VIII. Urzeczony
Lud ciemny wierzy w czary i gusła, między któremi ważną rolę gra „urok”. Dziecię było piękne i zdrowe... „złe oczy” nań spojrzały.... blednie i umiera — „urzeczone”. Młoda dziewoja rumieniła się krasą wesela i świeżości, aż pozazdrościła jéj czarownica, niemogąca odżałować swoich młodych lat; dziewczę smutnieje, przestaje śmiać się i błyskać oczyma i szybkim krokiem zbliża się do grobu — „urzeczone”. Dziarski parobczak, dzielny w tanach i robocie, był wsi swojéj chwałą i ozdobą; aż zakochała się w nim baba czarodziejka, a nie otrzymując wzajemności, zaszeptała coś nad czarką napoju, którą on niósł do ust, i oto napój ten stał mu się życia potrzebą; porzuca pracę, wyrzeka się miłości i, w trunku tonąc, zwierzęceje — „urzeczony”.
Baje sobie lud gadki rozliczne, bo w prostocie swojéj nie zna istotnych prawd życia, tylko przeczuwa je i ubiera w fantastyczne kształty swéj dziecięcéj wyobraźni. Ale kto badawczo spojrzał w przepaści serc ludzkich i posłuchał odgłosy dramatów, w nich zawartych, ten wié, iż najstraszniejszą czarownicą życia ludzkiego jest boleść. Biedny ten, w kogo ona się wpatrzy wzrokiem swoich „złych oczu”, nad czyją głową zaszepce słowa swojego „uroku”. Ten, jeśli się nie wzniesie ku szczytom bohaterskiego męczeństwa i nie zdobędzie siły olbrzymiéj, zblednie i pochyli się ku ziemi — „urzeczony”.
Trzy tygodnie minęło od dnia, w którym Lucyan Dolewski otrzymał od przyjaciela swego odpowiedź na przesłane mu pytanie.
Lipcowe słońce gorąco i pogodnie przyświecało ziemi, po polach rozlegały się wesołe pieśni żniwiarek, a bujne kłosy, z pod ich sierpów spadając, obiecywały ludziom rok dostatków i obfitości. W ciepłe, gwieździste noce, z pod lasów po łąkach biegły przeciągłe odgłosy trąbek pastuszych i niby jeziora słały się szeroko białe, lekkie mgły. Świat ubrał się w cały majestat piękności i zdawał się powoływać mieszkańców wsi do wesela i radosnego użycia.
Przy schyłku jednego z dni upalnych, na szerokiéj ulicy, przerzynającéj N., ukazała się zielona bryczka, zaprzężona we trzy pstrokate konie. Na niéj siedziała otyła i czerwona jéjmość, w żółtéj muślinowéj sukni, francuzkim szalu i kapeluszu słomianym, pokrytym od pyłu białą muślinową chustą.
Po nierównym gruncie błotnistéj ulicy bryka trzęsła się i skakała, a z nią razem trzęsła się i skakała otyła jéjmość. Nagle wzrok jadącéj padł na wychodzącą z jednego z domów kobietę i wnet zawołała:
— Gawełek, zatrzymaj konie! — przyczém laską od deszczochronu energicznie stuknęła w plecy powożącego w szaréj świtce chłopaka.
Pstrokate konie stanęły, a jéjmość, wygramoliwszy się z bryki, odwróciła się do Gawełka i rzekła:
— Odprowadź szkapy do Szmujły i dobrze je nakarm, a tylko mi tam owsa nie przepij. Za godzinę zajedziesz pod dom pana doktora; już ja tam teraz piechotą pójdę.
Gawełek spojrzał z ukosa na wielce mu nienawistną laskę od deszczochronu i, mruknąwszy coś pod nosem, może przysięgę, że owsa nie przepije, zawrócił konie do karczmy, a jéjmość, z obu rękomi do uścisku wyciągniętemi, dążyła ku ujrzanéj kobiecie.
— Moje uszanowanie pani Wincentowéj!
— A toć, panie mój kochany, pani Janowa jak z nieba spadła!
Rozległy się okrzyki dwóch kobiet i dwie przyjaciółki, panie Rzepowa i Owsicka, poczęły się witać całusami, których odgłos rozchodził się po miasteczku, niby klaskanie z bata.
— Jak z nieba spadłaś, pani Janowo! — powtórzyła Owsicka — nie częstoż odwiedzasz nas, panie mój kochany!
— A cóż, moja pani Wincentowa! Jak człek się zagospodarzy, to i o Bożym świecie zapomni, a wiész przecie, że od czasu, jak Pan Bóg wziął do swojéj świętéj chwały mego nieboszczyka Jasia, wszystkie kłopociska spadły na mnie, biedną wdowę. Ach! myślałam, że będę miała pomoc z brata, którego, nie wymawiając, sama wyhodowałam; ale gdzie tam! jak zasłabł jeszcze w Styczniu, to do téj pory cherla i cherla. Już do wszystkich znachorów woziłam go i nic nie pomogli. Myślę sobie, trzeba jeszcze doktora sprobować, i przyjechałam prosić pana Dolewskiego, aby pojechał do Wałków, mego Adasia zobaczyć.
Owsicka smutnie pokiwała głową i machnęła ręką.
— E! widzisz, moja pani Janowo! Widzisz-bo... z nim coś niedobrze...
— Cóż, cóż? — spytała Rzepowa.
— Ot, prawdę mówiąc... bo i na co to w bawełnę obwijać? Jać sama, panie mój kochany, żałuję jego, jak własnego dziecka...
— Cóż to takiego? — ciekawie pytała Rzepowa, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
— At — odrzekła, machnąwszy ręką, pani Anna, — urzeczony biedak i kwita!...
— Kto? kto?...
— A Lucyś Dolewski.
Rzepowa za głowę się chwyciła.
— Jezus, Marya, Józefie święty! zmiłujcie się nade mną! a toż to nieszczęście!... Jakto? i nikogo już nie leczy?
— Owszem; jużto prędzéj-by chyba umarł, panie mój kochany, niżby przestał leczyć. Ot, niedawno Harasimowicz starszy zasłabł, to przysyłał kilka razy po pana Lucyana i teraz zdrów już podobno. Onegdaj także żona Pawła kowala zasłabła, to pan Lucyan dwa razy na dzień do niéj chodzi. Wtedy tylko jeszcze znać w nim żywego człowieka, kiedy jest przy chorym; a jak odejdzie, to znowu, Panie odpuść, trup na sprężynach i koniec.
— Aj, szkodaż jego, szkoda! Ale moja pani Wincentowa, nie wiész, kto to na niego urok rzucił?
— Ot, o wilku mowa, a wilk tuż! — szepnęła żywo Owsicka, chwytając Rzepową za rękę. — Patrz, pani Janowa, wychodzi od choréj kowalowéj; zobacz, do czego podobny; przejdzie koło nas i ani nas spostrzeże.
W istocie Lucyan z nizkiego domku kowala wyszedł na ulicę. Na piérwszy rzut oka nie było w nim żadnéj zmiany, która-by usprawiedliwiała opowiadanie Owsickiéj. Dopiero po bliższém wpatrzeniu się w twarz jego, można było dostrzedz, że spojrzały nań złe oczy ciężkiéj boleści. Zwykła bladość jego zmieniła koloryt, stała się gorętszą i ciemniejszą; zapadłe i podkrążone oczy straciły blask i patrzyły ciągle w ziemię, albo w daleki jakiś, jemu tylko widzialny punkt. Usta jego zbladły i zaciśnięte były nieco, jakby pod wpływem ciągłego a ostrego bólu. Szedł powoli, jednostajnym, automatycznym prawie krokiem.
Dwie kobiety spojrzały na niego ciekawie, ale on nie widział ich nawet i poszedł ulicą, patrząc ciągle gdzieś daleko, daleko...
Gdy Lucyan odszedł, dwie kobiety zwróciły się ku mieszkaniu jego matki, i znać było po ich ożywionych gestach i kiwaniu głowami, że zajmowały się mocno poprzednim przedmiotem rozmowy.
— Tak, tak — kończyła Rzepowa, dochodząc już prawie do drzwi pani Dolewskiéj — już to i ja widzę, że on biedak urzeczony. O! znam ja się na tém, znam! wszakże sama dwoje dzieci przez złe oczy straciłam.
Mówiąc to, weszła ze swą towarzyszką do sieni Dolewskiéj.
— Marysiu! Marysiu! — ozwał się głos z bawialnego pokoju — a znowu musiałaś, ty nic dobrego, wagi poruszyć, bo zegar zepsuty. Mówiłam ci raz na zawsze, żebyś nie dotykała się zegaru, boś zgrabna do tego, jak wół do karety.
— Jak Boga kocham, ani dotykałam się, proszę pani; to pewno Burczyk poruszył — odpowiedział głos Marysi z sypialnego pokoju.
Ujrzawszy wchodzących gości, pani Dolewska z trudnością zstąpiła z krzesła, na którém stojąc, nakręcała zegar. W twarzy matki Lucyana znać było zmęczenie moralne, oczy jéj zasunęły się mgłą wilgotną, a na czole przybyła zmarszczka głęboka, świadectwo ciężkiéj troski.
Dwie kumoszki, widząc zmianę w twarzy Dolewskiéj, objęły ją, kiwając głowami, i zaczęły żałośnie objawiać swoje spółczucie.
— Ach! — mówiła Rzepowa — czym ja się spodziewała zobaczyć panią Józefową w takiém zmartwieniu? Oj, widziałam ja jego, widziałam! do ludzi niepodobny, urzeczony, moja pani, jak mi Bóg miły, urzeczony.
— Kto urzeczony? kto do ludzi niepodobny? o kim pani mówisz? — spytała Dolewska, zbierając wszystkie siły na macierzyńskie kłamstwo.
— A pan konsyliarz — odrzekła z westchnieniem Rzepowa.
— Co, mój Lucyś? — zawołała z wybornie udaném zdziwieniem staruszka. — A zkąd to pani wzięłaś te wszystkie banialuki? On urzeczony? A najprzód powiem pani, że w żadne uroki nie wierzę, bo tego i Pan Bóg zabrania; potém Lucysiowi memu nic nie jest, tylko ludzie wymyślili, nie wiedziéć co, jemu na krzywdę, a mnie na zmartwienie.
Rzepowa umilkła zmieszana, a Owsicka, widząc z téj energicznéj obrony matki Lucyana, że się znowu przed przyjaciółką niepotrzebnie wygadała, zaczęła w szlafroku swoim szukać szpilki, chcąc po cichu wynieść się z nią do sieni i język sobie nakłuć.
Tymczasem Lucjan powoli szedł ulicą i mijał domek Grodzickiéj.
— Niech pani sędzina dobrodziejka spojrzy — mówiła w mieszkaniu ex-sędziny panna Zuzanna — pan konsyliarz dobrodziéj idzie.
Grodzicka poprawiła filutki i spojrzała w okno.
— Co jemu jest? — rzekła — chodzi jak nie swój.
Panna Zuzanna westchnęła i ozwała się:
— Oj! pani sędzino dobrodziejko, źle o tém ludzie mówią.
— I cóż ludzie mówią?
— Ot gadają, że pana konsyliarza ktoś urzekł.
— Ej, wstydź się panna Zuzanna wierzyć w takie rzeczy! Żadnych uroków na świecie niéma, tylko wola Boga. Pan Lucyan musi być chory, albo czémś zmartwiony, nic więcéj.
Gdy tak rozmawiały dwie stare kobiety, dwunastoletnia Walerka popatrzyła przez okno na idącego doktora, a potém wbiegła prędko do pokoiku, w którym zimą leżała chora na odrę. Tam na stole, zastawionym wówczas lekarstwami, na tym samym stole, na którym Lucyan złożył dar dobroczynny ubogiéj rodzinie, stał w szklance wielki bukiet z niezapominajek i polnych róż. Walerka wyjęła bukiet ze szklanki, wymknęła się z domu bocznemi drzwiami i pobiegła ku mieszkaniu Dolewskich.
Minęła ulicę, plac i kościół, weszła zadyszana od biegu na dziedziniec białego domku, ale nie zbliżyła się ku gankowi, tylko cicho, ukradkiem podeszła pod okno pokoju doktora. Okno to było otwarte, powiewała w nim tylko roleta spuszczona. Walerka obejrzała się, a widząc, że nikt jéj spostrzedz nie może, z wysileniem przysunęła pod okno blizko leżący kamień, stanęła na nim i uchyliła roletę. Na oknie stał w szklance nieco zwiędły już bukiet, zupełnie podobny do tego, jaki trzymała w ręku. Prędko i śmiało wyrzuciła ze szklanki zwiędłe kwiaty, a włożyła w nią te, które przyniosła; potém popatrzyła chwilę na błękitny bukiet i, podnosząc palec do ust, szepnęła:
— Moje kochane kwiateczki! zostawiam was tutaj. Jak spojrzy na was, dajcie mu choć jednę miłą chwilkę.
I zeskoczywszy na ziemię, odsunęła kamień na dawne jego miejsce, a sama szybko przebiegła dziedziniec. W bramie spotkała idącego ku domowi Lucyana.
— Dobry wieczór panu — rzekła, zbliżając się trochę nieśmiało.
Lucyan nie słyszał.
— Dobry wieczór panu — powtórzyła tak już blizko, ze musiał na nią spojrzéć.
— Dobry wieczór pannie Waleryi — odrzekł Lucyan, uśmiechając się bladym i martwym uśmiechem.
— Czemu pan tak dawno u nas nie był? — spytała Walerka, podnosząc ku jego twarzy swoje błękitne, łagodne oczy.
Lucyan popatrzył na nią przez chwilę, a potém, jakby sobie coś przypomniał, rzekł:
— Dziękuję pannie Waleryi za kwiaty, które stawiasz codzień na mojém oknie.
Walerka zmieszała się i spuściła oczy.
— A zkąd pan wié, że to ja tam stawiam te kwiaty? — spytała, mnąc w palcach koniec swéj muślinowéj chusteczki.
— Widziałem — odpowiedział Lucyan.
Walerka chwilkę milczała, idąc ciągle obok niego, potém stanęła przed nim tak, że się zatrzymali oboje i, składając drobne ręce na piersi, rzekła:
— Panie Lucjanie, ja za pana co rano i co wieczór się modlę. Pan taki dobry! A jak spostrzegłam, że pan jesteś smutny, pomyślałam zaraz, że będę panu stawiała na oknie niezabudki, dlatego, że one błękitne, więc panu niebo przypomną; a ksiądz Stanisław zawsze mówi, że komu smutno, ten powinien myśléć o niebie, to mu lżéj będzie.
Lucyan raz jeszcze spojrzał na Walerkę, rozśmiał się tym samym martwym uśmiechem i rzekł:
— Pannie Waleryi się zdawało; nie jestem wcale smutny. Wszakże za ładne kwiaty i dobre chęci dziękuję.
Odszedł, a Walerka pobiegła do domu.
Wszedłszy do swego mieszkania, Lucyan powitał matkę milczącém pocałowaniem ręki i ukłonem dwie obecne kobiety.
— Przyjechałam prosić pana — rzekła Rzepowa — abyś był tak dobry i zechciał odwiedziéć mego chorego brata. Kaszle biedak i mizernieje w oczach.
— Będę u pani dziś jeszcze — odrzekł Lucyan z grzecznością, ale tym samym złamanym głosem, jakim mówił ciągle od pewnego czasu.
Gdy wchodził do swego pokoju, Dolewska prowadziła za nim spojrzenie; ale napróżno Rzepowa badawczo patrzyła na nią, nie dostrzegła ani łzy w oku, ani najmniejszéj zmiany w fizyognomii. Męztwo matki, nie chcącéj na widok publiczny wystawiać boleści syna, zwyciężyło jéj własną boleść.
Zaledwie zamknęły się drzwi od pokoju Lucyana, przez otwarte okna doszedł uszu trzech kobiet odgłos pocztowego dzwonka.
— Rzadka to rzecz — odezwała się Rzepowa — usłyszéć teraz dzwonek pocztowy, od czasu jak zbudowali maszynę.
Pani Owsicka, która od bytności swojéj w Częstochowie, lubiła niezmiernie rozprawiać o podróży maszyną, rozpoczęła na ten temat długie opowiadanie. Była już jednak u końca i Gawełek pani Rzepowéj zajechał już przed ganek, gdy otworzyły się nieco drzwi od sieni i ukazała się przez nie głowa rozczochranego chłopaka.
— Czego chcesz, Julku? — spytała Dolewska.
— Na pocztę, proszę pani, przyjechał jakiś pan z daleka i chce widziéć się z panem doktorem.
— A nie wiesz, kto to taki?
— Nie wiem, proszę pani; ale musi być jakiś bogaty pan, bo jedzie pięknym koczem, a pocztylionowi, co go przywiózł, dał rubla tryngieltu.
— A dokąd ten pan jedzie, czy nie wiész? — spytała zaciekawiona Owsicka.
— Do Jodłowéj podobno.
W téj chwili we drzwiach swego pokoju stanął Lucyan. Słyszał widać całą rozmowę, bo rzekł do chłopca:
— Powiedz temu panu, że zaraz przyjdę na stacyą.
— Ktoby to był, panie Lucyanie? — spytała ciekawie Owsicka.
— Sądzę, że musi to być pan Cypryan Karłowski — spokojnie odpowiedział Lucyan i wyszedł.
Po chwili, zielona bryka Rzepowéj trzęsła się i skakała po ulicy miasteczka, a z nią razem trzęsła się i skakała jéj właścicielka, laską od deszczochronu przypominając często nierówności drogi plecom Gawełka.
Lucyan tymczasem zbliżał się do stacji pocztowéj, stojącéj trochę na ustroni, o kilkanaście kroków od ostatniego domu miasteczka.
Przed stacyą stał ładny, cały błyszczący srebrnemi blachami, koczyk, a wkoło niego zwijali się pocztylioni i lokaj, z miny i ubrania wyglądający na kamerdynera bogatego pana.
Po najobszerniejszym pokoju stacyi, w eleganckiém podróżném ubraniu i z cygarem w ręce, chodził Cypryan Karłowski, gwiżdżąc jakąś aryetkę i kiedy niekiedy rzucając kilka słów stojącemu pokornie we drzwiach pocztowemu pisarzowi.
Nagle pisarz, dotknięty czyjąś ręką, z uszanowaniem ustąpił z drogi, i Cypryan serdecznym uściskiem powitał wchodzącego doktora.
— Góra z górą się nie zejdzie, ale człowiek z człowiekiem zawsze. Jak się masz, mój poczciwy Lucyanie? Dziękuję ci, żeś o mnie nie zapomniał. Czy otrzymałeś moję odpowiedź?
— Otrzymałem — odrzekł Lucyan, siadając tak, aby mu światło z okna na twarz nie padało.
— A więc wiész o wszystkiém — mówił Cypryan. — Matrymonialne moje zamiary, o których mówiłem ci w Warszawie, przybrały formę, i jakąż jeszcze piękną formę!... Jadę się żenić. Znasz moję narzeczoną, nie prawdaż?
— Znam — odpowiedział Lucjan.
— I jakże ją znajdujesz?
— Śliczna osoba; mogę ci tylko powinszować wyboru.
— A! powiadam ci, Lucyanie, że nigdy nie byłem tak szczęśliwy. Co to za kobieta! Trzeba ją bliżéj poznać, aby ocenić jéj anielskie serce, jéj rozwinięty umysł. Przeszłość wprawdzie miała nieco burzliwą... słyszałeś o tém pewnie... powiedziała mi sama o wszystkiém. No, ale co mi do jéj przeszłości? Znasz pod tym względem moję teoryą. Co było, to było, a teraz wierzę w jéj prawość i dzisiejsze do mnie przywiązanie, jak w ewangielią. To samo już, że przed ostateczném zobowiązaniem się powiedziała mi wszystko, dowodzi najwyższéj szlachetności w kobiecie. Czy często bywasz u niéj?
— Bywałem dość często, ale od pewnego czasu miałem wiele zajęcia...
— Ach, Lucyanie, Lucyanie! Jak miłość dla zacnéj i rozumnéj kobiety podnosi i uszlachetnia! Odkąd ją kocham, stałem się innym człowiekiem. Młodzieńcze niedorzeczności i szały, jak dym, wyszły mi z głowy; zacząłem na seryo myśléć i pracować; czuję, że świat, ludzie, wszystko, co dobre i piękne, żywiéj mię zajmuje. A potém... potém... wystaw sobie, jakie to śliczne będzie życie nasze wspólne! Posiadamy wszystko, co świat najpiękniejszego dać może: młodość, gorące serca, wzajemną miłość, bogactwo zresztą, które pozwoli nam używać wszystkich towarzyskich i umysłowych przyjemności... Spodziewam się, że będziesz na naszym ślubie, Lucyanie.
— Niezawodnie; a kiedy nastąpi?
— Najdaléj za tydzień. Ale, zapomniałem cię przeprosić, Lucysiu, żem nie zajechał do ciebie, tylko wezwał cię tutaj. Widzisz, stracił-bym przynajmniéj kwadrans, albo pół godziny czasu, a tak pragnę ją zobaczyć, że mi każda chwila droga.
— Wierzę — odpowiedział Lucyan — i bynajmniéj nie czuję się obrażonym.
— Konie gotowe! — ozwał się we drzwiach kamerdyner.
Cypryan żywo powstał.
— Do zobaczenia, Lucyanie! — rzekł — w tych dniach przyjadę do ciebie z Jod...
Nie dokończył wyrazu, bo wzrok jego padł na twarz Lucyana, tą razą zwróconą do okna. Pochwycił rękę przyjaciela i rzekł z niepokojem:
— Co tobie jest, Lucyanie, czyś ty chory?
— Od pewnego czasu jestem w istocie trochę chory, ale to mała rzecz...
— Ależ zmieniony jesteś dziwnie! Cóż to takiego?
— Choroba sercowa, o ile mi się zdaje.
— A więc może niezupełnie fizyczna? — żartobliwie rzekł Cypryan.
— O, najzupełniej! bądź tego pewny; przecież jestem doktorem — z gorączkową żywością odparł Lucyan.
— Żeby to tylko nie było nic ważnego.
— O, niéma o czém mówić — rzekł Lucjan i dodał: — Nie zatrzymuję cię, Cypryanie, bo wiem, że ci pilno być musi. Spodziewam się, że mnie odwiedzisz.
— Niezawodnie.
— Życzę ci szczęścia... kłaniaj się ode mnie pani... pani Warskiéj — dokończył z wysileniem.
Po chwili koczyk, unoszony szóstką koni, żywo mknął ku Jodłowéj, a Lucyan, stojąc na ganku stacyi, patrzył na unoszące się za nim kłęby kurzawy. Dziwny uśmiech przebiegał mu usta i okrywał twarz całą gorzkim wyrazem.
Gdy powóz Cypryana zniknął mu już całkiem z oczu, z wysileniem oderwał wzrok od drogi, na którą patrzył, i zwrócił się do miasteczka.
W godzinę potem wyjeżdżał konno z domu, kierując się powoli szeroką drogą w stronę... Jodłowéj. Odjechawszy wiorst parę, zwrócił gniadosza i prędzéj już pojechał ku Wałkom, majątkowi Rzepowéj i jéj chorego brata.
Zmrok zaczynał zapadać, okrywając miasteczko N., a w niém cichą plebanią, mieszkanie księdza Stanisława.
Przed niewielkim domem proboszcza, dziedziniec zasłany był gładką murawą; śród niéj rosło kilka pięknych drzew akacji, rzuconych po równym trawniku. Od bramy, otwierającéj nizki płot drewniany, ku gankowi, opartemu na czterech nizkich słupach, biegła wązka wydeptana ścieżka. Okna domu były otwarte, a pod niemi na kilku grządkach kwitły powoje i rezeda. Z za domu, po nad dachem, wznosiły się ciemnolistne, rozłożyste dęby, nadając surowe i poważne tło owianemu głębokim spokojem sielskiemu mieszkaniu księdza.
Gdy zmrok zapadać zaczął, przez otwarte okna plebanii dał się słyszéć gwar kilku młodych głosów, i po chwili z sieni domu wybiegło sześciu czy siedmiu chłopaków, z książkami pod pachą i sporemi kawałkami chleba z sérem przy ustach. Rzeźwa gromadka uczniów księdza proboszcza, śmiejąc się i swawoląc wypadła za bramę i rozbiegła się po dziedzińcu, a ksiądz Stanisław stanął w otwartém oknie. Twarz jego, zawsze jednostajnie blada i łagodna, jaśniała głęboką ciszą wewnętrzną; czoło opromienione jasnemi, siwiejącemi włosami, miało gładkość i pogodę, płynącą z zadowolenia po dobrze spędzonym dniu.
Na ciemne, ale czyste niebo, zaczął wstępować księżyc w pełni; wiatr lekki rozwiewał w powietrzu woń rezedy. Wzrok księdza Stanisława wzniósł się w górę, a łagodne usta jego poruszyły się szeptem cichéj modlitwy.
Po-za nim otworzyły się zcicha drzwi pokoju i nieśmiały głos kobiecy ozwał się:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
— Na wieki, amen — odpowiedział ksiądz, i odwróciwszy się, poznał stojącą w zmroku matkę Lucyana.
Gdy zbliżył się do niéj, przycisnęła milcząc do ust rękę księdza, który poczuł spływające na nią łzy.
— Co pani jest? czego płaczesz? — spytał troskliwie, prowadząc ją do kanapy.
— Księże Stanisławie — ozwała się kobieta, tłumiąc płacz z wysileniem — czy widzisz, co się dzieje z moim Lucyanem?
— Zmieniony jest i chory, ale nie należy rozpaczać: ufaj pani w Bogu...
— O tak, księże proboszczu! — przerwała Dolewska — ufam w miłosierdzie tego Boga, w którego całe życie wierzyłam gorąco. I jakiż-by On był ojciec ludzkości, gdyby się nie zlitował nad biedném sercem matki!?
— Wyroki Boże są niezbadane: należy z pokorą pochylać czoło przed niemi...
— O nie! — wybuchnęła matka — kiedy idzie o dziecko moje, ja z pokorą i poddaniem się nie mogę czekać na wyroki Bozkie. Gdyby pioruny Bożego gniewu na mnie samę spaść miały, w proch uderzyła-bym czołem i zawołała-bym: „niech się dzieje wola Twoja! ” Ale, kiedy widzę moje dziecię jedyne, mego syna, który mi szczęściem był i chlubą, zgnębionego cierpieniem, na jakie nie zasłużył, konającego z boleści w oczach moich; o, księże Stanisławie! wtedy nawet przed Bogiem nie mogę być pokorną. Mnie serce pęka z rozpaczy, bo jestem... matką!
I zaniosła się spazmatycznym, głośnym płaczem; ale po chwili wysileniem woli stłumiła gwałtowne wzruszenie i zaczęła mówić prędko, gorączkowo:
— Księże Stanisławie, ja chcę go ratować! Wiész, że powodem wszystkiego złego jest ta kobieta... ta piękna pani, co to bierze ludzi na zabawkę i zabija ich, jak muchy. Ona Lucyana uwiodła swemi oczyma jaszczurki, swemi słodkiemi słówkami, które wiszą ciągle u jéj ust, jak robaki na wędce; ona ciągnęła go do siebie, uśmiechała się, zapraszała... Myślał-by kto, że to anioł, który zstąpił z nieba, a to żmija, co kąsa serce człowieka, aby uschło...
— Kobieto, zatrzymaj się! — przerwał ksiądz Stanisław — nie sądź...
— Przebacz, księże Stanisławie — przerwała Dolewska — żal rozwagi nie ma; a żal matki, o! to taki żal, że podobnego chyba na świecie niéma, jak niéma miłości podobnéj do miłości matki.
— Nie poddawaj się temu żalowi — rzekł ksiądz łagodnie — a raczéj użyj całéj energii, jaką cię natchnąć może miłość macierzyńska, aby syna z toni ratować. Mówiłaś, że chcesz go ratować; czy myślałaś już o środku jakim?
— Tak, księże proboszczu. Dziś z rana, gdy Lucyan wyszedł ze swego pokoju, patrzyłam na niego długo i uważnie, i serce mi pękało. Gdzie jego dawny uśmiech? gdzie jego zdrowie? gdzie jego żywość i spokojność? Nie jest on smutny, ale gorzéj jeszcze, jest martwy; nic nie mówi, niczego nie chce, nic go nie zajmuje. Milcząc, pocałował mnie w rękę, milcząc, usiadł przy oknie, z książką w ręku; ale widziałam dobrze, że nie czytał, bo przez pół godziny trzymał oczy na jednéj karcie i miał wzrok człowieka, który patrzy a nie widzi. Wytrzymać nie mogłam i poszłam do swego pokoju, aby łez moich nie zobaczył. Padłam na kolana przed ukrzyżowanym Chrystusem i, płacząc krwawemi łzami, w imię Jego bolesnéj męki, błagałam, aby natchnął mnie myślą, jak mam wyratować z tego nieszczęśliwego stanu moje biedne dziecko. A kiedy wstałam, zdawało mi się, że mi kto w ucho szepce: wyjedźcie z N.! Usiadłam i zaczęłam nad tém rozmyślać, i przypomniałam sobie, że ludzie mawiają, iż w wielkich smutkach trzeba niekiedy człowiekowi zmiany miejsca, trzeba, aby się oddalił od tego, co mu boleść sprawiło. I pomyślałam sobie: pójdę do księdza Stanisława i poradzę się: jeżeli on powié, że to będzie dobrze, to zaraz, za kilka dni, wyjedziemy z N. gdziekolwiek...
— Macierzyńskie serce twoje szczęśliwe miało natchnienie — odrzekł po chwili milczenia proboszcz. — Nie mogę i nie powinienem taić tego przed tobą, że z Lucyanem źle jest bardzo. Gdyby to było tylko cierpienie moralne, zwyciężył-by je czas i jego własna wola; ale ja śledzę pilnie wszystkie oznaki, malujące się na twarzy jego, i widzę, że chory jest fizycznie, a chory taką chorobą, że każde silne wzruszenie zabić go może. Wzruszenie takie musiało-by tu przyjść koniecznie, boć przecie dziś narzeczony pani Warskiéj pojechał do Jodłowéj i ślub ich odbędzie się pewno wkrótce. Szczęśliwie-by było bardzo, gdyby Lucyan przed dniem tym fatalnym dla niego N. opuścił. Gdzież pani myślisz wyjechać?
— Gdzie on sam zechce.
— Wątpię, aby on, w dzisiejszym stanie swoim, miał jakąkolwiek wolą w tym względzie. Sądzę, że tymczasem najlepiéj będzie do Wilna...
— Pomyślę o tém...
— A środki pieniężne na wyjazd i osiedlenie się w inném miejscu, czy macie?
— Nie wielkie wprawdzie, ale mamy. Toć Lucyś wyprocesował mi jesienią w Warszawie kilka tysięcy złotych; zresztą, byle się uspokoił i wyzdrowiał, on pracą swoją i rozumem wszędzie kawałek chleba znajdzie, a może... toć już niedługo mi na tym świecie przebywać...
— I nie żal pani będzie opuszczać N.? Wszak całe życie tu spędziłaś.
— Dolewska pochyliła głowę i milczała długo, a potém odrzekła:
— I jakiż żal dorównać może temu, który czuję, patrząc na boleść jego? Prawda, żem tu sercem i duszą całą przyrosła, że dawniéj ani pomyśleć nie mogłam o wędrówce w świat nieznajomy, na stare lata moje. Ale dla niego czegoż-bym nie zrobiła? czegoż-bym nie oddała? Zbawienie duszy mojéj złożyła-bym u nóg Boga za jeden dzień szczęścia jego...
— O bohaterska siło macierzyństwa! — rzekł ksiądz Stanisław z cicha, i głośniéj dodał: — Więc przygotuj się pani do podróży, a jeślibyś spotkała opór w Lucyanie, czego się nie spodziewam, bo dziś wszystko dla niego jest obojętne, zawiadom mnie; postaram się wpłynąć na niego. Najważniejsza rzecz, aby wyjechał z N., nie widząc już pani Warskiéj. O ile mi się zdaje, rozwinęła się w nim groźna choroba serca i wrażenia każdego bardzo się dla niego lękam.
Wkrótce pani Dolewska dążyła do mieszkania swego, a ksiądz, stojąc przy otwartém oknie, wpadł w głębokie rozmyślanie.
Patrzył długo na ciemne sklepienie niebios, powleczone siecią księżycowych promieni i białych chmur, słuchając szelestu lekkim wiatrem poruszanych akacyi. Smutek, jakim go natchnęła rozmowa z Dolewską, pierzchał stopniowo, a na twarz jego wracał zwykły łagodny spokój.
Po chwili wzniósł wzrok i ręce splecione ku niebu i zamodlił się cichą modlitwą: „Szczęśliwy, o Panie, komu w piersi umilkły burze i walki żywota, kto oderwał serce swoje od samolubnych miłości, a utonął cały w tém wielkiém, cichém uczuciu, które ogarnia świat cały, od Ciebie aż do robaczka. Albowiem, cóż spokojniejszego, jak człowiek, który ma serce proste? I cóż swobodniejszego, jak ten, który już niczego nie pożąda na ziemi?!”
IX. Syn i matka
Ranek był wczesny. We dworze jodłowskim zupełna panowała cisza; tylko z folwarcznego dziedzińca kiedy niekiedy dochodziły głosy wstających do pracy ludzi. W samym domu wszyscy spali jeszcze; zapylone krzesła i stoły czekały ręki Ignacego, aby z nich starła warstwę kurzu, a koronkowy peignoir1 pani Warskiéj spoczywał niedbale rzucony na krześle, obok łóżka śpiącéj Marylki, czekając, rychło się garderobiana obudzi i prasować go zacznie. Ale, mimo tak wczesnéj godziny, pani domu już nie spała; bielą okryta, uchyliła ciężką roletę, u okna swéj sypialni. Różane promienie wschodzącego słońca wdarły się przez odsłonięte szyby i zabarwiły przezroczystą na ścianach draperyą. Twarz Madonny, tym samym rozjaśniona promieniem, zaróżowiała lekko i wychyliła się plastycznie z pomiędzy białych fałd.
Dlaczego Klotylda w tak niezwykłéj dla siebie porze odsłaniała okno swéj sypialni? Czemu tak rano już niecierpliwą stopą deptała miękki kobierzec pokoju? Czy obudziło ją dotkliwe cierpienie jakie? czy tajemny jaki niepokój wybił ją ze snu o niezwykłéj godzinie? I mogłoż to być właśnie wtedy, gdy przed dwoma dniami powitała w domu swym narzeczonego o wesołém oku, pogodném, myślącém czole, ze śmiejącemi się swobodnie ustami?
Cały dwór jodłowski częścią domyślał się, częścią był uwiadomiony, że piękny i grzeczny pan, o jasnych kędziorach i uprzejmém słowie, był narzeczonym dziedziczki Jodłowéj. Dembowski nie posiadał się z radości, że pani Warska „raz już, mosanie tego, wybrała sobie dozgonnego przyjaciela”, Ignacy uśmiechał się pod siwym wąsem, z rozczuleniem spoglądając na piękną parę.
A Klotylda?... Klotylda nie była tak wesołą, jakby się spodziewać można było...
Silne pociągnięcie dzwonka zbudziło ze snu Marylkę. Zeskoczyła z łóżka zaspana dziewczyna, a zobaczywszy przez okno, że słońce wschodzi dopiéro, przeżegnała się ze zdziwienia.
— Święty Boże! — zawołała — a co to się pani stało? Drugi już dzień budzi się o wschodzie słońca!
I pochwyciwszy peignoir, subretka2 pobiegła żywo do sypialni swéj pani. Po chwili, Klotylda, owinięta w biały muślin i koronki, przebiegała aleje ogrodu.
Szczyty ciemnych jodeł, ozłocone słońcem, zginały się lekko pod powiewem rannego wiatru; w głębiach gajów ptastwo zaczynało świergotać; nieruchoma szyba stawu błyskała srebrem i mieniła się różowemi smugami.
Klotylda stanęła nad wodą, oparła się o podstawę jednego z posągów i stała w zamyśleniu, nieruchoma.
Nagle, między zielenią jednego z gajów, zamigotało przed jéj oczyma coś białego i dał się słyszéć odgłos lekkich kroków. Rozchyliły się gałęzie zamykające wejście do cienistéj altany i na ścieżkę, obok któréj stała Klotylda, wyszła Magdzia.
Snać nie spodziewała się o tak rannéj porze kogokolwiek znaleźć w ogrodzie, bo ubrana była w ranny kaftanik z białego perkalu i wpółrozplecione włosy opadały jéj na szyję i ramiona.
— To ty, Magdziu, tak rano? — rzekła Klotylda i wnet dodała, biorąc za rękę dziewczynę: — Co to tobie jest? płakałaś?
W istocie, Magdzia miała oczy zaczerwienione od płaczu.
— Tak, trochę — odpowiedziała.
— Cóż ci jest? Czy masz zmartwienie? — nalegała Klotylda.
Magdzia wysunęła rękę z jéj dłoni i milcząc patrzyła w wodę; nagle podniosła głowę i, patrząc na panią Warską, spytała:
— Czy to prawda, pani, że ten pan, który zawczoraj przyjechał do Jodłowéj, jest twoim narzeczonym?
Uśmiechnęła się Klotylda.
— Tak, dziecię — odpowiedziała — to prawda; ale cóż to ma wspólnego z twemi zapłakanemi oczkami?
To mówiąc, zaczęła pieszczotliwie muskać rozpleciony warkocz dziewczyny. Ale Magdzia usunęła się z lekka z pod pieszczącéj ją dłoni i, patrząc znowu w wodę, mówiła:
— W istocie, panią dziwić to musi, że ja się pytam o to, bo i cóż to do mnie należy? Przebacz, pani, jeśli pytanie moje było zbyt śmiałe. Jam prosta wiejska dziewczyna, i przyzwyczaiłaś mnie zresztą do swéj dobroci. Ludzie od dwóch dni mówią wkoło mnie, żeś zaręczona z tym bogatym i miłym panem; ja dotąd wierzyć w to nie mogłam. Ale kiedy sama tak mówisz, toć musi być prawdą.
Gdy Magdzia to mówiła, Klotylda postrzegła w niéj wielką zmianę. Twarz młodziuchnéj dziewczyny straciła niedawny wyraz dziecięcéj prawie naiwności i nieświadoméj prostoty, i powlokła się dojrzałą myślą; sam głos jéj pełniejszy był, niż wprzódy, stanowczy. Klotylda patrzyła na nią ze zdziwieniem i miała coś mówić, gdy Magdzia ozwała się znowu:
— To wszystko, pani, nie ma żadnego związku ze mną. Tyś piękna, bogata, wolna; miałaś prawo wybrać tego, kogo chciałaś i pojedziesz z nim w świat daleki, szczęśliwa, a mnie zostanie na całe życie słodkie wspomnienie chwil, które pozwoliłaś mi z sobą przepędzić. Więc związku to wszystko nie ma ani ze mną, ani z mojemi łzami, ale...
— Ale cóż? — spytała Klotylda, biorąc rękę Magdzi.
Magdzia zwolna wysunęła znowu rękę z jéj dłoni i mówiła daléj:
— Ale ja, pani, dziwną mam naturę, mnie serce boli za innych... ja za innych cierpię... Pamiętam, że kiedym była małém dzieckiem, płakałam, patrząc na ubogich. Ojciec gniewał się za to i nazywał mię mazgajem; więc kryłam się ze smutkiem, jakiego doświadczałam na widok nieszczęśliwych, ale cierpiéć z nimi i nad nimi nie przestawałam. Jam, pani, dla siebie nigdy niczego bardzo nie pragnęła; całe szczęście moje, to szczęście tych, których kocham... tak mię Bóg już stworzył!...
— Więc czegóż teraz płaczesz?
Magdzia milczała chwilę, aż szybkim ruchem ujęła obie ręce Klotyldy i zaczęła mówić prędko, a z cicha:
— Pamiętasz pani, jak mówiłam ci kiedyś, że jest na świecie człowiek, którego kocham. Miłość ta powstała mi w sercu, nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale z nią razem poczułam, że za niego oddała-bym życie i zarazem, że on mnie kochać nie może, tak jak nie może zstąpić ku mnie żadna z gwiazd niebieskich. Od téj pory spokój jego stał się moim spokojem, jego cierpienie — mojém cierpieniem. Przez czas długi widywałam go rzadko i tylko, słysząc od wszystkich wkoło, że zacny jest i rozumny, dziękowałam za to Bogu i aniołom stróżom, i modliłam się do nich, aby był szczęśliwy. Ale z tém wszystkiém czuję teraz, żem była wtedy jeszcze dzieckiem. Potém, zobaczywszy ciebie, pani, piękną, dobrą, rozumną, przeczułam, że on ciebie pokocha. I tak się stało; a ja, patrząc codziennie prawie na was oboje, zaczęłam wysnuwać z siebie całe światy, nieznane mi dotąd, zaczęłam cierpiéć tak, jak nigdy nie cierpiałam. Raz przeczytałam w jednéj z twoich książek wyrazy: „z dziecka stała się kobietą”. Myślałam nad niemi i poczułam, że przestałam być dzieckiem. Niekiedy, patrząc jak oboje chodziliście po alejach ogrodu, czułam taki ból serca, żem uciekała, abyś nie zobaczyła mnie wtedy, bom była bardzo zmieniona. I tak, jak oto nad nami świeci teraz słońce pogodne, tak prawdą jest, że wszystkie te myśli i cierpienia jedną nicią pociągały moje serce ku wam obojgu, a rano i wieczorem zmieniały się w modlitwę za was... za szczęście wasze... Patrząc na niego, przeczułam, pojęłam, jak bardzo cię kocha, i życie-bym moje oddała za to, abyś ty go kochała także... i... sądziłam... zdawało mi się, że tak było.
Umilkła na chwilę, pokonana wzruszeniem; twarz jéj, wprzód blada, zabarwiła się rumieńcem, oczy, utkwione w twarz Klotyldy, błyszczały łzą i energią naprzemian.
— A teraz, pani — mówiła znowu — przyjechał twój narzeczony, macie wziąć ślub ze sobą i pojechać daleko. To dobrze... masz pani prawo robić, co się tobie podoba... życzę ci szczęścia... Ale może to jeszcze zabytek niedawnego dzieciństwa mego, może prostota wiejskiéj dziewczyny... ja tego wszystkiego nie rozumiem. Nie pytam cię, pani, o nic, bo wiem, że nie mam na to prawa, ale umysł mój gubi się w nierozwikłanéj dla mnie zagadce... Co to było? co się stało? Czym ja się myliła? czy ty, pani, masz dwa serca? — nie wiem i nie rozumiem... Wczoraj byłam z ojcem w N. i widziałam jego...
Oczy Klotyldy błysnęły; ścisnęła silnie rękę Magdzi i zawołała:
— Widziałaś go? mów-że, mów! co się z nim dzieje?
Magdzia smutnie się uśmiechnęła i odpowiedziała głosem, w którym był ból i wyrzut:
— On, pani, umiera z boleści!...
Klotylda jęknęła i opuściła twarz na obie dłonie.
Magdzia z goryczą patrzyła na nią przez chwilę, potém dotknęła lekko jéj ręki i rzekła:
— Teraz, pani, nie będziesz mię pytała, czego ja płaczę; a jak zobaczysz jego, tak jak ja go wczoraj widziałam, sama zapłaczesz... i daj Boże, abyś kiedykolwiek potém płakać przestała; bo są rzeczy, których przez życie całe wypłakać nie można...
Klotylda długo stała, oparta o posąg, nieruchoma, a gdy podniosła głowę, Magdzi nie było już przy niéj.
— Pojadę tam dziś — rzekła z gestem rozpaczliwéj energii; — muszę go zobaczyć, bądź co bądź, choć raz jeszcze widziéć go będę...
Około południa, Klotylda siedziała we wschodnim gabinecie, ubrana tak zupełnie, jak gdy po-raz piérwszy przyjmowała w Jodłowéj Lucyana. Przy otwartych na ganek drzwiach siedział Cypryan, patrząc na nią, pół żartobliwym, pół rozkochanym wzrokiem.
— Ma belle fiancée złe sny dziś miéć musiała, bo w tak posępnym humorze nigdym jéj jeszcze nie widział — rzekł, powstając i zbliżając się ku niéj.
Klotylda nic nie odpowiedziała; oczy jéj były spuszczone i utkwione w kobierzec, pokrywający posadzkę.
— Na seryo, Klotyldo — rzekł znowu Cypryan, siadając obok niéj — blada dziś jesteś i smutna. Nie mogę-ż wiedziéć powodu?
— Lekkie niezdrowie... — odpowiedziała z cicha.
— To niedobrze; ale jeżeli lekkie, mam nadzieję, że prędko przejdzie. Nie uwierzysz, Klotyldo, jak miłe wrażenie wywiera na mnie Jodłowa. Mało podobnie pięknych miejsc widziałem. Patrząc na te stare drzewa, śród téj ciszy głębokiéj, mimowoli człowiek poważnieje i myślą wznosi się nad błahe drobnostki naszego światowego, salonowego życia. Nie dziwię się, że to śliczne i poważne rodzinne miejsce twoje wykołysało ciebie, tak piękną i dobrą.
Ostatnie słowa wymówił ze wzruszeniem i ujął rękę narzeczonéj; ale po chwili wypuścił ją z dłoni i rzekł z niepokojem:
— Jaką zimną masz rękę, Klotyldo! Możeś bardzo chora?
— O nie! — odrzekła, przesuwając rękę po czole, jakby myśli czarne odpędzić chciała.
— Nie dziw się moim natrętnym może pytaniom — rzekł Cypryan — bo widzisz, każda oznaka jakiegokolwiek twego cierpienia niepokoi mię i martwi.
Klotylda milczała.
— Czy wiész, Klotyldo — mówił dalej Cypryan — że chwilami czuję się tak szczęśliwym, tak uzacnionym mojém głębokiém uczuciem dla ciebie, że pytam samego siebie: czém zasłużyłem na szczęście takie? Byłem zawsze zepsutém dzieckiem, motylem mnie zwano; dobre serce stanowiło całą zaletę moję. Dziś stanął przy mnie anioł i podniósł mię na wyżyny człowieczeństwa...
Klotylda ciągle milczała, nie odrywając wzroku od kobierca; Cypryan mówił daléj:
— Żeby to już prędzéj ten dzień stanowczy przyszedł, w którym oddasz się mnie bezwarunkowo i bezpowrotnie! Chociaż tu pięknie jest i miło, pragnę jednak uwieźć cię w świat, bo to mi da jakby przeświadczenie, żeś już zupełnie, nazawsze moja. Chciałbym, abyśmy prędzéj oboje stanęli na tém polu, na którém rozwinąć mamy wspólną działalność naszę... abyśmy prędzéj nietylko już ślub miłości, ale wzięli ze sobą ślub wspólnéj pracy i czynu. Jak myślisz, Klotyldo — mówił daléj — żebyśmy dziś zawiadomili tutejszego proboszcza, iż chcemy, aby ślub nasz odbył się w przyszłą niedzielę? Wszak indult przywiozłem.
Klotylda po raz piérwszy przez cały czas rozmowy spojrzała na Cypryana, ale takiém dziwném spojrzeniem, tyle w niém było cierpienia i jakby niewytłómaczonéj obawy, że Cypryan zawołał:
— Klotyldo! ty musisz być bardzo chora!
A gdy nie odpowiedziała, powtórzył, tuląc jéj ręce w swoich:
— Droga moja! tobie może trzeba doktora. Ja zaraz poślę po Lucyana...
Nie dokończył, bo Klotylda gwałtownie wysunęła ręce z jego gorącego uścisku i, żywo powstając, rzekła:
— Nic, nic mi nie jest! potrzebuję być sama.
I nim Cypryan zdołał odpowiedziéć, zamknęły się już za nią drzwi jéj sypialni.
W kilka godzin potém, na ganku od ogrodu, oboje narzeczeni siedzieli przy obiedzie. Klotylda wydawała się spokojniejszą, całkiem nawet spokojną, tylko miała ślady łez na oczach. Cypryan, trochę stroskany, spoglądał na nią, niemniéj jednak rozmowa między nimi toczyła się żywa.
— A propos dzisiejszego niezdrowia twego, droga Klotyldo, przychodzi mi na myśl, żem zapomniał opowiedziéć mojéj pięknéj pani o widzeniu się mojém w N. z Lucyanem Dolewskim. Co to za poczciwy i rozsądny człowiek! Nie prawdaż? Jest to jeden z najlepszych moich przyjaciół. Błagam cię o przebaczenie, alem mu wszystko, co między nami zachodzi, powiedział, a on mi mówił, że zna moję cudną narzeczoną. Czy bywał często w Jodłowéj?
— Przez czas jakiś bywał dość często — odparła Klotylda, niosąc szklankę z wodą do ust.
— Ale żal mi tylko, żem go znalazł dziwnie jakoś zmienionym. Blady jest strasznie i bardzo, bardzo źle wygląda. Dał mi do zrozumienia, że się w nim rozwija choroba sercowa. A zła to zaprawdę choroba. Szkoda go!...
Szklanka z napojem zadzwoniła w ząbkach pięknéj narzeczonéj.
— Dobrze-by było — rzekła Klotylda — abyś pan odwiedził swego przyjaciela... tém bardziéj, jeśli chory...
— Myślałem o tém, i dziś jeszcze pojadę do N., a jeśli mi dasz pozwolenie na to, Klotyldo droga, będę zarazem i u proboszcza... Wszak w N, mieszka ów ksiądz Stanisław, o którym tyle pochwał słyszałem wczoraj z pewnych pięknych ustek?
— Tak, proboszcz nasz mieszka w N. i pojedziemy tam dziś oboje.
— Wyborna myśl. Wieczór będzie prześliczny; bardzo miłą rokuję sobie przejażdżkę, a ty, Klotyldo, będziesz moim cicerone w stolicy tych stron, których jesteś sama królową.
Klotylda blado się uśmiechnęła i zapadła w milczące, długie zamyślenie.
— O czém moja pani tak się zamyśla? — zagadnął po kilku chwilach Cypryan.
— Myślałam o tém — odpowiedziała Klotylda, nie podnosząc spuszczonych oczu — czy téż mężczyzna może umrzéć przez nieszczęśliwą miłość dla kobiety?
— Quelle idée lugubre! — wesoło zawołał Cypryan. — Mojém zdaniem, jest to zapewne rzecz możebna, ale zdarzająca się niezmiernie rzadko. Trzeba na to odrębnych cech charakteru i wyjątkowych okoliczności... W każdym razie, mnie to niebezpieczeństwo nie grozi; nie prawdaż, pani?
I śmiejąc się, pocałował rękę narzeczonéj; ale wypuszczając ją z dłoni, rzekł z niepokojem:
— Strasznie masz zimną rękę, Klotyldo. Boję się, doprawdy, o zdrowie twoje...
— O, nic mi już nie jest! Zresztą, zobaczę dziś doktora, to go poproszę o radę — rzekła Klotylda z dziwnym uśmiechem i wstała od stołu.
*
Tegoż dnia, w mieszkaniu pani Dolewskiéj panował ruch wielki; pokoje smutno wyglądały, odarte ze wszystkich mniejszéj objętości sprzętów; paki i tłomoki jedne na drugich stały pod ścianami, a między niemi, z pomocą Owsickiéj i Marysi, krzątała się Dolewska. Gorączkowy rumieniec ożywiał twarz staruszki; ręce jéj drżały, kiedy małe, w żółtych ramkach obrazki zdejmowała ze ścian, na których wisiały przed jéj oczyma więcéj niż ćwierć wieku. Zdawało się, że chciała-by wywieźć z sobą wszystko, co się znajdowało w domu, że serce jéj ściskało się na myśl o rozstaniu z najmniejszym drobiazgiem, towarzyszącym jéj przez ciąg długiéj wędrówki życia.
Około południa wszystko już było spakowane i gotowe. Pani Dolewska stanęła na środku bawialnego pokoju, z którego zniknęły obrazki, lusterko z nad kanapy i bukiet włóczkowy ze szklanym kloszem.
Kukawka zegaru oznajmiła dwunastą godzinę południową.
— Ot, wiész co, pani Wincentowo — rzekła matka Lucyana — że chce mi się wziąć z sobą i ten zegar. Na co ma tu zostać?
— Ależ, pani Józefowo! po cóż tam, panie mój kochany, będziesz tyle gratów z sobą woziła? A toć w wielkiém mieście, dostaniesz zegar i nowy, i za tanie pieniądze. Zresztą nie na wieczność przecie wyjeżdżasz, i wróciwszy, znajdziesz wszystko, co zostawisz.
Dolewska pokiwała smutnie głową.
— Oj, moja pani Wincentowo — odrzekła — człowiek wié, kiedy wyjeżdża, ale kiedy wróci i czy wróci, wiedziéć nie może. To tylko w Bozkich ręku, a ja już stara! Ot, wiész co, serce mi się kraje, patrząc na te kąty, których już może nigdy nie zobaczę, a w których tyle lat przebiedowałam. Ja myślę, pani Wincentowo, że bogaci ludzie jeżdżą tak z kąta w kąt po świecie całym, nie przywykając, jak biedni, do jednego miejsca, dlatego, że mało cierpią; bo kiedy człowiekowi ciężko na sercu i nie ma z kim biédy podzielić, to płacze sobie po cichu w kątku, a potém już jemu ten kątek drogi i miły, jak przyjaciel serdeczny, co patrzył na łzy jego i przytulił go wtedy, gdy cały świat był dla niego zimny i nieludzki.
I ze łzą w oku oglądała się staruszka po spustoszałych kątach swego domu.
— Ot, choćby i ten zegar — mówiła daléj, łzawo patrząc na cyferblat z wielkim u góry bukietem — jak ja miałam nie przywyknąć do niego? Pamiętam, że w rok po ślubie naszym, nieboszczyk mój Józef przywiózł go z Wilna. Ja, moja pani Wincentowo, byłam wtedy bardzo młoda i śmiechulska straszna, zwyczajnie, nie znałam jeszcze, co to bieda. To bywało, jak kukawka się odezwie, mnie taki śmiech bierze, że aż do łez się śmieję, i długo nie mogłam się przyzwyczaić do tego, żeby zegar zupełnie taki głos miał, jak ptak w lesie. A jak zacznę śmiać się, to nieboszczyk mój Józef z początku gniewa się na mnie za to, a potém i jego śmiech ogarnia, i oboje śmiejemy się tak, że ludzie, słysząc to przez otwarte okna, mówią: to szczęśliwa para! I prawda, prawda, że szczęście było wtedy w naszym domku, i chleba dobry kawał, i miłość, i zgoda domowa.
Westchnęła i po chwilce milczenia mówiła daléj:
— A potém, pamiętam, jak Lucyś mój się urodził i piérwszy raz zapłakał; zegar zakukał dziesięć razy, bo to była dziesiąta godzina wieczorem, i zaraz w téjże chwili zaśpiewał pod oknem słowik, co w krzakach bzu się gnieździł. A mnie wydało się to wróżbą i zaczęłam modlić się, prosząc Boga, aby życie mego dziecka było tak wesołe i swobodne, jak oto życie tych ptaków, których głosy na urodziny mu śpiewały. I pamiętam, że choć byłam bardzo słaba, modliłam się tak długo, że kiedym skończyła, kukawka odezwała się dwanaście razy, bo była już północ.
— Jak to pani Józefowa wszystko akuratnie pamięta! — ozwała się Owsicka.
— Oj, moja pani Wincentowo! Kiedy człowiek doświadczy czegoś dobrego w życiu, to dłużéj je pamięta, niż złe, bo złe częściéj się zdarza. Ale dla mnie i ono przyszło wkrótce. Mój Józef umarł, aptekę musiałam sprzedać za bezcen, bieda zajrzała do nas, a z nią i potrzeba bardzo ciężkiéj pracy, boć i dziecko jedyne trzeba było wychować na ludzi. Bogate panie, co wtedy mieszkały blizko N., dawały mi wiele do szycia i do haftowania, bo, nie chwaląc się, haftowałam lepiéj, niż ich wszystkie panny służące. Potém, kiedy Lucyś był w szkołach, to jak kukawka zakukała szóstą z rana, myślę sobie: mój chłopiec wstaje! Jak dziesiątą, myślę sobie: uczy się moje dziecko! A jak dziesiątą wieczorem, myślę sobie: śpi już mój syn jedyny! I zdawało mi się, że to kukawka opowiada mi, co on tam robi daleko ode mnie. A potém, kiedy Lucyś wrócił do domu, to jak wyjdzie do chorych, kukawka mi przypomina, kiedy mu przygotować obiad albo kawę, a jak wyjedzie z miasteczka, a kukawka wybije dziesiątą wieczorną, to już słucham, czy nie wraca do domu i spać nie idę, ażeby moje dziecko pobłogosławić na noc i krzyżem świętym złe sny od niego odżegnać. Ot, widzisz, pani Wincentowo, dla czego żałość mię bierze, kiedy myślę, że zostawię tu ten zegar.... toć to towarzysz i przyjaciel całego mego żywota.
I, stojąc na środku pokoju, patrzyła na zegar i dwa strumienie grubych łez, szeregiem wspomnień wywołanych, staczały się po jéj zmarszczonéj twarzy.
— Pan Lucyan idzie — rzekła Owsicka, patrząc w okno.
Dolewska żywo się poruszyła, szybko otarła łzy i, z młodzieńczą prawie żywością, skoczyła na krzesło, majstrując cóś koło zegara, aby syn jej łez nie dostrzegł.
— Żeby on tylko nie zobaczył, że ja płakałam — szepnęła z krzesła już do Owsickiéj i zaczęła raźnie nucić starą piosenkę.
Lucyan przeszedł, milcząc, bawialny pokój i wszedł do swojego. Piérwszy przedmiot, który uderzył jego oczy, był stojący na oknie świeży bukiet z niezapominajek. Lucyan popatrzył na kwiaty i rzekł do siebie:
— To dziecię stawia tu te kwiaty, aby mi niebo przypominały! Jest-że ono dla tych, którzy tak nędznie, jak ja, giną?...
I pogrążył się w smutném, gorzkiém dumaniu.
Była to może ta sama chwila, w któréj Cypryan Karłowski, we wschodnim gabinecie Klotyldy, mówił jéj gorące słowa miłości i wysnuwał przed nią złotą nić swoich nadziei.
*
Czerwona tarcza słoneczna spuszczała się zwolna za nizkie dachy domowstw miasteczka; ulice i plac różowiały pod jéj blaskiem; po błękitném niebie przepływały obłoki białe i z po-za nich wychylał się srebrną nicią zarysowany półksiężyc. Cisza w naturze panowała wielka, ale w miasteczku gwar, bo był to dzień świąteczny, więc wszystko, co żyło, oprócz żydów, wyroiło się na ulicę, a kto został, otwartém oknem przynajmniéj wyglądał na piękny o téj wieczornéj dobie świat Boży.
Lucyan wyszedł z domu kowala, którego chorą żonę po raz ostatni przed wyjazdem z N. odwiedzał, i szedł ulicą. Z ganku mieszkania Grodzickiéj zbiegła Walerka, ubrana w swój różowy muślinek.
— Panie Lucjanie, niech pan zajdzie do nas — prosiła — jest u nas i pan Dembowski z Jodłowéj.
Lucyan zwrócił się ku gankowi.
— Ho, ho, ho! jak się masz, kochany Eskulapie! — ozwał się we drzwiach od ganku stentorowy głos Dembowskiego. — Widzę, że nieosobliwie; cóś zmizerniałeś dyabelnie. Słyszę, wyjeżdżasz; dokąd? dla czego? Czy ci tu już, mosanie tego, nasz chleb nie miły?
Lucyan miał cóś odpowiedzieć, ale szlachcic mu przerwał:
— Spodziewam się, mosanie tego, że przynajmniej na ślub pani Warskiéj poczekasz. Bo u nas w Jodłowéj wielka nowina. Pani Warska za mąż idzie; w niedzielę przyszłą ksiądz Stanisław ma im podobno pobłogosławić. Ot, jak z pistoleta wystrzeliła siurpryzę, mosanie tego. Ale narzeczony, co się zowie, grzeczny człowiek, przyzwoity i choć widać po wszystkiém, że bogaty, pańskich, za pozwoleniem, głupich fumów za grosz nie ma, rychtyk jak ona. Zobaczysz ich zaraz, mosanie tego, bo dziś przyjadą oboje do księdza Stanisława. Jak wyjeżdżałem, zaszedłem do nich i mówili mi, że za godzinę do N. jadą.
Na te słowa usta Lucjana zadrżały i skronie zapulsowały mu silnie. Dembowski prawił daléj:
— A kochają się, mosanie tego, jak gołąbki! Dalibóg, staremu ślina do gęby idzie, patrząc na nich. Dziś, kiedy tam przyszedłem, Ignacy tylko co zdjął ze stołu i powiedział, że pani i gość w ogrodzie. Poszedłem do ogrodu i z daleka przez gałęzie zobaczyłem, jak on, mosanie tego, ściskał i całował jéj rączkę, a ona, jakby nic, siedziała sobie na ławeczce, nad stawem, i nie na niego filutka patrzyła, tylko niby na wodę. Ho, ho, ho! a pewnie tam z pod oczka zerkała na niego, tak jak to ona umié, ho, bo, ho!
Przy tém opowiadaniu Lucyan oparł się o słup ganku i parę razy poniósł rękę do skroni.
Ale Dembowski, nie zwracając na to uwagi, zawołał:
— Otóż i jadą, mosanie tego!...
Z daleka, na końcu ulicy, ukazały się cztery siwe konie i dał się słyszeć głuchy turkot powozu i lekkie brzękanie szorów. Wszystko to było tak otoczone kłębami kurzawy, że z dala wyglądało, jak wielki, szary punkt.
Lucyan z wytężeniem w punkt ten się wpatrzył; twarz jego nabiegła nagle gwałtownym rumieńcem i w mgnieniu oka pokryła się znowu straszną bladością.
Ale nikt na niego nie patrzył.
Walerka, Dembowski i na ulicy znajdujący się ludzie, zwrócili ciekawie oczy ku nadjeżdżającemu powozowi.
W małym odkrytym koczyku siedziała Klotylda, w białéj sukni i białym kapelusiku. Wiatr unosił końce jéj błękitnéj przepaski po-za drzwiczki powozu i igrał z niemi w powietrzu. Obok niéj, z rozpromienioną twarzą, siedział Cypryan Karłowski.
— Śliczna para — mówiło na ulicy kilka głosów.
— Bogaci! szczęśliwi! — odpowiadali inni.
A powóz toczył się szybko ulicą i dojeżdżał do domu Grodzickiéj.
Nagle Cypryan zerwał się z siedzenia, gwałtownie pochwycił ramię furmana i krzyknął:
— Stój!...
Klotylda zwróciła spojrzenie ku gankowi Grodzickiéj, na który patrzył Cypryan, i z piersi jéj wydobył się głuchy jęk.
Dziwny widok uderzył ich oczy.
We drzwiach domu stał Dembowski, obu rękoma obejmując opartego na nim Lucyana. Oczy młodego człowieka były zamknięte, usta sine, trupia bladość twarz mu zalała.
— Co to jest? co to się stało? — zawołał Cypryan, w mgnieniu oka wyskakując z powozu.
— Zemdlał, czy co? mosanie tego — niespokojnie mówił Dembowski, podtrzymując opartą na jego piersi głowę Lucyana. — Tylko co rozmawiał ze mną.
— Ależ on jak bez życia! — zawołał Cypryan, dotykając ręki przyjaciela. — To nie jest zemdlenie, to cóś gorszego! Czy niéma w N. drugiego doktora?
— Księdza proboszcza! księdza proboszcza! — zawołało kilka osób, które, na widok zatrzymującego się powozu, w jednéj chwili pod gankiem zbiegły się dość tłumnie.
— Walerko, biegnij po księdza proboszcza! — rzekła do córki Grodzicka, — a potém zajdziesz do pani Dolewskiéj i powiész jéj, żeby tu przyszła, bo syn jéj zachorował.
— Jakże to było? jak się to stało? — pytał Cypryan, pomagając Dembowskiemu złożyć bezwładne ciało Lucyana na jednéj z ławek, stojących na ganku. — Każ pani przynieść wody — rzekł do Grodzickiéj — trzeba próbować trzeźwić go, nim proboszcz przyjdzie. Ale na miłość Boga, panie Dembowski, jakże to było?
— Ot jak było. Rozmawialiśmy z sobą najpiękniéj tu na ganku; prawda, że był mizerny, ale zdawało się, że nic tak strasznego. Raptem, jak państwo podjeżdżali pod ganek, kiedy ja spojrzę na niego, a on wpatrzył się w państwa tak dziwnemi oczyma, jakich ja, mosanie tego, w życiu mojém nie widziałem; schwycił się za serce, jęknął i upadł-by na ziemię, gdybym ja nie stał za nim i nie podtrzymał go, mosanie tego!
— A czy ksiądz proboszcz zna się cokolwiek na medycynie? — zapytał Cypryan.
— Oho! Podobnoć sam uczył się kiedyś na doktora, a póki pana Lucyana w N. nie było, leczył często a dobrze.
Lucyan leżał na ławce, martwy i piękny w nieruchomości swojéj. Długie rzęsy jego zamkniętych oczu rzucały cień na bladą twarz; usta bez krwi nie zamknęły się całkiem po ostatnim jęku; czoło przysłaniały rozrzucone czarne włosy. Jedna ręka jego leżała na piersi, druga zwisła ku ziemi.
Obok niego stali: Grodzicka ze szklanką wody w ręku, Cypryan z serdeczną troską na twarzy i Dembowski, tarmoszący niespokojnie swoje siwe wąsy.
Za jeden ze słupów gankowych napół ukryła się Klotylda i, jak skamieniała, stanęła z załamanemi i konwulsyjnie zaciśniętemi rękoma.
Wkoło ganku coraz więcéj zbierało się ludzi; pożałowania, westchnienia, pytania rozlegały się coraz gwarniejsze.
Po chwili od strony plebanii ujrzano idącego spiesznie księdza proboszcza. Tłum się rozstąpił i ksiądz, ze wzruszoną twarzą, stanął nad Lucyanem.
Głuche milczenie ogarnęło obecnych. Oczy wszystkich utkwiły w twarzy księdza, we wszystkich piersiach zatrzymał się oddech.
Proboszcz ujął rękę Lucyana, położył dłoń na jego sercu i skroniach, pochylił ucho ku piersi i wpatrzył się w twarz nieruchomo. A im więcéj patrzył, tém większy smutek pokrywał mu czoło i mglił się w łagodnych oczach.
Nareszcie z rodzajem uszanowania złożył na piersi obie ręce Lucyana, pochylił głowę i długo milczał, a dwa strumienie łez cicho spłynęły mu po twarzy. Otarł je, a podnosząc głowę i zwracając się do obecnych, rzekł wyraźnie, choć stłumionym głosem:
— Nie żyje!...
Z piersi wszystkich obecnych wydarło się jedno głuche westchnienie, ale zapanował nad niém straszny, przeraźliwy, rozdzierający krzyk.
Pani Dolewska, z siwemi włosami, rozwianemi od wiatru i biegu, z rozpłomienioną twarzą, z obłąkanym wzrokiem, wbiegła z tym krzykiem na ganek i rzuciła się na martwe ciało syna.
— Kto powiedział, że mój syn nie żyje? — wołała, obejmując go drżącemi ramionami i tuląc jego bezwładną głowę do piersi. — Kto powiedział, że mój syn nie żyje, ten skłamał! skłamał! On nie może umrzéć, bo Bóg jest dobry, bo jeśli on umrze, to chyba niéma Boga na niebie...
— Kobiéto! — zaczął mówić proboszcz łagodnie, biorąc ją za rękę.
Ale wyrwała ją gwałtownie i, zwracając się do księdza, krzyknęła:
— Ty powiedziałeś, że mój Lucyś umarł, a więc mi go oddaj teraz! Ale ty skłamałeś! Czy słyszysz? skłamałeś! To prawda, że on leży jak trup, bez życia, ale nie umarł, nie! Ten, kto to powiedział, zapomniał, żem ja nie po to kołysała go i hodowała, żeby teraz umarł. Kłamstwo! kłamstwo! Ot, zaraz zobaczycie!
I rzuciła się znowu na ciało syna i zaczęła twarz jego okrywać konwulsyjnemi pocałunkami. Potém uklękła przy nim i cicho, łagodnie mówić zaczęła:
— Lucysiu! dziecko ty moje najdroższe! Odezwij się do mnie, moje ty szczęście! Spójrz na mnie, jam przecie matka twoja!... Lucysiu! Lucysiu! Ludzie mówią, żeś ty umarł. Dziecko moje jedyne, spójrz na mnie, pokaż im, że kłamią, że ty żyjesz i żyć będziesz, dumo i radości ty moja! Lucysiu!... Lucysiu!... Lucysiu!...
Nagle umilkła, szklanym wzrokiem wpatrzyła się w twarz syna, zerwała się z kolan i krzyknęła przeraźliwie:
— Tak, to prawda, on nie żyje!...
W téj saméj chwili, wpiła się palcami w ramię stojącego obok niéj księdza, oczy jéj otworzyły się szeroko, krwią nabiegły i poczęły szybko krążyć pod powiekami; zaciśnięte usta otwierały się stopniowo, aż wydarł się z nich długi, głośny i ostry śmiech obłąkania.
Ksiądz Stanisław wpatrzył się w nią i po chwili zawołał z najwyższém przerażeniem:
— Wielki Boże! ta kobieta dostała pomieszania zmysłów!
Odpowiedzią na te słowa jego był głuchy jęk kobiecy. Wszystkie oczy zwróciły się na Klotyldę, która stała oparta o słup, strasznie blada i drżąca konwulsyjnie.
Ksiądz Stanisław patrzył na nią przez chwilę w milczeniu; potém wyciągnął rękę i wskazując jéj martwe ciało Lucyana, wyrzekł z uniesieniem i goryczą:
— Igrałaś jak z cackami, z sercami ludzkiemi, aż jedno z nich pękło i krwią obryzgało białą sukienkę twoję!...
Klotylda zachwiała się i upadła zemdlona na ręce Cypryana, który przez tłumy przecisnął się do niéj.
— A! to ty! — krzyknęła, spostrzegając ją, matka Lucyana. — To ty, czarownico, coś mi syna urzekła!...
I wydarła się z rąk wstrzymującego ją księdza i, biegnąc za Klotyldą, którą narzeczony do powozu unosił, krzyczała:
— Ty zabiłaś mego syna, żmijo o złotych słowach! Tyś go oczarowała, a potém mu serce wydarła! Bodajeś nigdy matką nie była! Bodajeś nigdy płakać nie przestała! Bądź przeklęta! przeklęta! przeklęta!...
Cypryan położył zemdloną w powozie i, sam wskoczywszy, krzyknął na furmana:
— Jedź!...