystus chleb na pustyni, tak ona tysiąckrotnie pomnożyła pracę swoję i wychowała mnie takim, jakim jestem. Dziś na mnie przyszła koléj...
— Ależ, mój drogi — przerwał Cypryan — nie widzę w tém wszystkiém powodu, dla czego-byś z nią razem nie miał opuścić N., i posiąść w świecie stanowiska właściwszego dla twych usposobień i zdolności.
— Ha, kochany mój — odparł doktor — probowałem już parę razy myśl podobną nasuwać mojéj matce. Raz nawet, — było to w rok po przyjeździe moim z uniwersytetu, — matka sama mi powiedziała, że pragnie, abym, dla dalszych studyów nad medycyną i dla otrzymania szerszéj drogi, na któréj mógłbym postępować z większym pożytkiem dla innych i dla siebie, wyjechał gdzie w świat dalszy. Przytém powiedziała mi także, iż nie chce rozłączać się ze mną i będzie mi towarzyszyła. Mówiąc to, wydawała się zupełnie spokojną i tak zawładnęła sobą, że zdołała wprowadzić w błąd moje synowskie oko. Cieszyłem się z tego jéj usposobienia, myśl moja rwała się z całym popędem piérwszéj młodości w sferę światła, szerszego czynu. Wszakże okoliczności materyalne, w których zostawaliśmy, wymagały kilkunastu dni zwłoki, a w przeciągu ich, kilka razy zwrócił uwagę moję dziwny jakiś wyraz twarzy mojéj matki, jakiś żal tajony, nie mogący jednak ukryć się całkiem przede mną, przywykłym do jéj jednostajnéj, spokojnéj dobroci. Stawałem się niespokojny, ale zmianę jéj twarzy przypisywałem jeszcze przez chwilę trudom, towarzyszącym wybieraniu się w daleką podróż. Aż pewnego dnia zobaczyłem scenę, która nigdy nie zatrze się w pamięci mojéj. Było to w lecie: jechałem do jednego z pacyentów konno i sam jeden obok cmentarza, leżącego w oddaleniu wiorsty od miasteczka. Na godzinę przed moim wyjazdem, matka opuściła mieszkanie. Dokąd poszła, nie wiedziałem. Gdym mijał cmentarz, przyszło mi na myśl wejść tam na chwilę. Lubię niekiedy rozmawiać z umarłymi. Tam zresztą jest mogiła mojego ojca: chciałem ją pożegnać. Zsiadłszy z konia, przeszedłem nizką furtkę, zamykającą ogrodzenie, i w pobliżu grobu mojego ojca posłyszałem tłumione łkanie. Zbliżyłem się śpiesznie i ujrzałem matkę moję, stojącą obok krzyża i obejmującą go ramionami. Była tak pogrążona w rozmyślaniu i łzach, że nie usłyszała szelestu moich kroków. Po bladéj jéj twarzy toczyły się dwa strumienie łez, wzrok miała utkwiony w murawę mogiły, ramiona z całém wytężeniem obejmowały drzewo krzyża, a usta poruszały się szeptem. Stanąłem za nią niepostrzeżony, przerażony. Patrzyłem i słuchałem, i posłyszałem — cóż? posłyszałem, że się żegnała z ukochnym grobem. Matka moja kochała mego ojca jedyną miłością swego życia. Byli oni jedném z tych małżeństw o cichéj pracy i cichém szczęściu, których miłości nie tłumi i związku nie rozrywa żaden hałas, żaden gorączkowy zachód życia. Po śmierci mego ojca, matka poślubiła grób jego; i miałże-bym od niego ją oderwać?!... Nigdy! — odrzekłem sam sobie i wróciłem do domu niepostrzeżony, z sercem pełném uroczystego wzruszenia. Wieczorem ukląkłem u stóp jéj i powiedziałem: Matko! ja ztąd nie wyjadę, mnie tu dobrze, zostańmy!... I zostaliśmy, i nie żałuję tego, i próby nie powtórzę nigdy.
— Dziwna rzecz... — zaczął Cypryan.
— O, nie tak dziwna, jak się zdawać może — przerwał Lucyan. — Dla starych, mój drogi, wspomnienia są całą treścią życia; niemi karmią się oni wtedy, gdy wszelkie ziemskie nadzieje przyświecać im przestają. A matka moja jest już starą; do miejsca, w którém urodziła się, żyła, kochała i cierpiała, przyrosła, jak kamień do gruntu, w którym mchem się okryje. W N. stoi dom, do którego po raz piérwszy weszła, jako młoda i szczęśliwa żona mego ojca; w domu tym jest kącik, w którym długie godziny przesiadywała nad kołyską moją. Tuż za miasteczkiem jest mogiła mojego ojca, a w kościele ołtarz, przed którym modliła się całe życie. Ma ona tam dawnych znajomych swoich, którzy znali ją młodą i z którymi przez długie lata dolę i niedolę dzieliła; słowem, po-za tém nieznośném dla innych miasteczkiem dla niéj niéma życia. A gdybym ja ruszył w świat, ona-by nie została, bo bardziéj, niż do wszystkiego na ziemi, sercem przykuta jest do mnie. Osądź więc sam, Cypryanie, czy mnie należy niepokojem zatruwać ostatnie dni matki, któréj tyle wienienem? Czy nie powinieniem raczéj zwyciężyć i stłumić własnych porywów, zwalczyć własnych bólów, aby ją spokojną i ufną we mnie doprowadzić do mogiły?
W jasném oku Cypryana błysnęła szybko powściągnięta łza; wyciągnął rękę do przyjaciela i rzekł:
— Jesteś najpoczciwszy z ludzi, Lucyanie. Ale żebyś się tam dla rozrywki choć zakochał w kimkolwiek — dodał — wracając do dawnéj wesołości.
— Jestem już zakochany — z uśmiechem odpowiedział Lucyan.
— W kimże? w kim? mów prędzéj, mój drogi.
— W pracy — odpowiedział doktor.
— Hm! poważną masz kochankę! Ale wiész, sprobuj wielożeństwa, pozostań wierny pracy, a par dessus le marché, zakochaj się w jakim ładnym buziaczku. Ale à propos zakochania i buziaczków — zawołał nagle, zrywając się z krzesła — mam zapytać cię o rzecz wielkiéj wagi. Bywają u was niekiedy dziwne nazwiska. Macie naprzykład Komara, Mola, Żabę, Koziełła. Czyś nie słyszał kiedy o nazwisku: Kameleon?
— Nie, o takiém nazwisku nigdym jeszcze nie słyszał — śmiejąc się, odpowiedział Lucyan.
— Mój Boże! jedna już tylko zostaje rada. Ztąd prosto idę do księgarni i kupuję herbarz Niesieckiego. Jeżeli w nim nie znajdę tego nazwiska, to chyba ona jest cudzoziemką.
— I któż-to, ta ona? — poważnie spytał Lucyan, zapalając cygaro, i dodał: — a raczéj powinieniem-bym powiedziéć, ta dziesiąta, czy dwudziesta twoja ona?
— Piérwsza w życiu, tak powabna! — zawołał Cypryan, cały rozpromieniony wspomnieniem porannego zjawiska. — Wiész co, Lucyanie, ani w Paryżu tak zgrabnéj, ani we Włoszech tak ognistéj nie widziałem kobiety. Nie nazwę jéj piękną, bo to wyraz oklepany, przedstawiający głównie regularność rysów, a u niéj rysy spostrzegają się ostatnie, znikają przed dziwnym wyrazem twarzy. Tę kobietę nie z gliny, ale z płomieni, Bóg utworzył; to téż zwyczajnego glinianego człowieka pali, jak istny płomień.
— Ale w każdym razie — odezwał się znowu Lucyan — powiedz-że mi nareszcie, kto to ta ona?
— Ba! gdybym sam wiedział! Wczoraj wieczorem o kilka stacyi od Warszawy, przesiadając się dla rozmaitości z jednego wagonu do drugiego, znalazłem ją w głębi powozu, zamyśloną, z zasłoną na twarzy, nie tak jednak gęstą, abym nie mógł dojrzéć, że jest prześliczna. Przez całą drogę nie mówiliśmy do siebie ani słowa i skończyło-by się może na milczącéj mojéj admiracyi, gdyby nie karmelki, tak, mówię wyraźnie: gdyby nie karmelki! Nie darmo ktoś mądry powiedział, że małe przyczyny rodzą często wielkie skutki; bo i tą razą jadła ona karmelki i dla téj czynności uznała widać za potrzebne zdjąć rękawiczkę; potém układała sobie różne graciki i przy tém zajęciu musiał zsunąć się z jéj palca piękny brylantowy pierścionek. Wysiadając, pociągnęła go fałdami sukni: ja zobaczyłem, podniosłem, oddałem i fakt ten doprowadził moje interesa do tego pomyślnego stanu, że raczyła mnie zapytać, czy jestem synem mojego ojca, to jest Michała Karłowskiego, o którym musiała słyszéć. Pytanie to ośmieliło mnie zapytać o jéj nazwisko. Pomyślała chwilkę, i odpowiedziała: nazywam się Kameleon! Sądzę, że gdy odeszła, zostałem niemniéj zgłupiały i zdumiony, jak nieszczęsny Papkin, skazany na wyszukanie krokodyla. Gdybym wierzył w metempsychozę, a raczéj w migracyą dusz zwierzęcych w ludzkie ciała, mógłbym zaprawdę uwierzyć, że Kameleon oblókł się w formy téj kobiety; bo wyraz jéj twarzy mieni się, jak barwy tego zwierzęcia. Zdaje mi się, że oczy jéj w mgnieniu oka kilka razy zmieniły kolor: były i piwne, i ciemno-zielone, i czarne jak węgiel. Kameleon! Kameleon! czy słyszałeś kiedy, aby się tak kto nazywał? Przecież myślałem sobie: jeżeli można nazywać się Żabą, dla czegóż-by nie można nazywać się Kameleonem? Miałem więc nadzieję, że dowiem się czego od ciebie.
— Nigdym nie słyszał o tém nazwisku — odrzekł Lucyan — i wątpię, czy ktokolwiek w świecie mógł o niém słyszéć, bo myślę, że musi w tém być jakaś mistyfikacya. Ale powiédz mi, mój drogi, jak możesz zaprzątać sobie głowę kobietą, którą raz tylko widziałeś i z którą ledwie kilka słów zamieniłeś?
— O, poważny medyku! — odparł patetycznie, stając przed Lucyanem, Cypryan; — alboż dla ciebie niezrozumiałe są takie wrażenia, co to uderzają jak gromy, jak błyskawice wdzierają się w samę głąb’ istoty człowieczéj? Spojrzysz w białą twarz, wpatrzysz się w błyszczące oczy, dotkniesz drobnych paluszków i, ani się spostrzeżesz, jak w tém jedném mgnieniu oka wkradnie się do serca twego miłość.
— Miłostka, Cypryanie — zarzucił Lucyan.
— Czemuż nie miłość?
— Tak, miłostka tylko: bo miłość ma szersze podstawy, niż rzut oka na białą twarzyczkę i błyszczące oczy, niż dotknięcie drobnych paluszków. Za piękną twarz i białą rączkę kochać możesz dziś pannę Helenę, jutro pannę Klarę, pojutrze panią Zofią, Maryą lub Adelę; a jeśli każde z tych uczuć o motylowym żywocie zwać będziesz miłością, cóż będzie miłostką?...
— Surowo sądzisz młode i tak zwyczajne u ludzi porywy, mój Lucyanie. Ale, mówiąc na seryo, wyznaję, że, i według mojego zdania, niegodną człowieka jest rzeczą robić ciągłą zabawę z tego, co ma być jedną ze składowych części poważnéj treści całego życia. Nie sądzę, aby dobrze było rzucać serce na wszystkie wichry i, w téj kosztownéj igraszce, tracić fizyczne i moralne siły. Lecz, mój Lucyanie, grzechy i wady pojedynczych ludzi biorą źródło z ogólnego ustroju społeczeństwa. I czyż nie widzisz, że wielu z nas pije ambrozyą łatwych miłostek, jako antydot przeciw poczuciu wielkich bólów, którym zapobiedz nie jesteśmy w mocy? że gdy przed nami zamykają się szranki, w których moglibyśmy w ruch i czynność wprawić żywotne siły nasze, składamy skarby myśli i serca na bank pięknych oczu i drażniących wrażeń, aby nie udusić się własném wewnętrzném bogactwem i nie zmartwiéć całkiem przy jedzeniu obiadów i paleniu cygar, dwóch działaniach, jakie ze wszelką swobodą wykonywać możemy?
— To jest — odpowiedział Lucyan — aby rozerwać próżnowanie i zapomniéć o rzeczywistości, upajacie się miłością, jak, śród próżniactwa haremu i pod groźbą jedwabnego stryczka, Turek upaja się narkotykiem. Ale strzeżcie się! bo jak Turcy po zażyciu opium usypiają ze skrzyżowanemi nogami, tak wy, pijąc ciągle słodką truciznę, możecie usnąć z założonemi rękoma, a wtedy biada wam, bo na długo zamienicie się w Turków, i jedyném szczęściem, jedyną nagrodą, o jakiéj wam marzyć będzie wolno, będą czarne oczy hurysek.
— O mój ty filozofie, czyżeś nigdy nie kochał? — śmiejąc się, zapytał Cypryan.
— Dotąd nie miałem na to czasu ani sposobności.
— Tém gorzéj dla ciebie. Przyjdzie kréska na Matyska. Rozkochasz się kiedy okropnie.
— Więc czemuż tém gorzéj?...
— Ha! bo to widzisz, mój drogi, należymy podobno w tym względzie do dwóch przeciwnych biegunów świata. Ja, w mojém swobodném i hulaszczém życiu, niejednę już ogniową przebyłem próbę i żadna jakoś nie oparzyła mnie bardzo. Kochałem, szalałem, zalecałem się, porzucałem, mnie porzucano, a z tego wszystkiego wyszedłem, jak widzisz, zdrów i cały, i gotów znowu jak motyl leciéć w płomień. Ale z tobą inaczéj być musi.
— Zkąd to wnosisz?...
— Primo ztąd, żeś dotąd nigdy nie kochał, a wybuch materyi palnych, im dłużéj wstrzymywany, tém silniejszy; secundo, że ci z oczu Werter patrzy; tertio, że, siedząc tam w swojéj mieścinie, zakochasz się z rozpaczy, a wierz mi, że niéma straszniejszéj miłości, jak ta, któréj się człowiek uchwyci, wedle poetów, jak deski zbawienia, a według energicznego wyrażenia ludu, jak pijany płotu.
— A wola i rozum od czego?
— A namiętności i młodość od czego?
— W imię zdrowego rozsądku, odejdź ode mnie, szatanie, z dyabelską mową twoich przepowiedni! — zaśmiał się wesoło Lucyan. — Szkoda, że niéma tu wody święconéj, abym cię mógł odżegnać.
— A może jeszcze i wierzby święconéj, co? to śliczna perspektywa. Ale wolę nie czekać, abyś mię jak złego ducha ztąd wypędził i sam umknę. Mam wiele do załatwienia na mieście, a około wieczoru przyjdę po ciebie i pójdziemy razem do Teatru Wielkiego; dają dziś Trubadura. Do zobaczenia, stoiku, medyku, filozofie, a nadewszystko przyjacielu!...
Kiedy zamknęły się drzwi za Cypryanem, Lucyan usiadł przy stole i zaczął pisać list, na którego początku były słowa: „Moja droga matko!”
Skończył, ale nie wypuszczał z ręki pióra; przez chwilę bawił się niém machinalnie, pogrążony w myślach, aż nakoniec z kieszeni surduta wydobył czarno oprawną, wpół zapisaną książeczkę i począł w niéj pisać drobném i szybkiém pismem, te słowa:
„Cypryan mówił, że ludzie, mający dla władz swoich zbyt ciasny zakres działania, umieszczają żywotne siły swoje na banku łatwych miłostek, dla tego, aby uzewnętrznić cośkolwiek ze swéj treści wewnętrznéj, aby się nie udusić wewnętrzném, własném bogactwem. Nie, on nie ma słuszności, w ten sposób usprawiedliwiając to trucie się powolne i bezużyteczne. Z wolą i wytrwałością każdy pole działania wynaléźć sobie może i powinien. Tak, powinien; ale znowu z drugiéj strony, czyż może być sroższa męczarnia, jak żyć w sferze za ciasnéj dla myśli swojéj i siły, jak widziéć marnujące się bez użytku skarby działalności swojéj? I czy wówczas, gdy zewnętrzne okoliczności krępują rozwój człowieczego ducha, niby w żelazną klatkę okuwając lot jego, czy wówczas duch ten nie zawrze zgubnemi namiętnościami i nie zbuntuje się przeciw woli, która zechce go poddać spokojnym warunkom codziennych spraw i tak zwanych codziennych cnót? Bodaj i tą razą, jak zawsze, potępić należy tylko źródło, z którego grzech płynie, a o grzesznikach rzec słowa Chrystusa: «kto z was bez grzechu, niechaj rzuci kamieniem». Bo któż, niewinny i silny wczoraj i dziś, zaręczyć może w sumieniu własném, że takim zostanie jutro, jeśli go zgubne okoliczności ku téj saméj, co innych, otchłani pociągać będą?
Ileż razy w bezbarwném, ciemném, gorzéj niż to, bo w brudném otoczeniu, w jakiém postawiła mnie powinność, ileż razy, śród odgłosów i widoków tak bardzo rażących wszystkie sympatye i pragnienia moje, czułem wrzącą w piersi głuchą niecierpliwość. Ileż razy myślą wychodziłem po-za ciasny obręb mojego działania i w marzeniu widziałem otwierające się przede mną pole szerokiego czynu, pole działania, pełne zapór i trudów, ale w których końcu był cel, zrodzony z wielkiéj jakiéjś idei. Ileż razy, w długich marzeniach takich, podnosiłem myślą zasłonę przeszłości i widziałem, jak na krańcu widnokręgu każdego dziesiątka lat niebo coraz bliżéj było ziemi, dobro i prawda coraz bliższe ludzi. I drżałem cały żądzą oddania sił moich wszystkich dla zbliżenia błogosławionéj chwili, którą widziałem oczyma proroczego ducha, i obejmowało mnie pragnienie pójścia w świat, wzmożenia się wolą i wiedzą i torowania sobie drogi śród tłumów. I pragnąłem wówczas walczyć i cierpiéć, choćby wszystkiemi mękami potępieńca, byle żyć całą pełnią myśli i czynu, byle działać! działać!...
Pytałem nieraz samego siebie, dla czego inni spokojnie, szczęśliwie nawet żyją, w tych samych warunkach, w których mnie tak duszno i ciasno? Wszak i tam, gdzie jestem, czuję się użytecznym i potrzebnym, czas mój nie mija marnie w próżniactwie, bieda materyalna mnie nie dotyka. Połowa tego, co posiadam, moralnie i materyalnie, zadowoliła-by wielu ludzi; czemuż więc mnie dziwna jakaś siła gna w szersze przestrzenie? Niejeden gdyby znał moje myśli i targania się wewnętrzne, nazwał-by mnie szaleńcem, marzycielem. A jednak, nie jestem ani jednym, ani drugim; wiem, czego pragnę, znam właściwe dla siebie drogi, i dla tego, że te drogi zamknięte są przede mną, duszę się, jak w klatce. Każdy, kto badał otchłanie, jakie natura ludzka zawiera w sobie, pojmie, co to jest męka skrępowanego ducha, męka energii, która, nie znajdując pola dla siebie, jak rdza żelazo, najhartowniejsze nawet serce przejada.
Niekiedy czuję, jak mi w piersi rwie się coś i jęczy, jak niezaspokojone pragnienia obejmują mi szyję krogulczemi szpony, jak cała moc mojéj istoty domaga się jakiegoś wielkiego czynu, albo jakiéjś wielkiéj miłości.
I w chwilach owych, opanowany szałem, z głową rozsadzoną płomieńmi, z piersią pełną burz, pragnąłem znaleźć antydot przeciw truciźnie własnych myśli i ponieść do ust czarę choć-by z mętem i żółcią, aby tylko uciec od straszniejszéj nad wszelkie inne żądze, żądzy czynu i światła.
Wtedy tyś przechodziła koło mnie, matko moja, poważna twemi srebrnemi włosy, święta cierpieniem dla mnie poniesioném; patrzyłem na ciebie i nakazywałem milczenie burzom moim, i stawałem się znowu silnym i mężnym.
Tak dotąd bywało; ale czy zawsze tak będzie? czy, na synowskiéj miłości wsparty, zawsze zwyciężać będę?
Patrzę w siebie! Tam, w saméj głębi piersi, czuję ciągle niezużytą jakąś siłę. Zgaśnież ta siła, czy pierś mi rozsadzi i serce mi pęknie?...
O, matko moja!”
III. W teatrze
W sali Wielkiego Teatru Warszawy, śród ciszy wsłuchanych w melodyą tłumów, rozległ się śpiew ulubionéj śpiewaczki. Na scenie Cyganka, matka, z rozwianym włosem, z oczyma pałającemi rozpaczą i żądzą zemsty, opiewała nieprzebolałą stratę ukochanego dziecięcia. Pomiędzy tłumem słuchaczów i widzów, ze skronią opartą na dłoni, z oczyma utkwionemi w przestrzeń, siedział Lucyan Dolewski. Nie patrzył on, ale słuchał, słuchał i znać było, że śpiew przenikał go do głębi, tysiącznym uściskiem owijając mu serce. Z pod czarnych jego włosów na czoło mu wystąpiły silnie pulsujące żyły; z głębokich oczu, z pod wpół przymkniętych powiek, wymykał się niekiedy tłumiony ogień; pierś mu się podnosiła szybkim i nierównym oddechem. Boleśnie snać wstrząsnęły nim namiętne tony śpiewu, ale snać téż lubował się on tym bólem, jak cierpką, gorączkową rozkoszą.
Obok niego Cypryan, odwrócony od sceny, nie słuchał, nie patrzył, zachwyconém okiem spoglądając w lożę, w któréj siedziały trzy kobiety. Dwie z nich, młode dzieweczki, w białych sukniach i z kwiatami w jasnych włosach, wyglądały jak Rafaelowskie ideały, obok siedzącéj między niemi kobiety. Ta ostatnia ubrana była w suknią z ciemnego aksamitu, odkrywającą ramiona jéj i szyję, zdobną w dwa sznury, wielkim brylantem zamkniętych, pereł. Na obnażonych jéj rękach, godnych Fidyaszowego dłuta, niby na kararyjskim marmurze wschodnie arabeski, wiły się węże złotych bransolet. Niedbale wsparta o poręcz krzesła, głowę, obciążoną warkoczami ciemno-kasztanowatych włosów, nieco w tył odrzuciła i wielkiemi błyszczącemi oczyma patrzyła na Cypryana. W ręku trzymała bukiet białych róż i takiż kwiat błyszczał nad jéj czołem, migocąc, przytrzymującym go we włosach, szmaragdem. Cała postać téj kobiety wyrażała świetną, pewną siebie piękność; bogactwo form i bogactwo brylantów wiązało się w niéj w całość, z któréj wiało rozkoszne jakieś, drażniące i wabne tchnienie.
Przebrzmiały śpiewy; skończył się akt przedostatni. Lucyan obudził się z zamyślenia i rozglądał po teatralnéj sali. Cypryan dotknął jego ręki i rzekł z cicha:
— Lucyanie, spójrz w lożę piątą od sceny na prawo: kobieta w aksamitnéj sukni — to ona.
— Kto? — spytał roztargniony jeszcze doktor.
— Kameleon — odpowiedział Cypryan.
I obadwaj zwrócili się ku piątéj loży od sceny. Ale, niestety! w chwili, gdy zamieniali ze sobą powyższe wyrazy, piękna kobieta wstała i, owinięta już szalem, opuściła lożę. Za nią wyszły dwie towarzyszące jéj panienki i Lucyan nie zobaczył nic więcéj, prócz trzech białych szalów. Cypryan jednak spostrzegł, że siedzący obok niego, nieznajomy mu młodzieniec, przesłał ukłon ku owéj loży i tak był pogrążony w zachwycie, że kłaniał się i wtedy jeszcze, gdy loża była już pustą. Cypryan patrzył na niego, parę razy otworzył usta i wahał się, aż wreszcie, z grzecznością zwracając się ku niemu, rzekł:
— Przepraszam pana, że nieznajomy przemawiam do niego; ale czy nie chciałbyś mi pan powiedziéć, kto jest ta pani, któréj się przed chwilą kłaniałeś, a która opuściła lożę?
Nieznajomy młodzieniec zwrócił ku mówiącemu łzawe spojrzenie, przetarł ręką czoło, wstrząsnął długiemi włosami i odpowiedział głosem, w którym drgało najwyższe politowanie:
— Jak-to! pan jéj nie znasz?!
— Właśnie... — zaczął Cypryan.
Ale nieznajomy przerwał mu, wznosząc oczy ku płonącemu w górze świecznikowi:
— Jak-to? pan jéj nie znasz? — powtórzył. — I na jakież pustkowie, nierozświecone jéj bozkiém obliczem, rzuciły pana zawistne losy?
— Nie znam téj pani z prostéj przyczyny — odparł Cypryan — żem rok prawie cały przebył za granicą, a przed wyjazdem moim nie mieszkała tu ona zapewne.
Młodzieniec słuchał go, zawsze z wyrazem najwyższego zdumienia, a gdy skończył mówić, pochylił się ku niemu i rzekł z tajemniczą miną:
— Wiész pan, kto ona jest?
— Jest to właśnie wszystko, czego dowiedziéć się pragnę.
— Sfinx — szeptał nieznajomy — tajemnica.... anioł i szatan...
— Ale chciałbym się dowiedziéć, jak się nazywa.
— Ułożyłem na cześć jéj trzy tysiące wierszy; ona mnie podniosła na sam szczyt Parnasu.
— Niczego się nie dowiem — szepnął Cypryan do Lucyana.
— Wiek nasz — rozpoczął znowu poeta — przeznaczony jest dla szczytnych polotów ducha...
— Ależ panie, chciéj mi powiedziéć nazwisko téj pani, bo wnet rozpocznie się akt ostatni.
— Tłum zwie ją Kameleonem, ja nazywam ją bóztwem.
I uderzył się wskazującym palcem w piersi, jakby chciał tym gestem uwydatnić to swoje poetyckie ja.
— Czy słyszysz — szepnął Cypryan do Lucyana — wyraźnie nazywa się Kameleon.
Po skończeniu ostatniego aktu opery, dwaj przyjaciele mieli się ku wyjściu, gdy poeta zagrodził im drogę wysoką, cienką i długo-włosą swoją postacią.
— Panie — rzekł, zwracając się do Cypryana — z oblicza twego czytam, że jesteś zwolennikiem muz, że nie należysz do synów ciemności i materyi, którzy świętokradzką nogą odpychają perły poezyi.
— Panie... — zaczął Cypryan.
— Tak — mówił daléj poeta, podnosząc głos i nie zważając, iż potrącali go wychodzący z teatru ludzie — tak, przeczuwam w panu mojego duchowego brata i dla tego nie chcę, abyś pozostał w niewiadomości co do mojego nazwiska. Jestem Pantaleon Kwiatkowski, poeta.
Cypryan ukłonił się lekko.
— A idąc za przykładem dawnego wieszcza naszego, Acerna, który nieśmiertelne imię swoje wziął z państwa roślinnego, nazwałem siebie: Convalius Convaliorum.
— Asinus Asinorum — szepnął Cypryan do Lucyana.
— To imię znajdziesz, bracie duchowy, na piérwszéj karcie każdego z utworów moich. Mieszkam przy ulicy Ptasiéj, w domu N.
Cypryan ukłonił się znowu w milczeniu.
— Teraz ty, bracie duchowy, powiedz mi swoje doczesne zwanie i kędy obrałeś sobie siedlisko, abym mógł przybywać niekiedy w progi twoje i zasilać cię owocami swojego ducha.
— A to plaga! — szepnął znowu Cypryan do przyjaciela i głośno dodał: — Jestem Karłowski, mieszkania stałego nie mam, bom przed chwilą dopiéro przyjechał do Warszawy.
— A więc nawiedź kiedy moje progi, abym ci mógł ukazać wszystkie moje skarby.
— Nie zaniedbam tego uczynić. Tymczasem żegnam pana, bo zaczynają gasić światło w teatrze.
Przemocą prawie usunąwszy barykadę, złożoną z ciała poety, żywo postąpił ku drzwiom.
— Dyabli rzucili na moję drogę tego poetę! — rzekł, uszedłszy kilka kroków — niczego się porządnie dowiedziéć nie mogłem, oprócz, że istotnie nazywa się ona Kameleonem.
— Dziwaczne nazwisko — rzekł Lucyan.
— Niezmiernie dziwne, ależ dziwna téż to być musi kobieta! Co za wyraz twarzy, jakie oczy! Dziwi mię, żeś nie zwrócił na nią uwagi.
— Nie patrzyłem dziś na kobiety; śpiew pochłonął mnie zupełnie.
— Zimny jesteś, Lucyanie.
— Tak, zimny jestem — krótko odpowiedział Lucyan.
Ale światło latarni, spływające nań w chwili, gdy to mówił, zadało fałsz jego słowom, bo odkryło twarz, zalaną rumieńcem wzruszenia i oko, płonące ogniem rozkołysanéj muzyką wyobraźni. Szli w milczeniu, tylko niekiedy Cypryan nucił pół-głosem francuzką piosenkę:
Mon Dieu, mon Dieu,
Comme elle est belle!
Avec ses yeux
Noirs si doux.
IV. Z dziennika kobiety
Lata już minęły, jak po rozlicznych drogach blasku i rozkoszy unoszę się niby motyl, wysysając miód ze wszystkich kwiatów życia, a jednak... jednak... o! jak samotną, jak nieszczęśliwą jestem niekiedy!
Nie piérwszy to już raz, gdy zrzucam z siebie bogate suknie a z włosów wyjmuję kwiaty i brylanty, gdy zostaję sam na sam z sobą, pytam siebie zdziwioną myślą: kim jestem? jakiemi chodzę drogami i dokąd wiodą mię one? I według słów poety: na płacz mi się zbiera, gdy snuję nitki mojego żywota!
Dziwię się saméj sobie, dla czego mi tak smutno i źle? Natura moja dwoista jest jakaś: anioły i szatany kłócą się w mojéj piersi; miewam chwile szału i upojenia, w których zapominam o wszystkiém, a jednak najczęściéj jestem w niezgodzie z samą sobą. Kiedy wrażenie jakie mnie ogarnia, lecę za jego popędem na oślep; kiedy znowu potém myślę o tém, co uczyniłam, płaczę i czołem w proch uderzam. Wiem, że drogi moje są złe, a zejść z nich nie mogę, bo w piersi méj płoną ognie namiętności zgubnych, a w oczach mam iskry wiodącéj ku mnie pokusy.
I nie dziw, że ludzie nazwali mnie Kameleonem, bo to imię zwierzęcia, coraz inną migocącego barwą, jest w istocie najlepszém określeniem kobiety, któréj każda chwila inne przynosi wrażenie, któréj miłości mają trwałość motylowego życia, któréj łzy, spędzając z ust uśmiech, gotowe są natychmiast przed uśmiechem znów ustąpić.
Niegdyś matka moja, oblekając mię białą chrztu sukienką, inném mnie nazwała imieniem; dziś od świata i ludzi otrzymałam nową nazwę, jako wyraz zmienności i zepsucia.
Dziwna, straszna jestem! Rozdzieliłam się na dwie istoty, z których jedna usuwa się z pod panowania drugiéj; jedna szaleje, druga, walcząc z nią, kaleczy się, upada i płacze. Z całą piekielną mocą swoją wcieliło się we mnie odwieczne pojęcie walki żywiołu złego z dobrym żywiołem. Anioł przed szatanem ulatuje wciąż ze mnie i powraca, aby znowu zajęczéć w piersi mojéj i znowu odleciéć.
Pamiętam, że kiedy byłam bardzo jeszcze młoda, złe głosy ciche we mnie były i słabe. Potém, niestłumione pracą ni wolą, potężniały, moc ich porywała mnie gwałtowniéj coraz, aż porwała wreszcie w uścisk szatańskiego wiru i, upojoną, ogarniętą płomieńmi, położyła na posłaniu z róż.
Lata płynęły... i milczały we mnie wszystkie wspomnienia i natchnienia dobre... gdy raz, było to na wsi, śród pól szerokich, śród pól moich rodzinnych, po długiéj, burzliwéj podróży, ujrzałam znowu miejsce, w którém się urodziłam, w którém byłam niegdyś młoda sercem i nieskalana. Zmrok zapadł, niebo pogodne było, choć blade, a ja sama jedna szłam drogą, wiodącą śród zboża i kwiatów polnych, ku wzgórzom i lasom. Szłam bez celu; pełną piersią oddychałam wiejskiém, rodzinném powietrzem, okiem błądziłam po szerokiéj przestrzeni pól, a uchem ścigałam dalekie, przeciągłe echa pastuszych pieśni.
Smutna byłam, nie wiedząc sama czego: tęskniłam za czémś, ale nie za gwarem, którego-bym w owéj chwili znieść nie mogła; pragnęłam czegoś, ale nie owych wrażeń, od których do ciszy wiejskiéj uciekłam. Idąc, myślałam, że chciała-bym jeszcze być dzieckiem małém, albo stracić pamięć przeszłości, albo zamienić się w ptaszynę, która się obok mnie w zbożu poruszyła. I myślałam jeszcze: dla czego tak wcześnie umarła matka moja? dla czego nie mam siostry? i myśląc o tém wszystkiém, szłam długo, powoli, aż stanęłam przy wzgórzu, u którego stóp była chatka jednego z moich sług. Cicho było wkoło niéj; pod otwartemi oknami kwitły na grządkach nagietki i maki, a w ogródku brzmiało buczenie chrząszczów i świerkanie koników polnych. Nagle, z wnętrza chaty doleciał uszu moich śpiew cichy, monotonny, taki, jakim matki usypiają dzieci w kołysce. „Luli dziecię, luli, śpij dziecinko moja, luli, luli!” śpiewał głos kobiecy, płynął przez otwarte okna, drżał w cichém powietrzu, a z pod krańca widnokręgu odpowiadać mu się zdawały smętne, dalekie akordy surm.
Stałam, słuchałam i budziły się we mnie odległe, odległe jakieś wspomnienia... Wbiegłam na wzgórze, na którém, między płaczącemi brzozami, stał krzyż wysoki, i obejrzałam się wkoło. Przede mną, za szeroką przestrzenią pól i łąk, pomiędzy gęstą zielenią ogrodów, stał cichy dom mój rodzinny. Otaczały go ciemne, wysokie jodły i jedna wielka gwiazda zawisła nad nim na niebie. Za mną milcząca i nieruchoma stała ściana lasów, a z innéj jeszcze strony, daleko, daleko, na tle mroku, błyszczały srebrzyste krzyże cmentarza i bielał pomnik mojéj matki. Patrzyłam... i coraz bardziéj budziły się we mnie wspomnienia; żal mię jakiś ogarniał. Zapragnęłam wtedy przytulić się do kogoś, wyspowiadać komuś najskrytsze głębie ducha, wesprzéć się na kimś; ale, niestety! wielu na świecie ludzi mnie wielbiło, wielu mi pochlebiało, ale nikt mnie wyłącznie, serdecznie nie kochał. I robiło mi się coraz rzewniéj i smutniéj; nogi pode mną drżały, łzy napływały do oczu; osunęłam się na murawę, ramionami objęłam drzewo krzyża i czołem uderzyłam o ziemię, a śpiew z chaty dochodził mnie ciągle, cichy i jednostajny, aż póki nie zagłuszyły go łkania moje.
W owéj chwili zbudziłam się, spojrzałam w przeszłość moję, w teraźniejszość i w przyszłość, i zadrżałam zgryzotą i obawą. Od owéj chwili poczęły się dla mnie walki; chcę powstać i ciągle upadam; ścigam ideał dobra, a jednak, jak z otchłani w otchłań, z grzechu w grzech lecę; zawsze szczęśliwa na pozór, a w duszy rozżalona, świetna na zewnątrz, wewnętrznie posępna, drżąca rozkoszą niby, a w istocie niezaspokojona nigdy, nigdy nie nasycona, jak pokutnica dantejskiego piekła, ze skały na skałę wściekłym miotana wichrem.
Dla czego dziś głośniéj, niż kiedy, sumienie woła na mnie, abym zdała mu sprawę z mojego życia? Może dla tego, żem dziś właśnie skończyła lat dwadzieścia pięć, że więc znowu jeden rok młodości mojéj przeminął. Zdaje się, że nadchodzi już dla mnie ta pora zmęczenia, w któréj człowiek, długo za rozkoszą i wrażeniami goniący, spostrzega, iż one otoczyły go pustką tylko i poczyna szukać cienia, który-by ochłodził jego, spalone gorączką użycia, czoło.
Skończyłam dziś lat dwadzieścia pięć. Jakże czas szybko leci! a podobno każdy rok upłyniony zbliża człowieka ku starości. Starość! o, straszna to rzecz! Miéć pomarszczoną twarz, siwe włosy, zagasłe oczy, to coś przerażającego! A jednak, dziś jeszcze widziałam starą kobietę, wspierającą się na ramieniu syna swojego, i widziałam szczęście na jéj twarzy, i niezawodnie piękna była powagą macierzyństwa i zasług swoich. Ale mnie każdy rok upłyniony nie do takiéj spokojnéj i poważnéj zbliża starości. Kiedy czoło moje straci białość, usta zbledną, oczy zagasną, wtedy odstąpią mnie wszyscy, dla których dziś jestem cackiem, albo przyjemném przepędzeniem czasu, i zostanę na świecie, jak śród pustyni... żadném sercem nie kochana, nie czczona przez nikogo, bez zasługi, bez pracy dokonanéj, z pustą piersią i pustemi dłońmi. I cóż mi zostanie na te długie lata, dzielące młodość od grobu, na tę szarą godzinę życia? Może ukocham papugę jaką i nauczę ją, aby mówiła mi: „piękna jesteś!” gdy ludzie mówić mi to już przestaną; albo na kolanach piastować będę parę wiernych piesków, pudelków długouchych; albo pójdę przed ołtarze skarżyć się Bogu, żółci pełnemi usty, na świat, który mię odstąpił.
Ha, dziwne myśli! zkąd mi one przychodzą? Wszak tylu ludzi mówiło mi dziś, że jestem piękna, coraz piękniejsza... a jednak nudzi mnie już to wszystko.
Przyjechałam tutaj, sądząc, że się będę jak dawniéj bawiła, a dwóch dni dosyć było, abym się znudziła śmiertelnie. Im więcéj wpatruję się w świat, im starsza jestem, tém wyraźniéj widzę, że to, za czém gonię, jest śmieszne i głupie. Poklask ludzi, zdobyty blaskiem piękności zewnętrznéj i bogactwa, owe hołdy salonów, słowa najwyszukańszéj grzeczności, to są niby podeszłe w latach zalotnice, u których, pod świetnym strojem, szpetność i próżnią znajdziesz. Zaczynam postrzegać, że ludzie wyrazy uwielbienia i miłości, jak tuzinkowe towary, bez myśli rzucają na woskowane posadzki salonów, że mówią oni o miłości, gdy za chwilę zapomniéć mają, o uwielbieniu, gdy za chwilę błotem obrzucą.
Widzę to wszystko i dla tego świat błyszczący, gwarny, traci dla mnie powab, dla tego coraz bardziéj zasłona opada mi z oczu. Nieraz, gdy patrzę na otaczających mnie ludzi, wydaje mi się, że jestem na maskaradzie: pod maskami dopatruję rzeczywistych twarzy i często przed badawczym moim wzrokiem dzwonki brzmiących wyrazów i błyskotki pożyczanych blasków opadają z arlekinów i ukazują mi nagie szkielety głupstwa i nicości.
Widzę więc jasno ten świat, który mię otacza, a jednak oderwać się odeń nie mogę. W latach szału i swawoli rozkołysała się wola moja i nie może teraz odnaleźć swego punktu ciążenia, aby się na nim, jak na kotwicy, raz już zatrzymać.
Zmęczoną się czuję, smutną a bezsilną. Powiadają, że nieraz miłość prawdziwa podnosi z upadku. O, gdyby miłość taka przyszła ku mnie!
Nieraz już w życiu, pod wpływem wrażeń, którym, jak wiotka trzcina, poddawać się zwykłam, gorącą rękę składałam w ręku mężczyzny i drżącemi usty szeptałam wyraz: „kocham!” Ale czym istotnie kochała? Sądzę, że wyobraźnią tylko i krwią, nigdy sercem; bo jeden podmuch wiatru, jedno nic, dostateczne było, aby myśli moje, wrażenia i pragnienia w inną stronę zwrócić a po tém, co minęło, zostawał mi albo niesmak głęboki, albo przelotne zaledwie wspomnienie. Ale poddając się tak uniesieniom chwilowym, oblekając w formy uczucia to, co wrażeniem tylko było, musiałam zapewne wiele serc skaleczyć, wiele bólów sprawić. Chociaż znowu z drugiéj strony wiem najpewniéj, że nikt z mojego powodu nie zastrzelił się i nie zwaryował. Alboż ludzie umierają dziś z miłości, a nawet alboż umierali z niéj kiedykolwiek?!...
Możem już tak rozproszyła wszystkie siły mojego serca, że inaczéj niż dotąd kochać nie potrafię. Alboż ja wiem?... O mój Boże, tak źle chyba nie będzie! czuję, że mam jeszcze gorące, bardzo gorące pragnienie dobra; a jeśli nie omyje mię chrzest miłości, nigdy dosięgnąć tego dobra siły mi nie stanie!
V. W kościele
Lucyan Dolewski siedział w swoim hotelowym pokoju, przeglądając nabyte przed chwilą książki, gdy we drzwiach ukazał się Cypryan Karłowski.
— Cypryanie! — wpół żartem, wpół seryo powitał go Lucyan — zdaje mi się, żeś zmizerniał od dnia wczorajszego. Byłżebyś już naprawdę zakochany?...
— No, zakochany jeszcze niezupełnie, ale widzisz, Lucyanie, ciekawość mię dręczy. W całém spotkaniu mojém z tą kobietą jest coś niezwykłego, coś, co zakrawa na awanturę: a możeż być rzecz bardziéj drażniąca i powabna nad awanturę i tajemnicę w naszym wieku, którego realizm ze wszystkiego uroku dawnéj romantyczności odarł towarzyskie stosunki ludzi?
— Może żałujesz, żeś się nie urodził w średnich wiekach? — zaśmiał się Lucyan — dzielnie-byś kruszył, zaprawdę, kopie za damę swoich myśli... ach, omyliłem się, swoich marzeń!...
— Mów, co chcesz, a ja wiem, że dałbym kilka lat życia, aby się dowiedziéć szczegółów o téj kobiecie, aby módz ją poznać.
Po półgodzinnéj rozmowie, Cypryan oddalił się niespokojny, rozdrażniony spotykaném niepowodzeniem, a Lucyan bez celu wyszedł na ulicę. Mijając jeden z wielkich i pięknych kościołów, przypomniał sobie, że, jako o arcydziele sztuki rzeźbiarskiéj, słyszał i czytał o złożonym tam, a wyszłym z pod dłuta znakomitego artysty, posągu Chrystusa. Rozmiłowany w pięknie, młody doktor kochał sztukę i lubił ją badać w różnych jéj przejawach. Wszedł więc do kościoła. Świątynia, w godzinach owych otwarta dla pobożnych, chcących odmawiać wieczorne modlitwy, pustą jednak była; głąb’ jéj cicha, wspaniała, tonęła w mroku, na którego tle lśniły tylko białe u ołtarzy posągi i złociste skrzydła zawieszonych nad niemi aniołów
Lucyan wiedział, że posąg, który go tam sprowadzał, znajdował się w jednéj z bocznych kaplic; dążąc więc ku niéj, szedł zwolna przez kościoł, a kroki jego, uderzając o kamienną posadzkę, głuchém i przeciągłém echem rozlegały się śród milczenia wysokich sklepień. Ta cisza głęboka, po gwarze, jakim przed chwilą otoczony był na ulicy, uderzając go swą sprzecznością, uroczyście nastroiła poetyczną i wrażliwą myśl młodego człowieka. Wszedł do kaplicy.
Światło kończącego się dnia padało słabo przez wysokie i wązkie okna; u stropu drżała lampa, jakby lecący ku niebu płomyk ofiarny. Powietrze pełne jeszcze było woni palonych tam zrana kościelnych kadzideł, owéj woni, która nasuwa myśl o jakiéjś bladéj, leżącéj w trumnie twarzy umarłéj. W głębi kaplicy, w pół-mroku, na szaréj kamiennéj posadzce, bielał marmur posągu; między nizkiém żelazném otoczeniem, biała i nieruchoma, dłutem mistrza urobiona, leżała postać złożonego w grobie Chrystusa. Nad głową posągu, szczytami tonąc w ciemnéj głębi sklepienia, stały dwa białe filary, jak-by skamienieli stróżowie, strzegący niegdyś świętéj mogiły.
Lucyan stanął nad posągiem, wpatrzył się w doskonale wyrobione kształty i w twarz Chrystusa, z któréj śmierć nie zdjęła wyrazu boleści konania i świętości Bozkiéj natury. Powoli z posągu oczy jego przeniosły się w górę, utonęły w mrocznéj głębi sklepienia i spoczęły na lampie, drżącéj gdzieś wysoko światłem białawém.
Tak stał dość długo, objęty uroczystością ciszy i cieniów kościelnych, gdy nagle o słuch jego uderzył jakiś odgłos, którego z razu nie zrozumiał dobrze: byłto jakby jęk, wychodzący z za jednego ze stojących nad głową posągu filarów. Lucyan wsłuchał się pilnie i po chwili rozpoznał wyraźnie, iż było to łkanie.
Stał, słuchał i nie wiedział sam, co ma uczynić: odejść, lub zobaczyć, czy kto nie potrzebuje pomocy? Gdy tak się namyślał, z za filaru wyszła kobieta; czarna jéj suknia długa i ciężka, z szelestem sunęła się po posadzce. Smukła i ze schyloną głową, postąpiła kilka kroków, profilem zwrócona do młodego człowieka, stanęła obok jednego z filarów, załamała białe, obnażone z rękawiczek ręce i nad posągiem, śmierć przedstawiającym, stała jak posąg smutku, pogrążona w zamyśleniu i łzach, nie widząc stojącego o kilka kroków od niéj mężczyzny. Czarna koronkowa zasłona spadała tylko na jéj czoło, nie zasłaniając dużych, w posąg wpatrzonych oczu i łez, które po białéj twarzy staczały się w napół otwarte, lekko drżące usta. Stała tak rozpłakana, lecz cicha, i tylko niekiedy tłumione łkanie piersi jéj podnosiło. Lucyan patrzył... i przejmowało go dziwne uczucie litości, sympatyi, gdy nagłym ruchem kobieta osunęła się na kolana, objęła ramionami filar, pochyliła się aż ku jego podstawie, czołem uderzyła o kamień posadzki i znów zapłakała gwałtowném, ale cichém, łkaniem.
Lucyan czuł ogarniające go dziwne wzruszenie. Ta postać kobiety, ugięta pod ciężarem wielkiéj jakiéjś boleści, to uderzenie białego czoła o kamienną posadzkę, ten cichy jęk, śród ciszy otaczającéj białą i nieruchomą postać Chrystusa, — wszystko to rozpalało mu wyobraźnią i napełniało głowę dziwacznemi obrazy. Przypomniał sobie, płaczące niegdyś u grobu Chrystusa, czystą Maryą i grzeszną Magdalenę, i zapytywał myślą, czy kobieta, którą widział przed sobą, do piérwszéj podobna jest, czy do drugiéj?
Chciał odejść, ale nie podobném mu się wydało zostawienie téj kobiety saméj jednéj, w stanie, w jakim ją widział. Stał więc i patrzył na nią ciągle i po chwili zobaczył, że postać jéj stała się całkiem już nieruchomą i niemą. Może zemdlała, myślał, i po niejakiém wahaniu się postąpił i schylił się nad nią. Kobieta nie słyszała jego kroków.
— Może pani potrzebuje pomocy? — rzekł z cicha, a w słowie jego drżało łagodne spółczucie.
Kobieta drgnęła, ręce jéj rozplotły się i od filaru odpadły, jakby bezwładne; podniosła zwolna głowę i utkwiła spojrzenie w pytającego.
— Co pan mówi? — spytała, a słowa te wypłynęły z jéj ust bladych, ledwie dosłyszanym szeptem.
— Pytałem — odrzekł Lucyan — czy nie potrzebuje pani pomocy. Widząc panią schyloną i nieruchomą, myślałem, że pani może zemdlała.
— O! nie, mam się zupełnie dobrze — głośniéj już odpowiedziała kobieta. — Dziękuję panu, bardzo dziękuję!
I mówiąc to, utkwiła w twarzy młodego człowieka łzą zaszłe spojrzenie dwojga wielkich, ciemnych oczu. Po twarzy jéj biegły dwa wilgotne ślady świeżych łez; z czoła zsunęła się zasłona i spadała z tyłu głowy, jak przezroczysta tkanka, jaką malarze zdobią głowę Madonny; skronie ocieniały rozwiane, ciemno-kasztanowate włosy. Klęcząca i cała jeszcze drżąca, niewypowiedzianie była piękną, jakąś smutną a magnetyczną pięknością. Lucyan patrzył na nią, serce mu biło gwałtownie i nie miał siły odstąpić od niéj. Ona sama powstała zwolna, raz jeszcze, patrząc na niego, powiedziała: — dziękuję! — i, zarzuciwszy zasłonę na twarz, wyszła z kaplicy.
I Lucyan wyszedł za nią i patrzył, jak powoli przechodziła przez kościoł. Smukła jéj postać lekkim cieniem przesuwała się pomiędzy białemi filarami, a ciężka suknia szelestem wtórowała cichym i jednostajnym odgłosom jéj stąpań.
Zniknęła za szerokiemi, na ulicę wiodącemi, drzwiami kościoła, a Lucyan stał jeszcze długo, zasunięty we framugę od drzwi kaplicznych, wzruszony, bezwiednie ścigając okiem łamanie się świateł i cieni pod stropem sklepienia.
Wyszedł w końcu na ulicę, znalazł się znowu śród gwaru i tłumu, i szedł jak senny, mimowoli, przy świetle zapalających się latarni, szukając między mijającemi go kobietami téj, którą przed chwilą widział w kościele.