VIII

Mój ożenek. Pożar Wielowsi. Pierwsza nieruchoma własność. „To wszystko łyżki żuru niewarte”. List Żyda-skórnika.

W parę miesięcy później, 19 stycznia 1897 r., w kościele parafialnym w Wielowsi odbył się mój ślub z Gertrudą Wrykówną, ubogą dziewczyną, sierotą po obojgu rodzicach. Żonę sprowadziłem do Wielowsi, gdzie wraz z rodzicami mymi zamieszkiwaliśmy, wynajęty od paru lat za czynszem od miejscowego dworu, dom.

W maju 1898 r. wybuchł w Wielowsi wielki pożar, część wsi w perzynę obracając. W pożarze tym spłonął także zamieszkiwany przez nas dom, a wraz z nim część skromnego naszego mienia.

Wielki ten pożar spowodowany został przesądem jednej z gospodyń, która zakupiony od wynoszącego się do Ameryki Żyda dom postanowiła wykadzić ziołami, podobno w celu „wypędzenia złych duchów”. Podczas tego „kadzenia” zajęła się pajęczyna, od pajęczyny strzecha, wreszcie cały dom stanął w płomieniach, a silny wicher wyrywając płonące snopki ze strzechy, unosił je na słomiane dachy dalszych zabudowań, miejscami nawet na tysiącmetrową odległość. Tak więc przez zabobon nieopatrznej kobiety „wykadzonych” zostało dokumentnie około 50 domów wraz z zabudowaniami gospodarczymi.

Spowodowany tym pożarem brak mieszkań w Wielowsi zmusił nas do przeprowadzenia się do sąsiedniego Sielca, gdzieśmy u brata żony, Michała Wryka, zamieszkali. Rodzice pozostali w Wielowsi.

Wkrótce po pożarze ogłosił hr. Z. Tarnowski, właściciel wielowiejskiego dworu, sprzedaż placu, na którym spłonął był dom przez nas zamieszkiwany. Postanowiłem plac ten kupić; nie posiadając jednakże gotówki, zwróciłem się ostatecznie do klasztoru ss. dominikanek w Wielowsi z prośbą o pożyczkę. Że zaś klasztorowi temu zależało bardzo na tym, bym w jego pobliżu osiadł, byłem bowiem „generalnym opiekunem nóg i odcisków” Wielebnych Sióstr, pożyczkę tę dostałem. Udałem się więc do Dzikowa i do rąk hrabiego całą żądaną przezeń kwotę 500 reńskich złożyłem. Z kwoty tej 50 reńskich hrabia zwrócił mi ze słowami: „Ponieważ Kuraś złożył całą należytość i ze względu na dobre stosunki z nim, 50 reńskich mu daruję”.

Tak stałem się pierwszy raz posiadaczem własnej parceli, obszaru 370 sążni134 kwadratowych. Później kupiłem w sąsiedniej wsi starą komórkę, którą do Wielowsi zwiozłem, i dokupiwszy jeszcze cegłę, postawiłem jaką taką chatynkę, mizerną wprawdzie, ale własną, i do niej z żoną i dzieckiem sprowadziłem się.

Ale chociaż miałem już własny kąt, nie uwolniło mnie to od borykania się z niedostatkiem. Na zakupno bowiem placu i postawienie na nim chałupy pozaciągałem krótkoterminowe długi, dziećmi Bóg nas darzył, a poczciwi ludziska podług dawnego, wygodnego dla siebie systemu za robotę płacili.

Nareszcie usłużny handlarz skór, zauważywszy, że coraz trudniej wegetuję, wytoczył mi skargę sądową o zapłacenie całkowitej zaległości za pobrane u niego na borg towary. Istniała już na szczęście w Wielowsi parafialna Spółka Oszczędności i Pożyczek, oparta na systemie kas Raiffeisena135, powstała dzięki staraniom światlejszych miejscowych kmieci, z Walerianem Wrykiem i Władysławem Ossowskim na czele, przy moralnym poparciu miejscowego proboszcza, śp. ks. Władysława Ciechanowicza. Do tej więc kasy wniosłem podanie o pożyczkę w kwocie 600 koron136 (300 reńskich = złr). Pożyczkę mi uchwalono, ale nikt poręczyć mi nie chciał. Musiałem wierzytelnością tą obciążyć hipotekę swej realności137.

Zaraz po podjęciu pożyczki ujawniło się, jak podejrzywany138 byłem o marnowanie pieniędzy. Oto wspomniany ks. Ciechanowicz, kapłan cieszący się pełnią zaufania swych parafian i do mnie osobiście z sympatią się odnoszący, przywołał do siebie moją żonę i upomniał ją, by pilnowała, żebym książek nie kupował. Podejrzenie zresztą niesłuszne, bo książki otrzymywałem bezpłatnie od hr. Stanisława Tarnowskiego; prenumerowałem tylko dwa tygodniki, kosztem ośmiu koron rocznie, za co wielu sąsiadów nazywało mnie pogardliwym niby w ich przekonaniu mianem „gazeciarza”, a na które to pokpinki rozmaitych duchowych matołków nie miałem najmniejszej potrzeby odpowiadać. Głębsze natomiast zastanowienie wywołać musiał następujący, charakterystyczny szczegół: Oto jeden z rodziny żony, chłop niezwykle uczciwy, ale z ograniczonym poglądem na świat i sprawy naród nasz bliżej obchodzące, wstąpiwszy do mnie pewnego wczesnego poniedziałkowego ranka i zobaczywszy na stole porozkładane książki, nad którymi dnia poprzedniego do późna w nocy pochylony siedziałem, odezwał się do przygodnego znajomego, książki te palcem wskazując: „To wszystko łyżki żuru nie warte”...

Mając już w ręku pożyczone pieniądze, zaspokoiłem przede wszystkim Żyda-skórnika, a poczyniwszy przy tej sposobności u niego drobne zakupy, porzuciłem go, zaopatrując się odtąd w potrzebny materiał u jego bratanka, Suchera Wiesenfelda, chrześcijańskiego bowiem handlu skór w Tarnobrzegu nie ma.

Dla rozrywki oraz dla łatwiejszego wyrobienia sobie pojęcia, ile wspomniany pierwszy handlarz zarabiać na mnie musiał, dalej dla przykładu, jak Żydzi nawet między sobą współzawodniczą, o ile chodzi o ujęcie w swe polipie macki chrześcijańskich odbiorców, przytaczam poniżej charakterystyczny list, do mnie przez starego skórnika wystosowany, a przytaczam go w całości w niezmienionej pisowni oryginału, znakami pisarskimi (kropki, przecinki, pytajniki) jedynie uzupełniając.

„Szanowny Pan Ferdinant Kuraś Wielowieś.

Prośie ja pana ći ja śie to u pana zasłuził azebi pan ode mnie odeset? Prźećongu 16 lat pan zemną handlował, miał pan jaki prźikrości? Ci ja pana wkedi osukol w rachunku ci na waga, ci ja sie wkedi pana pital ci jest pieniendzi ci nie ma? żebi pan był chciał na 500 złr. także bym panem zborgowal; a ten śmarkać Sucher Wiesenfeld, co pan unego 2 albo 3 razi handlował jak pan odemnie odeset, to juz niema 10 ludzi w mieście zebysie on nie pitol ci panem możno 10 złr. zborgować, ci pana jest na co paćżitź; i nawet Meiura Z Wielowsi śie pitoł w tamti środi takze, ci panem mozno na 10 złr. zborgować; moześ śie pan Meiura zapitać ci prawda to jest. Więc ja pana prosie azeby sie pan powrucil nazot do mnie; bendzieś pan Honorowi; zawdi jest lepi u starego kupca handlować. Pan mnie zno a ja pana tyz znam, do reśty pan sie nimial o co złościć. Ostatniom razem ze nimiałem takie cżewiłri do śnurowania sakerskie to panem posłałem ćielęce po 160139 to pan mnie moześ zawierzić ze mnie samego kostuje po 170, takrże pana nie ośukalem, tylko ze pan pacrzebowol stych tanśe, to jescie sie nieoplaci o taki bagatelo tak złościć. Ostatnim razem jak mi pan odol te pieniendzi, pan zondal dla zony pare ćzewiki to zaroz panem dałem w podarunek; więc nimiał pan takie kziwda odemnie. Przijeć pan na drugi tydzen to pan dostanie ruźni towar jaki tylko pan zechce i nie drogo; pośle po dobre butelka wina i pan sie zemno poprosi. Bendzie pan kuntet bo wsistke towari pan u mnie dostanie świze, bo byłem w drodze w tamten tydzen. Bądź pan zdrów ode mnie, pozdrawiam zone i dżeci. Abraham Izak Wiesenfeld. Dnia 25/7 1906”.

List ten przecież, pomimo tak przekonywujących argumentów, spodziewanego rezultatu jego autorowi nie przyniósł.

Na tym miejscu wspomnieć mi wypada nieco o braciach, których w toku opowiadania pominąłem. Młodszy, Władysław, ukończywszy szkołę ludową w Tarnobrzegu, udał się do Dublan, gdzie w niższej szkole rolniczej naukę pobierał140. Franciszek zaś, powołany w swoim czasie do służby w austriackim wojsku, dostał się do Wiednia, gdzie po wysłużeniu lat wojskowych otrzymał stałe, podrzędne zajęcie przy kolei. Zamierzając nadal w Wiedniu pozostać, doniósł nam pewnego dnia, że się tam ożenić postanowił. Daremnymi były moje perswazje i przedstawienia, by wrócił między swoich i tu żonę sobie wybrał; uparł się i zamiar swój przeprowadził.