Rozdział VII. „Wąwóz królewicza”
Zaczęło się zupełnie nowe, całkiem niezwykłe życie.
Birara nic nie robił i tył straszliwie, a rozleniwił się tak dalece, że wzdychał nawet na myśl o jedzeniu.
Wszakże i to już była dla niego praca. Brać pożywienie, wkładać do paszczy, żuć, łykać!...
Królewicz, zaprzyjaźniwszy się z nim i małym kornakiem, odbywał codziennie długie przejażdżki.
Co prawda, nie były one tak wesołe, jak ta pierwsza, niespodziewana.
Na Birarę nakładano teraz czerwone popręgi25, napierśnik26 i terlicę27, z góry zaś okrywano siatką ze srebrnych sznurów ze szkarłatnymi frędzlami.
Amra siedział na karku słonia, a za nim na umocowanym do terlicy krzesełku — jechał Nassur.
Słonia otaczała kawalkada jeźdźców ze świty królewskiej, a z tyłu cwałował oddział przybocznej gwardii maharadży.
Chłopcy zaprzyjaźnili się serdecznie i poza tymi okazałymi przejażdżkami po okolicach stolicy, spotykali się jeszcze często po kryjomu.
Otoczenie maharadży śledziło zazdrośnie, aby młody następca tronu Satpury nie zniżał się do pospólstwa. Straż przyboczna nie dopuszczała nigdy zbliżenia jakiegoś tam zwyczajnego śmiertelnika, nieokrzesanego wieśniaka do osoby królewicza.
Wymagała tego surowa, wschodnia etykieta28 dworu dumnego maharadży Tasfina.
Mały królewicz nudził się w pałacu, tymczasem nie mógł stąpnąć kroku bez swego wychowawcy, Bali, piastującego godność wielkiego ochmistrza dworu.
Zbrzydło mu to niewymownie, a stało się wprost nieznośne od chwili spotkania Birary i znajomości ze sprytnym i wesołym Amrą.
Długo myślał nad tym, jakby się zwolnić spod opieki swego nudnego wychowawcy.
Nie mogąc nic obmyślić, postanowił działać otwarcie i śmiało.
— Bali! — zawołał pewnego razu do wielkiego ochmistrza.
— Sługa twój, wielki panie, synu brata słońca, słucha cię... — zaczął ględzić dostojnik.
— Czekaj! — machnął ręką Nassur. — Skończysz z tymi tytułami jutro, a tymczasem, chcę w tej chwili być wolny i wymknąć się z pałacu na zabawę z Amrą i jego słoniem!
— To okropne! — przeraził się stary Bali. — Najjaśniejszy, blaskiem równy słońcu, najpotężniejszy władco, synu boskiego Tasfina...
— Milcz i słuchaj! — marszcząc brwi, zawołał Nassur. — Powiadasz, że „jestem najpotężniejszym władcą”. Jeżeli tak, to wypuść mnie z pałacu, jeżeli nie uczynisz tego, obiecuję, że utnę ci głowę, gdy będę maharadżą!...
Ochmistrz upadł na kolana.
— Zlituj się nad wiernym sługą... — bełkotał. — Jeżeli wypuszczę ciebie, królewiczu, wielki maharadża utnie mi głowę przedtem, niż odziedziczysz po nim tron Satpury...
— Urządzę ci wspaniały pogrzeb, mój dobry Bali! — z wesołym śmiechem przerwał mu Nassur. — Jakoś tam damy sobie radę, mój stary!
Od tej rozmowy codziennie po południu, w godzinach, gdy maharadża przyjmował ministrów, kapłanów i wyższych dostojników pałacowych, królewicz Nassur biegł na umówione miejsce.
Amra znalazł doskonałą kryjówkę.
W górach, okrytych dżunglą, wykrył długi i szeroki wąwóz. Nazwał go „wąwozem królewicza”.
Ani świta maharadży, ani też warty strzegące zwierzyny w dżungli, nie mogły dostrzec ukrytych w nim spiskowców.
Nawet największego z nich.
Birara, widząc królewicza pędzącego do wąwozu, dreptał za nim z wesołym pomrukiem.
Lubił te wyprawy starowina. Rosły tam bowiem drzewa mangowe, a soczyste, wonne ich owoce lubił stary łakomiec29. Dostawał też zawsze jakiś przysmak osobliwy od królewicza i Amry.
Chłopaki siadały pod zwisającą skałą i wdawały się w pogawędkę. Zwykle zaczynał Amra.
Opowiadał obszernie i szczegółowo o życiu i pracy biednych wieśniaków, posiadających pole mniejsze od najmniejszej sali pałacu Nassura; o rybakach, którzy giną często w siwych, syczących falach oceanu lub zostają pożarci przez żarłoczne rekiny.
Amra snuł opowieści o odważnych niestrudzonych myśliwych, przecinających dżunglę, gdzie błyska zielonymi ślepiami pręgowany tygrys lub plamista pantera.
Przy każdym nowym spotkaniu odsłaniał przed oczami przyszłego władcy zwykłe, proste i nędzne życie, którego „syn brata słońca” i „najpotężniejszy władca” nigdy nie widział z okien swego pałacu lub z wysokości tronu, gdy zasiadał na nim obok ojca.
Gdy kornak milknął, królewicz Satpury rozpoczynał swoje opowiadanie.
Śmiał się i szydził z niemądrych i uciążliwych przepisów i obyczajów panujących na dworze jego ojca, przedrzeźniał różnych dostojników; barwnie i zajmująco przedstawiał niezwykły przepych uczt i przyjęć dworskich i dalekie podróże za morze, do Londynu, gdzie mieszka cesarz Wielkiej Brytanii...
Ze zdumieniem posłyszał Amra, że jego mały przyjaciel pół roku spędza w stolicy białych sahibów, gdzie uczy się, aby, gdy nastanie czas, stać się oświeconym i sprawiedliwym władcą swego kraju i narodu.
Tamując oddech, słuchał wieśniak o tym, czego uczą Nassura biali sahibowie i o tym, co widział w obcych, dalekich krajach syn maharadży.
Pewnego razu, słuchając królewicza, westchnął:
— Zazdrościsz mi? — spytał Nassur, spojrzawszy w rozognione oczy przyjaciela.
— Tak! — odparł z całą szczerością Amra. — Nie myśl jednak, królewiczu, że zazdroszczę ci honorów świetności panującego władcy. O, nie! Chciałbym tylko zdobyć wiedzę!...
Nassur zaśmiał się szyderczo i mruknął pogardliwie:
— Powiem ci, mój drogi, że to jest bardzo nudne zajęcie... Stokroć wolę kopać piłkę lub grać w tenisa, golfa... hokeja!
Amra nie rozumiał tych obcych słów, więc Nassur opowiedział mu o różnych grach sportowych, w których lubują się Anglicy.
Wysłuchawszy spokojnie i cierpliwie królewicza, chłopak powtórzył:
— O, nie! Przede wszystkim chciałbym zdobyć wiedzę!
Innym znów razem spotkanie przyjaciół kończyło się zabawą.
Tu górował Amra. Zręczny, silny zwinny znał dużo sztuczek, które zadziwiały królewicza.
Wieśniak umiał zastawiać sidła na myszy polne, krety i króliki. Zręcznie chwytał na wędkę ryby w potoku i piekł je na małym ognisku. Raczyli się nimi, a ta zwykła strawa rybaków niezmiernie smakowała przyszłemu maharadży.
Najulubieńszą zabawę chłopaków stanowiło polowanie na tarantule, skorpiony i węże.
Amra umiał wykryć wśród kamieni okrągłe otwory prowadzące do podziemnych nor czarnych, kosmatych pająków — tarantul. Pod popękanymi płytami skalnymi odnajdywał zaczajone skorpiony — do raków podobne, o długich ogonach, zakończonych jadowitym haczykiem.
Nałapawszy sporo tych niebezpiecznych owadów, urządzali bitwę.
Oczyściwszy mały placyk, ogradzali go wetkniętymi w ziemię odłamkami kamieni i wpuszczali do środka zapaśników.
Długo krążyły po malutkiej arenie tarantule i żółte skorpiony, patrząc na siebie podejrzliwie i prostując się groźnie na grubych, mocnych nogach.
Wkrótce rozpoczynały walkę zaciętą i niemiłosierną.
Ani jeden z zapaśników nie zostawał przy życiu.
Pod koniec bitwy walka stawała się ogólna. Oszalałe, rozwścieczone owady biły się na oślep, tworząc jeden zwał drgających, szamocących się ciał.
Szczególniej jednak lubił Nassur polowanie na węże.
Ogromny, niezgrabny Birara z powodzeniem zastępował wyżła.
— Szukaj węża! — mówił do słonia Amra.
Birara opuszczał trąbę i podnosił uszy. Ostrożnie, jak gdyby ze strachem, rozchylał krzaki i kępy trawy, odrzucał duże kamienie i głośno sapał.
Gdy błyskawicznym ruchem podnosił trąbę, Amra rzucał się naprzód i wołał:
— Jest! Jest!
Długą tyką, zakończoną widełkami, przyciskał węża do ziemi, a po chwili zadzierzgał mu pętlę na szyję i z triumfem pokazywał Nassurowi zdobycz.
Królewicz klaskał w dłonie i śmiał się, patrząc na Birarę, chrapiącego ostrzegawczo i trwożnie.
W głosie jego brzmiało upomnienie:
— Bądźcie ostrożne, dzieciaki! Różne bywają węże...
Ostrzeżenia takie nie były wcale zbyteczne.
Pewnego razu, spotkawszy się w wąwozie, chłopacy postanowili zrobić wycieczkę aż do końca jaru.
Znaleźli tam małe bagienko. Sitowie i duże, jasnozielone liście lilii wodnej okrywały powierzchnię wody i grząskiego torfowiska.
Birara znalazł tam jakieś korzonki i raczył się nimi z parskaniem.
Amra, wyciąwszy długą, gładką trzcinę, majstrował z niej fujarkę.
Królewicz błąkał się po brzegu bagniska i przyglądał się barwnym motylom unoszącym się nad wodą.
Nagle usłyszał cichy świst i jak gdyby klaśnięcie bicza.
Zdumiony rozglądał się dokoła.
Świst powtórzył się już wyraźniej i bliżej.
Nassur spojrzał na ziemię. Spoza kępy wysuwał się wąż.
Nigdy takiego jeszcze nie widział.
Żółty i długi płaz miał na karku dwa czarne kółka, połączone ciemnymi pasemkami.
Złe, nieruchome oczy jego wbijały się w chłopaka.
Prężne ciało kurczyło się gwałtownie i sunęło powolnie naprzód.
Gad zatrzymał się, zamarł na chwilę, a potem, sycząc, jął30 unosić płaską głowę i śmigać czarnym, długim językiem.
Kark węża zaczął się rozdymać, przybierał kształty płaszcza, na którym niby okulary czerniały dwie ciemne, połączone ze sobą plamy.
— Amra! — zawołał królewicz. — Biegnij tu: znalazłem zabawnego węża! Schwytamy go...
Chłopak przybiegł natychmiast, trzymając w ręku giętką trzcinę.
Rzucił okiem na płaza i poznał od razu najstraszliwszą z jadowitych żmij — okularnika.
Widział takiego gada, gdy rodzice Amry mieszkali nad błotnistą Narbadą. Okularnik ugryzł wtedy córkę sąsiada, a dziewczynka wkrótce zmarła.
Wtedy to nasłuchał się chłopak strasznych opowiadań o tych jadowitych płazach.
— Stój i nie ruszaj się! — szepnął rozkazująco. — Nie ruszaj się, bo zginiesz!...
Okularnik tymczasem rozdął szyję i już się prężył, gotowy do skoku.
Nie zdążył jednak, bo w powietrzu gwizdnęła trzcina i ugodziła go w sztywny grzbiet.
Okularnik wyciągnął się na trawie; ostatnim wysiłkiem bijąc ogonem o ziemię.
Amra trzciną przycisnął mu głowę i dobił.
— Trzynta negu!... — szepnął drżącym ze wzruszenia głosem. — Żmija śmierci...
— Trzynta negu! — powtórzył Nassur. — Czytał nam o niej nauczyciel. Kły jej posiadają śmiertelną truciznę... Amra! Uratowałeś mi życie...
Chłopak milczał, z radością patrząc na przyjaciela.
— Gdy będę maharadżą, uczynię cię dowódcą straży przybocznej!... — zawołał królewicz.
Amra spuścił oczy i odparł cicho:
— Oby Bóg dał najdłuższe życie Tasfinowi, wielkiemu maharadży!
Nassur zmieszany spojrzał na towarzysza.
— Dziękuję ci! — rzekł. — Jesteś dobry i mądry!
Amra nic nie odpowiedział.
Odprowadził przyjaciela do ogrodzenia pałacowego i pożegnał go niskim ukłonem. Tu, w obrębie siedziby maharadżów Satpury, Nassur nie był już dla niego wesołym, miłym towarzyszem zabaw i ciekawych pogadanek.
Stawał się znowu „synem brata słońca”, przyszłym królem całego kraju i narodu.
Widział w tym chłopaku nie tylko swego władcę, lecz również władcę Birary, Warory, matki Sonczy i małych siostrzyczek, do których Amra coraz bardziej tęsknić zaczynał.
Pragnąłby być czym prędzej w trzcinowej chacie rodzicielskiej, słyszeć postukiwanie młoteczka snycerskiego, brzęk żelaznych kociołków, szorowanych przez siostry przy ognisku, tulić się do spracowanych rąk zawsze stroskanej matki...
— Poproszę cię o coś, wielki królewiczu... poproszę, gdy przyjdziesz jutro do wąwozu... — szepnął Amra.
— Przyjdę! — potrząsnął głową Nassur i skinąwszy chłopakowi ręką, zniknął w mroku palm i kwitnących magnolii.
Rozdział VIII. Tasfin — maharadża Satpury
Królewicz Nassur przyszedł nazajutrz na umówione miejsce wcześniej niż zwykle.
Nie znalazł tam jeszcze Amry, oczekującego go dopiero po południu.
Birara, spostrzegłszy nowego przyjaciela, popędził ku niemu.
Nie widząc chłopca, Nassur spojrzał na słonia i rzekł ze smutkiem:
— Nie ma Amry...
Birara podniósł uszy i nadsłuchiwał.
— Amra... Amra... Nie ma Amry! — powtórzył chłopak.
Słoń przechylił głowę na bok i poruszał uszami niespokojnie i pytająco.
— Idź i przyprowadź do mnie Amrę!... Dobry Birara, biegnij po Amrę!...
Słoń zrozumiał wreszcie, opuścił natychmiast uszy, zawrócił i podreptał ku wyjściu z „wąwozu królewicza”.
Nassur przyglądał mu się z zaciekawieniem.
Birara coraz szybszym truchtem, śpiesząc się i wymachując ogonem, biegł przez łąkę. Dotarłszy do ogrodzenia pałacowego, jął31 potrząsać bramą tak potężnie, że stojący na czatach32 żołnierz, w obawie przed wyłamaniem jej, pośpiesznie odsunął rygle.
Słoń, nie spojrzawszy nawet na niego, przebiegł boczny dziedziniec i stanął przed domem służbowym.
Zajrzawszy przez okno, wyciągnął trąbę i zwlókł leżącego na pryczy Amrę.
— Czyś zwariował, mój staruszku? — zawołał chłopak.
Upomnienia te nie zdały się na nic.
Birara wsadził kornaka na jego zwykłe miejsce i ruszył „z kopyta” ku bramie.
Wkrótce wpadł do wąwozu i postawił zdumionego i uradowanego Amrę przed roześmianym Nassurem.
— Wyrwałem się dziś wcześnie, gdyż ojciec wyruszył na polowanie z jakimiś gośćmi — objaśnił królewicz.
— Ach, jak to dobrze! — zawołał Amra. — Ale może twoja mama będzie cię szukała, królewiczu?
Nassur spuścił oczy i szepnął:
— Moja mama umarła, gdy byłem zupełnie mały. Wychowuje mnie stary, poczciwy Bali, lecz z nim dałem już sobie radę!
Amra zamyślił się. Przyjaciel jego, a i on też zostaną bez śniadania?...
— Królewiczu! — rzekł chłopak, patrząc na Nassura. — Musimy przyrządzić wspaniałą ucztę!
— Ha, ha! — śmiał się królewicz. — To niełatwa rzecz!
Amra nic nie odpowiedział. Zaczął się krzątać. Z głębokiej kieszeni granatowego szlafroka, który mu wydano w pałacu, wydobył zwój cienkiego sznurka, wetknięte w korek haczyki na ryby i scyzoryk.
Naścinał kilka pręcików, zręcznie zawiesił na nich ruchome, łatwo zadzierzgające33 się pętle, a potem wybrawszy giętką trzcinę, przywiązał do niej sznurek z haczykiem.
— Chodźmy! — szepnął do przyjaciela. — Wyszukałem nory królików. Zapolujemy na nie, a potem nałapiemy ryb i poszukamy dojrzałych owoców mango! Będziemy syci, królewiczu!
Otoczywszy sidłami nory królików, gwizdnął na Birarę.
— Tupaj, a z całej siły! — zawołał do słonia kornak.
Birara jął przestępować z nogi na nogę, podskakiwać i tupać, płosząc króliki.
Kilka tych szarych zwierzątek śmignęło w trawie, a dwa z nich trafiły do zastawionych pętel.
Nassur klaskał w dłonie i śmiał się.
Z chwytaniem ryb poszło jeszcze łatwiej.
Wkrótce pod skałą płonęło małe ognisko, przy którym Amra piekł na patyczkach kawałki mięsa i ryby, a Nassur zrywał — różowe owoce mango i z chichotem oganiał się od Birary. Łakomy zwierz mruczał i zapuszczał trąbę do kapelusza królewicza, wyławiając najdojrzalsze owoce.
Chłopaki, ukrywszy się w cieniu, spożywały śniadanie, gdy nagle stojący obok Birara sapnął głośno i podniósł głowę.
Do wąwozu wjeżdżał na pięknym rumaku okazały mężczyzna o długiej, czarnej brodzie i brązowym, dumnym obliczu.
O kilka kroków za nim podążało kilku jeźdźców w barwnych mundurach przybocznej straży króla.
— Ojciec!... — szepnął Nassur. — Uciekaj, Amra.
Chłopak dumnie potrząsnął głową.
— Nie uczyniłem nic złego, więc nie będę uciekał! — odparł.
Tasfin, maharadża Satpury, zbliżał się do ogniska.
Od razu spostrzegł syna.
— Królewicz Nassur?! — zawołał zdumiony.
Chłopak rzucił się do ojca i całując go po rękach, przyznał się do codziennych spotkań swoich z Amrą i jego słoniem, opowiadał o małym kornaku i o tym, jak chłopak uratował mu życie, gdy napadł go jadowity okularnik.
— Surowa kara spotka twego wychowawcę, Bali! — rzekł groźnie Tasfin.
— Przebacz mu, ojcze! — błagał Nassur. — Jemu zawdzięczam, że poznałem dobrego, szlachetnego przyjaciela, jakim jest Amra, syn wieśniaka z Suratu.
To mówiąc, wskazał ręką na Amrę, który nisko skłonił się przed władcą.
— Obroniłeś mego syna, chłopcze? — spytał maharadża.
— Obroniłem i obronię w każdej przygodzie, bo polubiłem królewicza Nassura i mój słoń Birara także polubił go! — odpowiedział cichym głosem chłopak.
— Nassur jest królewiczem, przyszłym maharadżą — rzekł Tasfin.
— Jest on moim przyjacielem, od którego nic nie żądam, a wdzięczny mu jestem za dobre serce jego dla mnie i dla Birary — szepnął Amra.
— Mówisz, co prawda, nie tak, jak powinni to czynić poddani, lecz mądrość brzmi w słowach twoich, dziecko! — w zamyśleniu wyrzekł maharadża. — Przyjaźń jest droższa i pewniejsza od zmiennej łaski władcy...
Nie skończył, bo przerwał mu Birara.
Podszedł i trąbą dotknął ramienia Tasfina.
Dla niego nie był on ani władcą, ani „bratem słońca”, ani maharadżą Satpury.
Podobał mu się głos tego człowieka i łagodne błyski w jego oczach.
Chuchnął więc na niego dobrotliwie i mruknął cichutko.
Maharadża zeskoczył z konia i skinąwszy ręką w stronę świty, kazał jeźdźcom powracać do pałacu.
Sam zaś usiadł przy gasnącym ognisku i jął wypytywać chłopców o ich zabawy i rozmowy, śmiał się wesoło i zajadał owoce mango.
Birara tkwił przed nimi, kiwał głową, a w oczach jego zapalały się co chwila żartobliwe, figlarne ogniki.
Wielki władca, wspaniały maharadża przyglądał się chwytaniu ryb przez małego wieśniaka i raczył spożyć jedną z nich, upieczoną na węglach i polaną sokiem mangowym.
Tasfin był człowiekiem mądrym i wnikliwym.
W mig zrozumiał, że Amra ma w sobie dużo szlachetności, odwagi i stanowczości.
Już wiedział, że ten mały Hindus od dawna pracuje ciężko i utrzymuje całą rodzinę, chociaż drobnym jest jeszcze i słabym chłopakiem.
Posłyszawszy od syna, że przyjaciel jego marzy o nauce, zamyślił się.
„Prawdziwy władca powinien znać, rozumieć i lubić swój naród — mignęła mu myśl. — Ten chłopak z pospólstwa, być może, stanie się z czasem najlepszym i najbardziej oddanym doradcą Nassura... Niech więc pozostanie przy nim...”
To postanowienie maharadży Satpury zmieniło całe życie Amry, syna kaleki Warory.
Na inną też drogę skierowało ono losy sędziwego Birary.
Mały jego kornak nic jeszcze nie przeczuwał, lecz słoń pochwycił niewypowiedzianą myśl władcy, zaczął tupać, podrygiwać, wreszcie, podniósłszy trąbę, wydał donośny ryk.
Na prośbę Nassura wsiedli wszyscy na słonia.
Birara podniósł najpierw Tasfina, potem królewicza, na ostatku zaś — kornaka.
Chłopak, usadowiwszy się na jego karku, rzekł:
— Ruszaj, a prowadź konia władcy!
Birara złapał rumaka za uzdę i podreptał przez łąkę, wywijając ogonem i chrząkając wesoło.
Salutujący żołnierze i pochyleni w dworskich ukłonach dostojnicy w zdumieniu przyglądali się słoniowi, niosącemu na swym grzbiecie najwyższą władzę Satpury — „brata słońca” i „syna brata słońca”.
Nie rozumieli, co się dzieje, i nigdy nie zrozumieli.
Tasfin bowiem nikomu nie wypowiedział myśli, która się zrodziła w jego głowie, gdy spożywał pieczoną rybę w „wąwozie królewicza”.
— Słuchajcie, dzieci! — szepnął do chłopaków, gdy stanęli przed wejściem do pałacu. — Nazwijmy wasz wąwóz — „wąwozem przyjaźni”.
— Dobrze, bardzo dobrze! — ucieszył się Nassur.
— A ty, mały, cóż powiesz na to? — spytał maharadża.
— Taką nazwę możesz dać tylko ty, wielki królu... — odparł cicho Amra i dodał jeszcze ciszej: — Radością i wdzięcznością napełniłeś serce moje!
Maharadża zdumiał się.
Tak mądrej i dostojnej odpowiedzi nie dałby najbardziej sprytny i rozumny dworak.
„Ten chłopak zajdzie wysoko!...” — pomyślał Tasfin i oparłszy się o trąbę Birary, zeskoczył na ziemię.