Rozdział XXIV. Pechowiec Carmaux

W odległości około stu trzydziestu stóp od piratów, którzy ukryli się za szerokim konarem olbrzymiej simarouby, zaszeleściły cicho zarośla. Gałęzie poruszały się na boki, jakby jakieś zwierzę szukało właściwej drogi, niepewne dokąd iść. Bez wątpienia jednak wciąż zbliżało się ku piratom.

W pewnym momencie Carmaux ujrzał wyskakujące zza krzaka na małą polanę czterdziestocalowe zwierzę, o rudej i czarnej sierści, o krótkich nogach i niezwykle puszystym ogonie. Nie miał bladego pojęcia, co to za gatunek, nie wiedział też, czy jest w ogóle jadalny. Jako że futrzak przystanął w odległości zaledwie trzydziestu kroków, pirat wycelował muszkiet i oddał strzał.

Zwierzę padło jak kłoda, po chwili wstało i, zupełnie jakby nie było wcale ranne, dało drapaka w zarośla.

— Na flaki wszystkich rekinów w oceanie! — wykrzyknął pirat. — Spudłowałem! Nie łudź się jednak, drogi zwierzaku: długo sobie już nie pohasasz — dodał z przekonaniem w głosie.

Nawet nie nabił ponownie broni, rzucił się w pogoń w ślad za niedoszłym łupem, nie słuchając Katalończyka, który krzyczał za nim:

— Bądź ostrożny!

Zwierzę gnało przed siebie co sił w nogach, zapewne chciało jak najszybciej schronić się w swojej norze. Jednak szybkonogi Carmaux deptał mu po piętach ze wzniesionym wysoko do góry kordelasem, gotów jednym ciosem je rozpołowić, gdyby tylko udało mu się je dopaść.

— Ty huncwocie! — krzyczał. — Możesz sobie uciekać gdzie chcesz, a i tak cię dopadnę!

Biedne zwierzę pędziło jak oszalałe, choć powoli traciło już siły. Ślady krwi widoczne na porastającej ścieżkę trawie i na liściach drzew wskazywały, że Carmaux jednak nie spudłował. W pewnym momencie wycieńczone ucieczką i osłabłe na skutek utraty krwi zwierzątko przystanęło przy konarze drzewa. Carmaux był już pewien zdobyczy; zbliżył się jeszcze bardziej, gdy nagle odurzył go smród tak niewiarygodny, że jak oparzony odskoczył do tyłu.

— Na truchła wszystkich rekinów w oceanie! — dał upust swojej złości. — Do piekła z tym ścierwem! Niech spłonie!

Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie całej złości, a inwektywy uwięzły mu w gardle, bo nagle zaczął niemiłosiernie psikać i kichać.

Katalończyk pośpieszył mu z pomocą. Jednakże zatrzymał się nagle na kilkanaście kroków przed nim, zasłaniając oburącz nos.

Carramba! — wykrzyknął. — Mówiłem ci, caballero, żebyś się zatrzymał. Skropiono cię takimi perfumami, że będziesz je teraz czuć przez tydzień. Pozwól, że nie będę się do ciebie zbliżał.

— Przyjacielu — krzyknął Carmaux — czyżbym był zadżumiony? Zbiera mi się na wymioty, zupełnie jakbym cierpiał na chorobę morską.

— Natychmiast stąd uciekaj i wywietrzej!

— Mam wrażenie, że umieram. Co się stało?

— Ruszaj się, no już! Uciekaj od tego smrodu, którym przesiąkły nawet krzaki.

Carmaux z trudem wstał i skierował się w stronę Katalończyka, który z kolei, gdy tylko zobaczył, że ten zmierza ku niemu, szybko odskoczył i odsunął się na bezpieczną odległość.

— Na tysiąc rekinów! Boisz się mnie czy co? — zapytał Carmaux. — Zachowujesz się, jakbym miał co najmniej cholerę.

Caballero, nie ciebie się boję, tylko że sam przesiąknę tymi perfumami.

— Jak ja mam teraz wrócić do obozowiska? Wszystkich spłoszę, z kapitanem na czele.

— Musisz się trochę okadzić dymem i uwędzić — powiedział Katalończyk, który z trudem powstrzymywał śmiech.

— Jak śledzie?

— Ni mniej, ni więcej, caballero.

— Czy możesz mi powiedzieć, przyjacielu, co się właściwie stało? Czyżby to podłe zwierzę, które tak zawzięcie goniłem, uwolniło ten paskudny, podobny do zgniłego czosnku smród, za sprawą którego teraz treść żołądka podchodzi mi do gardła. Jeszcze chwila i eksploduje mi mózg.

— Wierzę.

— To ten zwierzak, co?

— Tak, caballero. To tak zwany surrillo, czyli skunksowiec andyjski, oczywiście najsmrodliwszy z całej skunksowej rodziny. Nikt nie jest w stanie znieść wydzielanego przez niego odoru, nawet psy.

— A skąd on wypuszcza ten diabelski smród?

— Z gruczołów ukrytych pod ogonem. Oblał cię tą cieczą?

— Nie, bo był za daleko.

— Miałeś zatem ogromne szczęście. Gdyby ta wydzielina choćby zrosiła twój ubiór, to byś kontynuował dalszą podróż nagusieńki jak Adam w raju.

— I tak śmierdzę gorzej niż gnojownik.

— Będziemy cię wędzić, już mówiłem.

— Do diabła z wszystkimi skunksowatymi, które chodzą po tej ziemi. Co jeszcze gorszego mogło mnie spotkać? Będzie się czym chwalić po powrocie! Nasi kamraci czekają, aż im przyniesiemy dziczyznę, a zamiast tego przyniosę ze sobą smród nie do zniesienia.

Hiszpan nie odpowiedział, śmiał się za to do rozpuku, słuchając utyskiwań swojego kompana, bacząc jednocześnie, żeby tamten trzymał się odeń na bezpieczną odległość, dopóki choć trochę nie owieje go świeże powietrze.

W obozie zastali Van Stillera, który — przekonany, że wloką ze sobą zbyt ciężką dla nich sztukę upolowanego mięsa — wyszedł im naprzeciw. Gdy tylko uderzył w niego smrodliwy powiew, zatkał sobie nos i czmychnął.

— Wszyscy ode mnie uciekają, jakbym był co najmniej trędowaty — powiedział Carmaux. — Moja noga nie postanie więcej na tej przeklętej sawannie.

— Nie sposób tego uniknąć, mokradła rozlewają się szeroko — odparł Katalończyk. — Zaczekaj tu, aż wrócę, w przeciwnym razie zasmrodzisz całe obozowisko i nas wszystkich zaczadzisz.

Carmaux machnął ręką w geście rezygnacji, po czym usiadł niepocieszony, opierając się plecami o konar drzewa, i wydał z siebie głębokie westchnienie.

Katalończyk wrócił do obozowiska, opowiedział Czarnemu Korsarzowi o zabawnej przygodzie, po czym w towarzystwie Afrykańczyka udał się do lasu po roślinę, która swym wyglądem przypominała pieprz. Następnie skierował się w stronę Carmaux, zatrzymał się dwadzieścia pięć kroków przed nim, położył na ziemi całe naręcze roślin i je podpalił.

— Porządnie się owędź tym dymem. Czekam na ciebie ze śniadaniem — powiedział, po czym oddalił się szybkim krokiem, zanosząc się śmiechem.

Zrezygnowany Carmaux wstał i podszedł bliżej, ustawiając się tak, żeby ze wszystkich stron otoczył go gęsty dym. Za nic w świecie nie zamierzał ruszać się z miejsca, zanim okropny smród, którym przesiąkł, nie wywietrzeje.

Płonąca roślina wyzwalała tak ostry zapach, że z oczu nieszczęśnika lały się wodospady łez, zupełnie jakby Katalończyk dorzucił do pędów także same owoce pieprzu. Jednakże ze spokojem znosił tę dymną udrękę, pozwalając się owędzić jak śledź.

Po upływie pół godziny, kiedy już ledwo ledwo wyczuwał skunksowy odór, uznał, że to wystarczy i udał się do obozowiska, gdzie towarzysze wyprawy właśnie dzielili między siebie olbrzymiego żółwia, którego udało im się upolować na brzegu grzęzawiska.

— Czy można? — zapytał. — Mam nadzieję, że dym już mnie należycie oczyścił.

— Podejdź tu! — odparł na to Czarny Korsarz. — Przyzwyczajeni jesteśmy do cierpkiego zapachu smoły, możemy wytrzymać twoje oryginalne perfumy. Mamy jednak nadzieję, że na przyszłość będziesz się trzymał z daleka od tych podstępnych zwierząt.

— Do stu tysięcy rekinów! Jeśli zobaczę choć jednego na swojej drodze, to ucieknę trzy mile dalej, obiecuję ci to, kapitanie. Wolę już mieć do czynienia z kuguarami i jaguarami.

— Byliście przynajmniej w głębi lasu, kiedy otworzyliście ogień? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tak mi się wydaje, nie sądzę, żeby strzał poniósł się dalekim echem — odpowiedział Katalończyk.

— Lepiej, żeby nie wiedzieli, że za nimi podążamy.

— A mnie się z kolei wydaje, że oni są już tego pewni.

— Po czym wnosisz?

— Świadczy o tym ich tempo. O tej porze powinniśmy ich już dogonić.

— Być może jest jakiś inny powód, który wymusza na Van Gouldzie pośpiech.

— Niby jaki?

— Obawa, że Franciszek l’Olonnais zaatakuje Gibraltar.

— A miał w planach zaatakować miasto? — zapytał z niepokojem Katalończyk.

— Być może, zobaczymy — odpowiedział wymijająco Czarny Korsarz.

— Chcę powiedzieć, że jeśli miałoby do tego dojść, nigdy nie będę walczył przeciwko moim rodakom, panie — powiedział ze wzruszeniem w głosie Katalończyk. — Żołnierz nie może podnieść ręki na miasto, na którego murach łopocze flaga jego kraju. Dopóty, dopóki chodzi o Flamandczyka Van Goulda, jestem gotów wciąż cię wspierać, ale na nic więcej się nie zgodzę. Już wolałbym zawisnąć na szubienicy.

— Doceniam przywiązanie do ojczyzny — odparł Czarny Korsarz. — Gdy tylko złapiemy Van Goulda, będziesz mógł odejść i bronić Gibraltaru.

— Dziękuję, caballero, do tej chwili jestem do usług.

— A zatem w drogę, bo inaczej...

Zebrali broń, resztkę prowiantu i ruszyli w drogę, kierując się ścieżką prowadzącą wzdłuż mokradeł, które na tym odcinku nie były porośnięte roślinami o długich łodygach.

Było upalnie, żar lał się z nieba, a w dodatku szli drogą nieocienioną. Jednakże piratom, przyzwyczajonym do wysokich temperatur panujących na Morzu Karaibskim i w Zatoce Meksykańskiej, gorejący upał nieszczególnie dokuczał. Tym niemniej lało się z nich strumieniami, a ich koszule można było wyżymać z potu.

Martwe, stęchłe wody mokradeł oświetlało oślepiające słońce, którego promienie odbite od powierzchni boleśnie raziły oczy wędrowców. Ponad nią natomiast unosiła się jakby mgła; był to niebezpieczny zaduch, mogący wywołać śmiertelną w skutkach tropikalną gorączkę.

Na szczęście około czwartej po południu w oddali ukazał się już przeciwległy brzeg grzęzawiska, które zwężało się powoli, wcinając się w głąb ogromnej dżungli.

Choć żmudna wędrówka nadwątliła już siły pirackiej braci i Katalończyka, gnali co sił w nogach. Już mieli zagłębić się w leśne czeluści, kiedy zamykający pochód Moko skierował uwagę wszystkich na obły czerwony kształt, który odcinał się na brudnozielonej powierzchni moczar.

— Jakiś ptak? — zapytał Carmaux.

— To mi raczej wygląda na hiszpański beret — powiedział Katalończyk. — Widzicie tę wiązkę wystających z niego piór?

— Kto też mógł go wrzucić do tego bagniska? — zapytał Czarny Korsarz.

— Sądzę, że tu chodzi o coś o wiele groźniejszego, panie — odparł Katalończyk. — Jeśli się nie mylę, to jedno z tych bagnisk, w które wystarczy raz nastąpić, żeby już nigdy z nich nie wyjść.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Że być może pod tą czapką jest jakiś nieszczęśnik, którego błoto wchłonęło żywcem.

— Chodźmy i sprawdźmy!

Zboczyli z obranej drogi i skierowali się w stronę tych długich na około czterysta jardów mokradeł i na tyleż samo szerokich. Znajdowali się teraz w na wpół wyschniętej, bagiennej niecce. Kiedy podeszli bliżej, zauważyli, że istotnie był to jeden z tych dwukolorowych — czerwono-żółtych — beretów, zdobnych w pióra, bardzo często noszonych przez Hiszpanów. Leżał na powierzchni bagniska, w samym środku lejowatego wgłębienia, a tuż obok wystawało pięć palców w kolorze, który zmroził piratom krew w żyłach.

— Toż to ludzka ręka! — wykrzyknęli Carmaux i Van Stiller.

— Mówiłem wam, caballeros, że pod tą czapką kryje się trup — powiedział ze smutkiem w głosie Katalończyk.

— Kimże może być ten nieszczęśnik, który utopił się w bagnie? — zapytał Czarny Korsarz.

— Jeden z żołnierzy z gwardii przybocznej gubernatora — odpowiedział Katalończyk. — Właścicielem tego beretu — sam widziałem — był Juan Barrero.

— Van Gould tędy przechodził?

— Mamy tego smutny dowód, panie.

— Czyżby wpadł do bagna przez przypadek?

— Wszystko na to wskazuje.

— Co za okrutna śmierć.

— Najokrutniejsza z możliwych, mój panie. Zostać żywcem pochłoniętym przez to cuchnące i gęste namulisko. To musi być naprawdę straszny koniec.

— Nie trapmy się! Myślmy o żywych, nie o umrzykach — odparł Czarny Korsarz, kierując się w stronę lasu. — Mamy prawie pewność, że jesteśmy na tropie uciekinierów.

Już miał nakazać towarzyszom wędrówki, żeby przyśpieszyli kroku, kiedy jego uwagę przykuł dobiegający z leśnej gęstwiny przeciągły gwizd o dziwnym brzmieniu.

— Co to ma być? — zapytał, zwracając się do Katalończyka.

— Nie mam zielonego pojęcia — odparł zapytany, spoglądając z niepokojem w kierunku olbrzymich drzew.

— Jakiś ptak śpiewa w taki sposób?

— Ten gwizd nic mi nie mówi, słyszę go po raz pierwszy.

— A ty Moko? — zapytał Czarny Korsarz Afrykańczyka.

— Ja też nie, panie kapitanie.

— Może to jakiś sygnał?

— Tego się obawiam.

— A może to twoi rodacy, którym depczemy po piętach?

— Hmm... — odparł na to Katalończyk, spuszczając głowę.

— Nie masz takiego wrażenia?

— Nie wydaje mi się, panie. Obawiam się natomiast, że lada chwila będziemy musieli stawić czoło Indianom.

— Masz na myśli tubylczych Indianach czy hiszpańskich sprzymierzeńców? — zapytał Czarny Korsarz, marszcząc czoło.

— Raczej tych wysłanych przeciwko nam przez gubernatora Van Goulda.

— A zatem musi on wiedzieć, że go ścigamy.

— Być może tylko to podejrzewa.

— Jeśli chodzi o Indian, to bez trudu im uciekniemy.

— Na swoim terenie sieją postrach, być może są nawet niebezpieczniejsi niż biali. Trudno uniknąć pułapek, które zastawiają na wroga.

— Spróbujemy nie dać się zaskoczyć. Załadujcie broń i w razie czego nie szczędźcie nabojów. Gubernator i tak już wie, że depczemy mu po piętach, nie ma więc znaczenia, czy usłyszy wystrzały z muszkietów.

— Przekonajmy się zatem na własnej skórze, jacy są ci tutejsi Indianie — powiedział Carmaux. — Na pewno nie będą ani piękniejsi, ani groźniejsi od innych.

— Miej się na baczności, caballero — powiedział Katalończyk. — Wenezuelscy czerwonoskórzy to ludożercy i zapewniam cię, że radzi by byli wrzucić cię na ruszt.

— Na flaki rekina! — wykrzyknął Van Stiller. — Przyjacielu, pilnujmy zatem naszych żeberek!

Rozdział XXV. Ludożercy z dziewiczego lasu

Piraci zagłębili się w dziewiczą dżunglę, zatracając się w bujnej leśnej roślinności i niezmierzonym drzewostanie. Na swej drodze napotykali dziesiątki rozmaitych gatunków roślin: liczne skupiska palm, na przykład Oenocarpus bacaba; cekropki, ze względu na cudaczny układ gałęzi znane także jako drzewa-kandelabry; tak zwane cari, rodzaj palm o pniach i gałęziach porośniętych kolcami, które skutecznie bronią do nich dostępu; Mauritia flexuosa, inny rodzaj palmy, niebotycznie wysoki, o liściach tworzących szeroki wachlarz; jak również sipò, potężne i długie liany, wykorzystywane przez Indian do budowy szałasów.

Obawiając się przykrych niespodzianek, stąpali z niezwykłą ostrożnością, nadstawiali ucha i przepatrywali najgęstsze zarośla, w których mogli się czaić Indianie.

Odgłos już się nie powtórzył, wszystko jednak wskazywało na to, że ktoś tamtędy przechodził. Ptaki odfrunęły, nie było też śladu po małpach; z pewnością spłoszyła je obecność tubylców, ich odwiecznych nieprzyjaciół, którzy bezustannie na nie polują, gdyż małpie mięso jest ich największym przysmakiem.

Tu i ówdzie można było dostrzec świeżo połamane gałęzie, poruszone liście, ścięte chwilę temu liany, z których sączyły się jeszcze krople soku.

Szli już tak od dwóch godzin, wyczuleni na najdrobniejszy szmer, bacznie trzymając się obranej drogi prowadzącej na południe. W pewnym momencie usłyszeli dźwięki wydobywające się najprawdopodobniej z jednej z indiańskich piszczałek wykonanych z bambusa.

Czarny Korsarz gestem dłoni dał znak, żeby wszyscy się zatrzymali.

— To sygnał, prawda? — zapytał Katalończyka.

— Tak, panie — odpowiedział tamten. — Trudno się łudzić, że jest inaczej.

— Indianie są już tuż, tuż.

— Być może nawet bliżej, niż nam się wydaje. Znajdujemy się pośród gęstych zarośli, które świetnie nadają się na pułapkę.

— Co radzisz zrobić? Czekamy, aż się pokażą, czy kontynuujemy wędrówkę?

— Jeśli zobaczą, że się zatrzymujemy, mogą pomyśleć, że się boimy. Idźmy dalej. A ci, którzy staną nam na drodze, będą się musieli z nami zmierzyć.

Odgłosy fletu stawały się coraz bliższe. Wydawało się, że dochodzą z gąszczu palm cari, które ze względu na swoje najeżone długimi i ostrymi kolcami pnie stanowią niezwykle trudną do pokonania przeszkodę.

— Van Stillerze — powiedział Czarny Korsarz, zwracając się do hamburczyka — postaraj się uciszyć tego tajemniczego, leśnego muzykanta.

Marynarz, który był doświadczonym strzelcem, wycelował w stronę zarośli, próbując namierzyć indiańskiego grajka, a raczej dostrzec miejsce, w którym poruszały się liście. Następnie nacisnął spust i strzelił na chybił trafił.

Zaraz za głośnym wystrzałem dało się słyszeć krzyk, który po chwili przemienił się w wybuch śmiechu.

— Do stu diabłów! Spudłowałeś.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller wściekły jak osa. — Gdybym chociaż dojrzał kawałek jego czerepu, nie byłoby temu szubrawcowi do śmiechu.

— Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło — odpowiedział Czarny Korsarz. — Teraz przynajmniej wiedzą, że jesteśmy uzbrojeni, więc będą się mieli na baczności. Naprzód, moje wilki morskie!

Dżungla stała się ponura i dzika. Piratów pochłonął prawdziwy labirynt drzew, olbrzymich liści, gąszcz lian i monstrualnych korzeni. Przez zwarte sklepienie zieleni z trudem przenikały słoneczne promienie.

U podnóża kolosów zwrotnikowej flory panowały w dodatku wilgoć i zaduch niczym w szklarni, przez co przemierzający rozległe połaci puszczy śmiałkowie niemiłosiernie się pocili.

Szli przed siebie gęsiego, w niedużej odległości jeden od drugiego, trzymając muszkiety gotowe do strzału, nasłuchując i bacznie się rozglądając. Krok za krokiem zagłębiali się coraz dalej w samo serce niezmierzonej puszczy.

Rozglądali się dookoła, świdrowali spojrzeniem zarośla i krzaki, przyglądali się uważnie korzeniom i girlandom. Wystarczy, że w zasięgu ich wzroku pokaże się Indianin, a palec bez wahania naciśnie spust.

Złowrogiej ciszy zalegającej w dziewiczym lesie nie zakłócił już więcej żaden inny odgłos. Jednak ani Czarny Korsarz, ani jego kamraci wcale nie czuli się przez to spokojniejsi, nie łudzili się, że nie grozi im niebezpieczeństwo. Wręcz przeciwnie, silny niepokój drążył ich serca, wyczuwali obecność wroga, który — choć był zaledwie o krok — pozostawał świetnie zamaskowany w leśnej gęstwinie.

Labirynt roślinności zagęścił się, w końcu natrafili na barierę chaszczy, przez którą trudno byłoby się przedostać. Panował tam jeszcze większy mrok.

Nagle Katalończyk przykucnął, po czym uskoczył za konar drzewa.

Ledwo dosłyszalny świst przeciął powietrze, a następnie cienka strzała przeleciała przez gęstwinę i utkwiła w gałęzi znajdującej się na wysokości głowy.

— Strzała! — krzyknął Katalończyk. — Uważajcie!

Znajdujący się za nim Carmaux wypalił z muszkietu.

Jeszcze nie przebrzmiało echo wystrzału, gdy pośród leśnej gęstwiny rozległ się przenikliwy jęk bólu.

— Na flaki rekina! Mam cię! — krzyknął Carmaux.

— Uważajcie! — zawołał gromko Katalończyk.

Ponad głowami piratów przeleciało ze świstem kilka długich na czterdzieści cali strzał.

— To tam! W tamtych zaroślach! — krzyknął Carmaux.

Van Stiller, Murzyn i Katalończyk wystrzelili jednocześnie ze swoich muszkietów, lecz nie rozległ się już żaden jęk zwiastujący trafienie, jedynie donośne echo wystrzału poniosło się hen, w głąb lasu.

Jeszcze przez chwilę słychać było trzask łamanych gałęzi, szelest suchych liści, po chwili jednak zapadła zupełna cisza.

— Coś mi się zdaje, że mają już dość — powiedział Van Stiller.

— Cisza, schowajcie się za drzewami! — powiedział Katalończyk.

— Myślisz, że odpuszczą? — zapytał go Czarny Korsarz.

— Słyszałem szelest liści na prawo od ścieżki.

— A zatem to już właściwa zasadzka?

— Tak mi się zdaje, kapitanie.

— Jeśli Van Gould sądzi, że Indianie są w stanie nas powstrzymać, to srogo się myli. Będziemy szli dalej wbrew wszelkim przeszkodom.

— Idźmy przed siebie pod osłoną drzew, panie. Strzały mogą być zatrute.

— Naprawdę?

— Indianie mają w zwyczaju używać zatrutych strzał, zupełnie jak dzikusy znad Orinoko i Amazonki.

— Nie możemy jednak przecież tkwić tu w nieskończoność.

— Wiem, ale jednocześnie nie możemy wystawiać się na ostrzał.

— Panie, chcesz, żebym poszedł na zwiad i zorientował się, czy ktoś nie czai się w zaroślach? — zapytał Murzyn.

— Nie, bo w ten sposób narażasz się na pewną śmierć.

— Kapitanie, posłuchaj! — powiedział Carmaux.

Kilka nut wygranych na piszczałce rozbrzmiało w leśnej gęstwinie. Były to dźwięki melodii smutnej i monotonnej, jednocześnie tak przenikliwe, że rozchodziły się hen, daleko.

— Ciekawe, co mogą sygnalizować? — zastanawiał się na głos Czarny Korsarz, który powoli się już niecierpliwił. — Czyżby zbierali siły i chcieli przypuścić atak?

— Czy mógłbym coś doradzić, kapitanie? — zapytał Carmaux.

— Słucham.

— Przepędźmy tych natrętnych Indian, podpalając las.

— Tyle że wówczas i my możemy spłonąć żywcem. I kto potem ugasi ten pożar?

— W takim razie możemy iść przed siebie, strzelając we wszystkie strony na chybił trafił — zasugerował Van Stiller.

— To jest całkiem dobry pomysł — odpowiedział na to Czarny Korsarz. — Pomaszerujemy w rytm muzyki indiańskich grajków. No dalej, moi dzielni żołnierze, ognia! A ja będę narzucał tempo marszu.

Czarny Korsarz ustawił się na początku pochodu, trzymając szablę w prawej, a pistolet w lewej ręce, za nim zaś ustawili się najpierw dwaj piraci, a za nimi Katalończyk w parze z Murzynem.

Carmaux i Moko wychynęli zza drzew i zaczęli strzelać — pierwszy na prawo, a drugi na lewo. Chwilę później to samo zrobili Katalończyk i Van Stiller. W mgnieniu oka nabili muszkiety, po czym znów narobili piekielnego huku, nie bacząc wcale na zapasy amunicji. Czarny Korsarz tymczasem torował wszystkim drogę, trzebiąc liany i tnąc liście utrudniające przemarsz, jednocześnie zachowując pełną gotowość, by w razie spotkania z Indianami wypalić błyskawicznie z obu pistoletów.

Najwyraźniej ten wściekły hałas zrobił pewne wrażenie na tajemniczych przeciwnikach, bo żaden nie odważył się wyściubić nosa z zarośli. Co prawda wypuścili w kierunku piratów kilkanaście strzał, szczęśliwie jednak żadna z nich nikogo nawet nie drasnęła: niektóre nawet nie dosięgły przeciwników, inne zaś przeleciały im nad głowami.

Już myśleli, że udało im się uniknąć pułapki, kiedy tuż przed nimi z ogromnym trzaskiem runęło potężne drzewo, tarasując im drogę.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller, którego o mały włos nie przygniótł wielki konar. — Pół sekundy i zostałaby ze mnie miazga.

Nie zdążyli dokończyć rozmowy, aż tu nagle rozległ się okropny wrzask i z zarośli ze świstem wyleciała chmara strzał, które utkwiły głęboko w korze drzew.

Czarny Korsarz i jego ludzie padli na ziemię, chroniąc się za pniem zwalonego drzewa, które mogło pełnić rolę barykady.

— Miejmy nadzieję, że tym razem się pokażą — powiedział Carmaux. — Nie było mi jeszcze dane dowiedzieć się, z kim mam do czynienia i spojrzeć w oczy tym natrętnym Indianom.

— Rozproszcie się! — rozkazał Czarny Korsarz. — Jeśli zauważą, że zbiliśmy się w grupę, to spadnie na nas grad strzał.

Drużyna już miała się rozdzielić, chroniąc się za konarami drzew, kiedy nagle w bliskiej odległości odezwały się piszczałki.

— Zaraz tu będą Indianie — powiedział Van Stiller.

— Trzymajcie muszkiety w pogotowiu. Przywitamy ich gradem kul — rozkazał Czarny Korsarz.

— Nie, panie, zaczekaj — powiedział Katalończyk, który od kilku chwil wsłuchiwał się w smutne dźwięki piszczałki. — To nie jest dźwięk bojowy.

— A zatem jaki? Co zatem chcą nam powiedzieć? — zapytał Czarny Korsarz.

— Zaczekaj, panie.

Katalończyk wstał i wyjrzał zza drzewa.

Carramba! To ich wysłannik, piaye plemienia. Właśnie idzie w naszym kierunku — wykrzyknął.

Piaye? Czyli kto?

— Czyli czarownik.

Piraci zerwali się na równe nogi, trzymając w dłoniach muszkiety, albowiem za nic w świecie nie ufali tym ludożercom.

Spośród zarośli wyszedł Indianin, a za nim dwóch grajków.

Był to sędziwy starzec średniego wzrostu, jak zresztą większość wenezuelskich Indian, szeroki w barach, muskularny, o ziemistożółtej karnacji, być może nieco ciemniejszy z racji obyczaju kultywowanego przez Indian, a polegającego na wcieraniu sobie w skórę maści z oleju rybnego, z orzechów kokosowych i arnoty właściwej, co skutecznie chroniło przed ukąszeniami bezlitosnych komarów.

Jego okrągłej i szerokiej twarzy, na której malował się bardziej smutek niźli wściekłość, nie okalała broda, tubylcy bowiem mają w zwyczaju ją sobie wyrywać. Głowę natomiast porastała czarna czupryna o ciemnoniebieskim połysku.

Jako piaye całego plemienia, poza czymś w rodzaju spódnicy z błękitnej wełny miał na sobie całą kopalnię błyskotek i ozdób: naszyjniki z muszelek, pierścionki z rybich ości wykonane z dużą pieczołowitością, bransoletki z kości, zębów, pazurów jaguarów, z dziobów tukanów, z kawałków kryształu górskiego i z litego złota. Na głowie miał diadem z długich piór ary szafirowej, ary ararauny i bażanta złocistego. Jego nos natomiast przetykała rybia ość, długa na prawie cztery kciuki.

Pozostali dwaj też mieli na sobie spódniczki i ozdoby, ale w skromniejszym wydaniu, uzbrojeni byli za to w długie łuki wykonane z drzewa żelaznego113, garść strzał z grotem z kości i z krzemienia oraz w tak zwane butú, czyli długą na ponad czterdzieści cali maczugę zakończoną kolcami i pomalowaną w wielobarwną kratę.

Piaye zatrzymał się w odległości pięćdziesięciu jardów od drzewa, gestem ręki uciszył obu grajków, po czym krzyknął donośnym głosem w bardzo kiepskim hiszpańskim:

— Biali ludzie mnie słuchać!

— Biali ludzie cię słuchać — odpowiedział mu Katalończyk.

— Wy znajdować się na terytorium należącym do plemienia Arawaków. Kto białym dać prawo, by biali naruszać granice naszego lasu?

— Nie mamy żadnego zamiaru niszczyć lasów należących do plemienia Arawaków — odpowiedział mu Katalończyk. — My je tylko przemierzamy, żeby dotrzeć do terenów zamieszkiwanych przez białych ludzi, znajdujących się na południe od zatoki Maracaibo. W stosunku do czerwonych ludzi jesteśmy nastawieni przyjacielsko i nie chcemy wszczynać z nimi wojny.

— Trudno nam uwierzyć w przyjaźń białych ludzi. Czerwoni ludzie już swoje wiedzą. Te dzikie lasy są nasze. Wracajcie więc, skąd przybyliście, albo was wszystkich zjemy.

— Do czorta! — wykrzyknął Carmaux. — Jeśli dobrze zrozumiałem, chcą nas usmażyć na rożnie.

— My nie mamy nic wspólnego z tymi białymi ludźmi, którzy podbili tereny wzdłuż wybrzeża i którzy zniewolili Karaiby. To nasi śmiertelni wrogowie. Przemierzamy te lasy, żeby dorwać garstkę tych, którym udało się uciec — powiedział Czarny Korsarz, wychodząc z ukrycia.

— Ty tutaj dowodzisz? — zapytał piaye.

— Tak, dowodzę oddziałem białych ludzi, którzy mi towarzyszą.

— I podążasz za innymi białymi ludźmi?

— Tak. Bo chcę ich zabić. Przechodzili tędy?

— Widzieliśmy ich. Ale daleko nie zajdą, bo ich zjemy.

— A ja pomogę ci ich zabić.

— A więc żywisz wobec nich nienawiść? — zapytał piaye.

— To są moi wrogowie.

— A zatem możecie ich sobie zabić na wybrzeżu, skoro chcecie, ale nie na terytorium należącym do Arawaków. Biali ludzie, wracajcie albo przystąpimy do walki.

— Powiedziałem ci właśnie, że my nie jesteśmy wrogami czerwonych ludzi. Uszanujemy twoje plemię, twoje szałasy i twoje plony.

— Biali ludzie, wracajcie do siebie! — powiedział payie jeszcze dosadniej.

— Daj się przekonać.

— Powiedziałem, żebyście odeszli, w przeciwnym razie was zabijemy i zjemy.

— Dość tego! Przejdziemy przez ten las na złość tobie i twojemu plemieniu.

— A my do tego nie dopuścimy.

— Mamy broń, która zieje ogniem i grzmi.

— A my mamy zatrute strzały.

— Nasze szable są ostre i sieką niemiłosiernie.

— A nasze butú roztrzaskują najtwardsze głowy.

— Sprzyjasz białym, których ścigamy? — zapytał Czarny Korsarz.

— Nie, ich też zjemy.

— Czyli chcesz wojny?

— Tak, jeśli nie wrócicie tam, skąd przyszliście.

— Wilki morskie! — krzyknął Czarny Korsarz, zeskakując z pnia drzewa z szablą w dłoni. — Pokażmy tym Indianom, że wcale się ich nie boimy. Naprzód!

Na widok wycelowanych muszkietów i piaye, i dwóch grajków natychmiast dało drapaka i schowało się w zaroślach.

Czarny Korsarz zabronił do nich strzelać podczas ucieczki, nie chcąc prowokować starcia. Kroczył odważnie przez las, gotów w każdej chwili przeciwstawić się atakowi dzikiej hordy Arawaków.

Wstąpił w niego na powrót niezłomny duch walki, znów był nieustraszonym piratem z Tortugi, który w przeszłości tyle razy wykazał się odwagą.

Trzymając szablę w prawej dłoni, a pistolet w lewej, prowadził niewielki oddział i torował wszystkim drogę pośród leśnego gąszczu, gotów w każdej chwili stawić czoło nieprzyjaciołom.

Spośród gałęzi wyleciało ze świstem kilka strzał. Van Stiller i Carmaux odpowiedzieli strzałem z muszkietu, tyle że na chybił trafił, albowiem tymczasem spłoszeni Indianie zdążyli pochować się w leśnej gęstwinie, wbrew zuchwałym zapewnieniom plemiennego negocjatora.

Drużyna zaczęła strzelać na oślep na lewo i prawo, w równych minutowych odstępach, ukryty zaś w zaroślach przeciwnik wypuścił ledwie kilka strzał i dzid, które nikogo nawet nie drasnęły. W końcu przedostali się przez najgęstszą część lasu i znaleźli się na polanie, pośrodku której znajdował się niewielki staw. W związku z tym, że słońce chyliło się ku zachodowi i że w zasięgu wzroku nie było już żadnego Indianina, Czarny Korsarz nakazał rozbić się obozem.

— W razie czego tutaj stawimy im czoła — powiedział, zwracając się do towarzyszy wędrówki. — Polana jest wystarczająco rozległa, aby z dużej odległości zauważyć, gdy wróg będzie się zbliżać.

— Trudno byłoby o lepsze miejsce — powiedział Katalończyk. — Indianie są niebezpieczni w leśnych ostępach, ale nie mają odwagi atakować na otwartej przestrzeni, a poza tym przysposobię w taki sposób obozowisko, że nawet gdyby chcieli, to i tak nie dadzą nam rady.

— Chcesz się okopać? — zapytał Carmaux. — To zbyt czasochłonne, mój kataloński przyjacielu.

— Wystarczy ściana ognia.

— Przecież przez nią przeskoczą. To nie jaguary czy kuguary, żeby przestraszyć się kilku pochodni.

— A co powiesz na to? — odparł Katalończyk, pokazując garść jagód pieprzu z Espelette. — Zbierałem podczas wędrówki, mam pełne kieszenie tego cudeńka.

— Bardzo dobrze smakuje razem z mięsiwem, choć strasznie piecze w gardle.

— Przyda się przeciwko Indianom.

— Niby jak?

— Rzucimy je w ogień.

— Czyżby bali się ich skwierczenia?

— Boją się gryzącego dymu z płonących pieprzowych ziaren. Jeśli będą chcieli pokonać barierę ognia, to poczują pieczenie oczu i na parę godzin oślepną.

— Na flaki rekina! Masz zaprawdę diabelskie pomysły!

— Tej sztuczki nauczyli mnie mieszkańcy Karaibów, którzy wykorzystują ten sposób w walce z nieprzyjacielem, jeśli Arawakowie zaatakują, sami się przekonacie, że to zadziała. No już, bierzmy się do roboty! Trzeba zebrać chrust i potem w spokoju możemy na nich czekać.

Rozdział XXVI. Zasadzka Arawaków

Na kolację, zjedzoną zresztą w dużym pośpiechu, uraczyli się kilkoma sucharami i kawałkiem żółwia, który został im ze śniadania. Następnie zaczęli przetrząsać okoliczne knieje, chcąc sprawdzić, czy przypadkiem nie zaczaili się w nich Indianie. Przetrzebili też chaszcze, przeganiając z nich jadowite węże, po czym otoczyli obozowisko pierścieniem ognisk, do których wrzucili garście pieprzu z Espelette, znanego jako niezwykle skuteczny środek przeciw komarom, działający jednocześnie odstraszająco na ludzi i dzikie zwierzęta.

Obawiając się — i zresztą słusznie — że nie spędzą spokojnej nocy, postanowili pełnić straż na zmianę, najpierw dwóch marynarzy i Murzyn, a potem Czarny Korsarz w towarzystwie Katalończyka.

Ci ostatni więc, trzymając nabitą broń w pogotowiu, jako pierwsi udali się na spoczynek, podczas gdy Carmaux i jego kamraci zajęli pozycje poza kręgiem ognia, usadowili się z muszkietami na kolanach i wypatrywali zagrożenia.

W wielkiej dżungli zapadła cisza. Była to jednak cisza, która nie wróżyła niczego dobrego. Wartownicy bowiem wiedzieli z doświadczenia, że Indianie wolą atakować nocą niźli za dnia, po pierwsze dlatego, że w dzień stanowią łatwy cel dla strzelców, po drugie dlatego, że ciemności pozwalają im się zbliżyć z większą łatwością, zwłaszcza w dzikich ostępach.

Sam Carmaux wolałby już słyszeć pomruki jaguarów i ryk pum. Obecność tych mięsożerców byłaby przynajmniej namacalnym dowodem nieobecności czerwonoskórych nieprzyjaciół. Siedzieli tak wokół obozowiska już od dwóch godzin, wpatrując się uważnie w otaczające ich zarośla i wrzucając od czasu do czasu w ogień kilka garści pieprzu. Wtem Afrykańczyk, który miał wyjątkowo czujne ucho, usłyszał lekki szelest, zupełnie jakby ktoś poruszył liśćmi.

— Słyszałeś to, biały kamracie? — zapytał szeptem, nachylając się w stronę Carmaux, który z lubością i z godnym pozazdroszczenia błogim spokojem zaciągał się właśnie kawałkiem cygara znalezionym w kieszeni.

— Nic a nic, mój czarny kamracie — odpowiedział pirat. — Żadnych ropuch, których donośny rechot dorównuje hałaśliwej pracy cieśli okrętowych naprawiających kadłub.

— Twój czarny kamrat słyszał, jak ktoś poruszył gałęzią.

— A zatem twój biały kamrat jest głuchy jak pień.

— O, teraz! Słyszałeś? Złamała się gałąź.

— Ja niczego nie słyszałem, ale jeśli to prawda, co mówisz, ktoś się do nas zbliża.

— Tak, kamracie.

— Kto to może być? Czy mój czarny przyjaciel poza świetnym słuchem nie ma przypadkiem kociego wzroku?

— Widzieć nie widzę niczego, jedynie słyszę, że ktoś się do nas zbliża.

— Jestem gotów do strzału. Siedź cicho i słuchaj.

— Połóż się, biały kamracie, w przeciwnym razie dosięgną cię strzały.

— Dobra rada nie jest zła. Zwłaszcza że nie mam najmniejszej ochoty zdechnąć nafaszerowany trucizną.

Obaj wyciągnęli się jak dłudzy w trawie, dając znak Van Stillerowi, który znajdował się po drugiej stronie, żeby poszedł w ich ślady. Następnie zaczęli nasłuchiwać, nie wypuszczając muszkietów z rąk.

Wszystko wskazywało na to, że ktoś się zbliżał. W odległości ponad pięćdziesięciu jardów, pośród leśnej gęstwiny, co jakiś czas dało się słyszeć szelest liści i odgłos łamanych gałęzi.

Nie ulegało wątpliwości, że nieprzyjaciel chciał ich podejść niepostrzeżenie na taką odległość, która dawałaby mu gwarancję, że wypuszczone przezeń strzały dolecą do celu i trafią przeciwnika.

Schowani w gąszczu Murzyn wraz z piratami siedzieli jak trusie, czekając z wycelowanymi muszkietami, aż nieprzyjaciel im się w końcu pokaże. W pewnym momencie Carmaux aż podskoczył, bo coś mu wpadło do głowy.

— Kamracie — zagaił — myślisz, że są jeszcze daleko?

— Indianie?

— A niby kto?

— Są jeszcze w zaroślach, ale lada chwila, minuta, góra dwie, będziemy ich mieć w zasięgu strzału.

— Tyle mi wystarczy. Van Stiller, rzuć mi swój kaftan i czapkę.

Hamburczyk posłusznie spełnił jego prośbę. Pomyślał, że skoro Carmaux poprosił go o swoje odzienie, z pewnością miał w głowie jakiś plan.

Pirat sam też ściągnął kaftan. Wziął kilka gałęzi, splótł je naprędce ze sobą, a następnie przykrył je kurtkami, a na samej górze położył kapelusze.

— No i zrobione! — rzekł, kładąc się na wznak.

— Mój biały brat to niezły spryciarz — zaśmiał się Murzyn.

— Zrobiłem te kukły, bo inaczej Indianie mogliby wziąć na cel Czarnego Korsarza i Katalończyka. Teraz są bezpieczni, już nic im nie grozi.

— Cicho, kamracie, nadchodzą!

— Jestem gotów. Hej, Van Stiller, dorzuć jeszcze garść pieprzu.

Hamburczyk miał już wstać, lecz szybko schylił głowę. Kilka strzał świsnęło mu koło ucha i wbiło się w kukły nieopodal.

— Cała trucizna na marne, jaka szkoda, moi drodzy — wymamrotał pod nosem Carmaux. — No już, pokażcie się! Zaraz posmakujecie moich ołowianych słodyczy.

Nie widząc oznak życia, Indianie wypuścili kolejną serię strzał, które ponownie utkwiły w kukłach. Następnie najodważniejszy spośród nich wyskoczył z zarośli, trzymając w dłoni ogromną maczugę.

Carmaux podniósł muszkiet i wziął go na muszkę. Już miał nacisnąć spust, gdy pośród rozległego lasu, w odległości kilku mil od miejsca, gdzie się znajdowali, rozległy się nagle cztery strzały, którym towarzyszyły donośne okrzyki.

Indianin błyskawicznie zawrócił, wskakując z powrotem w zarośla, zanim Carmaux zdążył wziąć go znów na cel. Strzały i okrzyki wybudziły z błogiego snu Czarnego Korsarza i Katalończyka, którzy zerwali się na równe nogi jak oparzeni, sądząc, że Indianie przypuścili atak na obozowisko.

— Gdzie oni są? — zapytał Czarny Korsarz, rzucając się przed siebie.

— Kto taki, panie? — zapytał Carmaux.

— Indianie.

— Wzięli nogi za pas i uciekli, zanim dałem im skosztować ołowiu z mojego muszkietu.

— A te krzyki i strzały? Nie słyszysz? O, kolejne trzy!

— To w środku lasu toczą się jakieś walki — powiedział Katalończyk. — Indianie zaatakowali białych ludzi, panie.

— Gubernatora i jego oddział?

— Tak sądzę.

— Byłbym bardzo niepocieszony, gdyby to oni go zabili.

— Ja też, bo nie mógłbym przecież odpłacić za otrzymane cięgi umarlakowi, ale...

— Cicho bądź!

Odgłosy strzałów wciąż niosły się po lesie, oddalając się coraz bardziej od obozowiska piratów. Po krótkiej walce indiańskie plemię tryumfalnym okrzykami ogłosiło zwycięstwo. Potem padł jeszcze jeden strzał i zapadła cisza.

— No i po walce — powiedział Katalończyk, który przysłuchiwał się zajściu z niepokojem. — Ani mi się śni bronić gubernatora, dla którego palcem bym nie kiwnął, ale moi rodacy to zupełnie inna bajka...

— Pewnie chciałbyś wiedzieć, co się z nimi stało, prawda? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tak, kapitanie.

— A ja bym raczej chciał wiedzieć, czy mój śmiertelny wróg żyje, czy nie — odpowiedział pirat ponurym tonem. — Dasz radę nas poprowadzić?

— Panują ciemności, panie, ale...

— Ale?

— Możemy zapalić niektóre gałęzie drzew kauczukodajnych.

— I skierować na nas w ten sposób uwagę Indian.

— To prawda, panie.

— Ale za to możemy się kierować wskazówkami naszych busoli.

— Panie, nie mamy szans stawić czoło setkom tysięcy przeszkód, które czają się w tej puszczy, a...

— Prowadź!

— Widzicie? Tam w gąszczu jest pełno cucuyos, mogą się przydać. Dajcie mi pięć minut. Do mnie, Moko!

Ściągnął beret, po czym wraz z Murzynem skierował się w stronę drzew, wokół których w frenetycznym114 tańcu wirowała gromada punkcików, rozpraszając swym rozjarzonym zielonym światłem nocne otchłanie.

— Co też on kombinuje? — zastanawiał się na głos Carmaux, który nie mógł pojąć zamiaru szalonego Katalończyka. — Cucuyos? Niby co to takiego? Hej, hamburczyku, trzymaj broń w gotowości, bo to może być jakaś zasadzka.

— Bez obaw, przyjacielu. Nie spuszczam ich z oczu, osłonię ich w razie potrzeby.

Gdy Katalończyk dotarł do zagajnika, zaczął skakać to w lewo, to w prawo w pogoni za świetlnymi punkcikami.

Dwie minuty później wrócił do obozowiska, ściskając w dłoniach złożony wpół beret.

— Teraz możemy ruszać w dalszą drogę, mój panie — powiedział, zwracając się do Czarnego Korsarza.

— Ale w jaki sposób...? — zapytał tenże.

Katalończyk włożył jedną rękę do beretu i wyciągnął lśniącego jasnozielonym światełkiem owada. Rzucana przez niego poświata rozpraszała ciemności na wcale niemałą odległość.

— Zróbmy tak, jak tubylcy, i przywiążmy sobie do nóg dwa cucuyos. A światło, którym emanują, pozwoli nam przedostać się nie tylko przez liany i korzenie tarasujące drogę, lecz także uniknąć spotkania z niebezpiecznymi wężami, które kryją się pośród liści. Macie ze sobą sznurek?

— Prawdziwy marynarz się z nim nie rozstaje — odrzekł Carmaux. — Ja się tym zajmę.

— Tylko nie przywiąż ich zbyt mocno.

— Bez obaw, Katalończyku. Robaczków mamy pod dostatkiem.

Carmaux, wspomagany przez Van Stillera, wyciągał delikatnie cucuyos i przywiązywał je parami do kostek swoich towarzyszy, zachowując przy tym dużą ostrożność, w obawie, że mógłby skrzywdzić te wdzięczne stworzenia. Uporał się z tym zadaniem — skądinąd wcale niełatwym — w ciągu pół godziny. I w końcu każdy z członków wyprawy był wyposażony w te dziwaczne żywe latareczki.

— Przedni pomysł! — powiedział Czarny Korsarz.

— Sprawdzony przez tubylców — odpowiedział Katalończyk. — Dzięki nim ominiemy wszystkie napotkane na naszej drodze przeszkody.

— Jesteście gotowi?

— Zwarci i gotowi! — odpowiedział Carmaux.

— A zatem naprzód! Tylko nie róbcie hałasu.

Ruszyli przed siebie, gęsiego, dziarskim krokiem, stąpając ostrożnie i patrząc pod nogi.

Cucuyos były jak znalazł, ułatwiały wędrowcom przemarsz przez dziką puszczę, pomagały im dostrzec nie tylko wijące się liany i wystające z ziemi korzenie, lecz także nocne owady. Spośród wszystkich występujących w przyrodzie gatunków świetlików właśnie te są najwspanialsze i największe. Wytwarzane przez nie światło jest tak silne, że pozwala czytać z odległości ponad dwunastu cali.

Młode owady promieniują światłem jasnoniebieskim, wraz z wiekiem natomiast kolor ten ulega zmianie i przechodzi w niezwykle efektowną bladą zieleń. Lekko świecą również składane przez samice jaja.

W wyniku interesujących badań przeprowadzonych na Pyrophorus noctilucus — bo tak brzmi naukowa nazwa tych świetlików — a mających na celu bliższe poznanie narządów odpowiedzialnych za wytwarzanie tak intensywnego światła, okazało się, że składają się na nie trzy usytuowane w przedniej części tułowia płytki i jedna ukryta w brzuchu, a substancją generującą światło jest rozpuszczalny w wodzie albuminoid, który krzepnie w kontakcie z ciepłem.

Wyciągnięte z ciała owada narządy nie przestają świecić przez pewien czas. Swoje właściwości świetlne zachowują nawet zasuszone czy sproszkowane — wystarczy je wówczas polać odrobiną czystej wody.

Piraci kontynuowali swój szybki marsz. Przedzierali się niestrudzenie przez chaszcze i gąszcze, szli pod girlandami lian, pokonywali labirynt uformowany przez ogromne korzenie i przeskakiwali przez powalone konary drzew, które zakończyły swój żywot ze starości lub na skutek uderzenia pioruna. Strzały ucichły. Gdzieś w oddali co jakiś czas rozbrzmiewały okrzyki, po czym na krótko milkły, by po chwili wybuchnąć ze zdwojoną siłą i zaraz potem na powrót ucichnąć. Raz po raz słychać było melodię piszczałek i głuchy odgłos wydawany przez coś w rodzaju bębenka.

Wszystko wskazywało na to, że walka dobiegła końca, a plemię rozbiło obozowisko w jakimś oddalonym zakątku niezmierzonej puszczy z zamiarem świętowania odniesionego zwycięstwa i delektowania się makabryczną ucztą — trzeba wiedzieć, że ówcześni wenezuelscy Indianie, zwłaszcza plemiona Karaibów i Arawaków, mieli w zwyczaju pożerać swoich więźniów i zabitych w walce przeciwników.

Katalończyka zżerała ciekawość, żeby dowiedzieć się, jaki los spotkał jego pobratymców, coraz to bardziej przyśpieszał więc kroku. Nie martwił go z kolei wcale los gubernatora, jego bowiem nawet chętnie zobaczyłby nadzianego na rożen i skwierczącego nad ogniem, ale jego rodacy to co innego. Szedł więc coraz szybciej, w obawie, że któryś z nich mógł wpaść w ręce tych ludożerców, a jednocześnie z nadzieją, że uda mu się dotrzeć do nich na czas i przynieść im wybawienie.

Okrzyki były już dość blisko, gdy nagle idący obok Katalończyka Carmaux, chcąc ominąć lianę, spojrzał w górę i potykając się o coś masywnego, runął jak długi na ziemię, zgniatając przy tym przywiązane do kostek cucuyos.

— Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — zaklął, powoli się podnosząc. — Przecież to trup!

— Trup! — zawtórowali mu Katalończyk i Czarny Korsarz, nachylając się ku ziemi.

— Spójrzcie tylko!

Na ziemi, pośród zbutwiałych liści i korzeni, leżał postawny Indianin w ciemnoniebieskiej opasce biodrowej. Jego głowę — rozpołowioną ostrzem szabli — zdobiło papuzie pióro, a w klatce piersiowej najpewniej tkwiła kula. Śmierć musiała nastąpić nie tak dawno, jego rana bowiem broczyła jeszcze świeżą krwią.

— Być może walki rozegrały się właśnie tutaj — powiedział Katalończyk.

— Wszystko na to wskazuje — potwierdził przypuszczenie Van Stiller. — Nieopodal widzę maczugi i tkwiące w konarach drzew strzały.

— Zobaczmy, czy nie ma tu gdzieś moich rodaków — powiedział z przejęciem Katalończyk.

— To strata czasu — powiedział Carmaux. — Jeśli kogoś zabili, to teraz jest już opiekany na rożnie.

— Być może jednak komuś, kto został ranny, udało się ukryć w leśnym gąszczu.

— Szukajcie zatem! — powiedział Czarny Korsarz.

Katalończyk, Murzyn i Van Stiller zaczęli przeczesywać zarośla, po cichu nawołując, lecz nikt im nie odpowiedział.

Natrafili natomiast na kolejnego indiańskiego trupa, któremu dwie kule przeszyły serce. Poza tym znaleźli maczugi, łuk i kołczan ze strzałami.

Upewnili się, że nikogo żywego tam nie było, i ruszyli przed siebie.

Plemienne okrzyki były coraz bliżej. Na ich podstawie zakładali, że w ciągu kwadransa szybkiego marszu dotrą do obozowiska ludożerców.

Wszystko rzeczywiście wskazywało na to, że Arawakowie świętowali zwycięstwo, albowiem okrzykom towarzyszyła radosna melodia wygrywana na piszczałce.

W końcu leśna gęstwina zaczęła się przerzedzać, w prześwitach liści i gałęzi dostrzegli wznoszący się wysoko ku górze snop światła.

— Czyżby Indianie? — zapytał Czarny Korsarz, zatrzymując się.

— Tak — potwierdził Katalończyk.

— Rozłożeni obozem wokół ogniska?

— Tak, ale co oni tam smażą na tym ogniu? — zapytał wzburzony Katalończyk.

— Pewnie któregoś z jeńców.

— Tego się właśnie obawiam, panie.

— Co za łotry — wyszeptał pod nosem Czarny Korsarz, którego przeszedł dreszcz przerażenia. — Za mną, przyjaciele, zobaczymy, czy Van Gould wywinął się z objęć śmierci, czy też dosięgła go za jego przewiny surowa ręka sprawiedliwości.

Rozdział XXVII. Strzały i pazury

Kiedy piraci dotarli do rzędu drzew, za którym roztaczało się obozowisko Indian, ich oczom ukazał się makabryczny widok.

Wokół olbrzymiego paleniska siedziały dwa tuziny Arawaków, którzy z niecierpliwością czekali na chwilę, gdy w końcu będą mogli rozpocząć biesiadę i najeść się do syta, pałaszując smakowicie rumieniące się na długim rożnie pieczyste. Nie byłoby w tym nic wstrząsającego, gdyby głównym daniem było mięso dzikich zwierząt — tapira115 czy jaguara. Tymczasem na rożnie obracały się dwa ludzkie trupy, prawdopodobnie Hiszpanie z oddziału Van Goulda. Dwaj opiekani nieszczęśnicy, którzy zaraz mieli trafić do żołądków tych odrażających dzikusów, byli już dobrze przyrumienieni, a ich ciała skwierczały, roznosząc po okolicy mdły zapach, który z kolei przyjemnie nęcił nozdrza okrutnych biesiadników.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux, którego przeszła gęsia skórka. — Aż trudno uwierzyć, że są ludzie, którzy żywią się ludźmi! Brak mi słów! Co za zwierzęta!

— Czy jesteś w stanie powiedzieć, kim są ci dwaj pechowcy? — zapytał Czarny Korsarz Katalończyka.

— Tak, mój panie — odparł Katalończyk zduszonym ze wzruszenia głosem.

— To ludzie Van Goulda?

— Tak, to dwóch żołnierzy, nie mam co do tego wątpliwości, choć ogień zniekształcił już ich twarze.

— Co zatem radzisz zrobić?

— Mój panie — powiedział Katalończyk, posyłając w stronę Czarnego Korsarza błagalne spojrzenie. — Czy chciałbyś wydrzeć ich ze szponów tych okrutników i zapewnić im godny pochówek?

— Ale to naraziłoby nas na niebezpieczeństwo. Arawakowie by nam tego nie odpuścili.

— Niestraszne mi te dzikusy — powiedział z dumą Czarny Korsarz. — Poza tym to tylko dwa tuziny.

— Być może na ucztę sprosili swoich współplemieńców. Nie sądzę, żeby sami byli w stanie zjeść dwóch ludzi.

— Zanim więc zjawią się tu pozostali goście, my zdążymy pochować twoich rodaków. Carmaux i Van Stiller, macie świetne oko, nie chybcie więc celu.

— A ja się rozprawię z tym olbrzymem, który właśnie doprawia pieczeń ziołami — odpowiedział Carmaux.

— Tymczasem ja — odrzekł hamburczyk — rozłupię czaszkę temu, który opieka na widłach pieczeń.

— Ognia! — padł rozkaz Czarnego Korsarza.

Dwa wystrzały przerwały panującą w dziewiczym lesie ciszę. Olbrzymi Indianin opadł na rożen, ten zaś, który trzymał widły, osunął się na ziemię z rozłupaną od kuli czaszką.

Arawakowie zerwali się na równe nogi, chwytając za maczugi i łuki. Zaskoczeni nagłym atakiem, nie bardzo wiedzieli, jak się bronić. Zdezorientowanie przeciwników wykorzystali Katalończyk i Moko, którzy nabili ponownie broń i wystrzelili, kładąc trupem dwóch kolejnych dzikusów. Na widok śmiertelnie postrzelonych współplemieńców Arawakowie porzucili w popłochu tak długo wyczekiwane pieczyste i uciekli w poszukiwaniu schronienia w leśnej gęstwinie.

Piraci już mieli rzucić się za nimi w pogoń, gdy wtem usłyszeli dobiegające z oddali okrzyki.

— Do stu rekinów! — wykrzyknął Carmaux. — To cała horda ich współplemieńców.

— Szybko! — krzyknął Czarny Korsarz. — Jeśli nie zdążymy ich pogrzebać, schowajcie trupy w krzakach. Później po nich wrócimy.

— Ale oni ich znajdą po zapachu smażonego mięsa — powiedział Van Stiller.

— Zrobimy, co w naszej mocy.

Katalończyk wybiegł do przodu, doskoczył do rożna i energicznym ruchem przewrócił go na ziemię, a Van Stiller siarczystymi kopniakami rozrzucał dookoła żagwie z paleniska. Tymczasem Moko i Carmaux zaczęli w pośpiechu kopać dół w mokrym podłożu, podczas gdy Czarny Korsarz stał na straży ukryty w zaroślach.

Okrzyki Indian były coraz bliższe. Zaalarmowana wystrzałami część plemienia podążającego śladami Van Goulda postanowiła przybyć z odsieczą współplemieńcom, którzy zostali na tyłach i przygotowywali makabryczną ucztę. Przeczesując okoliczny teren, Czarny Korsarz usłyszał odgłos łamanych gałęzi, co nasunęło mu przypuszczenie, że biesiadnicy wcale nie uciekli, lecz ukryli się w zaroślach i szykują się do kontrataku. Wrócił więc natychmiast do swoich kamratów i rzekł:

— Uciekajmy stąd, bo inaczej za pięć minut zwali nam się na głowę całe plemię.

— Zrobione, kapitanie — powiedział Carmaux, ugniatając nogami ziemię, pod którą znaleźli spoczynek żołnierze z oddziału Van Goulda.

— Panie — zwrócił się Katalończyk do Czarnego Korsarza. — Jeśli zaczniemy uciekać, na pewno ruszą za nami w pogoń. Schowajmy się tam, pośród tamtego listowia na pewno nas nie zauważą — powiedział, wskazując rosnące nieopodal drzewo, które było tak duże, że samo mogłoby wystarczyć za las.

— Spryciarz z ciebie, kamracie — powiedział Carmaux. — Za mną, marynarze!

Najpierw Moko, a zaraz za nim Katalończyk i piraci rzucili się biegiem w stronę tego leśnego olbrzyma, chcąc jak najszybciej schronić się w jego gałęziach.

Tym drzewem była summameira (Eriodendron summauma), jedno z największych rosnących na terenach Gujany i Wenezueli drzew. Od jego pni odchodzą liczne gałęzie, sękate i bardzo długie, pokryte białą korą i gęstym listowiem. Wspierają się one na tak zwanych korzeniach przybyszowych, dzięki którym z łatwością można było dosięgnąć gałęzi, kontynuując dalej wspinaczkę nawet na wysokość ponad stu sześćdziesięciu stóp.

Carmaux usadowił się na rozwidlonej gałęzi. Wtem poczuł, że ta zaczęła się kołysać, zupełnie jakby ktoś usiadł na drugim jej końcu.

— To ty, Van Stiller? — zapytał. — Czy mam przez ciebie spaść i skręcić sobie kark? Niewiele trzeba, żeby pogruchotać sobie kości.

— Przecież Van Stiller siedzi nade mną — odparł Czarny Korsarz.

— W takim razie kto tak kołysze? Czyżby jakiś sprytny Indianin też postanowił się tu schronić?

Rozejrzał się dookoła i w odległości kilkunastu kroków, pośród liści rosnących na drugim końcu gałęzi, zobaczył dwa zielonkawożółte, lśniące punkciki.

— Do stu par fur beczek, furgonów, batalionów! — wykrzyknął Carmaux. — Co to za zwierzę dotrzymuje nam towarzystwa? Hej, Katalończyku, spójrz no tu tylko i powiedz mi, do kogo też mogą należeć te ślepia, które się we mnie tak namiętnie wpatrują.

— Jakie znowu ślepia?! — zdumiał się Katalończyk. — Czy na tym drzewie siedzi jakieś zwierzę?

— Owszem — powiedział Czarny Korsarz. — Coś mi się zdaje, że mamy nieciekawe towarzystwo.

— A Indianie zaraz tu będą — powiedział Van Stiller.

— Rzeczywiście, widzę te ślepia — odpowiedział Katalończyk, który właśnie się podniósł. — Trudno mi jednak orzec, czy należą do jaguara, czy kuguara.

— Jaguara?! — krzyknął Carmaux, któremu ciarki przerażenia przeszły po plecach. — Jeszcze tylko tego brakuje, żeby skoczył mi teraz na głowę, strącając mnie z drzewa wprost na głowy Arawaków.

— Cisza! — powiedział Czarny Korsarz. — Nadchodzą.

— A co mam zrobić z tym zwierzęciem, które się do mnie zbliża? — powiedział zdjęty strachem Carmaux.

— Być może nie odważy się nas zaatakować i odpuści. Nie ruszaj się albo nas zauważą.

— Tak jest, panie kapitanie, dam się zjeść, byleby tylko was uratować.

— Nie obawiaj się, Carmaux. Mam kordelas w pogotowiu.

— Cicho! Są! — powiedział Katalończyk.

Indianie nadbiegli, krzycząc jak opętani. Było ich około osiemdziesięciu, a może nawet więcej. Wszyscy byli uzbrojeni w maczugi, łuki, niektórzy trzymali w dłoniach dzidy.

Zatrzymali się na polanie, na której dogasały rozrzucone przez Van Stillera żagwie. Kiedy jednak zamiast oczekiwanego pieczystego znaleźli swoich poległych współplemieńców, miny im zrzedły, a twarze wykrzywiły się w grymasie niepohamowanej złości.

Zrobił się straszny rwetes, tubylcy krzyczeli wniebogłosy, wyładowywali swój gniew, siekąc z rozmachem rosnące dookoła drzewa i czyniąc potworny hałas, wypuszczali z łuków na oślep strzały, które lądowały w zaroślach i dziurawiły liście palm daktylowych, budząc strach w ukrytych nieopodal piratach.

Gdy trochę ochłonęli, rozproszyli się po okolicy z nadzieją, że odnajdą zabójców swoich współplemieńców i tym samym zapewnią sobie nowy obiad, które zastąpiłby im ten zaginiony w tajemniczych okolicznościach.

Ukryci w konarach summameiry piraci siedzieli cicho jak myszy pod miotłą i wstrzymywali oddech, pozwalając ludożercom wyrzucić z siebie całą złość. Niepokoiła ich jednak obecność przeklętego zwierzęcia, które też postanowiło się schować w konarach olbrzymiego drzewa. Obawiał się go zwłaszcza Carmaux, który znajdował się najbliżej drapieżnika i który widział pośród liści wpatrujące się w niego lśniące zielonkawożółte ślepia. Drapieżnik ten — nieważne już czy jaguar czy kuguar — póki co zastygł w bezruchu. Trudno było jednak przewidzieć, co zrobi, mógł przecież rzucić się w jednej chwili na pirata, co z pewnością nie uszłoby uwadze skradających się w okolicy Indian.

— Przeklęte zwierzę! — wyszeptał Carmaux, który wiercił się niespokojnie na gałęzi. — Ani na chwilę nie spuszcza mnie z oczu. Katalończyku, czy mógłbyś mnie oświecić, w czyim żołądku zakończę swój żywot, kiedy bestia postanowi już się na mnie rzucić?

— Cicho bądź, bo inaczej nas usłyszą Indianie! — odpowiedział siedzący pod nim Katalończyk. — Po diabła nam było przejmować się tą makabryczną ucztą! Trzeba było pozwolić dzikusom zjeść posiłek w spokoju. Przecież życia to truposzom i tak nie wróci. Choć ich pochowaliśmy jak Bóg przykazał, i tak już nigdy nie będą żuć tytoniu ani nie zjedzą befsztyka! A poza tym...

Urwał zdanie w połowie na odgłos łamanej gałęzi. Spojrzał z przerażeniem na drapieżnika, któremu najwyraźniej zrobiło się niewygodnie i postanowił trochę rozprostować kości.

— Panie kapitanie, coś mi się zdaje, że zaraz zaspokoi mną swój głód.

— Nie ruszaj się! — upomniał go Czarny Korsarz. — Przecież ci powiedziałem, że mam w dłoni szablę.

— Nie mam wątpliwości, że nie ujdzie z życiem, jednak...

— Cisza, pod nami kręci się dwóch Indian.

— Jakże bym chciał im zrzucić na głowy tego nieznośnego kocura.

Spojrzał w kierunku końca gałęzi. Zwierzę wyglądało, jakby przygotowywało się do skoku.

„Czyżby chciał sobie pójść?” — pomyślał, ciężko oddychając. „Czas najwyższy, żeby zmienił miejsce”.

Spojrzał w dół i zobaczył dwa krążące wokół drzewa cienie. Indianie zaglądali pod korzenie, pod którymi mogło schować się wielu ludzi.

— To się źle skończy — wyszeptał pod nosem.

Dwaj Indianie stali przez chwilę u podnóża drzewa-olbrzyma, po czym zrezygnowali i oddalili się, ginąc w leśnym gąszczu. Współplemieńcy musieli być już daleko, bo ich odgłosy stawały się coraz cichsze.

Czarny Korsarz odczekał dłuższą chwilę, a następnie, kiedy już na dobre ucichły wszelkie odgłosy i rwetes i kiedy upewnił się, że Arawakowie oddalili się już definitywnie, powiedział do Carmaux:

— Potrząśnij gałęzią.

— Co chcesz robić, kapitanie?

— Pomóc ci się pozbyć tego niemiłego towarzystwa. Van Stiller, trzymaj szablę w pogotowiu.

— Ja też jestem gotów, kapitanie — odparł Moko, który chwycił muszkiet za lufę i stanął na gałęzi.

— Strącę tego kocura jednym ciosem — dodał z przekonaniem.

Gdy Carmaux zobaczył, że może liczyć na wsparcie kamratów, od razu poczuł się pewniej i zaczął skakać po gałęzi i zaczął gwałtownie skakać po gałęzi, potrząsając liśćmi.

Zwierzę natomiast, gdy poczuło się zagrożone i zrozumiało, że czyhają na jego życie, głucho zamruczało, po czym zaczęło prychać jak rozwścieczony kot.

— Śmiało, Carmaux — powiedział Katalończyk. — Jeśli nie atakuje, to znaczy, że obleciał go większy strach niż ciebie. Potrząśnij porządnie tym kawałkiem drewna i się go pozbądź! No już!

Pirat uchwycił się wiszącej nad jego głową gałęzi i zaczął skakać szybciej.

Zwierzęciu zaś wcale a wcale nie przypadło do gustu to bujanie, a swoje niezadowolenie okazywało coraz głośniejszym prychaniem i miauczeniem.

W obawie przed utratą równowagi i upadkiem pruło gałąź pazurami, szukając miejsca, którego mogłoby się uczepić. Jego rozbiegane spojrzenie zdradzało silny strach.

Obawiając się, że nie spadnie wcale na cztery łapy, kot zdecydował się na groźny i ryzykowny ruch. Nastroszył się, przyczaił i jednym susem przeleciał nad głową Katalończyka na znajdującą się pod nim gałąź, po czym skoczył w kierunku pnia, po którym zamierzał zbiec na sam dół.

W tej samej chwili Afrykańczyk zamachnął się z całej siły i uderzył kolbą muszkietu skaczące zwierzę, które ogłuszone ciosem spadło na ziemię martwe.

— Nie żyje? — zapytał Carmaux.

— Nawet nie zdążył zajęczeć z bólu — odparł z uśmiechem Moko.

— To był jaguar? Coś mi się wydaje za mały jak na przedstawiciela tych krwiożerczych bestii.

— Niepotrzebnie się bałeś — powiedział Afrykańczyk. — Wystarczyło zdzielić go solidnie w łeb kijem.

— Powiesz mi w końcu, co to za zwierzę?

— Margaj.

— Pierwszy raz słyszę.

— Przypomina jaguara, ale to tylko duży kot — powiedział Katalończyk. — Poluje na małpy i ptaki, to drapieżnik, ale nie odważy się zaatakować człowieka.

— O ty draniu! — wykrzyknął Carmaux. — Gdybym to wiedział wcześniej, to bym go złapał za ogon. Jeszcze pożałujesz, zobaczysz, najadłem się przez ciebie tyle strachu. Ale w sumie nie ma tego złego... dobrze wypieczone koty są nawet smaczne.

— No proszę. Kotojad się znalazł!

— Dam ci spróbować, mój przyjacielu, i wtedy zobaczymy, czy będziesz się krzywił.

— Być może nie będę grymasić, biorąc pod uwagę, że mamy niedobór zapasów, a droga, którą podążamy, wcale nie obfituje w zwierzynę.

— Skąd wiesz? — zapytał Czarny Korsarz.

— To bagnisty las, mój panie, najtrudniejsze miejsce podczas przeprawy przez dżunglę.

— Jak wielki?

— Rozciąga się aż po Gibraltar.

— Ile czasu zajmie nam jego pokonanie? Chciałbym znaleźć się w Gibraltarze, zanim tam dotrze Franciszek l’Olonnais.

— Powinniśmy pokonać las w cztery czy pięć dni.

— Damy radę dotrzeć na czas — powiedział Czarny Korsarz, jakby rozmawiał sam ze sobą. — Byłoby dużą nieostrożnością wyruszyć teraz w dalszą drogę.

— Indianie nie oddalili się jeszcze wystarczająco, kapitanie. Radziłbym spędzić dzisiejszą noc na drzewie.

— A tymczasem Van Gould będzie coraz dalej...

— Jestem pewien, mój panie, że w bagnistym lesie go dogonimy.

— Obawiam się, że on może dotrzeć do Gibraltaru przede mną. I że znów wymknie mi się z rąk.

— Jak już będę w mieście, wtedy nie spuszczę go z oczu ani na chwilę. Trudno, żebym zapomniał o tych dwudziestu pięciu razach, którymi poczęstowano mnie na jego rozkaz.

— Co chcesz przez to powiedzieć? Co to znaczy „jak już będę w mieście”?

— Że przekroczę bramy Gibraltaru przed wami i że dopilnuję, żeby ci nie uciekł.

— Jakim cudem wejdziesz do twierdzy?

— Mój panie, z całym szacunkiem, ale jestem Hiszpanem — odpowiedział z nutką powagi w głosie Katalończyk.

— I co w związku?

— Mam nadzieję, że pozwolisz mi umrzeć u boku moich kamratów i że nie zmusisz mnie, żebym walczył z tobą przeciwko Hiszpanii.

— Czyli jednak nie zmieniłeś zdania i nadal chcesz bronić Gibraltaru...

— Wziąć udział w jego obronie, kapitanie.

— Życie ci niemiłe?! Dobrze wiesz, że wszystkich Hiszpanów z Gibraltaru czeka śmierć.

— Owszem, ale przynajmniej umrą z bronią w ręku, broniąc chwały i flagi swojej dalekiej ojczyzny — powiedział Katalończyk ze wzruszeniem w głosie.

— To prawda, jesteś uczciwym człowiekiem — odpowiedział Czarny Korsarz i westchnął. — A zatem dobrze: wejdziesz do fortu, zanim piraci zaatakują miasto i będziesz walczyć u boku swoich rodaków. Van Gould jest Flamandczykiem, ale Gibraltar należy do Hiszpanów.

Rozdział XXVIII. Napastliwi krwiopijcy

Noc upłynęła spokojnie. Właściwie nic nie zakłóciło smacznego snu piratów odpoczywających w rozgałęzionych konarach olbrzymiej summameiry. Może tylko raz zrobiło się groźnie, gdy niewielki oddział Arawaków, stanowiący być może straż tylną całego plemienia, przeszedł tuż pod drzewem. Tubylcy nie zauważyli jednak piratów i pomaszerowali dalej na północ.

Czarny Korsarz długo wsłuchiwał się w odgłosy dochodzące z lasu. Kiedy w końcu zaległa cisza, która upewniła go, że nie grozi im już żadne niebezpieczeństwo, zarządził więc, by zejść z drzewa i udać się w dalszą drogę.

Carmaux z kolei ani przez chwilę nie zapomniał o margaju, przez którego najadł się tyle strachu. Znalazł go leżącego pod krzakiem. Upadek z dużej wysokości pogruchotał zwierzęciu wszystkie kości, a roztrzaskaną czaszkę zawdzięczał uderzeniu kolbą muszkietu przez Moko.

Pod względem umaszczenia zwierzę przypominało jaguara. Przypominało go także kształtem, tyle że miało mniejszą głowę, krótką, szczeciniastą sierść i długi na ponad trzydzieści cali tułów.

— Ty kanalio! — wycedził przez zęby krzyknął Carmaux, chwytając drapieżnika za ogon i zarzucając go sobie na plecy. — Gdybym wiedział wcześniej, że to taki brzdąc, to dostałby kopniaka i poleciał hen, wysoko. Ale nic to. Zemszczę się inaczej — upiekę go na rożnie i zjem.

— Pośpieszcie się! — powiedział Czarny Korsarz. — Za dużo czasu straciliśmy na tych dzikusów.

Katalończyk rzucił okiem na busolę otrzymaną w prezencie od Van Stillera, po czym ruszył przed siebie, torując sobie drogę pośród lian, korzeni i krzaków.

Dżungla była wszędzie tak samo gęsta, rosły w niej palmy miriti o masywnych pniach, z których wyrastały ostre kolce rozdzierające pirackie ubrania, a także cekropki, których układ gałęzi przypominał kształtem kandelabr.

Od czasu do czasu można było zobaczyć wspaniałe jupati, inny rodzaj palmy o pierzastych liściach, które osiągają długość pięćdziesięciu stóp, a których pień ledwo co liczy kilkanaście stóp wysokości. Niekiedy mijali też rosnące w grupie bussu, zwane także manicariami, których liście o postrzępionych obrzeżach upodabniających je do karbowanej piły były twarde jak ze stali. Ich długość dochodziła do trzydziestu sześciu metrów. Można było tam spotkać pupunha, gatunek palm, które wydają bardzo smaczne, rosnące w kiściach owoce.

W tej części dżungli prawie nie było zwierząt, małpy omijały te okolice szerokim łukiem, a ptaki były rzadkością, zwłaszcza kolorowo upierzone papugi, podobną rzadkością były też tukany o czerwono-żółtych dziobach i ognistoczerwonych tułowiach. Czasem można było usłyszeć wysoki i piskliwy odgłos tangary, ptaszka o niebieskich piórach i pomarańczowo-czerwonym podbrzuszu.

Minęły trzy godziny marszu, a po tubylcach ani śladu. W końcu piraci zauważyli, że dżungla zaczyna się zmieniać; palmy rosły coraz rzadziej, ustępując miejsca pękatym iriartree, roślinom wodolubnym; tatarakom, bombaxom, drzewom o porowatym, miękkim i białym drewnie, z wyglądu przypominającym ser, stąd nazywanych także serownikami; skupiskom mangli, które wydają słodkie soczyste owoce o smaku pistacji terpentynowej; całym skupiskom orchidei, paprociom, których korzenie korzenie wiszą w powietrzu prostopadle do ziemi oraz całym połaciom przepięknych bromelii obficie obsypanych szkarłatnym kwieciem.

Spękane i twarde podłoże ustępowało miejsca terenom podmokłym, powietrze zaś przesiąknięte było wilgocią. Suchy las przeobrażał się w las wilgotny, o wiele bardziej niebezpieczny, w nim bowiem czaiła się gorączka, której skutki mogą się okazać fatalne i zgubne nawet dla zaaklimatyzowanych tubylców. Głęboka cisza panowała w tym zakątku tropikalnej puszczy, zupełnie jakby wszechobecna wilgoć wypędziła raz na dobre wszystkie ptaki i dzikie zwierzęta. Żadnych odgłosów małp, żadnego śpiewu ptaków, żadnego najmniejszego ryknięcia pumy czy miauknięcia jaguara.

Wyczuwało się w tej ciszy jednak pewien smutek, miała w sobie coś złowróżbnego, coś, co przepełniało niepokojem nawet nieustraszonych piratów z Tortugi.

— Do stu rekinów! — wykrzyknął Carmaux. — Zupełnie jakbyśmy szli przez ogromny cmentarz.

— Z tą różnicą, że jest to cmentarz zalany wodą — dodał Van Stiller. — Czuję, że ta wilgoć przenika mi kości.

— Może to już początek gorączki bagiennej?

— Jeszcze tylko tego by nam brakowało — powiedział Katalończyk. — Jeśli kogoś z nas dosięgnie, to żywy stąd nie wyjdzie.

— Mnie żadne licho nie bierze! — odpowiedział hamburczyk. — Bagna na Jukatanie mnie zahartowały, a dobrze wiesz, że one powodują vomito prieto116. Nie straszna mi gorączka. Jeśli się czegoś boję, to braku dziczyzny.

— Zwłaszcza teraz, kiedy powoli zaczyna nam brakować prowiantu — dodał Afrykańczyk.

— Drogi kamracie — krzyknął Carmaux — czyżbyś zapomniał, że mamy kocura?! Przecież to pokaźna sztuka mięsa.

— Długo nie wytrzyma — odpowiedział Murzyn. — Jeśli nie zjemy go dzisiaj, to zgnije na skutek tej wilgoci i będziemy musieli go wyrzucić.

— Znajdziemy na pewno coś innego na ząb.

— Ty nie znasz tych wilgotnych lasów.

— Upolujemy ptaki.

— Nie ma tu ptaków.

— No to na pewno są jakieś czworonogi.

— Czworonogów też tu nie ma.

— To poszukamy owoców.

— Tu nie ma roślin, które owocują.

— Na pewno znajdziemy jakiegoś kajmana.

— Nie ma tu sawanny. Są tylko węże.

— No to będziemy jeść węże.

— Ach, kamracie. Co za głupstwa pleciesz!

— Do stu rekinów! Z braku innego pożywienia usmażymy je i zjemy, udając, że to węgorze.

— Fu!

— No proszę, co za kapryśny Murzyn! — zirytował się Carmaux. — Zobaczymy, co powiesz, gdy zgłodniejesz.

Tak się przekomarzając, szli dalej szybkim krokiem poprzez wilgotne tereny, ponad którymi unosiła się falująca mgła pełna niebezpiecznych wyziewów.

Intensywną duchotę wyczuwało się także pod kopułą roślinności. Wyciskał on z piratów siódme poty. Wylewał się z nich wszystkimi porami, wsiąkając w ich ubrania i niszcząc w dodatku ich broń, Carmaux nawet zwątpił, czy na wypadek zagrożenia lub ataku wroga jego broń będzie jeszcze w ogóle zdolna do użytku i czy wypali.

Od czasu do czasu zagradzały im drogę niezliczone rozlewiska, w których zalegała brudna i śmierdząca ciecz, gęsto porośnięte wodną roślinnością — niejakimi agoa redonda, jak nazywali je hiszpańscy kolonizatorzy. Czasami natomiast musieli zwolnić kroku i zatrzymać się przed tak zwanym igarapé, czyli kanałami rzecznymi połączonymi z potokiem lub rzeczką. Tracili przy tym dużo czasu na przeprawę, szukali utwardzonej ścieżki i obawiali się, że zdradzieckie bagna mogłyby ich pochłonąć.

Wzdłuż brzegów nie było żadnego ptactwa, nie brakowało natomiast wszelkiej maści gadów, które czekały, aż zapadnie zmrok, żeby móc zapolować na ropuchy lub żaby. Jadowite żararaki o małej spłaszczonej głowie leżały skulone pod krzakami lub wylegiwały się na słońcu; małe kobry cipo, a także węże kaniana, które wpełzają do szałasów indiańskich i zachłannie wysysają z piersi karmiących Indianek mleko. Nie brakowało też węży coralli, od których ukąszenia następuje błyskawiczna śmierć i na których jad jak dotąd nie wynaleziono antidotum. Z tą trucizną nie wygra nawet wywar z calupo diavolo, który zwykle wystarcza, żeby pokonać jad innych gadów.

Te paskudne gady napełniały piratów odrazą, ostrożnie więc stąpali, aby uniknąć śmiertelnego ukąszenia.

W samo południe, zmorzeni długim marszem, postanowili zrobić postój, choć nie udało im się odnaleźć śladu Van Goulda i jego oddziału.

Jako że zapasy prawie się skończyły, postanowili upiec margaja. I choć już powoli zaczynał gnić i śmierdział, uznali jednak, że jest jeszcze jadalny. Carmaux stwierdził, że przysmak był wyborny i najadł się do syta, czego z kolei nie można powiedzieć o pozostałych kamratach.

Gdy minęła pora największego skwaru, piraci podjęli wędrówkę przez bagniska i mokradła, gdzie roiło się od zaciekle atakujących komarów, które do żywego rozwścieczyły Carmaux i Van Stillera.

Pośród tych stojących wód, pełnych zbutwiałych roślin o żółtych liściach, które gniły, wydzielając mdlące zapachy na skutek niemiłosiernej spiekoty, od czasu do czasu wynurzała się głowa węża, innym zaś razem na chwilę pokazywał się żółw o grubej brunatnej skorupie pokrytej plamkami o nieregularnych kształtach.

Brakowało jednak wciąż ptaków wodnych, zupełnie jakby nie mogły znieść tych niebezpiecznych wyziewów.

Prowadzeni przez niestrudzonego Katalończyka piraci szli przed siebie gnani pragnieniem, by jak najszybciej opuścić tę ponurą puszczę: grzęźli w błocie, przechodzili przez powalone drzewa, twardą trzciną odsuwali gałęzie i torowali sobie drogę przez gęste skupiska drzew, pośród których unosiły się chmary komarów.

Często przystawali i nasłuchiwali, mając nadzieję, że uda im się wychwycić odgłosy, które zdradziłyby obecność Van Goulda i jego oddziału, lecz nic z tego — po gubernatorze nie było ani śladu. Pośród leśnej głuszy zalegała głęboka cisza.

Pod wieczór dokonali odkrycia, które z jednej strony ich zasmuciło, a z drugiej strony ucieszyło, był to bowiem dowód, że nie zgubili tropu i wciąż szli po śladach uciekinierów.

Szukali właśnie odpowiedniego miejsca na postój, kiedy zobaczyli Afrykańczyka, który wcześniej oddalił się nieco w poszukiwaniu owoców. Wrócił cały zdyszany i przerażony, a jego wzrok zdradzał szczery niepokój.

— Co się stało, Moko? — zapytał Carmaux, nabijając w pośpiechu broń. — Czyżby cię gonił jaguar?

— Nie, tam jest trup, biały człowiek nie żyje — odparł Murzyn.

— Biały człowiek! — wykrzyknął Carmaux.

— Czyli Hiszpan, tak? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tak, mój panie. Potknąłem się i upadłem na niego, był zimny jak głaz.

— Czyżby to ta kanalia Van Gould? — zapytał Carmaux.

— Chodźmy zobaczyć — powiedział Czarny Korsarz. — Moko, prowadź!

Afrykańczyk wskoczył w gęstwinę krzaków calalupo, wydających owoce, z których po posiekaniu przyrządza się orzeźwiający napój. Po przebyciu około trzydziestu jardów zatrzymał się przed pniem samotnej simaruby obsypanej kwieciem.

Ich oczom ukazał się widok, który zdjął ich grozą: w zaroślach leżał nagi mężczyzna, ręce miał skrzyżowane na piersi, a jego nogi i stopy były ogryzione z mięsa przez jakiegoś węża lub przez termity.

Jego twarz była woskowa, żółta, cała umazana krwią, która wypływała z niewielkiej rany na wysokości prawej skroni. Miał długą, zmierzwioną brodę i otwarte szeroko wargi, które odsłaniały uzębienie. Puste oczodoły broczyły krwią.

Zbroja z kordobańskiej skóry ozdobiona arabeskami nie pozostawiała złudzeń co do jego pochodzenia. Zdradzały je także krótkie spodnie w żółto-czarne paski, jakie mieli w zwyczaju nosić Hiszpanie oraz leżące nieopodal długa szpada i niewielki hełm z wystającym białym piórkiem.

Katalończyk, który zdawał się być bardzo przejęty, pochylił się nad nieszczęśnikiem, a następnie wstał i krzyknął.

— Pedro Herrera! Biedny człowiek, kto cię teraz zastąpi...

— Znasz go? Czy to jeden z tych, którzy towarzyszyli Van Gouldowi?

— Tak, mój panie, dzielny to był żołnierz i lojalny kompan.

— Czyżby zabili go Indianie?

— Na pewno go ranili, bo widzę broczącą krwią ranę w prawej skroni, ale zabił go nietoperz.

— Co masz na myśli?

— Że ten żołnierz wykrwawił się, bo wyssał z niego krew dziki wampir krwiopijca. Widzisz ten niewielki otwór na skroni, przez który wypływa krew?

— Owszem, widzę.

— Być może oddział zostawił rannego Herrerę, bo rana uniemożliwiała mu dalszą wędrówkę i nie był w stanie dotrzymać im kroku. Osłabiony, zemdlał i wtedy przyssał się do niego latający wampir.

— A zatem Van Gould tędy przechodził?

— Na to wygląda.

— Jak myślisz, od kiedy nie żyje?

— Być może od rana. Gdyby umarł wczoraj wieczorem, to trupożerne robaki ogryzłyby go dawno do kości.

— Ach! A więc ten łotr jest nieopodal! — wykrzyknął ponurym głosem Czarny Korsarz. — O północy wyruszymy, a już jutro będziesz miał okazję się odwdzięczyć Van Gouldowi i wymierzysz mu dwadzieścia pięć razów. A ja oczyszczę ziemię, pozbywając się tego niegodziwego zdrajcy, i pomszczę swoich braci.

— Mam nadzieję, panie.

— Odpocznijcie trochę, bo potem nie zatrzymamy się, dopóki nie złapiemy Van Goulda.

— A niech to! — mruknął pod nosem Carmaux. — Ani chwili wytchnienia.

— Chce jak najszybciej wymierzyć mu karę i się zemścić — odparł Van Stiller.

— No i chciałby pewnie jak najszybciej zobaczyć swoją „Błyskawicę”.

— I zapewne też młodą księżniczkę.

— To bardzo prawdopodobne, Van Stillerze.

— Śpijmy, Carmaux.

— Śpijmy? Nie słyszałeś, co mówił Katalończyk o latających wampirach, które wysysają krew? Do stu piorunów! A co, jeśli o północy będziemy tu leżeć martwi. Przy tak realnej groźbie trudno mi będzie spać.

— Przecież Katalończyk chciał sobie z nas zażartować!

— Nie, Van Stillerze, sam słyszałem, że mówił o wampirach.

— Jakich wampirach? A co mówił?

— Że to takie brudne ptaszyska. Że latają... Hej, Katalończyku, czy przypadkiem niczego nie widzisz w powietrzu?

— Widzę. Gwiazdy — odparł na to zapytany wojak.

— Ale ja cię pytam, czy wampirów nie widzisz?

— Jeszcze za wcześnie. Opuszczają swoje schronienia dopiero, kiedy ludzie i zwierzyna smacznie śpią i głośno chrapią.

— Jak one wyglądają? — zapytał Van Stiller.

— To wielkie nietoperze o podłużnych i smukłych pyskach, mają wielkie uszy, miękką sierść, czerwono-czarną na grzbiecie i żółto-czarną na brzuchu, a ich skrzydła mają rozpiętość piętnastu cali.

— I mówisz, że wysysają krew?

— Nawet nie poczujesz, jak cię ukłują.

— A co, jeśli taki nietoperz się na nas rzuci?

— Ja się nie boję, całej nocy by było trzeba, żeby wyssać ze mnie krew, i skończyłoby się na jednym niewielkim ukłuciu, w dodatku pożytecznym, zważywszy na klimat. Ale prawdą jest, że zadawane przez nich rany goją się bardzo długo.

— Ale ten twój kamrat przez takie ukłucie poszedł do Abrahama na piwo — skonstatował Carmaux.

— Prawdopodobnie się wykrwawił. Dobranoc, caballeros, o północy wymarsz.

Carmaux położył się na trawie, ale zanim zasnął, przez dłuższą chwilę spoglądał na gałęzie simaruby, chcąc się upewnić, że nie ukrywa się pośród nich jakiś łakomy krwiopijca.

Rozdział XXIX. Ucieczka zdrajcy

Księżyc dopiero co wzeszedł ponad dżunglą, a Czarny Korsarz był już gotów podjąć pościg za Van Gouldem i wiernym mu oddziałem.

Obudził szturchnięciem Katalończyka, Moka i dwóch piratów, po czym bez słowa podjął wędrówkę, krocząc tak szybko, że jego kamraci z trudem za nim nadążali.

Wyglądało na to, że nie ma zamiaru już zarządzać żadnego postoju, zanim nie schwyta swojego śmiertelnego wroga. Tymczasem dość szybko nowe przeszkody zmusiły go do spowolnienia tempa tego szaleńczego pościgu, a nawet do zatrzymania się na dłuższą chwilę.

Co rusz napotykali na swej drodze mokradła, bagna, grząskie wrzosowiska i małe rzeczki, co zmuszało ich do szukania drogi, która pozwoliłaby im przejść suchą nogą, innym zaś razem musieli karczować rośliny i budować naprędce prowizoryczne mosty.

Cała drużyna wspomagała swojego dowódcę nadludzkim wysiłkiem, choć powoli wszyscy zaczynali słabnąć i opadać z sił na skutek niekończącej się i wyczerpującej wędrówki, która trwała już od ponad dziesięciu dni, a także ze względu na brak żywności i bezsenne noce.

Wraz z nadejściem świtu całkiem opadli z sił i poprosili go o odpoczynek, bo ledwo trzymali się na nogach, poza tym byli piekielnie głodni, a od ostatniego posiłku, na który złożyły się strącony z drzewa kocur i suchary upłynęło już całe piętnaście godzin.

Rozejrzeli się za dziczyzną i za jakimiś owocami. Wszystko jednak wskazywało na to, że ten rosnący na mokradłach las nie mógł im zaoferować ani jednego, ani drugiego. Nie było słychać ani skrzeku papug, ani krzyku małp, nie było też żadnego jadalnie wyglądającego owocu.

Tymczasem Katalończyk, który wraz z Mokiem poszedł na zwiad w kierunku pobliskiego bagna, miał szczęście, bo udało mu się schwytać rękami — choć nie uniknął przy tym pogryzienia — prairę, czyli uzbrojoną w ostre zęby rybę o czarnym grzbiecie, która żyje w tych martwych wodach. Szczęście miał też Moko, który złapał cascudo, długą na czterdzieści cali rybę o twardych jak skorupa orzecha łuskach, u góry czarnych, a u spodu czerwonawych.

W mgnieniu oka pochłonęli ten skromny posiłek, który rzecz jasna nie napełnił im brzuchów. Głód wciąż ich dręczył, polowali więc dalej, zapuszczając się coraz głębiej w mroczny las, który zdawał się nie mieć końca.

Starali się podążać w kierunku południowo-wschodnim, żeby podejść w miarę blisko, aż na sam skraj jeziora Maracaibo, bo tam właśnie znajdował się fort Gibraltaru. Wszechobecne mokradła i bagna zmuszały ich do ciągłego zbaczania z głównego szlaku.

Marsz wydłużył się aż do południa, nie odnaleźli jednak ani śladów nieprzyjaciół, ani nie usłyszeli żadnych krzyków i strzałów. Około czwartej po południu, po dwugodzinnym odpoczynku, natrafili na ognisko, które tliło się jeszcze wątłym żarem.

Rozpalił je jakiś tubylec czy może któryś z uciekinierów? Pytanie pozostało bez odpowiedzi, bo na suchym poszyciu nie odcisnęły się żadne ślady. Tym niemniej palenisko kazało im przypuszczać, że przeszedł tędy Van Gould, co nastroiło ich bardzo pozytywnie, dodało animuszu i ożywiło dalszą wędrówkę.

Aż w końcu zastała ich noc. Intuicja jednak podpowiadała im, że uciekinierzy znajdują się już naprawdę niedaleko. Jako że niczego nie znaleźli do jedzenia, udali się na spoczynek o pustych żołądkach.

— Na flaki rekina! — zdenerwował się Carmaux, który próbował oszukać głód, żując liście o słodkim smaku. — Jeśli tak dalej pójdzie, to do Gibraltaru dotrzemy w takim stanie, że od razu nas przyjmą do lazaretu117.

Czekała ich najgorsza z wszystkich nocy spędzonych w dżungli w okolicach Jeziora Maracaibo. Poza doskwierającym głodem cierpieli tortury od ukąszeń ze strony komarzych rojów, które nie pozwoliły im zmrużyć ani na chwilę oka.

Kiedy około południa następnego dnia wyruszyli w dalszą drogę, byli bardziej zmęczeni niż poprzedniego wieczoru po całym dniu marszu. Carmaux mówił, że ani dwóch godzin nie przejdzie, jeśli nie upoluje i nie zje jakiegoś dzikiego kota albo choć z tuzina chrupiących ropuch. Van Stiller z kolei wolałby szaszłyki z papuziego lub małpiego mięsa, ale w tym przeklętym lesie nie było ani jednych, ani drugich. Szli, a raczej wlekli się od czterech godzin, na czele drużyny zaś podążał szybkim krokiem Czarny Korsarz, zupełnie jakby posiadał w sobie pokłady nadludzkiej siły. W pewnym momencie usłyszeli odgłos wystrzału.

Czarny Korsarz od razu się zatrzymał.

— Nareszcie! — wykrzyknął, stanowczym gestem dobywając szabli.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller. — Coś mi się zdaje, że już ich mamy.

— Miejmy nadzieję, że teraz nam się już nie wywiną — odpowiedział Carmaux. — Zwiążemy ich jak salami, w przeciwnym razie znów będziemy musieli się za nimi uganiać z wywieszonym jęzorem.

— Ten strzał padł w odległości nie większej niż pól mili od nas — powiedział Katalończyk.

— Zgadza się — odpowiedział Czarny Korsarz. — Morderca moich braci za kwadrans będzie mój.

— Panie, mam dla ciebie radę — powiedział Katalończyk.

— Zamieniam się w słuch.

— Proponuję urządzić zasadzkę.

— A dokładniej?

— Zaczaić się w leśnym gąszczu, wziąć ich z zaskoczenia i zmusić ich, żeby się poddali, wtedy obejdzie się bez rozlewu krwi. Ich pewnie jest siedmiu lub ośmiu, nas tylko pięciu, w dodatku wszyscy skrajnie wycieńczeni.

— Na pewno nie będą zuchwalsi od nas, w każdym razie dobrze, postąpimy zgodnie z twoją radą. Zaatakujemy ich z zaskoczenia, tak żeby nie zdążyli podjąć walki. Trzymajcie broń w pogotowiu i idźcie za mną, nie robiąc hałasu.

Nabili muszkiety i pistolety, a następnie zaczęli ostrożnie się czołgać.

Krajobraz uległ zmianie: bagna i podmokłe lasy ustąpiły miejsca tropikalnej puszczy, zalesionej długowiecznymi drzewami różnych gatunków jak choćby bombax, arcaaba, wszelkiej maści palmy, simaruba, mauritie, jupati, bussú i wiele innych wspaniałych gatunków, zdobnych w olbrzymich rozmiarów liście, bogate w kwiaty i owoce, które były nie tylko jadalne, ale i wyborne w smaku.

Ich oczom ukazały się pierwsze ptaki: papugi, ararauny, canindé, tukany, a z oddali ich uszu dobiegały donośne krzyki małp, których obecność rozwścieczyła Carmaux; nieborak musiał się pogodzić, że nici z polowania, nie mogli bowiem użyć broni, żeby nie zaalarmować Van Goulda i jego oddziału.

— Jeszcze się spotkamy — burknął pod nosem. — Tyle dzikiej zwierzyny ustrzelę, że będę jadł przez dwanaście godzin z rzędu.

Czarny Korsarz zupełnie jakby nie zauważył tej zmiany, tak bardzo był pochłonięty myślami o zemście. Pełzał niczym wąż, przeskakiwał przez przeszkody niczym tygrys, lustrując wzrokiem okolicę. Jego myśli zaprzątał tylko śmiertelny wróg.

Nie odwrócił się ani razu, by upewnić się, czy jego kamraci dotrzymywali mu kroku, zupełnie jakby był przekonany, że w pojedynkę jest w stanie stawić czoła przeciwnikowi i go zwyciężyć.

Cicho posuwał się naprzód, stąpając po liściach zupełnie bezszelestnie. Chyłkiem przedzierał się między zwisającymi lianami, prawie ich nie dotykając, a pomiędzy korzeniami pełzał zwinniej niż niejeden gad. Ani znój wędrówki, ani doskwierający głód nie pozbawiły go zapału.

W pewnym momencie Czarny Korsarz znieruchomiał. Jedną ręką wycelował pistolet przed siebie, a drugą uniósł do góry szablę, zupełnie jakby miał zaraz rzucić się do walki.

Dwa ludzkie głosy dobiegły go zza drzew zwanych calupo.

— Diego... — mówił wątły głos, ledwo słyszalny — jeszcze jeden łyk, jeszcze jeden... zanim zamknę oczy.

— Nie mogę, nie mogę — mówił ten drugi, bardziej ochrypły. — Nie mogę, Pedro.

— Oni są przecież daleko — mówił pierwszy.

— To już koniec, Pedro... ci przeklęci Indianie, ranili mnie śmiertelnie.

— A mnie wykończy ta przeklęta gorączka.

— Już po nas.

— Jezioro... jest blisko.... a Indianin... wie... gdzie jest... łódka! ... kto żyje?...

Czarny Korsarz rzucił się między krzaki, gotów zadać cios szablą.

Pod wielkim drzewem leżało dwóch mizernie wyglądających, przykrytych jakimiś łachmanami żołnierzy. Na widok uzbrojonego mężczyzny nadludzkim wysiłkiem woli dźwignęli się na kolana, próbując dosięgnąć leżące kawałek od nich muszkiety, ale od razu upadli na wznak zupełnie pozbawieni sił.

— Ani drgnijcie! — krzyknął Czarny Korsarz groźnym tonem.

Jeden z dwóch żołnierzy wsparł się na łokciu i rzekł, siląc się na uśmiech:

— Ej, caballero! Chyba nie będziesz strzelał do umarlaków!

W tym momencie między krzaki wskoczył Katalończyk:

— Pedro, Diego! Moi druhowie.

— Wielkie nieba! — krzyknęli dwaj żołnierze na widok swojego rodaka.

— To ja, tak, drodzy przy...

— Cisza! — powiedział stanowczym tonem Czarny Korsarz. — Mówcie szybko, gdzie jest Van Gould!

— Gubernator? — zapytał ten, który miał na imię Pedro. — Będą ze trzy godziny, jak ruszył dalej przed siebie.

— Sam?

— Z jednym Indianinem, który był naszym przewodnikiem po dżungli i z dwoma oficerami.

— Bardzo się oddalił? Mówcie, jeśli wam życie miłe.

— Nie bardzo.

— Czy ktoś na niego czeka nad brzegiem jeziora?

— Nie, ale Indianin wie, skąd wziąć łódkę.

— Przyjaciele — powiedział Czarny Korsarz — trzeba nam ruszać w dalszą drogę, w przeciwnym razie Van Gould umknie.

— Panie — rzekł Katalończyk — chyba nie sądzisz, że zostawię tak tu swoich przyjaciół? Jezioro jest niedaleko stąd, czas mojej misji dobiega końca. Wolę zrezygnować z zemsty niż zostawić tu moich rodaków na pewną śmierć.

— Rozumiem cię — powiedział Czarny Korsarz — jesteś wolny, rób, co uważasz za stosowne, ale sądzę, że twoja pomoc na nic się tu zda.

— Być może uda mi się ich uratować, panie.

— Moko zostanie z tobą. Nas trzech wystarczy, żeby się rozprawić z Van Gouldem.

— Zobaczymy się w Gibraltarze, panie, obiecuję ci to.

— Czy twoi druhowie mają jakiś prowiant?

— Trochę sucharów, panie — odpowiedzieli dwaj żołnierze.

— Powinny wystarczyć — odparł Carmaux.

— I do tego mleko — dopowiedział Katalończyk, który rzucił okiem na drzewo, u którego pnia leżeli dwaj żołnierze.

Katalończyk zrobił navają głębokie nacięcie w korze drzewa, które nie było darzymlecznią, ale massaraudubą, jego gatunkową kuzynką. W jej pniu płynie gęsty, biały płyn o smaku mleka, bardzo pożywny, który jednakże należy spożywać z umiarem, albowiem w nadmiernych ilościach może wywoływać bardzo poważne dolegliwości.

Napełnił manierki piratów, dał im kilka sucharów, po czym rzekł:

— Ruszajcie caballeros, w przeciwnym razie Van Gould znów wam ucieknie. Mam nadzieję, że się zobaczymy w Gibraltarze.

— Żegnaj! — odpowiedział Czarny Korsarz, podejmując marsz. — Będę tam na ciebie czekał.

Van Stiller i Carmaux nabrali trochę sił, posilając się w pośpiechu kilkoma sucharami i popijając mlekiem. Następnie ruszyli w ślad za swoim dowódcą, starając się wykrzesać z siebie energię i nie zostać w tyle.

Czarny Korsarz zamierzał nadrobić trzy godziny przewagi, którą mieli nad nim uciekinierzy. Zależało mu, żeby dotrzeć do brzegu jeziora jeszcze przed zapadnięciem zmroku. A była już piąta po południu, czasu więc do zmierzchu zostało niewiele.

Na całe szczęście las robił się coraz rzadszy. Drzewa nie rosły już splecione gęsto ze sobą lianami, ale w oddzielnych skupiskach, w związku z czym piraci mogli przemieszczać się bardzo szybkim tempem i nie tracili więcej czasu na trzebienie gęstej roślinności i torowanie sobie ścieżki.

Wyczuwało się już bliskość jeziora. Powietrze było świeższe, nasycone solą, dookoła pojawiło się pełno wodnego ptactwa, zwłaszcza kilka sztuk bernikli białolicej, ptaków występujących na terenach wokół Zatoki Wenezuelskiej.

Czarny Korsarz szedł coraz szybciej, obawiając się, że nie zdoła dogonić uciekinierów. Nie maszerował, tylko biegł, wystawiając na ciężka próbę wytrzymałość nóg Carmaux i Van Stillera.

O godzinie siódmej, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, widząc, że towarzysze wędrówki zostali daleko w tyle, pirat zgodził się na piętnastominutowy postój, podczas którego opróżnili manierki i zjedli kilka sucharów.

Sam Czarny Korsarz natomiast nie spoczął. Podczas gdy Van Stiller i Carmaux zażywali odpoczynku, on przeszukiwał okolice, licząc, że uda mu się odnaleźć ślady zostawione przez uciekinierów. Oddalił się nieco na południe, mając nadzieję, że usłyszy jakieś odgłosy, a może i wystrzał, który pozwoliłby lepiej określić odległość dzielącą go od Van Goulda i jego oddziału. Po jakimś czasie wrócił i rzekł:

— No, ruszajmy, przyjaciele, dajmy z siebie wszystko, a Van Gould za chwilę będzie nasz. Jutro będziecie mogli sobie odpocząć do woli.

— Chodźmy — powiedział Carmaux, wstając z wielkim trudem. — Brzegi jeziora muszą być tuż, tuż.

Ruszyli przed siebie, przedzierając się pomiędzy krzakami. Powoli zapadał zmierzch, a z głębi lasu dochodziły odgłosy dzikich zwierząt.

Szli już od dwudziestu minut, wzdychając i sapiąc, wycieńczeni, kiedy w pewnym momencie usłyszeli dobiegający z naprzeciwka odgłos fali wyrzucającej wodę na brzeg. I w tej samej niemalże chwili dostrzegli światło między drzewami.

— Zatoka! — wykrzyknął Carmaux.

— A ten blask to obozowisko! — krzyknął Czarny Korsarz. — Trzymajcie broń w gotowości, wilki morskie! Morderca moich braci już mi się nie wywinie!

Zaczęli biec w kierunku płonącego na skraju lasu ogniska. Czarny Korsarz pokonał dzielącą go od niego odległość i z wyciągniętą szablą rzucił się na przeciwnika, gotów go posiekać na kawałki. Jednak zatrzymał się nagle, a z jego ust dobył się okrzyk wściekłości.

Wokół ogniska nie było nikogo. Widać było ślady niedawnego postoju, resztki pieczonej małpy, kawałki sucharów i zniszczoną manierkę. Ci jednak, którzy tu biwakowali, zdążyli już się oddalić.

— Do stu diabłów! Za późno — ryknął rozjuszony Czarny Korsarz.

— Kapitanie, może wcale nie jest tak, jak mówisz — próbował pocieszyć go Carmaux, który właśnie nadbiegł. — Być może są jeszcze w zasięgu naszych muszkietów... O, tam! Coś widać na plaży!

Czarny Korsarz skierował wzrok w tamtą stronę. W odległości ponad dwustu jardów kończył się las, a zaczynała się płaska plaża, na którą wody jeziora wyrzucały z szumem spienione fale.

Przy wątłym świetle pochłanianym przez zmierzch Carmaux zauważył indiańską łódź, która właśnie odpływała, kierując się na południe, w kierunku Gibraltaru.

Trzech piratów rzuciło się biegiem na plażę, trzymając broń gotową do strzału.

— Van Gould! Zatrzymaj się, ty tchórzu!

Jeden z czterech znajdujących się na pokładzie ludzi wstał. W ciemnościach rozbłysnął mały ogienek i po chwili Czarny Korsarz usłyszał świst kuli, która przeszyła okoliczne drzewa.

— Ty zdrajco! — krzyknął Czarny Korsarz, gotując się ze złości. — Ognia, strzelać do nich!

Van Stiller i Carmaux uklękli na piasku i wycelowali muszkiety. Chwilę później dało się słyszeć dwa strzały.

Na szerokich wodach jeziora rozległ się krzyk i ktoś spadł do wody. Ale łódka, zamiast przystanąć, oddalała się od brzegu w jeszcze większym pośpiechu, kierując się w stronę południowych brzegów i ginąc w mrokach, które na tej szerokości geograficznej zapadały z niezwykłą prędkością.

Czarny Korsarz, pijany wręcz wściekłością, rzucił się biegiem ku plaży z nadzieją, że znajdzie jakąś porzuconą łódkę.

— Kapitanie, spójrz! — krzyknął nagle Carmaux.

— Czego chcesz? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tam jest jakaś łódź.

— Dopadnę tego łotra! — krzyczał Czarny Korsarz.

W odległości dwudziestu jardów od nich, w małej zatoczce, którą osuszył odpływ, znajdowała się niewielka indiańska łódka wydrążona w pniu cedru, na pierwszy rzut oka dość ciężka, ale w praktyce te tubylcze wynalazki potrafią doścignąć łodzie z prawdziwego zdarzenia.

Czarny Korsarz wraz z towarzyszami rzucili się pędem w kierunku małej zatoczki i energicznym ruchem zepchnęli łódkę do morza.

— Czy mamy wiosła? — zapytał Czarny Korsarz.

— Tak, kapitanie — odpowiedział mu Carmaux. — Ruszajmy, moi dzielni kamraci. Van Gould już nam nie ucieknie.

— Wiosłuj całą siłą swych mięśni, Van Stillerze — krzyknął Carmaux. — Piraci w wiosłowaniu nie mają sobie równych!

— Raz, dwa, trzy! — odpowiedział Van Stiller, pochylając się nad wiosłem.

Indiańskie czółno wypłynęło z zatoczki i sunęło z prędkością strzały śladem oddalającej się łodzi gubernatora Maracaibo.

Rozdział XXX. Hiszpańska karawela

Łódź, którą płynął Van Gould, znajdowała się już w odległości przynajmniej tysiąca stóp od brzegu. Tym niemniej piraci, jak na zahartowane wilki morskie przystało, nie tracili animuszu. Zdawali sobie sprawę, że godnego wioślarskiej siły rywala mieli wyłącznie w osobie Indianina, dwaj pozostali członkowie załogi — Van Gould i towarzyszący mu oficer — przyzwyczajeni byli raczej do władania bronią, a nie wiosłem.

Nie zważając na potworne zmęczenie ani dręczący ich głód, Van Stiller i Carmaux włożyli w pościg całą siłę swoich mięśni, dzięki czemu łódź zaczęła nabierać znacznej prędkości. Czarny Korsarz natomiast siedział na dziobie z muszkietami w ręku i zagrzewał ich okrzykami:

— Wiosłujcie, moje dzielne wilki morskie! Van Gould nam nie ucieknie, a ja w końcu pomszczę swoich braci. Pamiętajcie o Czerwonym i Zielonym Korsarzu!

Sunąca coraz szybciej łódka pruła swym spiczastym dziobem spienione grzebienie fal.

Carmaux i Van Stiller wiosłowali co sił, zmuszając mięśnie do większego wysiłku i zapierając się nogami. W obawie, że jakiś niespodziewany łut szczęścia pozwoli Van Gouldowi ponownie wymknąć się z rąk Czarnego Korsarza, nie zwalniali tempa ani na chwilę. Za wszelką cenę starali się dopaść jego łódź.

Wiosłowali już pięć minut, gdy nagle w coś uderzyli.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jakaś płycizna czy co?

Czarny Korsarz wychylił się przez burtę i zobaczył czarny, obły kształt. Wyciągnął rękę, żeby sprawdzić co to takiego, zanim zniknie pod stępką.

— To trup! — wykrzyknął.

Podciągnął go trochę, żeby mu się przyjrzeć. Były to zwłoki hiszpańskiego kapitana, który dostał w głowę kulą z muszkietu.

— To jeden z towarzyszy broni Van Goulda — powiedział, po czym wrzucił go z powrotem do wody.

— Pozbyli się zbędnego balastu z pokładu. — odparł Carmaux, nie przestając wiosłować. — Raz, dwa, raz, dwa, Van Stiller! Ci szubrawcy są już niedaleko — dodał.

— Tam są! — krzyknął Czarny Korsarz.

Jakieś siedemset pięćdziesiąt jardów przed sobą dostrzegli świetlną smugę, która w miarę jak płynęli, stawała się coraz jaśniejsza.

Łódź wpłynęła akurat na miejsce, w którym znajdowała się cała kolonia nocoświetlików.

— Widać ich, kapitanie? — zapytali Carmaux i Van Stiller jednogłośnie.

— Tak, widzę szalupę na świetlnej połaci — odparł Czarny Korsarz.

— Damy radę ich dogonić?

— A jakże!

— Cała naprzód, Van Stillerze!

— Wiosłuj, co sił, Carmaux!

— Przytrzymaj dłużej wiosła w wodzie, Van Stillerze. Mniej się zmęczymy, a szybciej popłyniemy.

— Cisza. Nie trwońcie energii na gadulstwo! — przywołał ich do porządku Czarny Korsarz. — Naprzód, moje dzielne wilki morskie! Prawie już go mamy.

Czarny Korsarz chwycił za muszkiet i wstał, starając się wypatrzyć pośród cieni na pokładzie łodzi znienawidzonego księcia.

W pewnym momencie położył się na dziobie, opierając broń o burtę, po czym wycelował i wystrzelił. Huk poniósł się echem hen, daleko. Odpowiedziała mu cisza. To mogło oznaczać tylko jedno — chybił celu.

— Pudło, kapitanie?

— Tak sądzę — odpowiedział Czarny Korsarz, zaciskając ze złości zęby.

— Wiosłuj szybciej, Van Stillerze!

— Zaraz mi mięśnie popękają, Carmaux — odpowiedział zasapany hamburczyk.

Łódź Van Goulda, pomimo nadludzkiego wysiłku Indianina, traciła na prędkości. Gdyby wioślarz miał obok siebie towarzysza ze swojego plemienia, to z pewnością udałoby mu się utrzymać stałą prędkość aż do świtu, powszechnie bowiem było wiadomo, że czerwonoskórzy zamieszkujący tereny Ameryki Południowej słyną z umiejętności wioślarskich. Tymczasem tracił prowadzenie, głównie z winy hiszpańskiego oficera i Van Goulda, którzy bardzo nieumiejętnie zagrzewali go do wysiłku.

Łódź była już bardzo widoczna, zwłaszcza że wciąż płynęła po rozświetlonym przez nocoświetliki morzu. Indianin wiosłował co sił.

Gdy piratów dzieliła od Van Goulda odległość dwóch kabli, Czarny Korsarz wstał, wycelował w przeciwnika po raz kolejny i zawołał tubalnym głosem:

— Poddajcie się, bo będę strzelał!

Nikt jednak nie odpowiedział. Łódź zrobiła nagły zwrot, kierując się już nie na otwarte morze, ale w stronę przybrzeżnych mokradeł, co wskazywałoby, że Van Gould postanowił szukać schronienia na nieodległej rzece Catatumbo.

— Radzę ci się poddać, morderco moich braci! — wykrzyknął po raz kolejny Czarny Korsarz.

Jednak także tym razem nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

— A więc umrzesz, nikczemniku! — zagrzmiał Czarny Korsarz.

Wziął na cel Van Goulda, który teraz znajdował się zaledwie czterysta jardów od niego. Wzburzone energicznymi uderzeniami wioseł fale chwiały łódką, co z kolei uniemożliwiało precyzyjne oddanie strzału.

Trzy razy opuszczał muszkiet i trzy razy go podnosił, celując w uciekinierów. Za czwartym razem padł strzał.

Rozległ się krzyk i ktoś wpadł do wody.

— Dostał? — krzyknęli jednogłośnie Carmaux i Van Stiller.

Czarny Korsarz zaklął. Trafił Indianina, nie Van Goulda.

— Samo piekło mu sprzyja, czy co?! — wykrzyknął z wściekłością Czarny Korsarz. — Cała naprzód, moje wilki morskie! Weźmiemy go żywcem.

Łódź przeciwnika płynęła dalej, choć bez Indianina straciła znacznie na prędkości.

Dogonienie jej było już kwestią minut, musiałoby upłynąć jeszcze wiele czasu, zanim Carmaux i Van Stiller by się naprawdę zmęczyli.

Gubernator Van Gould i towarzyszący mu oficer, kiedy zdali sobie sprawę, że nie są w stanie stawić czoła piratom, skierowali się ku niewielkiej wysepce, od której dzieliło ich około trzech kabli, z nadzieją, że tam nie dosięgną ich kule groźnego przeciwnika.

— Carmaux — zauważył Czarny Korsarz — skręcili w stronę wysepki.

— Chcą zejść na ląd?

— Tak mi się zdaje.

— A zatem już się nam nie wymkną. Do stu piorunów!

— Do kroćset! — krzyknął Van Stiller.

W tym momencie ktoś krzyknął:

— Kto płynie?

— Hiszpanie! — odpowiedzieli gubernator i towarzyszący mu oficer.

Czarny Korsarz odwrócił się. Zza znajdującego się na wysepce wzniesienia wyłonił się nagle wielki cień przesuwający się w kierunku jeziora. Był to ogromny statek, który na pełnych żaglach płynął w kierunku dwóch łodzi.

— A niech to! — krzyknął Czarny Korsarz.

— To jeden z naszych statków? — zapytał Carmaux.

Czarny Korsarz nie odpowiedział. Siedział pochylony na dziobie, z dłońmi zaciśniętymi na lufie muszkietu.

— To hiszpańska karawela118! — wykrzyknął. — Niech będzie przeklęty ten nikczemnik! Po raz kolejny wymyka mi się z rąk!

— Jak nas złapie, każe nas wszystkich powiesić — dodał Carmaux.

— Tak łatwo nas nie dostanie — odparł Czarny Korsarz. — Szybko, płyńcie do brzegu, zanim kule armatnie poślą nas na dno.

— Do pioruna!

— Do stu piorunów! — dodał hamburczyk, pochylając się nad wiosłami.

Ich łódka zrobiła nagły zwrot i skierowała się ku brzegowi wysepki, odległej o niecałe dwa kable. W obawie przed ostrzałem przeciwnika piraci postanowili schować się za przybrzeżnymi skałami.

Tymczasem Van Gould i towarzyszący mu oficer weszli na pokład karaweli i powiadomili jej kapitana o zagrażającym im niebezpieczeństwie. Marynarze natychmiast zaczęli się uwijać, brasując żagle.

— Szybciej! — krzyknął Czarny Korsarz.

— Hiszpanie zaraz rozpoczną pościg.

— Jeszcze jakieś sto jardów do brzegu — odpowiedział Carmaux.

W tej właśnie chwili coś błysnęło, kłąb dymu zasnuł dziób statku, po czym grad pocisków spadł na przybrzeżne skały.

— Szybciej, szybciej — poganiał piratów Czarny Korsarz.

Karawela przepłynęła obok cypla i przygotowywała się do zmiany kursu. Spuszczono na wodę trzy szalupy, które miały rozpocząć pościg za piratami. Carmaux i Van Stiller zamierzali pod osłoną przybrzeżnych skał jak najszybciej oddalić się z plaży.

Dobili do brzegu. Czarny Korsarz zabrał z łodzi muszkiety i skierował się w stronę najbliższych drzew, szukając za nimi schronienia.

Carmaux i Van Stiller, widząc w oddali błysk płonącego lontu na dziobie karaweli, padli na wznak za szalupą i skulili się w piasku. Ten manewr ocalił im życie, albowiem kilka sekund później kolejna armatnia salwa obróciła w perzynę krzaki i rosnące na plaży palmy, a ważąca trzy funty kula wystrzelona z działa mniejszego kalibru, które znajdowało się na rufie, roztrzaskała w drzazgi łódź piratów.

— Teraz! — krzyknął Czarny Korsarz.

Dwaj piraci, którzy cudem uszli z życiem spod ostrzału, pobiegli plażą w głąb lądu i zaszyli się między drzewami, zanim przeciwnik zdążył posłać za nimi kolejną serię kul.

— Jesteście ranni? — zapytał Czarny Korsarz.

— Piratów kule się nie imają — powiedział Carmaux.

— Za mną, nie traćmy czasu — rozkazał Czarny Korsarz.

Trzej piraci, nie bacząc na ostrzał prowadzony z karaweli, uciekli w głąb puszczy i zaszyli się w gęstwinie.

Wysepka znajdowała się naprzeciwko ujścia rzeki Catatumbo, niewielkiego cieku wodnego, który przecina rozpięte na mniej więcej pół mili tereny podmokłe i wpływa do jeziora Maracaibo. Miała kształt stożka, którego wierzchołek sięgał około czterystu metrów wysokości ponad poziom wody. Zbocza pokryte były gęstą roślinnością, na którą składały się zasadniczo przepiękne cedry, drzewa bawełniane, kolczaste rośliny z rodziny wilczomleczowatych i różne gatunki palm.

Na swej drodze piraci nie napotkali żadnego żywego stworzenia. Gdy w końcu dotarli do podnóża wierzchołka, postanowili zrobić postój, by zregenerować siły, byli bowiem wycieńczeni wędrówką. Po krótkim odpoczynku zaczęli przedzierać się przez cierniste krzewy i gęsto porastającą zbocza różnorodną roślinność. Zależało im, by jak najszybciej wspiąć się na szczyt, skąd mogli lepiej obserwować poczynania wroga i przewidzieć jego ruchy.

Wspinaczka na górę zajęła im dwie godziny, gdyż kordelasami musieli utorować sobie drogę poprzez gęste zarośla. W końcu jednak znaleźli się na wierzchołku z rzadka porośniętym roślinnością. Księżyc w pełni oświetlił morską toń, mogli więc bardzo dokładnie przyjrzeć się karaweli.

Statek zakotwiczył półtora kabla od brzegu, natomiast trzy szalupy, które rozpoczęły pościg, zatrzymały się przy roztrzaskanej wybuchem indiańskiej pirodze119.

Marynarze już zeszli na ląd. W obawie przed zasadzką nie mieli jednak odwagi zapuścić się w głąb dżungli. Rozłożyli się obozem na plaży i rozpalili kilka ognisk, które miały uchronić ich przez bezlitosnymi atakami komarów, latających w wielkich chmarach wzdłuż brzegu jeziora Maracaibo.

— Zaczekają z pościgiem do świtu — skonstatował Carmaux.

— Masz rację — odpowiedział Czarny Korsarz przytłumionym głosem.

— Do pioruna! Szczęście za bardzo sprzyja temu łotrzykowi!

— A może nawet sam diabeł we własnej osobie!

— Albo i jedno, i drugie. Bo to już drugi raz wymknął nam się z rąk.

— I co więcej, role się odwróciły — myśliwy stał się zwierzyną — dodał hamburczyk.

— To się jeszcze okaże — powiedział Carmaux. — Jesteśmy wciąż wolni, a poza tym mamy czym się bronić — dodał.

— Jak się niby chcesz bronić, kiedy cała załoga tej karaweli przypuści szturm? — zapytał Van Stiller.

— W Maracaibo byliśmy okrążeni w domu notariusza, a mimo to udało nam się wyjść z tego bez szwanku.

— Zgadza się — odparł Czarny Korsarz. — Tyle tylko, że to nie jest dom notariusza i nie ma tutaj żadnego hrabiego Lermy, który mógłby nam pomóc.

— A więc zadyndamy? Gdyby tak Franciszek l’Olonnais pośpieszył nam na ratunek!

— Pewnie jest jeszcze zajęty łupieniem Maracaibo — odpowiedział Czarny Korsarz. — Póki co nie możemy na niego liczyć.

— Myślicie, że jest stąd jakaś droga ucieczki?

— Nie mam pojęcia — odparł Carmaux.

— Kapitanie, czy Franciszek l’Olonnais jeszcze długo zabawi w Maracaibo?

— Właściwie to powinien już tu być. Ale dobrze znasz jego chciwość, pewnie podążył za Hiszpanami, którzy uciekli z miasta i pochowali się w lasach.

— Kapitanie, ale umówiłeś się z nim przecież.

— Tak, jesteśmy umówieni przy ujściu rzeki Catatumbo albo Suany — odpowiedział Czarny Korsarz. — Miejmy nadzieję, że wkrótce się tam zjawi.

— Ale ile mamy czekać?

— Do stu piorunów! Nie zasiedzi się chyba w Maracaibo całymi miesiącami! Przecież w jego interesie jest jak najszybciej zaatakować Gibraltar!

— Tak, wiem.

— Nie trać wiary, zobaczysz, że się zjawi, i to całkiem szybko.

— Tylko żeby zdążył przed naszą śmiercią... Myślisz, że Van Gould odpuści i zostawi nas żywych na tym wierzchołku? Nie, mój drogi, urządzi obławę i zrobi wszystko, żeby nas schwytać, zanim nasi kamraci przyjdą nam z pomocą. Za bardzo mnie nienawidzi, żeby dać sobie spokój i pozwolić mi żyć. Być może nawet już teraz zarzucił na jakieś drzewo sznur, który będzie chciał zacisnąć na mojej szyi.

— Nie wystarczyła mu śmierć Czerwonego i Zielonego Korsarza? Ten nikczemnik jest jak wściekły pies.

— Nie, najwyraźniej nie wystarczyła — odpowiedział ponurym głosem Czarny Korsarz. — On chce zetrzeć z powierzchni ziemi wszystko, co się wiąże z moją rodziną. Ale dopóki żyję, nie tracę nadziei, że uda mi się pomścić moich braci. Być może Franciszek l’Olonnais jest już niedaleko, i jeśli wytrzymamy kilka dni, zdąży nam przyjść na ratunek. A Van Gould zapłaci w końcu za swoje zdrady i zbrodnie.

— Co zamierzasz zrobić, kapitanie? — zapytali dwaj piraci.

— Trzeba będzie jak najdłużej stawiać opór.

— Tutaj? — zapytał Carmaux.

— Tak, na szczycie tego wzgórza.

— Trzeba będzie się okopać.

— Bierzmy się do roboty. Do świtu zostały jakieś cztery godziny.

— Do stu piorunów! Van Stillerze, przyjacielu, nie ma czasu do stracenia. Gdy tylko nadejdzie świt i wzejdzie słońce, Hiszpanie z miejsca zaczną nas szukać.

— Jestem gotów! — odparł hamburczyk.

— Do roboty, mój drogi — odparł Carmaux. — Kapitanie, podczas gdy ty będziesz stał na straży i wypatrywał wroga, my się okopiemy i wybudujemy barykady, które wystawią na ciężką próbę siłę i cierpliwość naszych przeciwników. Chodź za mną, hamburczyku!

Szczyt wzniesienia zasłany był olbrzymimi głazami, z których piraci mieli doskonały punkt obserwacyjny. Tocząc je razem z mozołem, utworzyli okrągłą barykadę, zza której mogli skutecznie razić wroga z pozycji leżącej lub klęczącej, nie wystawiając się tym samym na jego ostrzał. Całość zajęła im dwie godziny. Piraci byli zadowoleni z efektu. Za tak zbudowaną osłoną byli w stanie przetrzymać długie oblężenie.

Jednak mur miał pewne wady. O ile sprawdziłby się jako stanowisko obronne w przypadku ostrzału, o tyle nie powstrzymałby jednak błyskawicznego szturmu wroga. Piraci postanowili temu zaradzić i udali się na poszukiwanie ciernistych krzewów. Zapuścili się w tym celu do lasu i na naprędce splecionych z gałęzi noszach wnieśli na szczyt kłujące chaszcze, z których utworzyli kolczaste zasieki. Jego pokonanie z pewnością poraniłoby ręce i nogi nacierających żołnierzy.

— I oto mamy naszą małą twierdzę. Tak łatwo tej przeszkody nie pokonają, jeśli postanowią tu po nas przyjść — powiedział z przekonaniem Carmaux, zacierając ręce z satysfakcją.

— Ale jednej rzeczy brakuje. Mam na myśli coś takiego, czego w żadnym oddziale, nawet najmniejszym, nie może zabraknąć — zauważył hamburczyk.

— Mianowicie? — zapytał Carmaux.

— Spiżarni notariusza z Maracaibo, mój przyjacielu.

— Do stu piorunów! Zupełnie zapomnieliśmy, że nie mamy żadnej, choćby najmniejszej przekąski.

— Na pewno się ze mną zgodzisz, że trudno nam będzie przemienić te kamienie w chleb.

— Ruszajmy do lasu na polowanie. Jeśli tylko Hiszpanie na nas nie ruszą, z pewnością coś upolujemy — rzekł, po czym spojrzał w kierunku skały, na której Czarny Korsarz przyglądał się działaniom wroga i zapytał:

— Coś się dzieje?

— Na razie nic.

— A zatem wykorzystajmy to i chodźmy zapolować.

— Idźcie, ja będę stał na straży i pilnował.

— W razie zagrożenia daj nam, kapitanie, sygnał wystrzałem z muszkietu.

— Tak zrobię.

— Chodź, Van Stillerze — powiedział Carmaux. — Idziemy ogołocić drzewa, a przy okazji złapiemy jakieś dzikie zwierzę.

Dwaj piraci chwycili za splecione nosze, na których wnieśli na szczyt cierniste krzewy, po czym skierowali się w dół i po chwili zniknęli w leśnych ostępach.

Wrócili dopiero o świcie, obładowani jak zwierzęta juczne.

Okazało się, że trafili na ziemię, którą ktoś uprawiał, być może jacyś tubylcy z okolicznych wysp. Zaopatrzyli się w rosnące tam owoce. Przynieśli kokosy, pomarańcze, dwie główki kapusty i ogromnego żółwia błotnistego, którego znaleźli w pobliżu niewielkiego jeziora.

W sumie — jeśli oszczędnie gospodarować zapasami — wystarczyłoby wszystkiego przynajmniej na cztery dni.

Poza tym, że przynieśli owoce, warzywa i żółwia dokonali też zbawiennego odkrycia, które pomogłoby im unieszkodliwić na jakiś czas przeciwników.

— Ha! Ha! — krzyczał rozbawiony Carmaux, który nie posiadał się z radości. — Mój drogi hamburczyku, nieźle się zdziwi Van Gould i jego oddziały, jeśli najdzie go ochota, żeby tu po nas przyjść. W tym ukropie cały czas chce się pić, a przecież ani nie będą wracać się napić na swoją karawelę, ani też nie będą taszczyć ze sobą beczek z wodą. Ha! Ha! Spryciarze z tych Indian, nie ma co! Niku zdziała cuda!

— Jesteś pewien tego, co mówisz? — zapytał Van Stiller, który nie wyglądał na przekonanego. — Ja w to za bardzo nie wierzę.

— Do stu piorunów! Przecież na własnej skórze, a raczej brzuchu, tego doświadczyłem. To istny cud, że nie przekręciłem się z bólu.

— Jesteś pewien, że się na to nabiorą i skorzystają z tego wodopoju?

— A widziałeś jakieś inne w okolicy?

— Poza tym jeziorkiem żadnego.

— A więc nie ma innego miejsca, w którym mogliby zaopatrzyć się w wodę.

— Chciałbym zobaczyć, jak działa to twoje niku.

— Sam się przekonasz, będą się zwijać z bólu brzucha.

— A kiedy zatrujemy wodę?

— Kiedy tylko będziemy mieć pewność, że przypuszczą atak na wzgórze.

W tym momencie Czarny Korsarz, który przez cały czas stał na krawędzi skały i bacznie obserwował, co dzieje się w dole, zszedł z punktu obserwacyjnego i rzekł:

— Dookoła wyspy pływają szalupy.

— Myślą, że będziemy uciekać? — zapytał Carmaux.

— Nie inaczej.

— Kapitanie, my jesteśmy gotowi stawić im czoło w walce. Przez tę kamienno-kolczastą barykadę niełatwo im się będzie przebić, być może wytrzymamy do przybycia Franciszka l’Olonnais i naszej pirackiej braci.

— Jeśli tylko Hiszpanie nam na to pozwolą. Widziałem, że na ląd zszedł czterdziestoosobowy oddział.

— Aj! — odparł na to Carmaux z niepocieszoną miną. — Sporo ich, cała nadzieja w niku.

— Co to takiego to niku? — zapytał Czarny Korsarz.

— Pozwól za mną, kapitanie. A Van Stiller tymczasem zostanie na straży.

Uzbroili się w muszkiety i zeszli w dół, znikając w lesie, w którym rosły cedry, palmy, simaruby i drzewa bawełniane, torując sobie drogę pośród gęsto zwisających lian.

Ich obecność wypłoszyła z leśnej gęstwiny kilka skrzekliwych papug i wyjców rudych. Zeszli około pięciuset stóp, aż w końcu dotarli do jeziorka, które Carmaux przesadnie określił mianem jeziora; w rzeczywistości miało ono zaledwie około tysiąca stóp obwodu. Był to naturalny zbiornik wodny, raczej płytki, w którym rosło wiele gatunków roślin wodnych, zwłaszcza mucumucú, tworzących na jego powierzchni gęste skupiska.

Carmaux pokazał Czarnemu Korsarzowi obrośnięte pędami łodygi, przypominające wyglądem liany. Rosły splecione ze sobą niczym węże czy krzaki pieprzu.

— To za sprawą tych właśnie roślin Hiszpanie dostaną bolesnych kolek — powiedział pirat.

— W jaki sposób? — zapytał ciekawy Czarny Korsarz.

— Wkrótce sam zobaczysz, kapitanie.

Pirat dobył kordelasa i naciął całe naręcze łodyg, przez wenezuelskich i gujańskich Indian zwanych niku, a przez naukowców określanych mianem robinii. Następnie utworzył z nich wiązki, które położył na pochyłej, wpadającej do stawu skale.

Kiedy zebrał już prawie czterdzieści wiązek, ściął dwie długie i masywne gałęzie, jedną z nich podając Czarnemu Korsarzowi.

— Kapitanie, posiekaj teraz te rośliny — rzekł pirat do Czarnego Korsarza.

— Co chcesz zrobić?

— Zatruć wody tego stawu, kapitanie.

— Tymi niby łodyżkami?

— Tak właśnie.

— Co to za bzdury?!

— Żadne bzdury, kapitanie. Niku upija ryby, u ludzi zaś wywołuje straszne bóle brzucha.

— Odurza ryby? Co ty pleciesz za androny?

— Nie słyszałeś nigdy, jak Karaibowie łowią ryby?

— Z pewnością, jak wszyscy, używają sieci.

— Otóż nie, kapitanie. Wyciskają wprost do jeziora sok z tych roślin, a oszołomione trucizną ryby po chwili wypływają na powierzchnię, kotłując się niezdarnie, a Indianie z łatwością łapią je gołymi rękoma.

— I mówisz, że u ludzi powoduje bóle brzucha?

— Tak, kapitanie, a w związku z tym, że na tym wzgórzu ani w okolicach nie ma żadnych innych jezior ani źródeł, właśnie tutaj hiszpańscy żołnierze będę musieli zaczerpnąć wody.

— Spryciarz z ciebie, Carmaux. A zatem zatrujmy to jeziorko.

Chwycili za gałęzie i zaczęli mocno uderzać nimi w rośliny, rozbijając na miazgę pędy, z których w dużych ilościach wypływał trujący sok i spływał do stawu.

Woda najpierw zabarwiła się na biało, zupełnie, jakby ktoś wymieszał ją z mlekiem, a następnie przyjęła kolor macicy perłowej. Roślinny sok jednak szybko się rozrzedził i woda na powrót zyskała swoją naturalną barwę. Nikt by się nie zorientował, że wodę zatruto tą substancją, która sama w sobie nie stanowiła śmiertelnego zagrożenia, wywoływała za to bardzo nieprzyjemne dolegliwości.

Dwaj piraci wrzucili jeszcze do jeziorka resztki łodyg z pędami, po czym zauważyli, że na powierzchni zaczęły się kotłować liczne ryby. Chciały się z niej jak najszybciej wyskoczyć, najwyraźniej nie czuły się już... jak ryby w wodzie. Wolały paść na piaszczystym brzegu niż wdychać truciznę, wpadając w oszałamiający trans.

Carmaux pomyślał, że warto skorzystać z okazji i zdobyć dodatkowe zapasy. Obawiał się, że na wypadek oblężenia wroga przyjdzie im później głodować. Zbiegł więc do brzegu i kilkoma uderzeniami gałęzi ogłuszył płaszczkę, piranię i jednego pemercu.

— Tego nam było trzeba! — krzyknął zadowolony ze zdobyczy Carmaux, po czym rzucił się biegiem przed siebie w kierunku kapitana.

— I tego też! — zdążył jeszcze dodać.

Nagle rozległ się ogłuszający huk. Kapitan dał nura w krzaki. Carmaux padł jak długi i znieruchomiał.

Rozdział XXXI. Szturm na wzniesienie

Czarny Korsarz był przekonany, że kamrat strzelił do jakiegoś zwierzęcia, ani na chwilę nie przypuszczał, że Hiszpanie dotarli już do podnóża wierzchołka.

Nie widząc go, zaczął krzyczeć:

— Carmaux! Carmaux! Gdzie jesteś?

W odpowiedzi usłyszał jednak tylko znajomy świst, podobny do syku węża. Zamiast rzucić się przed siebie, schował się szybko za konarem olbrzymiej simaruby i bacznie wpatrywał się w roztaczającą się przed nim przestrzeń.

Dopiero wówczas obok palmowego zagajnika zauważył obłoczek dymu, który powoli rozpływał się nad polaną.

„Strzelali stamtąd” — pomyślał w duchu. „Ale gdzie się podział Carmaux? Jeśli dał mi znak, to zapewne znajduje się w pobliżu i prawdopodobnie uszedł cało z zasadzki. No proszę, Hiszpanie już tu są. W takim razie do dzieła. Wreszcie wyrównamy rachunki!”.

Znalazł sobie dobre stanowisko obserwacyjne — gruby konar simaruby osłaniał go przed ewentualnym atakiem nieprzyjaciół, a wysokie w tym miejscu trawy pozwalały mu z ukrycia niepostrzeżenie obserwować, co działo się na polanie. Niczego nie wypatrzył od strony lasu, skąd padł strzał. Ale jakieś pięćdziesiąt stóp od simaruby, w miejscu, w którym rosła kępka krzaków, zauważył, że coś się poruszyło.

„Ktoś czołga się w moją stronę” — powiedział w duchu. „To pewnie Carmaux. A może podstępem chce mnie wziąć jakiś Hiszpan? Arkebuz jest nabity, a chybić celu mi się nie zdarza”.

Trwał nieruchomo przez kilka chwil, przystawiając ucho do ziemi. Słyszał wyraźnie czołgającego się wśród traw człowieka. Błyskawicznie powstał i zaczął przepatrywać wysokie trawy.

„Ach” — westchnął głęboko.

Pięćdziesiąt stóp od drzewa ostrożnie i podstępnie jak wąż czołgał się Carmaux.

„Spryciarz z niego” — pomyślał Czarny Korsarz. „Oto człowiek, który wyjdzie cało z każdej opresji. A co się stało z Hiszpanem, który do niego strzelał? Czyżby zapadł się pod ziemię?”.

Carmaux nadal się czołgał, kierując się w stronę olbrzymiej simaruby i pozostając w ukryciu w obawie, że moment nieuwagi narazi go na kolejny strzał.

Dzielny Czarny Korsarz przez cały czas pilnował broni i ryb. A niech to licho! Przecież nie na darmo zadał sobie tyle trudu, żeby je złapać.

Na widok Czarnego Korsarza Carmaux przestał się obawiać, błyskawicznie się podniósł i kilkoma susami do niego dobiegł, chowając się za konarem simaruby.

— Jesteś ranny? — zapytał go Czarny Korsarz.

— Tak jak ty — odparł z uśmiechem.

— Myślałem, że cię trafili.

— Udawałem, że dostałem. Padłem jak kłoda na ziemię, żeby myśleli, że mnie trafili. A ja jestem jeszcze żywszy niż przedtem. Te kapuściane głowy myślały, że dam się posłać na tamten świat, zupełnie jakbym, nie przymierzając, był jakimś głupim Indianinem. A Carmaux to przecież spryciarz.

— A gdzie się podział ten, co do ciebie strzelał?

— Wydaje mi się, że uciekł, gdy tylko usłyszał twój głos. Jednak trudno powiedzieć, w którą stronę, stałem i patrzyłem w kierunku zarośli, ale nie widziałem, w którą stronę pobiegł.

— Był sam?

— Tak.

— Hiszpan?

— Marynarz.

— Myślisz, że będzie nas śledzić?

— Tego nie można wykluczyć. Ale nie sądzę, żeby się odważył pokazać, skoro teraz jest nas dwóch.

— Carmaux, wracajmy na wierzchołek. Niepokoję się o Van Stillera.

— A jeśli zaatakują nas z zaskoczenia? Ten Indianin mógł nie być sam, reszta mogła czaić się w zaroślach.

— Będziemy mieć oczy szeroko otwarte i palec na spuście. W drogę, kamracie!

Ruszyli w drogę, trzymając muszkiety wymierzone w zarośla, aż w końcu dotarli do gęstych krzaków, które dały im upragnioną osłonę.

Chwilę czekali w ukryciu, chcieli bowiem upewnić się, czy nie byli śledzeni. Nikt się nie pokazał ani nikogo nie było słychać, ruszyli zatem dziarskim krokiem w dalszą wędrówkę, wspinając się po stromych i gęsto porośniętych roślinnością zboczach.

Dwadzieścia minut wystarczyło, żeby pokonać odległość, która dzieliła ich od małego umocnionego obozowiska.

Pełniący wartę na samym szczycie Van Stiller wybiegł im naprzeciw:

— Słyszałem wystrzał. Kapitanie, czy to ty strzelałeś?

— To nie ja. Zauważyłeś kogoś?

— Nikogo nie widziałem. Poza tym cisza jak makiem zasiał. W pobliżu nikogo. W oddali natomiast i owszem — grupa marynarzy opuściła plażę i weszła w głąb puszczy.

— A karawela wciąż jest na kotwicy?

— Niezmiennie.

— A szalupy?

— Patrolują wybrzeże i blokują możliwość ucieczki z wyspy.

— Kto przewodził tej grupie, która weszła do lasu?

— Widziałem na ich czele jakiegoś siwobrodego starca.

— Przecież to on! — wykrzyknął Czarny Korsarz, mocno zaciskając ze złości zęby. — Niech ten łajdak tylko się tu pojawi. Zobaczymy, komu będzie sprzyjało szczęście i czy fortuna go uchroni od mojego arkebuza.

— Jak myślisz, kapitanie, ile czasu im zabierze, żeby się tu dostać? — zapytał Carmaux, który zaczął właśnie zbierać chrust.

— Być może nie odważą się zaatakować nocą i zaczekają na nowy dzień.

— W takim razie możemy przygotować kolację i się posilić. Powiem wam szczerze, że nie wiem, gdzie się podziały moje jelita. Van Stiller, upiecz, proszę, te dwie wspaniałe płaszczki. Jestem pewien, że tak ci zasmakują, że będziesz jadł, aż ci się będą uszy trzęsły.

— A co jeśli znienacka nadejdą Hiszpanie? — zapytał wyraźnie zaniepokojony hamburczyk.

— Wtedy jedną ręką będziemy jeść, a druga walczyć. Dla nas płaszczki, dla nich ołowiane kulki. Potem zobaczymy, kto co lepiej strawi.

Gdy Czarny Korsarz wszedł na wierzchołek i zaczął obserwować okolicę, dwaj piraci rozpalili ognisko i zabrali się do pieczenia ryb, uprzednio oczyściwszy je z długich ości.

Pół godziny później Carmaux ogłosił tryumfalnym tonem, że kolacja jest gotowa, Hiszpanie natomiast jak dotąd wcale się nie pojawili. Trzech piratów zasiadło do posiłku. Ledwie zdążyli ugryźć pierwszy kęs, kiedy od strony morza dało się słyszeć potężny huk armat.

— Działo! — wykrzyknął Carmaux.

Nie zdążył zamknąć ust, a występ skalny, który służył piratom za punkt obserwacyjny, runął i rozbił się z łomotem na drobne kawałki u stóp góry.

— Do kroćset...! — krzyknął Carmaux, skacząc na równe nogi.

— Furmanów fur beczek! — dokończył Van Stiller.

Czarny Korsarz rzucił się na skraj urwiska, żeby zobaczyć, skąd wystrzelono kulę.

— Na tabuny ludożerców! — krzyknął Carmaux. — Żeby nawet zjeść nie można było w świętym spokoju nad tym przeklętym jeziorem Maracaibo. Niech piekło pochłonie Van Goulda i wszystkich okazujących mu ślepe posłuszeństwo. Kolacja poszła z dymem! A takie smakowite płaszczki!

— Carmaux, nie złość się, przegryziesz sobie potem kawałek żółwia i ci przejdzie.

— Jeśli Hiszpanie nam na to pozwolą — powiedział Czarny Korsarz, który tymczasem wrócił do ogniska. — Nacierają od strony lasu, a od strony morza ostrzeliwuje nas karawela.

— Chcą nas zetrzeć na miazgę? — zapytał Carmaux.

— Raczej zrobią z nas to, co my z tych płaszczek! — odparł Van Stiller.

— Na szczęście my jesteśmy płaszczkami, które potrafią być groźne, mój drogi. Kapitanie, widać już Hiszpanów?

— Są jakieś sześćset jardów od nas.

— Do kroćset!

— Co się dzieje?

— Mam pomysł, kapitanie.

— Zamieniam się w słuch.

— Skoro karawela nas ostrzeliwuje, to i my ostrzelajmy Hiszpanów.

— Widzisz tu gdzieś jakieś działo, Carmaux? Czy może słońce przegrzało ci mózg?!

— Ani jedno, ani drugie, kapitanie. Miałem na myśli coś innego — trzeba tylko sturlać w dół te głazy. Zbocze jest strome, więc na pewno się nie zatrzymają w połowie.

— Pomysł jest dobry i w odpowiednim momencie go uskutecznimy. A tymczasem, moi dzielni kamraci, rozdzielmy się i niech każdy pilnuje swojego stanowiska. Ale oddalcie się od skały, bo jeszcze oberwiecie jakimś odłamkiem w głowę.

— Wystarczyły mi te, które spadły mi na plecy — powiedział Carmaux, pakując do kieszeni kilka mango. — Zobaczmy, czego mogą od nas chcieć te łotry. Słono mi zapłacą za te płaszczki.

Rozdzielili się i każdy poszedł na swoje stanowisko, ukryte pośród krzaków, które otaczały wierzchołek, czekając na nieprzyjaciela z wycelowanymi muszkietami.

Marynarze karaweli, licząc być może na sowitą zapłatę ze strony gubernatora, wspinali się zawzięcie po stromych zboczach, torując sobie drogę pośród gęsto rosnących krzewów. Byli jeszcze zbyt nisko, żeby mogli ich zobaczyć piraci, choć dobrze słyszeli odgłos ciętych gałęzi czy lian, które utrudniały marsz Hiszpanom, i ich głośne rozmowy.

Nacierali z dwóch stron zbocza, w dużych, zwartych grupach, gotowi zmierzyć się z każdą niespodzianką. Jeden oddział już obszedł jezioro, drugi natomiast nadciągał od strony głębokiej doliny.

Czarny Korsarz upewnił się co do spodziewanego kierunku ataku, po czym postanowił wdrożyć plan zaproponowany przez Carmaux, chcąc staranować za pomocą rozpędzonych kamieni wspinających się wąskim gardłem zbocza marynarzy.

— Pozwólcie do mnie, moi dzielni przyjaciele — rzekł do swoich kamratów. — Najpierw zajmijmy się oddziałem, który chce nas zaatakować od tyłu. Potem zajmiemy się tymi, którzy nadchodzą od strony jeziora.

— W ich przypadku mam nadzieję, że unieszkodliwi ich niku — rzekł Carmaux. — Ugaszą pragnienie, po czym będą uciekać, gdzie pieprz rośnie, trzymając się za brzuchy.

— Na moją komendę... — rzekł Czarny Korsarz, widząc toczącego ogromny głaz hamburczyka. — Teraz! — dał rozkaz dowódca.

Dwóm piratom nie trzeba było powtarzać, od razu zaczęli toczyć w kierunku krawędzi, z zawrotną prędkością, tuzin głazów, a następne zepchnęli je wąskim gardłem zbocza.

Potężna kamienna lawina z siłą i prędkością huraganu potoczyła się przez las, podskakując, taranując krzaki i młode drzewa, które napotykała na swej drodze.

Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Po kilku sekundach w dolinie podniosły się krzyki przerażenia, a zaraz za nimi odgłosy wystrzałów z muszkietu.

— Ha! Macie za swoje! — krzyknął Carmaux tryumfalnie. — Najwyraźniej ktoś tam na dole oberwał!

— Widzę wycofujących się biegiem w popłochu ludzi — powiedział Van Stiller, który wspiął się na szczyt wzniesienia, z którego miał dobrą widoczność na to, co działo się u jego podnóża.

— Wydaje mi się, że dostali za swoje i skutecznie wybiliśmy im z głowy szturm.

— Hamburczyku, pokażmy im, że stać nas na więcej. Nie będą mieli wątpliwości, z kim mają do czynienia.

— Jestem gotów, Carmaux. Dawaj!

Piraci zepchnęli jeszcze raz całą lawinę olbrzymich kamieni. Drugi zrzut stoczył się z takim samym hukiem, tratując roślinność porastającą zbocze i wysadzając z posad napotykane na swojej drodze inne kamienie i głazy. Marynarze z karaweli salwowali się ucieczką na zbocza i chowali się za drzewami.

— Myślę, że póki co mamy od nich spokój — odrzekł Carmaux, zacierając z zadowolenia dłonie. — Dostali za swoje!

— Bierzmy się zatem za pozostałych — powiedział Czarny Korsarz.

— Jeśli nie dostali kolki od tej prędkiej ucieczki — dodał Van Stiller.

— Nie widać, żeby ktoś się wspinał.

— Cicho bądźcie.

Czarny Korsarz podszedł do krawędzi skały i przez kilka chwil nasłuchiwał.

— I co, nic? — zapytał zniecierpliwiony Carmaux.

— Cisza jak makiem zasiał — odparł Czarny Korsarz.

— Czyżby napili się niku?

— Czy może zakradają się, pełzając jak węże? — zapytał Van Stiller.

— Ostrożnie, żeby nas nie poczęstowali znienacka prochem.

— Pewnie się boją, że ich pozgniatamy jak robaki — skwitował Carmaux. — Być może nasza kamienna artyleria jest groźniejsza od tej, którą dysponuje karawela. A już na pewno nie jest tak kosztowna.

— Spróbuj oddać strzał w tamte zarośla — rozkazał Czarny Korsarz, zwracając się do hamburczyka. — Jeśli odpowiedzą, będziemy wiedzieć, jak się zachować.

Van Stiller poszedł w kierunku krawędzi, przykucnął za krzakiem i wypalił z arkebuza w sam środek zarośli.

Odgłos wystrzału poniósł się szerokim echem po lesie, lecz na tym się skończyło. Piraci odczekali chwilę, nadstawiając ucha i przepatrując gęste listowie, po czym wypalili z muszkietów każdy w innym kierunku.

Jednak także tym razem nie dało się słyszeć żadnej reakcji. Co zatem mogło się stać z drugim oddziałem, który wspinał się do góry od strony jeziora?

— Jak już strzelacie, to chociaż celnie — rzekł Carmaux. — Ta cisza ma w sobie coś złowróżbnego, przeczuwam pułapkę. Kapitanie, co zamierzasz?

— Schodzimy, Carmaux — odpowiedział zaniepokojony Czarny Korsarz.

— A co, jeśli Hiszpanie się zaczaili i zechcą wziąć szturmem nasze obozowisko?

— Van Stiller zostanie tu na czatach. Chcę wiedzieć, co szykują nasi przeciwnicy.

— Chcesz to wiedzieć, kapitanie? — zapytał hamburczyk, który zrobił kilka kroków do przodu w kierunku krawędzi.

— I co, widzisz ich?

— Kilku tarza się po ziemi w spazmach.

— Gdzie?

— Tam na dole, zaraz przy jeziorze.

— Ha! Ha! — zaśmiał się na tę wiadomość Carmaux. — Chyba skosztowali niku. Trzeba im wysłać jakiś środek uśmierzający.

— W postaci kulki, prawda? — zapytał Van Stiller.

— Nie, dajcie im spokój — powiedział Czarny Korsarz. — Trzymajmy zapas amunicji na decydujące starcie. Poza tym nie ma sensu zabijać tych, którzy nam już nie zagrażają. Skoro spalił na panewce pierwszy ich atak, wykorzystajmy tę chwilę wytchnienia, by umocnić nasze obozowisko. To, czy się uratujemy, zależy tylko od nas samych.

— Dobrze by było, żebyśmy zjedli też kolację — powiedział Carmaux. — Mamy jeszcze żółwia, piranie i jednego pemecru.

— Oszczędzajmy prowiant, Carmaux. Możemy tu tkwić osaczeni nawet kilka dobrych tygodni. Franciszek l’Olonnais może zostać długo w Maracaibo, a dobrze wiesz, że tylko on nas może wyciągnąć z tej kabały.

— Zaspokoimy głód piraniami.

— Niech będzie.

Podczas gdy marynarz rozpalał wraz z hamburczykiem ognisko, Czarny Korsarz wdrapał się na skałę, żeby zobaczyć, co się dzieje na plaży małej wysepki.

Karawela stała na kotwicy, choć na jej pokładzie panowało spore zamieszanie i marynarze uwijali się jak w ukropie.

Wszystko wskazywało na to, że żołnierze ładowali kolubrynę120, którą ustawili lufą w kierunku wzgórza, chcąc znów skierować ostrzał na szczyt wierzchołka.

Cztery szalupy pływały wzdłuż plaży, chcąc w razie czego uniemożliwić osaczonym jakąkolwiek szansę ucieczki, choć obawa, że chcieliby uciec, była zupełnie bezpodstawna, zważywszy, że piraci nie mieli na wyposażeniu żadnej łódki ani też nie daliby absolutnie rady przepłynąć wpław ogromnego dystansu dzielącego wyspę od ujścia rzeki Catatumbo.

Plaża była pusta. Wszystko wskazywało na to, że żaden z dwóch wysłanych przeciwko piratom oddziałów nie powrócił na brzeg.

Rozdział XXXII. W rękach Van Goulda

Podczas tego niekończącego się dnia ani Van Gould, ani marynarze na karaweli nie dawali znaków życia. Najwyraźniej byli przekonani, że ukrywający się na szczycie piraci prędzej czy później wpadną w ich łapy, uznali więc jakikolwiek szturm za bezcelowy.

Chcieli głodem i pragnieniem zmusić ich do kapitulacji, a nade wszystko zależało im na złapaniu słynnego Czarnego Korsarza żywcem, aby Van Gould mógł go potem powiesić, tak jak to uczynił z jego dwoma nieszczęsnymi braćmi na placu Maracaibo.

Carmaux i Van Stiller upewnili się, czy marynarze nie ruszyli się z obozowiska. Zapuścili się w knieje, zakradli się nieopodal miejsca, w którym rozbiły się obozem na zboczach wzniesienia liczne oddziały Hiszpanów. Nie spotkali natomiast żadnego z nich wokół jeziora, co było oczywistym dowodem na to, że napastnicy mieli okazję zasmakować niku.

Wraz z nastaniem wieczoru piraci zaczęli szykować się do zejścia ze wzgórza. Chcieli za wszelką cenę wyminąć wroga i przedrzeć się na jego tyły. Bezczynne czekanie w okopach skazywało ich na powolną i pewną śmierć z głodu, a szanse na znalezienie pokarmu były bliskie zeru.

Około godziny jedenastej, kiedy upewnili się, że w okolicy żołdacy Van Goulda nie urządzili zasadzki ani nie zostawili swojego obozowiska, zabrali resztki prowiantu, a także podzielili się amunicją — dla każdego po trzydzieści pocisków — po czym opuścili po cichu niewielkie ufortyfikowane okopy i udali się w stronę jeziora.

Zanim jednak podjęli marsz, dokładnie wytyczyli jego trasę, tak żeby nie wpaść przypadkiem na oddziały Hiszpanów i nie poderwać ich do walki. Gdyby ich plan się nie ziścił, wszystko spaliłoby na panewce. A tylko tak mogli uniknąć konfrontacji z pałającym żądzą zemsty i nienawiścią gubernatorem.

Istniało poza tym ryzyko, że spotkają na drodze pojedynczych wartowników i zwiadowców, mieli jednak nadzieję, że przy panujących w leśnej gęstwinie ciemnościach, a także dzięki ich sprytowi i ostrożności uda im się ich uniknąć.

Poruszali się powoli i ostrożnie, pełzając niczym gady. Musieli uważać, żeby nie strącić żadnego z leżących na zboczu kamieni. Po dziesięciu minutach dotarli do miejsca tak gęsto zalesionego, że nie docierały tam promienie słoneczne. Zatrzymali się i przez chwilę nasłuchiwali. Kiedy ujrzeli ogień obozowiska na zboczach wzniesienia, nie słysząc żadnych podejrzanych odgłosów, powzięli dalszą wędrówkę. W obawie, żeby nie szeleścić liśćmi i nie wpaść w jakieś zagłębienie czy zdradliwy lej, szli pochyleni, obmacując teren dłońmi.

Zeszli już na wysokość około tysiąca stóp, kiedy Carmaux, który szedł na czele pochodu, nagle się zatrzymał i schował za pniem dużego drzewa.

— Co jest? — zapytał go szeptem Czarny Korsarz, zatrzymując się tuż za jego plecami.

— Słyszałem odgłos łamiącej się gałązki — wyszeptał bardzo niewyraźnie pirat.

— Gdzieś w pobliżu?

— Nieopodal.

— Myślisz, że to jakieś zwierzę?

— Trudno powiedzieć.

— Czy może jakiś zwiadowca czy wartownik?

— Jest zbyt ciemno, żeby coś zobaczyć, kapitanie.

— Zatrzymajmy się na kilka minut.

Położyli się wszyscy trzej wśród traw i korzeni, po czym, wstrzymując oddech, zaczęli nasłuchiwać. Po kilku chwilach pełnego niepokoju oczekiwania usłyszeli dwóch ludzi, którzy szli w ich kierunku i rozmawiali po cichu:

— Zaraz się zacznie — powiedział jeden głos.

— Czy wszyscy są już gotowi? — zapytał drugi głos.

— Diego, nasi już pewnie opuścili obóz.

— Ale przecież na zboczu pali się jeszcze ognisko.

— To specjalnie, piraci mają myśleć, że nie ruszyliśmy się z miejsca.

— Gubernator to szczwany lis!

— To prawdziwy wojownik, Diego.

— Myślisz, że uda nam się ich złapać?

— Weźmiemy ich z zaskoczenia, zobaczysz.

— Ale będą się na pewno zajadle bronić. Sam Czarny Korsarz wart jest naszych dwudziestu ludzi, Sebastiano...

— Ale nas jest sześćdziesięciu, a poza tym sam Van Gould włada szpadą po mistrzowsku.

— Według mnie to za mało, żeby powstrzymać tego zapaleńca Czarnego Korsarza. Coś mi się wydaje, że wielu z nas przywita się z zaświatami.

— Ale ci, co przeżyją, nieźle się obłowią: dziesięć tysięcy piastrów! Sam pomyśl, ile picia i jedzenia!

— Sumka niczego sobie, Sebastianie. Carrai! Gubernator chce zobaczyć trupa.

— Nie, Diego, on chce go dostać żywcem.

— Pewnie, żeby go powiesić później.

— Co do tego nie ma wątpliwości. Słyszałeś te odgłosy, Diego?

— Tak, nasze oddziały wyruszają w drogę.

— A zatem chodźmy z nimi, u góry czeka na nas dziesięć tysięcy piastrów.

Czarny Korsarz i jego kamraci ani drgnęli. Leżeli nieruchomo i cicho jak myszy pod miotłą pośród wysokich traw i lian, gotowi strzelać, gdyby tylko okazało się to konieczne.

Wytężając wzrok, zobaczyli, jak niewyraźne sylwetki marynarzy torują sobie drogę, odgarniając zwisające liany i odchylając gałęzie, po czym na dobre znikają w mroku. Jeden z nich przystanął nagle i rzekł:

— Diego, słyszałeś?

— Nie.

— A ja słyszałem jakby syknięcie.

— To pewnie jakiś owad.

— A może wąż?

— Tym bardziej zatem trzeba się stąd oddalić. Chodź, nie chcę dołączyć do walki jako ostatni.

Po tej krótkiej wymianie zdań dwóch marynarzy kontynuowało swój marsz, ginąc powoli w mrocznym tunelu roślinności.

Trzej piraci zaczekali chwilę w obawie, że Hiszpanie zechcą jeszcze zawrócić czy może postanowią się zatrzymać, a następnie Czarny Korsarz wstał z kolan i rozejrzał się bacznie dookoła.

— Do stu piorunów! — wymamrotał pod nosem Carmaux, swobodnie nabierając powietrza. — Powoli zaczynam wierzyć, że szczęście nam sprzyja.

— Ja bym nie dał ani piastra za naszą skórę — powiedział Van Stiller. — Jeden z tych dwóch przeszedł mi tuż pod nosem, prawie na mnie nadepnął.

— Dobrze zrobiliśmy, opuszczając nasze obozowisko. Sześćdziesięciu ludzi! Przecież nie dalibyśmy rady odeprzeć ataku!

— Czeka ich niemiła niespodzianka u góry, Carmaux. Znajdą tam tylko ości i kamienie.

— Zawsze coś. Zaniosą je potem gubernatorowi.

— Naprzód — powiedział Czarny Korsarz. — Musimy dotrzeć do plaży, zanim Hiszpanie zauważą, że uciekliśmy. Jeśli będą bić na alarm, wtedy nie uda nam się ukraść niepostrzeżenie żadnej szalupy.

Byli pewni, że nie napotkają na swojej drodze żadnych innych przeszkód, ani im przez myśl nie przeszło, że może im grozić jeszcze większe niebezpieczeństwo i że zostaną schwytani. Udali się w kierunku jeziora, potem przedostali się na drugą stronę, schodząc dalej tym samym wąwozem, którym wcześniej toczyły się zrzucone przez nich z góry kamienie. Chcieli jak najszybciej dotrzeć do plaży u południowego wybrzeża wyspy i jak najbardziej oddalić się od karaweli.

Dotychczas los im sprzyjał i nie spotkała ich żadna przykra niespodzianka. O północy byli już na plaży.

Ich oczom ukazała się wciągnięta na brzeg jedna z czterech szalup. Dwaj marynarze — najpewniej stanowiący jej załogę — leżeli pogrążeni we śnie obok dogasającego ogniska. Spali snem sprawiedliwego, ufni, że żołnierze z karaweli rozpoczęli szturm na wzgórze, otaczając piratów zwartym pierścieniem.

— Bez trudu sobie poradzimy — wymamrotał pod nosem Czarny Korsarz. — Jeśli ci dwaj się nie obudzą, wypłyniemy w morze i dopłyniemy do ujścia rzeki Catatumbo.

— Nie zabijemy ich? — zapytał Carmaux.

— To nie ma najmniejszego sensu — odparł Czarny Korsarz. — Nie stanowią dla nas zagrożenia, przynajmniej tak mi się wydaje.

— A gdzie są pozostałe szalupy? — zapytał hamburczyk.

— Jedna jest na lądzie, zaraz przy skałach przybrzeżnych, jakieś pięćset pięćdziesiąt jardów od nas — odpowiedział Carmaux.

— No to już, migiem, pakujmy się do łodzi — poruczył Czarny Korsarz. — Za kilka minut Hiszpanie zauważą naszą ucieczkę.

Na paluszkach weszli na niewielkie wzniesienie, przechodząc pod nosem obu marynarzy, którzy smacznie sobie spali, chrapiąc w najlepsze. Zepchnęli łódź z plaży do wody, wskoczyli do środka, po czym chwycili za wiosła.

Przez cały czas mieli nadzieję, że uda im się niepostrzeżenie wypłynąć na szerokie morze. Odpłynęli jakieś pięćdziesiąt jardów, aż tu nagle dało się słyszeć strzały z muszkietów. To Hiszpanie dotarli na szczyt i przypuścili szturm na obozowisko piratów, przekonani, że ci się tam ukrywają.

Na odgłos wystrzałów dwóch marynarzy śpiących na plaży zerwało się na równe nogi. Widząc odpływającą szalupę z piratami na pokładzie, rzucili się biegiem w kierunku plaży.

— Stać! Zatrzymać się! Co wy za jedni? — krzyczeli.

Zamiast odpowiedzieć, Carmaux i Van Stiller pochylili się i zaczęli z zapałem wiosłować.

— Do broni! — krzyknęli dwaj marynarze, kiedy dotarło do nich, że dali się przechytrzyć.

Następnie zagrzmiały dwa strzały z muszkietu.

— Do diabła z wami! — krzyknął Carmaux, kiedy jedna kula złamała mu wiosło.

— Trzymaj drugie wiosło.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Van Stiller.

— Co się dzieje?!

— Jakaś inna szalupa ruszyła za nami w pogoń, kapitanie.

— Zajmijcie się wiosłowaniem, a ja będę strzelał, nie pozwolę im się zbliżyć — odparł z przekonaniem Czarny Korsarz.

Tymczasem na szczycie wzniesienia nadal było słychać wystrzały z muszkietów. Prawdopodobnie Hiszpanie, kiedy dotarli do zbudowanych z ciernistych gałęzi i kamieni okopów, zatrzymali się w obawie przed pułapką.

Zamaszyście wiosłujący piraci odbili szybko od brzegu w kierunku ujścia rzeki Catatumbo, oddalonego o jakieś pięć mil. Odległość była spora, jednakże przy odrobinie szczęścia — gdyby żołnierze pełniący straż na karaweli nie zauważyli, co się dzieje na południowym brzegu wysepki — istniała szansa, że umkną pogoni.

Dwaj przechytrzeni Hiszpanie wrzeszczeli wniebogłosy, wołając o pomoc swoich rodaków. W sukurs przyszła im kolejna szalupa, co jednak trwało dłuższą chwilę. Czas ten wykorzystali piraci, by oddalić się na około sto jardów.

Na nieszczęście wszczęto alarm także na południowym brzegu wysepki. Nieprzyjaciel nie dał się zwieść, że strzały z muszkietów dwóch marynarzy pochodziły ze szczytu wzniesienia, co od razu zauważyli uciekinierzy.

Nie udało im się odpłynąć dalej niż pół mili, gdy dostrzegli, że ścigają ich inne szalupy, z których jedna wyposażona była w niewielkie działo.

— No to już po nas! — krzyknął mimochodem Czarny Korsarz. — Przyjaciele, przygotujmy się na śmierć.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Czyżby szczęście się rozmyśliło i postanowiło przejść na stronę wroga? Raz na wozie, raz pod wozem. Ale zanim polegniemy, chociaż kilku zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Wypuścił z dłoni wiosło i chwycił za muszkiet. Ścigające ich szalupy — łącznie tuzin — znajdowały się teraz w odległości półtora kabla, a na ich czele płynęła łódź pokaźnych rozmiarów.

— Poddajcie się, bo inaczej poślemy was na dno!

— Nie ma mowy — odpowiedział Czarny Korsarz grzmiącym głosem. — Ludzie morza umierają, ale się nie poddają!

— Gubernator obiecuje darować wam życie.

— Oto moja odpowiedź!

Czarny Korsarz wycelował i wystrzelił, trafiając jednego z wioślarzy.

Rozwścieczyło to na dobre załogę wszystkich szalup.

— Ognia! — padła komenda.

Niewielka kolubryna huknęła, zasnuwając się dymem. Kula zniszczyła dziób, szalupa przechyliła się na bok i zaczęła nabierać wody.

— Wyskakujemy! — krzyknął Czarny Korsarz, wypuszczając z dłoni arkebuz.

Dwóch piratów strzeliło jeszcze w kierunku dużej łodzi, a następnie skoczyli do wody, podczas gdy ich szalupa, trafiona niewielką kulą, przechylała się coraz bardziej, wciągana wirem w wodną głębinę.

— Kordelasy w zęby i szykować się do abordażu! — krzyknął rozwścieczony Czarny Korsarz. — Przecież nie będziemy umierać w wodzie!

Z trudem utrzymywali się na powierzchni, bowiem woda wlewała im się do butów z wysokimi cholewami. Zaczęli płynąć w kierunku hiszpańskiej łodzi z zamiarem powzięcia nierównej, desperackiej walki. Poddanie się w ogóle nie wchodziło w rachubę — pragnęli walczyć za wszelką cenę i zginąć jak na piratów przystało.

Hiszpanom z kolei zależało na tym, żeby dostać ich żywcem. Gdyby chcieli ich zabić, nie mieliby z tym żadnych trudności — wystarczyłoby ostrzelać ich w wodzie gradem kul. Ich łodzie z impetem uderzyły dziobem w płynących wpław piratów.

Zza burty wychyliło się dziesięć par rąk, które wyciągnęły ich z wody na pokład. Ogłuszeni uderzeniem łodzi, ani się spostrzegli, a już byli związani.

Gdy Czarny Korsarz zorientował się, co się wydarzyło, siedział już na rufie nieprzyjacielskiej łodzi, z rękoma związanymi za plecami, jego dwóch kamratów natomiast posadzono spętanych sznurem na dziobie. Przy sterze stał dostojny mężczyzna ubrany w elegancki strój kastylijskiego szlachcica.

Kiedy Czarny Korsarz się ocknął, zdumiony wykrzyknął:

— To ty! Hrabia...

— Tak, to ja, panie — odpowiedział Kastylijczyk z uśmiechem.

— Nigdy bym nie przypuszczał, że hrabia Lermy tak szybko zapomni, że uratowałem mu życie, a przecież mogłem zabić go w domu notariusza w Maracaibo — odparł Czarny Korsarz z goryczą.

— A co ci każe przypuszczać, panie, że zapomniałem o dniu, w którym miałem szczęście cię poznać? — odparł książę po cichu.

— Jeśli się nie mylę, stałem się właśnie twoim więźniem.

— Tak sądzisz?

— I że prowadzisz mnie przed oblicze księcia flamandzkiego?

— Czyżby?

— Zapomniałeś, że Van Gould powiesił moich dwóch braci?

— Nie, panie, nie zapomniałem.

— To może zapomniałeś, że się nienawidzimy?

— Ależ skąd.

— Przecież wiesz, że mnie powiesi?

— Tak myślisz?

— Nie wierzysz mi?

— Nie wątpię, że Van Gould chce cię powiesić, zapominasz jednak, że i ja tu jestem, i że karawela należy do mnie, a marynarze na jej pokładzie słuchają wyłącznie moich rozkazów.

— Van Gould jest gubernatorem Maracaibo i wszyscy Hiszpanie słuchają jego rozkazów.

— Spełniłem jego życzenie i pojmałem was żywcem, nic więcej — powiedział hrabia pod nosem z tajemniczym uśmiechem. Następnie, pochylając się, szepnął Czarnemu Korsarzowi na ucho: — Gibraltar i Maracaibo są daleko stąd, wkrótce się przekonasz, jak hrabia Lermy wszystko po mistrzowsku rozegra i wystawi Flamandczyka rufą do wiatru.

I dokładnie w tej samej chwili łódź eskortowana przez dwie inne szalupy dopłynęła do burty karaweli. Na dany przez hrabiego znak marynarze pochwycili piratów i wciągnęli ich do góry. Gdy znaleźli się już na pokładzie, usłyszeli pełen tryumfu głos:

— Nareszcie! Wszyscy w komplecie!

Rozdział XXXIII. Obietnica kastylijskiego szlachcica

Słowa te padły z ust mężczyzny, który zszedł z rufówki i zatrzymał się przed Czarnym Korsarzem. Na jego rozkaz piratowi przecięto krępujący dłonie sznurek.

Był to mężczyzna w dojrzałym wieku, z długą, siwą brodą, o masywnej klatce piersiowej i szeroki w barach, krótko mówiąc — silny i postawny, pomimo swoich prawie sześćdziesięciu lat.

Z wyglądu przypominał dożów republiki weneckiej, którzy prowadzili ku zwycięstwu galery121 królowej mórz przeciwko nieustraszonym korsarzom tureckiego półksiężyca. Miał na sobie stalową, starannie wycyzelowana zbroję, z przypiętą u boku długą szpadą, którą szlachcic posługiwał się wciąż z niezmienną wprawą, natomiast do pasa przyczepiony miał sztylet ze złotym uchwytem.

Pozostała część stroju była w iście hiszpańskim stylu: obszerne, bufiaste rękawy z czarnego jedwabiu, jedwabna koszula tego samego koloru i wysokie buty z rozszerzającymi się ku górze cholewami z żółtej skóry i ze srebrnymi ostrogami.

Przez kilka chwil wpatrywał się w niego płomiennym spojrzeniem, a następnie spokojnym tonem rzekł:

— Widzisz, panie, los się do mnie uśmiechnął. Poprzysiągłem sobie, że wszystkich was powieszę i obietnicy dotrzymam.

Na te słowa Czarny Korsarz gwałtownym ruchem uniósł głowę, spojrzał na niego pogardliwie i rzekł:

— Szczęście na tym padole zawsze sprzyja zdrajcom, ale przekonamy się, po czyjej będzie stronie w życiu po śmierci. Śmiało, morderco moich braci, dokończ dzieła. Panom z Ventimiglii śmierć nie jest wcale straszna.

— Chciałeś się ze mną zmierzyć — kontynuował zimnym tonem leciwy szlachcic. — Jednak przegrałeś i przyjdzie ci za to zapłacić.

— Na co czekasz, zdrajco, każ mnie powiesić!

— Po co ten pośpiech?!

— No już! Co cię powstrzymuje?!

— Przyjdzie na to czas. Wolałbym cię powiesić w Maracaibo, ale skoro w mieście panoszy się ta piracka banda, postanowiłem przygotować przedstawienie dla mieszkańców Gibraltaru.

— Łajdaku! Jeszcze ci mało?! Nie wystarczyła ci śmierć moich braci?

Księciu oczy rozgorzały wściekłością.

— Tak, jeszcze mi mało — odpowiedział po cichu. — Jesteś zbyt niewygodnym świadkiem moich poczynań we Flandrii, żeby darować ci życie. A poza tym, jeśli cię nie zabiję, to któregoś dnia, prędzej czy później, ty zabijesz mnie. Być może nie nienawidzę cię wcale tak bardzo, jak ty nienawidzisz mnie, po prostu się bronię, to wszystko. A może zwyczajnie pozbywam się przeciwnika, który nie pozwoliłby mi w spokoju cieszyć się życiem.

— Nie zwlekaj zatem, tylko mnie zabij, bo jeśli bym ci przypadkiem uciekł, to już od jutra zacznę cię znowu ścigać.

— Zdaję sobie z tego sprawę — powiedział książę po kilku chwilach głębszego namysłu. — Jeszcze jakimś cudem mógłbyś się wywinąć od stryczka, na który w pełni sobie zasłużyłeś.

— Już ci powiedziałem, że nie boję się śmierci — odparł Czarny Korsarz z wyniosłą dumą.

— Znana jest mi odwaga ludzi z Ventimiglii — odpowiedział książę.

Jego twarz zniknęła pod oparami mgły, która snuła się po pokładzie.

— Miałem się okazję przekonać, tu na tych morzach, ale i gdzie indziej, co znaczą piracki duch walki, ich odwaga i pogarda wobec śmierci — kontynuował Van Gould, po czym ze spuszczoną głową zaczął się przechadzać w zamyśleniu po mostku karaweli. Następnie podszedł znów do Czarnego Korsarza i rzekł:

— Pewnie nie wierzysz, ale czuję się już zmęczony tą nienawiścią. Chciałbym to raz na zawsze zakończyć.

— Nie wątpię — odparł Czarny Korsarz z nutą ironii w głosie. — I powiesisz mnie, żeby ją zakończyć!

Książę podniósł gwałtownie głowę, spojrzał Czarnemu Korsarzowi prosto w oczy, po czym rzekł:

— A gdybym puścił cię wolno, co byś wtedy zrobił?

— Nie odpuściłbym ani o krok — odpowiedział szlachcic z Ventimiglii.

— A zatem nie mam wyboru i muszę cię zabić. Mógłbym nawet darować ci życie, głównie ze względu na wyrzuty sumienia, które od czasu do czasu chwytają moje serce, lecz w zamian oczekiwałbym jednak, że wówczas zaprzestaniesz mnie ścigać, zaniechasz zemsty i powrócisz do Europy. Z tego jednak, co słyszę, chcesz mnie zamordować za wszelką cenę, w związku z czym nie pozostaje mi nic innego, jak cię zabić, tak jak zabiłem Czerwonego i Zielonego Korsarza.

— Czyżbyś zapomniał, że jeszcze w Europie zabiłeś najstarszego z moich braci?

— Zamilcz! — wykrzyknął książę głosem zdradzającym głęboki niepokój. — Dlaczego rozdrapywać rany przeszłości? Pozwól mu odpoczywać spokojem wiecznym.

— Zatem przejdź do czynów i dopełnij swojego dzieła, jak na zdrajcę i mordercę przystało — odparł Czarny Korsarz. — Zabij ostatniego z korsarzy, wiedz jednak, że walka się na tym nie zakończy, albowiem znajdzie się inny, równie nieustraszony, waleczny i odważny pirat, który weźmie sprawy w swoje ręce i będzie cię tropił jak pies gończy swą ofiarę, aż w końcu cię dopadnie.

— Niby kto by to miał być, co? — zapytał książę z nutą obawy w głosie.

— Franciszek l’Olonnais.

— Trudno, będę więc musiał powiesić też jego.

— Chyba że on cię w tym zamiarze uprzedzi. Jest właśnie w drodze do Gibraltaru i za kilka dni cię dopadnie.

— Tak sądzisz? — zapytał z ironią książę. — Gibraltar to nie to samo, co Maracaibo, i natarcie piratów zostanie odparte przez potężne hiszpańskie siły. Niech Franciszek l’Olonnais przybędzie, czekamy niecierpliwie, dostanie za swoje.

A następnie, zwracając się do marynarzy, rzekł:

— Zaprowadźcie więźniów do ładowni i nie spuszczajcie ich z oczu. Zasłużyliście na nagrodę: zgodnie z obietnicą otrzymacie ją, gdy tylko dopłyniemy do Gibraltaru.

Po tych słowach odwrócił się plecami do Czarnego Korsarza i poszedł w kierunku rufy, by stamtąd zejść pod pokład. Był już prawie przy schodach, kiedy książę Lermy zatrzymał go i zapytał:

— Książę, jesteś pewien, że chcesz powiesić Czarnego Korsarza?

— A jakże — odparł książę pewny powziętej decyzji. — Przecież to jest pirat, jest wrogiem Królestwa Hiszpanii. Razem z Franciszkiem l’Olonnais napadł na Maracaibo i choćby za to powinien zawisnąć.

— To bardzo odważny szlachcic. Nie szkoda ci go?

— A jakie to ma znaczenie?

— Przykro patrzeć, gdy tacy ludzie odchodzą z tego świata.

— To nasz nieprzyjaciel, hrabio.

— A ja bym go jednak nie zabijał.

— Niby dlaczego?

— Wiesz przecież, książę, że krążą słuchy, jakoby twoja córka została uprowadzona przez piratów z Tortugi.

— Słyszałem o tym — westchnął książę. — Jednak nie mamy żadnej pewności, że statek, którym płynęła, padł łupem piratów.

— A co, jeśli te pogłoski się sprawdzą?

Starzec wbił w hrabiego przerażone spojrzenie.

— Czyżbyś wiedział coś więcej niż ja? — zapytał zdjęty grozą.

— Nie, mój panie. Uważam jednak, że gdyby, odpukać, okazało się to prawdą, wówczas można by dokonać wymiany zakładników, oddając piratom ich dowódcę.

— To nie wchodzi w grę, panie — odparł książę pewnym tonem. — Wystarczy duża suma pieniędzy, żebym odzyskał córkę, gdyby rzeczywiście miało się okazać, że została uprowadzona, w co osobiście szczerze wątpię, albowiem podróżowała incognito. Gdybym puścił wolno Czarnego Korsarza, musiałbym nadal obawiać się o własne życie. Jestem wycieńczony długą walką, którą musiałem toczyć z nim i z jego ludźmi, czas zakończyć to szaleństwo. Panie hrabio, każ swoim ludziom rozwinąć żagle i obrać kurs na Gibraltar.

Hrabia Lermy ukłonił się bez słowa, po czym skierował się w stronę rufy, mówiąc sobie po cichu:

— Jestem szlachcicem, więc dotrzymam słowa.

Właśnie dopłynęły do karaweli szalupy z marynarzami, którzy wzięli udział w szturmie na wzgórze.

Kiedy ostatni z nich był już na pokładzie, hrabia polecił rozwinąć żagle. Zanim jednak kazał wciągnąć kotwicę, postanowił zagrać na zwłokę — zwlekał z podjęciem rejsu przez kilka godzin, oszukując zniecierpliwionego księcia Van Goulda, że karawela utkwiła na mieliźnie i że trzeba zaczekać na przypływ.

Dopiero około czwartej po południu podniesiono kotwicę i karawela odpłynęła.

Żeglowała wzdłuż brzegu wysepki, następnie odbiła ku ujściu rzeki Catatumbo, lecz jakieś trzy mile od brzegu niespodziewanie utknęła na płyciźnie.

W tej części rozległego jeziora panowała prawie zupełna cisza.

Van Gould, któremu bardzo było śpieszno do Gibraltaru, kilkukrotnie wychodził na pokład. W końcu kazał hrabiemu, by szalupy wzięły statek na hol. Nic jednak nie wskórał, usłyszał w odpowiedzi, że załoga jest zmęczona, a dno jeziora nie pozwala na swobodny manewr.

Mniej więcej około siódmej wieczorem zaczęła wiać lekka bryza i żaglowiec mógł znów popłynąć, choć nie oddalił się za bardzo od brzegu.

Hrabia Lermy, po kolacji, którą zjadł w towarzystwie księcia Van Goulda, stanął obok marynarza przy sterze i wdał się z nim w pogawędkę. Najwyraźniej dawał mu wskazówki dotyczące manewru, który miał wykonać, by ominąć zdradzieckie mielizny, które są rozsiane od ujścia rzeki Catatumbo aż po Santa Rosa, niewielką miejscowość znajdującą się o kilka godzin drogi od Gibraltaru.

Ta dość tajemnicza rozmowa trwała do dziesiątej wieczorem, kiedy to Van Gould udał się na spoczynek do swojej kajuty. Wówczas hrabia puścił ster i pod osłoną nocy — tak, żeby nie zobaczył go żaden z marynarzy — zszedł pod pokład, a stamtąd do ładowni.

„Teraz moja kolei, więc do dzieła! Hrabia Lermy spłaci swój dług, a potem niech się dzieje, co chce” — dodawał sobie kurażu122 w myślach.

Zapalił ślepą latarnię, którą ukrył w cholewie jednego ze swoich wysokich butów, a następnie skierował jej światło na smacznie śpiących w ładowni więźniów.

— Panie — powiedział po cichu.

Jeden z leżących mężczyzn podniósł się do pozycji siedzącej, choć miał mocno związane dłonie.

— Kto mnie niepokoi? — zapytał zniecierpliwiony.

— To ja, panie.

— A to ty, hrabio! — odrzekł Czarny Korsarz. — Chcesz mi dotrzymać towarzystwa? Co cię tu sprowadza?

— Coś znacznie ważniejszego... — odpowiedział Kastylijczyk.

— Co takiego?

— Przyszedłem spłacić swój dług.

— Nie rozumiem...

Carrai! — odpowiedział hrabia z uśmiechem. — Chyba nie zapomniałeś o naszym spotkaniu w domu notariusza?!

— Zaiste.

— A więc przychodzę, bo chciałbym dotrzymać złożonej obietnicy. Dzisiaj to twoje życie jest w niebezpieczeństwie, więc pozwól, że ci się odwdzięczę czymś, co z pewnością docenisz.

— Mów jaśniej!

— Przyszedłem cię ocalić z rąk Van Goulda.

— Co takiego?! — wykrzyknął Czarny Korsarz zdumiony. — Nie obawiasz się go?

— Śpi teraz.

— Ale jutro się obudzi.

— I co z tego? — odparł tamten spokojnym tonem.

— Wścieknie się na ciebie, uwięzi cię i powiesi zamiast mnie. Czy wziąłeś to pod uwagę, hrabio? Dobrze wiesz, że z Van Gouldem nie ma żartów.

— A ty sądzisz, że będzie mnie podejrzewał? Flamandczyk to szczwany lis, wiem, ale nie sądzę, że przyjdzie mu do głowy, żeby mnie obarczyć za to winą. Karawela jest moja, załoga jest pod moimi rozkazami, nie opłaca mu się przeciwstawiać, to strata czasu i energii. Uwierz mi, sława wyniosłego okrutnika, która doń przylgnęła, nie przysparza mu zwolenników wśród członków załogi, moi rodacy odnoszą się do niego z dużą niechęcią. Być może źle robię, że cię uwalniam, zwłaszcza w tej chwili, kiedy Franciszek l’Olonnais lada chwila przypuści szturm na Gibraltar, ale jestem szlachcicem, a szlachectwo zobowiązuje — muszę przede wszystkim wywiązać się z danej obietnicy. Uratowałeś mi życie, a teraz ja uratuję twoje i wyrównamy w ten sposób rachunki. Jeśli zrządzeniem losu przyjdzie nam znaleźć się w tym samym czasie w Gibraltarze, każdy z nas będzie robił swoje — ty będziesz czynił swoją piracką powinność, ja zaś stanę po stronie Hiszpanów. Będziemy walczyć jak zawzięci wrogowie.

— Nie, hrabio, nie jak śmiertelni wrogowie.

— A zatem jak szlachcice, którzy walczą każdy pod inną chorągwią — odparł ze szlachecką dumą Kastylijczyk.

— Niech tak się stanie, hrabio.

— Uciekaj stąd, panie. Trzymaj, weź tę siekierę, pomoże ci roztrzaskać drewniane belki bakburty, a tu masz kilka sztyletów, żebyście mieli się czym bronić przed dzikimi zwierzętami, kiedy już zejdziecie na ląd. Jedna z szalup jest holowana przez karawelę. Musicie do niej dopłynąć, potem odetnijcie linę i czym prędzej płyńcie do brzegu. Możecie być spokojni — ani ja, ani sternik niczego nie widzieliśmy. Żegnaj, panie. Mam nadzieję, że spotkamy się w murach Gibraltaru i że będę miał okazję zmierzyć się z tobą w pojedynku na szpady.

To powiedziawszy, hrabia rozciął sznurek pętający jego dłonie, dał mu sztylety, uścisnął mu dłoń i oddalił się szybkim krokiem, znikając na schodach prowadzących pod pokład.

Czarny Korsarz przez chwilę siedział nieruchomo głęboko zamyślony, jakby szlachetny gest Kastylijczyka wprawił go w zdumienie. Ocknął się w końcu, po czym szturchnął Van Stillera i Carmaux, mówiąc:

— W drogę, przyjaciele!

— W drogę! — wykrzyknął Carmaux, wytrzeszczając oczy. — Ale zaraz, zaraz, jakie w drogę? Niby jak mamy uciekać, skoro jesteśmy obwiązani jak salami.

Czarny Korsarz kilkoma szybkimi ruchami przeciął sznur pętający dłonie dwóch kamratów.

— Do kroćset fur beczek! — wykrzyknął Carmaux.

— Kartaczy i batalionów! — dopowiedział hamburczyk.

— Jesteśmy wolni? Jak to się stało, panie? Czyżby ten nikczemny gubernator nagle odnalazł w sobie jakieś nieznane sobie wcześniej pokłady dobroci i postanowił zwrócić nam wolność?

— Cisza, idźcie za mną!

Czarny Korsarz, trzymając siekierę w dłoni, podszedł do bakburty. Wykorzystując moment, w którym marynarze okropnie hałasowali przy wykonywaniu manewru, czterema silnymi ciosami roztrzaskał dwie belki, robiąc wystarczający wyłom, żeby można się przez niego przecisnąć.

— Tylko bądźcie ostrożni i uważajcie, żeby nikt was nie zauważył — poruczył piratom.

Przeszedł przez wyłom w burcie i zawisł na najniższej belce, tak nisko, że do pasa był już w wodzie. Zaczekał chwilę, aż fala uderzy w burtę, wtedy odbił się i zaczął energicznie płynąć w kierunku szalupy. W ślad za nim poszli Carmaux i Van Stiller, którzy opuścili się do wody, trzymając w zębach podarowane przez Kastylijczyka sztylety. Odczekali, aż karawela ich minie i nadpłynie przywiązana do niej na długiej linie szalupa. Chwycili ją we trzech, wdrapali się na łódź jednocześnie z obu stron, tak żeby nie straciła równowagi.

Już mieli chwycić za wiosła, gdy lina, do której przyczepiona była płynąca za karawelą szalupa, spadła do morza przecięta przez przyjacielską rękę.

Czarny Korsarz spojrzał do góry i pośród spowijających noc ciemności dostrzegł sylwetkę człowieka, który w geście pożegnania podniósł do góry dłoń.

— Prawdziwie szlachetna dusza — powiedział po cichu Czarny Korsarz, doceniając gest Kastylijczyka. — Niech Bóg ma go w swojej opiece i uchroni przed złością Van Goulda.

Karawela płynęła na pełnych żaglach w kierunku Gibraltaru. Na statku nie podniósł się żaden alarm, nikt niczego nie zauważył. Widać było, jak halsuje, by po jakimś czasie zniknąć w końcu za zalesionymi wysepkami.

— Do stu piorunów! — krzyknął Carmaux, przerywając ciszę panującą na pokładzie. — Nie mogę się połapać: czy to się dzieje naprawdę, czy może wciąż śnię. Przed chwilą byliśmy uwięzieni w ładowni statku i o świcie słońca mieliśmy już wisieć, a tymczasem jesteśmy wolni. Kto by pomyślał! Doprawdy trudno w to uwierzyć. Co zatem się takiego stało, kapitanie? Kto pomógł uciec temu staremu ludożercy?

— Hrabia Lermy — odpowiedział Czarny Korsarz.

— Co za dobry człowiek! Jeśli na niego trafimy w Gibraltarze, to go oszczędzimy, prawda, Van Stillerze?

— Potraktujemy go jak jednego z nas, jak kogoś z Bractwa Wybrzeża — odpowiedział hamburczyk.

— Płyniemy do brzegu, kapitanie?

Czarny Korsarz nie odpowiedział. Nagle wstał i spojrzał w kierunku południa, uważnie lustrując wzrokiem linię horyzontu.

— Przyjaciele — zwrócił się do dwóch piratów tonem zdradzającym pewien niepokój — czy niczego nie widzicie w oddali?

Dwaj piraci powstali, spoglądając we wskazanym kierunku. Tam, gdzie linia horyzontu zlewała się z wodami rozległego jeziora, widać było pojedyncze błyski, podobne do małych gwiazd. Człowiek, który nie spędził połowy życia na morzu, pewnie pomyliłby je z gasnącymi o świcie gwiazdami, lecz doświadczony wilk morski nie mógł mieć wątpliwości.

— To salwy ognia armatniego — powiedział Carmaux.

— To działa na statku — dodał hamburczyk.

— Czyżby więc Franciszek l’Olonnais przypuszczał atak na Gibraltar? — zastanawiał się na głos Czarny Korsarz, a jego oczy rozgorzały żywym ogniem. — Jeśli to prawda, to zdążę się jeszcze zemścić za śmierć moich braci.

— Tak, kapitanie — powiedział Carmaux. — Te błyski pochodzą ze statków i łodzi. Franciszek l’Olonnais rozpoczął natarcie.

— Szybko, za mną, dobijmy do brzegu i rozpalmy na plaży ognisko, żeby po nas przypłynęli.

Carmaux i Van Stiller chwycili za wiosła i zaczęli energicznie wiosłować w kierunku brzegu, który był oddalony o około cztery mile.

Pół godziny później trzej piraci schodzili na ląd w oddalonej o około trzydzieści mil od Gibraltaru małej zatoce, jednak wystarczająco rozległej, żeby mógł do niej wpłynąć tuzin małych żaglowców.

Wyciągnęli szalupę na brzeg, zebrali chrust i liście, po czym rozpalili ogromne ognisko, które widać było na przynajmniej dziesięć mil.

Świetlne punkty robiły się coraz większe, coraz szybciej płynęły w ich kierunku.

— Przyjaciele — wykrzyknął Czarny Korsarz, który wszedł na przybrzeżną skałę. — To flotylla Franciszka l’Olonnais.

Rozdział XXXIV. Franciszek l’Olonnais

Około drugiej w nocy cztery żaglowce zwabione słupem ognia wpłynęły do niewielkiej zatoki i zarzuciły kotwicę.

Znajdowało się w nich stu dwudziestu piratów, którym przewodził Franciszek l’Olonnais. Stanowiły one awangardę123 flotylli, a jej zadaniem było odbić Gibraltar z rąk Hiszpanów.

Czarny Korsarz był chyba ostatnią osobą, którą Franciszek l’Olonnais spodziewał się zobaczyć na tej bezludnej plaży. Był przekonany, że ten przemierza jeszcze niedostępną puszczę i mokradła w pogoni za gubernatorem. Co więcej — stracił już nadzieję, że będzie walczył z nim ramię w ramię o Gibraltar.

Kiedy kamraci opowiedzieli mu o swoich przygodach, rzekł:

— A niech mnie kule biją! Drogi przyjacielu, masz prawdziwe utrapienie z tym Van Gouldem. Mam nadzieję, że tym razem to mnie się poszczęści i że to ja dostanę go w swoje ręce. Otoczymy Gibraltar i odetniemy mu drogę ucieczki, na wypadek gdyby chciał umknąć morzem. Powiesimy go na maszcie twojej „Błyskawicy”, obiecuję ci to.

— Mam wątpliwości, czy znajdziemy go w Gibraltarze — odparł na to Czarny Korsarz. — On wie, że zamierzamy szturmować miasto, ma świadomość, że przeszukam każdy dom, byleby tylko go znaleźć i pomścić braci, dlatego właśnie wydaje mi się, że jego noga tam nie postanie.

— A nie mówiłeś, że popłynął karawelą hrabiego do Gibraltaru?

— Tak, ale sam wiesz, jaki z niego szczwany lis, bardzo możliwe, że później zmienił kurs, żeby nie dać się złapać w mieście.

— To prawda — powiedział Franciszek l’Olonnais, po czym zasępił się. — Ten przeklęty książę jest sprytniejszy od nas i być może rzeczywiście nie chciał się narażać i zamiast do Gibraltaru popłynął na wschodnie brzegi jeziora. Słyszałem, że ma krewnych i duże posiadłości ziemskie w Hondurasie, w Porto Cavallo, i być może będzie chciał szukać schronienia właśnie tam.

— Sam widzisz, mój drogi, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą.

— Ale prędzej czy później odpuści. Ach, gdybym tylko miał pewność, że schronił się w Porto Cavallo, ani chwili bym się nie wahał i z miejsca ruszyłbym w ślad za nim. To miasto zasługuje na odwiedziny i jestem przekonany, że wszyscy piraci z Tortugi popłynęliby ze mną, wiedząc, ile jest tam bogactw, które mogłyby wypełnić ich sakiewki. Jeśli nie znajdziemy go w Gibraltarze, wówczas zastanowimy się, co robić dalej. Obiecałem, że ci pomogę. Nie zdarzyło się, od kiedy się znamy, żeby Franciszek l’Olonnais nie dotrzymał słowa.

— Dziękuję, bardzo na to liczę. A gdzie jest moja „Błyskawica”?

— Stanęła u ujścia zatoki i wraz z dwoma statkami Harrisa broni do niej dostępu.

— Ilu ludzi ze sobą zabrałeś?

— Stu dwudziestu, ale jeszcze dzisiejszego wieczoru powinien dołączyć do nas Bask, a wraz z nim czterystu korsarzy. Jutro rano rozpoczniemy szturm na Gibraltar.

— Myślisz, że wszystko pójdzie zgodnie z planem?

— Jestem o tym przekonany, choć dowiedziałem się, że Hiszpanie zebrali ośmiuset najodważniejszych żołnierzy i patrolują ulice prowadzące przez góry do samego miasta. Wzdłuż tych traktów ustawili liczne działa. Twardy orzech do zgryzienia, obawiam się, że możemy ponieść znaczne straty, ale jestem dobrej myśli, że nam się uda, przyjacielu.

— A ja cię wesprę, mój drogi.

— Przyznam, że bardzo liczę na twoje sprawne ramię i waleczną naturę. Zapraszam cię na pokład mojej łajby, zjemy razem kolację, a potem odpoczniesz. Coś mi się zdaje, że to ci dobrze zrobi.

Czarnego Korsarza na nogach utrzymywała tylko jakaś nadzwyczajna, wewnętrzna siła. Udał się wraz z Franciszkiem l’Olonnais na statek, podczas gdy piraci schodzili na plażę i rozbijali obozowisko tuż pod lasem, by tam oczekiwać na przybycie Baska i jego ludzi.

Ten dzień wcale jednak nie należał do straconych, albowiem piraci byli ludźmi o niespożytej wręcz energii i od razu wysłali zwiadowców na obchód okolicy, z nadzieją, że uda im się znienacka zaatakować jakiś hiszpański oddział stacjonujący w głębi lądu. Zapuścili się daleko, aż pod broniące dostępu do miasta forty Gibraltaru. Chcieli się przekonać, jakimi siłami dysponuje wróg i w jaki sposób zamierza się bronić. Niektórzy nawet, udając rybaków, których łodzie poszły na dno, a którzy sami cudem dopłynęli do brzegu, wypytywali żołnierzy o szczegóły planowanej walki.

To, czego się dowiedzieli, wcale ich jednak nie podniosło na duchu, lecz przeciwnie — zgasiło wolę walki, choć byli przecież przyzwyczajeni stawiać czoła sytuacjom naprawdę bez wyjścia i niejednokrotnie dawali dowód swojej odwagi.

Na wszystkich drogach prowadzących do miasta ustawiono zasieki i działa, wykopano rowy, które zalano wodą, wzniesiono barykady i palisady, które sterczały nachylone i wymierzone ostrzem w przeciwnika. W dodatku okazało się też, że dowódca fortu — jeden z odważniejszych ludzi, jakich Hiszpania wówczas miała w Ameryce — kazał przysiąc swoim żołnierzom, że będą bronić dostępu do miasta do ostatniego człowieka, byleby tylko nie dopuścić do utraty sztandaru powiewającego dumnie nad miastem.

W obliczu tak niewesołych wieści niepokój zagościł w sercach nawet najbardziej walecznych piratów, pomyśleli, że wyprawa zakończy się fiaskiem.

Franciszek l’Olonnais, gdy zwiadowcy podzielili się z nim zdobytymi informacjami, nie stracił ducha i zapału. Jeszcze tego samego wieczora zwołał naradę wszystkich dowódców i wypowiedział słowa, które przeszły do historii. Z jego mowy jasno wynikało, ile wiary pokładał w sobie i w piratach walczących pod jego komendą:

— Jest dziejową koniecznością, moje wilki morskie, żebyśmy jutro wykazali się odwagą i walecznością — powiedział. — Pamiętajcie, że ryzykujecie nie tylko życie, ale i wszystkie kosztowności, które wywalczyliście sobie w znoju, przelewając krew. Ale przecież pokonywaliśmy nieprzyjaciół o wiele liczniejszych niż ci, którzy teraz znajdują się w Gibraltarze, ale i większe będą skarby, które być może zdobędziemy. Niech wasz dowódca będzie dla was przykładem, jak należy walczyć.

O północy statki pod dowództwem Michała Baska, z około czterystoma ludźmi na pokładzie, zacumowały w zatoczce.

Piraci z oddziału Franciszka l’Olonnais już zwinęli obozowisko i gotowali się do marszu w stronę Gibraltaru, do którego mieli nadzieję dotrzeć skoro świt, nie chcieli bowiem podejmować szturmu w nocy.

Czterystu ludzi Baska zeszło na ląd, uformowało kolumny i żwawo pomaszerowało przez dżunglę, zostawiając na plaży dwudziestu ludzi do pilnowania szalup.

Carmaux i Van Stiller, pożywieni i wypoczęci, ustawili się za Czarnym Korsarzem, z niecierpliwością wyczekując szturmu, a jeszcze bardziej spotkania z Van Gouldem.

— Przyjacielu Van Stillerze — zagaił wesoły Carmaux — miejmy nadzieję, że tym razem dopadniemy tego łotra i przekażemy go w ręce kapitana.

— Kiedy tylko zdobędziemy twierdzę, pobiegniemy do miasta i nie pozwolimy mu uciec. Słyszałem, że kapitan już wydał rozkaz pięćdziesięciu ludziom, którzy w razie ucieczki Hiszpanów mają za zadanie odciąć im drogę w dżungli.

— Poza tym jest tam Katalończyk, który będzie go mieć na oku.

— Myślisz, że już jest w Gibraltarze?

— Jestem tego pewien. Jeśli nie damy rady zabić Van Goulda od razu, to ruszymy za nim w pogoń.

I właśnie w tej chwili poczuł, jak ktoś kładzie mu na ramieniu rękę, po czym usłyszał za plecami znajomo brzmiący głos:

— Nie inaczej, kamracie.

Carmaux i Van Stiller odwrócili się i zobaczyli Moka.

— Ty tutaj?! — wykrzyknął Carmaux. — Spod ziemi wyrosłeś czy co?

— Już dziesięć godzin was szukam, biegając wzdłuż plaży jak dziki koń. To prawda, że gubernator was schwytał?

— Skąd wiesz?

— Słyszałem od kilku piratów.

— To prawda, ale jak widzisz, jesteśmy cali i zdrowi. Wymknęliśmy mu się dzięki pomocy hrabiego Lermy.

— Tego hiszpańskiego szlachcica, któregośmy schwytali w domu notariusza z Maracaibo?

— Właśnie tego, kamracie. A co z dwoma rannymi, których z tobą zostawiliśmy?

— Zmarli wczoraj rano — odpowiedział Moko.

— Biedne diabły! Jakże mi ich żal! A Katalończyk?

— O tej porze zapewne jest już w Gibraltarze.

— Miasto będzie stawiać zawzięty opór, kamracie.

— Obawiam się, że wielu z nas nie zasiądzie już razem do wieczerzy. Dowódca fortu to człowiek, który będzie się bronił rękami i nogami. Wszędzie rozstawił wojsko, działa i zasieki, blokując dojazd do miasta.

— Miejmy nadzieję, że nas śmierć nie dosięgnie i że osobiście powiesimy Van Goulda.

Tymczasem cztery długie kolumny przedzierały się po cichu przez leśną gęstwinę, która otaczała Gibraltar, a przed nimi szły niewielkie, złożone z kilku ludzi oddziały zwiadowcze, składające się głównie z bukanierów.

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że Hiszpanie są przygotowani na atak swoich odwiecznych wrogów, gdyż zostali odpowiednio wcześnie o nim uprzedzeni. Zachodziła więc obawa, że głównodowodzący obroną fortów przygotuje zasadzki mające na celu zdziesiątkowanie przeciwnika jeszcze zanim ten dotrze do broniącej dostępu do miasta twierdzy. Nagle w głębi lasu rozległy się strzały, które zaalarmowały Franciszka l’Olonnais, Czarnego Korsarz i Baska. Przekonani, że to zasadzka, pośpieszyli ku zwiadowcom wraz ze stuosobowym oddziałem. Po dotarciu na miejsce okazało się, że nie doszło do ataku Hiszpanów, tylko do niegroźnej wymiany ognia ze strażą przednią.

Franciszek l’Olonnais, wiedząc, że przeciwnik ma ich na widelcu, zarządził postój w oczekiwaniu na nadejście świtu. Chciał się najpierw rozeznać, jakimi siłami obronnymi dysponowali przeciwnicy, a także na jakim terenie przyjdzie im stoczyć walkę, zauważył bowiem, że ten, po którym się poruszali, stawał się coraz bardziej grząski.

Po prawej stronie widniało pokryte lasem wzgórze. Pirat wspiął się na nie razem z Czarnym Korsarzem, by z góry przyjrzeć się położonemu w pobliżu miasteczku.

Kiedy dotarli na szczyt, zaczęło świtać. Poranne światło zabarwiło czerwienią całe niebo i wschodni brzeg jeziora, odbijając się w jego tafli różowymi odblaskami. Zapowiadał się wspaniały dzień.

Franciszek l’Olonnais i Czarny Korsarz przyglądali się wznoszącemu się na wprost nich szczytowi i dwóm górującym na nim fortach. Na ich basztach łopotały hiszpańskie flagi, za murami natomiast widać było białe ściany domostw oraz szeregi pokrytych słomą dachów i szałasów.

Franciszek l’Olonnais zmarszczył brwi.

— Do kata! — wykrzyknął. — Czeka nas ciężka walka, trudno będzie zdobyć ten fort bez dział i drabin oblężniczych. Cała nadzieja w męstwie naszych ludzi, w przeciwnym razie Hiszpanie dadzą nam takiego łupnia, że raz na zawsze odechce nam się ich atakować.

— Tym bardziej, że droga wiodąca przez góry jest zablokowana — odparł Czarny Korsarz. — Została zamknięta, usiana jest palisadami i działami, będziemy musieli ją pokonać, a oni będą z góry ziać w nas ogniem swoich dział.

— I jakoś będzie trzeba się przedostać przez te grzęzawiska, które się przed nami rozciągają. Coś mi się zdaje, że jedynym wyjściem będzie wybudować kładkę i po niej przejść.

— Innego wyjścia nie ma.

— Gdyby można było je jakoś obejść... pójść równiną... a tu nic, jak na złość! Równina została podtopiona. Zobacz, jak się podnosi poziom wody.

— Mamy do czynienia z dowódcą zaprawionym w boju. Jak mało kto zna on wojenne rzemiosło.

— Trudno temu zaprzeczyć.

— Co zatem zamierzasz zrobić?

— Rzucić wyzwanie losowi, kamracie. W Gibraltarze są ukryte znacznie większe skarby niż w Maracaibo. Nieźle się obłowimy. Wyobraź sobie, co by o nas mówiono, gdybyśmy teraz odpuścili? Wszyscy byśmy stracili w oczach naszych kamratów, rezygnacja dozgonnie zniszczyłaby nam reputację, a tego byśmy przecież nie chcieli.

— Masz rację, legenda o śmiałych i niepokonanych piratach rozwiałaby się. A poza tym weź pod uwagę, że w tej twierdzy ukrywa się mój śmiertelny wróg.

— Wiem, a ja chcę go wziąć jako swojego osobistego jeńca. Tobie i Baskowi chciałbym powierzyć najtrudniejsze zadanie — przeprawę przez grzęzawiska i przez góry. Ja z kolei przejdę drugą stroną, przedzierając się przez dżunglę, i spróbuję dotrzeć niezauważony pod mury pierwszego fortu.

— A co z drabinami?

— Już o to się nie martw, wiem, co robić. Ty zajmij się Hiszpanami, a resztę zostaw mnie. Jeśli w ciągu trzech godzin Gibraltar nie będzie nasz, to nie zasługuję już więcej na miano Franciszka l’Olonnais. Pożegnajmy się, kamracie, bo nie wiem, czy jeszcze zobaczymy się żywi.

Dwaj piraci uścisnęli się po przyjacielsku, a następnie zeszli w dół wzgórza.

Piraci tymczasem rozłożyli się obozem na skraju lasu, tuż przed mokradłami, które zatrzymały ich marsz. Po drugiej stronie, na niewielkim wzniesieniu, zauważyli małe stanowisko obronne składające się z dwóch dział.

Carmaux i Van Stiller, razem z kilkoma innymi piratami, sprawdzili, czy warto kontynuować wędrówkę przez mokradła, jednak dość szybko zrozumieli, że lepiej nie ryzykować — nogi grzęzły w bagnie na dobre, ktokolwiek postawiłby tam stopę, stałby się natychmiast ich ofiarą.

Ta trudna do pokonania przeszkoda okazała się dla nich prawdziwą niespodzianką, ostudziła entuzjazm wielu z nich, choć nikt nie brał w ogóle pod uwagę możliwości odwrotu.

Gdy jednak piraci zobaczyli Franciszka l’Olonnais i Czarnego Korsarza schodzących ze wzgórza, na powrót poczuli w sercu ducha walki, pokładali bowiem w swoich dowódcach bezbrzeżną wiarę i zaufanie.

— Odwagi, moje wilki morskie! — wykrzyknął Franciszek l’Olonnais. — Za tymi fortami znajdziecie o wiele większe skarby niż w Maracaibo. Pokażmy naszym nieprzyjaciołom, że nadal jesteśmy niepokonani.

Na jego rozkaz utworzono dwie kolumny. Następnie dowódca nakazał piratom nie cofać się w obliczu przeszkód, które po drodze napotkają, po czym zarządził wymarsz.

Czarny Korsarz i Bask stanęli na czele najliczniejszego oddziału, podczas gdy Franciszek l’Olonnais wraz ze swoimi ludźmi pomaszerował skrajem dżungli, chcąc ominąć zalaną równinę i podkraść się niezauważenie do najbardziej wysuniętych fortów.