Rozdział XXXV. Zdobycie Gibraltaru
Oddział żołnierzy, który Czarny Korsarz i Michał Bask mieli poprowadzić przez mokradła, składał się z trzystu osiemdziesięciu żołnierzy uzbrojonych w krótkie szable i pistolety, z zapasem zaledwie trzydziestu kul każdy; piraci uznali, że nie ma sensu zabierać ze sobą muszkietów, albowiem w ich mniemaniu jest to broń mało skuteczna podczas forsowania twierdz i fortów, a w przypadku walki wręcz dość uciążliwa.
A było to trzystu osiemdziesięciu diabłów wcielonych gotowych na wszystko, skłonnych bić się z każdym, kto tylko stanie im na drodze. Co więcej — poza tym, że zawsze byli gotowi do walki, nigdy nie tracili nadziei, że z każdej z nich wyjdą obronną ręką.
Na rozkaz swoich dowódców od razu ruszyli przed siebie, zbierając po drodze drewniane belki i wielkie gałęzie, niezbędne do skonstruowania naprędce kładki, która umożliwiłaby im przedostanie się na drugą stronę rozległych grzęzawisk.
Gdy tylko dotarli na brzeg bagniska, ich oczom ukazały się wymierzone w nich hiszpańskie działa, które znajdowały się na drugim jego końcu. Na sam początek — dla odstraszenia przeciwnika — Hiszpanie oddali kilka ostrzegawczych salw. Nie na tyle silnych jednak, żeby przestraszyli się ich zahartowani w niejednym boju piraci.
Nagle dały się słyszeć wojenne okrzyki Czarnego Korsarza i Michała Baska:
— Naprzód, wilki morskie!
Piraci, słysząc zagrzewające do boju zawołanie swoich dowódców, zaczęli budować z przytaszczonych ze sobą belek i gałęzi pomost, po którym mogliby przedostać się na drugą stronę grzęzawiska. Jednocześnie w ogóle nie zważali na nieprzyjacielskie działa, które z minuty na minuty intensyfikowały ostrzał, w wyniku którego co chwila dookoła wzbijały się w powietrze fontanny wody zmieszanej z błotem.
Przeprawa przez bagna stawała się z każdym krokiem coraz bardziej niebezpieczna. Kładka, którą na bieżąco budowali, była zbyt mała, żeby mogli się po niej przedostać wszyscy. Piraci spadali z belek, zapadając się w bagno po sam pas. I gdyby nie ich towarzysze broni, trudno by im się było z niego wydostać. W dodatku, jakby tego było mało, zabrali ze sobą niewystarczające zapasy drewna do wybudowania mostu niezbędnego do przeprawy na drugą stronę mokradeł.
Musieli więc raz po raz zanurzać się w bagnie i układać kładkę na bieżąco, wykorzystując te belki, po których już przeszli. Przy silnym, nieprzerwanym ostrzale nieprzyjacielskim było to nie tylko trudne, ale i niebezpieczne ze względu na muliste dno, w którym coraz bardziej się zapadali.
Tymczasem Hiszpanie wzmogli ostrzał. Kule świstały między trzcinami, cięły je i siekały, wzbijając do góry fontanny błotnistej lawy i kładąc trupem żołnierzy znajdujących się na pierwszej linii natarcia, pozbawionych jakiejkolwiek skutecznej możliwości obrony, wszak mieli oni przy sobie zaledwie pistolety, których zasięg był niewystarczający.
Czarny Korsarz i Michał Bask zachowali jednak pośród tego bitewnego zgiełku zimną krew. Nie tylko zagrzewali okrzykami swoich ludzi do walki, ale wspomagali ich także własnym przykładem, dodawali otuchy rannym, ustawicznie się przemieszczali — raz dopingowali tych, którzy byli na samym przedzie, po czym cofali się i wspierali tych, którzy nieśli drzewne pnie i grube gałęzie, wskazując im osłonięte roślinnością miejsca, w których mogliby się schronić przed ostrzałem, nie narażając się na pewną śmierć.
Mimo że piraci zaczęli już powoli powątpiewać w powodzenie tej wyprawy, uważając ją za prawdziwe szaleństwo, nie tracili ducha walki i uparcie nacierali, przekonani, że aby przełamać opór Hiszpanów, wystarczy przedostać się na drugi koniec grzęzawiska.
Nieprzerwany ostrzał dziesiątkował pierwsze szeregi. Ponad tuzin piratów dokonało żywota trafionych armatnią kulą i wchłoniętych przez bagniska, ponad dwudziestu natomiast odniosło rany i szukało schronienia za trzcinami i naniesionymi belkami drewna. Mimo tego nie słychać było narzekań, nikomu nawet przez myśl nie przeszło, żeby się poddać. Zagrzewali do boju kolejnych nadchodzących kamratów.
— Naprzód! Pomścijcie nas!
Zuchwałość, godny podziwu upór, odwaga i wspaniała postawa dowódców musiały wziąć górę nad przeszkodami i przełamać w końcu opór Hiszpanów. Stanęli w końcu na twardym gruncie, choć nie obyło się bez kolejnych ofiar.
Przygotowywali się właśnie do natarcia na stanowiska strzelnicze Hiszpanów. Nic i nikt nie było już w stanie powstrzymać furii spragnionych zemsty korsarzy. Żadne działa, nawet największe i najcięższe, nie były już w stanie ich odeprzeć.
Trzymając w jednej ręce szable, a w drugiej pistolety, piraci z impetem zaczęli natarcie na fortyfikacje. W jednej chwili rozpętało się piekło.
Pierwsze szeregi nacierających padły trafione serią z muszkietów, lecz następne rzuciły się do walki, położyły trupem kanonierów, stratowały żołnierzy broniących dostępu do fortu, choć jego załoga próbowała jeszcze stawiać zacięty opór.
Gromkie „hurra!” było sygnałem dla Franciszka l’Olonnais, że pierwsza, być może najważniejsza przeszkoda, została właśnie pokonana.
Ich radość jednak nie trwała długo. Czarny Korsarz i Michał Bask, którzy czym prędzej zwołali naradę, żeby zastanowić się nad dalszym planem ataku, uświadomili sobie, że mieli przed sobą kolejną przeszkodę.
Za niewielkim lasem zauważyli łopoczącą na wietrze flagę Hiszpanów, zwiastującą obecność kolejnego fortu lub stanowiska obronnego.
— Na śmierć wszystkich Basków! — krzyknął wściekły Michał Bask. — Kolejny twardy orzech do zgryzienia! Ten przeklęty dowódca Gibraltaru naprawdę chce nas zetrzeć na miazgę! Co ty na to, przyjacielu?
— Wydaje mi się, że nie warto się wycofywać.
— Ponieśliśmy już za dużo szkód.
— Wiem.
— A nasi ludzie są wykończeni.
— Dajmy im chwilę wytchnienia, a potem przypuścimy natarcie na kolejne stanowisko.
— Myślisz, że mają działa?
— Tak sądzę.
— A co z Franciszkiem l’Olonnais, który dotarł już do głównej twierdzy?
— Nie słyszałem żadnych wystrzałów od strony gór, więc pewnie dotarł na miejsce, nie napotkawszy żadnego oporu.
— Szczęściarz z niego, jak zwykle.
— Miejmy nadzieję, Michale, że nam też szczęście będzie sprzyjać.
— Co teraz robimy?
— Wyślemy mały oddział zwiadowczy.
— Chodźmy, przyjacielu. Nasi ludzie nie powinni za bardzo ostygnąć.
Weszli na sąsiadujące z lasem wzniesienie i zebrali oddział gotowy pójść na zwiady w pobliże stanowiska nieprzyjaciela.
Zwiadowcom towarzyszył oddział bukanierów, który miał ich ochraniać na wypadek zasadzki.
Piraci właśnie kończyli budowę kolejnej kładki, gdy zwiadowcy i bukanierzy wrócili. Przynieśli raczej złe wieści: Hiszpanie wycofali się wprawdzie z lasu, ale utrzymali stanowisko na równinie, a broniły go liczne działa i dobrze uzbrojony regiment. I żeby przedostać się dalej, trzeba było najpierw stawić im czoło i ich pokonać. Nie było natomiast wiadomo, co się dzieje z Franciszkiem l’Olonnais i jego oddziałami, zwiadowcy nie słyszeli żadnych strzałów.
— Naprzód, moje dzielne wilki morskie! — wykrzyknął Czarny Korsarz, wyjmując z pochwy szpadę. — Jeśli pokonaliśmy pierwsze stanowisko, na pewno nie cofniemy się przed kolejnym.
Piratom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Prowadziła ich jedna, uporczywa myśl — zdobyć Gibraltar. Niewielki oddział został na tyłach, by opatrzyć rannych, pozostali zapuścili się w leśny gąszcz i dziarskim krokiem maszerowali naprzód, niecierpliwie wyglądając wroga.
Na swej drodze nie napotkali żadnych niespodzianek, nikogo, kto stawiłby im opór. Jednak widok tego, co ujrzeli po wyjściu z lasu wprost na równinę sprawił, że oniemieli ze zdumienia: stanowisko nieprzyjaciela wyglądało doprawdy imponująco.
Nie było to zwyczajne umocnienie, ale prawdziwy fort, otoczony fosami, palisadą i kamiennym murem, z którego wystawało osiem dział.
Także Czarny Korsarz i Michał Bask wyglądali na mocno zaskoczonych.
— A to jeszcze twardszy orzech do zgryzienia od poprzedniego — powiedział Michał Bask do Czarnego Korsarza. — Nie będzie łatwo przedostać się przez równinę.
— Ale odwrót też przecież nie wchodzi w rachubę, biorąc pod uwagę, że Franciszek l’Olonnais zaczyna już oblegać główną twierdzę. Poza tym poczytano by nam to za tchórzostwo.
— Gdybyśmy chociaż mieli jakieś działo...
— Wykorzystamy to, które znajduje się na zdobytym przez nas stanowisku. Do ataku!
Czarny Korsarz, nie patrząc wcale, czy ktoś za nim biegnie, rzucił się z impetem przed siebie.
W pierwszej chwili piraci się zawahali. Widząc jednak, że zaraz za Czarnym Korsarzem pobiegli do ataku także Michał Bask, Van Stiller, Carmaux i Moko, otrząsnęli się z wątpliwości i ruszyli przed siebie, wnosząc na całe gardło bojowe okrzyki.
Hiszpanie broniący fortu odczekali, aż piraci podejdą na odległość mniej więcej tysiąca kroków, po czym rozpoczęli ostrzał.
Jego efekt okazał się tragiczny w skutkach. Zaczęła się prawdziwa rzeź. Wszyscy ci, którzy biegli w pierwszym szeregu, padli od razu trupem. Pozostali z kolei przestraszyli się i zaczęli się wycofywać, pomimo zagrzewających do walki okrzyków dowódców.
Kilka oddziałów próbowało się jeszcze przegrupować, ale i one musiały ustąpić pod naporem nieprzyjacielskiego ostrzału i rozpocząć odwrót w kierunku mokradeł.
Czarny Korsarz jednak się nie wycofał. Uformował niewielki, składający się z tuzina ludzi oddział, który zasilili między innymi Carmaux, Van Stiller i Moko. Postępowali naprzód truchtem, chowając się w porastających boki równiny krzewach, aż przedostali się do samego podnóża wzniesienia.
Wtedy też dobiegły ich odgłosy kanonady z dwóch twierdz broniących dostępu do Gibraltaru. Było już pewne: piraci pod wodzą Franciszka l’Olonnais przystąpili do oblężenia.
— Przyjaciele! — wykrzyknął. — Franciszek l’Olonnais szturmuje miasto. Naprzód, moje dzielne wilki morskie!
— Idziemy wziąć udział w kolejnym przyjęciu — powiedział Carmaux.
— Miejmy nadzieję, że na tamtym zatańczą tak, jak my im zagramy.
Choć wszyscy byli śmiertelnie zmęczeni, zaczęli wspinać się po zboczu, karczując tarasujące im drogę krzaki i osty.
Dwie potężne twierdze broniące dostępu do Gibraltaru rozpoczęły kanonadę: Hiszpanie zauważyli natarcie Franciszka l’Olonnais i przystąpili do desperackiej obrony. Na ostrzał z dział piraci pod wodzą tegoż odpowiadali okrzykiem bojowym, być może chcieli dać do zrozumienia nieprzyjacielowi, że było ich więcej niż w rzeczywistości. Nie mając muszkietów do obrony, chcieli przestraszyć obrońców twierdzy swoimi okrzykami.
Kule armatnie spadały gdzie bądź, docierały nawet do samego podnóża wzniesienia. Potwornie świszczały, przelatując nad głowami, a poza tym ścinały roślinność i stuletnie drzewa, które waliły się z łoskotem na ziemię.
Czarnemu Korsarzowi bardzo zależało, żeby jak najszybciej dołączyć do szturmu i wesprzeć w walce Franciszka l’Olonnais. Szczęśliwie udało mu się znaleźć przetarty szlak, dzięki czemu w ciągu niespełna pół godziny znalazł się na tyłach jego oddziałów.
— Gdzie jest wasz dowódca? — zapytał Czarny Korsarz.
— Na skraju lasu — usłyszał w odpowiedzi.
— Atak już się zaczął?
— Czekamy na odpowiedni moment, na razie nie chcemy się za bardzo narażać, bo nas wybiją jak kaczki.
— Prowadźcie mnie do niego!
Dwaj piraci odłączyli się od pozostałych i zaprowadzili Czarnego Korsarza do miejsca, w którym zatrzymał się wraz z innymi dowódcami Franciszek l’Olonnais.
— Do stu piorunów! — nie krył radości pirat. — Oto posiłki, które przychodzą w porę.
— Niestety bardzo wątłe posiłki — odpowiedział na to Czarny Korsarz. — Przyprowadziłem ci zaledwie dwunastu ludzi.
— Dwunastu? — zdumiał się pirat i zbladł. — A gdzie pozostali?
— Wróg zepchnął ich na mokradła, ponieśliśmy bardzo duże straty.
— Do stu piorunów! A ja właśnie na nich liczyłem.
— Być może ponownie zaatakowali stanowisko Hiszpanów, aby otworzyć sobie drogę pod mury miasta, a być może udało im się je obejść. Przed chwilą słyszałem ostrzał z dział na równinie.
— Nieważne. Tymczasem przypuścimy atak na większą twierdzę.
— A jak się dostaniemy do środka? Przecież nie posiadamy drabin.
— To prawda, ale mam nadzieję skłonić Hiszpanów do opuszczenia twierdzy.
— Niby jak?
— Symulując atak i nagły zwrot. Uprzedziłem już ludzi o swoim zamiarze.
— A zatem na co jeszcze czekamy? Do ataku!
— Piraci z Tortugi! — krzyknął Franciszek l’Olonnais. — Za mną!
Oddziały piratów, które do tej pory siedziały w ukryciu pod drzewami lub między krzakami, gdzie schroniły się przed bezlitosnym, nieprzerwanym ostrzałem dział z dwóch twierdz, na rozkaz swojego dowódcy rzuciły się w stronę równiny.
Franciszek l’Olonnais i Czarny Korsarz przejęli dowództwo nad bitwą, wysunęli się na czoło szturmujących oddziałów i biegli co sił, chcąc oszczędzić swoim żołnierzom największych strat.
Hiszpanie stojący na straży tej twierdzy, która pełniła ważniejszą pod względem militarnym rolę i była lepiej uzbrojona, na widok rozpędzonych oddziałów otworzyli ogień i bronili się, jak tylko mogli. Jednak chyba już na próżno. Piraci wspinali się po pochyłej skarpie, rażąc ogniem pistoletów Hiszpanów. Niektórym — choć wielu z nich poległo — udało się dobiec do murów.
Nagle zabrzmiał donośny głos Czarnego Korsarza:
— Wilki morskie! Wycofujemy się!
Piraci, których położenie było skazane na porażkę — nie dysponowali ani drabinami, ani działami, Hiszpanie zaś stawiali zaciekły opór — porzucili swoje zamiary, po czym, nie wypuszczając broni z rąk, uciekli w stronę nieodległego lasu.
Obrońcy fortu, przekonani, że teraz z łatwością zdepczą wroga, zaniechali dalszego ostrzału z dział i szybko opuścili mosty zwodzone, otwierając drogę gotowej do natarcia piechocie. Na to tylko czekał Franciszek l’Olonnais.
Uciekający w udawanym popłochu piraci nagle wykonali w tył zwrot i rzucili się na przeciwnika.
Wzięci z zaskoczenia Hiszpanie, nie spodziewając się takiego zwrotu akcji, zaczęli się wycofywać. Po chwili jednak się zatrzymali i odwrócili w stronę przeciwnika, obawiali się bowiem, że jeśli nie spróbują zatamować wezbranej fali szturmu jeszcze przed murami, ta wleje się do środka twierdzy wraz z nimi.
Roztaczająca się przed Gibraltarem równina stała się teatrem krwawego starcia. Zarówno piraci, jak i Hiszpanie walczyli zajadle, wyżynając się nawzajem szablami i strzelając z pistoletów, podczas gdy obrońcy stojący na blankach fortu siekli żelastwem na chybił trafił, kosząc zarówno swoich ludzi, jak i przeciwnika. Hiszpanie, którzy pod względem liczebnym dwukrotnie przewyższali siły piratów, byli już bliscy odparcia przeciwnika i uratowania miasta, kiedy na pole walki wkroczył Michał Bask, któremu udało się przedostać przez puszczę porastającą góry.
To właśnie tych trzystu ludzi zdecydowało o losach bitwy.
Pod naporem przeciwnika Hiszpanie uciekali z pola bitwy i szukali schronienia w twierdzy, ale wraz z nimi wbiegli do środka także piraci, na czele z Franciszkiem l’Olonnais, Czarnym Korsarzem i Michałem Baskiem, którzy cudem wyszli z tego starcia bez szwanku czy choćby najmniejszego draśnięcia.
Hiszpanie nie dawali za wygraną i nadal zajadle się bronili w murach twierdzy. Woleli chwalebnie polec w walce niż patrzeć, jak wrogowie ściągają z masztu flagę Hiszpanii.
Czarny Korsarz wbiegł na dziedziniec i próbował przedostać się przez szeregi zażarcie walczących w obronie Gibraltaru żołnierzy.
Ostrzem szpady przeszył kilku arkebuzerów, którzy stanęli mu na drodze, po czym ujrzał biegnącego ku niemu mężczyznę, ubranego w eleganckie szaty, w szarym kapeluszu z długim strusim piórem.
— Broń się, panie! — krzyknął ów jegomość, dobywając swej lśniącej szpady. — Już po tobie!
Czarny Korsarz skończył właśnie pojedynek z dowódcą arkebuzerów, który właśnie konał u jego stóp. Na widok nadbiegającego mężczyzny wykrzyknął zdumiony:
— To ty, hrabio?
— We własnej osobie — odpowiedział Kastylijczyk, wymachując swą długą szpadą. — Broń się, bo czasy przyjaźni już się skończyły. Ty walczysz po stronie piratów, ja bronię flagi Kastylii.
— Pozwól mi przejść, hrabio — odpowiedział Czarny Korsarz, próbując się przedostać przez tłum walczących ze sobą Hiszpanów i piratów.
— Nie, panie, jeśli chcesz, będziesz musiał mnie zabić — odpowiedział zdecydowanym tonem Kastylijczyk.
— Hrabio, nie stawiaj oporu, pozwól mi przejść, nie zmuszaj mnie do pojedynku. Jeśli chcesz się bić, za moimi plecami masz setki piratów. Ja winny ci jestem wyrazy uznania, a nie śmiercionośną szpadę.
— Nie, panie wyrównaliśmy już rachunki. Nie opuścicie tej flagi, zanim ostatni z nas — ja, dowódca twierdzy i jego ludzie — nie polegniemy w jej obronie.
Po tych słowach porwał się na Czarnego Korsarza i zaczął go atakować.
Czarny Korsarz zdawał sobie sprawę, że hrabia Lermy nie dorównuje mu w fechtunku i wcale nie zamierzał pozbawiać życia tego zacnego i wielkodusznego szlachcica. Zrobił więc dwa kroki do tyłu i raz jeszcze krzyknął dla ostrzeżenia:
— Proszę cię, nie zmuszaj mnie, panie, żebym cię zabił!
— Walcz! — krzyknął z uśmiechem hrabia. — Walcz, panie Ventimiglii!
Dookoła nich toczyła się krwawa walka, żołnierze krzyczeli i przeklinali, słychać było jęki rannych i wystrzały z muszkietów i pistoletów. W tym bitewnym ferworze stanęli do walki także oni dwaj gotowi zabić i dać się zabić.
Hrabia atakował z dużą determinacją, wyprowadzając cios za ciosem, jednak Czarny Korsarz z wprawą parował wszystkie. Obaj wyciągnęli też sztylety, żeby skuteczniej odpierać ciosy szpadą. Raz nacierał jeden, raz drugi, raz jeden robił kilka kroków do przodu, a drugi się cofał, by po chwili przejść do ofensywy. Trudno im się walczyło, brodzili we krwi, która spływała już po całym dziedzińcu, musieli więc bardzo ostrożnie stawiać stopy, żeby się nie poślizgnąć.
W pewnym momencie Czarny Korsarz, który nie miał zamiaru zabijać kastylijskiego szlachcica, jednym ciosem wytrącił z jego rąk szpadę, w podobny sposób, w jaki uczynił to w domu notariusza.
Tuż obok hrabiego — jak się miało okazać na całe jego nieszczęście — dogorywał pokonany wcześniej przez Czarnego Korsarza dowódca arkebuzerów. Hrabia doskoczył do niego w mgnieniu oka, wyrwał z jego zaciśniętych dłoni szpadę i znów rzucił się na Czarnego Korsarza. Dokładnie w tej samej chwili napatoczył się jeden hiszpański żołnierz. Czarny Korsarz, zmuszony teraz stawić czoła dwóm przeciwnikom jednocześnie, nie miał już więcej skrupułów i nie zamierzał już nikogo oszczędzać.
Jednym silnym ciosem powalił na ziemię żołnierza, a następnie odwrócił się do atakującego go z boku hrabiego, po czym doskoczył do niego i wbił ostrze szpady w sam środek piersi tak, że wyszło plecami.
— Hrabio! — krzyknął Czarny Korsarz, chwytając przeciwnika w ramiona, zanim ten osunął się na ziemię. — Wcale nie cieszy mnie ta wygrana, ale sam się o to prosiłeś!
Kastylijczyk, który przeszyty szpadą zbladł jak ściana i zamknął oczy, nagle je otworzył i spojrzał na Czarnego Korsarza, po czym ze smutnym uśmiechem rzekł:
— Los tego chciał, panie. Przynajmniej... nie będę musiał patrzyć... jak flaga Hiszpanii... spada na ziemię...
— Carmaux, Van Stiller! Pomocy! — krzyknął Czarny Korsarz.
— To na nic, panie — odparł hrabia półprzytomnie, gasnącym już głosem. — Ja umieram, żegnaj, mój panie... i...
Lecz urwał w pół zdania, a struga krwi wypłynęła mu z ust. Zamknął oczy, uśmiechnął się po raz ostatni, po czym wyzionął ducha.
Czarny Korsarz, wzruszony bardziej, niż mógł przypuszczać, położył ciało hrabiego na ziemi, złożył pocałunek na jego jeszcze letnim czole, z westchnieniem pochwycił jego ociekającą krwią szpadę, po czym rzucił się w sam środek toczącej się wokoło bitwy i głosem, który łamał mu się ze wzruszenia, krzyknął:
— Do mnie, wilki morskie!
Wewnątrz twierdzy trwała jeszcze zajadła walka.
Na blankach, na wieżach, na korytarzach, w salach i w kazamatach, wszędzie Hiszpanie walczyli jeszcze ze wściekłością, która mieszała się z rozpaczą. Stary, waleczny dowódca Gibraltaru i wszyscy jego oficerowie polegli, ale szeregowi żołnierze nie składali broni.
Rzeź trwała jeszcze około godziny, garstka obrońców otoczyła kręgiem flagę swojej dalekiej ojczyzny. Nie chcieli się poddać, przyszło im więc wszystkim polec.
Podczas gdy piraci pod wodzą Franciszka l’Olonnais zajmowali pierwszą twierdzę, Michał Bask szturmował drugą, zmuszając obrońców do kapitulacji, ale w zamian darując im życie.
Trwająca od samego rana walka zakończyła się o godzinie drugiej porażką Hiszpanów. Pochłonęła życie czterystu Hiszpanów i stu dwudziestu piratów, z których wielu poległo jeszcze w lesie, pozostali podczas oblężenia twierdzy, której tak walecznie bronił gubernator Gibraltaru.
Rozdział XXXVI. Przysięga Czarnego Korsarza
Żądni łupów piraci niczym rwąca rzeka wdzierali się w zaułki bezbronnego miasta, chcąc dopaść mieszkańców, zanim ci zdążą schronić się w okolicznych lasach wraz ze swymi kosztownościami. Tymczasem na zewnętrznym dziedzińcu fortu Czarny Korsarz, Carmaux, Van Stiller i Moko układali na stosach ciała poległych, z nadzieją, że gdzieś pośród nich odnajdą martwego Van Goulda.
Widok dziedzińca przejmował grozą. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie piętrzyły się góry trupów; zdeformowane ciała piratów i obrońców fortu leżały jedne na drugich, miały odcięte ręce i nogi, rozpłatane piersi, strzaskane głowy i rozprute wnętrzności, były pokryte okropnymi ranami, wciąż jeszcze broczącymi krwią, która spływała po schodach twierdzy, tworząc u ich stóp czerwone kałuże, nad którymi unosił się cierpki odór.
Noże i kordelasy, które pozbawiły życia tych nieszczęśników, wciąż sterczały z ciał. Niektórzy z nich zwarli się ze swym wrogiem w śmiertelnym uścisku i tak skonali, z zębami zatopionymi w jego szyi, inni jeszcze zastygli w ostatnim skurczu z szablą zaciśniętą w dłoni. Tu i ówdzie na tym pobojowisku słychać było rzężenie rannych, którzy z wielkim wysiłkiem zrzucali z siebie trupy i ukazywali światu blade, umazane krwią twarze, wątłym głosem błagając o łyk wody.
Czarny Korsarz nie żywił nienawiści do hiszpańskich żołnierzy, dlatego też śpieszył na ratunek wszystkim rannym i pomagał wygrzebywać ich spod stosu rozrzuconych wkoło ciał. Z pomocą Moka i dwóch kamratów przenosił nieszczęśników w bezpieczne miejsce, powierzając ich trosce opatrzenie ran.
Uporali się już ze wszystkimi wzywającymi pomocy, jakich udało im się odnaleźć. Zatrzymali się teraz tuż przy skraju wewnętrznego dziedzińca, gdzie ciała Hiszpanów i piratów leżały pokotem, jedne na drugich, gdy nagle usłyszeli dobrze znany im głos.
— Do stu zdechłych wielorybów! — wykrzyknął Carmaux. — Czy mnie się zdaje, czy to znajomy nosowy świergot?
— Ja też to słyszałem! — potwierdził Van Stiller.
— Może to mój rodak Darias?
— Nie wydaje mi się — stwierdził Czarny Korsarz. — To był głos jakiegoś Hiszpana.
— Wody, caballeros! Wody! — krzyczał ktoś spod stosu trupów.
— Do stu hamburskich piorunów! — krzyknął Van Stiller. — To głos Katalończyka!
Czarny Korsarz i Carmaux rzucili się w kierunku, z którego dobiegało wołanie, odrzucając w pośpiechu sztywne ciała. W końcu z tej plątaniny rąk i nóg wyłoniła się zbryzganą krwią głowa, potem długie, pajęcze ramiona, a na końcu wydłużony korpus osłonięty skórzanym napierśnikiem, mocno zabrudzonym krwią i zbryzgany czyimś mózgiem.
— Carrai! — krzyknął Katalończyk na widok Czarnego Korsarza i Carmaux. — W samą porę! Co za szczęście!
— To ty! — wykrzyknął Czarny Korsarz.
— Ahoj, mój drogi Katalończyku! — radośnie powitał go Carmaux. — Cieszę się bracie, że widzę cię przy życiu! Chyba nikt nie przetrącił ci tych twoich chudych kości?
— Jesteś ranny? — zapytał Czarny Korsarz, pomagając wojakowi wstać na nogi.
— Otrzymałem cios szablą w plecy i drugi w twarz, ale — bez obrazy przyjaciele — pirata, który mnie tak urządził, nadziałem na moją szablę jak barana na rożen. Przysięgam wam, caballeros, że rad jestem, widząc was całych i zdrowych.
— Jesteś poważnie ranny?
— Nie, panie. Ale tak mocno mnie usiekli, że straciłem przytomność. Pić, caballeros, chociaż łyczek...
— Proszę, przyjacielu — powiedział Carmaux podając mu piersiówkę z wodą i odrobiną gorzałki. — Po tym od razu staniesz na nogi.
Wstrząsany gorączką Katalończyk wychylił zawartość manierki do dna, po czym spojrzał na Czarnego Korsarza i powiedział:
— Szukasz gubernatora, prawda?
— Zgadza się — odparł — widziałeś go?
— A jakżeby inaczej! Co za pech! Straciłeś okazję, żeby go powiesić, a ja żeby odpłacić mu za dwadzieścia pięć bolesnych razów.
— Co masz na myśli? — zapytał Czarny Korsarz świszczącym głosem.
— Że ta gadzina przewidziała upadek fortu i wcale nie przybiła do brzegu.
— Gdzie więc popłynął?
— Dowiedziałem się tego od jednego z towarzyszących mu żołnierzy, który później zjawił się tutaj: Van Gould na karaweli hrabiego z Lermy popłynął ku wschodnim brzegom jeziora, omijając tym samym waszą flotę, i przybił do Coro, gdzie, jak wiedział, rzuciła kotwicę hiszpańska fregata.
— Wiesz, co dalej zamierza?
— Uda się do Porto Cavallo, gdzie ma liczne ziemie i wielu krewniaków.
— Jesteś pewien?
— Najzupełniej, panie.
— Śmierci i zniszczenia! — strasznym głosem odgrażał się Czarny Korsarz. — Już go prawie miałem w garści, a on znowu się wymknął! Niech i tak będzie! Może uciec nawet i do samego piekła, lecz Czarny Korsarz wygrzebie go nawet stamtąd! Choćbym miał roztrwonić cały swój majątek na poszukiwania, i tak go znajdę. Choćbym miał popłynąć na Honduras! Przysięgam na Boga!
— A ja udam się z tobą, panie, jeśli nie masz nic przeciwko — odparł Katalończyk.
— Zgadzam się, nasza nienawiść jest tak samo wielka. Odpowiedz mi jeszcze na jedno pytanie, przyjacielu.
— Pytaj, panie.
— Jak myślisz, czy warto od razu pójść jego tropem?
— Myślę, że Van Goud znajduje się już na pokładzie hiszpańskiej fregaty. Zanim dopłyniemy do Maracaibo, będzie już hen, daleko, u wybrzeży Nikaragui.
— Niech ucieka, proszę bardzo, lecz kiedy wrócimy na Tortugę, zorganizuję wyprawę, jakiej jeszcze nie widziano w Zatoce Meksykańskiej. Carmaux, Van Stiller, zajmijcie się naszym przyjacielem, powierzam go waszej opiece, Moko, chodź ze mną do miasta. Muszę się spotkać z Franciszkiem l’Olonnais.
Po tych słowach Czarny Korsarz i Moko opuścili fort i udali się do osady.
Napadnięte przez piratów miasto, które nawet nie stawiało wielkiego oporu, przedstawiało widok godny pożałowania, tak samo zresztą jak zewnętrzne szańce. Grabież trwała w najlepsze. Zewsząd dochodziły krzyki mieszkańców, zawodzenie kobiet, płacz dzieci, przekleństwa, dzikie wrzaski i pojedyncze strzały.
Ścigani przez korsarzy i bukanierów mieszkańcy tłumnie uciekali z miasta, starając się ocalić co cenniejsze rzeczy. Między Hiszpanami a rabującymi piratami wywiązywały się bójki. Zwycięzcy nie oszczędzali nawet trupów, wyrzucając przez okna ciała zabitych, które z głuchym plaskiem upadały na bruk.
Piraci za wszelką cenę próbowali wydrzeć od miejscowych informacje o ukrytych skarbach. Torturowani przez nich notable krzyczeli teraz w niebogłosy, albowiem morscy rozbójnicy nie wzdragali się przed użyciem najokrutniejszych metod, byle tylko zdobyć złoto.
Opustoszałe domy płonęły, a buchający zewsząd ogień oświetlał ulice groźnym blaskiem i strzelał w górę pióropuszem iskier, grożąc pożogą całego miasta.
Czarny Korsarz naoglądał się już podobnych scen we Flandrii, nie krzywił się więc na rozgrywające się przed nim sceny grabieży. Przyśpieszał tylko kroku, chcąc jak najszybciej minąć dziejące się na jego oczach gwałty i bezeceństwa, które napełniały go obrzydzeniem.
Na głównym placu miasta zastał Franciszka l’Olonnais. Dowódca, w otoczeniu piratów, którzy zgonili na plac wielu mieszkańców miasta, pochłonięty był ważeniem złota znoszonego przez jego wiernych kamratów ze wszystkich stron.
— Na mą brodę! — wykrzyknął pirat na widok Czarnego Korsarza. — Myślałem, że już jesteś daleko stąd i właśnie wieszasz Van Goulda na gałęzi! Nie wyglądasz na uradowanego, przyjacielu.
— Masz słuszność.
— Jakie wieści?
— Van Gould zmierza właśnie w stronę nikaraguańskich wybrzeży.
— Uciekł ci?! Może to diabeł wcielony? Na mą brodę! To prawda?
— Tak, Piotrze. Zdrajca zamierza schronić się w Hondurasie.
— W takim razie, co zamierzasz?
— Przyszedłem ci oznajmić, że wracam na Tortugę, by zorganizować kolejną wyprawę.
— Beze mnie?! Jak to tak?
— A zechcesz mi towarzyszyć?
— Obiecuję na mą głowę. Wyruszymy za kilka dni. Jak dotrzemy na Tortugę, raz dwa zbierzemy nową flotę i wykurzymy tego szczura z jego nory.
— Dziękuję, Piotrze. Liczę na ciebie.
*
Trzy dni później, po złupieniu Gibraltaru, piraci wsiedli do szalup, które przypłynęły ze statków oczekujących przy ujściu do jeziora. Wieźli ze sobą ponad dwustu jeńców, za których mieli nadzieję prędzej czy później otrzymać sowity okup. Oprócz tego zdobyli ogromne zapasy żywności, różnego rodzaju mienie, a nade wszystko złoto o wartości dwustu sześćdziesięciu tysięcy piastrów. Niebawem cała ta suma miała zostać roztrwoniona na wesołą biesiadę na plażach Tortugi.
Piraci bez przygód przepłynęli jezioro i nazajutrz znaleźli się na pokładach swoich statków, które odpłynęły w stronę Maracaibo, z zamiarem ponownego złupienia miasta, o ile cokolwiek do zrabowania jeszcze tam pozostało.
Czarny Korsarz wraz ze swymi druhami płynął na statku Franciszka l’Olonnais, albowiem „Błyskawica” była daleko, przy ujściu do Zatoki. Zabezpieczała tyły pirackiej flotylli, by zapobiec ewentualnej zasadzce ze strony hiszpańskich okrętów, które, wysłane w te rejony dla ochrony morskich portów Meksyku, Jukatanu, Hondurasu, Nikaragui i Kostaryki, nieustannie patrolowały wybrzeża.
Carmaux i Van Stiller nie zapomnieli oczywiście o Katalończyku, który na szczęście w całym zamieszaniu nie odniósł groźnych ran.
Tak jak podejrzewano, mieszkańcy Maracaibo wrócili do miasta, łudząc się, że korsarskie statki nie przypłyną po raz drugi. Nieszczęśni! Nie dość, że zostali już ograbieni do cna i nie mogli stawić piratom żadnego oporu, to jeszcze zostali zmuszeni do zapłacenia daniny w wysokości trzydziestu tysięcy piastrów, byle tylko uniknąć nowych gwałtów i puszczenia miasta z dymem.
Nie do końca zadowoleni i wiecznie nienasyceni piraci, korzystając z chwilowego postoju, dodatkowo ograbili jeszcze kilka kościołów, skąd ukradli święte relikwie, przedmioty kultu, obrazy, krzyże a nawet dzwony, a wszystko po to, by było w co wyposażyć planowaną na Tortudze kaplicę!
Po południu tego samego dnia piraci w końcu opuścili zatokę Maracaibo i śpiesznie odpłynęli w kierunku przesmyku prowadzącego na pełne morze. Czas naglił i wszyscy chcieli jak najszybciej opuścić te niepewne strony.
Od gór Sierra di Santa Maria napływały czarne chmurzyska, kłębiąc się groźnie i zakrywając prawie całkowicie tarczę zachodzącego już słońca, a niewinny dotąd wietrzyk począł dmuchać z siłą małego huraganu.
Morgan, gdy tylko spostrzegł umówiony znak i światła pozycyjne floty, wykonał zwrot ustawiając się dziobem w stronę pełnego oceanu. „Błyskawica” czterema halsami zbliżyła się do szalupy, w której Czarny Korsarz wraz z przyjaciółmi odbił od statku Franciszka l’Olonnais. Gdy kapitan wszedł na pokład, powitał go ogłuszający krzyk:
— Niech żyje nasz kapitan!
Czarny Korsarz wraz z Carmaux i Van Stillerem, którzy podtrzymywali rannego Katalończyka, przemaszerował przez pokład między marynarzami ustawionymi w dwóch rzędach i szybkim krokiem zbliżył się do białej postaci, która ukazała się na schodach nadbudówki.
Z ust pirata wyrwał się okrzyk pełen radości:
— Honorato!
— Panie! — wykrzyknęła młoda niewiasta, biegnąc Czarnemu Korsarzowi na spotkanie. — Jakże się cieszę, że wróciłeś cały i zdrów!
W tej chwili ciemności nocy rozerwał oślepiający błysk i głuchy grzmot poniósł się po morzu. Na widok znajomej kobiecej postaci oświetlonej przez błyskawicę z ust Katalończyka wydobył się krzyk:
— Dobry Boże! To ona! Córka Van Goulda tutaj?
Czarny Korsarz, który już chciał porwać dziewczynę w ramiona, stanął jak wryty, po czym gwałtownie odwrócił w stronę Katalończyka, który patrzył na dziewczynę zagubionym wzrokiem. Pirat zapytał nieludzkim głosem:
— Co powiedziałeś? Mów albo cię zabiję!
Katalończyk nie odezwał się słowem. Pochylony do przodu, spoglądał w milczeniu na księżniczkę, która cofała się powoli, zataczając się, jakby ktoś ugodził ją sztyletem prosto w serce.
Przez kilka chwil na mostku panowała cisza, przerywana tylko przez łoskot fal uderzających o burty. Stu dwudziestu marynarzy wstrzymało oddech. Spoglądali to na księżniczkę, która wciąż się cofała, to na kapitana, który stał nad Katalończykiem, zaciskając pięści.
Wszyscy czuli podskórnie, że stało się coś strasznego.
— Mów! — powtórzył zduszonym głosem Czarny Korsarz. — Mów! To rozkaz.
— To... to córka Van Goulda — wydusił z siebie Katalończyk, przerywając złowrogie milczenie.
— Znasz ją?
— Znam.
— Przysięgnij, że to ona!
— Przysięgam.
Słysząc to uroczyste zapewnienie, Czarny Korsarz zawył jak ranione zwierzę. Skulił się tak, jakby go ktoś z całej siły uderzył kijem w żołądek, i przez chwilę się nie ruszał, po czym nagle wyprężył się jak struna.
Jego ponury głos zagłuszył łoskot fal.
— Tamtej nocy, gdy przemierzałem te wody z ciałem Czerwonego Korsarza na pokładzie, złożyłem pewną przysięgę. Niech będzie przeklęta ta noc, w którą stracę tę, którą kocham!
— Kapitanie... — rzekł Morgan, podchodząc do swego dowódcy.
— Cisza! — krzyknął Czarny Korsarz, a z jego piersi wyrwał się rozdzierający szloch. — Tu rządzą moi bracia, nikt inny!
Przesądną na wskroś załogę przeszedł dreszcz strachu. Wszyscy jak jeden mąż spojrzeli ku morzu, które lśniło tak jak tej nocy, gdy Czarny Korsarz wypowiedział słowa straszliwej przysięgi, będąc przekonanym, że ciała dwóch jego braci wynurzyły się z morskiej mogiły.
Flamandka cofała się, przytrzymując rękami rozwiane na wietrze włosy. Czarny Korsarz postępował za nią krok w krok, a oczy mu płonęły. Ani jedno, ani drugie nie odzywało się, jakby nagle oniemieli.
Milczący, nieruchomi, wstrząśnięci do głębi rozgrywającą się przed ich oczami sceną piraci śledzili ich wzrokiem. Nawet Morgan nie miał już odwagi zbliżyć się do kapitana.
W pewnej chwili Flamandka dotarła do schodów prowadzących do nadbudówki. Zatrzymała się na chwilę, w desperackim geście załamując dłonie, tyłem zeszła po schodach, a za nią postępował Czarny Korsarz.
Obydwoje weszli do kajuty. Tam Flamandka ponownie się zatrzymała. Cała jej odwaga naraz ją opuściła i dziewczyna bezwładnie opadła na krzesło.
Czarny Korsarz zamknął drzwi i krzyknął do niej urywanym głosem:
— Nieszczęsna!
— Tak — cicho wyszeptała dziewczyna. — Jestem nieszczęsna.
Zapadła cisza, przerywana tylko głuchym łkaniem księżniczki.
— Przeklęta przysięga! — odezwał się zrozpaczony Czarny Korsarz — Jesteś córką Van Goulda! A ja przysięgłem mu nienawiść po wsze czasy! Jesteś córką zdrajcy, który zamordował moich braci! Boże jedyny! To straszne!
Przerwał na chwilę, po czym kontynuował z pasją:
— Przecież wiesz, że przysięgłem zabić wszystkich, którzy mają pecha należeć do rodziny mojego śmiertelnego wroga! Przysięgałem to w noc, gdy pochowałem trzeciego brata, którego powiesił twój ojciec. Bóg, morze i moi marynarze są mi świadkami. A teraz za te słowa przyjdzie zapłacić jedynej kobiecie, którą w życiu szczerze kochałem, ponieważ ty, pani, musisz umrzeć!
— Niech więc tak będzie! — odpowiedziała. — Zabij mnie! Los chciał, by mój ojciec stał się zdrajcą i mordercą. Zabij mnie, ale zrób to własnymi rękoma. Umrę szczęśliwa, wiedząc, że ginę z ręki człowieka, którego do głębi kocham.
— Ja miałbym cię zabić? — wykrzyknął Czarny Korsarz, cofając się z przestrachem. — Ja? Nie... nie... zabić ciebie? Nie zrobię tego! Nie mógłbym. Spójrz!
Chwycił księżniczkę za ramię i przyprowadził pod duże okno, które wychodziło na prawą burtę. Morze wciąż delikatnie fosforyzowało, jaśniało tak jasnym blaskiem, jakby pod powierzchnią wody płynęła rzeka płynnego złota, a mglisty, spowity chmurami horyzont od czasu do czasu przecinały błyskawice.
— Zobacz! — zawołał rozgorączkowany Czarny Korsarz. — Morze lśni tak jak w tamte noce, podczas których chowałem w tych wodach moich braci, ofiary twego ojca. Oni tam są, śledzą mnie, obserwują mój statek... Wciąż widzę ich oczy wpatrzone we mnie, domagają się zemsty... Widzę ich ciała unoszące się wśród fal, wypływające na powierzchnię, żądając, bym dopełnił słów przysięgi. Kochani bracia! Zostaniecie pomszczeni. Kochałem tę kobietę, czuwajcie nad nią. Naprawdę ją pokochałem!
Głos mu się załamał i przeszedł w szloch, bredził teraz jakby był niespełna rozumu. Wyjrzał przez okno i przez chwilę obserwował fale, które z głuchym pomrukiem wspinały się jedna na drugą. Kto wie, być może, zdjęty bólem, oczyma duszy widział właśnie szkielety Czerwonego i Zielonego Korsarza wynurzające się z otchłani oceanu.
Spojrzał na Flamandkę, która odsunęła się od niego.
Z jego twarzy znikły wszelkie oznaki cierpienia. Wracał stary, dobry Czarny Korsarz, nieustraszony morski rozbójnik, który dla wrogów miał tylko nienawiść.
— Przygotuj się na śmierć, pani — powiedział ponurym głosem. — Proś Boga i mych braci, by wstawili się za tobą. Czekam na ciebie na mostku.
Opuścił kajutę wolnym krokiem, nie odwracając się za siebie, po czym wszedł po schodach na górny pokład i udał się na mostek kapitański.
Przez te kilka chwil załoga nie ruszyła się z miejsca. Tylko sternik, wyprostowany na rufie, prowadził „Błyskawicę” na północ, w ślad za korsarskimi statkami, których światła mrugały w oddali.
— Morgan — powiedział Czarny Korsarz do swego zastępcy. — Każ przygotować łódź i opuść ją na wodę.
— Co zamierzasz, kapitanie? — zapytał.
— Dotrzymać przysięgi — odparł cicho.
— Kto zejdzie do szalupy?
— Córka zdrajcy.
— Kapitanie!
— Cisza! Moi bracia na nas patrzą. Macie usłuchać! To rozkaz! Na tym statku panuje tylko wola Czarnego Korsarza.
Nikt jednak nie ruszył się z miejsca, by spełnić jego żądanie. Załoga, która przecież nie składała się z pierwszych lepszych majtków, ale ludzi dumnych i silnych tak samo jak ich kapitan, którzy z desperacką odwagą nadstawiali karku w wielu potyczkach, teraz w tej tragicznej chwili stała jak wrośnięta w ziemię, przykuta do miejsca wszechogarniającym strachem.
Czarny Korsarz podniósł głos:
— Wilki morskie! Winniście mi posłuszeństwo!
Z szeregu wystąpił kwatermistrz, gestem nakazując kilku marynarzom, by poszli za nim. Razem opuścili na morze szalupę, tuż obok trapu zawieszonego na prawej burcie, i wrzucili do niej suchy prowiant; zrozumieli już bowiem, co Czarny Korsarz zamierzał uczynić z nieszczęsną córką Van Goulda.
Gdy tylko łódź znalazła się na wodzie, z kajuty w nadbudówce wyszła Flamandka.
Ubrana w białą suknię, ze złotymi włosami, które spływały jej na plecy, zdawała się być zjawą.
Lekko niczym duch, w milczeniu przeszła przez pokład. Szła dumna i wyprostowana, nie okazując żadnych emocji.
Podeszła do drabinki, gdzie kwatermistrz wskazał jej szalupę, która kołysana przez fale głucho uderzała w burtę. Honorata przystanęła na chwilę i spojrzała w kierunku rufy, gdzie na tle czarnego nieba wyraźnie rysowała się sylwetka Czarnego Korsarza oświetlana raz po raz przez oślepiające błyskawice.
Patrzyła przez długą chwilę na dumnego wroga jej ojca, który wyprostowany stał na mostku z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Następnie pożegnała go skinieniem ręki, po czym szybko zeszła do czekającej na nią łodzi.
Kwatermistrz odwiązał cumę, zanim kapitan zdołał go powstrzymać.
Z gardeł całej załogi wyrwał się krzyk:
— Daruj jej, kapitanie!
Czarny Korsarz milczał. Wychylił się za burtę i wzrokiem odprowadzał łódź, którą fale groźnie huśtały na boki, rzucając na pełne morze.
Powiał mocniejszy wiatr, a niebo rozbłysło piorunami, łoskot fal i huk grzmotów zlały się w jedno.
Szalupa oddalała się. Na jej dziobie można było dostrzec białą postać młodej dziewczyny, która z dłońmi uniesionymi w kierunku „Błyskawicy” wpatrywała się w Czarnego Korsarza.
Marynarze podbiegli do prawej burty i obserwowali łódź. Nikt się nie odzywał. Wszyscy zrozumieli, że przekonywanie kapitana do zmiany zdania było bezcelowe.
Szalupa oddalała się coraz bardziej. Na tle błyszczących fal i wodnej toni oświetlanej przez pioruny była już tylko niewielkim, czarnym punktem. Wspinała się na morskie grzywacze, by po chwili zniknąć w głębokich, wodnych przepaściach, ale za każdym razem wyłaniała się znów na powierzchnię, jakby chroniła ją czyjaś niewidzialna ręka.
Jeszcze przez chwilę można było ją dostrzec, aż w końcu rozmyła się na pochmurnym, spowitym chmurami atramentowym horyzoncie.
Piraci z przerażeniem spojrzeli na mostek: kapitan zgiął się w pół i upadł na zwoje lin, ukrywając twarz w dłoniach. Pośród ryku wiatru i szumu fal piraci usłyszeli urywany szloch.
Carmaux przybliżył się do Van Stillera i wskazując na mostek powiedział ze smutkiem:
— Przyjacielu! Spójrz! Czarny Korsarz płacze...
Przypisy:
1. Tortuga — wyspa na M. Karaibskim, u płn. wybrzeży Haiti; w XVII w. główna baza piratów atakujących statki oraz tereny należące do Hiszpanii. [przypis edytorski]
2. kartacz — pocisk artyleryjski zawierający w lekkiej obudowie odłamki metali lub ołowiane kule rozpryskujące się przy wybuchu; używany do XIX w. [przypis edytorski]
3. Bractwo Wybrzeża — luźna organizacja piratów i korsarzy działających w XVII w. na M. Karaibskim, zwanych bukanierami. Ich główną bazą była niewielka wyspa Tortuga, a następnie Port Royal na Jamajce. Atakowali statki oraz tereny należące do Hiszpanii, sprzymierzając się z siłami Anglii, Francji i Holandii. Pod koniec XVII w., po uznaniu przez Hiszpanów posiadłości krajów, które wspierały bukanierów, zostali wyrugowani ze swoich siedzib. Nieliczni kontynuatorzy Bractwa prowadzili czysto przestępczą działalność, napadając na statki cywilne. [przypis edytorski]
4. Maracaibo — miasto w płn.-zach. Wenezueli, położone nad cieśniną łączącą jezioro Maracaibo z Zatoką Wenezuelską; zał. w 1529 jako kolonia hiszpańska, w 1668 zostało zdobyte i złupione przez bukanierów pod wodzą François l’Olonnais. [przypis edytorski]
5. piastr (z wł. piastra: blaszka) — tu: talar hiszpański (peso), duża srebrna moneta, bita od XV do XIX w. zarówno w Hiszpanii, jak i w jej koloniach w Nowym Świecie. [przypis edytorski]
6. kabel — jednostka odległości stosowana w nawigacji, równa ok. 200 m. [przypis edytorski]
7. karonada — rodzaj działa okrętowego o krótkiej lufie i dużym kalibrze, strzelającego ciężkimi pociskami na małą odległość, używanego od 2 poł. XVIII w. do 1 poł. XIX w. [przypis edytorski]
8. sterburta i bakburta (żegl.) — odpowiednio: prawa i lewa burta statku. [przypis edytorski]
9. kasztel — nadbudowa na dawnych żaglowcach; kasztel rufowy stanowił miejsce dowodzenia statkiem podczas bitwy i był wyposażony w lekkie działa. [przypis edytorski]
10. bukanierzy — zajmujący się piractwem i myślistwem zbiegowie i przestępcy pochodzenia angielskiego, francuskiego i holenderskiego, zamieszkujący XVI–XVII w. wyspy Wielkich Antyli. [przypis edytorski]
11. kordelas — lekko zakrzywiona, krótka szabla z osłoną dla dłoni (jelcem kabłąkowym), używana w XVII–XIX w., głównie przez marynarzy, będąca jednym z charakterystycznych elementów wyposażenia pirata. Kordelas był bronią wytrzymałą, którą można było wyrąbywać sobie drogę przez ciężkie liny i płótno, a równocześnie z powodu dość krótkiego ostrza poręczną w walce w zwarciu na zatłoczonym statku, wśród takielunku i pod pokładem, skuteczniejszą niż długie rapiery lub szpady, ponadto skuteczne posługiwanie się nim wymagało mniej szkolenia. [przypis edytorski]
12. mizerykordia (z łac. misericordia: miłosierdzie) — niewielki miecz, sztylet, służący m.in. do dobijania rannych (stąd jego nazwa). [przypis edytorski]
13. trymować żagiel (żegl.) — nadawać żaglowi odpowiedni kształt: napinać go tak, aby miał odpowiednie do warunków wybrzuszenie i sprawnie działał. [przypis edytorski]
14. halsować (żegl.) — o jednostce żaglowej: płynąć zakosami, wykonując wielokrotne zwroty. [przypis edytorski]
15. Maracaibo, jezioro — akwen w płn.-zach. Wenezueli, mierzący 14 tys. km² powierzchni, zasilany przez liczne rzeki, połączony cieśniną Tablazo z Zatoką Wenezuelską, a tym samym z Morzem Karaibskim. [przypis edytorski]
16. mila — daw. miara odległości o różnej wartości; mila morska to ok. 1850 m. [przypis edytorski]
17. Gibraltar — tu: miasto w Wenezueli, na płd. brzegu jeziora Maracaibo; zał. w 1592 jako gł. port miasta Mérida, nazwane San Antonio de Gibraltar, na cześć europejskiego Gibraltaru, wówczas należącego do Hiszpanii. [przypis edytorski]
18. namorzyny — przybrzeżne lasy i zarośla słonowodne. [przypis edytorski]
19. vaga-lume (port.) — potoczna portugalska nazwa chrząszczy z rodzin Elateridae, Phengodidae i Lampyridae zdolnych do bioluminescencji (wytwarzania światła). [przypis edytorski]
20. fandango — hiszpański taniec ludowy o szybkim, dynamicznym tempie wybijanym kastanietami oraz podkutymi specjalnie butami, wykonywany z towarzyszeniem gitary. [przypis edytorski]
21. kapłon — kastrowany kogut, tuczony na mięso. [przypis edytorski]
22. San Francisco de Campeche — ob. Campeche, miasto w Meksyku, nad Zat. Meksykańską; zał. w 1540, stanowiło główny port półwyspu Jukatan, w 1685 zostało napadnięte i zdobyte przez piratów pod wodzą Laurensa de Graafa, podobnie jak 20 innych nadbrzeżnych miast w regionie. [przypis edytorski]
23. St. Augustine — miasto w płn.-wsch. części Florydy, nad Atlantykiem, najstarsza europejska osada w kontynentalnej części USA; założone w 1565, było stolicą hiszpańskiej prowincji Floryda; kilkakrotnie zdobywane i plądrowane, m.in. w 1586 przez angielskiego korsarza Francisa Drake’a, w 1668 przez piratów Roberta Searle. [przypis edytorski]
24. Herkules (mit. rz.) a. Herakles (mit. gr.) — bohater słynny z ogromnej siły i wykonania 12 trudnych i niebezpiecznych zadań. [przypis edytorski]
25. bolero — taniec hiszpański. [przypis edytorski]
26. malaga — gatunek słodkiego wina hiszpańskiego, produkowanego w okolicach miasta o tej samej nazwie. [przypis edytorski]
27. sherry (wym.: szery) — mocne wino hiszpańskie pochodzące z rejonu miasta Jerez de la Frontera, uzyskiwane przez wzmocnienie wina dolaniem wysokoprocentowego destylatu. [przypis edytorski]
28. navaja (wym.: nawaha) — tradycyjny, składany nóż hiszpański, używany jako codzienne narzędzie oraz broń prostych ludzi, często o ostrzu mierzącym 15–20 cm. [przypis edytorski]
29. caballero (hiszp., lm.: caballeros) — kawaler; szlachcic. [przypis edytorski]
30. bibosz (z łac.) — człowiek lubiący pić alkohol w wesołym towarzystwie; opój, pijak. [przypis edytorski]
31. dublon — złota moneta hiszpańska bita od XVI do XIX w. [przypis edytorski]
32. vaquero (hiszp., lm: vaqueros) — pasterz bydła. [przypis edytorski]
33. serape — prostokątny kawałek wielobarwnej tkaniny wełnianej, z frędzlami na końcach, noszony w Meksyku jako rodzaj peleryny, szczególnie przez mężczyzn. [przypis edytorski]
34. en garde (fr.) — pozycja szermiercza (gotowości do walki); także wezwanie do zajęcia takiej pozycji. [przypis edytorski]
35. krzesiwo — narzędzie służące do uzyskiwania iskry przez uderzanie nim w krzemień, zwykle wykonane ze stali. [przypis edytorski]
36. arkebuz — dawna ręczna długa broń palna, używana od XV do pocz. XVII w.; wyparta przez muszkiet, który początkowo był jej cięższą wersją. [przypis edytorski]
37. Coro — mała zatoka na płd. od półwyspu Paraguana, ograniczającego od wschodu Zat. Wenezuelską. [przypis edytorski]
38. Caramba! (hiszp.) — Do licha! [przypis edytorski]
39. antaba — metalowy uchwyt na kufrze, drzwiach, bramie, złożony z dwóch części, jednej stanowiącej umocowanie i drugiej (często ruchomej) służącej do chwytania; antaby na drzwiach stanowiły zarazem kołatkę. [przypis edytorski]
40. funt — dawna jednostka wagi, równa ok. 0,5 kg. [przypis edytorski]
41. manat — duży roślinożerny ssak wodny, żyjący w przybrzeżnych rejonach Atlantyku w strefie tropikalnej. [przypis edytorski]
42. miriada (z gr. myrias) — grecki liczebnik oznaczający dziesięć tysięcy, używany zwykle w liczbie mnogiej na określenie ogromnej, trudnej do policzenia liczby czegoś. [przypis edytorski]
43. reling — barierka ochronna biegnąca wokół pokładu statku, zabezpieczająca przed wypadnięciem za burtę ludzi i przedmiotów, zbudowana ze słupków połączonych prętami, rurkami lub linami. [przypis edytorski]
44. puszkarz — rzemieślnik wyrabiający broń palną, szczególnie armaty; także: obsługujący działa artylerzysta. [przypis edytorski]
45. bezanmaszt — tylny maszt żaglowca. [przypis edytorski]
46. reja — poziome drzewce przymocowane do masztu, służące do mocowania górnego brzegu żagla. [przypis edytorski]
47. kil — stępka, najniższa belka statku lub łodzi, ciągnąca się od dzioba do rufy. [przypis edytorski]
48. grotmaszt — główny maszt żaglowca. [przypis edytorski]
49. fokmaszt — przedni maszt żaglowca. [przypis edytorski]
50. trap — skośnie zawieszone, składane schody lub wąska kładka, służące do wchodzenia na pokład z nabrzeża oraz schodzenia z pokładu na brzeg lub inną jednostkę pływającą; w czasie żeglugi trap leży złożony przy burcie. [przypis edytorski]
51. wachta — okres (zwykle 4 godz.), podczas którego pełni służbę jedna zmiana załogi statku; także: część załogi, która pełni służbę w określonym czasie. [przypis edytorski]
52. bocianie gniazdo (żegl.) — platforma obserwacyjna umieszczona wysoko na głównym maszcie statku. [przypis edytorski]
53. refować (żegl.) — zmniejszać powierzchnię ożaglowania podczas żeglugi w trudnych warunkach wiatrowych przez częściowe zwijanie lub składanie dolnej części żagla i umocowanie jej za pomocą linek. [przypis edytorski]
54. brasy — liny służące do manewrowania żaglami w płaszczyźnie poziomej w celu ustawiania ożaglowania rejowego w najkorzystniejszej pozycji względem wiatru. [przypis edytorski]
55. baksztag — lina stabilizująca maszt, biegnąca od jego górnej części ku tyłowi, umocowana drugim końcem do burty; baksztagi są linami stosowanymi symetrycznie po obu burtach. [przypis edytorski]
56. brasować — obracać reje pod najkorzystniejszym kątem do wiatru za pomocą brasów (tj. olinowania ruchomego pozwalającego na obracanie rei w poziomie); brasowanie wymaga wykonania obrotu wszystkich rei danego masztu jednocześnie. [przypis edytorski]
57. lizel (żegl.) — dodatkowy żagiel, rozwijany na przedłużających reje drzewcach, obok żagli rejowych, dodający statkowi szybkości przy dobrej pogodzie. [przypis edytorski]
58. sztaksel — trójkątny żagiel rozpinany na sztagach (grubych linach stabilizujących maszt) żaglowca. [przypis edytorski]
59. sterownica (żegl.) — element składowy urządzenia sterowego, mający postać dźwigni zamocowanej prostopadle do osi steru. [przypis edytorski]
60. stopa — dawna jednostka długości, równa ok. 30 cm. [przypis edytorski]
61. sztag — lina usztywniająca maszt w płaszczyźnie pionowej wzdłuż osi statku, mocowana jednym końcem do górnej części masztu, a drugim do dziobu lub rufy. [przypis edytorski]
62. Mansfield a. Mansvelt, Edward (XVII w.) — holenderski korsarz, aktywny w l. 1659–1666, uznawany za nieformalnego przywódcę Bractwa Wybrzeża; jako pierwszy zorganizował najazdy na dużą skalę przeciwko hiszpańskim osadom; po jego śmierci przywództwo przejął jego protegowany i zastępca, Henry Morgan. [przypis edytorski]
63. bukszpryt — rodzaj pochyłego masztu wystającego przed dziób statku. [przypis edytorski]
64. bombramreja — piąta, licząc od pokładu, reja masztu. [przypis edytorski]
65. fok — główny żagiel na przednim maszcie; na jednostkach jednomasztowych: trójkątny żagiel przedni. [przypis edytorski]
66. marsel — prostokątny żagiel zawieszany na drugiej (m. dolny) lub trzeciej (m. górny) rei licząc od pokładu. [przypis edytorski]
67. bom — pozioma belka zamocowana jednym końcem do masztu, służąca do przymocowywania dolnej krawędzi żagla. [przypis edytorski]
68. stewa — wygięta w górę belka stanowiąca przedłużenie stępki (kilu) statku w kierunku dziobu (s. dziobowa) albo rufy (s. rufowa), łącząca poszycie burt. [przypis edytorski]
69. saling — połączenie kolumny masztu wieloczłonowego ze stengą (przedłużeniem kolumny) lub platforma znajdująca się w miejscu tego połączenia; także: sztywna rozpórka pomiędzy olinowaniem stałym a masztem. [przypis edytorski]
70. jard — anglosaska miara długości, równa trzem stopom i wynosząca ok. 0,9 metra. [przypis edytorski]
71. delfiniak (żegl.) — rozpórka zamocowana prostopadle do bukszprytu (drzewca na dziobie statku), biegnąca w dół i służąca do mocowania lin stabilizujących bukszpryt. [przypis edytorski]
72. rufówka — nadbudowa na rufie statku, sięgająca od burty do burty. [przypis edytorski]
73. drabliny, drablinki a. wyblinki — krótkie, poziome linki łączące dwie sąsiednie wanty (liny stabilizujące maszt), tworzące w ten sposób szczeble drabiny linowej przeznaczonej do wspinania się na maszt. [przypis edytorski]
74. wanta — lina bocznie usztywniająca maszt, w płaszczyźnie pionowej prostopadłej do osi statku; wanty występują symetrycznie na obu burtach. [przypis edytorski]
75. Vera Cruz — ob. Veracruz, miasto portowe w Meksyku, nad Zat. Meksykańską; zał. w 1519 przez Corteza, było pierwszą hiszpańską osadą na terenie ob. Meksyku, w XVI–XVII w. stanowiło najważniejszy port hiszpańskiej Ameryki. [przypis edytorski]
76. Mulat — potomek białego mężczyzny i Murzynki lub białej kobiety i Murzyna. [przypis edytorski]
77. Flamandowie — ludność zamieszkująca głównie belgijską część szeroko rozumianej Flandrii, mówiąca językiem niderlandzkim oraz jego odmianą określaną jako język flamandzki. [przypis edytorski]
78. flandryjski — pochodzący z Flandrii, krainy hist. w ob. płn. Belgii. [przypis edytorski]
79. Cieśnina Wiatrów — cieśnina oddzielająca wyspy Kuba i Haiti, łącząca Morze Karaibskie z Oceanem Atlantyckim. [przypis edytorski]
80. nok (żegl.) — wolny koniec poziomego drzewca w omasztowaniu statku (bukszprytu, rei, bomu itp.). [przypis edytorski]
81. szpigat (żegl.) — odpływnik, otwór w nadburciu, umożliwiający spływanie wody z pokładu za burtę statku. [przypis edytorski]
82. ognie świętego Elma — małe, słabe wyładowania elektryczne w pobliżu narożników i krawędzi przedmiotów (np. na końcach masztów na statkach), pojawiające się w czasie pogody zapowiadającej burzę. [przypis edytorski]
83. węzeł — jednostka prędkości morskiej, wynosząca milę morską (ok. 1,8 km) na godzinę. [przypis edytorski]
84. Krezus (595–546 p.n.e) — król Lidii słynący ze swojego wielkiego bogactwa. Jego imię jest obecnie synonimem bogacza. [przypis edytorski]
85. kontrabanda — przemyt. [przypis edytorski]
86. skud — dawna złota lub srebrna moneta używana we Włoszech. [przypis edytorski]
87. Flandria — kraina historyczna rozciągająca się wzdłuż wybrzeży Morza Północnego na terenie ob. Belgii, Francji i Holandii. [przypis edytorski]
88. nipa krzewinkowa a. palma krzaczasta — gatunek palmy pochodzący z wybrzeży Oceanu Indyjskiego i Spokojnego, uprawiany w krajach o klimacie tropikalnym i subtropikalnym. [przypis edytorski]
89. kondotier — dowódca oddziałów wojsk najemnych we Włoszech w XIV–XVI w. [przypis edytorski]
90. cal — jednostka miary długości równa ok. 2,5 cm. [przypis edytorski]
91. Metys — potomek białego mężczyzny i Indianki lub białej kobiety i Indianina. [przypis edytorski]
92. spingarda — rodzaj niewielkiego, przenośnego działa. [przypis edytorski]
93. kirys — pancerz chroniący tułów. [przypis edytorski]
94. W 1686 pomiędzy Francją i Hiszpanią wybuchła wojna o Flandrię — częścią posiadłości królów Hiszpanii były wówczas Niderlandy Południowe, tereny obecnej Belgii. [przypis edytorski]
95. Sabaudia — kraina historyczna we francuskich Alpach, granicząca ze Szwajcarią i Włochami. [przypis edytorski]
96. regiment — oddział wojskowy. [przypis edytorski]
97. Piemont — region w płn.-zach. Włoszech, graniczący z Francją i ze Szwajcarią; od XV w. do zjednoczenia Włoch w XIX w. tworzył z Sabaudią samodzielne Księstwo Sabaudii-Piemontu. [przypis edytorski]
98. trebusz — dawna machina miotająca, wykorzystująca zasadę dźwigni. [przypis edytorski]
99. salwować się (daw.) — ratować się. [przypis edytorski]
100. bresza — wyłom w murze twierdzy. [przypis edytorski]
101. blanki — osłony na szczycie muru obronnego. [przypis edytorski]
102. rejterada — ucieczka. [przypis edytorski]
103. wesół — dawna, krótka forma przymiotnika w r.m.: wesoły. [przypis edytorski]
104. damaskinaż — technika zdobienia metalowych przedmiotów, zwykle zbroi i broni, przez wypełnianie naciętych rowków złotem lub srebrem. [przypis edytorski]
105. święty Bartłomiej — jeden z apostołów Jezusa; zgodnie z legendą został przed zamęczeniem żywcem obdarty ze skóry, toteż w ikonografii przedstawiany jest jako mężczyzna z widoczną tkanką mięśniową, w jednej ręce trzymający nóż, a w drugiej skórę. [przypis edytorski]
106. nomen omen (łac.: imię [jest] znakiem) — wyrażenie zwracające uwagę, że użyta nazwa lub nazwisko jednocześnie charakteryzuje daną rzecz lub osobę. [przypis edytorski]
107. Morfeusz (mit. gr.) — bóg snu. [przypis edytorski]
108. kajman — gad z rodziny aligatorów, występujący w Ameryce Środkowej i Południowej. [przypis edytorski]
109. busola — przyrząd do wyznaczania kursu; podobnie jak kompas jest pudełkiem z igłą magnetyczną i podziałką, ale dodatkowo posiada przyrząd celowniczy pomagający w wyznaczeniu azymutu, czyli kąta pomiędzy wybranym kierunkiem (np. marszu) a północą. [przypis edytorski]
110. kuguar — puma, drapieżny ssak z rodziny kotowatych zamieszkujący obie Ameryki. [przypis edytorski]
111. kamona — Iriartea deltoidea, gatunek palmy z Ameryki Środkowej i Południowej. [przypis edytorski]
112. skolopendra — drapieżny, jadowity stawonóg o długim ciele, złożonym z ok. 20 segmentów, z których każdy jest zaopatrzony w parę odnóży zakończonych pazurkami; skolopendry żyją w strefie śródziemnomorskiej oraz w tropikach. [przypis edytorski]
113. drzewo żelazne — ogólna nazwa nazwa różnych gatunków drzew wyróżniających się bardzo ciężkim i twardym drewnem, rosnących w Ameryce Południowej, Środkowej i Indiach. [przypis edytorski]
114. frenetyczny — gwałtowny, entuzjastyczny. [przypis edytorski]
115. tapir — ssak nieparzystokopytny z krótką trąbą, żyjący w lasach tropikalnych Ameryki Środkowej i Południowej oraz płd.-wsch. Azji. [przypis edytorski]
116. vomito prieto (hiszp.) — żółta febra, tropikalna choroba przenoszona przez komary, objawiająca się nawracającą gorączką i silnymi dreszczami. [przypis edytorski]
117. lazaret — szpital polowy. [przypis edytorski]
118. karawela — rodzaj jednopokładowego, szybkiego żaglowca z XV–XVII w. [przypis edytorski]
119. piroga — indiańska łódź wykonana z wydrążonego pnia. [przypis edytorski]
120. kolubryna — ogólna nazwa ładowanych od przodu dział artyleryjskich używanych w XVI–XVII w. [przypis edytorski]
121. galera — daw. okręt wojenny lub statek handlowy o niskich burtach, z dwoma lub trzema żaglami, poruszany głównie wiosłami. [przypis edytorski]
122. kuraż (z fr. courage) — odwaga, śmiałość. [przypis edytorski]
123. awangarda — straż przednia. [przypis edytorski]