Rozdział XV. Powrót

Birara, słysząc poza sobą wzmagające się, coraz przeraźliwsze i drażniące go krzyki, wycie, stuk, turkot i gwizd, pędził naprzód.

Biegł takim pędem, robił tak wielki hałas, że nie słyszał nawet strzałów padających tam, dokąd dążył, goniony strachem i ścigany przez tropiących go ludzi.

Dyszał ciężko i otwierał paszczę szeroko, aby wciągnąć jak najwięcej powietrza, stale mu brakującego. Chciał zboczyć na prawo, lecz naganiacze wszczęli natychmiast straszliwy hałas; spróbował biec na lewo — przeraziły go basowe dźwięki rogów i wściekły huragan okrzyków.

Zmuszony więc był biec wprost przed siebie.

Słoń nie mógł przeniknąć zamiarów goniących go ludzi.

Hindusi znali się na łowach w dżungli. Pędzili więc wspaniałą zdobycz, kierując ją na stanowisko swego władcy.

Birara ujrzał wkrótce, że poprzez drzewa przegląda już błękit nieba.

Zbliżał się do skraju dżungli.

Zwolnił kroku i podszedłszy do gęstych, wysokich zarośli palmowych, stanął.

Wyciągnął trąbę i węszył. Nie czuł już teraz bliskiego niebezpieczeństwa, jednak jakaś nagle budząca się w nim nieufność zmuszała go do czujności.

Ostrożnie rozsuwając chaszcze, postąpił kilka kroków naprzód i znowu stanął.

Przez twarde, ostre liście rafii wytknął sam koniec trąby i wciągał powietrze krótkimi, urywanymi chwytami. Bystrym wzrokiem ogarniał znajdującą się przed nim miejscowość.

Widział zaczynającą się tuż za palmami szeroką, otwartą płaszczyznę.

Musiał iść przez nią, więc rozglądał się bacznie, badał ją węchem i słuchem.

Nic budzącego obawy nie wyczuwał, a że goniący go ludzie z hałasem pędzili przez knieję, ruszył dalej.

Już przebył połowę drogi do czerniejącej w oddali ściany dżungli, gdy nagle gdzieś z boku rozległy się strzały, a w ślad z nimi — huk z przeciwnej strony.

Kule ze złośliwym poświstem przemknęły tuż nad nim, niektóre z nich z syczącym klaskaniem wbiły się w ziemię.

— Aj-oj-oj! Ho-ho! U-u-u! — miotał się za biegnącym olbrzymem zwichrzony orkan krzyków, jazgot, przeraźliwe trąbienie rogów.

Jak smagnięty tysiącem batów, Birara, skupiając wszystkie siły, pędził wprost przed siebie, aby jak najprędzej dopaść zbawczej dżungli, zniknąć z oczu ścigających go ludzi i ukryć się przed tym, co najwięcej przerażało go swym groźnym świstem.

W pędzie przelotnie tylko spostrzegł leżącego nieruchomo jelenia, trochę dalej gaura, który wierzgał nogami, usiłując podnieść rogaty łeb.

Wpatrując się w ciemne chaszcze dżungli, która stawała się coraz bliższa, ujrzał nagle coś, co zmusiło go gwałtownie zwolnić bieg.

Spoza krzaków i zwalonych pni podniósł się człowiek. W rękach jego błysnęła lufa karabina i jęła się zniżać.

Naganiacze zrobili swoje, zmusiwszy niezwykłą zwierzynę wyjść na stanowisko maharadży.

Ujrzawszy olbrzymiego słonia, zdumiał się Tasfin.

„Wielki łowczy nie donosił mi nigdy o słoniach w tym małym ostępie...” — pomyślał i wziąwszy na cel mknące zwierzę, czekał na stosowną chwilę.

Naczelnik nadwornych strzelców, stojący za władcą, zawołał nagle głosem, w którym brzmiało przerażenie:

— Wielki, najjaśniejszy panie! To Birara, słoń następcy tronu, królewicza Nassura!

Lufa strzelby błysnęła znowu, bo maharadża opuścił ją, przyglądając się słoniowi.

Birara tymczasem zdążył zwolnić swój rozpęd i miotał się teraz, szukając ratunku. Bezradnie rzucał się w różne strony, lecz teraz spostrzegał wszędzie zaczajonych ludzi z bronią w ręku. Nie śmieli jednak strzelać przed maharadżą. Słoń nigdy przedtem nie widział broni, lecz w tej chwili przerażała go ona, bo czuł płynący od niej powiew śmierci.

Już poczęła go ogarniać rozpacz, już chciał, niepomny na niebezpieczeństwo, runąć na zaczajonych ludzi lub zawrócić, zgnieść i stratować goniących go Hindusów.

Zdyszany i zziajany jął chrapać, dusząc się krwawą, lepką pianą.

Porwał go gniew bezmierny, a ból przeszywał mu porywczo wznoszące się boki.

W tej chwili padł głośny okrzyk:

— Birara!

Gdyby nawet strzał armatni w hałasie przeraźliwych dźwięków i zgiełku rozległ się teraz — nieprzytomny i wściekły słoń nie posłyszałby go.

To zaś słowo, słyszane tyle razy z ust Amry, rozbrzmiało jak uderzenie pioruna.

Birara stanął jak wryty i nadsłuchiwał.

Może to tylko wydało mu się? Przecież już raz mu się to przydarzyło? Wołał go Amra, którego nigdzie znaleźć nie mógł, wołał z bliska... lecz był to sen!

— Birara! — rozległo się wołanie po raz drugi.

Spoza krzaków podniósł się człowiek okazałej postawy i wyciągnąwszy ku niemu rękę, powtórzył:

— Birara! Birara!

Słoń z cienkim, żałosnym, pełnym skargi jękiem pobiegł na zew.

Już widział wyraźnie barczystego mężczyznę o ciemnej, poważnej twarzy i szerokiej, czarnej brodzie. Jakieś błyski wspomnień przeszywały mózg Birary.

Wyprężywszy trąbę, wciągnął powietrze tak głęboko, że aż ryknął z bólu w piersi, lecz po chwili już obejmował stojącego przed nim człowieka, dął na niego, wymachiwał ogonem i wydawał krótkie, jękliwe kwilenia.

Poznał tego człowieka.

Wsadzał go sobie na grzbiet w wąwozie, gdzie Amra z przyjacielem rozpalali ognisko, gdzie się raczył owocami mango i gdzie płynęły najszczęśliwsze dni jego życia.

Birara tulił Tasfina do piersi, coraz goręcej dmuchał mu w twarz, żalił się tęsknym, zbolałym łkaniem, a gdy maharadża, wzruszony i zdumiony, poklepał go po szyi, puścił go, podniósł trąbę i wydał drżący, radosny ryk.

Nie chciał już wcale odejść od Tasfina i dreptał wciąż koło niego, przestępując z nogi na nogę, wzdychając i chrząkając.

Maharadża spostrzegł na piersi słonia pianę zabarwioną krwią i rzekł do strzelca:

— Spójrz no, Fuzalu, czy nie dostał Birara postrzału?

Hindus uważnie obejrzał słonia.

— Najjaśniejszy panie! — rzekł po chwili — Birara ma kulę w boku, lecz rana goić się już zaczęła... o, widzę też przeciętą skórę na pęcinach, złamany kieł i szeroką bliznę na łbie... Dostało się biedakowi... bo chudy jest... i chory.

Maharadża pieścił słonia, głaszcząc go po trąbie, i szeptał:

— Co się z tobą działo, stary Birara? Po cóż to od nas uciekłeś? Któż cię skrzywdził?

Słoń patrzał na mówiącego łzawiącymi się oczami, wzdychał i chrząkał.

Od czasu do czasu obejmował trąbą maharadżę i znowu dmuchał nań gorącym oddechem.

Tam i sam padały jeszcze strzały. Naganiacze wypędzali z chaszczy zaczajone zwierzęta i te szły na śmierć, przeszywane kulami.

Tasfin nie strzelał więcej.

Wzdrygnął się na myśl, że mógłby zabić ulubieńca Nassura.

— Dziękuję ci, Fuzalu! — zawołał, spojrzawszy na strzelca.

— Władco! — odpowiedział Hindus. — Szczęśliwy jestem, jeżeli sprawiłem ci, wielki panie, radość, lecz nie wiem...

— Poznałeś z daleka Birarę! — objaśnił Tasfin i poklepał sługę po ramieniu.

Strzelec pochylił się i ucałował rękę maharadży.

— Weźmiesz słonia i będziesz go leczył i pilnował, aby wydobrzał! — dodał Tasfin.

— Rozkazałeś, najjaśniejszy panie! — skłonił się strzelec. — Znam skuteczne leki: czerwony pieprz dziki i gorzkie zioła „rostaramu”...

— Dobrze! — skinął głową maharadża. — Musisz go doprowadzić do zdrowia!

Naganiacze podchodzili już do stanowisk myśliwych. Od skrzydeł linii strzelców zagrały trąbki. Łowy były skończone.

Znoszono i składano w długi szereg upolowaną zdobycz.

Tasfin zamierzał iść, aby obejrzeć leżące gaury, dziki, jelenie i dużego lamparta. Chciał też powinszować pięknej zdobyczy najszczęśliwszym strzelcom.

Ledwie ruszył z miejsca, jak Birara chrapnął, a w oczach jego błysnęła rozpacz.

Jak to? Jego przyjaciel odchodzi? A co będzie, jeśli i on zniknie nagle, podobnie jak kochane chłopaki o miłych głosach i drobnych dłoniach, pieszczotliwie dotykających jego trąby? Nie! Birara nie przeżyłby tego po raz drugi!

Takie myśli świtały w szerokim łbie słonia, takie obawy dręczyły jego serce, które poznało palącą tęsknotę i ciężkie cierpienia.

Birara, chrząknąwszy cicho, objął Tasfina i wsadził go sobie na grzbiet, po chwili uczynił to samo z Fuzalem i podniósł uszy.

Pytał:

— Co mam robić? Powiedźcie, a wszystko uczynię!

— Naprzód! — rzekł strzelec.

Słoń ruszył. Zatrzymano go przed zdobyczą, leżącą na rozkładzie, więc zdumionym wzrokiem przyglądał się nieżywym już mieszkańcom dżungli i pochrapywał trwożnie. Nie mógł pojąć, dlaczego ciała ich leżą tak spokojnie, zimne i skrwawione? Niepokój i jak gdyby gniew podnosiły się z głębi jego serca.

Gdy otrąbiono powrót do pałacu, maharadża chciał zejść ze słonia i wsiąść na oczekującego go rumaka, lecz Birara ostrożnie schwycił władcę za nogę i przytrzymał.

W pomruku słonia Tasfin wyczuł taką gorącą prośbę i tyle trwogi, że zrozumiał wszystko — i to, że Birara ucieszył się ze spotkania z nim, i to, że boi się go stracić na nowo.

Uśmiechnął się i zawołał:

— Ruszajmy, Birara: w drogę!

Słoń, wymachując ogonem i trąbą, zamruczał radośnie i podreptał na czele pochodu.

Zapomniał o wszystkim na świecie. Nie czuł już bólu w bokach, ani dychawicy duszącej go, ani też słabości w znękanym ciele.

W tej chwili zdawało mu się, że potrafiłby wydobyć i wyciągnąć z mułu najcięższy kloc mahoniu lub przetoczyć na dużą odległość złom białego kamienia.

Świtała mu też nadzieja, że skoro odnalazł dobrego człowieka o czarnej brodzie i dźwięcznym, poważnym głosie, ujrzy też wkrótce małego kornaka i chłopca w białym ubranku, przepasanym szkarłatną szarfą.

Przyśpieszał więc kroku, pomrukiwał i chrząkał coraz bardziej ochoczo. Podnosił co chwila trąbę nad głową i węszył, jak gdyby chciał się upewnić, czy dobry człowiek, którego niósł niegdyś z wąwozu, siedzi jeszcze na jego karku, i czy to on poklepuje go ciepłą, delikatną dłonią.

Rozdział XVI. Oczekiwanie

Na łące pomiędzy skałami a ogrodem pałacowym, przechadzał się Birara. Miał dziwny wygląd. Szerokie pasy płócienne okrywały jego boki, obandażowane nogi wydawały się wprost potwornie grube.

W pobliżu sztachet żołnierze postawili kubeł napełniony czerwonymi strączkami dzikiego pieprzu i żółtych, wonnych ziół. Słoń od czasu do czasu podchodził i trąbą brał lekarstwo. Wywijając ogonem i kurcząc wargi, długo żuł, chrapiąc przeraźliwie, a gdy odchodził od swej „apteki”, roztwierał paszczę szeroko, oddychał szybko i głośno.

Mieszkańcy stolicy tłoczyli się na przeciwległym brzegu rzeki i śmiejąc się, patrzyli na Birarę, który zamaszyście maszerował ku wodzie i pił, aby ugasić płomień, palący mu wnętrze.

Każdego ranka na łące zjawiał się Fuzal z pomocnikiem. Szli, niosąc bandaże i słój z maścią. Strzelec starannie obmywał ledwie zabliźnione, nieraz krwawiące jeszcze rany ogromnego pacjenta i nakładał opatrunek. Słoń stał spokojnie, mruczał i trąbą dotykał ostrożnie lekarza. Gdy Fuzal odchodził, Birara szedł za nim i przy bramie obejmował go i dmuchał mu w twarz, spoglądając nań z wdzięcznością.

Zwykle Birara stał w samym środku łąki, niezmiennie zwrócony głową ku pałacowi. Bacznie śledził każdego człowieka, przechodzącego przez plac, i chwilami przechylał łeb na bok, jak gdyby zdumiony.

W południe, stanąwszy przed bramą, trąbił krótko i rozkazująco.

Warta otwierała podwoje. Birara szedł uroczystym krokiem przed pałac.

Zatrzymawszy się przed kolumnadą wejścia, znowu dawał sygnał.

Miał on jednak teraz odmienne brzmienie — wyrażał prośbę i radość.

Po chwili zjawiał się Tasfin, maharadża Satpury, i zbliżał się do przyjaciela.

Birara drepcząc na miejscu, machał ogonem, wachlował uszami i mruczał.

Tasfin klepał słonia po bokach i głowie, a Birara obejmował go i dmuchał, zerkając oczkami, pełnymi radosnych błysków.

Spotkanie to i pieszczoty trwały długo, bo słoń nie chciał rozstawać się z człowiekiem, budzącym w nim tyle drogich, wzruszających wspomnień.

W osobie Tasfina mieściło się teraz całe minione życie Birary.

Nie pamiętał lat ciężkiej pracy, a nieraz i głodu nawet, odpędzał wspomnienia swych przygód po ucieczce, do której popchnęła go tęsknota.

Echa tych przeżyć zagłuszył w swym sercu, bo płonęło w nim gorące przywiązanie do Tasfina, człowieka, który podobnie, jak on — Birara — widział słodkich chłopaków i słyszał ich łagodne, dźwięczne głosy, zawsze brzmiące w duszy słonia.

Powróciwszy w końcu na swoją łąkę, dążył do wąwozu.

Stawał w cieniu skały, zrywał kilka owoców mangowych i szedł do zbudowanego niedawno chlewu, gdzie kładł się na miękkiej podściółce ze słomy, zasypiał bez snów i zmór.

Pewnego razu spostrzegł niezwykły ruch koło pałacu.

Niejasny, lecz ostry niepokój zagnieździł się na nowo w jego sercu.

Słoń przechadzał się koło ogrodzenia i nie spuszczał oczu z tego, co się działo przed siedzibą królewską. Wynoszono stamtąd meble, kobierce, zasłony, trzepano je i wietrzono. Ogrodnicy przekopywali klomby, ozdabiali je nowymi, kwitnącymi roślinami.

Niezawodnie robiono jakieś przygotowania.

Przed innym skrzydłem pałacu wyprowadzano, myto i czesano rumaki i muły, rewidowano powozy i palankiny, wkładane na grzbiety łowczych słoni.

Służba czyściła i odnawiała terlice, popręgi, napierśniki, siodła i inną uprząż.

Birara nie rozumiał, co się dzieje. Ruch, panujący wokoło gmachu znużył go. Odszedł, lecz niepokój i niewyraźne jeszcze, lecz słodkie przebłyski nadziei nie opuszczały go.

Co chwila podnosił głowę, słuchał, węszył, czując, jak coraz silniej bije mu serce.

W nocy nawet budził się często, wstawał i szedł ku bramie.

Przecisnąwszy trąbę pomiędzy sztachety, węszył głośno.

Niepokój i przeczucie wielkiego szczęścia wzrastały w nim z dniem każdym.

Witając Fuzala i wpatrując się w oblicze Tasfina, miał w oczach niecierpliwe, niemal żądne pytanie.

Był tak przejęty tym, co nadążało ku niemu z nieznanej, tajemniczej dali, że nie zdawał sobie sprawy ze swego dziwnego stanu.

Tymczasem zachodziły w nim dziwne, zatrważające zmiany.

Budząc się rano, nie mógł zebrać sił, aby się podnieść. Jakiś bezwład trzymał go w swej mocy, w piersi i głowie panowała pustka — ciemna i przerażająca.

Borykał się z tą niemocą tak długo i uporczywie, aż dopóki nie zdobył władzy nad steranym, słabnącym coraz bardziej ciałem.

Podnosił się ze słomy, otrząsał się i wychodził na łąkę, drżąc i słaniając się.

Gdyby nie miał przygotowanego pieprzu i ziółek, zmuszony byłby z pewnością położyć się bez nadziei odzyskania sił i woli.

Do południa chodził chwiejnym krokiem, wzdychał i jęczał.

Fuzal codziennie meldował maharadży, że Birara, mimo iż rany zabliźniły mu się na dobre, słabnie z dniem każdym i chudnie.

— Rób, co chcesz — mówił do niego władca — lecz musisz zachować go przy życiu do przybycia królewicza! Nie ustrzegliśmy jego ulubieńca!...

Naczelnik strzelców królewskich odwiedzał Birarę po kilka razy na dzień, a nawet w nocy zaglądał do jego chlewu, przynosząc mu garść pieprzu i kubeł wody.

Słoń przestał sypiać.

Leżał co prawda, lecz ciągle poruszał uszami i nadsłuchiwał niecierpliwie.

Nie odwiedzał już wąwozu i całymi dniami stał przed bramą, wpatrzony w plac, roztaczający się przed fasadą pałacu.

Wciągał powietrze i mruczał żałośnie.

Zdawało się, że mówił:

— Wiem, już wiem, ale, na miłość Boga, prędzej... prędzej! Mogę się nie doczekać...

Birara tupał nogami, chrapał i dmuchał na głaszczącego go żołnierza z warty pałacowej.

Wkrótce pozostawał przy bramie przez całą noc.

Na schylonych nogach tkwił przed nią jak bryła z kamienia.

Wciąż węszył i słuchał...

Najsłabszy nawet dźwięk dochodzący z daleka zmuszał go podnosić uszy i ostrożnie, czujnie kręcić głową.

Gdy niepokojące go odgłosy milkły, parskał i wzdychał żałośnie.

Żądał teraz po kilka razy na dzień, aby go wpuszczano na plac.

Stawał przed pałacem i trąbił potężnie.

Podbiegał do wychodzącego ku niemu maharadży, dotykał trąbą jego ramienia i jęczał, pytając z utęsknieniem:

— Kiedyż? Kiedyż?

Król rozumiał te namiętne dźwięki i dziwił się, że słoń już wie, iż stolica Satpury wygląda przybycia Nassura — „syna brata słońca”.

Nie domyślał się jednak Tasfin, że serce słonia tęskniło za synem Warory, biednego kaleki-żołnierza, że myśl jego biegła przede wszystkim do Amry, małego kornaka, którego pokochał na całe życie i bez którego to życie stało się dlań męką i źródłem niebezpiecznych, nieznośnych cierpień.

„Amra! Amra!” — to słowo brzmiało w głowie i sercu starego, schorzałego słonia.

Dla tego małego chłopaka żył teraz i odganiał blade widmo śmierci, chwilami zasnuwające mu nieprzeniknioną mgłą cały świat i napełniające mrokiem mózg tęskniącego olbrzyma.