Rozdział XXVI. „To matka!”
W „czary” wierzyli wytrwale. Po rannych „śpiewach” miewał Colin czasem wykłady o czarach.
— Lubię mieć wykład — tłumaczył się — bo gdy dorosnę i będę robił odkrycia naukowe, to będę musiał miewać o nich wykłady, więc teraz nabieram już wprawy. Moje prelekcje obecnie nie mogą być długie, bo, po pierwsze, jestem jeszcze mały, a po wtóre, Benowi Weatherstaffowi zdawałoby się znowu, że jest w kościele i znów by usnął.
— Taki wykład to ma do siebie — mówił Ben — że taki chłopiec może sobie wstać i mówić, co mu się podoba, a nie wiadomo, co mu na to odpowiedzieć. Kiedy niekiedy to nawet dosyć lubię takie kazanie.
A gdy Colin miał przemowę, stojąc przed drzewem śliwkowym, stary Ben pożerał go wprost oczyma. Przyglądał mu się krytycznie, lecz z miłością. Interesował się nie tyle wykładem, ile raczej nogami chłopca, które co dzień wyglądały na silniejsze i sprężystsze; młodzieńczą głową, którą tak dumnie podnosił, jego niegdyś śpiczastą brodą i zapadłymi policzkami, które się wypełniły i zaokrągliły, wreszcie oczami, które nabrały blasków znanych Benowi dawniej w innej parze oczu. Czasami, gdy Colin czuł, że surowy wzrok Bena oznacza, iż stary jest bardzo przejęty, ciekaw był bardzo, o czym tak rozmyśla, a razu pewnego, gdy wydawał się po prostu jak w zachwycie, zapytał go:
— O czym tak myślicie, Benie Weatherstaffie?
— Myślę sobie — odparł Ben — że paniczowi w tym tygodniu przybyło najmniej trzy do czterech funtów. Przyglądam się panicza nogom i ramionom. Bardzo bym chciał panicza dostać na wagę.
— To wszystko zasługa czarów... i bułeczek, mleka i innych przysmaków pani Sowerby — odparł Colin. — Widzicie więc, jak się moje naukowe doświadczenie udało.
Tego ranka Dick spóźnił się na wykład. Przyszedł cały zarumieniony od biegu, a zabawna twarzyczka jego promieniała więcej niż zwykle. A że po deszczu dużo było pielenia, zabrali się zaraz do roboty. Zawsze mieli dużo pracy po ciepłym, rzęsistym deszczu. Wilgoć i ciepło zarówno dobre były dla kwiatów, jak i dla chwastów, które zaraz poczęły wypuszczać listki i kiełki, a te należało wyrwać, zanim wyrosły i umocniły się korzenie. Colin pełł na równi z innymi, a w czasie roboty mógł miewać wykłady.
— Czary działają najlepiej, jak my sami pracujemy — powiedział tego rana. — Można je odczuć w nas, w kościach i muskułach. Będę czytał książki o kościach i muskułach, a o czarach sam książkę napiszę. Teraz się właśnie namyślam i wynajduję rzeczy nowe.
W chwilkę po wypowiedzeniu tych słów odłożył motykę i powstał. Przez kilka minut milczał, a tamci domyślili się, że układa sobie wykład, jak to zwykł był czynić. Gdy pochwycił motykę i stanął wyprostowany, zdawało się Mary i Dickowi, że opanowała go myśl nagła a silna. Wyprostował się w całej swej wysokości i radośnie rozpostarł ramiona. Twarz okryła się rumieńcem, źrenice rozszerzyły się radością. Nagle coś sobie w pełni uprzytomnił.
— Mary! Dicku! — wołał. — Spojrzyjcie na mnie!
Przestali pracować i spojrzeli.
— Pamiętacie wy ów pierwszy ranek, gdyście mnie tu przynieśli? — zapytał.
Dick bystro mu się przyglądał. Jako czarodziej zwierząt dostrzegł on więcej rzeczy niż wszyscy, a o wielu z nich nigdy nie mówił. Teraz dostrzegł to i owo w tym chłopcu.
— Pamiętamy, a jakże! — odparł.
Mary również przyglądała mu się bystro, ale nie odzywała się.
— W tej sekundzie właśnie sam sobie tę chwilę przypomniałem — rzekł Colin — jakem sobie spojrzał na rękę trzymającą motykę i musiałem powstać, żeby się upewnić, że to nie sen. A to wszystko prawda! Zdrów jestem! Zdrów!
— Oj, zdrów panicz, zdrów! — powtórzył Dick.
— Zdrów jestem! Zdrów! — znowu mówił Colin, a twarz całą pokrył mu rumieniec.
Przedtem już wiedział o tym do pewnego stopnia, miał nadzieję, czuł i myślał o tym, lecz w tej chwili coś stało się w nim, coś go dreszczem przejęło, jakby nagłe przekonanie i pewność, że musiał je wypowiedzieć.
— Będę żył zawsze! Zawsze! Zawsze! — zawołał wielkim głosem. — Odkryję tysiące, tysiące rzeczy. Odkryję prawdy różne o ludziach, zwierzętach i o wszystkim, co rośnie, jak Dick, a nigdy nie przestanę czynić czarów. Zdrów jestem! Zdrów jestem! Czuję, czuję potrzebę wołać, krzyczeć z dziękczynienia i szczęścia!
Ben Weatherstaff, pracujący w pobliżu przy krzaku róży, spojrzał na niego.
— Powinien panicz zaśpiewać Doksologię63 — zaproponował opryskliwie. Nie miał o tej pieśni właściwie żadnego zdania, propozycję zaś uczynił bez specjalnego poszanowania.
Lecz Colin miał umysł dociekający i o Doksologii nic nie wiedział.
— A co to takiego? — dopytywał.
— Dick to paniczowi na pewno zaśpiewa, ręczę za to — odparł Ben Weatherstaff.
Dick zaś odparł z swym wszystkowiedzącym uśmiechem czarodzieja:
— W kościele ją śpiewają — odparł. — Matka mówi, że wierzy w to, że skowronki ją śpiewają, gdy się rankiem ze snu budzą.
— Jeżeli ona to mówi, to ten śpiew musi być ładny — odparł Colin z przekonaniem. — Sam nigdy nie byłem w kościele. Byłem zawsze zbyt chory. Dicku, zaśpiewaj. Chciałbym ją usłyszeć.
Dick z prostotą przystał. Pojmował, co czuł Colin, lepiej niż on sam. Pojmował przez wrodzony instynkt, tak że sam sobie z tego sprawy nie zdawał. Zdjął czapkę i wciąż się uśmiechając, rozejrzał się dokoła.
— Musi panicz zdjąć czapkę — rzekł do Colina — i Ben także, i musicie powstać, wiadomo!
Colin zdjął czapkę, słońce zaś oświecało i grzało gęsty włos jego, on zaś w skupieniu patrzył na Dicka. Weatherstaff dźwignął się również z kolan, odkrył głowę ze zdziwionym i trochę rozzłoszczonym wyrazem na swej starej twarzy, jakby nie wiedział, dlaczego właściwie czyni rzecz tak niezwykłą.
Dick zaś stał wśród drzew, róż i kwiatów i zaczął śpiewać z prostotą, spokojnie, ładnym chłopięcym głosikiem.
Chwalmy Pana, który wszystko daje.
Niechaj na ziemi głoszą chwałę Jego,
Niech chwałę Jego śpiewają w niebiosach —
Chwałę Ojca i Syna, i Ducha świętego!
Amen.
Gdy skończył, Ben Weatherstaff stał spokojnie, zęby miał zaciśnięte, lecz wzrokiem pełnym rozrzewnienia patrzał na Colina. Colin zamyślony był głęboko.
— To śliczna pieśń — powiedział. — Podoba mi się. Może ona oznacza to, co ja odczuwam, gdy mam ochotę wołać, żem wdzięczny czarom. — Zamilkł i rozmyślał zadumany. — A może czary a tamto, to to samo. Nie można wiedzieć, jak się każda rzecz nazywa. Zaśpiewaj jeszcze raz, Dicku. Mary, popróbuj i ty; ja też spróbuję. To moja pieśń. Jak się to zaczyna? „Chwalmy Pana, który wszystko daje”?
I śpiewać poczęli raz jeszcze; Mary i Colin nastrajali głosy, jak umieli, głos Dicka płynął miękko, a donośnie; przy drugim wierszu Ben Weatherstaff energicznie odkaszlnął, zaś przy trzecim z taką mocą przyłączył się do śpiewających, że można się było przerazić; a gdy przyszło „Amen”, Mary spostrzegła, że stało się z nim to samo, co w chwili, gdy się przekonał, że Colin nie był kaleką: broda mu się trzęsła i patrzał, i mrugał, a pergaminowa twarz jego wilgotna była od łez.
— Dawniej nie mogłem się nigdy w Doksologii sensu dopatrzyć — wyrzekł ochrypłym głosem — ale może mi się z czasem w głowie odmieniło. Ale paniczowi, to najmniej z pięć funtów wagi w tym tygodniu przybyło, przynajmniej z pięć!
Colin tymczasem patrzył w ogród na coś, co uwagę jego przykuwało, a na twarzy poczęło malować się zdumienie.
— Kto tu wszedł? — rzekł spiesznie. — Kto to?
Drzwi w bluszczowej zasłonie otworzyły się z wolna i do ogrodu weszła kobieta. Weszła przy ostatnim wierszu ich śpiewu i stała, słuchając i przyglądając im się. Na ciemnym tle bluszczu, pośród plam słońca padającego na jej błękitną suknię przez gałęzie drzew, ze swą ładną, świeżą twarzą okraszoną miłym uśmiechem, wyglądała na ładnie kolorowany obrazek z jednej książki Colina. Miała cudne, rzewne spojrzenie, które zdawało się obejmować wszystko i wszystkich, nawet Bena Weatherstaffa i „stworzonka”, i każdy pęczek kwiatu. Choć weszła tak zupełnie niespodzianie, nikt nie miał uczucia, że jest tu ona intruzem. Wzrok Dicka promieniał.
— To moja matka! Moja matka! — zawołał i pobiegł do niej przez trawnik.
Colin począł iść także ku niej. Mary szła z nim razem. Obojgu serca żywiej bić poczęły.
— To matka! — zawołał znów Dick, gdy się w połowie drogi spotkali. — Wiedziałem, że panicz chciał ją zobaczyć, więc jej powiedziałem, gdzie są ukryte drzwi.
Colin wyciągnął rękę z rumieńcem nieśmiałości, lecz oczyma wprost pochłaniał jej postać.
— Nawet gdym był chory, chciałem panią zobaczyć — powiedział — panią, Dicka i tajemniczy ogród. Przedtem nie chciałem widzieć nikogo i nic.
Widok jego twarzyczki ku niej zwróconej wywołał nagłą zmianę w jej własnej. Zarumieniła się, kąciki jej ust zadrgały, oczy przesłoniła jakby gęsta mgła.
— Dziecko moje drogie! — zawołała drżącym głosem. — Dziecko drogie! — Nie powiedziała „paniczu”, ale po prostu „drogie dziecko”, nagle, nie zdając sobie z tego sprawy. Byłaby tak samo odezwała się do Dicka, gdyby była ujrzała na twarzy jego coś, co ją wzruszało. Colinowi miłe to było.
— Czy pani się dziwi, że taki zdrów jestem? — zapytał.
Ona zaś oparła mu ręce na ramionach, a uśmiech rozjaśniał mgłę przysłaniającą jej wzrok.
— Pewno, że się dziwię! — odparła. — Ale panicz taki do swej mamusi podobny, że mi się na płacz zbierało.
— Czy myśli pani — zaczął Colin nieśmiało — że mój ojciec mnie dlatego pokocha?
— Na pewno, ależ na pewno, dziecko moje — odparła, klepiąc go delikatnie po ramieniu. — Musi pan do domu wrócić, musi.
— Zuzanno Sowerby — rzekł Ben Weatherstaff, podchodząc do niej. — Spojrzyjcie no na nogi tego chłopca. A co? Dwa miesiące temu były jak dwa patyki w pończochach, a słyszałem przecie, jak ludzie mówili, że ma angielską chorobę i nogi powykręcane na wszystkie strony. A teraz spojrzyjcie: no!
Zuzanna Sowerby zaśmiała się radośnie.
— Jeszcze trochę, a będzie miał piękne, silne nogi, jak na młodego przystało — odparła. — Niech tylko dalej bawi się, pracuje w ogrodzie i zjada, i pije dużo dobrego, słodkiego mleka, a nie znajdziecie w całym Yorkshire ładniejszej pary. Bogu dziękować!
Obie ręce położyła na ramionach panny Mary i przyglądała się jej twarzyczce z macierzyńską troskliwością.
— I panienka także! — rzekła. — Tak panienka wyrosła zdrowo jak nasza Elżunia. Ręczę, że i panienka będzie podobna do swej mamusi. Marta mówiła, że słyszała od pani Medlock, że była podobno śliczna pani. Panieneczka też podobna będzie do róży rozkwitłej, gdy dorośnie, tak ci Panie Boże dopomóż!
Nie wspomniała o tym, że gdy Marta przyszła do domu w swoje „wychodne” i opisywała brzydkie, żółte dziecko, twierdziła, że nie wierzy w opowiadanie pani Medlock. „Przecież uwierzyć w to trudno, żeby ładna kobieta mogła być matką takiego brzydkiego dziecka” — dodała uparcie.
Mary nie miała czasu zajmować się swoją urodą. Wiedziała tylko, że wyglądała teraz „inaczej” i zdawała się mieć dużo gęściejsze i dłuższe włosy. Ale jak sobie przypomniała, z jaką przyjemnością przyglądała się niegdyś matce, wówczas miło jej było usłyszeć, że kiedyś może będzie do niej podobna.
Zuzanna Sowerby obeszła z nimi ogród dokoła. Opowiedzieli jej całą historię, pokazywali każdy krzak, każde drzewo ocalone. Colin szedł przy niej z jednej strony, Mary z drugiej. Oboje nie przestawali zaglądać w jej poczciwe oczy, oboje nie umieli zdać sobie sprawy z dziwnego uczucia, jakie im to zbliżenie dawało, a było to uczucie spokoju i pewności. Zdawało się, że rozumiała ich tak, jak Dick rozumiał swoje „stworzonka”. Nachylała się nad kwiatami i przemawiała do nich jak do dzieci. Sadza dreptała za nią, kilka razy przemówiła do niej „kau-kau” — i usiadła jej na ramieniu, jak Dickowi.
Gdy jej opowiedzieli o gilu i o pierwszej próbie latania piskląt, rozśmiała się słodyczy pełnym, macierzyńskim śmiechem.
— Przypuszczam, że nauczyć ptaszka latać to to samo, co nauczyć dzieci chodzić, ale ogromnie byłabym zatrwożona, gdyby moje dzieci miały skrzydła zamiast nóg — mówiła.
Ponieważ zaś była taka przemiła i miała taki przeuroczy, prostoty pełen sposób bycia, przeto powiedziano jej o czarach.
— Czy pani wierzy w czary? — rzekł Colin, opowiedziawszy jej poprzednio o fakirach. — Mam nadzieję, że pani wierzy!
— O tak, wierzę — odparła. — Nie znałam ich wprawdzie pod tą nazwą, lecz co znaczy nazwa? Pewna jestem, że nazywają to innym mianem we Francji, innym w Niemczech. Ta sama Moc, która sprawia, że roślinki żyją i kwitną, że słońce świeci, uczyniła z panicza takiego dobrego chłopczyka i to jest owo Odwieczne Dobro. I ono nie takie, jak my, biedni, zaślepieńcy, którym tak zależy na tym, by nas takim mianem nazywano, a nie innym. Owo niezmierne Dobro Odwieczne nie troszczy się o takie błahostki. Tworzy Ono miliony światów do naszego podobnych. Niech panicz nigdy nie przestanie wierzyć w Dobro owo i niech panicz wie, że świat cały pełen jest Jego, a nazywać może Je panicz, jak zechce. Toż śpiewaliście o nim, gdym tu weszła.
— Takim był szczęśliwy — rzekł Colin, patrząc na nią swymi cudnymi oczyma. — Nagle zupełnie uprzytomniłem sobie, jak się odmieniłem, jak moje ręce i nogi się wzmocniły, wie pani, i ja mogę stać i kopać, i zacząłem skakać, i chciałem krzyczeć i wołać coś do kogoś, kto by mnie chciał słuchać.
— „Czary” słuchały, gdyście śpiewali Doksologię. A byłyby wysłuchały każdej pieśni waszej. Najważniejszą rzeczą była radość wasza. Oj! Dziecko, dziecko! Co znaczy nazwanie takie lub owakie dla Dawcy wszelkiego Dobra? — i znów poklepała go po ramieniu.
Przygotowała była koszyk, który dnia tego zawierał całą ucztę, a gdy nadeszła godzina głodu, a Dick wyniósł go ze schowania, wtedy matka usiadła wraz z nimi pod drzewem i przyglądała się, jak pochłaniali jej przysmaki, śmiejąc się i żartując. Pełna była zadowolenia i rozśmieszała ich opowiadaniem różnych żartów. Mówiła im rzeczy rozmaite rozwlekłą gwarą i uczyła nowych wyrażeń, śmiała się, jakby się pohamować nie mogła, gdy jej mówili, jaką trudność ma Colin w udawaniu rozkapryszonego inwalidy.
— Widzi pani, że się ciągle musimy śmiać, gdy jesteśmy razem — mówił Colin. — A ten śmiech na chorobę nie wygląda wcale. Usiłujemy go stłumić, ale on jednak wybucha, a to jeszcze wiele gorzej.
— Jedna rzecz często mi na myśl przychodzi — mówiła Mary — i jak nagle o tym pomyślę, to już naprawdę trudno mi się wstrzymać od śmiechu. Myślę sobie, przypuścić można, że teraz Colin będzie wyglądał niedługo jak księżyc w pełni. Jeszcze tak nie jest, ale on z dniem każdym jest tłuściejszy. No więc przypuśćmy, że pewnego pięknego poranku stanie się taki: co wtedy zrobimy?
— Tak, tak! Widzę ja dobrze, że musicie grać komedię — rzekła Zuzanna Sowerby. — Ale już długo tego nie będziecie potrzebowali robić. Pan Craven wróci niedługo do domu.
— Myśli pani, że wróci? — spytał Colin. — Dlaczego?
Zuzanna Sowerby uśmiechnęła się znacząco.
— Myślę, że by się paniczowi serce krwawiło, gdyby się ojciec dowiedział o wszystkim, zanim mu panicz sam powie — rzekła. — Pewnie przez niejedną noc bezsenną panicz sobie to spotkanie planował.
— Nie zniósłbym, gdyby mu ktokolwiek inny o tym powiedział — rzekł Colin. — Myślę sobie o różnych sposobach codziennie. Teraz myślę, żeby wbiec do jego pokoju.
— To by dopiero była niespodzianka dla niego — rzekła Zuzanna Sowerby. — Chciałabym pana wtedy widzieć. Chciałabym, jak Boga kocham. Musi wrócić do domu, musi!
Omawiali szczegółowo wizytę swoją na wrzosowisku.
Ułożyli sobie już wszystko. Przez wrzosowisko pojadą, śniadanie spożyją na otwartym powietrzu, wśród wrzosów. Poznają wszystkie dwanaścioro dzieci i ogród Dicka zobaczą, i wrócą dopiero wtedy, jak się zmęczą.
Zuzanna Sowerby powstała wreszcie, by wrócić do domu i zajść do pani Medlock. Czas też już był zawieźć Colina również z powrotem. Lecz zanim usadowił się w fotelu, stanął blisko przy Zuzannie, patrzał na nią z uwielbieniem i nagle pochwycił za fałdy jej błękitnej sukni.
— Pani jest taka, właśnie taka, jak sobie wymarzyłem — powiedział. — Chciałbym, żeby pani była moją matką, tak samo jak matką Dicka.
Nagle Zuzanna Sowerby pochyliła się, ujęła go w ramiona i przytuliła do swego zacnego serca, tak jakby był bratem Dicka. Gęsta mgła snadź64 przysłoniła jej oczy.
— Moje ty dziecko drogie! — zawołała. — Twoja matusia jest tu w tym ogrodzie, wierzę w to niezłomnie. Nie może ona być daleko od ciebie. Ojciec twój musi do ciebie przyjechać, musi!
Rozdział XXVII. W ogrodzie
Od początku świata każdy wiek miał swoje wynalazki. W ostatnim stuleciu uczyniono odkryć zadziwiających więcej niż w wiekach poprzednich, odkryć coraz cudowniejszych. Na razie nie chcą ludzie uwierzyć, żeby można dokonać czegoś nowego, później zaczynają ufać, że można tego dokonać, później widzą, że się dokonuje, na koniec dokonuje się czegoś, a ludzkość dziwi się, że nie zrobiono tego już przed wiekami. Jednym z najostatniejszych odkryć naukowych doby obecnej jest to, że myśl — po prostu myśl — może być równie silna jak bateria elektryczna, równie dobroczynna jak promienie słoneczne lub zabójcza jak trucizna. Przejmowanie się i trwanie w myślach smutnych lub złych jest tym samym, co zakażenie organizmu, na przykład zarazkiem szkarlatyny. Skoro też tylko dopuści się do osiedlenia się takiej myśli na stałe, natenczas może to być ze szkodą na całe życie.
Dopóki umysł Mary pełen był myśli nieprzyjemnych, złego mniemania o ludziach, obojętności na to, czy ją będą lubić, czy się będzie podobać, obojętności na wszystko, co ją otaczało, dopóty była ona dzieckiem złym, niepoczciwym, o żółtej, chorobliwej cerze. Okoliczności jednak były dla niej łaskawe, choć nie zdawała sobie sprawy z tego. Poczęły one kierować nią ku jej dobru. W miarę jak jej myśl poczęła się zaprzątać gilami i domkami pełnymi dzieci, i starymi ogrodnikami o pomarszczonych twarzach, i prostymi dziewczynami wiejskimi, i wiosną, i tajemniczymi ogrodami ożywiającymi się z dnia na dzień, a również i chłopcem z wrzosowiska, i jego „stworzonkami”, nie było w jej głowie miejsca na myśli nieprzyjemne, które by oddziaływały ujemnie na jej wątrobę i trawienie i powodowały żółtość cery i zmęczenie.
Dopóki Colin zamykał się w swoim pokoju i myślał tylko o swoich lękach, chorobie i nienawiści do tych, którzy na niego patrzyli, dopóki godzinami całymi rozmyślał o garbach i wczesnej śmierci, dopóty był histerycznym, na poły zidiociałym małym hipochondrykiem, któremu nieznane były promienie słoneczne i wiosna, i który nie wiedział, że może być zdrów i że może chodzić, o ile tego popróbuje. Ale gdy nowe, dobre i piękne myśli i wrażenia poczęły brać górę nad dawnymi okropnymi, życie nowe poczęło w niego wstępować, krew zaczęła zdrowo krążyć w żyłach, a siły i moc napływały weń całą falą. Jego doświadczenie naukowe było bardzo proste i praktyczne i nie było w nim nic nadziemskiego. Wiele dziwniejsze rzeczy dziać się mogą z kimś, kto w czas umie się spostrzec, gdy go złe myśli nachodzą i zdoła je oddalić i dobrymi zastąpi, które mu otuchę i moc dadzą. Dwóch rzeczy naraz robić nie można.
„Gdzie róże, chłopcze, posiejesz
Nie mogą zakwitnąć osty”.
Podczas gdy tajemniczy ogród powracał do życia, a z nim dwoje dzieci, był człowiek pewien, wędrujący po świecie, daleko, po cudzych miejscowościach wśród fiordów norweskich i po górach i dolinach Szwajcarii, a był to człowiek, który od dziesięciu lat poddawał się czarnym, rozpaczliwym myślom. Nie był on odporny i nie próbował nigdy zastąpić swych myśli innymi, pogodnymi. Wędrował nad cudnymi brzegami jezior błękitnych — myśli złe szły za nim, spoczywał na stokach gór w bukiety wonnego kwiecia spowitych, oddychał balsamicznym górskim powietrzem — a złe myśli go nie opuszczały. Ból okrutny złamał go w chwili największego szczęścia, w duszy jego noc osiadła, a nie chciał nigdy promyka jaśniejszego do niej dopuścić. Opuścił i zaniedbał dom i obowiązki. Gdy podróżował, widok jego krzywdę ludziom robił — tak bowiem smutek nad nim ciążył, że atmosferę około siebie smętkiem tym zatruwał. Ludzie obcy przypuszczali, że musi być albo chorym umysłowo, albo mieć jakąś ukrytą zbrodnię na sumieniu. Był to człowiek wysoki, o ściągłej twarzy i przygarbionych plecach, w hotelach zaś zapisywał swe nazwisko jako „Archibald Craven, Misselthwaite Manor, Yorkshire, Anglia”.
Podróżował daleko i szeroko od chwili, gdy widział Mary w swym gabinecie i powiedział jej, że może mieć swój „kawałek ziemi”. Zwiedził najpiękniejsze miejscowości Europy, choć nigdzie więcej nad dni kilka nie bawił. Wybierał najcichsze i najbardziej oddalone zakątki. Był na wierzchołkach gór, których szczyty w obłokach się kryły, i spoglądał na inne szczyty, gdy słońce wstawało i takim je oblewało światłem, że, rzekłbyś, świat się na nowo rodzi.
Lecz cuda te nie oddziaływały na niego aż do pewnej chwili, gdy uprzytomnił sobie, że po raz pierwszy od lat dziesięciu stało się z nim coś dziwnego. Znajdował się w przecudnej dolinie w Tyrolu austriackim i szedł wśród takich cudów, które byłyby zdolne każdą najsmutniejszą duszę pocieszyć i podźwignąć. Szedł długo, lecz pociechy nie znalazł. Wreszcie poczuł znużenie i by odpocząć, rzucił się na kobierzec z mchu nad brzegiem strumyka. Był to przeźroczysty, mały strumień, biegnący radośnie w swym wąskim łożysku pośród bogactwa wilgotnej zieleni. Czasami wody jego szemrały jak śmiech wesoły, szumiąc po kamykach i bijąc o brzeg zielony. Widział, jak ptaki nachylały główki i przychodziły pić jego wody, a potem rozwijały skrzydełka i frunęły hen, daleko. Był jakoby czymś żyjącym, a jednakże delikatny szum jego czynił ciszę jeszcze głębszą. Dolina była spokoju pełna.
Gdy tak siedział, przyglądając się pięknym przeźroczystym nurtom, pan Archibald Craven poczuł, jak z wolna myśli jego i ciało poczęły napełniać się pokojem i ciszą doliny. Myślał, że może śni, lecz nie usnął. Siedział i patrzył na przesiąkniętą słońcem wodę, a oczy jego poczęły dostrzegać rosnące nad brzegiem kwiaty. W jednym miejscu rozkwitło całe pole niezapominajek tak blisko wody, że listki ich kąpały się w strumieniu, patrząc zaś na nie, pan Craven uprzytomnił sobie nagle, że przed wielu laty lubił się im przyglądać. Myślał z rozczuleniem, jakim cudem błękitnym były owe tysiące rozkwitających się kwiatów. Nie wiedział on, że myśl owa tak prosta, poczęła z wolna wypełniać mu umysł — wypełniać, wypełniać, aż usunęła zeń inne smutne myśli. Było to tak, jakby słodka, promienna wiosna zaczęła się budzić nad sennymi wodami bagnisk i z wolna przemieniała je w toń kryształową. Lecz on sprawy sobie z tego nie zdawał. Wiedział tylko, że dolina zaczyna napełniać się coraz głębszą ciszą, on zaś siedzi i przygląda się jasnym, błękitnym kwiateczkom. Nie zdawał sobie sprawy, jak długo tam siedział i co się z nim działo, wreszcie poruszył się, jakby się ze snu budził, wstał z wolna, stanął na mchach puszystych, oddychając głęboko i nie wiedząc, co się z nim dzieje. Zdawało się, że w nim coś łagodnie, spokojnie rozwiązało się, oswobodziło.
— Co to jest? — rzekł szeptem i rękę przesunął po czole. — Czuję, jakobym do życia powracał!
Nie mam dostatecznych wiadomości o cudownościach rzeczy nieznanych, bym zdolny był wytłumaczyć, jakim sposobem się to stało. I trudno w ogóle byłoby to wytłumaczyć. On sam pojąć tego nie mógł, lecz przypomniał sobie ową dziwną godzinę w kilka miesięcy potem, gdy znów znalazł się w Misselthwaite i przypadkiem doszedł do wniosku, że w tymże samym dniu Colin zawołał, zszedłszy do tajemniczego ogrodu:
— Będę żył zawsze, zawsze, zawsze!
Ów dziwny spokój pozostał w nim przez resztę wieczoru i zasnął nowym, ożywczym snem. Niestety! Nie trwało to długo. Nie wiedział o tym, że może go w sobie zachować. Następnej nocy dał folgę swym smutnym myślom, które falą powróciły i opanowały go. Opuścił dolinę i puścił się na dalszą wędrówkę. Lecz — rzecz dziwna — bywały minuty, a nieraz i godziny, gdy, nie wiadomo dlaczego, znów ów przytłaczający go ciężar zdawał się unosić, a on miał uczucie, że staje się zdolnym znów do życia. Z wolna — z wolna — nie znając przyczyny, ożywiał się wraz z ogrodem.
Gdy złote lato zamieniło się w barwną jesień, udał się nad jezioro Como. Tu znalazł czar jak we śnie. Dni całe spędzał nad błękitnym przeźroczem wód lub błądził wśród bogatej zieleni wzgórz aż do znużenia. Lecz tymi czasy począł sypiać lepiej, a sny okropne przestały go dręczyć.
„A może — myślał — sił zaczynam nabierać?”.
Zaczynał nabierać sił — prawda, lecz z powodu owych godzin, gdy umysł jego wypoczywał, duch jego począł się znowu stawać silniejszym. Począł myśleć o Misselthwaite i o tym, czy by nie wrócić do domu. Od czasu do czasu myślał trochę o synu i zapytywał sam siebie, co by odczuwał teraz, gdyby stanął nad łożem z baldachimem na czterech rzeźbionych kolumnach i spojrzał na ostro cyzelowaną twarz jak z kości słoniowej i na ciemne rzęsy ocieniające przerażająco mocno zamknięte oczy. Wstrząsnął się.
Pewnego cudnego dnia poszedł tak daleko, że gdy wrócił, księżyc wysoko stał na niebie i srebrzył swymi blaskami świat cały. Cisza jeziora, brzegów i lasu tak była czarowna, że żal mu było wracać do willi, w której mieszkał. Podszedł do małego tarasu nad brzegiem wody, usiadł na ławce i oddychał wszystkimi wonnościami tej czarownej nocy. Czuł dziwną ciszę skradającą się nad nim — a cisza ta stawała się coraz głębszą, głębszą, aż zasnął.
Nie wiedział, kiedy zasnął i kiedy począł śnić; sen jego tak był rzeczywisty, że nie czuł, iż śni. Później sobie przypomniał, jak mu się zdawało, że jest przytomny i rozbudzony. Zdawało mu się, że gdy siedział i oddychał wonią róż jesiennych i słuchał plusku fal u swych stóp, usłyszał głos wołający go. Głos był słodki i czysty i szczęśliwy i bardzo daleki. Zdawał się bardzo oddalony, lecz słyszał go tak dokładnie, jakby to było tuż obok.
— Archi! Archi! Archi! — mówił głos; po czym znów wyraźniej i czulej niż przedtem — Archi! Archi! — dodał.
Zdawało mu się, że skoczył na równe nogi, nawet nie zdziwiony.
Głos był tak rzeczywisty i tak zdawał się naturalny, że musiał go słyszeć.
— Lilias! Lilias! — odrzekł. — Lilias! Gdzie jesteś?
— W ogrodzie! — zadźwięczało jak głos fletni złotej. — W ogrodzie!
I sen się prześnił. Lecz pan Craven się nie zbudził. I spał głęboko i słodko całą tę noc czarowną. Gdy się obudził, ranek był już słoneczny, nad nim stał służący. Był to Włoch, przyzwyczajony, jak cała służba willi, do przyjmowania bez zdziwienia każdego kaprysu swych obcych panów. Nikt nie wiedział, kiedy pan wyjdzie, kiedy wróci, kiedy zechce spać albo czy błądzić zechce po parku, czy leżeć noc całą w łodzi na jeziorze. Służący trzymał tackę z listami i czekał spokojnie, aż je pan Craven odbierze. Gdy odszedł, pan Craven siedział chwil kilka, trzymając je w ręku i patrząc w zamyśleniu na jezioro. Ów dziwny spokój wciąż był w nim i coś więcej jeszcze — poczucie, jakby owa rzecz okrutna nie istniała i jakby się coś zmieniło nagle. Przypominał sobie sen — ów sen tak rzeczywisty.
— W ogrodzie! — rzekł, dziwiąc się sobie samemu. — W ogrodzie! Ależ drzwi są zamknięte, a klucz pochowany tak głęboko!
Gdy chwilkę później rzucił okiem na trzymane w ręku listy, spostrzegł, że na samym wierzchu jest jeden list angielski, pochodzący z Yorkshire. Adresowany był niewyrobionym, nieznanym mu pismem kobiecym. Otworzył go, nie myśląc o tym, kto pisze, lecz pierwsze zaraz słowa przykuły jego uwagę.
„Jaśnie Wielmożny Panie!
Jestem Zuzanna Sowerby, która niegdyś miała śmiałość zaczepić JWPana na wrzosowisku. Chodziło wtenczas o pannę Mary. Ośmielam się znów niepokoić JWPana. Proszę Jaśnie Pana, gdybym była Panem, to bym wróciła do domu. Myślę, że JWPan byłby szczęśliwy, gdyby wrócił, a — proszę mi moją śmiałość wybaczyć — myślę, że gdyby JWPani żyła, to by też prosiła, żeby JWPan wrócił.
Uniżona sługa,
Zuzanna Sowerby”.
Pan Craven dwa razy list przeczytał, zanim go z powrotem włożył w kopertę. Wciąż myślał o owym śnie.
— Wrócę do Misselthwaite — powiedział. — Tak jest, wracam niezwłocznie.
Po czym wrócił do willi i kazał Pitcherowi przysposobić wszystko do powrotu do Anglii.
W kilka dni później znajdował się znów w Yorkshire, a w czasie całej długiej podróży rozmyślał o swym synu jak nigdy przedtem, przez całe lat dziesięć o nim nie myślał. Przez cały ten przeciąg czasu pragnął tylko zawsze zapomnieć o nim. Teraz, choć nie zamierzał myśleć o nim, to jednak myśli te same tłoczyły się do głowy. Przypomniał sobie owe dnie straszliwe, gdy od zmysłów odchodził, że dziecko żyje, a matka umarła. Nie chciał go wcale widzieć, a gdy wreszcie poszedł je zobaczyć, ujrzał wątłe, brzydkie maleństwo, tak słabe, że wszyscy pewni byli, że zaledwie dni kilka przeżyje. Lecz ku zdumieniu tych wszystkich, którzy pieczę o nim mieli, dnie upływały, a dziecko żyło; wtenczas przekonani byli wszyscy, że będzie kaleką.
Nie był on złym ojcem, ale wcale uczuć ojcowskich dla syna nie żywił. Sprowadzał mu doktorów, pielęgniarki, wygodami otaczał, lecz wzdrygał się na samą myśl zobaczenia chłopca i zasklepiał się w swym smutku. Gdy po roku nieobecności pierwszy raz do Misselthwaite powrócił, a drobne, nędzne stworzonko podniosło ku niemu zmęczoną i obojętną twarzyczkę z wielkimi, szarymi oczyma i czarnymi rzęsami, tak podobnymi, a jednak tak różnymi od owych oczu, które uwielbiał, znieść nie mógł tego widoku i odwrócił się odeń blady śmiertelnie. Potem rzadko kiedy go widywał, chyba śpiącego, a wiedział o nim to tylko, że był nieuleczalnym kaleką, o złym, przewrotnym, histerycznym charakterze. Wybuchom złości, szkodliwym dla jego zdrowia, zapobiegać było można jedynie ustępowaniem we wszystkim jego woli.
Wszystkie te wspomnienia nie dodawały zbytnio ducha, ale gdy pociąg wiózł go przez tunele i złociste równiny, człowiek do życia wracający myślał głęboko i długo.
— Możem przez całych dziesięć lat nie miał65 racji — rzekł do siebie. — Dziesięć lat to kawał czasu. Może już za późno, by można było naprawić cośkolwiek. O czym ja też myślałem!
Naturalnie, że to były złe czary, żeby zaczynać od słowa „za późno”. Nawet Colin byłby mu to powiedział. Lecz pan Craven nie wiedział nic o oczarach, ani o białych, ani o czarnych. Tego będzie się musiał nauczyć. Rad byłby wiedział, czy Zuzanna Sowerby odważyła się na list dlatego, że jako matka spostrzegła, że chłopcu jest gorzej — że może jest bardzo chory. Gdyby nie był pod wrażeniem owego dziwnego spokoju, który nim owładnął, byłby bardziej przygnębiony niż zwykle. Lecz spokój przyniósł z sobą jednocześnie odwagę i nadzieję. Zamiast poddawać się złym myślom, spostrzegł, że usiłuje wierzyć, że będzie lepiej.
„Czyżby możliwe było, żeby wiedziała, że będę zdolny dobrze na niego wpłynąć? — myślał. — Pojadę i zobaczę się z nią w drodze do Misselthwaite”.
Lecz gdy w drodze przez wrzosowisko zatrzymać kazał powóz przed domkiem, siedmioro lub ośmioro dzieci, bawiących się opodal, zbiło się w gromadkę i, kłaniając się grzecznie, objaśniło, że ich matka udała się na drugi koniec wrzosowiska, aby być pomocną chorej znajomej.
— A nasz Dick — dodały — chodzi do Misselthwaite i tam pracuje w ogrodzie przez kilka dni w tygodniu.
Pan Craven spojrzał w ten zbiór silnych, małych dzieci, o pyzatych, rumianych twarzyczkach, uśmiechniętych każde na swój sposób i uprzytomnił sobie, że są zdrową, miłą gromadką. Uśmiechnął się do nich, wyjął złotego suwerena z kieszeni i wręczył go „naszej Elżuni”, jako najstarszej.
— Jak to podzielicie na osiem części, to każde z was otrzyma pół korony — powiedział.
Potem odjechał wśród śmiechu, chichotu, ukłonów, trącania się łokciami i podskoków radości.
Jazda przez wrzosowisko kojąco nań oddziaływała. Dlaczego dawało mu to uczucie zbliżania się do domu, uczucie, którego nie był zdolny, jak sądził, nigdy już odczuwać — owo poczucie piękności ziemi i nieba i owo serca bicie przy zbliżaniu się do starego gniazda, w którym od sześciu wieków przodkowie jego żyli? Jakże uciekał odeń ostatnim razem, wzdrygając się na myśl o jego zamkniętych pokojach i chłopcu leżącym na łożu z baldachimem na czterech rzeźbionych kolumnach. Czyż byłoby możliwe, że by go znalazł zmienionym odrobinę na lepsze i że by mógł opanować swe drżenie przed jego widokiem? Jakże rzeczywistym był ów sen — jakiż cudny i wyraźny ów głos, który nań wołał: „W ogrodzie, w ogrodzie!”.
— Spróbuję odszukać klucz — powiedział. — Spróbuję otworzyć drzwi. Muszę, choć nie wiem dlaczego.
Gdy stanął przed domem, zauważyła służba, przyjmująca go ze zwykłymi honorami, że lepiej pan wyglądał i że nie udał się do pokoi oddzielnych, w których zamykał się z Pitcherem. Poszedł do biblioteki i posłał po panią Medlock. Zjawiła się natychmiast podniecona, ciekawa, zaaferowana.
— Jak się miewa panicz? — spytał.
— Proszę pana — odparła pani Medlock — panicz... panicz jest... inny, że tak powiem...
— Gorzej? — dopytywał.
— Proszę pana — usiłowała tłumaczyć — ani doktor Craven, ani pielęgniarka, ani ja nie możemy go zrozumieć.
— Dlaczego?
— Tak po prawdzie, żeby powiedzieć, sir, to paniczowi może jest lepiej, a może mu się odmienia na gorsze. Apetyt jego przechodzi wszelką imaginację, a jego zachowanie...
— Czy zrobił się z niego jeszcze większy dziwak? — spytał pan Craven, marszcząc brwi z przestrachem.
— To, to, to, sir! Zrobił się bardzo dziwny, gdy go się porówna z tym, jakim był dawniej. Zwykle nic nie jadał, a potem naraz zaczął jeść: no, coś niebywałego! A potem nagle znów przestał i odsyłał potrawy nietknięte jak dawniej. Może pan nie wie o tym, że nigdy panicz nie chciał wyjść na powietrze. Przez cośmy wszyscy przechodzili, jak go się namawiało, to jak wspomnę, jeszcze mnie strach bierze. Doprowadzał się do takiego stanu, że doktor Craven mówił, że go namawiać nie będzie, bo nie może za niego odpowiadać. No więc potem, sir, bez namowy żadnej, po jednym z najgorszych napadów, nagle zażądał koniecznie, żeby go co dzień wywozili do ogrodu z panną Mary i Dickiem Zuzanny Sowerby, który popycha wózek. Upodobał sobie ich oboje, pannę Mary i Dicka, i Dick przyprowadził mu swoje oswojone zwierzątka, i czy pan uwierzy, od rana do wieczora panicz jest na dworze.
— Jakże wygląda? — brzmiało następne pytanie.
— Żeby się odżywiał normalnie, to by można myśleć, że utył, ale lękamy się, że to może rodzaj obrzmienia. Czasami tak dziwnie się śmieje, jak są sami z panną Mary. Dawniej nigdy się nie śmiał. Jeśli pan pozwoli, to doktor Craven sam przyjdzie tutaj. Nigdy w życiu nie był jeszcze taki zdumiony.
— Gdzie teraz jest Colin? — pytał pan Craven.
— W ogrodzie. On ciągle jest w ogrodzie, choć nikomu zbliżać się nie wolno, z obawy, żeby na niego nie patrzano.
Pan Craven ledwo dosłuchał ostatnich słów.
— W ogrodzie — powiedział; a gdy odesłał panią Medlock, stanął i powtarzał ciągle: — W ogrodzie!
Musiał zrobić wysiłek, żeby się ocknąć, a gdy poczuł znów, że jest na ziemi, zawrócił i wyszedł z pokoju. Skierował się tą samą drogą, co Mary, przez drzwi w żywopłocie, w laurową aleję, koło fontanny. Woda teraz tryskała i fontanna otoczona była klombami świetnych kwiatów jesiennych. Przeszedł przez gazon i zawrócił w Wielką Aleję przy bluszczem okrytych murach. Szedł wolno z oczyma utkwionymi w ścieżkę. Czuł, że moc jakaś ciągnie go ku miejscu, w którym tak dawno nie był, a nie wiedział dlaczego. W miarę jak się doń zbliżał, zwalniał wciąż kroku. Wiedział, gdzie są drzwi, choć bluszcz tak gęsto je zarósł — lecz nie wiedział dokładnie, gdzie jest pogrzebany klucz.
Zatrzymał się zatem, rozglądając się, lecz w tejże chwili przystanął i począł słuchać, zapytując sam siebie, czy to wszystko sen.
Bluszcz wisiał gęstymi splotami nad drzwiami, klucz pogrzebany był pod krzewami, żadna istota ludzka progu tego nie przestąpiła od lat dziesięciu — a jednak w ogrodzie były odgłosy. Były to odgłosy biegania, tupot nóg, jakby goniących się między drzewami, były dziwne, tłumione dźwięki przyciszonych głosów, wykrzykniki i tłumione wybuchy radosne. Brzmiało to jak śmiechy młodych istot, niekrępowany niczym śmiech dzieci, które usiłowały, by ich słychać nie było, lecz w pewnym momencie wybuchnęły wesoło. O czymże on śnił — na miłość boską — cóż on słyszał? Czy zmysły postradał i myślał, że słyszy rzeczy nie dla ludzkich słyszalne uszu? Czy o tym mówił ów cichy, słodki głos?
A naraz nadeszła chwila — chwila niekrępowania się, gdy zapomniano panować nad sobą. Tupot był coraz szybszy — zbliżał się do drzwi ogrodu — młody, zdrowy oddech, wybuchy śmiechu niepowstrzymanego — drzwi w murze rozwarły się na oścież, pęki bluszczu zostały uniesione i całym pędem wybiegł chłopczyk, a nie widząc przybysza, wpadł prosto w jego ramiona.
Pan Craven ręce w sam raz rozpostarł, by go uchronić od upadku, który by miał miejsce z powodu nieprzewidzianej przeszkody, gdy zaś przyjrzał mu się zdumiony, począł ustami oddech chwytać z wielkiego wzruszenia.
Był to chłopczyk wysoki i bardzo ładny. Tryskało z niego życie, a bieg szybki twarz mu rumieńcem okrasił. Odrzucił z czoła gęste włosy i podniósł ku panu Craven parę wielkich, szarych oczu — oczu pełnych chłopięcego śmiechu i wesela, oczu ocienionych długą czarną rzęsą jak frędzlą. Oczy te wzruszyły tak bardzo pana Cravena.
— Kto to?... Co?... Kto?... — jąkał.
Colin inaczej sobie wszystko wyobrażał — nie tak sobie spotkanie układał. A jednak to, że tak wpadł na ojca wśród gonitwy, dobiegając pierwszy do mety, było może nawet lepiej. Wyprostował się, robiąc się jak mógł najwyższy. Mary, która się z nim goniła, wypadła równocześnie przez drzwi i pewna była, że przedtem się taił, a teraz dopiero wyprostował w całej swej wysokości.
— Tatusiu — powiedział — jestem Colin. Pewnie nie wierzysz, tatusiu. Ja sam ledwo uwierzyć mogę. Jestem Colin.
Tak samo jak pani Medlock, nie mógł pojąć, co znaczą słowa ojca:
„W ogrodzie, w ogrodzie!”
— Tak, tak — trzepał Colin. — Ogród to zdziałał i Mary, i Dick, i stworzonka, i czary. Nikt o tym nie wie. Trzymaliśmy to w tajemnicy, żeby tobie, tatusiu, najpierw powiedzieć. Zdrów jestem, mogę Mary prześcignąć. Będę atletą.
Mówił to wszystko jak chłopiec normalny i zdrowy — twarz mu pałała, słowa padały jak grad — a dusza pana Cravena drżała ze szczęścia.
Colin rękę wyciągnął i na ramieniu ojca położył.
— Czy się tatuś nie cieszy? — kończył. — Czy tatuś nie kontent? Będę teraz żył zawsze, zawsze, zawsze!
Pan Craven ręce oparł na ramieniu chłopca i milczał. Przez chwilę nie mógł się odezwać.
— Zaprowadź mnie do ogrodu, dziecko — wyrzekł na koniec. — I opowiedz mi wszystko od początku.
I wprowadzili go do ogrodu.
Było to miejsce cudów jesiennych pełne, pełne złota, purpury, fioletu i szkarłatu, a wszędzie kwitły snopy lilii białych i biało-purpurowych. Pan Craven pamiętał, gdy tu pierwsze z nich sadzono, że w owej roku porze roztaczały swe wdzięki. Późne, jesienne róże pięły się, zwieszały i czepiały, a promienie słońca czyniły odblask pożółkłych liści złocistszym jeszcze i miało się uczucie, że się znajduje w złotej świątyni sklepionej.
Nowy przybysz stał się cichy i zapatrzony. Tak samo jak dzieci, gdy po raz pierwszy ujrzały szarość drzew i krzewów. Rozglądał się wciąż dokoła.
— Myślałem, że zmarniał — powiedział.
— Mary też tak z początku myślała, ale jednak ożył — odparł Colin.
Potem zaś zasiedli pod ich drzewem wszyscy, prócz Colina, który chciał stojąc historię swą opowiedzieć.
Była to najdziwniejsza opowieść, jaką w życiu słyszał Archibald Craven, a wypowiedziana była z chłopięcym zapałem i fantazją. Tajemnica, czary, dzikie stworzonka, niezwykłe nocne spotkanie, nadejście wiosny, obrażona duma, która radży małemu sił dodawała do stanięcia o własnych siłach, by Benowi Weatherstaff w oczy kłam zadać66. Niezwykłe towarzystwo, granie komedii, wielka tajemnica tak starannie strzeżona.
Słuchający śmiał się, aż łzy mu napłynęły do oczu, a czasami łzy miał w oczach, choć nie śmiał się wcale. Atleta, prelegent, odkrywca naukowy, wszystko to było zabawne, urocze, zdrowe, prześliczne.
— Teraz jednak — dodał na końcu — już to tajemnicą nie będzie. — Boję się, że jak mnie zobaczą, to spazmów dostaną, ale już w fotelu nigdy nie pojadę. Pójdę z tobą, tatusiu, do domu.
Obowiązki Bena Weatherstaffa rzadko pozwalały mu oddalić się z ogrodu, lecz dzisiaj wymówił się potrzebą zaniesienia do kuchni warzywa; że zaś pani Medlock zaprosiła go do kredensu na szklankę piwa, zatem był na miejscu — jak tego pragnął — w najdramatyczniejszym momencie, jaki w ostatnich pokoleniach miał miejsce w Misselthwaite Manor.
Przez jedno okno, wychodzące na dziedziniec, widać było kawał trawnika. Pani Medlock, widząc, że Ben idzie z ogrodu, miała nadzieję, że widział pana, a może nawet jego spotkanie z paniczem.
— Widzieliście którego z nich, Weatherstaff? — spytała.
Ben odjął od ust kufel, dłonią obtarł usta i odparł ze znaczącym uśmiechem.
— Naturalnie, żem widział!
— Obu? — dopytywała pani Medlock.
— Obu — odparł Ben. — Dziękuję pani, napiłbym się chętnie jeszcze.
— Razem? — mówiła pani Medlock, śpiesznie napełniając mu kufel.
— Aha, razem! — i Ben jednym haustem wypił połowę kufla.
— Gdzie był panicz? Jak wyglądał? Co do siebie mówili?
— Nie słyszałem — odrzekł — bom stał za murem na drabinie. Ale pani tyle powiem: takie się tam rzeczy działy, o jakich wy tu wszyscy w całym domu nie macie wyobrażenia. A czego się macie dowiedzieć, tego się dowiecie niedługo.
Nie upłynęła ani minuta, jak wypił resztę piwa, gdy skinął kuflem tryumfująco w stronę okna, przez które widać było trawnik.
— Niech no pani spojrzy! — rzekł. — A co, czy to nie ciekawe? Niech pani patrzy, kto idzie przez trawnik!
Pani Medlock spojrzała, rozpostarła ręce i pisnęła przeraźliwie, a na pisk ten cała służba męska i żeńska rzuciła się ku oknu, patrząc tak, że im oczy na wierzch wyłaziły.
Przez trawnik szedł pan na Misselthwaite, a wyglądał tak, jakim go większość służby nigdy nie widziała. Zaś u jego boku z głową podniesioną i oczyma roześmianymi kroczył pewnie i rześko, jak najzdrowszy chłopiec w Yorkshire, panicz Colin!
Przypisy:
1. najwięcej despotycznym — dziś popr.: najbardziej despotycznym. [przypis edytorski]
2. miejsce — tu: miejsce pracy, posada. [przypis edytorski]
3. była przyszła — konstrukcja daw. czasu zaprzeszłego, tj. wyrażająca czynność wcześniejszą od tej wyrażonej zwykłym czasem przeszłym. [przypis edytorski]
4. cholera — choroba zakaźna spowodowana zakażeniem bakterią przecinkowca cholery (Vibrio cholerae) przez spożycie skażonej wody lub jedzenia; początkowe objawy obejmują biegunkę, wymioty, niekiedy bóle brzucha, a następnie charakterystyczne pomarszczenie skóry, zmianę głosu, zapadnięcie oczu i wyostrzenie rysów twarzy; nieleczona cholera powoduje zgon. [przypis edytorski]
5. nursera (z ang.) — pokój dziecinny. [przypis edytorski]
6. literalnie — dosłownie. [przypis edytorski]
7. mantyla — szal, często ozdobny, noszony daw. przez kobiety na ramionach, a niekiedy również okrywający głowę. [przypis edytorski]
8. zakwestionować — podać w wątpliwość słuszność czegoś. [przypis edytorski]
9. manatki (pot.) — rzeczy osobiste zabierane w podróż; bagaż podręczny. [przypis edytorski]
10. krepowy — wykonany z czarnego materiału, z jakiego robiono stroje żałobne. [przypis edytorski]
11. narów — zły nawyk, przywara. [przypis edytorski]
12. opiekuństwo — dziś: opieka. [przypis edytorski]
13. kontent (daw.) — zadowolony. [przypis edytorski]
14. zanadtom prosta — skrócone: zanadto jestem prosta. [przypis edytorski]
15. zdetonować się — speszyć się, zmieszać się. [przypis edytorski]
16. obuć się — założyć buty. [przypis edytorski]
17. bęben (daw., pot.) — małe dziecko. [przypis edytorski]
18. poddać — zaproponować. [przypis edytorski]
19. jakem się (...) dowiedziała — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: jak się dowiedziałam. [przypis edytorski]
20. nie zwykła była — konstrukcja daw. czasu zaprzeszłego, tj. wyrażająca czynność wcześniejszą od tej wyrażonej zwykłym czasem przeszłym. [przypis edytorski]
21. była widziała — konstrukcja daw. czasu zaprzeszłego, tj. wyrażająca czynność wcześniejszą od tej wyrażonej zwykłym czasem przeszłym. [przypis edytorski]
22. inkrustowany — zdobiony techniką inkrustacji, polegającą na wydrążaniu wgłębień w drewnie i wypełnianiu ich drewnem innego gatunku i koloru, względnie kością słoniową, metalem itp. [przypis edytorski]
23. palankin — zadaszone siedzisko ustawiane na grzbiecie zwierzęcia; rodzaj lektyki. [przypis edytorski]
24. więcej samotna — dziś popr. bardziej samotna. [przypis edytorski]
25. indagować — dopytywać się, wypytywać; prowadzić śledztwo. [przypis edytorski]
26. wystawiać sobie (daw.) — wyobrażać sobie. [przypis edytorski]
27. po czemu — dziś: po ile (pytanie o cenę). [przypis edytorski]
28. zasługi — tu: wypłata; pieniądze otrzymywane za wykonaną pracę. [przypis edytorski]
29. jakem miała — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: jak miałam. [przypis edytorski]
30. muskuły — mięśnie. [przypis edytorski]
31. łobuzowstwo (neol.) — dziś popr.: łobuzerstwo. [przypis edytorski]
32. popełnieć — przytyć, zaokrąglić się. [przypis edytorski]
33. takem (...) myślał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tak myślałem. [przypis edytorski]
34. nierazem widział — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: nieraz widziałem. [przypis edytorski]
35. jeszczem (...) nie widział — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: jeszcze nie widziałem. [przypis edytorski]
36. takem się (...) napatrzył — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: tak się napatrzyłem. [przypis edytorski]
37. żem i ja ptak — że i ja jestem ptakiem. [przypis edytorski]
38. ongi (daw.) — niegdyś, kiedyś dawniej. [przypis edytorski]
39. bym nie był myślał — konstrukcja daw. czasu zaprzeszłego, tj. wyrażająca czynność wcześniejszą od tej wyrażonej zwykłym czasem przeszłym; znaczenie: nie myślałbym wcześniej (uprzednio, kiedyś). [przypis edytorski]
40. zawsześmy byli — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: zawsze byliśmy. [przypis edytorski]
41. mysikrólik — malutki ptaszek z rzędu wróblowych, o stosunkowo dużej głowie i czarnych oczach, mający upierzenie barwy szaro-żółtej z odrobiną białego, z charakterystycznym żółtym „berecikiem”; mysikrólik wraz z ogonem mierzy do 10 cm. [przypis edytorski]
42. rzetelny — wypełniający należycie swe obowiązki. [przypis edytorski]
43. zająkliwie — jąkając się; zacinając się. [przypis edytorski]
44. raczyć — tu: pragnąć, chcieć. [przypis edytorski]
45. więcej wierzyć — dziś popr.: bardziej wierzyć. [przypis edytorski]
46. ofukliwie — dziś raczej: opryskliwie. [przypis edytorski]
47. była żyła — konstrukcja daw. czasu zaprzeszłego, tj. wyrażająca czynność wcześniejszą od tej wyrażonej zwykłym czasem przeszłym. [przypis edytorski]
48. hindustański — dziś: hinduski. [przypis edytorski]
49. przekornica — osoba przekorna, robiąca a. mówiąca na przekór innym. [przypis edytorski]
50. kontent — zadowolony. [przypis edytorski]
51. lepsze jak — dziś popr.: lepsze niż. [przypis edytorski]
52. dobrze — tu: zupełnie, całkiem. [przypis edytorski]
53. znajdować (daw.) — uważać. [przypis edytorski]
54. Buckingham Palace — nazwa pałacu będącego siedzibą królów angielskich. [przypis edytorski]
55. więcej rozbudzoną — dziś popr. bardziej rozbudzoną. [przypis edytorski]
56. five o’clock (ang.) — dosł. godzina piąta; określenie oznaczające niewielki popołudniowy posiłek towarzyszący piciu herbaty, spożywany tradycyjnie o piątej po południu; podwieczorek. [przypis edytorski]
57. niepomału (daw.) — niemało. [przypis edytorski]
58. zamagnetyzowany (daw.) — tu: zahipnotyzowany. [przypis edytorski]
59. nie byli pracowali — forma daw. czasu zaprzeszłego, wyrażającego czynność wcześniejszą od tej wyrażanej zwykłym czasem przeszłym. [przypis edytorski]
60. skwitować — tu: zrezygnować. [przypis edytorski]
61. rządny — tu: gospodarny. [przypis edytorski]
62. onegdajszy (daw.) — przedwczorajszy. [przypis edytorski]
63. Doksologia — modlitwa pochwalna; formuła wyznania chwały Boga. [przypis edytorski]
64. snadź (daw.) — widocznie, prawdopodobnie, zapewne. [przypis edytorski]
65. możem (...) nie miał — konstrukcja z ruchomą końcówką czasownika; inaczej: może nie miałem. [przypis edytorski]
66. kłam zadać komuś — dowieść komuś, że jego twierdzenie jest nieprawdziwe. [przypis edytorski]