Rozdział II. Ciężka praca

Obudziwszy się o świcie, Amra wpadł do domu, zjadł naprędce miseczkę ryżu polanego olejem i powrócił do zagrody słoni.

Zastał tam już innych poganiaczy wyprowadzających swoje słonie na robotę.

Ujrzawszy chłopaka, wybuchnęli głośnym śmiechem.

— Biali ludzie nie zgodzą się nigdy na takiego kornaka! — wołali.

Amra, nic im nie odpowiadając, kazał Birarze uklęknąć.

Długo się mozolił12, nakładając mu chomąto i przyczepiając doń łańcuchy z żelaznym orczykiem13 zakończonym dwoma hakami.

Birara ostrożnie wstał i ruszył do dżungli.

— Hej tam, chłopaku! — krzyknął dozorca poręby14, spostrzegłszy Amrę. — Chyba się nie mylę? Przecież to słoń starego Bauli, którego przygniotły belki w porcie?

Amra skinął głową i odparł:

— Przyprowadziłem Birarę do roboty. Bauli zmarł... Teraz ja będę kornakiem.

— Hm... ty: kornakiem? — mruknął Anglik. — Nie podołasz pracy, mój mały.

Chłopak, patrząc na dozorcę poważnie, odpowiedział:

— Jeżeli nie podołam, sahib15 odeśle mnie do domu, jeżeli jednak podołam, będę brać tyle, ile brał mój dziadzio, sędziwy Bauli...

Anglik namyślał się przez chwilę, wreszcie machnął ręką i mruknął:

— No, jazda! Zobaczymy!

Amra ścisnął piętami szyję słonia, a ten zamaszystym, szybkim krokiem minął dozorcę i zniknął w lesie, gdzie rozlegał się już łomot padających drzew, stuk siekier, świszczący syk i zgrzyt pił.

— Dajcie temu największemu kornakowi największy kawałek do wywiezienia! — ze złośliwym śmiechem krzyknął młody Hindus Pangel.

— Który? — zapytał spokojnie Amra i zbliżył się do wskazanego mu drzewa.

Ujrzał olbrzymi mahoń, który, upadłszy, zaszył się w gąszczu krzaków i wysokich traw, zaplątawszy się szerokimi konarami w sieci gałęzi drzew i pnących się roślin.

— Hm... hm... — mruknął chłopak, patrząc pytająco na słonia. — Co ty na to powiesz, staruszku?

Birara poruszał uszami i przyglądał się leżącemu pniowi.

Miał wygląd bardzo niezadowolony.

Amra obszedł pień dokoła i rozejrzał się po okolicy.

Spostrzegł wkrótce, że drzewo leżało nad urwiskiem.

Na dole biegła droga nad brzegiem Tapti.

„Hę? — zapytał siebie w duchu chłopak. — Po co mamy ciągnąć taką kupę drzewa poprzez dżunglę? Możemy zrzucić ją z tego pagórka i po drodze zawlec do tartaku...”

Podprowadził słonia do cienkiego końca drzewa, założył łańcuch i krzyknął:

— Hoho, Birara! Podciągnij no trochę!

Posłuszne zwierzę wparło nogi w ziemię, wyprężyło potężne mięśnie i, szarpnąwszy z całej siły, posunęło drzewo do krawędzi stromego urwiska.

— No, dobrze! — odezwał się Amra. — A teraz, przyjacielu, puść w ruch kły i kolana!

Birara podważył gruby pień kłami i jął powoli, krok za krokiem popychać go do krawędzi, opierając się kolanami.

Wkrótce drzewo, straciwszy równowagę, runęło w dół.

Umieściwszy się na karku słonia, chłopak boczną ścieżką zjechał z pagórka, założył na konary łańcuch, umocował go do orczyka i poszedł obok Birary, ciągnącego olbrzymie drzewo po błotnistej, śliskiej drodze leśnej.

Słoń, człapiąc po błocie, pomrukiwał, jak gdyby mówiąc:

— E-e, widzę, że masz głowę na karku...

Amra na robocie uważał na wszystko, starając się oszczędzać siły starego przyjaciela. Toteż biały „sahib” nic już nie mówił i płacił mu po pięć rupii dziennie, tyle, co innym kornakom.

Po kilku dniach wspólnej pracy, poganiacze, przyglądając się pracy chłopca, zrozumieli, że mogą wyrobić więcej, jeżeli nie będą polegali wyłącznie na sile swoich słoni; zaczęli stosować własną pomysłowość, która ułatwiała i przyspieszała pracę.

Jednak Amra nie dał się wyprzedzić.

Mały był i słaby jeszcze — rozumiał to doskonale. Chciał jednak zarobić jak najwięcej, aby w domu rodzice i siostrzyczki nie czuli biedy.

Najtrudniejszą pracą było wyciąganie z dżungli zrąbanych drzew.

Ich mocne, szerokie gałęzie tamowały ruch i wymagały wytężenia wszystkich sił słoni.

Namyśliwszy się dobrze, chłopak kupił siekierę i piłę.

Pewnego dnia stawił się do roboty z pomocnikiem — dwudziestoletnim Baruszem, roześmianym ciągle, wygadanym łobuzem-żebrakiem.

Gdy drwale obalali ogromne drzewo, chłopaki odrąbywały zeń gałęzie i odpiłowywały najgrubsze konary. Gładki i znacznie lżejszy pień z łatwością mógł być wywieziony z dżungli.

Amra płacił Baruszowi jedną rupię dziennie.

Cóż z tego wynikło?

Nicpoń, jakim był rozleniwiony, mały żebrak, nie wyciągał już ręki po jałmużnę, mając dostateczny zarobek.

Amra zaś zarabiał już zamiast pięciu rupii — dwanaście.

Dostarczał teraz do tartaku niemal trzy razy więcej drzew.

Poręb posuwał się coraz dalej w głąb lasu.

Po całodziennej ciężkiej pracy Amra nie mógł już powracać do ojcowskiej chaty nad Tapti.

Otrzymał pozwolenie od dozorcy na zbudowanie szałasu w lesie i na paszę dla Birary.

Słoń był wyraźnie zadowolony z tej okoliczności.

Zwalone przez drwali drzewa dostarczały mu dostateczną ilość pożywienia.

Niezmiernie lubił młode gałązki z wierzchołków drzew.

Upodobanie to pozostało mu na zawsze z czasu życia w dzikiej dżungli.

Sporo lat minęło od utraty wolności, lecz Birara nie zapomniał smaku soczystych pędów.

Pamiętał nawet, że matka jego — stara słonica — uczyła go, jak podważać, aby nie połamać kłów, korzenie drzew i obalać pnie ciężarem całego ciała.

Birara oblizywał się na wspomnienie wspaniałej uczty. Raczono się wtedy młodymi pędami i świeżymi korzeniami drzew.

Wszystko to znajdował łakomy Birara na porębie.

Drwale strącali na ziemię najwyższe drzewa, a inni robotnicy karczowali wystające z ziemi pnie.

Słoń zaglądał do dołów i wykrotów, odnajdywał korzenie i wyciągał je trąbą. Chrupał potem z tak wielkim smakiem, że aż mu ściekała z warg ślina, a oczy przymykały się z rozkoszy.

Amra sam sobie przyrządzał na ognisku placki z mąki jęczmiennej i gotował ryż.

Birara lubił też placki i ryż.

Choć nieraz najedzony do syta drzemał sobie, nigdy nie przespał wieczerzy małego kornaka.

Podchodził do ogniska i, oświetlony jego czerwonymi błyskami, tkwił przed chłopakiem niby wysoki, szary pagórek.

Małymi, zawsze wesołymi oczkami chciwie łypał i niecierpliwie poruszał uszami.

Amra udawał, że nie spostrzega przyjaciela.

Wtedy Birara wyciągał trąbę i dotykał lekko ramienia chłopaka, pochrząkując prosząco.

Kornak uśmiechał się nieznacznie, lecz nie patrzał na niego.

Słoń zaczynał tupać nogami i mruczeć głośniej.

Amra, niby zdziwiony, pytał go chytrze:

— Co ci jest, staruszku?

Birara wyciągał trąbę do kociołka z ryżem i wachlował się uszami.

— Chcesz spróbować? — zadawał chłopak obojętne pytanie.

Słoń radośnie wywijał trąbą i pochrząkiwał wstydliwie.

Otrzymawszy garść ryżu, ostrożnie niósł przysmak do paszczy, długo żuł, cmokał i sapał.

Amra, jako prawdziwy Hindus, znał już niebezpieczeństwo utajone w ziemi Indii.

Przed udaniem się na spoczynek gwizdał na Birarę, a gdy słoń nadchodził, kazał mu udeptywać placyk, na którym zamierzał spędzić noc.

Birara sumiennie tupał, gniotąc i ubijając ziemię ciężarem swego ciała.

Pewnego razu dozorca, przyglądający się tym czynnościom, zapytał chłopca:

— Po co każesz swemu słoniowi chodzić w kółko i ubijać ziemię?

— Mogą w niej być nory żmij, skorpionów, gryzących stonóg i jadowitych pająków — odparł Amra.

Biały człowiek zrozumiał, że słoń swym ciężarem niszczył kryjówki niebezpiecznych stworzeń.

W czasie południowej przerwy w pracy, Amra prowadził słonia do rzeki.

Napiwszy się, ogromne zwierzę wchodziło w głębinę, nurzało się, a trąbą, jak z sikawki, polewało sobie boki i grzbiet.

Kornak dopomagał mu.

Brał suchą, twardą trawę, obmywał i nacierał grubą skórę przyjaciela tam, gdzie on sam nie mógł dosięgnąć trąbą.

Birara mruczał z zadowolenia, gdy chłopiec tarł mu brzuch, którego czepiały się żarłoczne kleszcze i bąki, szorował za uszami i przemywał mu oczy.

— Słoń musi cię lubić, mój mały? — zauważył dozorca.

— A tak! — odparł z całą stanowczością Amra. — Ja też lubię Birarę, zresztą zwierzę najlepiej spełnia rozkaz człowieka, gdy go lubi i wie, że bez niego nie mogłoby się obejść. Tak uczył mnie dziadzio, biedny Bauli...

— Masz rację! — zgodził się Anglik. — Jednak inni postępują inaczej. Nie dbają o słonie i nawet biją je.

— Pożałują tego kiedyś... — mruknął Amra, opierając nogę na trąbie Birary, aby wsiąść mu na kark.

Pewnego razu jeden z kornaków rzekł do chłopaka.

— Ojciec kazał ci przyjechać jutro do domu.

Amra skinął głową i zamyślił się.

Nie mógł stracić jutrzejszego dnia. Dozorca zapowiedział był16 właśnie wyznaczenie nowych terenów poręby. Do każdej partii drwali przyłączano kornaków ze słoniami.

Należało więc być na miejscu, aby uzyskać najdogodniejszy przydział.

Chłopak musiał jednak spełnić żądanie ojca.

Odszukał Barusza i rzekł do niego:

— Pójdę jutro o świcie do Suratu, bo wołają mnie do domu...

— Jutro sahib ma wyznaczać nową pracę! — wtrącił towarzysz.

— Wiem o tym! — kiwnął głową Amra. — Zastąpisz mnie. Wybierz przydział, najbliższy rzeki. Pozostawię ci Birarę... uważaj na niego!

Ledwie zaczął się sączyć brzask, chłopak zerwał się z bambusowej maty, zajrzał do słonia i, obudziwszy Barasza, pobiegł brzegiem rzeki.

Miał przed sobą kawał drogi, więc spieszył, nie zwracając uwagi na upał.

W tym samym czasie, Barusz prowadził słonia do kąpieli.

Siedząc na szerokim karku Birary, gapił się na wszystkie strony.

Zwierzę, wszedłszy w głębinę, pływało z głośnym parskaniem.

Stanąwszy na mieliźnie, Birara ze zdumieniem podniósł uszy i zamruczał.

Siedzący na nim kornak nie zeskoczył do wody, jak czynił to Amra, i nie pomagał mu w kąpieli.

Nie doczekawszy się pomocy, słoń jął17 polewać sobie grzbiet. Wciągał wodę i wyrzucał ją silną strugą. Czynił to jednak z wielką ostrożnością, aby nie uczynić krzywdy Baruszowi.

Chłopakowi znudziło się wkrótce, więc krzyknął:

— Ho-ho! Birara!

Słoń znowu podniósł uszy.

Jak to? Ma wychodzić na stromy brzeg, nie skończywszy toalety?

— Ho-ho, Birara! — powtórzył natarczywie Barusz.

Słoń nie ruszył się z miejsca.

Chłopak uderzył go pięścią w łeb i popędzał z okrzykiem:

— Ho-ho!

Bił piętami w szyję Birary i raz po raz tłukł go po głowie.

Słoń wysoko podniósł zwiniętą trąbę i chrapnął gniewnie.

Chłopak uderzył go raz jeszcze nogami i podniósł pięść, aby zadać mu ponowny cios.

Nie zdążył jednak.

Birara porwał go, podniósł nad głową, wstrząsnął, a po chwili, mrucząc głucho, już płukał go w rzece.

Skończywszy z tym, wsadził go sobie z powrotem na grzbiet i, łypiąc małymi oczkami, truchtem wbiegł na stromy brzeg.

Barasz, ociekający wodą, siedział cichutko jak trusia.

Nauczka poskutkowała natychmiast, bo niecierpliwy chłopak obiecywał sobie w duchu, że nigdy już nie uderzy Birary.

Amra dotarł do domu w południe.

Oddawszy ojcu zarobione pieniądze, spytał:

— Co się u was stało? Oderwałeś mnie, ojcze, od roboty. Obawiam się, aby Barasz nie narobił jakichś głupstw, bo nie jest dostatecznie rozsądny.

Warora wydawał się zmieszany.

Milczał długo, nie wiedząc, jak zacząć rozmowę z synem.

Wreszcie westchnął i oznajmił mu bez ogródek:

— Sprzedaję Birarę... Bassa z Garamu targował się ze mną długo... Stanęło na tym, że daje mi za słonia 500 rupii... Kupimy sobie drugie pole, Amra...

Chłopak zerwał się na równe nogi. Oczy pałały mu oburzeniem.

— Jeżeli sprzedasz Birarę, porzucę dom i pójdę w świat! — zawołał prawie groźnie.

Warora milczał.

Amra, podchodząc do ojca, mówił, zapalając się coraz bardziej:

— Sprzedać Birarę, starego przyjaciela, uczciwego, pracowitego i mądrego?! Jeżeli wy go nie lubicie, to ja go lubię i nie oddam Birary nikomu... nikomu!... Bassa jest oszust, zwykły oszust!... Ja dam wam za słonia 600 rupii... zapłacę je za miesiąc... kupicie sobie wtedy pole i nowy pług!... 600 rupii!

— Ty zapłacisz 600 rupii? — zawołał Warora.

— Nie przeliczyłeś pieniędzy, które zarobiłem przez jeden tydzień... Jest tam prawie 100 rupii... zarabiam więcej od dziadka Bauli, a będę miał jeszcze więcej... Za miesiąc zapłacę ci 600 rupii... — mówił Amra, z wyrzutem patrząc na ojca.

Do rozmowy wtrąciła się matka.

— Poczekajmy trochę — rzekła — chłopak nigdy nie rzuca słów na wiatr... Może zapłaci... a wtedy będziemy mieli nowe pole, pług, a słoń zostanie tu, u nas...

— Zapłacę! — zawołał Amra i tupnął nogą.

— Amra zapłaci!... — wtórowały mu cienkimi głosikami wystraszone Hubli i Radżori.

Na tym stanęło.

— A nie przeszkadzajcie mi tylko w pracy! — upomniał rodzinę chłopak, patrząc na wszystkich poważnym wzrokiem.

Pożegnawszy rodziców i małe siostrzyczki, poprawił opaskę na biodrach i szybkim krokiem opuścił chatę.

Amra spełnił obietnicę.

Nie widziano go w domu pięć tygodni prawie.

Pewnej niedzieli nagle zawitał. Przyjechał na słoniu.

Birara poznał zagrodę i ucieszył się na widok mieszkających w niej ludzi.

Dotykał ich trąbą, chuchał na nich i pomrukiwał łagodnie.

Amra przywiózł 600 rupii — ciężki worek, pełny dużych, srebrnych pieniędzy.

Przejeżdżając przez Surat, kupił upominki.

Warora dostał nową fajkę i paczkę tytoniu, Soncza — żółtą chustkę na głowę, a dziewczynki — karmelki.

— No! Nareszcie Birara jest już zupełnie nasz! — zawołał Amra, rozdawszy upominki. — Będziecie mieli pole i nowy, piękny, czerwoną farbą pomalowany pług. A nie mówcie już nigdy o sprzedaży Birary!

Ponieważ słoń stał obok i nadsłuchiwał, chłopak zwrócił się do niego:

— Co to za pomysł, mój staruszku, sprzedać takiego wiernego przyjaciela?!

Birara machnął uszami i trąbą, a potem chrząknął pojednawczo.

Z pewnością chciał powiedzieć:

— Już po wszystkim, więc nie warto wspominać o tym...

Warora z podziwem patrzył na syna i rozmyślał.

Po chwili poklepał go po ramieniu i rzekł:

— Właściwie to Birara teraz do ciebie należy, Amra...

— Ech! — żachnął się chłopak. — Słoń jest nasz i pracuje sumiennie na całą rodzinę.

Birara znów machnął trąbą, łypnął oczkami i chrząknął cichutko.

— Nie ma o czym mówić! — taką myśl wyrażał głos łagodnego olbrzyma.

Amra spędził w domu cały dzień.

Najadł się wybornej polewki i placków, które tak smacznie przyrządzała matka.

Bawił się i dokazywał z siostrzyczkami.

Pomógł Sonczy napełnić wodą dużą kadź. Nakarmił Birarę, a potem zaprowadził go do kąpieli.

Chłopak pożegnał rodzinę późnym wieczorem i odjechał.

Birara długo oglądał się poza siebie.

Żal mu było zagrody, bo Soncza poczęstowała go bananami, a mała Radżori oddała mu swoją miseczkę z ocukrzonym ryżem.

Wiedział, że w dżungli nie ujrzy tych przysmaków.

Rozdział III. W dżungli

Wyrąb lasu skończył się.

Drwale, kornakowie i inni robotnicy zostali zwolnieni.

Amra powrócił do Suratu. Nie znalazł tam żadnej pracy, więc podążył do domu.

W ciągu paru dni zorał wraz z Birarą oba pola, nazwoził drzewa dla matki.

Miał niepokój w duszy.

Musiał zarabiać na rodzinę. Tymczasem wszelkie jego zabiegi o pracę spełzły na niczym.

Okręty w okresie długo trwających ulew nie zawijały do portu.

Biali ludzie w tej porze przerywali roboty leśne.

„Źle! — myślał Amra, stojąc pewnego razu przy słoniu na placyku Suratu. — Coby tu takiego wymyślić?”

Lecz, widać, ktoś inny — Miłosierny i Dobry — myślał o pracowitym, poczciwym chłopaku.

Przez placyk przechodziło właśnie kilku białych sahibów.

Jeden z nich przystanął nagle i przyjrzał się bacznie Birarze.

— Patrzcie! — zawołał. — Co za wspaniały okaz słonia! Gotów jestem zapłacić 100 rupii, jeżeli nie należy on do najszlachetniejszej rasy kumiria!

— Kapitan ma zupełną słuszność! — zauważył komisarz policji portowej. — Jest to Birara, najlepszy słoń z całego wybrzeża.

Rozmawiając, zbliżyli się do chłopaka, opartego o nogę słonia.

— Gdzie jest kornak tego zwierzęcia? — spytał nieznajomy Anglik.

Amra, milcząc, dotknął palcem piersi.

— Ty?

Chłopak pochylił głowę.

— Jak możesz sobie poradzić z takim olbrzymem?! — zaśmiał się kapitan, który nigdy nie widział tak małego kornaka.

— Tak, jak każdy inny poganiacz! — odparł pewnym głosem Amra.

Nieznajomy Anglik bacznie przyglądał się chłopakowi.

Śmiała, spokojna twarz Amry i pełna godności postawa jego podobała się kapitanowi. Anglik uśmiechnął się do chłopca i spytał go:

— Czybyś nie zgodził się pracować w górach Satpury, mój mały?

— To zależy od tego, co mam robić i ile będę zarabiał, sahibie — odpowiedział Amra z lekkim ukłonem.

— Dobra odpowiedź! — zaśmiał się nieznajomy i poklepał chłopca po ramieniu. — Będziesz zaganiał dzikie słonie do pułapki i oswajał je. Wyznaczę ci płacę po 8 rupii dziennie.

— Zarabiałem w lecie po 15 — mruknął chłopak — teraz jednak o pracę trudno... Zgadzam się na 8 rupii, sahibie!

— Doskonale! — zawołał kapitan. — Bądź tu zaraz po południu. Pojedziemy razem...

— Rzekłeś, sahibie! — odpowiedział Amra. — Znajdziesz mnie tu po południu.

Istotnie wkrótce po śniadaniu na placyku zjawił się ten sam biały pan i, usadowiwszy się wygodnie na szerokim grzbiecie Birary, dał znak do wyruszenia.

Amra rzekł cicho:

— Birara, naprzód!

Słoń zamruczał i poszedł zwykłym dla siebie drobnym, śmiesznym truchtem.

— Posłuszne masz zwierzę! — zauważył Anglik. — Wytresowałeś go dobrze!

— Jest to słoń, którego odziedziczyłem po dziadku, sahibie — objaśnił chłopak. — Nie mam z nim już żadnych kłopotów! Rozumie każde moje słowo. O, Birara to dobry, wierny przyjaciel!

Zawiązała się długa rozmowa, z której Anglik dowiedział się od małego Hindusa o wszystkim... Posłyszał o śmierci starego Bauli, o służbie Warory w pułku strzelców królewskich o bitwie, w której stracił był stopę; Amra opowiedział kapitanowi o ciągle ciężko pracującej, chorowitej matce i dwóch siostrzyczkach Amry — płochliwej Hubli i śmiałej Radżori.

Dopiero na trzeci dzień dojechali podróżnicy do małej wioski górskiej, ukrytej w wąwozach grzbietu Satpury.

Inny Anglik — pomocnik sahiba — przygotował już tłum Hindusów i dwa słonie.

Amra z pogodą spoglądał na bezkształtne, niezgrabne i słabowite zwierzęta.

„Co za nędzne duazala!... — myślał Amra. — Nie dałbym za nie po 200 rupii”.

Istotnie należały do drugorzędnej rasy słoni — duazala, żyjących w Indiach.

Po jednodniowym wypoczynku Anglik, którego i tu wszyscy nazywali „kapitanem”, wyruszył wraz z Amrą do dżungli.

— Muszę zrobić wywiad, aby ułożyć plan łowów — rzekł do chłopaka.

Wąska ścieżka, wydeptana przez słonie, prowadziła do lasu.

Tu droga nagle się urywała.

Przed podróżnikami stanęła ściana kniei. Gąszcz otoczył ich.

Z wysokich figowców zwisały zielone pędy pnących roślin.

Bluszcze, dzikie wino i liany zielonym płaszczem okrywały stare drzewa.

Stały niby grube, zielone kolumny.

Powikłana sieć krzaków, niedostępne zarośla bambusów, tamaryndów i palm na każdym kroku przegradzała drogę.

Zdawało się, że żadna istota nie przebrnie przez te chaszcze.

Birara jednak szedł swym niezmiennym truchtem, prawie się nie zatrzymując.

Uginały się pod parciem jego potężnej piersi krzaki, pękały zwisające, mocne jak sznury liany, chyliły się i z trzaskiem padały młode drzewka, potrącane bokami olbrzyma.

Słoń przedzierał się przez najgęstszą gmatwaninę krzaków, trzcin i wysokich zgrzytliwych badyli; z niezwykłą zręcznością i sprytem kroczył wśród pni mahoni, palm, palisandrów i ligowców; człapał po grząskich, cuchnących bagnach: ze zdumiewającą łatwością wchodził na strome zbocza górskie i z głośnym prychaniem przepływał rzeki, a nawet nieduże jeziorka leśne.

Kapitan nie spuszczał oczu z ziemi i pobliskich drzew.

Szukał śladów słoni, lecz nie spostrzegał ich.

— Cóż to? — mruczał Anglik. — Czyżby oszukał mnie radża Satpury?!

Amra nie umiał na to odpowiedzieć.

Przecież sam po raz pierwszy znalazł się w szczerej dżungli.

Odsłoniła ona przed nim cały świat tajemnic i dziwów bez liku.

Chłopak co chwila zadzierał głowę i wykrzykiwał w zachwycie:

— Patrz, patrz, sahibie! Małpki! I tam... i tu... tu, zupełnie blisko!

Brunatne i prawie czarne, rude i popielate o długich rękach i ciemnych pyszczkach zwierzątka śmigały w wyżynie, wdrapywały się na szczyty drzew i znikały tam, odzywając się ostrzegawczym rechotaniem.

W gąszczu traw i sitowia czołgały się długie, grube węże i kryły się pod pokracznymi pniami butwiejących drzew.

Z rzadka rozlegały się krzyki ptaków, które unikają niedostępnych chaszczy.

Zagraża im tu ciągłe niebezpieczeństwo.

Małpy wykradają i zjadają im jajka złożone w gniazdach, węże i drapieżne ptaki napadają na pisklęta, a na życie skrzydlatych mieszkańców lasu czyhają olbrzymie jadowite pająki i trujące, drapieżne stonogi.

Amra nie mógł spać po nocach.

Dżungla przerażała go.

Z daleka dobiegało ponure miauczenie tygrysa i pantery kryjącej się wśród skał.

Zawodziły żałośnie szakale, a odpowiadał im złośliwy chichot hieny.

Jakieś szmery, szelesty i zgrzyty rozlegały się zewsząd.

Amra nadsłuchiwał trwożnie, wpatrywał się w mrok i coraz mocniej przyciskał się do nogi nieruchomo stojącego i czujnie węszącego słonia.

Birara zdradzał niepokój i miał się na baczności.

Z rzadka odzywały się ptaki nocne.

Z szelestem skrzydeł i cienkim piskiem śmigały wśród drzew duże nietoperze.

Pokrzykiwały bojaźliwie nagle obudzone małpki.

Coś pluskało w czarnej wodzie bagnistego jeziorka...

Rozdział IV. Koniec tropienia

Dżungla wydała się małemu Hindusowi miejscem strachów i zgrozy.

W każdej chwili — czy w dzień, czy w nocy — wyczuwał czające się wszędzie niebezpieczeństwo.

Po dwóch dniach przedzierania się przez knieję spotkali wreszcie obszerną polanę, zarosłą trawą i bambusami.

— Zatrzymajmy się tu! — rzekł kapitan. — Musimy się pożywić, bo głód i skwar dokuczają nieznośnie.

Amra szepnął do słonia:

— Stój, stary!

Birara chrząknął z zadowoleniem i podał trąbę, aby dopomóc ludziom przy schodzeniu.

Podszedł natychmiast do drzewa i z przymkniętymi oczami jął18 się czochrać, pomrukując rozkosznie.

Kapitan wyjął żywność z worka. Były tam suchary, ryby i mięso w blaszankach, suszone owoce i spora baryłka wody.

Przez cały czas tropienia słoni nie jedli gorącej strawy.

Anglik nie pozwalał rozpalać ogniska, gdyż obawiał się spłoszyć tym czujne zwierzęta.

Amrze smakowały konserwy, lecz tęsknił po trochu do ciepłej polewki z ryżem, pieprzem i kawałkami tłustego, baraniego mięsa.

Chciałby się też napić herbaty z wonnym, czerwonym cukrem trzcinowym.

Siedząc pod drzewami i spożywając śniadanie, cierpieli od bąków i komarów19.

Kapitan, uderzając się dłonią w spocony kark, zgniótł dużą, brunatną muchę i teraz oglądał ją uważnie.

— Hm... — mruknął. — Jest to słoniowa mucha. Niezawodnie słonie przechodziły tu niedawno... Musimy się spieszyć, aby nie odbiegły daleko... Ruszajmy już, mały Amra!

— Słucham, sahibie! — odparł chłopak, zrywając się pośpiesznie i zawiązując worek.

Podeszli obaj do słonia. Birara wyrywał młode, bladożółte jeszcze pędy bambusów i ze smakiem zajadał.

Niezadowolonym wzrokiem zerknął teraz w stronę ludzi.

Chciałby tu popasać jak najdłużej.

Wkrótce jednak szedł już przez gęste zarośla.

Z trzaskiem gięły się i łamały potężne, grube trzciny, roztrącane i tratowane przez słonia.

Wśród bambusów, paproci i papirusów leżało ukryte jeziorko.

Gdy Birara podchodził do grząskiego brzegu, spadł mały deszcz, zwykły w tej porze roku.

Potoki, szumiące strugi ciepłej wody runęły z obłoków na ziemię.

Padały połamane przez ulewę gałęzie. Pokotem kładły się młode bambusy, pierzaste liście paproci i wybujała nadmiernie trawa.

Trwało to krótko, lecz dżungla zalana była wodą.

Kapitan klął, bo teraz nikt nie mógł dojrzeć śladów na ziemi.

Birara z głośnym pluskiem i człapaniem szedł naprzód, kichając i prychając, deszcz bowiem zalewał mu nozdrza.

Nagle zwinął trąbę i podniósł ją jak mógł najwyżej.

Rozstawił szerokie, do liści łopuchów podobne uszy i poruszał nimi ostrożnie.

Chrapliwie wciągał powietrze.

Wreszcie stanął i zaczął nadsłuchiwać.

Jakieś zwierzę z łomotem i głośnym parskaniem biegło, tratując krzaki.

Amra ujrzał je wkrótce. Był to nosorożec.

Umykał przed czymś, co go wypłoszyło i przeraziło.

Ciemnoszary kadłub jego migał w gąszczu zarośli.

Mała, krótka głowa, uzbrojona w potężny róg nad nosem, pochylała się co chwila i podnosiła.

Przy każdym jej ruchu wylatywały w powietrze wyrwane krzaki i gałęzie drzew, a kaskady wody bryzgały wokół.

Nosorożec przemknął jak toczący się z gór głaz i zniknął w dżungli.

Amra myślał o tym, że nie chciałby się spotkać z tym zwierzęciem, nie mając przy sobie Birary.

Myśli kapitana w tym samym czasie krążyły dokoła innych zgoła rzeczy.

Zadawał sobie pytanie.

— Co mogło spłoszyć nosorożca?

Wiedział, że silny i śmiały zwierz niełatwo rzuca się do ucieczki.

Dwie tylko istoty napawały go strachem i zmuszały biec na oślep.

— Człowiek i tygrys... najbardziej zaś — człowiek.

Postanowił więc zbadać tę sprawę.

Ześlizgnąwszy się po boku Birary, wziął karabin i brnąc po wodzie, wszedł do chaszczy.

Birara sunął za nim, stąpając ostrożnie.

Anglik dochodził już do zarośli palm, gdy z głuchym rykiem wypadł z nich piękny, brunatny byk, podniósł rogatą głowę i patrzył błyszczącymi, pełnymi wściekłości oczyma.

Był to dziki bawół dżungli — gaur.

Ujrzawszy człowieka, pochylił łeb i runął na niego.

Kapitan w kilku susach był już przy słoniu.

Birara zręcznie podrzucił go sobie na kark i przyglądał się gaurowi.

Byk, straciwszy sprzed oczu ściganego człowieka, stanął jak wryty.

Był zdumiony i przerażony nagłym zniknięciem wroga.

Słoń wyczuł myśli bawoła i trzymając trąbę w pogotowiu, ruszył mu naprzeciw.

Wiedział, co się ma stać, lecz, ostrożny i oględny, przygotował się do odparcia ataku, skierowawszy kły w pierś stojącego nieruchomo byka.

Gaur oprzytomniał i jął20 się cofać.

Zawróciwszy gwałtownie, dużymi skokami uciekał, smagając się ogonem.

— Hę — mruknął sahib do chłopca. — Źle by się dla mnie skończyć mogło to spotkanie, gdyby nie Birara! Jak myślisz, mały?

— Byk miał mocne, ostre rogi... — szepnął Amra.

— Otóż to! — uśmiechnął się kapitan i poklepał słonia po szyi. — Poczciwy Birara!

Jechali dalej, a coraz wolniej, gdyż trafili na rozległe moczary, pełne sterczących kęp i zwalonych przez burzę drzew.

Spotkali kilka saren, mknących w szalonym popłochu.

Na uboczu, czając się w trawie, przesuwała się para szakali.

— Sarny i szakale biegną razem? — szepnął Anglik. — Teraz już wiem... Gdzieś tu w pobliżu muszą znajdować się ludzie...

Jednak długo tak jeszcze jechali, zanim Birara stanął nagle jak wryty i zachrapał trwożnie. Było już ciemno. Zbliżała się noc.

Z krzaków wypadło trzech Hindusów.

— Co wy tu robicie? — zapytał Anglik, podnosząc karabin do ramienia.

— Jesteśmy panikisi, łowcy słoni! — odpowiedzieli chórem. — Sahib z wioski Dożar posłał nas na tropienie słoni...

Byli to więc ludzie wysłani przez pomocnika kapitana.

Łowcy opowiedzieli, że stado słoni pasie się na moczarach, otoczonych zaroślami bambusów.

— Widzieliśmy pięciu starych samców, resztę stanowią samice i młode słonie! — dodał starszy z panikisów. — Sahib widziałby już ich ślady, gdyby nie ulewa...

— Nie spłoszyliście ich? — zapytał Anglik.

Hindusi uśmiechnęli się tajemniczo.

— Sahibie — odparł jeden z nich — panikis umie podczołgać się do słonia tak blisko, że potrafi założyć mu pętlę na nogę... Słonie nie zwęszyły nas i pasą się spokojnie...

Kapitan kazał im powracać do wsi i czym prędzej sprowadzić wynajętych naganiaczy i słonie.

Znalazłszy suchy, kamienisty pagórek, Anglik z małym kornakiem urządzili sobie obóz, w którym spędzili noc spokojnie.

Kapitan przekonał się, że panikisi nie okłamali go.

Obudziwszy się przed świtem, biały człowiek usiadł na posłaniu i jął nadsłuchiwać.

Na razie nie słyszał nic pocieszającego.

Gibbony, jak zwykle, odzywały się z rzadka krótkim, basowym wyciem, witając nadchodzący dzień.

Skrzeczały jakieś ptaki. Cykały krążące dokoła nietoperze i huczały bąki.

Wtem dobiegł go z daleka dziwny dźwięk.

Przypominał cienkie, jękliwe zawodzenie trąbki, jakiś trwożny jazgot.

Kapitan zatarł ręce. Posłyszał upragniony głos słonia.

To go uspokoiło i ucieszyło niewymownie.

Zaraz po wschodzie słońca kazał Amrze wozić się po dżungli.

Przecinali las w różnych kierunkach, nie zbliżając się zbytnio do trzęsawiska, gdzie się pasły słonie.

Ujrzawszy niewysokie, skaliste pagórki, kapitan zeskoczył na ziemię i jął się rozglądać po okolicy.

Długo coś miarkował, mierzył krokami, rysował w notatniku plan, aż rzekł do Amry:

— Tak, mój chłopcze, tu właśnie urządzimy kheddę: mocną zagrodę, do której napędzimy dzikich braci twego Birary!

Amra nigdy nie widział, jak ludzie chwytają słonie, więc też z niecierpliwością wyglądał przybycia naganiaczy.

Rozdział V. Birara — łowca

Birara żył już bardzo długo.

Pamiętał on złe i dobre czasy. Coś niecoś pozostało mu nawet ze wspomnień o wolności.

Nie tęsknił za nią, lecz zapomnieć nie mógł.

Teraz, gdy dnie i noce spędzał w dżungli, wspomnienia te odżyły w nim z niepojętą siłą.

Wolność przemówiła nagle do starego słonia.

Krzyczała natrętnym rechotaniem i skrzekiem małych, popielatych małpek.

Tych — zwinnych, wesołych małpek, co mają długie ogonki i zabawne czubki nad czołem.

Rechotały i zaglądały wszędzie, zuchwałe i ciekawe.

Musiały chyba wiedzieć, że w Indiach uważają je za „święte”, a nikt ich tu nie skrzywdzi.

Tęsknota za czymś drogim, co minęło już bezpowrotnie, dręczyła Birarę.

Słyszał jej smętny głos w szczebiotliwej, krótkiej piosence czarnego drozda.

Czuł ją w urywanych nawoływaniach lazurowej cissy21.

Gdy słoń pochwytywał dalekie, ponure poryki pantery, bunt zrywał się w jego łagodnym zawsze sercu.

Wszędzie i ciągle słyszał teraz tajemniczą mowę bezgranicznej wolności.

Głosy ptaków i zwierząt, szelest czołgającej się żmii wołały ku niej.

Nawet szmer poruszanych wiatrem liści, jednostajny, dokuczliwy plusk padającego deszczu, bzykanie i granie owadów budziły w nim dalekie echa utraconego szczęścia.

Birara przez całe życie ciężko pracował wraz z Bauli, a teraz z Amrą.

Aż nagle teraz błąka się po dżungli bez pracy!

Bo cóż dla niego znaczy nieść na karku małego kornaka i obcego, białego człowieka?!

Nie czuje prawie tego ciężaru...

Mógłby się więc cieszyć, zrywać świeże, zielone gałązki, chrupać spokojnie młode, soczyste bambusy i nic, ale to nic nie robić!

Jakież to byłoby szczęśliwe, błogie życie!

I raptem — te budzące się nagle wspomnienia...

Ta tęsknota za wolnością...

Czuł w sercu żal do kogoś, coś się burzyło w nim i żądało odwetu.

Birarę drażnili teraz ludzie.

Ciągle nadstawiał uszu i węszył.

W dżungli działy się istotnie rzeczy dziwne.

Na rozkaz białego sahiba, Hindusi otoczyli ogromny szmat kniei podwójnym kołem czatów22.

W jednym tylko miejscu nie było zaczajonych ludzi. Za to zbudowano tam dwa rozchodzące się w różne strony parkany z grubych pali.

Skrzydła zagrody schodziły się przy wąskim wejściu do kheddy.

Stanowił ją okrągły placyk, otoczony wysokim, mocnym płotem.

Wejście do kheddy zamykało się grubą kratą. Podniesiono ją jednak za pomocą sznura przerzuconego przez gałąź sąsiedniego drzewa.

Birara, węsząc na wszystkie strony, rozumiał, że las otoczony jest ludźmi, a w środku — na niedostępnych moczarach, wśród bambusów i chaszczy pasą się dzikie słonie.

Jakaś trwoga zakradła się do serca Birary.

Kapitan, obejrzawszy uważnie zagrodzenie kheddy, schował się poza drzewami i krzyknął:

— Słonie, naprzód!

Wydawszy ten rozkaz, gwizdnął przeciągle.

Birara, z siedzącym na nim Amrą, wchodził w głąb osaczonej dżungli.

Ze wszystkich stron dochodziły teraz krzyki naganiaczy, stuk kijów o pnie drzew, wrzask i nawoływanie.

Cały ten zgiełk pokrył w jednej chwili straszliwy łomot, głuchy tupot ciężkich nóg i cienkie, przeraźliwe trąbienie spłoszonych słoni.

Pędziły na oślep, tratując krzaki, obalając młode drzewa, ślizgając się i padając na grząskich polanach, okrytych wodą po ciągle spadających ulewach.

Olbrzymy zaczęły się miotać, czując zasadzkę i węsząc ludzi.

Usiłowały przerwać zdradliwe koło naganiaczy, lecz nie zdołały.

Strzały oddawane w powietrze, rozpalone ogniska i płonąca, sucha trawa przeraziły słonie.

Szukając wolnego, bezpiecznego przejścia ogromne zwierzęta posuwały się coraz bliżej do zdradliwej kheddy.

Ostry węch podpowiadał im, że nie spotkają tam ludzi i buchającego dymem ognia.

Tylko jakieś bezwiedne przeczucie szeptało natarczywie:

— Tam zguba! Nie chodź! Nie chodź!

Ludzie jednak ścigali olbrzymy leśne, hałas i zgiełk wzmagały się z chwilą każdą, coraz bliżej buchały grzmiące salwy, języki płomieni pląsały tam i sam.

W chwili rozterki i popłochu słonie ujrzały nagle Birarę i jego towarzyszy.

Stały spokojnie i patrzyły na miotających się bezładnie pobratymców.

Nagle zawróciły i spokojnym truchtem pobiegły wprost do kheddy.

Minęły parkany i weszły do wnętrza pułapki.

Za nimi, tłocząc się i potrącając, z sapaniem, chrząkaniem i przeraźliwym rykiem wrywały się oszalałe ze strachu słonie.

Biały sahib przeciął sznur nożem.

Ciężka krata opadła natychmiast, zamykając w zagrodzie obfitą zdobycz.

Birara stał w środku kheddy i przyglądał się nieznajomym rodakom.

Przeciągał ku nim trąbę i obwąchiwał.

Ogarnął go w tej chwili niewymowny smutek, tak wielki i bolesny, że nie usłuchał nawet rozkazu Amry.

Chłopak chciał podjechać do pali zagrody, aby dopomóc trzem panikisom bezpiecznie dostać się do wnętrza.

Dopiero po trzecim okrzyku kornaka, zdumionego niekarnością słonia, Birara przeniósł przez parkan łowców i szedł, prowadząc kryjących się za nim Hindusów.

Wprawnych panikisów wynajął na tę wyprawę biały sahib!

Być może najlepszych w całym Hindostanie.

Myśliwi na słonie znali dobrze imiona Guarry, Nandera i Pangala.

Ich to właśnie ukrywał za swym ciałem dziwnie teraz samotny i rozdrażniony Birara.

Panikisi pokazali od razu swoją sztukę łowiecką.

Jeden po drugim padały słonie, schwytane mocną pętlą za tylne nogi.

Próżno usiłowały powstać, próżno wyciągały trąby, aby porwać człowieka, uwijającego się dokoła!

Łowcy z szybkością i sprawnością krępowali pętami potężne zwierzęta...

Nawet trąby zaciśnięte rzemieniami, znieruchomiały, podciągnięte pod dolną szczękę.

Zgrzytnęła piła, wrzynająca się we wspaniałe kły; wtórowały jej żałosne jęki i jazgotliwy, pełen bólu ryk.

Jeden po drugim odpadały kły — zdobycz białego sahiba i hojna zapłata za jego trudy.

Kapitan krzyknął coś do kornaków.

Hindusi szybko założyli swoim słoniom chomąta i szleje z orczykiem.

Birara zaczepił hakiem o sznury krępujące największego z jeńców i wywlókł go z zagrody.

Naganiacze zakładali na tylne nogi słoni mocne łańcuchy i uwiązywali je do grubych pni.

Po chwili zwolnione z pęt zwierzęta podniosły się i usiłowały zerwać żelazne kajdany.

Przebiegły człowiek wiedział, jak należy zatrzymać przy sobie porwaną podstępem zdobycz.

Birara wraz z Amrą pozostał w pobliżu pułapki.

Chodził ponury i smutny.

Nie smakowały mu tego dnia grube, zielone bambusy, ledwie wybujałe z rozmiękłej od deszczów ziemi; nie dotknął rzuconych mu przez chłopaka świeżych korzeni i jakichś owoców uzbieranych w dżungli.

Coś świtało w ogromnej głowie oswojonego słonia.

Niby wstyd, niby żal do ludzi.

Przez kilka dni trzymano jeńców na uwięzi.

Nie karmiono ich i nie dawano im wody do picia.

Wzdychały ciężko; chwilami rozpaczliwie ryczały; skarżyły się żałośnie.

Na widok podchodzącego do nich człowieka gniewnie podnosiły trąby i wymachiwały uszami, chrapiąc i przestępując z nogi na nogę.

Nie chciały się poddać. Wolały umrzeć niż utracić wolność i ulec przemocy człowieka.

Głód i pragnienie przełamały jednak ich opór i dumę.

Powoli zaczęły jeść rzuconą im paszę, a wkrótce brały już z rąk przyszłych poganiaczów banany, placki ryżowe i kawałki soli.

Po tygodniu początkowego oswojenia, zdjęto z nich kajdany.

Zarzucono im pętle na szyję i powiązano parami.

Oswojone słonie szły na czele, prowadząc całą gromadę do wsi.

Zbiegła się tam ludność z całej Satpury.

Biały sahib dobrze sprzedał schwytane słonie.

Hindusi uprowadzali je ze sobą.

Odtąd miały one przyzwyczaić się do pracy i milczeć, gdy kornak bije je po głowie żelaznym hakiem.

Nie każdy bowiem poganiacz myśli tak, jak myślał stary Bauli i jego wnuk — Amra.

Mógłby coś o tym opowiedzieć uwięzionym rodakom sędziwy Birara, lecz nie śmiał, gdyż patrzyły na niego z pogardą.

Ze smutkiem spoglądał na znikające w oddali słonie i wzdychał ciężko.

Tęsknota i rozgoryczenie nie opuszczały go.

Coś zatruło spokój i niezmienną pogodę w sercu Birary.