VII
Przy własnym warstacie. U Bęca. Smutna strona wsi. Do Wielowsi. Trudność położenia. Książki od prof. St. Tarnowskiego. Do Krakowa.
Wróciwszy do domu po odbytej praktyce, nie od razu mogłem się oddać samodzielnej pracy, gdyż na założenie własnego, choćby skromnego warstatu potrzebną była jakaś gotówka, której nie posiadałem. Na propozycję miejscowego szewca przyjąłem u niego zajęcie jako czeladnik tymczasowy, w nadziei, że za parę miesięcy zaoszczędzę z zarobku na własny warstat. Wysokość ugodzonego wynagrodzenia wynosiła 2 reńskie tygodniowo i wikt. (Za nowe chłopskie juchtowe129, trwałe buty płacono wówczas 6–8 reńskich). Rychło atoli przekonałem się, że nawet za dziesiątek lat pracy w takich warunkach niczego się nie dorobię, albowiem regularnie co tygodnia zarobek mój na konieczne potrzeby rodzice wydawali. Po paru tedy miesiącach, w przeświadczeniu, że w domu, choćby przyszło wykonywać najprostszą robotę, więcej zarobię, rozwiązałem umowę z moim pryncypałem130, a posiadając już coś par kopyt i najniezbędniejsze dla prowadzenia roboty przedmioty, rozpocząłem karierę „samodzielnego majstra”. Ale i tu powtórzyła się ta sama nieszczęsna historia z zarobkiem. Nie mogąc zaopatrzyć się w konieczny materiał, z dnia na dzień nędznie wegetowałem.
Dość często zdarzało się, że posiadając zaledwie 40–50 centów całego kapitału, z tą gotówką wybierałem się do oddalonego 21 kilometrów Tarnobrzegu po materiał. Innym znów razem trafiło się, że gdy mi w mieście zabrakło parę reńskich dopłaty za rzemień, zostawiłem Żydowi w zastaw jedyny z grzbietu ciepły płaszcz i w lekkim ubraniu, ze zwojem skór pod pachą, w trzaskający styczniowy mróz, pędem prawie, by nie ulec zamarznięciu, przebiegłem bez wytchnienia powrotną do domu trzymilową drogę.
Co prawda, to nie ja jeden tylko pracowałem. Dłubał ojciec, co umiał, przędła matka dniami i nocami, także brat Franek prawie codziennie na zarobek do miejscowego dworu chodził. Wszystkie te razem wzięte zarobki były przecież marne, w tym bowiem czasie środki żywności z powodu nieurodzajnego lata były bardzo drogie. Franek (spory już wówczas wyrostek) za cały dzień pracy na wiosnę w dworskim ogrodzie zarabiał zaledwie dziesięć centów. Ziarno nabywała matka po garści kolejno w tej i owej chałupie, a wysuszywszy je na blasze kuchni, dawała mi je do zmielenia w żarnach, przy której to robocie pomagał mi Franek, skoro do domu z całodziennej we dworze pracy powrócił. Raz przy takim mieleniu zaleciał mnie od Franka niemiły zapach, że wręcz trudno było wobec niego wytrzymać. Na wszelkie jednak pytania, skąd ten fetor pochodzi, nie chciał mnie objaśnić. Ale w końcu przyczyna się wydała. Oto będąc zajęty kopaniem grządek w dworskim ogrodzie, znalazł biedak parę zeszłorocznych, dobrze zachowanych cebul i tym to specjałem skurcz żołądka tłumił.
Żył w sąsiedniej obok Wielowsi wsi, Trześni, sędziwy gospodarz, dość wówczas zamożny, Michał Bęc. Gospodarz ten, znający mnie jeszcze z czasów mego terminatorstwa, zamierzając zaopatrzyć siebie i domowników w obuwie, sprowadził mnie z całym moim szewskim warstatem do swego domu, i tam też po zakupieniu przez gospodarza większej ilości skór, zabrałem się do roboty. Tu już moje położenie korzystnie zmieniać się poczęło.
Poczciwy Bęc lubił słuchać opowieści, toteż najwięcej przy mnie przesiadywał; ja zaś, nie przerywając roboty, opowiadałem mu już to prawdziwe, już też zmyślone, z książek wyczytane, przeważnie zabawne opowieści, których on słuchał z przejęciem, od czasu do czasu wybuchając śmiechem; a że nie najzgorszej był tuszy, trzymać się musiał to za brzuch, żeby nie pęknąć, to poręczy kanapy, na której siedział, by się na ziemię nie zsunąć. I tutaj lżej oddychać począłem, a głodu nie zaznałem.
Z dni pobytu mego w domu Bęca zanotować wypada dla charakterystyki tego poczciwego kmiecia następujący wypadek. W pewien dzień targowy udali się gospodarstwo do miasta, zostawiając w domu mnie i służbę, w polu i oborze zajętą. Podczas południowego odpoczynku pastuch, nie czując nad sobą dozoru, począł sobie trocha za wiele pod moim adresem pozwalać. Gospodarz po powrocie, dowiedziawszy się o nagannej swawoli urwisa, przywołał go przed siebie i rozkazał mu klęknąć przede mną, co gdy winowajca uczynił, Bęc potężnym rzemieniem jął mu zapamiętale plecy bęcać, że musiałem tę zapamiętałość karzącego rozbrajać, bo nikt z domowników protestować nie śmiał.
Wspominam o tym dlatego, że obyczajność wyrostków i dzieci, a nierzadko i starszych osób w odnoszeniu się do ludzi kalectwem dotkniętych w wielu jeszcze naszych wsiach dużo pozostawia do życzenia. Dość pod tym względem na sobie doświadczyłem. Oto np. idę ulicą, za mną zaś drepce pięcioletnia dziewczynka z nieprzyzwoitymi gestami, a pewnie jeszcze nieprzyzwoitszymi słowami; mamusia zaś, stojąc na progu domu, z radosnym uśmiechem podziwia spryt swej latorośli, a zachęca do brzydkiej swawoli.
Mam od najmłodszych lat wrodzone poczucie osobistej godności i hart woli, nie uważałem więc za stosowne reagować na tego rodzaju zaczepki osobników niespełna rozumu. Ale czy wszyscy jednako potrafią równowagę ducha utrzymać? A kalek wszelkiego rodzaju po naszych wsiach mamy, niestety, aż za wiele. Oto drogą przez wieś posuwa się wolno ociemniały nędzarz, kijem miejsce przed sobą macając; za nim i przed nim gromada rozswawolonych dzieci: ten go szarpnie za połę łachmana, tamten kij albo polano pod nogi mu podstawi, ów zaś nad samym uchem przeraźliwie wrzaśnie... Nieszczęśliwy kaleka próżno na wszystkie strony kijem wywija, wreszcie przeklina, a półdzika zgraja zanosi się od śmiechu. Za chromym zaś przedrzeźniają kulawiznę, za plecyma głuchoniemego rozlegają się najordynarniejsze wyzwiska. Jakiż żal i ból w duszy i sercu tych nieszczęśliwych rodziców być musi!
Jest to jedna z najsmutniejszych i najboleśniejszych stron wsi naszej. Oj, rodzice, rodzice, a osobliwie matki! Inaczej kształćcie wy serca dzieci waszych, jeżeli nie chcecie, by na ich późniejszym życiu klątwa niebios zawisła.
Do Bęca niemal codziennie zachodzili gospodarze z wsi sąsiednich, a najwięcej z Wielowsi. Znajomi z Wielowsi, przypatrzywszy się mej robocie, prosili, ażebym, skoro gospodarzowi robotę wykończę, przyszedł do nich z warstatem. Uporawszy się w końcu z robotą u Bęca, szewski mój stołek, kształt kwadratowego stolika mający, z tą różnicą, że wierzch jego stanowiła skóra, kładłem na ziemi nogami do góry i niby w pakę układałem w nim mój „warstat”, po czym objąwszy go powrozem i założywszy sobie na plecy, wyruszyłem w stronę Wielowsi, przez Bęca na odchodnym żegnany słowami: „Na drugą służbę idziesz. Szczęść ci Boże!”
Jakkolwiek do Bęca, a od niego do Wielowsi przyszedłem na pewien tylko czas, stało się przecież, że do Wrzaw nie miałem po co wracać; po wykończeniu bowiem roboty jednemu, drudzy mnie brali zaraz do siebie — po prostu rozrywany byłem. Wędrowałem tedy „od chałupy do chałupy”, nie odmawiając nikomu, kto mnie prosił. Przypatrzałem się przeto dokładnie życiu tak pierwszych we wsi gospodarzy, jak i chudobnych chałupników, używając u pierwszych wszystkiego z zasobnych spiżarń, a u drugich dzieląc postne ziemniaki z żurem, co wszakże nie decydowało o tym, do kogo najprzód mam pójść. Szedłem tam, gdzie sercem prostym a życzliwym mnie proszono. U biedaków jednak, jako że sam do tej kategorii ludzi należałem, czułem się bardziej swobodny. Więc w butach mej roboty paradowali: i gospodarz majętny, i chałupnik chudobny, i dziewczyna, córka poważna, i sierotka biedna, i pan organista, i dziaduś dzwonnik, wreszcie ksiądz proboszcz, i pan rządca we dworze.
Podczas zajęcia przy warstacie w poszczególnych domach, w przerwach dnia, a zwykle wieczorami, kiedy domownicy w izbie zgromadzeni byli, opowiadałem im różne historyjki i anegdoty, najczęściej z roczników „Dzwonka” i „Chaty” wyczytane; poza tym deklamowałem poważne treścią wiersze, jakich sporą wiązankę na pamięć umiałem, a między nimi legendy o św. Janie Kantym, jak:
„Było to w maju. Na nieba lazurze
Księżyc się wdzięcznie przymilał naturze”.
albo:
„Błysła na niebie jutrzenka złota,
Gwiazdy w nieznane mkną światy,
Z rosą poranną łzami sierota
Nadwiślańskie skrapia kwiaty”.
Dalej legenda o wskrzeszeniu przez św. Jacka wybitego gradem łanu pszenicy w Kościelcu:
„Koło Krakowa w rozkosznej dolinie
Gdzie nasza Wisła srebrną wstęgą płynie”
A gdy przyszedłem do słów:
„Już gospodarze sprzątają stodoły,
Parobcy jarzma gotują na woły,
Dziewczęta hoże przy głośnej gawędzie
Pachnącą rutę zbierają na grzędzie,
A w chatce, stojąc przy dymnym kominie,
Prostą wieczerzę warzą gospodynie”
kobiety szczególnie były zachwycone; to, z taką prostotą określenie sielskiego życia, tak im do serca przypadło.
Toteż po skończeniu jednego opowiadania domagali się dalszego, że częstokroć w prawdziwym byłem kłopocie, skąd tematu do opowieści zaczerpnąć.
Po kilku miesiącach pobytu w Wielowsi, przekonawszy się, że roboty tutaj nigdy mi nie braknie, powziąłem zamiar wynająć osobną chałupę i rodziców sprowadzić, ta bowiem ustawiczna przeprowadzka warstatu z chałupy do chałupy ani praktyczną, ani też wygodną nie była.
Wójt ówczesny, Jędrzej Piętak, nasz bliski krewny, bardzo zacny i poważany człowiek, odradzał mi tego zamiaru, mówiąc: „Jeżeli chcesz warstat mieć w miejscu, to możesz u mnie stale mieszkać i stołować się za skromną opłatą; ze sprowadzeniem rodziców nie masz się czego kwapić. Tam zawsze prędzej znajdą oni zarobek, o który byłoby im tutaj trudno; sam zaś nie podołałbyś ich utrzymać i zamiast warstat sobie rozszerzyć, zejdziesz z powodu braku potrzebnej w rzemiośle gotówki do roli zwykłego łatacza i tym samym przyszłość sobie zwichniesz”. Jakkolwiek rada była szczera, przecież wzgląd na rodziców przemógł i niedługo potem sprowadziłem ich do Wielowsi, gdzie zamieszkaliśmy w chałupie wynajętej od Rafała Czecha, bardzo poczciwego i światłego małorolnego kmiotka, z którym do dziś łączą mnie serdeczne stosunki.
Odtąd troska utrzymania całego domu spoczęła na mojej głowie, a zarazem sprawdziły się słowa Piętaka. Ojciec otrzymał wprawdzie posadę pisarza gminnego w Wielowsi, lecz na posadzie tej długo się nie ostał. Pracowałem więc, ile starczyło sił, całymi dniami od godziny 4 rano do 8, 9, 10 wieczorem, a nierzadko do 12 i 2 w nocy, mimo to robocie nie mogłem podołać.
Zdawać by się mogło, że przy takim nawale roboty i wytężonej pracy musiałem jaki taki grosz zaoszczędzić, tym więcej że pieniędzy darmo nie trwoniłem, w karczmie nie bywałem, a na weselu rzadko kiedy widziano mnie — ale gdzież tam! Brak grosza ustawicznie odczuwać się dawał, ku czemu w dużej mierze przyczyniali się sami moi odbiorcy, nie płacąc gotówką za robotę, lecz każąc czekać w nieskończoność. A przecież żyłem i rodzinę utrzymywałem jedynie z tego, com zarobił. Bywało więc tak: zamawia ktoś buty i daje skromny zadatek; ja zaś, nie mając gotówki na materiał, bo ludzie z uiszczeniem zaległości, nieraz stosunkowo znacznych, nie kwapili się, a chcąc jakoś żyć, zniewolony byłem brać wszystko na kredyt. „Usłużny” Żydek, naborgowawszy131 mi już skór na kilkadziesiąt reńskich, stale podnosił mi cenę materiałów, ja zaś, nie mogąc uiścić zaległego długu, przystać musiałem na znacznie wyższe ceny, niżby to za gotówkę wyniosło, brnąc stopniowo w coraz głębsze bagno długów. Biada rzemieślnikowi, który w szpony Żyda-lichwiarza wpadnie!
Najmilszą rozrywką monotonnie płynącego mi życia były obok książek gazety, których każdej soboty niecierpliwie z poczty wyglądałem. Książki początkowo pożyczałem u miejscowego wikarego, ks. Antoniego Rychta. Przypomina mi to, jak ochotnie brano się na wsi do czytania, jeżeli wieśniakowi dostała się do ręki dobra książka. Oto wójt Piętak, przyniósłszy raz od wspomnianego księdza Ogniem i mieczem Sienkiewicza, książkę mało wówczas na wsi znaną, tak przejął się tą powieścią, że od czytania jej nic go oderwać nie zdołało. Zmuszony do śniadania czy obiadu, jedząc czytał; przychodzili ludzie ze sprawami do wójta, on czytał; spowodowany wyjść za próg domu, wracał wnet i czytał, czytał i czytał, a przy Zagłobie tak się poczciwina śmiał a śmiał, jak gdyby go w pachach ktoś łaskotał, że od śmiechu tego twarz czerwoną formalnie miał spłakaną. Tę to książkę od ks. wikarego miałem i ja u siebie, a że sława jej szybko się po wsi rozniosła, musiałem ją zaraz po przeczytaniu, nie pytając właściciela o pozwolenie, odpożyczyć jednemu z sąsiadów, ten zaś drugiemu, drugi trzeciemu i tak dalej i dalej. A kiedy mi ją po dłuższym czasie z powrotem odniesiono, tak była już rozwichrzona, że nie śmiejąc książki w takim stanie księdzu odnosić, musiałem ją na swój koszt dać na nowo oprawić.
Ale malutka liczba przystępnych dla wiejskiego czytelnika książek, jakie ks. wikary posiadał, rychło przewertowaną została; nie mając zaś skąd pożyczyć, a na zakupno nie zawsze stać mnie było — gdy żądza zdobycia ich spokoju mi nie dała (bo nie pojmuję doprawdy, jak bez książki człowiek żyć może!), ostatecznie wziąłem się na sposób. Przypomniałem sobie mianowicie, jak to ojciec mój niejednokrotnie wspominał hr. Stanisława Tarnowskiego132, od którego podczas odsiadywania więzienia na zamku krakowskim za udział w wypadkach 1863 roku wiele doznał dobrodziejstw. Postanowiłem, wyzyskując tę dawną ojca znajomość, zwrócić się do hrabiego z prośbą o książki.
Nic nikomu nie mówiąc, napisałem do hrabiego list i po dłuższym wahaniu oddałem na pocztę. Ale już na drugi dzień żałować począłem swego kroku. Jak to rozumowałem taki pan, rektor najwyższej w Polsce uczelni, prezes Akademii Umiejętności, miałby czytać nieudolne listy nieznanego parobczaka i na nie odpowiadać!?... A skoro już piąty dzień od nadania listu upłynął, pewny byłem, że pomysł mój pożądanego skutku nie odniesie. Ale szóstego dnia doręczył mi posłaniec fracht133 pocztowy. Kopnąłem się natychmiast do Tarnobrzega na pocztę, skąd przydźwigałem do domu pięciokilogramowej wagi paczkę książek, które ani nie umiem opisać, jaką radość mi sprawiły. Między nadesłanymi książkami znalazłem także dzieło zacnego ofiarodawcy, pt. Nasze dzieje w ostatnich stu latach, popularną, ślicznym, przystępnym każdemu językiem napisaną książkę, z której potrzebne wiadomości czerpałem. Książkę tę, aczkolwiek obecnie dość już nadszarganą, przechowuję jako miłą pamiątkę.
Odtąd, gdy znów dalszych książek zapotrzebowałem, już śmielej do „Pana Stanisława” — jak hrabiego popularnie w gronie jego wielbicieli nazywano — pisałem i zawsze książki otrzymywałem.
W końcu jednakże już mi same książki nie wystarczały! Zapragnąłem zwiedzić Kraków. Tu już trudniejsze było przedsięwzięcie. Na koszta jazdy koleją byłbym się zdobył, ale z utrzymaniem w tak wielkim, a w dodatku zupełnie nieznanym mieście jak będzie? Napisałem więc do mego zacnego protektora list, w którym wyłuszczywszy gorące pragnienie zwiedzenia Krakowa i jego pamiątek, prosiłem go o umożliwienie mi osiągnięcia spełnienia pragnień, oświadczając zarazem, iż udzieloną w tym względzie pomoc odrobię. Wyobrażałem sobie bowiem w swej naiwności, że hrabia zgodzi się na to, iże w pewnych godzinach będę robił u niego czy to w domu, czy w ogrodzie, wolne natomiast chwile obracając na zwiedzanie pamiątek.
Upłynęło kilka tygodni, a odpowiedź nie przychodziła. I kiedy, zwątpiwszy już w urzeczywistnienie moich marzeń, sprawy tej pomału zapomniałem, jednego dnia otrzymałem list — na poczcie w Tarnobrzegu nadany — w którym po rozcięciu koperty wyczytałem, co następuje:
„Dzików, 27 sierpnia 1896. List odebrałem tu. Teraz nikogo z nas w Krakowie nie ma i nie wrócimy na stały pobyt aż w październiku. Ale jeżeli chcesz przyjechać obejrzeć Kraków, to zawsze możesz u nas mieszkać, bez żadnego odsłużenia; tydzień aż nadto wystarczy, żeby obejrzeć. Ale myślę, że lepiej przyjechać wtedy, jak ja już będę w domu. Do widzenia i szczere życzenia pomyślności. St. Tarnowski”.
Można sobie wyobrazić, jaką list ten, który między pamiątkami starannie przechowuję, radość mi sprawił.
W październiku 1896 r. wyjechałem do Krakowa. Przybywszy na miejsce, udałem się przed pałac hrabiego na Szlaku (przy ulicy Warszawskiej). Stary stróż atoli zatrzasnął mi bramę przed nosem. Na szczęście w przewidywaniu pewnych trudności przygotowałem jeszcze w domu list; dobywszy go, prosiłem o doręczenie hrabiemu. Stróż list wziął i oddalił się, zostawiając mnie na ulicy. Po krótkiej chwili zobaczyłem stróża, z pałacu spieszącego „na dyrdaka”. Teraz oczywiście bramę otworzył i do pałacu mnie zaprowadził. Za chwilkę zjawiła się hrabina. Po przywitaniu i wstępnej wymianie słów oznajmiła ku memu smutkowi, że hrabia chory, nie będę więc mógł na razie z nim się widzieć; po czym dała mi znak, bym tymczasem usiadł i poczekał na posiłek, który też służba niebawem podała.
Jakkolwiek nie wątpiłem, że hrabina wiedzieć musi, iż nie słyszę, mimo to przygotowany byłem na niejedną początkową trudność co do wzajemnego porozumienia się — tymczasem rozmowa poszła nadspodziewanie gładko. Uwiadomiona o moim przyjeździe, zanim ku mnie wyszła, zaopatrzyła się w papier i ołówek i początkowo przy pomocy pisma zadała mi kilka pytań i udzieliła wyjaśnień; poza tym posługiwała się już w rozmowie ze mną gestykulacją i to tak wybornie, że nawet rodzice moi, przy boku których od dziecka żyłem, podobnej sztuki nigdy dokazać nie umieli. Podczas tej naszej rozmowy wyraziła hrabina zdziwienie, że jak na takiego, co już 18 lat nie słyszy, jeszcze bardzo dobrze mówię.
Po krótkim odpoczynku odprowadzony zostałem do państwa Matusiaków, u których przez cały czas mego w Krakowie pobytu mieszkać miałem, hrabina bowiem opiece służby powierzać mnie nie chciała.
Rozpocząłem więc moją po Krakowie wędrówkę, która sześć dni trwała. Nie będę jednakże opisywać doznanych wrażeń, których niezatarte piętno to serce Polski bezcennymi skarbami swymi na młodej wrażliwej duszy mojej wycisnęło, bo pióro moje za słabe ku temu. Zaznaczę tylko, że z wycieczki tej nie mogłem korzystać tyle, ile każdy inny z nieodjętym słuchem korzystać może, tym bardziej jeszcze, że chodziłem bez przewodnika.
Spomiędzy drobnych zdarzeń moich w Krakowie z owego czasu przytoczę jedno. Pewnega wieczora, wracając z moich po mieście wędrówek na stancję, wstąpiłem gwoli wytchnienia do jednej z podrzędnych piwiarń na Kleparzu, każąc podać sobie szklankę piwa, a wydobywszy tytoń, skręcałem papierosa. Wtem od przeciwnego końca stołu przysunęło się do mnie dwóch mężczyzn, obaj w sile wieku. Jeden z nich o typie mieszczucha, całą swą fizjonomią przypominał piwiarnianego bywalca; drugi zaś, z kusa ubrany, z bokobrodami, już na pierwszy rzut oka zdradzał cudzoziemca. Pierwszy przedstawia mi się: „Syn obywatela Krakowa”, po czym wskazując na swego towarzysza, dodał: „Ten jest Saksończyk” i bezpretensjonalnie sięgnął po mój tytoń, który po skręceniu sobie papierosa bez pytania o moją zgodę podsunął swemu towarzyszowi. Ów zaś, zagłębiwszy w środek paczki trzy palce, wydobył sporą porcję tego narkotyku. Podsuwam mu bibułkę w nadziei, że resztę do paczki odłoży, lecz miły Saksończyk przecząco pokręcił głową. „Co — myślę zaniepokojony — taki drogi tytoń będzie szwab w fajkę ładował?...” Ale Niemiec, przechyliwszy w tył głowę i rozdziawiwszy gębę jak kania dziób, kiedy napoju deszczowego pożąda, towar ten do niej wpakował. „Aha, będzie żuł” — myślę dalej i ciekawy byłem widzieć, jak też wygląda to żucie, podczas którego żółty sok z śliną zmieszany, wydobywając się kątami ust żującego, po brodzie mu spływa, lecz sympatyczny gość mlasnął tylko językiem — i po wszystkim! Formalnie zjadł ten specjał, który musiał mu bardzo smakować, bo się oblizywał, a pożądliwie na resztę spozierał, raczej bojąc się, by mi wszystkiego nie zjadł, schowałem tytoń do kieszeni. A kiedy w dodatku miły „syn obywatela Krakowa” zwrócił się do mnie ze skromnym życzeniem, żebym „trzy piwa zapłacił”, skorzystałem z chwilowego zgiełku i uiściwszy się, niepostrzeżenie opuściłem piwiarnię.
Przed wyjazdem z Krakowa udałem się do czcigodnych państwa Tarnowskich, by im za to pokrzepienie ducha wizją naszej przeszłości podziękować. Tu hrabina oprowadzała mnie po całym swym pałacu, pokazując dzieła sztuki, zabytki i pamiątki rodzinne, a uciążliwość rozmowy ze mną nie zniechęcała jej. W pracowni literackiej męża pokazała mi między innymi oryginalny obraz mistrza Matejki, osobistego przyjaciela autora Historii literatury polskiej, wyobrażający Królową Korony Polskiej w otoczeniu świętych Polaków, dalej obrazy różnych naszych i obcych malarzy, dawną zbroję itd. W jednej z sal zdjęła ze ściany karabelę, a wydobywszy ją z pochwy, podprowadziła mnie ku oknu i pokazała na klindze wyryty taki napis:
„Krzyż na czoło. Kord na wroga.
Tnij, a śmiało — w Imię Boga.
Z temi słowy masz tę szablę.
Gdy nią rąbniesz, to już diable.
Polak radzi Polakowi,
Ojciec w darze śle synowi”.
Napis ten tak się mi podobał, że wyraziłem życzenie posiadania jego kopii, co też hrabina własnoręcznie na białej kartce jednej z ofiarowanych mi książek wypisała.
Nie mogę się wstrzymać, żeby na tym miejscu nie wyrazić zacnej tej Pani gorącej wdzięczności za to serdeczne ciepło, jakim mnie, prostego, ubogiego chłopa, w swym domu darzyła. Zawsze uśmiechnięta, brała mnie pod ramię i prowadząc od przedmiotu do przedmiotu, z pokoju do pokoju, objaśniała celniejsze dzieła i zabytki, zapisując objaśnieniami tymi całe arkusze papieru.
Zobaczywszy się jeszcze z Prezesem Akademii Umiejętności i podziękowawszy mu za względy, obdarowany w końcu stosem książek, wyjechałem do domu, uwożąc z sobą miłe wspomnienia, połączone z serdecznym uczuciem wdzięczności dla czcigodnych tych osób.