118.

To był najzgubniejszy rodzaj obłędu wielkości, jaki dotychczas istniał na ziemi: gdy te kłamliwe, małe, potworne mistyki zaczynają przywłaszczać sobie słowa „Bóg”, „sąd ostateczny”, „prawda”, „miłość”, „mądrość”, „duch święty” i odgraniczać się tym od „świata”, gdy ten rodzaj człowieka zaczyna podług siebie obracać wartości, jak gdyby one były sensem, solą, miarą i wagą całej reszty: należało tedy stawiać im domy dla obłąkanych i nie czynić nic więcej. Że ich prześladowano, to było antyczną głupotą w wielkim stylu: tym samym brano ich zbyt serio, przez to zrobiono z nich rzecz serio.

Cała ta fatalność stała się możliwą przez to, że na świecie był już pokrewny rodzaj obłędu wielkości, obłęd żydowski (skoro raz otwarła się przepaść między żydami a żydami-chrześcijanami, żydzi-chrześcijanie musieli jeszcze raz i to w ostatecznym spotęgowaniu zastosować gwoli własnemu samozachowaniu się procedurę samozachowania się wynalezioną przez instynkt żydowski); a z drugiej strony stała się ona możliwą przez to, że grecka filozofia moralności uczyniła wszystko, by nawet wśród Greków i Rzymian przygotować i zrobić dla nich smacznym fanatyzm moralny... Platon, ten wielki pomost zepsucia, który pierwszy nie chciał zrozumieć natury w moralności, który swoim pojęciem „dobry” już pozbawił wartości bogów greckich, który był już żydowskim — mistycyzmem zarażony (w Egipcie?).