Rozdział XI. Samotnik
Birara spał niezwykle długo, a tak mocno, że nie czuł nawet dotyku siadających mu na łeb szarych drozdów i zielonych jaszczurek biegających po nogach.
Słońce stało już wysoko, gdy otworzył oczy i poruszył się.
Czuł się znacznie silniejszy.
Podniósł się, otrząsnął i pełną piersią wciągając powietrze, sapnął.
Ból w nogach ustał i minęła gorączka.
Zaczął nawet ogryzać cienkie gałązki krzaków, a jeden z nich wyrwał z ziemi, aby posilić się soczystymi korzeniami.
Chrząknął z zadowoleniem i ulgą.
Stanowczo — siły i zdrowie powracały mu szybko.
Co prawda, gdzieś głęboko, może na dnie serca, odzywał się chwilami dokuczliwy, tępy ból.
Wiedział, że to tęsknota i nieukojony żal toczą go jak złośliwe robaki.
Całym wysiłkiem woli wtłaczał je coraz głębiej do wnętrza, starając się nie myśleć o tym, co go gnębiło od dawna.
Rozglądał się dokoła ze zdumieniem. Zdawało mu się, że po raz pierwszy widzi dżunglę, roziskrzone niebo i złote plamy słońca na trawie i pniach drzew.
Nastąpiło w nim jakieś tajemnicze odrodzenie.
Poczucie wolności przepajało go i napełniało zachwytem.
Wiedział już, że nie ma teraz nikogo na świecie, o kim potrzebowałby myśleć i troszczyć się nieustannie.
Amra — mały kornak porzucił go, jak niepotrzebny, zdarty łachman!
Ten inny chłopak — roześmiany i łagodny, towarzysz jego przyjaciela, przesunął się przez życie Birary jak nieznane, cudowne zjawisko i zniknął.
Może istniał naprawdę, a może go tylko wyśnił Birara?
Amra jednak był, był! Czuje na sobie dotychczas pieszczotę jego ciepłych dłoni, słyszy jego cichy głos:
— Co ci jest, staruszku?
Słoń chrapał coraz głośniej i borykał się sam ze sobą, aby już więcej o niczym nie wspominać.
Udało mu się. Poweselał trochę i ochłonął ze wzruszenia.
Wszedł do potoku, zlał sobie wodą grzbiet i napił się.
Bez namysłu na pozór jął się przedzierać przez dżunglę.
Nie chciał uświadamiać sobie, że w mózgu tkwi mu uporczywa myśl.
„Iść na moczary, gdzie schwytano dzikie słonie... Może... Amra...”
Wzdrygnął się, potrząsnął głową i parł przez chaszcze.
Odnalazł znane mu miejsce.
Obszedł całą okolicę. Tu spędził pamiętną noc przed łowami — spod suchych liści połyskują jeszcze zardzewiałe blaszanki; dalej ciągną się płoty kheddy i szumią koronami drzewa, do których ludzie uwiązali jeńców...
Birara chodził, węszył, trząsł głową i głośno parskał.
Przekonał się wkrótce, że od dawna nikt tu nie zaglądał.
Był tak zagłębiony w myślach, że nie słyszał nawet cienkiego trąbienia, biegnącego od strony bagnistej dżungli.
Pochwycił je jednak w końcu i podniósł uszy.
Jakaś potężna żądza ujrzenia braci porwała go.
Podniósł trąbę i odpowiedział urwanym, głuchym porykiem.
Z głębi moczarów dobiegł go ryk dzikiego słonia. Brzmiał w nim zew i pytanie.
Brara zrozumiał to i ruszył naprzód.
Szedł teraz zupełnie inaczej.
Skradał się tak cicho, że ani jedna sucha gałąź trzaskiem swoim nie zdradziła jego ruchów, nie zaszeleściły nawet rozsuwane gałęzie krzaków.
Ze strachem myślał, że słonie mogłyby posłyszeć tupot jego nóg i rzucić się do ucieczki.
On zaś tak bardzo pragnął spotkać te bratnie istoty. Miał dla nich rzewność i miłość w sercu.
Wolny był i z wolnymi mieszkańcami dżungli chciał żyć i umierać.
Podszedł do obszernej bagnistej łąki tak cicho, że słonie ujrzały go wtedy dopiero, gdy wynurzył się z gąszczu i w całej okazałości stanął na skraju lasu.
Ogromny, rozradowany i szczęśliwy poruszał uszami, wyciągał trąbę i mruczał dobrodusznie.
Witał braci. Głosem i ruchami wyrażał myśl zaprzątającą jego głowę:
„Bywajcie mi! Oto zrzuciłem z siebie więzy przywiązania do człowieka, najcięższe więzy — i jestem wolny! Chcę żyć z wami w przyjaźni aż do końca moich dni! Znam wybiegi i chytrość ludzką, więc ostrzegę was i obronię...”
Dwa najstarsze słonie natychmiast oddzieliły się od stada.
Zbliżały się nieufnie, z pogróżką, ukrytą w ruchu podniesionych trąb i szybko wachlujących uszu.
Sapały groźnie, z chrapaniem i świstem wciągały powietrze.
Stanęły wreszcie przed olbrzymim przybyszem.
Birara chuchnął na braci gorącym oddechem i pojednawczo machnął ogonem.
Nie wyciągał ku nim trąby, aby nie wyrażać zbytniej uniżoności, a jeszcze bardziej dlatego, żeby nie spłoszyć bojaźliwych, nieufnych dzikusów.
Słonie tymczasem obwąchiwały nieznajomego gościa i uważnie go oglądały.
W mig zrozumiały, że jest już stary, lecz jeszcze bardzo silny, i że niedawno jadł korzenie areki.
Pochwyciły zapach mułu i wonnej trawy, zgniecionej podczas snu. Zwęszyły nawet, że ptaki chodziły po jego chudych bokach.
Nie wzbudzało to w nich podejrzeń i obaw.
Coś niezwykłego dojrzały jednak w przybyszu.
Jęły więc oglądać go z bliska, pochylając szerokie łby.
I nagle — spostrzegły coś wręcz strasznego, krzyczącego o bliskim niebezpieczeństwie.
Słonie odczuły to tak wyraźnie, że zdawało im się, iż czai się ono tuż-tuż, w zaroślach krzaków, za ścianą wysokich, szeleszczących trzcin.
Przybysz miał na kolanach odciski, pomarszczone zgrubienia skóry — pozostałość po pracowitym życiu, gdy popychał ciężkie kloce drzewa i ciosane kamienie; na szyi i bokach — wklęśnięcia, szerokie i głębokie, wyciśnięte przez popręg i łańcuchy orczyka.
Wtedy, parsknąwszy głośno, zaczęły węszyć ponownie.
Nie miały już wątpliwości — ostrym węchem wyczuły bowiem znienawidzony, tchnący zgrozą zapach człowieka.
Cofnęły się w przerażeniu i gniewie zarazem. Nadstawiły ostre kły i podwinęły trąby.
Jeden z dzikusów wydał krótki ryk.
Na ten sygnał nadbiegło całe stado; trzydzieści słoni stanęło w groźnej postawie na wprost przybysza.
Postępując krok po kroku, słonie zbliżały się do Birary, otoczyły go, ścisnęły prężną obręczą swych ciał i jęły popychać ku zaroślom, skąd niedawno wynurzył się na moczary.
Birara opierał się, mruczał łagodnie i chuchał na prawo i lewo, lecz stado spychało go coraz dalej, aż otoczyły go wysokie krzaki.
Wtedy odeszły dzikie słonie, a Birara, który dążył ku nim, jak do braci i przyjaciół, stał w chaszczach nieruchomy, gorzko zdumiony i niewymownie smutny.
Olbrzym, podniósłszy głowę, ujrzał odchodzące stado.
Powracało na miejsce żerowania z gniewnym pomrukiem.
Dwa najstarsze samce przystawały co chwila i oglądały się podejrzliwie.
Potrząsały zwiniętymi trąbami, jak gdyby wygrażając intruzowi.
Birara zrozumiał, że wolni bracia odtrącili go — jako byłego niewolnika.
Nie uznali go za podobnego i bliskiego sobie, bo był im niepotrzebny, a może nawet wstrętny.
Teraz to już naprawdę był zupełnie sam na świecie...
Zasmucony, przybity do ziemi słoń jęknął.
Rozpacz schwyciła go za serce; poczucie niesprawiedliwości i doznanej krzywdy przeszło w wybuch wściekłości.
Wypadł z krzaków i runął na nieoczekujące napaści stado.
Spłoszone strasznym łomotem, trzaskiem tratowanych krzaków i trzcin słonie rzuciły się do ucieczki.
Birara gonił je, trąbiąc przeraźliwie, wyrywając i łamiąc zawadzające mu drzewa.
Kilka samców zatrzymało się wreszcie i zwróciło kły ku napastnikowi.
Lecz rozwścieczony olbrzym, jak tocząca się z gór skała, przełamał ich zbity, głową przy głowie szereg, obalił dwa słonie i jął tratować je, rycząc i chrapiąc. Inne — ogarnięte strachem — uciekały, doganiając resztę stada.
Birara uspokoił się dopiero wtedy, gdy spostrzegł, że napadnięci przez niego bracia już nie żyją.
Obwąchał je, obmacał, kilka razy potrącił kolanami ich bezwładne ciała i wyprężywszy mięśnie trąby, ryczeć począł.
W głosie zwycięzcy nie było jednak triumfu.
Rozpaczą bezdenną i bólem palącym rozbrzmiewało po dżungli przeciągłe, drgające, jękliwe trąbienie...
Rozdział XII. Spotkanie z człowiekiem
— Coby to mogło być? — spytał siebie na głos, stając jak wryty i podnosząc głowę stary panikis37 — Guarra, z przyzwyczajenia tropiciela wałęsający się po dżungli.
Nikt mu nie odpowiedział, bo Guarra samotnie kluczył po kniei, chociaż czas łowów nie nastał jeszcze.
Tropiciel znał dżunglę na sto mil wzdłuż i wszerz, więc wiedział, że ani jeden z tych drobnych, najgorszych słoni, które się pasły na moczarach, nie był w stanie wydobyć z piersi tak potężnego trąbienia.
Nie namyślając się długo, wślizgnął się do gąszczu i nadsłuchując co chwila, skradał się, biegł, czołgał się, wbiwszy w ziemię swoje spostrzegawcze źrenice.
Szedł długo, nie odnajdując żadnych śladów. A tymczasem słyszał chwilami — bliżej lub dalej — ten sam przeciągły, jękliwy, ponuro natarczywy ryk.
Guarra, okrążywszy głęboką kotlinę, zarośniętą bambusami, przystanął nagle i pochylił się aż do samej ziemi.
Nie tyle wzrok, ile węch podszepnął mu, iż jest bliski celu.
Nozdrza Hindusa rozdęły się szeroko i pochwyciły dobrze znany łowcy zapach.
Obejrzał ziemię.
Spostrzegł od razu stratowane krzaki, a na małej polanie głębokie doły, wybite nogami biegnących słoni.
Guarra naliczył sto dwadzieścia śladów. Trzydzieści słoni! Zbadał trop dokładnie, mierząc go małą, ciemną dłonią.
Tak — niezawodnie! Musiały tędy przebiec niedawno niskorosłe, słabe, „mierga” — najgorszy, najdrobniejszy, gatunek słoni. Cóż to spłoszyło je? Dlaczego uciekły bezładnie i rozpierzchły się po dżungli?
W tym miejscu nawet małe odbiegły od samic i miotały się widocznie, szukając matek!...
Tylko jeden słoń trąbi gdzieś na moczarach, lecz inne nie odpowiadają mu.
Przecież muszą słyszeć, bo ryk jego rozbrzmiewa chyba aż pod stromymi skałami Pelli?
Wydobył z worka mocny rzemień i zadzierzgnąwszy dwa węzły, zrobił pęta.
Położywszy się na ziemi, wślizgnął się w chaszcze i czołgał się dalej jak wąż wśród zwalonych drzew i głazów okrytych zaroślami paproci.
Ryk — przeciągły niby szloch, zbliżał się.
Guarra zaczaił się za zwałem kamieni i czekał.
Słyszał trzask suchych gałęzi i krzaków, odgłosy ciężko stąpających nóg.
Łowca zamienił się w słuch i wzrok.
Zagadka została wkrótce rozwiązana.
Człowiek ujrzał nagle olbrzymiego słonia, jakich od dawna nie widziano w środkowym Hindostanie.
Szedł, słaniając się i trzęsąc głową. Zarzuciwszy trąbę na łeb otwierał paszczę i wydawał przeraźliwy ryk.
Guarra myślał, że widzi przed sobą ciężko ranne zwierzę.
Jednak, gdy słoń przeszedł w pobliżu, łowca nie dojrzał na trawie ani kropli posoki38.
Olbrzym szedł jak ślepy, uderzając się bokami i łbem o drzewa i potykając się o leżące kłody.
Hindus już śmielej podążył za nim i dogonił go w chwili, gdy ślizgając się na okrągłych kamieniach, słoń usiłował przebrnąć przez suche łożysko potoku.
Ruchem pantery śmignął łowca i dopadł słonia. Kilka błyskawicznych, nieuchwytnych ruchów rąk — i pęta ścisnęły tylne nogi zwierza.
Słoń nie poczuł tego nawet. Uczynił krok naprzód, potknął się i upadł, głucho uderzając bokiem o kamienie.
Guarra nie kryjąc się więcej, zbliżył się do niego i przyglądał mu się uważnie.
Olbrzymie zwierzę zamierzało powstać, lecz pęta zaciskały się coraz silniej i sprawiały mu ból. Miotała mu się ogromna głowa, trąba kurczowo czepiała się ziemi, przednie nogi kopały i rozrzucały kamienie.
Hindus spostrzegł odciski na jego kolanach i pręgi na bokach, karku i piersiach.
Guarra gwizdnął cicho. Domyślił się, że schwytał słonia Birarę, o którego wypytywali wszędzie gońcy maharadży.
Był bardzo uradowany, bo oczekiwał sutej nagrody.
Usiadł pod urwistym brzegiem i nie patrząc na swego jeńca, marzył.
Znużyło go to, więc zdrzemnął się trochę.
Nie znał Birary stary tropiciel, bo gdyby znał, nie usnąłby tak lekkomyślnie o sto kroków od leżącego i wierzgającego słonia, kierowanego niegdyś przez małego kornaka — Amrę.
Birara, przekonawszy się, że nie uda mu się zerwać pęt, ani też podnieść się z ziemi, nagle jak gdyby się uspokoił.
Przestał sapać i szamotać się.
Podkurczył tylne nogi, jak mógł najbliżej do piersi, i udało mu się wreszcie końcem trąby dotknąć pęcin. Namacał pętlę, zgarnął łączący je rzemień i szarpnął.
Uczuł ostry ból, bo twardy rzemień wpił mu się w skórę.
Nie powstrzymało go to bynajmniej. Szarpał i targał więzy raz po raz, aż nie wytrzymały i z głośnym klapnięciem pękły.
Birara podniósł się prawie bez hałasu i pozostawiając za sobą krwawy ślad, skradał się do śpiącego spokojnie człowieka.
Runął wreszcie na niego, porwał i zakręciwszy młynkiem nad głową, cisnął go o ziemię.
Podbiegł potem do leżącego i już podniósł potworną, podobną do grubego słupa nogę, aby zmiażdżyć mu głowę, zdruzgotać kości, a następnie wgnieść, wtłoczyć, wbić w ziemię, gdy...
W tej samej chwili przyszło mu na myśl, że to człowiek przecież leży przed nim! Nigdy dotąd nie zaznał nic złego od człowieka...
Opuścił nogę i obwąchał łowcę.
Guarra stracił przytomność czy może udawał nieżywego, bo nie oddychał, leżał z zamkniętymi oczami i nie ruszał się.
Birara potrącił go nogą, odszedł kilka kroków i obejrzał się nieufnie.
Podszedł raz jeszcze i znowu obwąchiwał go, cicho mrucząc.
Nie oglądając się już — oddalił się szybkim krokiem i zniknął za pagórkami.
Nie widział już, że łowca wstał, jęcząc rozcierał sobie ramiona i nogi, a potem kulejąc, ruszył w przeciwną stronę.
Birara szedł długo bez celu.
Obudziło się w nim coś z dzikiego mieszkańca dżungli assamskiej.
Nie węsząc i nie rozglądając się po okolicy, wiedział, dokąd ma iść.
Szukał teraz samotności, pragnąc znaleźć miejsce, gdzie nic nie przypominałoby mu dawnego życia, gdy nosił na karku małego, kochanego Amrę.
Szukał dziewiczej, nietkniętej stopą ludzką dżungli.
Chciał być tam, gdzie nigdy nie rozlegał się stuk siekier drwali, nie padały okrzyki poganiaczy i nie skrzypiały koła ciężkich wozów, naładowanych mahoniowymi klocami lub złomami kamieni.
Wolałby już nawet nie słyszeć głuchych głosów małp, świergotu i skrzeku ptactwa.
Instynkt zwierzęcy kierował nim.
Przedzierał się przez dżunglę, dwa razy już przepływał rzeki i przekroczył nagi grzbiet górski.
Znowu ogarnęła, pochłonęła go dżungla. Głucha cisza panowała tu.
Znikły nawet małpy, bo i one przeważnie wolą trzymać się w pobliżu pól, na które robią zuchwałe wyprawy.
Zatrzymał się tu i wypoczywał przez cały dzień.
Miejscowość była wymarzona i obfitowała w niezbędny pokarm. Potok przecinał knieję. Nic nie zakłócało spokoju i ciszy.
Birara wypoczywał i wchłaniał w siebie powiewy wolności.
Jadł dużo, kąpał się i spał.
Pewnej nocy przyśnił mu się Amra.
Mały kornak szedł przez dżunglę i wołał:
— Chodź tu, staruszku! Biegnij do mnie, dobry, miły Birara!
Słoń obudził się nagle i cały wstrząśnięty zjawą nocną, pobiegł.
Uderzył się łbem o zwisającą gałąź, której nie dostrzegł w mroku. Zamroczyło go, więc zawrócił w inną stronę i znowu biegł, obijając się o pnie, zdzierając sobie skórę z boków i kalecząc nogi.
Wówczas dopiero oprzytomniał i znowu porwała go wściekłość niepohamowana.
Nawet tu, nawet w tym ustronnym, dzikim ostępie, nie pozostawiają go w spokoju ludzie; nawet w tej samotni niemej dręczą go wspomnienia minionych przeżyć!
Znowu ryczał przeciągle i cienko, łamał zwisające gałęzie, tratował krzaki i wbijał kły w pnie drzew. Nie czuł, że złamał sobie jeden kieł, nie widział, że krew mu spływa po głowie, a piana spada na trawę białymi płatami.
W tym samym czasie z pobliskich gór wychodziła na żer plamista pantera, kurcząc okrągły pysk i drapiąc ziemię pazurami.
Usłyszawszy jękliwe trąbienie słonia, całym ciałem przywarła do ziemi i słuchała.
Czymś tak ponurym i strasznym rozbrzmiewał ten ryk, że drapieżny kot stulił uszy, ogon zwiesił lękliwie i umknął do legowiska.
Słońce, zajrzawszy do dżungli, jak gdyby z podziwem spoczęło na olbrzymim, szarym cielsku słonia. Wsparty łbem o pion drzewa, siedział na zgiętych tylnych nogach, zbryzgany pianą, skrwawiony, dyszący ciężko.
Zwalił się wreszcie na bok i pozostał nieruchomy, śmiertelnie wyczerpany.
Zdawało się, że już nie żył, lecz chude, o wystających żebrach boki wznosiły się i opadały, a rozdęta gardziel z rzężeniem wciągała powietrze.
Do chaszczy zajrzała hiena. Kręciła krótkim, złym pyskiem i zerkała żółtymi, chciwymi ślepiami.
Cofnęła się jednak i odbiegłszy daleko, zachichotała ponuro i zuchwale.
Rozdział XIII. Strzał w dżungli
Birara nie pamiętał, kiedy i jak stanął na nogi. Nie wiedział też, jak dawno już szedł bez celu i bez myśli.
Musiał iść, bo jedynie w ruchu nie dręczyła go tęsknota.
Nie spał, bo się bał widziadeł nocnych, drżał na myśl o rozpaczy, która, niby nieznany wąż potworny, wpatrywała się weń zielonymi oczyma niemającymi litości.
Więc szedł. Szedł w dzień i w nocy. Kroczył po dżungli tam i sam39. Odchodził i powracał na to samo miejsce, nie poznając go.
Błąkał się bezmyślnie, nic nie czując i niczego nie pragnąc. Przestał jeść i nawet pragnienie mu nie dokuczało.
Tysiące kleszczów wżerało mu się w brzuch, w delikatną skórę za uszami, muchy lęgły się w opuchniętych, ropiejących oczach, lecz słoń nie odczuwał bólu.
Nie słyszał, że jakiś gwizd urwany niby biczem smagnął ciszę kniei.
Chrapy słonia nie wyczuły lekkiego zapachu dymu i obecności ludzi.
Dwóch ich czaiło się w pobliżu, a już od rana szli tropem Birary.
Guarra, pokazując białemu człowiekowi ślady słonia, kręcił siwą głową i mruczał:
— Wściekły samotnik krąży po dżungli, sahibie!
Po nieudanym schwytaniu Birary przebiegły Hindus przyszedł do białego człowieka i spytał go:
— Czy sahib chciałby zapolować na dużego słonia?
— Zapłaciłbym ci sto rupii za wytropienie go! — ucieszył się Anglik, zawołany myśliwy.
Tegoż dnia wyszli na poszukiwanie rzadkiego zwierza. Z trudem odnaleźli jego ślady i teraz skradali się do niego.
Birara podchodził do głębokiego jaru i nie wiedział, że tam właśnie zaczaił się biały człowiek. Szedł obojętny na wszystko, ślepy i głuchy, pozbawiony myśli i woli.
Anglik podniósł karabin do ramienia i mierzył starannie.
Mierzył w jedyne, naprawdę śmiertelne, nie szersze od ludzkiej dłoni miejsce, co leży pomiędzy okiem słonia, a obsadą ucha.
Już naciskał cyngiel, zmrużywszy lewą powiekę, gdy Birara zawadził nogą o wystający z ziemi korzeń i potknął się.
W tej samej chwili buchnął strzał, a kula utkwiła w boku zwierza.
Słoń padł na kolana i zacharczał. Z trąby i pyska kapała mu krew i strugą spływała na pierś.
Birara uczynił nagle straszliwy wysiłek i wstał.
Spod nóg obsunął mu się brzeg urwiska. Słoń potoczył się na dół, łamiąc krzaki i porywając za sobą kamienie.
Posłyszał nowy strzał. Gdzieś zupełnie blisko gwizdnęła kula i uderzyła w drzewo, odłupując od niego drzazgę.
Zerwał się więc i pobiegł wzdłuż wąwozu, wypadł na szeroką płaszczyznę, przeciął ją wielkim pędem i znalazł się znowu w gąszczu drzew i krzaków.
Chrapał i bluzgał posoką, szkarłatny ślad biegł tuż za nim, a trawy i gałęzie krzaków kołysały się, strząsając na ziemię krople krwi.
Biegł długo, a coraz wolniej i ciężej.
Stanął, gdy noc zapadła.
Oprzytomniał zupełnie. Zrozumiał, że to śmierć go goniła.
Zwęszył bliskość wody.
Odnalazł jezioro, wszedł w głębinę i zanurzywszy się aż po szyję, pozostał tak do rana.
Po wschodzie słońca długo się mozolił, usiłując podnieść się na stromy brzeg.
Nogi odmawiały mu posłuszeństwa, drżały i uginały się pod ciężarem ciała.
Nie mógł westchnąć głęboko, bo ostry ból przeszywał mu pierś.
Dyszał pośpiesznie, jak gdyby po długim biegu lub wdrapywaniu się na górę.
Krótki, urywany oddech zakończył się kaszlem, a wtedy w gardle coś bulgotać zaczęło i zatkało mu nozdrza.
Chciał parsknąć, aby wyrzucić z trąby lepką pianę i czarną, zgęszczoną posokę.
Nie mógł uczynić tego przebitymi płucami, więc rzęził i znowu dyszał porywczo i szybko.
Gorączka trawiła go i dreszcze wstrząsały zbolałym, nagle osłabłym straszliwie ciałem.
Prawie nieprzytomnym, zamglonym wzrokiem spojrzał przed siebie.
Na środku jeziora ostatnią iskrą świadomości Birara spostrzegł wyspę. Wysokie drzewa podnosiły nad nią swe rozłożyste konary, ciągnęły się ku niebu pierzaste liście palm.
W tej samej chwili udało mu się wyrzucić z gardzieli zwał zapieczonej krwi. Od razu poczuł ulgę, bo mógł teraz oddychać nieco głębiej i spokojniej.
Powróciła mu przytomność, a z nią razem myśl o niebezpieczeństwie.
Po raz pierwszy zaświtała ona w mózgu oswojonego słonia.
Pod opieką starego kornaka, a potem Amry, nie zaznał nigdy strachu. Ludzie usuwali przed nim każde niebezpieczeństwo, dbając i troszcząc się o zdrowie swego pomocnika.
Teraz nagle Birara przekonał się, że dżungla, ten wolny kraj, taił w sobie niebezpieczeństwa bez liku. Być może w tej właśnie chwili skrada się ono ku niemu, nieznane i okropne, jak to, co wczoraj przeszyło go rozpalonym ostrzem i pozbawiło sił.
Dziki, obłędny strach ogarnął serce i mózg słonia.
„Ratunku! Ratunku! — miotały się myśli. — Jestem słaby i chory... Chcę spokoju i wypoczynku... Muszę się ukryć... zniknąć bez śladu...”
Wyspa z nieznaną siłą pociągała ku sobie wzrok Birary.
Zdawało mu się, że słyszy jakiś surowy nakaz, natarczywą radę.
Ześlizgnął się do wody i raz jeszcze spojrzawszy na wyspę, popłynął.
Sunął powoli, bo gwałtowne ruchy sprawiały mu ból. Dostawał napadu ciężkiego kaszlu, a woda zalewała mu gardło.
Zanim dopłynął, siły kilka razy opuszczały go.
Birara coraz to zanurzał się z głową i znikał pod powierzchnią wody. Rozpaczliwym wysiłkiem mięśni wypływał po chwili i z jakimś tępym, beznadziejnym uporem posuwał się naprzód.
Ranny, osłabły słoń utonąłby niechybnie, lecz szczęśliwie trafił na podwodną łachę. Dotknął ją słabnącymi nogami i stanął na twardej ziemi.
Odetchnął trochę i wypoczął.
Biegł przez mieliznę, potykając się o leżące na dnie, skamieniałe pnie drzew i wpadając do dołów. Dotarł wkrótce do głębiny i znowu popłynął.
Krótki wypoczynek podtrzymał siły słonia.
Zamajaczyły przed nim zwisające nad wodą gałęzie i korzenie drzew.
Birara z wielkim trudem, nie zważając na straszliwy ból, na kolanach wczołgał się na brzeg i upadł wyczerpany.
Nie mógł uczynić najmniejszego ruchu i to go przerażało.
Wciąż jeszcze ścigał go strach — bezmyślny, górujący nad wszystkimi uczuciami i przytłaczający myśli. Czuł, że musiał odejść jak najdalej od brzegu ukryć się starannie, wcisnąć się do jakiejś skrytki, aby żadna żywa istota nie mogła go dojrzeć.
Nie był w stanie dźwignąć się z miejsca.
Przeleżał w nadbrzeżnych krzakach aż do nocy. Nie wiedział, czy spał czy tracił przytomność.
Obudził go głośny plusk, po którym dobiegł zgrzyt żwiru i przeciągłe syczenie.
Uniósł głowę i z przerażeniem w oczach spojrzał na wąskie pasmo nadbrzeżne.
Uspokoił się natychmiast. Poznał krokodyle, wynurzające się z jeziora i wypełzające na piasek.
Widział te gady na Tapti i Narbadze i nie bał się ich.
Ucieszył się nawet. Skoro krokodyle wyszły na brzeg — mógł być pewny, że w pobliżu nie ma żadnego wroga.
Księżyc wypłynął spoza wierzchołków drzew i oświecił dżunglę i jezioro, które natychmiast okryło się srebrną łuską. Powiał świeży wiatr. Pogwar rozkołysanych gałęzi i poszept liści biegł ponad wyspą.
Birara zebrał resztki sił i podźwignął osłabłe ciało.
Stanął, lecz kolana ugięły się pod nim; uderzył piersią o ziemię.
Uczynił nową próbę i tym razem utrzymał się na nogach.
Robiąc małe kroki, powlókł się w głąb lasu.
Widno w nim było, bo blade oblicze księżyca zaglądało wszędzie.
Odszedłszy kilkaset kroków, słoń położył się znowu, raczej usiadł z wpartymi w ziemię przednimi nogami.
Już wiedział, że nie może się kłaść na boku. Ile razy tak uczynił, natychmiast zaczynała mu płynąć krew z paszczy i tamować oddech.
Dotykając grzbietem grubego pnia, drzemał.
Czuł wyraźnie, że jakieś ciepłe wężyki łachoczą mu skórę.
Nie mogło widzieć bezwładne zwierzę, że na boku w poświacie księżyca lśniła się szeroka struga płynąca z jego rany.
Słabnął coraz bardziej, drżał na całym ciele i przymykał oczy.
Dopiero w południe powróciły mu siły, więc zwlókł się ze swego legowiska i jęcząc z cicha, począł szukać jakiejś skrytki.
Rozumiał, że człowiek nigdy jeszcze w tej dżungli nie bywał.
Od czasu napadu panikisa nienawidził ludzi i cieszył się, że nie spotka ich tu, w tym dzikim, niedostępnym uroczyszczu leśnym.
Szedł więc coraz dalej, rozglądając się uważnie. Po przejściu przez zwikłany gąszcz krzaków, lian i traw — na liściach i gładkich pędach pozostawiał czarne nacieki i czerwone krople krwi, którą broczyła mała ranka na boku.
Birara nie węszył, bo nie mógł wciągnąć powietrza, jednak coś raptownie podrażniło jego powonienie.
Nieznany głos kazał mu szukać.
Szedł z wyciągniętą trąbą i usiłował wciągać powietrze krótkimi, świszczącymi westchnieniami.
Na polance znalazł niskie krzaki. Miały drobne, podłużne listki i małe, czerwone strączki, o ostrym, gorzkim zapachu.
Był to dziki pieprz.
Birara jął gorączkowo zrywać czerwone owoce, żuć je, czując, jak straszliwie pali go w paszczy i gardle, a ożywcze ciepło rozchodzi się po ciele.
Najadł się pieprzu, przeżuł liście i gałązki krzaku, wyrwał korzenie i zjadł je.
Miał gorycz i płomień we wnętrzu. Jednocześnie zaczęły mu się kleić oczy, a rozkoszne ciepło ogarniało mózg i serce.
Zobaczywszy w pobliżu kilka zwalonych drzew, wcisnął się pomiędzy ich zbutwiałe kłody i legł na paprociach, piersią oparty o rozwidlone konary. Usnął natychmiast i spał bardzo długo. Może ze dwa lub ze trzy dni.
Gdy się obudził, miał zdrętwiałe nogi i obolałe stawy. Wstał jednak i poszedł do jeziora.
Pił chciwie i badał siebie.
Rana mniej mu już dokuczała, kaszel ustał, a oddech stał się wolniejszy i głębszy.
Powrócił na polankę i znowu jadł czerwony, gryzący pieprz, w trawie wyszukiwał jakieś zioła, których nigdy przedtem nie widział, ale bezwiednie czuł, że mu są potrzebne.
Odnalazł swoją skrytkę i wkrótce usnął na nowo.
Dopiero w tydzień po postrzale Birara postanowił wykąpać się. Wszedł do jeziora i pozostawał tak długo, aż krwiożercza horda kleszczów oderwała się od jego skóry i opadła na dno.
Woda zmyła skrzepłą krew na bokach i orzeźwiła go.
Gdy wyszedł na brzeg, uczuł głód.
Zerwał kilka agaw i posilił się — po raz pierwszy od szeregu dni.
Potem wyszukał ziółka lecznicze i głośno mlaskając językiem, przeżuwał palące strączki pieprzu i pluł czerwoną śliną.