Rozdział XXII. Grzęzawiska
Zwierzę, które z taką zuchwałością na nich napadło, kształtem przypominało afrykańskie lwice. Było jednak postury drobniejszej niż jego dalekie kuzynki, jego długość nie przekraczała czterdziestu pięciu, pięćdziesięciu cali, wysokość w kłębie natomiast wynosiła mniej niż trzydzieści.
Zwierzę miało okrągłą głowę, ciało smukłe, ale silnej budowy, dwudziestocalowy ogon, długie i ostre pazury, gęstą, szczeciniastą, jasnożółto-rudawą sierść, która nabierała ciemniejszej barwy na grzbiecie, w okolicach podbrzusza bielała, a w części okołoczaszkowej wpadała w szarość.
Katalończyk i Czarny Korsarz nie mieli żadnych wątpliwości: już na pierwszy rzut oka było wiadomo, że była to puma, zwana lwem południowoamerykańskim, którego z kolei tubylcy w swoim narzeczu określają mianem mizgli.
Populacja tego gatunku dość licznie zamieszkuje tereny Ameryki Północnej i Południowej. Koty te, choć niewielkich rozmiarów, są jednak groźne i drapieżne.
Najlepiej czują się w lasach, gdzie zawzięcie polują na małpy; ich naturalna zwinność pozwala im z łatwością wspinać się na najwyższe drzewa. Czasami podchodzą do ludzkich osad i wyrządzają ogromne szkody, zagryzając owce, cielęta, woły, a nawet konie.
W ciągu jednej nocy potrafią uśmiercić pięćdziesiąt sztuk bydła; zatapiają kły w szyi ofiary i z rozkoszą chłepcą jej ciepłą krew. Zwykle schodzą ludziom z drogi, z doświadczenia bowiem wiedzą, że starcie z nimi może zakończyć się dla nich porażką, lecz przyparte głodem i zmuszone koniecznością rzucają się do ataku. Zawsze walczą do samego końca i nawet ranione nie odstępują zdobyczy.
Czasami polują w stadach, dzięki czemu łatwiej zdobywają pożywienie, jednak na ogół prowadzą samotniczy tryb życia, zwłaszcza samice, które bojąc się, że ich młode mogłyby paść ofiarą samców, trzymają się od nich z daleka. Im wprawdzie też zdarza się pożreć swoje pierwsze młode, jednak z czasem budzi się w nich macierzyńska czułość i zajadle bronią swoich kociąt.
— Na flaki żarłacza, pogromcy mórz! — krzyknął Carmaux. — Takie to małe, a groźniejsze od lwa.
— To cud, że nie rozszarpał mi gardła — rzekł Katalończyk. — Podobno z wielką wprawą przegryzają tętnicę, żeby wysysać krew swoich ofiar.
— Z wprawą czy bez niej, nieważne. W drogę! — powiedział Czarny Korsarz. — Przez tego kuguara110 zmitrężyliśmy mnóstwo cennego czasu.
— Nasze nogi są bardzo szybkie, panie kapitanie.
— Wiem, Carmaux. Nie zapominajmy jednak, że Van Gould ma znaczną przewagę nad nami. Komu w drogę, temu czas, przyjaciele.
Zostawili truchło kuguara i zagłębili się w niezmierzone leśne połaci, znów karczując napotykane na swej drodze liany i korzenie. Znaleźli się teraz na terenach podmokłych, gdzie nawet najmniejsze drzewa, zwykle przegrywające walkę o promienie słoneczne, rozrosły się bujnie. Stąpali po mchach tak nasiąkniętych wilgocią, że każdy krok wyciskał z nich wielkie kałuże wody, która wylewała się przez niezliczone pory.
Las skrywał w swym wnętrzu zdradzieckie grzęzawiska i piaszczyste pułapki, których ofiarą padał każdy, kto tylko postawił na nich stopę.
Świetnie rozeznany w terenie Katalończyk zachowywał niemalże przesadną ostrożność. W obawie przed piaszczystymi zapadliskami sprawdzał kijem grunt pod nogami i trącał nim wszystkie rosnące wkoło zarośla, w których mogły czaić się węże, licznie żyjące na tych wilgotnych terenach. Idąc tak ostrożnie naprzód, wypatrywał stale, dokąd prowadzi ich ścieżka i czy widać już skraj lasu.
Ostrożność była wskazana, nietrudno bowiem w tych ciemnościach nadepnąć na żararakę urutu, białopręgiego węża z krzyżem na głowie, sączącego jad wywołujący paraliż całej ukąszonej kończyny, czy na biczowąża długonosego, zwanego także potocznie „wężem-biczem”, którego bardzo łatwo pomylić z cienkimi, przypominającymi bicz właśnie zielonymi lianami, albo też na koralówkę arlekina, węża dysponującego trucizną, na którą nie ma żadnego ratunku.
W pewnym momencie Katalończyk zamarł w bezruchu.
— Co? Znowu kuguar? — zapytał Carmaux, który szedł tuż za nim.
— Boję się iść dalej, zanim nie wzejdzie słońce — odpowiedział.
— Czego się boisz? — zapytał Czarny Korsarz.
— Grunt zaczyna mi się osuwać pod nogami, a to oznacza, że jesteśmy w pobliżu tropikalnej sawanny.
— Czyżby grzęzawiska?
— Tego się właśnie obawiam.
— Stracimy za dużo cennego czasu.
— Za godzinę nastanie świt. Nie sądzicie chyba, że ścigani przez nas Hiszpanie, przeprawiając się przez mokradła, nie napotkali przeszkód?
— Trudno się nie zgodzić. Zaczekamy na wschód słońca.
Legli u stóp drzewa i niecierpliwie czekali, aż światło poranka rozrzedzi gęste nocne ciemności. W zatopionej jeszcze przed chwilą w ciszy niezmierzonej puszczy rozległ się koncert na tysiąc tajemniczych dźwięków. Wszelkiej maści żaby, ropuchy, grzbietorody amerykańskie i parraneca rechotały naraz na całego, tworząc nieznośny dla ucha zgiełk. Mieszały się ze sobą przeróżne odgłosy: skowyt, wycie, skrzek, jęki, bulgot tak głośny, jakby tysiące chorych jednocześnie płukało gardła, do tego zgrzyt i stukot tak hałaśliwy, jakby cała armia stolarzy cięła drewno i zbijała deski. Spomiędzy gałęzi natomiast dobiegał od czasu do czasu przenikliwy wizg, na którego odgłos piraci podnosili głowy do góry.
Sprawczyniami tych odgłosów były lilipucie jaszczurki, wyposażone w tak silne płuca, że siłą głosu mogłyby zagłuszyć gwizd lokomotywy.
Gwiazdy powoli gasły na niebie, a świt rozrzedzał ciemności, kiedy z daleka dobiegł ich odgłos wystrzału, którego nie można było pomylić z tropikalnym koncertem.
Czarny Korsarz zerwał się na równe nogi.
— Wystrzał z muszkietu? — zapytał, spoglądając na Katalończyka, który też właśnie poderwał się z ziemi.
— Wszystko na to wskazuje — odpowiedział Katalończyk.
— Czyżby ludzie, za którymi podążamy?
— Tak mi się wydaje.
— A zatem nie są daleko.
— To może być złudne. Pod tym zielonym sklepieniem echo jest w stanie przemierzać niewiarygodne odległości.
— Już dnieje. Możemy więc wyruszać, jeśli nie jesteście zmęczeni.
— Na odpoczynek przyjdzie czas później — odpowiedział Carmaux.
Poranne światło przezierało przez olbrzymie liście, szybko rozpraszając czeluści i budząc ze snu leśnych mieszkańców.
Tukany przysiadały na najwyższych gałęziach drzew i trzepotały skrzydłami, wydając nieprzyjemny dla uszu pisk przypominający dźwięk źle naoliwionego koła. Dzioby tych ptaków są prawie tak duże, jak reszta ich ciała, a jednocześnie tak delikatne, że muszą one rzucać pokarm do góry, by następnie pochwycić go w locie i połknąć. Ukryte w leśnej gęstwinie ptaki onorati na całe gardło wyśpiewywały barytonem do mi sol do. Cassichi świstały rozkołysane na swoich dziwnych torbiastych gniazdach, uwitych w giętkich gałęziach korzeniary czerwonej lub na czubkach olbrzymich liści maot, podczas gdy czarowne kolibry, niczym skrzydlate klejnoty, przelatywały z kwiatka na kwiatek, a ich pióra — zielone, turkusowe oraz czarne o złotym i miedzianym połysku — iskrzyły się w pierwszych promieniach słońca. Powoli wychodziły ze swoich kryjówek małpy, rozprostowywały kości i ziewały, wystawiając zaspane pyszczki w kierunku słońca.
Były to głównie wełniaki brunatne, mierzące od dwudziestu do nawet trzydziestu cali wzrostu, zaopatrzone w ogony przekraczające długość ich ciała, o puszystej sierści, brunatnej na grzbiecie i szarej na podbrzuszu, i z czymś w rodzaju grzywy na ramionach.
Niektóre huśtały się na ogonach, skrzekliwie hałasując, inne natomiast na widok przybyszów stroiły głupie miny i rzucały w ich stronę owoce, wszak z natury są to istoty złośliwe i dokuczliwe.
Wśród palmowych liści można było dostrzec także liczne grono mniejszych człekokształtnych z gatunku uistiti srebrzystej, które pod względem urody nie miały w małpim świecie sobie równych i których lilipuci rozmiar pozwalał je sobie schować do kieszeni kaftana. Z dużą zwinnością przeskakiwały z gałęzi na gałąź w poszukiwaniu owadów stanowiących podstawę ich jadłospisu. Jednakże spłoszone obecnością nieproszonych gości dawały chyżo drapaka na ukryte wysoko w koronach drzew gałęzie, skąd wpatrywały się w nich swoimi inteligentnymi i pełnymi wyrazu oczami.
W miarę jak zagłębiali się w leśne ostępy, puszcza przerzedzała się; podmokłe, muliste podłoże nie zachęcało do zapuszczania korzeni.
Piękne palmy zostały w tyle, teraz teren porastały tak zwane imbauda, rodzaj małych wierzb, które gniją w trakcie pory deszczowej i zielenieją w czasie pory suchej. Dookoła rosły palmy kamona111, które mają bardzo gruby, pękaty pień podtrzymywany przez pałąkowate korzenie sięgające wysokości od sześciu do dziewięciu stóp, a które z kolei na wysokości ponad osiemdziesięciu stóp tworzą parasol ząbkowanych liści.
Dość szybko jednak drzewa ustąpiły miejsca zwalistym calupo, roślinom, z których owoców pokrojonych na kawałki i poddanych fermentacji uzyskuje się orzeźwiający napój, a także gęsto rosnącym bambusom wysokim na pięćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć stóp.
Katalończyk już miał zanurzyć się w tej gęstwinie, kiedy nagle zmienił zdanie i odwrócił się w stronę piratów, mówiąc:
— Zanim opuścimy na dobre las, mam nadzieję, że nie pogardzicie filiżanką mleka.
— A to ci dopiero! — wykrzyknął Carmaux wesół jak szczygieł. — Czyżbyś wypatrzył jakieś stado krów? Jeśli tak, to przeróbmy je na steki.
— Nie ma mowy o żadnych stekach, bo póki co nie ma żadnych krów.
— To w takim razie skąd to mleko?
— Z darzymleczni.
— Będziemy doić drzewo?
Katalończyk poprosił Carmaux o manierkę i podszedł do drzewa o rozłożystych liściach i o szerokim pniu, gładkim i wysokim na jakieś sześćdziesiąt pięć stóp, wspartym na grubych korzeniach, które nie miały wystarczająco dużo miejsca, żeby wrosnąć w ziemię, po czym zamachnął się kordelasem i zrobił w korze głębokie nacięcie. Po chwili z rany popłynęła strużka białego, gęstego płynu, wyglądem i smakiem przypominającego mleko.
Wszyscy ugasili pragnienie pożywnym napojem, po czym kontynuowali swoją wędrówkę pośród bambusów, ogłuszeni przenikliwym wizgiem jaszczurek.
Teren robił się coraz bardziej grząski. Woda rozlewała się pod stopami, tworząc powiększające się w mgnieniu oka kałuże.
Chmary ptactwa wodnego wskazywały na bliską obecność mokradeł i grzęzawisk. Widać było stada bekasów, kszyków, wężówek amerykańskich, które swą nazwę zawdzięczają długiej, cienkiej, wężowatej szyi zakończonej małą głową; poza tym gatunek ten charakteryzuje się długim, sztyletowatym dziobem i szorstkimi, srebrzyście połyskującymi piórami. Wszędzie roiło się od kleszczojadów gładkodziobych, ptaków nieco mniejszych od sroki, o ciemnozielonych piórach, których brzegi połyskiwały fioletową barwą.
Hiszpan zwolnił nieco kroku w obawie, że zaraz straci grunt pod nogami, gdy nagle od przodu dobiegł ich przeciągły pomruk, a zaraz za nim odgłos czegoś spadającego na ziemię i chlupot mokradeł.
— Woda! — wykrzyknął.
— Wydaje mi się, że oprócz wody napotkaliśmy też jakieś zwierzę. Nie słyszałeś, że coś zeskoczyło na ziemię?
— Tak, jaguar poluje.
— Takie sobie spotkanie... — wymamrotał pod nosem Carmaux.
Zatrzymali się na powalonych na ziemię drzewach bambusowych, obawiając się ugrzęźnięcia w mokradłach, po czym dobyli szpad i kordelasów.
Echo nie przyniosło już odgłosów drapieżnika. Do uszu piratów dochodziło tylko jakby stłumione mruczenie, którym zwierzę dawało przybyszom do zrozumienia, że ich obecność nie była mile widziana.
— Być może próbuje coś złowić w bajorze — rzekł Katalończyk.
— Ryby? — zapytał tonem pełnym niedowierzania Carmaux.
— A co cię tak dziwi?
— Z tego co mi wiadomo, jaguary nie używają wędki i haczyka.
— Za to mają pazury i ogon.
— Ogon? A na co mu ogon?
— Posługuje się nim jak przynętą.
— Ta! Ciekaw jestem, w jaki sposób je nęci. Czyżby przyczepiał sobie do niego robaki?
— Nic z tych rzeczy. Opuszcza go nad powierzchnią wody i sierścią delikatnie ociera się o wodną toń.
— I co dalej?
— Dalej wiadomo: od razu nadpływają zwabione łupem raje, piranie i strętwy, a jaguar zagarnia je szybkim ruchem szponiastej łapy. Rzadko chybia celu, zazwyczaj udaje mu się upolować wszystkie naiwne ryby, które kotłują się pod powierzchnią.
— Widzę go — powiedział w tym momencie Afrykańczyk, który przewyższając wzrostem pozostałych członków wyprawy, widział trochę dalej w głąb.
— Kogo? — zapytał Czarny Korsarz.
— Jaguara — odpowiedział Moko.
— Gdzie?
— Na obrzeżach mokradeł, jakieś dwieście stóp od nas.
— Jest sam?
— Chyba coś tropi.
— Chodźmy go zobaczyć — powiedział stanowczym tonem Czarny Korsarz.
— Kapitanie, ostrożnie — poradził mu Katalończyk.
— Jeśli nie stanie nam na drodze, to nie będziemy go niepokoić. Zachowajmy spokój i ciszę.
Zeszli z bambusowych wiechci i chowając się za łodygami trzciny, szli przed siebie w ciszy i w bojowej gotowości z szablą w dłoni.
Po przejściu dwudziestu jardów dotarli na brzeg rozległych mokradeł, które pokrywały znaczne obszary dziewiczego lasu.
To była tropikalna sawanna, czyli bagienny teren, do którego spływały wszystkie leśne cieki wodne. Zalegająca w nim woda, w której rozkładały się tysiące różnych roślin, wydzielała szkodliwe dla człowieka wyziewy, mogące wywołać wysoką gorączkę.
Cały obszar gęsto porastały skupiska rośliny arum, zwieńczonej u nasady strzelistej łodygi sercowatymi liśćmi, jak również krzaki Astrocaryum murumuru, zwanej w tubylczym narzeczu mucumucú, o rozłożystych liściach unoszących się na powierzchni grzęzawiska. Krajobrazu dopełniały byrsonima crassifolia oraz wspaniałe wiktorie królewskie, największe spośród wodnych roślin, których liczące niemalże sześćdziesiąt cali obwodu liście przypominały monstrualne okręgi albo ogromne talerze o zagiętych i uniesionych brzegach zakończonych długimi kolcami.
Na powierzchni unosiły się wspaniałe kwiaty poprzecinane to różowymi, to purpurowymi żyłkami. Wyglądały jakby były wykonane z białego weluru.
Piraci nie zdążyli jeszcze dobrze przyjrzeć się okolicy, gdy w niewielkiej odległości od nich rozległ się głuchy pomruk.
— To jaguar! — wykrzyknął Katalończyk.
— Gdzie? — zapytali pozostali.
— Tam, na brzegu! Czai się do skoku!
Rozdział XXIII. Atak jaguara
Pięćdziesiąt kroków przed nimi, na wysokości trzcinowych zarośli, tuż na skraju sawanny, czaiło się do skoku dorodne zwierzę przypominające kształtem tygrysa, choć nieco mniejszych od niego rozmiarów. Leśny drapieżnik mierzył prawie osiemdziesiąt cali długości, był więc rosłym przedstawicielem swojego gatunku. Miał trzydziestocalowy ogon, krótką i masywną szyję oraz potężne łapy wyposażone we wspaniałe pazury.
Jego gęste, przepiękne, żółto-miedziane futro pokryte było charakterystycznymi cętkami obwiedzionymi rudą obwódką, które po bokach były mniejsze, na grzbiecie zaś zlewały się w regularne linie. Piraci nie mieli żadnych wątpliwości, że był to jaguar, najwspanialszy drapieżnik obu Ameryk, groźniejszy od kuguarów i być może groźniejszy nawet od żyjących w Górach Skalistych niedźwiedzi.
Te dzikie zwierzęta zamieszkują tereny od Patagonii po Stany Zjednoczone, dumnie reprezentując na tych szerokościach geograficznych tygrysi ród. I są tak samo jak wszyscy jego przedstawiciele groźne, zwinne i silne.
Ich domem są zwłaszcza lasy deszczowe, brzegi sawann i dorzecza wielkich rzek, takich jak: La Plata, Amazonka, Orinoko. Kochają bowiem — rzecz w przypadku kotów zupełnie niesłychana — wodę.
Jaguary cieszą się sławą bezlitosnych zabójców. Mają wiecznie niezaspokojony apetyt, w związku z czym ich łupem pada każde napotkane na drodze stworzenie. Nie uciekną im nawet małpy, albowiem jaguary — jak na koty przystało — z łatwością wskakują na każde drzewo. Bydło hodowlane i konie mogą próbować bronić się za pomocą rogów i kopyt, ale na niewiele się to zdaje — krwiożercze drapieżniki skaczą na nie z rozpędu i silnym uderzeniem łapy przetrącają im kręgosłupy. W starciu z nimi nie mają szans nawet żółwie, choć chronią je przecież bardzo wytrzymałe pancerze. Dzięki swoim ostrym pazurom jaguary z łatwością przebijają skorupy żółwi arrau, a następnie wysysają ich smakowite mięso.
Do psów pałają tak żarliwą nienawiścią, że choć wcale nie przepadają za ich mięsem, wchodzą nieskrępowanie w biały dzień do indiańskich wiosek tylko po to, by te wierne ludziom czworonogi rozszarpać na strzępy.
Nie przepuszczą także ludziom — na skutek ataku jaguara śmierć zbiera corocznie obfite żniwo wśród Indian. Szpony drapieżnika rozszarpują ciało i zadają głębokie rany, które nie są w stanie się już zagoić, w związku z czym ranny w starciu ze zwierzęciem nieszczęśnik ostatecznie umiera.
Teraz przyczajony na skraju sawanny jaguar jakby w ogóle nie zauważył zbliżających się piratów, nie zdradzał bowiem żadnych oznak rozdrażnienia. Jego oczy nieruchomo wpatrywały się w czarniawe wody mokradeł. Najwyraźniej czaił się na zdobycz, która ukrywała się pod liśćmi wiktorii królewskiej. Zaszył się wśród trzcin, czekał z uniesionym lekko podbrzuszem, w pozycji gotowej do skoku. Poruszał lekko sztywnymi wąsami, a jego ogon bezszelestnie ocierał się o zarośla. Widać było, że powoli ogarnia go zniecierpliwienie.
— Na co on czeka? — zapytał Czarny Korsarz, który jakby zupełnie zapomniał o istnieniu Van Goulda i jego ludzi.
— Czai się na zdobycz — odparł Katalończyk.
— Czyżby na jakiegoś żółwia?
— Nie — odpowiedział Afrykańczyk. — Szykuje się do starcia z godnym mu przeciwnikiem. Spójrzcie tam, widzicie ten pysk pośród liści?
— Rzeczywiście, nasz czarny przyjaciel ma rację, tam się coś rusza — powiedział Carmaux.
— To czubek pyska kajmana żakare — odpowiedział Murzyn.
— Kajmana? — zapytał Czarny Korsarz.
— Tak, mój panie.
— Czyżby jaguary napadały nawet na te imponujące gady?
— Tak, panie kapitanie — powiedział Katalończyk. — Jeśli zachowamy ciszę, będziemy świadkami zażartej walki.
— Miejmy nadzieję, że to długo nie potrwa.
— Trafiło na siebie dwóch dość walecznych przeciwników. Gdy dochodzi między nimi do pojedynku, walka jest naprawdę zaciekła. O, jest!
Liście wiktorii królewskiej nagle się rozstąpiły i ogromny pysk, wyposażony w długie trójkątne kły, wychynął ponad powierzchnię wody i zaczął podpływać do brzegu.
Na widok zbliżającego się kajmana jaguar wstał i zrobił krok do tyłu. Nie, żeby się przestraszył. Jego zamiarem było wywabienie przeciwnika na ląd. Chciał w ten sposób odciągnąć go od wody, w której kajmany poruszają się niezwykle szybko i zwinnie, zaś poza nią są wyjątkowo niezdarne.
Kajman nabrał się na podstęp jaguara. Uwierzył, że wielki kot wycofuje się ze strachu. Z rozpędem wślizgnął się na ląd, uderzeniem ogona odcinając kwiaty wiktorii królewskich od ich kolczastych łodyg, po czym zatrzymał się i rozdziawił swoją groźną paszczę.
Był ogromny, mierzył prawie siedemnaście stóp, z jego grzbietu wyrastały wodne rośliny, które zapuściły korzenie w błocie nagromadzonym między szczelinami łusek.
Otrząsnął się, rozpryskując na boki krople wody. Potem przysiadł na tylnych łapach i wydał z siebie odgłos przypominający kwilenie dziecka, a będący najprawdopodobniej wyzwaniem na pojedynek.
Jaguar wciąż nie atakował; cofnął się jeszcze bardziej i naprężył mięśnie, gotując się do skoku.
Obaj przeciwnicy — król lasów i król mokradeł — przez chwilę łypali na siebie w milczeniu swoimi żółtawymi ślepiami, z których biła prawdziwa dzikość. Jaguar zamruczał zniecierpliwiony, skulił się w sobie, prychając jak rozwścieczony kot.
Kajman z kolei, zupełnie niefrasobliwy, świadom swojej niezwykłej siły i potęgi swoich zębów, coraz bardziej oddalał się od wody, kołysząc ogonem na boki.
Przebiegły kot tylko na to czekał. Widząc, że kajman wyszedł już w całości na ląd i znacznie oddalił się od brzegu, rzucił się na niego jednym susem. Niestety! Mocne jak stal pazury jaguara ześlizgnęły się po kościstych łuskach gada, zdolnych zatrzymać nawet pocisk wystrzelony z muszkietu.
Rozwścieczony niepowodzeniem, okręcił się w miejscu i łapą uderzył kajmana w głowę, rozorując mu oko, po czym odskoczył od ofiary na odległość dziesięciu kroków.
Gad zawył z bólu i ze złości. Instynktownie czuł, że bez oka nie może stanąć do równej walki z niebezpiecznym przeciwnikiem. Zaczął się wycofywać w stronę mokradeł, uderzając wściekle ogonem i rozchlapując błoto na wszystkie strony.
Jaguar, który wciąż zachowywał należytą ostrożność, skoczył po raz drugi, tym razem jednak nie marnował sił na twardy pancerz przeciwnika. Nastroszył się, po czym rozpruł mu pazurami prawy bok i zaczął wyrywać ze środka wnętrzności.
Było jasne, że kajman już się z tego nie wyliże, tym niemniej rozjuszony walką i kipiący złością nie zamierzał dawać za wygraną. Znalazł w sobie wystarczająco dużo siły, żeby strząsnąć z grzbietu napastnika, który wpadł między trzciny. Otworzył szeroko swoją groźną, krokodylą paszczę i szykował się do zmiażdżenia wielkiego kota w potężnych szczękach.
Na swoje nieszczęście — ze względu na brak jednego oka — nie oszacował prawidłowo dzielącej go od jaguara odległości; zamiast zatopić kły w jego ciele, w rozpędzie ugryzł go w ogon. Rozdzierający ryk drapieżnika mógł jednak świadczyć tylko o jednym — kajman nie tylko ugryzł go w puszystą kitę, ale całkowicie mu ją odgryzł!
— Biedne stworzenie! — wykrzyknął Carmaux. — Bez ogona będzie mu nie do twarzy!
— No to teraz mu się odwdzięczy — odparł Katalończyk.
Rozjuszony drapieżnik w mgnieniu oka doskoczył do gada.
Wbił mu pazury w pysk i zaczął go rozszarpywać, choć przecież wiedział, że kajman może odgryźć mu łapy.
Broczący krwią, oślepiony i silnie okaleczony krokodyl, zaczął się wycofywać w kierunku mokradeł. Plaskał ogonem o ziemię i kłapał paszczą, nie mogąc zrzucić z siebie swego oprawcy, który systematycznie rozrywał mu pazurami wnętrzności.
W pewnym momencie drapieżniki wpadły do wody. Przez kilka chwil widać było szamotaninę, woda zakotłowała się i spieniła, a po chwili zabarwiła na czerwono. W końcu zwycięskie zwierzę wynurzyło się na powierzchnię.
Był to jaguar, choć w opłakanym stanie. Jego sierść ociekała krwią i wodą. Ogon został w paszczy kajmana, wyglądało na to, że ma złamaną nogę, a jego grzbiet był odarty ze skóry.
Z trudem wydostał się na brzeg. Przystanął na chwilę i odwrócił się, spoglądając na mokradła. Oczy lśniły mu wściekłością. Doczłapał się z trudem do trzcinowych zarośli, po czym zniknął z pola widzenia piratów, odgrażając się jeszcze ostatnim złowrogim mruknięciem.
— Mocno mu się oberwało. Dostał za swoje — powiedział Carmaux.
— No tak, ale kajman padł trupem i kiedy jutro wypłynie na powierzchnię, jaguar będzie miał bardzo pożywne śniadanie — skwitował Katalończyk.
— Pożywne, ale nader kosztowne.
— Nic mu nie będzie, to bardzo silne zwierzęta, więc wyzdrowieje.
— Ale drugi ogon mu na pewno nie wyrośnie.
— Wystarczą mu kły i pazury.
Czarny Korsarz ruszył przed siebie, obchodząc mokradła. W pobliżu miejsca, w którym rozegrała się krwawa walka pomiędzy królem południowoamerykańskich lasów z władcą rzek i mokradeł, Carmaux zauważył leżące na ziemi oko kajmana.
— Fuj! Ohyda! — wykrzyknął zniesmaczony. — Mimo że zgasło, zachowało nienawistny błysk i dziki zew.
Piraci szli przed siebie dziarskim krokiem. Jako że na obrzeżach mokradeł rosły tylko tyczkowate trzciny i krzaki mucumucú — rośliny, pośród których łatwo było torować sobie przejście — wędrówka okazała się o wiele przyjemniejsza niż wcześniejsza przeprawa przez leśne knieje i gęstwinę. Teraz musieli głównie uważać na różne jadowite gady, w obrębie mokradeł było ich bowiem bez liku. Za szczególnie niebezpieczne uchodzą węże żararaki, na których ukąszenia nie ma ratunku. Ich skóra ma barwę suchych liści, potrafią więc skutecznie oszukać ludzkie oko.
Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że na drodze swojej wędrówki nie napotkali żadnego z tych niebezpiecznych stworzeń.
Tereny te obfitowały w rozmaite gatunki ptaków, które krążyły całymi stadami ponad porastającą mokradła roślinnością i wokół trzcinowych zarośli. Poza ptactwem brodzącym można było zobaczyć długoogoniaste i kolorowo upierzone ciganas, czyli kośniki czubate, całe stada skrzeczących papug — zielonych, żółtych, czerwonych i innych, majestatyczne ary o turkusowych skrzydłach i żółtym brzuchu, a także rozliczne pasówki obrożne — ptaki, które na pierwszy rzut oka przypominają wróble.
Nieopodal mokradeł pojawiła się też grupa małp, które przywędrowały z głębi lasu. Były to makaki iwi o miękkiej jak jedwab sierści o czarno-szarej barwie i długiej białej brodzie, która je postarzała i przydawała dostojeństwa.
Małpie matki szły za samcami, niosąc na ramionach swoje młode, jednak na widok piratów nagle przyśpieszyły kroku i czmychnęły przed siebie, pozostawiając samcom obowiązek obrony małpiej rodziny.
W samo południe, na widok zmęczenia malującego się na twarzach piratów po nieprzerwanej, wielogodzinnej wędrówce, Czarny Korsarz zarządził postój, zezwalając wszystkim na zasłużony odpoczynek.
Chcąc zachować na czarną godzinę skromny prowiant, który ze sobą zabrali i który mógł w sercu wielkiego lasu okazać się niezwykle cenny czy wręcz zbawienny, postanowili wybrać się na łowy i poszukać jakichś owoców.
Hamburczyk i Murzyn rozejrzeli się po okolicznych drzewach. Szczęście im sprzyjało, bowiem niemal od razu natrafili na rosnącą na brzegu mokradeł przepiękną palmę bacaba, która wydaje kwiaty kremowego koloru i która, gdy ją lekko naciąć, wydziela jakby winny nektar. Poza nią natrafili także na jadibicabeira, wysokie na dwadzieścia, dwadzieścia dwie stopy drzewo o ciemnozielonym ulistnieniu, rodzące owoce w kształcie i wielkości pomarańczy, ale koloru jaskrawożółtego, o bardzo delikatnym i smakowitym miąższu.
Carmaux i Katalończyk natomiast podjęli się upolowania zwierzyny, ponieważ ich zadaniem było zadbać także o wieczorny posiłek.
Widząc, że obrzeża grzęzawisk zamieszkiwało jedynie trudne do upolowania ptactwo, i nie chcąc tracić cennego czasu, postanowili zapuścić się w głąb puszczy; mieli bowiem nadzieję, że uda im się upolować mulaka białoogonowego czy podobnego do dzika pekariowca obrożnego.
Polecili swoim kamratom, by tymczasem rozpalili ognisko, po czym bezzwłocznie oddalili się szybkim krokiem w stronę puszczy, zdawali sobie bowiem sprawę, jak bardzo Czarnemu Korsarzowi zależało na czasie i na pochwyceniu tego łotra Van Goulda.
W ciągu piętnastu minut przedarli się przez trzciniaste zarośla i mucumucú, aż w końcu znaleźli się na skraju dziewiczego lasu, na rozległej polanie, którą szczodrze porastały olbrzymie cedry, rozmaite palmy, kolczaste kaktusy, wielkie słoneczniki i wspaniała szkarłatna szałwia meksykańska.
Katalończyk zatrzymał się na chwilę, nasłuchując, czy nie ma w pobliżu jakiejś zwierzyny łownej, lecz pod baldachimem bujnej roślinności panowała absolutna cisza.
— Obawiam się, że będziemy musieli skorzystać z naszego prowiantu — powiedział, potrząsając niepocieszony głową. — Być może znajdujemy się na terenie, na którym niepodzielnie rządzi jaguar, w związku z czym zwierzyna łowna już od dawna trzyma się od tego miejsca z daleka.
— Wprost nie do wiary, że pośrodku wielkich lasów nie można upolować nawet kota!
— Wprost przeciwnie: kotów tu nie brakuje, w dodatku jakich!
— Jeśli spotkamy jaguara, to go zabijemy.
— Wcale niezłe jest mięso tych drapieżników, zwłaszcza podawane razem z modrą kapustą.
— A zatem go upolujemy.
— Ojojoj, coś mi się zdaje, że zabijemy coś o wiele lepszego — wykrzyknął Katalończyk, podnosząc żywo głowę do góry.
— Czyżbyś zobaczył kozicę, mój kataloński przyjacielu?
— Widzisz tego dużego ptaka?
Carmaux podniósł wzrok i zobaczył duże czarne ptaszysko, które przelatywało właśnie nad koronami drzew.
— Czy to jest ta obiecana kozica?
— To jest gule-gule. Spójrz tylko, jeszcze jeden. I jeszcze, jest ich tu całe stado.
— Ustrzel go! Założę się, że jeden pocisk ci nie wystarczy — powiedział ironicznie Carmaux. — A poza tym jakoś nie ufam twoim gule-gule.
— Nie mam zamiaru do niego strzelać, mam inny pomysł, ale i tak nie zgadniesz jaki. Powiem ci: one nam wskażą siedliska zwierzyny łownej.
— To znaczy?
— Dziki.
— Na flaki ryby młota! Na samą myśl o szyneczce i żeberkach aż mi ślinka cienkie. Czy mógłbyś mnie jednak oświecić, co mają wspólnego twoje gule-gule z dzikami?
— Otóż te ptaki, które wyróżniają się doskonałym wzrokiem, są w stanie z daleka dostrzec dzika, a kiedy go dostrzegą, lecą czym prędzej w jego stronę, żeby zaspokoić głód.
— Czyżby żywiły się dziczyzną?
— Ależ skąd! Żywią się robactwem, skorpionami, skolopendrami112, które wychodzą z ziemi, w której ryją dziki w poszukiwaniu pożywienia — korzeni i cebulek roślin.
— Pożerają też skolopendry?
— Oczywiście.
— I nie umierają od tego?
— Powszechnie wiadomo, że gule-gule są odporne na jad tych robaków.
— A to sprytne ptaki! Patrzmy zatem uważnie, dokąd lecą gule-gule, zanim znikną nam z oczu, i nabijmy broń! Ot co! I nie usłyszą nas Hiszpanie?
— W takim razie Czarny Korsarz musi wybrać: albo broń, albo post.
— Fascynujące to, co mówisz, drogi kataloński przyjacielu, ale słowem się nie pożywimy. Lepiej, żebyśmy napełnili żołądki, nawet jeśli wrogowie usłyszą nasze małe polowanie, niż żeby zabrakło nam sił do dalszej wędrówki.
— Cicho!
— Dziki?
— Nie mam pojęcia. Jakieś zwierzę idzie w naszym kierunku. Słyszysz szelest liści przed nami?
— Tak.
— W razie czego strzelamy!