Rozdział XIX. Szturm na Maracaibo
Wystrzał, który wywabił Czarnego Korsarza z kajuty, padł z pokładu statku dowodzonego przez Franciszka l’Olonnais. Krótko przedtem jego okręt wysunął się na czoło flotylli i stanął w odległości dwóch mil morskich od Maracaibo, naprzeciwko położonej na wzgórzu twierdzy, która wraz z dwiema pobliskimi wyspami miała za zadanie bronić dostępu do miasta.
Piraci, którzy byli już wcześniej w Zatoce Wenezuelskiej w towarzystwie Zielonego Korsarza i Czerwonego Korsarza, doradzili Franciszkowi l’Olonnais, by właśnie tam — dwie mile od miasta — szalupy wysadziły na ląd oddziały bukanierów, co pozwoliłoby wziąć w dwa ognie wznoszącą się przy prowadzącym do jeziora przesmyku twierdzę. Ten skorzystał z ich rady i wystrzałem dał sygnał do rozpoczęcia działań wojennych. W mgnieniu oka opuszczono na wodę wszystkie łodzie z wszystkich ośmiu statków. Zrobiło się na nich tłoczno od bukanierów i korsarzy, którzy uzbrojeni w muszkiety i kordelasy od strony lądu mieli przypuścić atak na twierdzę.
Na rozkaz Morgana jako pierwsi do szalup wsiedli najsprawniejsi i najlepiej zbudowani. Po chwili na mostku kapitańskim pojawił się Czarny Korsarz.
— Panie Kapitanie — zwrócił się do niego zastępca — nie mamy ani chwili do stracenia. Lada chwila zacznie się szturm twierdzy, ale to nasi korsarze muszą odegrać pierwszoplanową rolę w tym ataku.
— Czy Franciszek l’Olonnais wydał jakiś rozkaz?
— Tak, kapitanie. Flota ma zachować ostrożność i nie narażać się na ogień armatni z twierdzy.
— Słusznie. Powierzam ci dowództwo nad moją „Błyskawicą” — odparł.
Następnie w okamgnieniu założył na siebie przyniesiony mu właśnie przez kwatermistrza kirys, po czym zszedł do czekającej nań pod drabiną od strony bakburty wielkiej szalupy z trebuszem98 i trzydziestoma ludźmi na pokładzie.
Powoli świtało, trzeba było zatem niezwłocznie zejść na ląd, a następnie znienacka przypuścić atak, zanim broniący twierdzy Hiszpanie zdążą wezwać posiłki.
Wszystkie szalupy, wypełnione po brzegi uzbrojonymi piratami, mknęły chyżo po falach w kierunku plaży porośniętej lasem pnącym się stromym zboczem ku wzgórzu, na którego szczycie wznosiła się niedostępna twierdza wyposażona w szesnaście dział dużego kalibru i najprawdopodobniej pełna nieugiętych obrońców. Wystrzał z dowodzonego przez Franciszka l’Olonnais statku postawił Hiszpanów na równe nogi. Skierowali na nieprzyjaciela zmasowany ogień, a kilka oddziałów żołnierzy pobiegło w dół po zboczu wzgórza, żeby zastąpić drogę nacierającym korsarzom.
Niezliczone pociski wybuchały dookoła szalup, wzbijając fontanny wody.
Dzięki błyskawicznym unikom i zręcznym wirażom nieprzyjacielowi nie udało się jednak zatopić korsarskich łódek.
Trzy szalupy — pierwsza pod dowództwem Franciszka l’Olonnais, druga Czarnego Korsarza, trzecia zaś Michała Baska — wysunęły się na czoło i dzięki najtęższym w pirackich szeregach wioślarzom pruły morskie fale z zawrotną prędkością, chcąc dobić do brzegu, zanim hiszpańscy żołnierze biegnący w dół przez zalesione zbocze zajmą pozycje wzdłuż plaży.
Korsarskie okręty z kolei zostały w tyle, trzymając się w bezpiecznej odległości od pola rażenia szesnastu nieprzyjacielskich armat broniących dostępu do górującej nad miastem twierdzy. Dowodzona przez Morgana „Błyskawica” natomiast podpłynęła na odległość tysiąca stóp, by ogniem swoich dwóch dział rufowych osłaniać schodzących na ląd piratów.
W ciągu piętnastu minut, pomimo bezlitosnego ostrzału, pierwsze szalupy dobiły do brzegu. Korsarze i bukanierzy błyskawicznie zeszli na ląd i nie czekając na pozostałych kamratów, rzucili się przed siebie w kierunku Hiszpanów, którzy nie zdążyli dobiec do samego brzegu i zasadzili się w gąszczu porastającym górskie zbocze.
— Do ataku, moi dzielni piraci! — krzyknął Franciszek l’Olonnais.
— Naprzód, wilki morskie! — zagrzmiał głos Czarnego Korsarza, który ruszył do przodu, trzymając w prawej ręce szpadę, w lewej zaś pistolet.
Zaatakowani z zaskoczenia Hiszpanie zaczęli zapalczywie miotać gradem pocisków. Te jednak nie trafiały nieprzyjaciela, który nacierał pod osłoną porastających górskie zbocze drzew i zarośli. Silny ostrzał z twierdzy rozrywał na strzępy porastające wzgórze drzewa, które z łoskotem padały na ziemię. Połamane gałęzie rozpryskiwały się na prawo i lewo, a rozprute pociskami strzępy liści i owoców spadały lawiną na głowy nacierających marynarzy. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać szturmu nieustraszonych korsarzy i bukanierów z Tortugi. Z siłą rozpędu niszczącej wszystko na swej drodze trąby powietrznej uderzyli w oddziały hiszpańskie, które pomimo zaciekle stawianego oporu padały jak muchy sieczone ostrzem kordelasów. Nieliczni salwowali99 się ucieczką, chcąc ujść z życiem. Większość jednak wolała polec z bronią w ręku, niż się poddać.
— Na twierdzę! — krzyknął Franciszek l’Olonnais.
Ośmieleni pierwszym zwycięstwem korsarze wbiegli na wzgórze pod osłoną gęstej roślinności.
Teraz było ich ponad pięciuset, bo tymczasem dołączyli do nich kolejni kamraci. A wejście na szczyt wcale nie należało do najłatwiejszych, zważywszy, że nie mieli na wyposażeniu drabin. W dodatku hiszpański garnizon, złożony z dwustu pięćdziesięciu dzielnych, dobrze wyszkolonych żołnierzy, stawiał zaciekły opór i nie dawał za wygraną. I nic nie wskazywało, że w ogóle da.
Położenie twierdzy na znacznej wysokości pozwalało prowadzić nieprzerwany ostrzał. Nawałnica pocisków siarczystym ogniem spadała na las, przez który posuwali się naprzód, narażając się na straszliwą śmierć w ogniu. Franciszek l’Olonnais i Czarny Korsarz, widząc, jakże zajadły jest opór wroga, postanowili się naradzić.
— Stracimy zbyt wielu ludzi — powiedział Franciszek l’Olonnais. — Trzeba znaleźć sposób, który pozwoli nam zrobić breszę100, w przeciwnym razie damy się powybijać jak kaczki.
— Sposób jest tylko jeden — odrzekł na to Czarny Korsarz.
— Zamieniam się w słuch!
— Musimy spróbować wysadzić w powietrze fragment muru.
— To istotnie najlepszy sposób, ale któż się podejmie takiego wyzwania?!
— Ja to zrobię — usłyszeli głos za swoimi plecami.
Odwrócili się i ujrzeli Carmaux, któremu towarzyszył jego nieodłączny kompan Van Stiller i ich kamrat Moko.
— Ach, to ty, huncwocie! — rzekł Czarny Korsarz. — Co tu robisz?
— Podążałem twoim śladem, kapitanie. Wybaczyłeś mi, więc nie obawiałem się, że każesz mnie rozstrzelać.
— I słusznie, że się nie obawiałeś. Ale za to pójdziesz podłożyć bombę.
— Tak jest, panie kapitanie. Potrzebuję mniej więcej kwadransa — odparł Carmaux, po czym zwrócił się do swoich dwóch kompanów:
— Van Stiller, podejdź no tu! A Ty, Moko, przynieś mi trzydzieści funtów prochu i dobry lont.
— Mam nadzieję, że zobaczę cię jeszcze żywego — odparł Czarny Korsarz ze wzruszeniem w głosie.
— Dziękuję za dobre słowo, kapitanie — odpowiedział Carmaux, po czym oddalił się pośpiesznie.
Tymczasem korsarze i bukanierzy przedzierali się dalej przez leśną gęstwinę. Starali się celować tak, żeby odepchnąć Hiszpanów od blank101 i zastrzelić artylerzystów.
Twierdza jednak broniła się zawzięcie, rażąc przeciwnika piekielnym ogniem. Przypominała plujący lawą wulkan. Na wysokości murów unosiły się kłęby dymu dziurawionego co chwila ogniem wystrzałów przez szesnaście dział armatnich. Pociski i odłamki pruły poszycie leśne, rozszarpując na strzępy rośliny i krzaki, pośród których chowali się korsarze w oczekiwaniu na odpowiedni moment do podjęcia szturmu.
Wtem na szczycie wzgórza rozległ się donośny wybuch, który poniósł się szerokim echem przez lasy ku morzu. Słup ognia wzbił się ku niebu nad jednym z boków twierdzy, a następnie deszcz odłamków runął na drzewa, łamiąc gałęzie oraz kalecząc i zabijając wcale niemało napastników.
Pośród armatniego huku, wystrzałów muszkietów i krzyków hiszpańskich żołnierzy zabrzmiał donośny głos Czarnego Korsarza:
— Do ataku, wilki morskie!
Na widok ruszającego pędem w kierunku breszy dowódcy korsarze i bukanierzy wraz z Franciszkiem l’Olonnais rzucili się biegiem w ślad za nim, pokonując kolejne wzniesienia i roztaczającą się przed twierdzą polanę. Podłożony przez Carmaux i jego kamratów ładunek zrobił wyłom w jednym z głównych bastionów.
Czarny Korsarz przedostał się do środka przez rozerwany wybuchem mur, mijając gruzy i przewrócone działa armatnie, a jego wspaniała szpada dzielnie odpierała ciosy pierwszych nieprzyjaciół, którzy nadbiegli, by bronić dostępu do wnętrza twierdzy. Zaraz za nim, krzycząc dla postrachu na całe gardło, nadbiegli korsarze i niczym rwący potok wdarli się do środka, tratując i siekąc kordelasami żołnierzy, którzy próbowali ich powstrzymać u wyłomu muru.
Dwustu pięćdziesięciu obrońców fortu ustąpiło pod naporem wroga. Niektórzy wycofali się i próbowali bronić się jeszcze na blankach, ale zostali rozgromieni, następnie zgromadzili się na dziedzińcu, broniąc dostępu do flagi Hiszpanii, jednak zajadle napierający wróg przerwał utworzony wokół masztu pierścień. Hiszpanie rozpierzchli się na wszystkie strony, kontynuując walkę, woleli bowiem zginąć zamiast złożyć broń i się poddać.
Po zdobyciu flagi Czarny Korsarz skierował swoją uwagę na pozbawione obrony miasto. Wraz z oddziałem stu zbrojnych zbiegł zboczem ku wyludnionemu już Maracaibo.
Mieszkańcy miasta zdążyli tymczasem uciec do lasu, w którym ukryli wszelkie kosztowności. Tyle że kosztowności nie obchodziły Czarnego Korsarza nic a nic.
Celem zorganizowanej przezeń zbrojnej wyprawy nie było złupić miasto, ale dopaść znienawidzonego zdrajcę.
Wiedziony pragnieniem zemsty Czarny Korsarz czym prędzej skierował się do pałacu gubernatora na Plaza de Granada, a wraz z nim towarzyszący mu oddział stu zbrojnych, którzy ledwo co za nim nadążali.
Tymczasem okazało się, że także pałac był opustoszały, a jego wrota stały otworem, bez straży na warcie.
„Czyżby wywinął mi się z rąk?” — rozmyślał w duchu Czarny Korsarz, zaciskając zęby ze złości. „Choćbym miał go ścigać na sam kraniec kontynentu, za żadne skarby nie odpuszczę”.
Na widok otwartej bramy towarzyszący mu piraci zatrzymali się w obawie przed zasadzką. On też obawiał się jakiejś niespodzianki, tym niemniej odważnie, ale i ostrożnie podążał naprzód.
Już miał przekroczyć próg i wejść na dziedziniec, gdy nagle poczuł na swoim ramieniu potężną dłoń, która powstrzymała jego śmiały zamiar. Niespodziewanie usłyszał głos:
— Panie kapitanie, proszę pozwolić, że ja wejdę pierwszy.
Zatrzymał się, marszcząc czoło. Przed nim stał Carmaux, cały umorusany prochem, w postrzępionych łachach, z twarzą broczącą krwią. Mimo to sprawiał wrażenie bardziej żywiołowego niż zazwyczaj.
— Znowu ty! — wykrzyknął. — Sądziłem, że wybuch cię nie oszczędzi.
— Złego licho nie bierze, kapitanie. Źli więc muszą być i moi towarzysze niedoli, hamburczyk i Afrykańczyk, którzy też uszli z życiem.
— To wspaniała nowina! Ruszajmy więc!
Carmaux i jego kamraci, którzy właśnie w tej chwili nadeszli, podobnie jak i on czarni od prochu i pyłu i wcale w nie mniej opłakanym stanie, ruszyli przed siebie w kierunku dziedzińca, trzymając w dłoniach kordelasy i pistolety. Czarny Korsarz i wszyscy pozostali piraci podążyli w ślad za nimi. W środku jednak nie było żywej duszy.
Żołnierze, służący, koniuszy, niewolnicy — wszyscy jak jeden mąż uciekli, szukając schronienia w gęstej puszczy porastającej całe wybrzeże. Na miejscu ostał się zaledwie jeden koń, który ze złamaną nogą leżał na ziemi.
— I tyle ich widziano... — skomentował Carmaux. — Trzeba umieścić na drzwiach kartkę z napisem: „Pałac do wynajęcia”.
— Chodźmy na górę! — rozkazał Czarny Korsarz.
Piraci wbiegli schodami na wyższe piętra, ale i tam wszystkie drzwi były pootwierane na oścież, w salach i komnatach nie było żywego ducha, meble leżały powywracane do góry nogami, wieka drewnianych kufrów były odchylone, a kufry w środku puściusieńkie. Wszystko wskazywało na rejteradę102 w popłochu. Wtem w jednej z komnat dało się słyszeć odgłosy szamotaniny. Czarny Korsarz pędem ruszył przed siebie, zaglądając po drodze do wszystkich sąsiednich pomieszczeń. Z jednej z nich Carmaux i Van Stiller wyprowadzali właśnie obezwładnionego żołnierza hiszpańskiego. Był to mężczyzna wysoki, szczudłowaty, chudy jak patyk.
— Poznajesz go, kapitanie? — krzyknął Carmaux, popychając gwałtownie nieszczęśnika.
Doprowadzony przed oblicze Czarnego Korsarza żołnierz zdjął stalowy hełm, z którego wystawało wyliniałe i wyświechtane pióro. Następnie pochylił swoje wychudłe plecy i spokojnym tonem rzekł:
— Czekałem na ciebie, panie, rad jestem cię widzieć.
— A niech mnie! — krzyknął Czarny Korsarz. — To znowu ty?!
— Tak, to ja, Hiszpan z lasu we własnej osobie — odparł z uśmiechem tyczkowaty mężczyzna. — Nie chciałeś mnie powiesić, a więc żyję.
— Jeszcze się doigrasz, szelmo!
— Czyżbym zatem źle zrobił, że na ciebie zaczekałem? Jeśli tak, to powinienem był się ulotnić razem z pozostałymi.
— Ty na mnie czekałeś?
— A czy ktoś mnie powstrzymywał przed ucieczką?
— To prawda. Zatem dlaczego zostałeś?
— Bo chciałem raz jeszcze zobaczyć tego, który okazał mi łaskę i darował życie, gdy tamtej pamiętnej nocy wpadłem w jego ręce.
— Dlaczego jeszcze?
— Bo mam zamiar oddać drobną przysługę Czarnemu Korsarzowi.
— Ty mnie?
— No tak — odparł Hiszpan z uśmiechem. — A co, dziwi cię to?
— Nie ukrywam, że tak.
— Panie, musisz zatem wiedzieć, że gdy gubernator dowiedział się, że nie zawisłem na gałęzi, bo łaskawie darowałeś mi życie, w ramach rewanżu kazał mnie stłuc na kwaśne jabłko — dwadzieścia pięć soczystych razów! Mnie? Okładać kijem mnie?! Nazywam się don Bartolomeo z rodu Barbozów i Camarguów, jestem potomkiem najstarszych rodów szlacheckich Katalonii! Carramba!
— Odpuść sobie!
— Poprzysiągłem sobie zemstę na tym Flamandczyku, który hiszpańskich żołnierzy traktuje jak psy, a szlachciców jak indiańskich niewolników. I postanowiłem na ciebie zaczekać. Przecież przybyłeś tu po to, żeby go zabić. Tyle że on uciekł, kiedy zorientował się, że zdobędziesz twierdzę.
— Uciekł?
— Tak, ale wiem, gdzie. Pomogę ci go dopaść.
— Nie oszukujesz mnie czasem? Jeśli okaże się, że kłamiesz, obedrę cię żywcem ze skóry.
— Przecież masz nie w garści — odrzekł żołnierz.
— To prawda.
— Możesz mnie więc obedrzeć ze skóry, kiedy zechcesz.
— Mów więc, gdzie się podziewa Van Gould?
— W lesie.
— I dokąd się kieruje?
— Do Gibraltaru.
— Drogą prowadzącą wzdłuż brzegu?
— Tak, kapitanie.
— Znasz tę drogę?
— Lepiej niż ci, którzy mu towarzyszą.
— Ilu ich jest?
— Jeden oficer i siedmiu zaufanych żołnierzy. Tylko mała grupa jest w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę porastającą wybrzeże.
— A gdzie się podziali pozostali żołnierze?
— Pouciekali każdy w inną stronę.
— Dobrze wiedzieć — odparł Czarny Korsarz. — Ruszajmy w pościg, ten niegodziwiec Van Gould nie zazna spokoju ani za dnia, ani w nocy. Czy ma ze sobą konie?
— Owszem, ale wkrótce je porzuci, bo nic mu tam po nich.
— Zaczekaj tu na mnie.
Czarny Korsarz wszedł do jednej z komnat i usiadł przy biurku, na którym leżał papier, kilka piór i kosztowny kałamarz z brązu.
Na kartce papieru skrobnął kilka następujących linijek:
„Mój drogi Piotrze, podążam przez lasy tropem Van Goulda w towarzystwie Carmaux, Van Stillera i mojego Afrykańczyka. Miej pieczę nad moim statkiem i nad moimi ludźmi. Gdy już złupicie miasto, dołącz do mnie w Gibraltarze. Są tam skarby o wiele drogocenniejsze niż te, które znajdziesz w Maracaibo.
Czarny Korsarz”
Złożył list i przekazał go kwatermistrzowi, po czym przemówił do piratów, którzy wiernie służyli u jego boku:
— Do zobaczenia w Gibraltarze, najdzielniejsi z dzielnych.
Następnie zwrócił się do Carmaux, Van Stillera, Afrykańczyka i hiszpańskiego więźnia:
— W drogę! Nasz śmiertelny wróg nam ucieka.
— Mam ze sobą nowiutki sznur, nie mogę się doczekać, kiedy zaciśniemy mu go na szyi, panie kapitanie — odparł Carmaux. — Wczoraj wieczorem sprawdzałem jego wytrzymałość, zapewniam cię, że doskonale spełni swoje zadanie i że się nie urwie.
Rozdział XX. Pościg za Van Gouldem
Podczas gdy piraci i bukanierzy ze statków Baska i Franciszka l’Olonnais bez najmniejszego oporu wkroczyli do Maracaibo i zaczęli plądrować miasto, odkładając na później przeczesanie okolicznych lasów z zamiarem odszukania zbiegłych mieszkańców i pozbawienia ich wszystkiego tego, co ze sobą zabrali i co starali się ukryć, Czarny Korsarz i jego czterej kompani, uzbrojeni po zęby i zaopatrzeni w prowiant, ruszyli przed siebie tropem gubernatora.
Zaraz po opuszczeniu miasta zanurzyli się w gęstej roślinności rosnącej wzdłuż brzegów szerokiego jeziora Maracaibo, podążając wąską, ledwie przetartą ścieżką, która — jeśli wierzyć pałającemu żądzą zemsty Katalończykowi — nie miała ich zawieść zbyt daleko.
Od razu zauważyli pierwsze odciśnięte na wilgotnym leśnym podszyciu ślady — ośmiu koni i dwa ludzkie; oznaczało to, że oddział tworzyło ośmiu jeźdźców i jeden podróżujący pieszo żołnierz, co w pełni zgadzało się z liczbą wskazaną przez Hiszpana.
— Sami widzicie! — wykrzyknął triumfalnie Katalończyk. — Podążał tą drogą gubernator wraz ze swoim kapitanem i siedmioma żołnierzami, z których jeden poruszał się pieszo, gdyż jego koń w chwili ucieczki upadł i złamał nogę.
— To ten, którego widzieliśmy — odparł Czarny Korsarz. — Myślisz, że mają nad nami dużą przewagę?
— Jakieś pięć godzin.
— To całkiem sporo, ale przecież jesteśmy wszyscy wytrawnymi piechurami.
— Nie wątpię, niech wam się jednak nie wydaje, że dogonimy ich dzisiaj czy jutro. Śmiem twierdzić, że nie znacie wenezuelskiej dżungli i nie macie pojęcia, ile niespodzianek może nam szykować.
— A któż niby miałby nam te niespodzianki szykować?
— Zwierzęta i dzikusy.
— Nie straszni nam są ani jedni, ani drudzy.
— Karaibowie są groźni.
— Nie będą mniej groźni dla samego gubernatora.
— Tyle że to jego, a nie nasi sprzymierzeńcy.
— Czyżby był z nimi w zmowie i ich na nas napuścił?
— Bardzo możliwe, panie kapitanie.
— Nie dbam o to. Dzikusy nigdy nie napawały mnie strachem.
— Chodźmy więc, caballeros. Przed nami wielka puszcza.
Ścieżka kończyła się tam, gdzie zaczynał się nieprzebyty gąszcz, niebotyczny mur tworzony przez bujną roślinność i kolosalne pnie drzew. Zdawał się nie mieć w sobie żadnej szczeliny, przez którą jeźdźcy mogliby się przecisnąć.
Trudno sobie w ogóle wyobrazić bogactwo flory porastającej wilgotne i ciepłe połaci Ameryki Południowej, zwłaszcza wzdłuż ogromnych rzek.
Na tym dziewiczym terenie, na bieżąco użyźnianym liśćmi i owocami, które gromadzą się tam przez długie lata, zadomowiły się gatunki najprawdopodobniej niespotykane na innych obszarach kuli ziemskiej. Nawet najmniejsze i najbardziej niepozorne spośród rosnących tam roślin osiągają gigantyczne rozmiary.
Czarny Korsarz i Hiszpan stali przed niebotycznym zielonym murem, wytężając słuch, a dwaj piraci i Murzyn uważnie wodzili wzrokiem po okolicznych krzakach w obawie przed jakąś zasadzką.
— Którędy mogli przejść? — zapytał Czarny Korsarz Hiszpana. — Nie widzę żadnych prześwitów w tej gęstwinie.
— Hmm... — zamruczał w zamyśleniu Katalończyk. — Przecież nie mogli się rozpłynąć w powietrzu! Przynajmniej taką mam nadzieję. Nie mógłbym się wówczas odwdzięczyć za tych dwadzieścia pięć razów, od których jeszcze teraz pieką mnie plecy.
— No chyba że ich konie mają skrzydła — odparł Czarny Korsarz.
— Gubernator to szczwany lis i na pewno zaciera za sobą ślady. Nie słychać tam żadnych głosów pośród krzaków?
— Mam wrażenie, że to szum rwącego potoku — odrzekł Carmaux.
— W takim razie wszystko jasne — powiedział Katalończyk.
— Co takiego? — zapytał Czarny Korsarz.
— Za mną, caballeros.
Żołnierz cofnął się, rozglądając się uważnie po ziemi, aż w końcu odnalazł ślady pozostawione przez konie. Następnie wszedł pomiędzy drzewa zwane cari, które wyglądem przypominają palmy, mają kolczaste pnie i wydają rosnące w kiściach owoce podobne do kasztanów.
Bacząc, by ostre i długie kolce nie poszarpały mu ubrania, dotarł do miejsca, z którego według Carmaux dochodził szum wody.
Rozejrzał się jeszcze raz dookoła, szukając pośród liści śladów końskich kopyt, po czym przyśpieszył kroku. Zatrzymał się dopiero na brzegu szerokiej na siedem, może dziesięć stóp czarniawej rzeczki.
— No tak! — wykrzyknął wesół.103 — Mówiłem, że to szczwany lis.
— Mów, o co chodzi! — ponaglał go zniecierpliwiony już Czarny Korsarz.
— O to, że aby ukryć się w puszczy i zatrzeć za sobą ślady, wszedł do tej rzeczki.
— Woda jest głęboka?
Katalończyk zanurzył w niej swoją szpadę w poszukiwaniu dna.
— Na nie więcej niż piętnaście cali.
— Są tam węże?
— Nie, tego akurat jestem pewien.
— Przejdźmy zatem na drugą stronę i przyśpieszmy kroku. Zobaczmy, jak daleko jechali konno.
Hiszpan szedł jako pierwszy, a Murzyn jako ostatni, bowiem jego rolą było pełnić straż na tyłach. Przeprawę przez rzekę utrudniały zalegające w mulistej wodzie liście i rośliny. Unosiła się nad nią smrodliwa i trująca woń wyziewów powstałych w wyniku ich butwienia.
Niedawną obecność intruzów zdradzały podeptane i poszarpane tu i ówdzie rośliny. Choć w rzeczce rosła ich cała obfitość, wymieńmy choć kilka gatunków: mucumucú, czyli Montrichardia arborescens z rodziny obrazkowatych, której gąbczasty rdzeń podatny jest na uszkodzenia; kępki smukłych trzcin o gładkich łodygach i srebrzystym połysku, wykorzystywanych do budowy lekkich tratw; obrośnięte młodymi pędami łodygi robinii akacjowej, czyli rodzaj lian zawierających zaskakującą pod względem posiadanych właściwości mleczną substancję, która — gdy przeniknie do wody — dosłownie upija ryby. To oczywiście nie wszystkie rosnące tam rośliny, które utrudniały przeprawę. Pod rozpościerającym się szeroko sklepieniem pnączy i gałęzi panowała prawie zupełna cisza. Jedynie co jakiś czas, w odstępach bardzo regularnych, zakłócał ją jakby dźwięk dzwoneczka, brzmiący tak naturalnie, że Carmaux i Van Stiller żywiołowo podnosili głowy do góry. Tego srebrzystego dźwięku, który rozchodził się szerokim echem po dziewiczym lesie, nie wydawał żaden dzwoneczek, lecz ukryty w zaroślach dzwonnik nagoszyi, biało upierzony ptak wielkości małego gołębia, którego śpiew słychać z odległości aż trzech mil.
Korsarska drużyna coraz bardziej przyśpieszała kroku, szła w ciszy, niecierpliwie wypatrując miejsca, w którym Van Gould i jego oddział mogli porzucić konie, by dalej pieszo przedzierać się przez gęste, dziewicze knieje. Wtem z lewej strony dobiegł ich odgłos silnego wybuchu, a zaraz po nim na ich głowy spadł deszcz małych pocisków, wydając odgłos podobny do bijącego z nieba gradu.
— Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął Van Stiller, który odruchowo zgiął się w pałąk. — Kto do nas strzela?
Schylił się również Czarny Korsarz, w mgnieniu oka nabił muszkiet, jego piraci zaś cofnęli się gwałtownie. Jako jedyny nie poruszył się ani o krok Katalończyk, który wpatrywał się niewzruszony w porastające oba brzegi rzeki szuwary.
— Napadną na nas? — zapytał Czarny Korsarz.
— Nikogo nie widzę — odpowiedział z uśmiechem Katalończyk.
— A ten wybuch? Czyżbyś go nie słyszał?
— Owszem, słyszałem.
— I co, nie zaniepokoiło cię to?
— Mnie to nawet bawi.
Wtem rozległ się drugi wybuch, silniejszy od poprzedniego. I znów grad pocisków spadł na rzekę.
— To bomba? — krzyknął Carmaux, cofając się.
— Tak, tyle że roślinna — odpowiedział Katalończyk. — Dla mnie to nie nowość.
Skierował się na lewo, wskazując członkom wyprawy drzewo, którego wygląd wskazywał na przynależność do rodziny wilczomleczowatych, wysokie na około osiemdziesiąt, sto stóp, o szerokich na osiem, dwadzieścia cali liściach oraz pokrytych kolcami pniu i gałęziach, z których zwisały pękate owoce, otulone przypominającą korę powłoką.
— Uważajcie — powiedział — bo owoce nie nadają się do jedzenia.
Wtem jedna z tych roślinnych bomb wybuchła z ogłuszającym hukiem, rozrzucając na wszystkie strony drobne ziarenka.
— Nie macie się czego obawiać, nic wam nie grozi — odrzekł Katalończyk na widok odskakujących do tyłu Van Stillera i Carmaux. — To zwykłe nasiona. Gdy owoc więdnie, jego skóra grubieje i twardnieje, by po jakimś czasie na skutek fermentacji wybuchnąć, rozrzucając na znaczną odległość zgromadzone wewnątrz w szesnastu komorach nasiona.
— Czy te owoce są chociaż smaczne?
— Zawierają mleczną substancję, którą pożywiają się wyłącznie małpy — odparł Katalończyk.
— Do diabła z drzewami-bombami! — wykrzyknął Carmaux. — Byłem przekonany, że to Hiszpanie od gubernatora wzięli nas na cel.
— Nie traćmy czasu i ruszajmy w drogę — powiedział Czarny Korsarz. — Nie zapominajcie, że to jest pościg.
Kontynuowali marsz, brodząc w rzeczce. Po przejściu niespełna trzystu jardów ujrzeli przed sobą taki oto widok: coś dużego, obłego, czarnego wystawało ponad powierzchnię wody i hamowało jej nurt.
— Czyżby znów jakieś „bombowe” drzewo? — zapytał Carmaux.
— Coś o wiele bardziej „bombowego”. Jeśli mnie wzrok nie myli, są to konie gubernatora i jego oddziału.
— Zachowajcie ostrożność — rzekł Czarny Korsarz. — Mogą się czaić w okolicy.
— Szczerze w to wątpię — odparł Katalończyk. — Gubernator zdaje sobie sprawę, z kim ma do czynienia, dobrze wiedział, że rzucisz się za nim w pogoń.
— Być może, tym niemniej bądźmy ostrożni.
Trzymali broń w gotowości, ustawili się gęsiego, żeby na wypadek nagłego ostrzału nie dać się pozabijać wszyscy naraz. Ruszyli przed siebie w milczeniu, kryjąc się pod gałęziami drzew, które splatały się ze sobą nad rzeczką, tworząc osobliwy tunel. Katalończyk zatrzymywał się co dziesięć, dwanaście kroków, nadstawiał ucha i rozglądał się, czy pośród lian i gałęzi nie czai się przypadkiem jakieś zagrożenie.
Stąpali niezwykle ostrożnie, aż w końcu zbliżyli się do dostrzeżonych z odległości czarnych, obłych plam... Wcale im się to nie przywidziało. Zatopione do połowy w mulistej wodzie leżały pokotem, jedno obok drugiego, truchła ośmiu koni.
Gdy Katalończyk i Afrykańczyk wyciągnęli na brzeg jedno zwierzę, zauważyli, że podcięto mu gardziel navają.
— Zgadza się, to są konie gubernatora.
— A gdzie uciekli jeźdźcy? — zapytał Czarny Korsarz.
— Pewnie ukryli się w głębi puszczy.
— Nie wiesz, którędy mogli się przedostać przez ten gąszcz?
— Niestety, ale... Szczwane lisy z nich! — Co takiego?
— Widzicie tę złamaną gałąź, z której sączy się jeszcze sok?
— Widzimy, no i co?
— Spójrzcie tylko do góry! Kolejne złamane gałęzie.
— Widzimy.
— Te szczwane lisy wspięły się na te drzewa, a następnie zeskoczyły z nich wprost w zarośla, zacierając za sobą w ten sposób ślady. Nie pozostaje nam nic innego, jak zrobić to samo.
— Dla nas marynarzy to przecież pestka — powiedział Carmaux. — No już, raz-dwa, raz-dwa!
Katalończyk uniósł do góry swoje nieskończenie długie, pajęcze ramiona i wspiął się na grube drzewo, a w ślad za nim poszli pozostali, powtarzając tę czynność z godną podziwu zręcznością. Wojak z pierwszej gałęzi przestąpił na kolejną, z niej zaś na jeszcze następną, która należała już do innego drzewa. Kontynuował tę nadrzewną wędrówkę przez jakieś prawie sto trzydzieści stóp, nie przestając jednocześnie bacznie obserwować gałęzi i liści otaczających go drzew. Kiedy znalazł się pośród skupiska lian, uchwycił się jednej z nich, po czym z tryumfalnym okrzykiem zeskoczył na ziemię.
— Hejże, Katalończyku, czyżbyś znalazł jakiś złoty kamyk? — krzyknął Carmaux. — Podobno jest ich w tych stronach zatrzęsienie.
— To mizerykordia. Jej wartość może być większa niż złoto. Zwłaszcza w sercu Van Goulda.
Czarny Korsarz też zeskoczył na ziemię, po czym podniósł leżący na niej zdobiony metodą damaskinażu104 nóż o smukłym i ostrym ostrzu.
— Pewnie zgubił go oficer, który towarzyszy gubernatorowi — orzekł Katalończyk. — Widziałem, że nosił go wcześniej u pasa.
— A więc tędy szli... — rzekł Czarny Korsarz.
— Patrzcie tam! W zaroślach wydrążyli siekierami tunel. Pamiętam, że każdy z nich miał u siodła swoją.
— Świetnie — odparł Carmaux. — Oszczędzili nam fatygi, dzięki temu będziemy mogli się szybciej poruszać.
— Cisza! — wykrzyknął Czarny Korsarz. — Nic nie słychać?
Katalończyk wytężył słuch, po czym odparł:
— Nic a nic.
— Znakiem tego są daleko od nas. Gdyby byli w pobliżu, byłoby słychać odgłosy ich siekier.
— Mają nad nami prawie pięciogodzinną przewagę.
— To sporo, miejmy nadzieję, że uda nam się to nadrobić.
Szli przed siebie ścieżką-tunelem, którą uciekinierzy wyrąbali w dziewiczym lesie. Nie sposób było pomylić drogę, albowiem wykarczowane gałęzie, które leżały na ziemi, nie zdążyły jeszcze uschnąć.
Chcąc zyskać przewagę, Katalończyk i piraci zaczęli biec. Jednakże wkrótce musieli zwolnić, albowiem na ich drodze wyrosła przeszkoda, którą zarówno Murzyn, który nie był wcale obuty, jak i Carmaux i Van Stiller, którzy wprawdzie mieli na sobie buty, ale niewystarczająco wysokie, mogli pokonać jedynie przy zachowaniu dużej ostrożności.
Przeszkodę tę stanowiła gęsto porastająca okolicę kolczasta ansara, która występuje w dużych skupiskach w dziewiczych lasach Wenezueli i Gujany, uniemożliwiając przemarsz każdemu, kto nie ma na sobie solidnych, wysokich butów z grubej skóry.
— Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — wykrzyknął Van Stiller, który jako pierwszy postanowił przeprawić się przez kolczastą zasadzkę. — Co to ma być? Droga do piekła? Będziemy potem wyglądać jak święty Bartłomiej105 po torturach.
— Na flaki rekina! — krzyknął Carmaux, który jak porażony odskoczył do tyłu. — Będziemy kuśtykać po przejściu przez ten oset! Leśni czarodzieje powinni byli umieścić przy wejściu do lasu tabliczkę z napisem: „Przejścia nie ma!”.
— Nic to. Będzie trzeba znaleźć inną drogę — powiedział Katalończyk. — Niestety zrobiło się bardzo późno.
— Czeka nas postój? — zapytał Czarny Korsarz.
— Spójrzcie!
Dzienne światło zaczęło błyskawicznie gasnąć, w mgnieniu oka las utonął w ciemnościach, które wpełzły we wszystkie jego zakamarki.
— Czy oni też zrobią postój? — zapytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.
— Tak, i nie ruszą się z miejsca, dopóki nie wzejdzie księżyc.
— A kiedy wzejdzie?
— O północy.
— Rozbijmy zatem obóz.
Rozdział XXI. W dziewiczym lesie
Na czas postoju znużona wędrówką drużyna postanowiła schronić się między korzeniami summameiry, tropikalnej palmy, która pod względem wielkości najprawdopodobniej cieszy się — nomen omen106 — palmą pierwszeństwa w całym lokalnym drzewostanie. Podporą tych osiągających wysokość dwustu, a nawet dwustu trzydziestu stóp drzew są tak zwane korzenie przybyszowe — rozłożyste, masywne, symetrycznie odchodzące od pnia ponad gruntem, tworzące tym samym fantazyjne arkady, pod którymi może znaleźć schronienie dwadzieścia, a może i więcej osób.
Było to coś w rodzaju ufortyfikowanej kryjówki, która w obliczu niebezpieczeństwa — ataku ze strony tak ludzi, jak i zwierząt — mogłaby okazać się zbawienna. Piraci umościli sobie miejsce w korzeniach leśnego kolosa, po czym posilili się suchym prowiantem i szynką. Uznali jednomyślnie, że w samym sercu dziewiczej puszczy nie byłoby rozsądnym udać się gromadnie w ramiona Morfeusza107, uzgodnili więc między sobą, że przez najbliższe cztery godziny — tyle bowiem brakowało do wzejścia księżyca i do podjęcia marszu — będą czuwać dwójkami na warcie. W obawie przed niebezpiecznymi wężami, których w wenezuelskich lasach nie brakuje, skrupulatnie przeczesali podłoże, po czym ułożyli się wygodnie na opadłym z drzewa-olbrzyma listowiu. Jako pierwsi straż nad bezpieczeństwem swoich kompanów objęli Afrykańczyk i Carmaux.
Trwający na tych równikowych terenach zaledwie kilka minut zmierzch ustąpił już miejsca ciemnościom, które spowiły leśne królestwo, uciszając ptasi świergot i małpi zgiełk. Na kilka chwil zagościła budząca grozę cisza, zupełnie jakby wszyscy leśni mieszkańcy — zarówno ci, co noszą pióra, jak i ci odziani w sierść — nagle zniknęli lub wymarli. Ni stąd ni zowąd przerwał ją dziwny koncert, istnie diabelskie dźwięki, wywołując dreszcz trwogi u Carmaux, który na co dzień nie miał w zwyczaju biwakować w samym sercu dziewiczego lasu.
Brzmiało to jakby sfora wściekłych psów rozsiadła się na gałęziach drzewnego olbrzyma i zaczęła w najlepsze ujadać. Bo to właśnie z góry dobiegały te wszystkie, przeplatające się ze sobą odgłosy: skowyt, przeciągły pomruk, zgrzyt i skrzypienie.
— Na flaki rekina! — wykrzyknął Carmaux, kierując wzrok do góry. — Co tam się wyprawia? Czyżby tubylcze psy miały skrzydła i kocie pazury? Jak one powłaziły na te drzewa? Jesteś w stanie mi to wyjaśnić, Moko?
Jednak Moko, zamiast odpowiedzieć na pytanie, tłumił pod nosem śmiech.
— Co to za jedni? — nie mógł się nadziwić Carmaux. — Jakby stu marynarzy zaczęło nagle wciągać wszystkie żagle, skrzypiąc linami.
— To małpy?
— Nie, mój biały towarzyszu — odparł Moko. — To żaby, tylko żaby.
— I to mają być niby ich odgłosy?
— Tak, kamracie.
— A te odgłosy teraz to co? Słyszysz? Jakby armia kowali tłukła miedzianymi garnkami na cześć Belzebuba.
— To są ropuchy.
— Na flaki rekina! Gdybyś nie powiedział mi tego ty, a ktoś inny, to bym pomyślał, że albo sobie ze mnie stroi żarty, albo że zwariował. To jakiś mało znany gatunek ropuchy?
W tej właśnie chwili przeciągły, donośny pisk, przeradzający się po chwili w skowyt poniósł się hen, daleko po rozległej puszczy, uciszając ropuszy koncert.
Moko uniósł wzrok do góry i chwycił trzymany u swego boku muszkiet. Gwałtowność tego gestu zdradzała dość silny niepokój.
— Coś mi się zdaje, że tym razem to wcale nie są odgłosy żaby, prawda, drogi Moko?
— Oczywiście, że nie! — wykrzyknął Afrykańczyk drżącym głosem.
— A więc co to takiego?
— Jaguar.
— Do stu biskajskich piorunów! Ten straszliwy drapieżnik?
— Tak, kamracie.
— Wolałbym dać sobie wypruć flaki trzem porywczym mężczyznom, niż mieć do czynienia z tym groźnym mięsożercą. Mówi się, że jeden jaguar wart jest tyle, co trzy tygrysy bengalskie.
— I afrykańskie lwy, kamracie.
— Do stu tysięcy rekinów!
— Co ci jest?
— Jeśli nas zaatakuje, nie będziemy mogli użyć naszych muszkietów.
— Dlaczego?
— Strzały usłyszałby gubernator i jego ludzie. Od razu dowiedzieliby się, że ktoś za nimi podąża i szybko przyśpieszyliby kroku.
— W takim razie zamierzasz walczyć z jaguarem za pomocą noża?
— Użyjemy szabli.
— Chciałbym to zobaczyć.
— Nie życz mi tego, drogi Moko.
Zwierzę zamiauczało po raz drugi; tym razem dźwięk, bliższy i głośniejszy niż poprzedni, rozbrzmiał w leśnych ciemnościach i przeszył strachem Afrykańczyka.
— Do diabła! — burknął pod nosem Carmaux, który zdradzał coraz większy niepokój.
— Robi się nieciekawie.
I w tej właśnie chwili ujrzał, jak Czarny Korsarz zrzuca z siebie pelerynę, która służyła mu podczas snu za okrycie, i zrywa się na równe nogi.
— Jaguar? — zapytał spokojnym tonem.
— Tak, panie kapitanie.
— Daleko stąd?
— Nie, i co gorsza wszystko wskazuje na to, że kieruje się w naszą stronę.
— Cokolwiek się stanie, nie używajcie muszkietów.
— Ten drapieżnik nas wszystkich pożre.
— Tak sądzisz, Carmaux? To się jeszcze okaże.
Złożył pieczołowicie pelerynę, owinął nią lewe ramię, dobył szabli i szybko wstał.
— Z której strony słyszałeś odgłosy?
— Stamtąd, kapitanie.
— Zaczekamy tu na niego.
— Mam obudzić Katalończyka i Van Stillera?
— Nie ma takiej potrzeby, sami sobie poradzimy. Bądźcie cicho i dorzućcie do ognia.
Wytężając słuch, można było usłyszeć pośród drzew kocie mruczenie przeplatane szelestem listowia. Drapieżnik z pewnością wyczuł obecność intruzów, poruszał się więc bardzo ostrożnie, licząc, że lada chwila uda mu się kogoś dopaść. Czarny Korsarz, nie chcąc dać się zaskoczyć przeciwnikowi, stał nieruchomo przy palenisku z szablą w dłoni, wodząc bacznie wzrokiem po otaczających go zewsząd zaroślach i nasłuchując, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. Za jego plecami ustawili się Carmaux i Moko. Pierwszy dzierżył w dłoni kordelas, drugi natomiast muszkiet, który jednak trzymał za lufę, by na wypadek zagrożenia użyć go w charakterze maczugi.
Szelest dobiegał od strony gęstszej połaci lasu i stawał się coraz głośniejszy. Zbliżało się też — tyle że powoli — kocie mruczenie. Jaguar stąpał bardzo ostrożnie. W pewnej chwili ucichły wszelkie odgłosy. Czarny Korsarz pochylił się do przodu, nadstawiając ucha. Wyprostowując się, zauważył w bliskiej od siebie odległości dwa przezierające przez zarośla błyszczące zielone punkciki, które nieruchomo się weń wpatrywały.
— Tam jest, panie kapitanie — powiedział szeptem Carmaux.
— Widzę go — odpowiedział Czarny Korsarz, nie tracąc rezonu.
— Zaraz się na nas rzuci.
— Tylko na to czekam.
— Diablo odważny mężczyzna z kapitana — wymamrotał pirat. — Nie przestraszyłby się samego Belzebuba i jego ogoniastej hałastry.
Jaguar zatrzymał się trzydzieści kroków od obozowiska, co dla takich drapieżników jak on — zdolnych skoczyć nawet dalej niż tygrysy — stanowiło odległość w sumie niewielką. Jednakże zwierzę wcale nie zamierzało atakować. Czyżby niepokoił je tlący się przy drzewie ogień, czy może raczej śmiała i niewzruszona postawa Czarnego Korsarza? Zwierzę odczekało chwilę przyczajone za zaroślami, nie przestając bacznie przyglądać się swojemu przeciwnikowi w pozycji gotowej do skoku. Po chwili błyszczące punkciki zniknęły.
Słychać było tylko chrzęst gałęzi i szelest liści, które wkrótce ucichły.
— Rozmyślił się — odetchnął z ulgą Carmaux. — Niech go kajmany108 pożrą w kilku kęsach!
— Raczej to on pożre kajmany, kamracie — odrzekł Moko.
Czarny Korsarz przez kilka minut nie ruszał się z miejsca, trzymając szablę w pogotowiu. Następnie, nie słysząc już żadnych niepokojących odgłosów, schował broń do pochwy, rozłożył pelerynę, zarzucił ją na siebie i ułożył się wygodnie pod drzewem, mówiąc:
— Gdyby postanowił wrócić, dajcie mi znać.
Carmaux i Afrykańczyk stanęli po drugiej stronie paleniska i rozpoczęli wartę, nadstawiając uszu i czujnie się rozglądając, nie bardzo bowiem chciało im się wierzyć, że drapieżnik spasował i odpuścił polowanie.
O godzinie dziesiątej nastąpiła zmiana warty. Carmaux i Afrykańczyk obudzili Van Stillera i Katalończyka, ostrzegli ich, że w pobliżu czai się drapieżnik, po czym pośpieszenie udali się na spoczynek, kładąc się tuż obok Czarnego Korsarza, który smacznie sobie spał, zupełnie jakby leżał w swojej kajucie na „Błyskawicy”.
Druga wachta upłynęła w większym spokoju od pierwszej, choć Van Stiller i jego kompan po kilkakroć słyszeli w leśnych ostępach miauczenie jaguara.
O północy, kiedy księżyc zagościł na niebie, rozpraszając mroki nocy, Czarny Korsarz dał sygnał do wymarszu. Wciąż żywił nadzieję, że nazajutrz uda mu się dogonić swojego śmiertelnego wroga.
Księżyc szczodrze rozświetlał bezchmurne nocne niebo, rzucając swoją bladą, srebrzystą poświatę na rozległą puszczę, choć zaledwie pojedyncze smugi światła przenikały przez gęste sklepienie utworzone przez olbrzymie liście.
Widoczność jednak nie była wcale zła, co pozwoliło piratom poruszać się całkiem szybko przed siebie i w porę dostrzegać napotykane po drodze przeszkody.
Nagle jednak zgubili trop; ścieżka przetarta przez gubernatora i jego ludzi urwała się. Wcale ich to nie zmartwiło, wiedzieli bowiem, że wróg podążał na południe, w kierunku Gibraltaru, gdzie zamierzał się ukryć. Szli więc dalej zgodnie ze wskazówkami busoli109, ufając, że prędzej czy później go dogonią. Śmiało parli naprzód, torując sobie z mozołem drogę i pokonując opór stawiany przez gałęzie, liany i wyboiste korzenie, aż po około piętnastu minutach idący na przedzie pochodu Katalończyk nagle przystanął.
— Co się dzieje? — zapytał stąpający tuż zanim Czarny Korsarz.
— Po raz trzeci już w trakcie naszej wyprawy słyszę podejrzane odgłosy.
— Co to tym razem za odgłosy?
— Mam wrażenie, jakby ktoś szedł równolegle do nas, po drugiej stronie tej gęstwiny.
— Co za dźwięki słyszałeś?
— Trzask łamanych gałęzi i szelest deptanych liści.
— Czyżby ktoś nas śledził? — zapytał Czarny Korsarz.
— Tylko kto? Nikt nie ośmieliłby się zapuścić nocą w te dziewicze lasy — odpowiedział Katalończyk.
— Może to ktoś z oddziału gubernatora?
— Hmm... Raczej nie, bo oni są daleko przed nami.
— A zatem jakiś Indianin.
— Być może, choć ja osobiście wątpię, żeby to był Indianin. Ooo! Słyszeliście?
— Tak — przytaknęli piraci i Afrykańczyk.
— Ktoś oddalony o kilka kroków od nas złamał gałąź — odparł Katalończyk.
— Gdyby nie ta gęstwina, można by było iść zobaczyć, kto się tam czai — rzekł Czarny Korsarz, dobywając jednocześnie szabli.
— Sprawdzimy?
— Postrzępilibyśmy sobie tylko ubrania w tych ciernistych zaroślach, ale twoja odwaga jest godna podziwu.
— Dziękuję — odpowiedział Hiszpan. — Takie słowa w twoich ustach wiele dla mnie znaczą. Co zatem zamierzasz?
— Iść naprzód. Szable w dłoń. Pod żadnym pozorem nie używajcie muszkietów.
— Naprzód zatem.
Drużyna szła więc dalej, ostrożnie i bez pośpiechu.
Dotarli do wąskiego prześwitu otwierającego się pośród wysokich palm oplecionych gęstą siecią lian, gdy nagle jakaś ciężka masa powaliła na ziemię idącego na czele pochodu Hiszpana.
W pierwszej chwili piraci myśleli, że na nieszczęśnika spadła jakaś wielka gałąź. Jednak ochrypły ryk, który po chwili usłyszeli, nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
Z piersi upadającego na ziemię Katalończyka dobył się przeraźliwy krzyk. Szybko się odwrócił na plecy, próbując uwolnić się od miażdżącego uścisku drapieżnika.
— Ratunku! — krzyknął. — Zaraz rozszarpie na strzępy!
Czarny Korsarz, gdy tylko otrząsnął się z zaskoczenia, rzucił się na odsiecz. Z szybkością błyskawicy dopadł do zwierzęcia i ugodził je szablą. Ranione ostrzem zwierzę porzuciło niedoszły łup i skierowało swą złość na nowego przeciwnika, gotowe wpić mu kły w gardło.
Czarny Korsarz cofnął się o kilka kroków. Wymierzając lśniące ostrze szabli w drapieżnika, szybkim gestem owinął pelerynę wokół lewego ramienia. Po chwili wahania zwierzę skoczyło przed siebie z desperacką odwagą. Powaliło na ziemię Van Stillera, po czym wymierzyło potężny cios łapą w stojącego tuż obok Carmaux.
Czarny Korsarz nie zamierzał stać bezczynnie. Na widok swoich kompanów w opresji znów rzucił się na jaguara i zaczął siec go szablą, jednocześnie uważając, by zanadto się do niego nie zbliżyć, w przeciwnym razie rozsierdzone zwierzę z łatwością rozerwałoby go na strzępy swoimi szponami.
Jaguar wycofywał się z rykiem, szukając przestrzeni, która pozwoliłaby mu wziąć rozbieg i przypuścić atak, lecz Czarny Korsarz nie odpuszczał i odważnie na niego nacierał.
Wystraszone, prawdopodobnie poważnie zranione, zwierzę odwróciło się nagle i wskoczyło między zarośla. Słychać było tylko przeciągłe, pełne cierpienia zawodzenie: „auu”, „auu”.
— Cofnijcie się wszyscy! — krzyknął Czarny Korsarz w obawie, że zwierzę zaraz wróci i się na nich rzuci.
— Do stu hamburskich piorunów! — krzyknął Van Stiller, który na szczęście w starciu z drapieżnikiem nie odniósł żadnych obrażeń. — Trzeba go zastrzelić, żeby uśmierzyć jego głód!
— Żadnego strzelania, powiedziałem! — odparł Czarny Korsarz.
— Już miałem mu rozwalić łeb — odezwał się głos za plecami.
— Wciąż żyjesz! — wykrzyknął Czarny Korsarz.
— A zawdzięczam to kirysowi z bawolej skóry, który noszę pod kaftanem, panie — powiedział Katalończyk. — Gdyby nie on, zwierzę rozharatałoby mi klatkę piersiową swoimi pazurami.
— Uwaga! — krzyknął w tej chwili Carmaux. — Ten przeklęty kocur znów pręży się do skoku!
Ledwo skończył zdanie, a zwierzę wykonało dwudziestostopowy skok zakończony na kilka kroków przed Czarny Korsarzem, nie zdążyło jednak skoczyć po raz kolejny, bo szabla nieustraszonego wilka morskiego przeszyła pierś zwierzęcia, które śmiertelnie ugodzone padło na ziemię. Wtedy Afrykańczyk kolbą swojego ciężkiego muszkietu roztrzaskał mu czaszkę.
— Idź do diabła! — krzyknął Carmaux i wymierzył drapieżnikowi siarczystego kopniaka, chcąc się upewnić, czy rzeczywiście padł trupem. — Co to za zwierzę?
— Zaraz się dowiemy — powiedział Katalończyk, chwytając zwierzę za ogon i wlokąc je na niewielką, oświetloną księżycową poświatą polanę.
— Nie jest zbyt ciężkie, a mimo to jaka odwaga i jakie pazury! Kiedy już będziemy w Gibraltarze, pójdę zapalić świeczkę dziękczynną Matce Boskiej z Gwadelupy za to, że mnie uchroniła przed niechybną śmiercią.