Na pysznego, który o sobie wiele trzyma i nad wszystkich się wynosi w doskonałości

Raz gdy się w pychę Merkuryusz70 wzbije,

Chcąc ludzkie zdania o sobie wybadać,

Wnet takowego sposobu zażyje,

Ażeby z siebie własną postać składać,

A inną przybrać, żebraka czy kupca,

I udać na czas71 z wymownego, głupca.

Wchodzi w mieszkanie, pewnego skulptora72,

A ten usilnie pilnując rzemiosła,

Nie myśli, żeby zmyślona pokora

W dom jego Bogów sprowadziła posła;

Wycina nosy, oczy, usta, dłotem73

Bożkom, Boginiom i stawia w kąt potem.

Widzi Merkury misterne posągi

Marsa z Belloną w cudnej armaturze,

Jakie gotują do wojny zaciągi,

W jakiej bohatyr minie i posturze,

Z jaką Bellona przysługą dla męża

Trzyma potrzebne do boju oręża.

Widzi Wenerę z najpiękniejszą twarzą,

Przy niej Kupida, małego pieszczocha;

Tu się gołębie całują, tu parzą,

Tu się co żywo, karesuje74, kocha,

I co być może człowiekowi miło,

Wszystko w tej sztuce wyrażone było.

Widzi Jowisza, jak na orła wsiada,

Widzi Junonę, jak z pawiem stoocznym

Igra, ten jak się do Semeli skrada,

Ta swe zabawy ma, przy dniu widocznym;

Argus płaczący, straż porzuca wreście75,

To stadło oczu potrzebuje dwieście.

Widzi statuę myśliwej Dyanny,

Jak kształtną ręką psy na smyczy trzyma;

Łuk, kołczan, lance, niosą za nią panny,

Wiatr jej sukienke76 nieznacznie poddyma:

Tu już zwierzyna postrzelana leży,

Żywa na rozkaz bogini w sieć bieży.

Widzi Apolla, jak pożarem płonie

Dla pięknej Dafny, co nim jawnie gardzi;

Narcyss sam siebie zakochawszy tonie,

Echo go ściga, ten ucieka bardzi77:

Dwóch amorotów miłość mściwa tropi

Jednego spali, drugiego utopi.

Widzi Prokrydę z kochanym Cefalem,

Jaki pożytek podejrzenie niesie

Między małżeństwem, co się kończy żalem;

Gdy żona męża szpieguje po lesie,

Któż winien, że mąż w kniei zamiast zwierza

Zabija żonę, co mu nie dowierza.

Patrzy na kształtną pięknej Ledy postać,

Jakim jej członki wyrobione tokiem,

Chciałby niejeden dziś Parysem zostać,

Byle tak żywej kędy dojrzał okiem;

Ale że nie masz w nadziei otuchy,

Przybrać się życzę w łabędziowe puchy.

Kiedy do woli wzrok napasł Merkury

W tak pięknych sztukach, widzi też swój własny

Posąg: więc spyta, w jakiej cenie który,

Spyta, za co ten w kąt zapchano ciasny,

W jakim szacunku Jowisz, Wenus, Juno,

Jazon co z Kolchów uwiózł złote runo.

Odpowie skulptor, że różność w naturze,

Nie wszystko dała jednemu, co w skarbie

Ma swoim; tak też, różność jest w marmurze,

W białości, w żyłkach, w glansie78, w żywej farbie79.

Kto się zna na tym, sam rozum dyktuje,

Co marmur, praca, kształt w sztuce kosztuje.

A żeś ciekawy, opowiem ci o tych,

Co w jednym rządzie80 na tej stoją stronie,

Żadnej od kilku set czerwonych złotych

Przedać81 nie myślę, kto zajedzie po nie;

Ci zaś co pod tą ścianą są zebrani

W mniejszej są wadze, więc ich oddam tani82.

Jeszcze nie dosyć dla Merkuryusza,

Chce wiedzieć drogość swojego bałwana83.

Z bliska przystąpi, ręką, nogą rusza,

Rzecze: czemu ta sztuka zaniedbana?

I co by za nią chciał rzemieślnik złota?

Sądząc, że w cenie wielka zajdzie kwota.

Opaczną84 słyszy odpowiedź w te tropy:

Że gdyby kupiec dziś przybył z trafunku85,

Za tego błazna nie chciałbym i kopy,

Lecz bym go przydał z chęcią w podarunku,

Bylem się pozbył spraw cudzych cenzora,

Kassy86 złodziejów, a Bożków87 faktora88.

Nie w smak to było Merkuremu słuchać

Bo mu inaczej obiecała pycha,

Że pod nos śmiele miał każdemu dmuchać,

Teraz go na łeb ambicya spycha,

Mówiąc mu w oczy: że ostatni zbrodzien89

W tym charakterze szubienicy godzien.

Dopiero w myśli sam siebie poznaje,

Co to za defekt w nim dotąd panował;

Przeklina stan swój, ambicyi łaje,

Że tylko siebie nad wszystkich szacował:

Odtąd przyrzeka, że swój umysł hardy

Potępi, co go wprowadził do wzgardy.